Jadłem sobie właśnie smacznie, przywiezione przez przyjaciela z Polski, francuskie sardynki. Dotarły one drogą “zrzutów” do Kraju, lecz los kazał im powędrować do mojego żołądka. Żelazna racja przyjeciela zawieruszyła się w mojej lodówce i polepszyła emigracyjną dolę. Mam brzydki zwyczaj czytać przy jedzeniu: tym razem przeglądałem ostatni numer “Poglądu” i… kara boska mnie dosięgła, albowiem zakrztusiłem się straszliwie, czytając “Interlinie”: Kto przewozi do Polski komputery – brzmi myśl przewodnia – wspomaga reżym w Warszawie, ba, w Moskwie,
Pociągnąłem solidnie reńskiego wina i wracając powoli do siebie pomyślałem: ot, jak dobre zamiary i pobożne życzenia prowadzą do mylnych wniosków.
rzecz dzieje się tym razem we włoskim klasztorze gdzie winko popija szara mysz bannon tymczasem w watykanie panika, sowa franciszka wzywa na pomoc kota behemota, słynnego szczurołapa i myszobójcę który jednakże najchętniej wyleguje się pijany w słońcu na ganku – gdzie się pali, matko święta? – pyta kot behemot – plaga myszy w klasztorze! piwnice w niebezpieczeństwie! – miau! hej przygodo ta zniewaga krwi wymaga! – krzyczy kot, wyskakuje przez okno, ląduje na drzewie i stwierdza, że u jego stóp przechadzają się parki rotweilerów, owczarków alzackich i dobermanów, tak że nie pozostaje mu nic innego jak wyciągnąć szablę i walić płazem po łbach, rach, ciach, ciach, na odlew… psy rzucają się skowycząc do ucieczki, a szara mysz bannon razem z nimi – hurra! – woła kot behemot – matko święta, zadanie wykonane! i wraca na ganek aby znowu wylegiwać się na słońcu.
***A tu jeszcze wiersz, który spóźnił się na minioną sobotę:
lato idzie… kwiat lipy strącany z drzew wciskany do płóciennych worków i zanoszony do skupu
zdałeś ten łom no zdałem ja nie zdałem trzeba było zdać co będę zdawał i brał zdawał i brał
„dziennik internowania I (białołęka-jaworze, zima 1981-1982)” „aneks”, londyn 1984
do towarzyszy odysa
nie wrócimy choć grecja w naszych sercach jeden wybrał krainę lotofagów, innego oczarowała circe
nie wrócimy (może to i lepiej patrzac na kolegę agamemnona)
nie wrócimy pozostaje tylko tułaczka
agnieszce holland…
ich schwöre ziemia to szpital na peryferiach drogi mlecznej wszyscy pacjenci od mgławicy magellana do obłoku andromedy (diagnoza: nieuleczalny) kierowani są tutaj ordynator (zwany też czasem demiurgiem) wyszukuje odpowiedni oddział i jak ktoś ma pecha to ląduje mentalnie w bagnach prypeci nieustannie
fishsong
16 kwietnia o godz. 23:40
raz leszcz rozsierdził się na pstrąga, że ten w kwartecie gra, a drąga pod reką nie znajdując wali na odlew płetwą i po fali. zakotłowało się w akwarium: flądra – uciekam do solarium! sum oponuje – drogie panie, wszak nie wypada jak piranie… a korzystając z z zamieszania zabulgotały też okonki, że najważniejsze są ogonki. co na to powie akwarysta? być może uzna, że nieczysta, stała się sprawa, no i mimochodem, z akwarium spuści całą wodę.
Das Gefühl, dass ich von den Tod umgeben bin. Ich bekam es im Alter von 8 Jahren. Es war Anfang des neuen Schuljahres; ein richtiger indian summer; damals wurde ein Kind regelrecht und systematisch von seinen Vater zu Tode geprügelt und die Kinder auf dem, von den Linden und Pappeln umsäumten,Hof waren die stummen Zeugen dieser Ungeheuerlichkeit. Das Gefühl einer Hilflosigkeit und vollkommenen Ausgeliefertseins; nie empfand ich die Stille, die nach den letzten Schlägen und Gestöhne eines gemärterten Gleichaltrigen, als eine Dunstwolke die sich ausbreitete und auch die Nebengassen erreichte und sogar die Straßenbahnen und Autos auf der nah gelegener Hauptstraße schienen wie verschwunden – Stille, Leere, nichts bewegte sich. Die Zeit blieb stehen und ich fiel in Ohnmacht, die ich bis heute spüre.
To jest ważne, nie zapomnij zapisać, jak się czujesz, lepiej to niż golenie, albo gotowanie fasoli z czosnkiem. Ta odrobina, którą możemy zdziałać, trochę odwagi, aby zrozumieć samego siebie, no i strach i szaleństwo tej wiedzy, że jesteś częścią zegara, który kiedyś stanie i nikt go więcej nie nakręci.
Teraz jednak bije coś pod twoją koszulą a ty mieszasz fasolę łyżką… jedna kochanka umarła, druga odeszła, trzecia… Ach! Tyle kochanek jak fasolek tak, chwileczkę, policz je wszystkie – smutne, smutne gdy twoje uczucia rozgotowują się na piecyku. Zapisz to.
Sarah Kirsch (1935 – 2013)
Sama (Alleine)
Stare kobiety przed czerwonymi domami Czerwonymi hortensjami kalekimi drzewami przyniosły mi herbatę. Pełne powagi Odniosły tace i zajęły posterunki obserwacyjne i podsłuchowe Za upstrzonymi w esyfloresy firankami.
Józef Czechowicz (1903 – 1939)
Na wsi
Siano pachnie snem siano pachniało w dawnych snach popołudnia wiejskie grzeją żytem słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach życie – pola – złotolite
Wieczorem przez niebo pomost wieczór i nieszpór mleczno krowy wracają do domostw przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu.
Nocami spod krzyżów na rozdrogach sypie się gwiazd błękitne próchno chmurki siedzą przed progiem w murawie to kule białego puchu dmuchawiec
Księżyc idzie srebrne chusty prać świerszczyki świergocą w stogach czegóż się bać
Przecież siano pachnie snem a ukryta w nim melodia kantyczki tuli do mnie dziecięce policzki chroni przed złem
pewnego deszczowego lata i to zupełnie bez awarii na kawą osączony displej wypływa nagle naga mata hari inwazja! niesamowicie niebezpieczni (jak i niesamowicie mili) ruszają japończycy hurmem i tylko po to aby w jednej chwili zasypać ciasteczkami i oblać lukrem poznańskie kozły oraz cytadelę i tofu, tofu, tofu, tofu, gotować od poniedziałku po niedzielę!
On: Heleno! Ona: Tak… On: Jajko jest twarde! Ona: (milczy). On: Jajko jest twarde!!! Ona: Słyszę… On: Jak długo gotowało się to jajko? Ona: Jajka są niezdrowe! On: Pytam się, jak długo gotowało się to jajko. Ona: Cztery i pół minuty, tak jak chcesz… On: Wiem. Ona: To dlaczego pytasz? On: Bo to jajko nie mogło się przez cztery i pół minuty gotować! Ona: Ale ja gotuję je każdego ranka cztery i pół minuty. On: To dlaczego raz na miękko, a raz na twardo? Ona: Nie wiem… Nie jestem kurą! On: Aha, a skąd wiesz, że jajko jest akuratne? Ona: Jezus,Maria, wyciągam je po czterech i pół minutach! On: Z zegarkiem, czy jak? Ona: Intuicyjnie, każda gospodyni ma to we krwi… On: Intuicja? Jaka intuicja? Ona: Mam intuicję, kiedy jajko jest miękkie… On: Ale ono jest twarde, może twoja intuicja cię zawodzi? Ona: Cooo… intuicja mnie zawodzi, a kto stoi cały dzień w kuchni, robi pranie, porządkuje twoje rzeczy, zajmuje się na okrągło dziecmi, a ty mówisz, że moja intuicja nie jest w porządku? On: No, no… No, no… No, no… Jeśli jajko gotuje się, przez cztery i pół minuty, intuicyjnie, to jest to przypadek. Ona: Czy to nie wszystko jedno jeśli jajko gotuje się przez cztery i pół minuty przypadkowo, jeżeli gotuje się przez cztery i pół minuty On: Chciałbym po prostu jajko na miękko, a nie przez przypadek! wszystko jedno jak długo się gotuje! Ona: Aha! To znaczy, że masz w nosie, że ja cztery i pół minuty zapieprzam w kuchni? On: Nie – nie… Ona: To nie jest wszystko jedno… cztery i pół minuty musi się jajko gotować! On: Przecież powiedziałem… Ona: …powiedziałeś przed chwilą, że jest tobie wszystko jedno! On: Chciałbym tylko jajko na miękko… Ona: Boże, jacy ci mężczyźni są prymitywni! On (pod nosem): Zabiję ją, jutro ją zabiję…
“Schenke mir eine gute Verdauung, Herr, und auch etwas zum Verdauen.
Schenke mir Gesundheit des Leibes, mit dem nötigen Sinn dafür, ihn möglichst gut zu erhalten. Schenke mir eine heilige Seele, Herr, die das im Auge behält, was gut ist und rein, damit sie im Augenblick der Sünde nicht erschrecke, sondern das Mittel findet, die Dinge wieder in Ordnung zu bringen. Schenke mir eine Seele, der die Langeweile fremd ist, die kein Murren kennt, und kein Seufzen und Klagen, und lass nicht zu, dass ich mir zu viele Sorgen mache, um dieses sich breitmachende Etwas, das sich ich nennt. Herr, schenke mir Sinn für Humor, gib mir die Gnade, einen Scherz zu verstehen, damit ich ein wenig Glück kenne im Leben, und anderen davon mitteile.”
NOTA BENE:
Thomas Morus wurde zur Hinrichtung gebracht. Bevor er das Gerüst bestieg, wandte er sich an einen der Männer und bat ihn, ihm beim Hinaufsteigen behilflich zu sein: “Beim Herunter wird das nicht mehr nötig sein.” Und als er seinen Kopf auf den Block legte, strich er den Bart auf die Seite mit der Bemerkung: “Der hat doch nichts angestellt…”
-…spooooocznij! nie chowajcie tych kart, za późno, całe hrabiostwo dwa dni ścisłego! w tego, jak mu tam, brysia gracie, i to w czasie alarmu!!?? – tak jest obywatelu sierżancie, gramy, ale alarm odwołano, melduję posłusznie… – jak to? odwołano!? – był właśnie goniec z dowództwa dywizji i alarm odwołano… – to dlaczego ja nic o tym nie wiem, ha? – melduję posłusznie, że pan spał, a syrena zepsuta… – trzy dni ścisłego!
… spoooocznij! a wy co, jagielski, żarty sobie z pułkownika stroicie? – przenigdy! towarzyszu majorze… – dwa dni paki! pierwszy za towarzysza, drugi za majora… i żadnych wymówek, nazwaliście pułkownika beczuszko kapralem! – ja? kiedy? – zaraz po porannym apelu, dokładnie (patrzy na zegarek) … przed dwudziestoma sześcioma minutami, są świadkowie! he? – kapralem??? ach… nieprawda, nazwałem go ko-pro-la-lem… – znowu cyganicie, nie ma takiego słowa… – jak matkę kocham, jest, obywatelu sierżancie, niech pan zajrzy do słownika pwn, przysięgam! – hm, ale jak kłamiecie, to jeszcze mnie popamiętacie! – tak jest!