Filomena stała przed dużym lustrem w pokoju, patrząc na swoje blond odrosty, wśród bardzo bujnych, czerwonokasztanowych, naturalnie kręconych włosów. Stwierdziła z dezaprobatą, że wyglądają one niechlujnie, trzeba to możliwie szybko zmienić, więc wybierze się do swojej znajomej fryzjerki, pani Asi.
Tak przyglądając się sobie, zobaczyła we wspomnieniach swą twarz sprzed laty, w blond kręconych włosach. Dlaczego i kiedy zaczęła je farbować na rudo i tak już to pozostało do dziś?
Filomena spojrzała z okna na szarą ulicę Karmelicką, jadące tramwaje, ludzi spieszących dokądś…
Ruch na ulicy niebywały, tramwaje i auta sprawiają codzienny hałas, ale ten nigdy jej nie przeszkadzał, natomiast cisza podczas Pandemii i “Lokdownów” już tak…
Kobieta bowiem przyzwyczaiła się do tych jakże swojskich dźwięków życia z czasów jeszcze “sprzed Corony”. Też i gruchanie gołębi dziobiących ziarna od strony podwórza miało w sobie coś absolutnie swojego.
W dużym, stołowym pokoju czekała już na Filomenę, pachnąca dobrą, gorącą kawą, porcelanowa filiżanka. Kobieta jak zwykle najpierw przyglądała się gołębiom, raz od strony ulicy, a raz od podwórza, zanim zapaliła papierosa i zasiadła do codziennej, już prawie rytualnie parzonej i pitej kawy.
Dzisiaj czuła się dobrze, wyspana, co ostatnio było nie byle rzadkością.
Poczuła nawet przypływ świeżej, dobrej energii, z którą w ogóle nie wiedziała, co począć, również jakąś dziwną tęsknotę, której nie mogła długo zidentifikować; czy była to tęsknota za konkretną osobą, czy wydarzeniem, a może jakimś miejscem?
Kiedy się tak zamyśliła, zamykając jak zwykle oczy, nagle jakby usłyszała znajome szczekanie, a gdzieś z zielonej łąki wyłonił się jej ukochany pies Czaruś, będący już od bardzo dawna za tęczowym, psim mostem. Prawie czuła pod palcami jego miękką sierść, słyszała żałosne skomlenie, podobne temu, kiedy pod koniec życia zaczął już miewać najprzeróżniejsze psie dolegliwości. W sercu zaczęło ją ściskać, łzy jak małe groszki “sypały” się z oczu, zanim na dobre rozpłakała się nad utratą najlepszego przyjaciela, powiernika, towarzysza z bardzo wczesnego dzieciństwa.
Czaruś teraz cieszył się całym sobą, jak zwykle wachlując w okół ogonem…
Jakże często później bywała zazdrosna o psa pani Klary, Kajtka. Kajtek i Czarek pewnie gdzieś w zaświatach bawią się już razem – pomyślała z sentymentem i uśmiechem do samej siebie.
Czuła, jak ogromnie tęskni za tą zwierzęcą, bezinteresowną miłością i wiernością. Zrozumiała po śmierci Czarusia, że odejścia zwierząt nie da się nigdy porównać z odejściem człowieka: tu odchodzi najczystsza miłość, absolutna kwintesencja niewinności. Zwierzę nigdy, przenigdy nie uczyni świadomie, perfidnie, nikomu niczego złego, w odróżnieniu od człowieka.
Scenka 3):
Stacja: Tak mi Ciebie brak
Kobieta będąca od wielu już dni w podróży, wyglądała przez otwarte okno przedziału, gdy pociąg zbliżał się coraz wolniej do kolejnej stacji.
Silne słońce raziło ją w oczy, mimo, że była to już jesień. Założyła więc okulary słoneczne (miała je zawsze przy sobie), by spokojnie przyglądać się dużej, jasnej stacji, do której dojeżdżał pociąg. Nazwa wypisana była dużymi podświetlonymi literami, peron ozdobiony białymi chryzantenami, których nie brakowało akurat w październiku.
Ludzie wysiadający z pociągu wyglądali przeróżnie; jedni ubrani na czarno, jakby w żałobie, inni wyróżniali się tylko żałobnym wzrokiem, pełnym tęsknoty i oczekiwania, jakimś głodem w oczach, a inni z kolei ubrani w delikatne, pastelowe okrycia i raczej młodzi, szybciej podążali naprzód.
Kobietę ogarniało wszechobejmujące wzruszenie, tęsknota dla niej niezrozumiała, czuła się bezsilna nie rozumiejąc co umknęło w jej życiu, czego jej brakowało…
Wiedziała, że to ciągle nie jej stacja, by już wysiadać, uczucie to było ciągle za mało precyzyjne, by opuszczać już ten przedziwny pociąg.
Nie widziała ze zdziwieniem również, aby ktokolwiek wsiadał do niego, dziwne to – pomyślała – nikomu nie udało się żadne spotkanie, z tym kimś, tak oczekiwanym?
Fantom buszuje po sercu i mózgu, ucieka, przybiega, chowa bawiąc się,
płacze chichocząc, rozpylając zapachy, tak dzikiej tęsknoty…
Matka, dziecko, kochanka, ojciec, zmarły ktoś, żywy, nie ma ich, nie ma,
a nie dają spocząć, i wciąż trzeba czasu, by przestać już czekać.
Cierpliwa pasażerka zamknęła oczy i zobaczyła nagle ogród z tłumem ludzi, patrzących a to w niebo, a to w ziemię, z włosami rozwianymi od szalonego wiatru, gwiżdżącego w pustce bezmiernego rozczarowania.
Filomena była dziś jakoś dziwnie rozdrażniona, nie wiadomo dlaczego przypomnieli się jej rodzice, mieszkający od kilku lat w Rabce Zdroju, a wcześniej w tym samym mieszkaniu, gdzie ona do dziś zamieszkuje.
W ostatnich latach zdała sobie sprawę, że często szkodzili oni innym, a szczególnie pani Klarze, sąsiadce mieszkającej w tej samej kamienicy. Przypomniała sobie, że jako dziecko bardzo cierpiała z powodu ciągłych kłótni między nimi, oczywiście będąc po stronie rodziców, wierząc we wszystkie najgorsze plotki, rozgłaszane przez nich, tylko po to, by możliwie jak najbardziej zadzkodzić nieco starszej sąsiadce.
Teraz wstydziła się za nich, a i też za siebie, że w te wszystkie brednie wierzyła i sama jako dziecko podawała je bezmyślnie dalej.
No ale, czyż nie była właśnie wtedy jeszcze dzieckiem?
Okazało się, że zaczęli znów i w Rabce mieć coraz więcej wrogów.
Kiedy zwróciła im uwagę na te tak szkodliwe społecznie zachowania, matka stwierdziła, że została ona “przekabacona” napewno przez tę “psychopatkę Klarę”, a oni jako rodzice stracili córkę, więc nie ma po co do nich przyjeżdżać, bo jej i tak za tę zdradę, do swojego domu nigdy już nie wpuszczą.
Filomena rozczarowała się co do nich jeszcze bardziej niż to do tej pory było, a faktu, że zerwali z nią kontakt, jak gdyby była całkiem obcą, nielubianą osobą, nie była już w stanie wybaczyć.
Poczuła się bezlitośnie osamotniona i opuszczona przez cały świat. Zasiadła przy kawie i jak zwykle do kawy – zaciągnęła się papierosem. Ze zdziwieniem i niezmiernym smutkiem stwierdziła, że rodzice nie są jedynymi osobami, którym trudno byłoby jej wybaczyć;
– bo dzieją się czasem rzeczy nie do zrozumienia, zapomnienia, więc jak można je wybaczyć – myślała –
aaa, coś mi się znów dziwnego śniło….
Próbowała przypomnieć sobie swój ostatni sen…
Scenka 2
Tak trudno wybaczyć
Pociąg zwalniał przy kolejnej stacji nad ranem, całą noc przystawał na mniejszych stacyjkach, o różnych, przedziwnych nazwach :
“Gdybyś wtedy”, “Chciałbym jeszcze zapytać”, “Nie sądź, bo będziesz sądzony”, “Dziękuję za wszystko”, “Fortuna kołem się toczy”, “Moja wdzięczność”, “Pokaż mi swą twarz”, “Pies i kot członkami rodziny”, “Kim jesteś” i wiele, wiele innych.
Trasa tego pociągu była długa i żmudna.
W jednym z przedziałów siedząca samotnie kobieta z ciekawością przyglądała się paru wysiadającym osobom, a i też wsiadającym do pociągu. Zauważyła jakby dość niepewny wyraz twarzy wysiadających, zrobiło się jej nagle jakoś dziwnie nieswojo, przez chwilę zawahała się, czy również też nie opuścić pociągu, jednak pozostała na swym miejscu.
Ludzie ci czasem szli w małych grupkach lub pojedynczo, jedni nieśli jakieś plakaty, inni ponuro coś śpiewali, ogólnie rzecz biorąc, dziwny ten pochód szedł cicho i uroczyście.
Wsiadający pasażerowie rozpierzchali się po różnych przedziałach. Przy oknie na korytarzu stanął mężczyzna w średnim wieku, z pogodnym wyrazem twarzy, lekkim uśmiechem, spoglądając w zamyśleniu w dal.
Z pozamykanych przedziałów dochodził czasem jakiś nastrojowy, spokojny śpiew, ciche rozmowy, też i przytłumiony śmiech.
Patrząc na pasażera przy oknie kobieta snuła różne myśli:
Twarz spokojna, co zdołał wybaczyć, by tak też wyglądać?
Czego mu ubyło, co zyskał, co zrobił, jakim kosztem opłacił,
ale, ale…
papuga Gigi, mało dziś mówi , coś cicho pogwizdując…
Gdy tak sobie filozofowała, mężczyzna odwrócił się od okna, spojrzał jej prosto w oczy zza szyby zamkniętego przedziału, uśmiechnął się łagodnie i poszedł wzdłuż korytarza dalej.
Filomena, atrakcyjna kobieta w wieku 53 lat, o kasztanowych włosach, mieszkająca w jednej z kamienic przy ulicy Karmelickiej w Krakowie, nie mogła ciągle uwierzyć w to, że już prawie od roku nikt nie chodzi w maskach, że skończyła się już prawie ta przeokropna Pandemia-Covid 19, jednak “prawie” , gdyż do dziś grasuje ta choroba w wielokrotnie łagodniejszej mutacji i jest porównywalna w swym przebiegu z grypą lub jakimś przeziębieniem.
Puk, puk, puk… Codziennie rano tajemnicza księżniczka otwierała drzwi swego makowego apartamentu, w pensjonacie “Ziarnko Maku” .
Pachniał on makiem czerwonym, do tańca zaproszeniem, w objęciach tajemniczego księcia, Bardzo Mądrego.
Każde z nich było z innej bajki, żadne nie wiedziało już z jakiej, mak odebrał im pamięć, lecz zostawił serca…
maki przekwitły, pozimniało… …spojrzeli smutno na siebie, trzymając się za ręce, za serca, gdy już i pamięć wróciła…
…i z rozpaczy, każde znów wskoczyło w swoją bajkę…
Niby jest, a nie ma…
W domku “Wiem Więcej” mieszkało sześć Krasnych-Ludków.
Ludzie mówili: “to niemożliwe, na ziemi istnieją jedynie Krasnoludki”
Krasne-Ludki, wyglądały inaczej; regularne rysy, wzrostu różnego… nie rozmawiały głośno uśmiechały się też mile, uprawiały swój ogródek, tworzyły pyszne nalewki, ale były smutne;
bo jak to jest być i równocześnie nigdzie nie być… robiły różne testy na ich widoczność; a to w sklepie, a to na bazarku…
płaciły, odchodziły, widziano ich ręce, nie widziano ich, i też nie słyszano…
ktoś jednak mówił, że są w tym domku, są, ale też i nie są… widział sam i słyszał.
Coraz, coraz, więcej szeptów na ich dziwny temat, śmiechów…
Coraz większe poruszenie wioski, rzucane kamienie, w kolorowe okna,
opluwanie płotu, robienie dziur w wąskiej drodze kradzież jabłek…
Aż któregoś dnia przed domkiem, na wielkiej tablicy napisane stało:
“Skoro jesteśmy, lecz i nas nie ma, cokolwiek robimy, nie robimy niczego.
Jesteśmy tutaj, (choć i nie jesteśmy), za karę, dość słuszną:
za plotkarstwo;
a to jest… coś wielce podobnego do nas;
niby to prawda a nieprawda, niby coś w niej jest, a nie ma nic,