Der Kurator (und die Kurator*innen)

tip und Zitty Jubiläum – Fotogalerie von der Eröffnungsfeier

Am 1. April hat man die Geburtstage von tip und ZITTY in der Galerie Neurotitan gefeiert. Die Eröffnung der Ausstellung „Berlin.Stadt.Magazin“ kuratiert von Jacek Slaski, war unglaublich gut besucht! Alle, die die Ausstellung noch nicht gesehen haben oder sie sich noch einmal in Ruhe anschauen wollen: Die Galerie Neurotitan ist von Montag bis Samstag zwischen 12 und 20 Uhr geöffnet. Eingang durch den Shop.

Fotografin F. Anthea Schaap war dabei. Hier geht es zur Fotogalerie von dem großen Prima-Aprilis-Event. Unten – ausgewählte persönliche Lieblingsstücke:

Mein Sohn, der Kurator

Sein Sohn (der zukünftige Kurator?)

Anna Krenz, die Ehefrau des Kurators, die Mutter des zukunftigen Kurators, selber immer wieder Kuratorin (mit blondem Zopf, gesehen leider nur von der Seite; kein besseres Foto gefunden); von vorne gesehen Dorota Kot, eigentlich eine Projektleiterin, aber immer wieder auch eine Kuratorin.

Ich (ab und zu auch Kuratorin) mit dem zukunftigen Kurator, meinem Enkeln; die von uns studierte Comickunst passt zur Ausstellung. Beide tragen wir die gelben Schue – so ein zufälliger Partner-Look:

Die Redaktion vom Tip, ein Werk (nach Leonardo da Vinci) von Anna Krenz, die u.a. eine Graphikerin ist.

Ich neben dem Kurator, auf der anderer Seite von ihm Anina und Michał (Cousin des Kurators), beide Graphiker und Kuratoren:

Die Geburtstagstorte vom Tip (der ältere Bruder, 45 J.) und Zitty (die jüngere Schwester, 40). Was für ein schöner Alter!

Drei meine Lieblingsexponate von der Ausstellung:

Jutro! Berlin po polsku!

Jutro jutro jutro jutro… Idźcie koniecznie! Ja też będę!

Katarzyna Willmann

Teatr W Afekcie

Jesteśmy polską grupą teatralną działającą w Berlinie już od kilku lat. Pierwszy nasz spektakl pod tytułem „Jestem prawdziwa“ powstał w 2011 roku i grałyśmy go, ze sporym powodzeniem, kilkakrotnie. Po przerwie wznowiłyśmy działalność. Od grudnia 2015 do kwietnia 2016 roku zorganizowałyśmy cykl trzech koncertów poświęconych twórczości Jeremiego Przybory. Pierwszy z nich odbył się w setną rocznicę urodzin artysty.
W październiku natomiast miejsce miała premiera naszego najnowszego spektaklu pod wdzięcznym tytułem „Szuja“.

W planach na ten rok mamy, oprócz dalszego grania najnowszego spektaklu, zorganizowanie koncertu z piosenkami napisanymi przez niedawno zmarłego Wojciecha Młynarskiego oraz równoległą pracę (już rozpoczętą) nad dwoma kolejnymi spektaklami. Rozważamy też tłumaczenie naszych sztuk na język niemiecki i granie z napisami.

Marzymy o tym, by Teatr W Afekcie stał się stałym elementem krajobrazu kulturowego polskiego Berlina.

„Szuja“

Podczas ceremonii pogrzebowej spotykają się trzy obce sobie kobiety. Dzieli je wszystko. Przynajmniej do momentu, w którym wspólnie pochylą głowy nad jedną urną. Atmosfera zgęstnieje, zaiskrzą podejrzenia, błysną oskarżenia, zagrzmią pytania, na które panie odpowiedzą, chcąc, nie chcąc… śpiewająco.

Spektakl „Szuja“ jest muzyczną czarną komedią, naszym autorskim musicalem, w którym we własny scenariusz wplotłyśmy piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. W spektaklu występują trzy aktorki: Agnieszka Winter, Ewelina Jaworska-Bone i Katarzyna Willmann, którym towarzyszy grająca na pianinie, niezwykle utalentowana i charyzmatyczna Ilona Gawlik. „Szuję“ grałyśmy dotąd trzy razy i spektakl spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem berlińskiej Polonii. Za każdym razem kameralna sala Teatru Panda (Kulturbrauerei) wypełniona była niemal po brzegi. Jest to dla nas dowód, że Polakom w Berlinie potrzeba okazji, by się wspólnie pośmiać, porozmawiać, oderwać od zatroskanej codzienności. Mamy wrażenie, że podczas spektakli i koncertów dajemy naszym gościom coś, za czym tęsknią – kawałek Polski. Myśl ta cieszy nas niezwykle i motywuje do dalszej pracy.

Spektakl „Szuja“ zobaczyć będzie można 09 kwietnia 2017 o godz. 19:00.
Gdzie: P.A.N.D.A Theater, małe podwórze w Kulturbrauerei, Knaackstr. 97, 10435 Berlin
Bilety: 10€ do kupienia na miejscu bezpośrednio przed spektaklem.
FB: https://www.facebook.com/events/1760408420954591/

Po co i dlaczego?

Czasami, jadąc na próbę późnym wieczorem, po ciężkim dniu pracy i opieki nad dziećmi pytam siebie: po co mi to? O ile przyjemniej byłoby zasiąść z książką i herbatą w wygodnym fotelu? Albo, kiedy tuż przed spektaklem uchylam lekko kurtynę i na widok zapełniającej się sali paraliżuje mnie strach. Czy nie łatwiej byłoby usiąść po tej drugiej stronie? Jednak kiedy nadchodzi ten moment, kiedy stoję na scenie, wtedy wiem, że było warto, że jestem dokładnie tu, gdzie być chciałam.

Trudno jest wytłumaczyć komuś własną pasję. Jedni to czują, inni nie. Tak po prostu. Jedni wolą szachy, inni boks. Jedni wolą się pocić na siłowni, inni w świetle reflektorów. Ja na scenie, tkwiąc w niewygodnym kostiumie i w postaci (niekoniecznie sympatycznej), z misją wygrania roli do końca, choćby nie wiem co, paradoksalnie czuję się wolna. Teatr otwiera mnie na innych, rozwija, stawia przed wyzwaniem i daje siłę oraz wiarę we własne możliwości. Niesamowita jest ta energia, którą, mimo zmęczenia, odczuwamy po spektaklu. I nie liczy się nawet to, czy ktoś zapomniał tekstu, pomylił kroki czy nawet zafałszował. Liczy się fakt, że udało nam się zgromadzić grupę ludzi i zjednoczyć ją, choć na tą magiczną chwilę, poprzez wspólny śmiech, zabawę, a także, mamy nadzieję, refleksję.

Teatr W Afekcie zrodził się z naszych marzeń, tęsknot i pragnień. To dzięki niemu się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Będziemy szczęśliwe, jeśli zechcą Państwo przychodzić na nasze spektakle. Serdecznie zapraszamy!

Nasz profil na FB: www.facebook.com/teatrwafekcie

Plakat Agnieszka Winter
Zdjęcia Cyprian Walkowicz

Na zdjęciach
przy pianinie Ilona Gawlik
w berecie Agnieszka Winter
z różową przepaską Ewelina Jaworska-Bone
z boa Katarzyna Willmann

Barataria 12 reblog Bestiariusz kulturalny

Z przyjemnością informuję, że pod wpisem Barataria 11 zgłosił się autor blogu Bestiariusz kulturalny, który, podobnie jak ja, wędruje sobie po różnych zakątkach kultury i dotarł również do Baratarii. Tu reblog jego wpisu z 20 stycznia 2016 roku. W ogóle blog bardzo interesujący, polecam!

Insula Barataria czyli władztwo Sancho Pansy

I choć był to jedynie okrutny żart Księcia i Księżnej, Sancho Pansa otrzymał osta­tecz­nie obiecane przez Don Kichota władztwo nad wyspą. Błędny giermek wyruszał ze swoim błęd­nym panem na dwie wyprawy licząc na łupy (które naprawdę zdobył) i na zdobycie gubernatorstwa wyspy, którą „zwykle błędni rycerze nagradzali swoich giermków w romansach rycerskich”.

Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria. („Don Kichote” w tłumaczeniu W. Zakrzewskiego)

Miłośnicy Don Kiszota zidentyfikowali większość miejsc gdzie toczyła się powieść Cervantesa oraz sporządzili przy pomocy Google Earth prezentację, opierajac się na bardzo szczegółowej mapie Hiszpanii z 1798: http://trv-checkin.s3-eu-central-1.amazonaws.com/wp-content/uploads/sites/12/2015/04/Mapa.png

Wyspa Barataria została zaś zidentyfikowana jako miasteczko Alcala de Ebro. http://cultura.elpais.com/cultura/2015/08/22/actualidad/1440259627_292359.html

https://www.google.com/maps/search/41.814036,-1.194081+alkaba/@41.8180204,-1.1840198,3098m/data=!3m1!1e3

Jak nazwa wskazuje mieści sie przy rzece Ebro w północnej Hiszpanii. Rzeka ta w tym miejscu meandruje, tworząc półwyspy, które w trakcie powodzi zamieniają się w wyspy. Tereny te znał dobrze Cervantes i być może dlatego umieścił tutaj jeden z epizodów swojej genialnej książki.

El río Ebro desde la Insula de Barataria (Alcalá de Ebro). España.

Jak to wspomnieliśmy na początku, przyznanie gubernatorstwa wyspy Sanchowi, było jedynie spowodowane tym że w swoim szaleństwie Książe i Księżna chcieli szydzić z naszego Giermka, gdy będzie – przekonany o swojej ważności – sprawował rządy nad podłą mieściną.

I choć Sancho na żarcie się nie poznał, to rozumiał, że takie nagłe jego wyniesienie jest wbrew naturze. Zrezygnował mówiąc:

— Żegnam was, panowie, każcie otworzyć mi bramę i pozwólcie wrócić do dawnej swobody. Nie jestem stworzony na gubernatora, nie umiem bronić wyspy przeciw napastnikom. Moim rzemiosłem jest uprawa ziemi, a nie obrona królestw i praw dyktowanie. Świętemu Piotrowi dobrze w Rzymie, a mnie w chacie mojej w dymie. To ma znaczyć: niech każdy siedzi, gdzie mu należy i nigdzie dalej nie bieży; niech strzeże swego powołania i chroni się górę sięgania. Mnie bardziej przystał sierp do ręki, niż królewskie berło, wolę też co dzień najeść się barszczu ze szperką, niż dać się zamorzyć doktorowi, który nim znajdzie dla mnie potrawę, brzuch mi pozielenieje z głodu. Żegnam was, panowie, raz jeszcze, powiedzcie ode mnie księciu, że nagi przyszedłem na świat i nago zeń wychodzę, to ma znaczyć, że objąłem rządy bez grosza i tłumoczka i bez grosza i tłumoczka z nich wychodzę, zupełnie przeciwnie, niż wszyscy gubernatorowie. Dzień dobry i dobranoc wam, panowie! Puśćcie mnie; muszę kazać się obandażować, bo dzięki nie­przy­ja­cio­łom, którzy potratowali mnie i więcej niż sto razy prze­spa­ce­ro­wali się po mnie, mam prawie wszystkie żebra popękane.

Reblog: Magdalena Wosinska auf Instagram

Magdalena Wosinska zeigt auf ihren Reisefoto alles – auch von sich selbst

reblog

Aktualisiert am 31. März 2017, 16:01 Uhr / rebbloged am 31. März 2017, 17:37 Uhr

Magdalena Wosinskas liebt das raue Meer, einsame Wüstenlandschaften und hohe Berge. Sie ist gefühlt nur im Urlaub und macht die wohl ungewöhnlichsten Reisefotos auf Instagram. Denn auf denen zeigt sie einfach alles – auch von sich selbst.

Fotografin Magdalena Wosinska ist ein ganz besonderer Instagram-Star. Denn die gebürtige Polin ist nicht wie andere Influencer durch lustige Videos oder gar tolle Outfits berühmt geworden. Wosinska postet zwar immer wunderschöne Selbstportraits von traumhaften Urlaubsdestinationen. Der Grund für die Bekanntheit ihrer Bilder dürfte aber ein anderer sein, der kaum zu übersehen ist:

Auf jedem ihrer Fotos ist die junge Frau vollkommen nackt. Im Interview mit dem Magazin “Foam” erklärte die talentierte Schönheit, dass ihre Bilder “durchdacht, kunstvoll zusammengestellt und aufwändig” seien. Tatsächlich ist der künstliche Aspekt bei allen Aufnahmen sichtbar. Deutlich.

Doch auch wenn die 32-Jährige in ihren Fotos fast alles von sich zeigt, bleibt eine Sache dabei stets versteckt: ihr Gesicht. Damit erschafft sie einen kleinen Mythos um ihre Person, was die Bilder nur noch interessanter macht.

Übrigens fotografiert Magdalena Wosinska nicht nur sich selbst: Sie hat schon Werbekampagnen für große Kunden wie Urban Outfitters oder Converse geschossen und sogar eine Fotostrecke für die “Vogue” geshootet. © spot on news

Civil March in Sarajevo

Civil March for Aleppo has reached an important milestone. We are in Sarajevo now.

It is a very special time here. The city is about to commemorate 25 anniversary of the siege. We decided to pay a tribute to the victims in a symbolic way, leaving our footprints on the ground.

#CivilMarchForAleppo

Der Zivile März für Aleppo hat einen wichtigen Meilenstein erreicht. Wir befinden uns jetzt in Sarajevo.

Es ist eine sehr besondere Zeit hier. Die Stadt wird etwa 25 Jahrestag der Belagerung begehen. Wir haben beschlossen, die Opfer auf symbolische Weise zu würdigen und unsere Spuren auf dem Boden zu hinterlassen.

Reblog & Co: Uwe Rada

heuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheute

Von Berlin nach Polen und zurück

Vortrag und Gespräch mit Uwe Rada
– in Kooperation mit Städtepartner Stettin

23.2.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Seit Jahren beschäftigt sich der taz-Journalist und Buchautor Uwe Rada mit den Beziehungen Berlins zu seinem östlichen Nachbarn. Dabei führen ihn seine Wege immer wieder nach Stettin und Breslau, aber auch in die Uckermark oder ins Oderzwischenland. Davon wird Uwe Rada bei seiner Lesung berichten. Und davon, wie sich die deutsch-polnische Grenzregion der politischen Großwetterlage zwischen Berlin und Warschau zu entziehen sucht.

Uwe Rada, geboren 1963 in Göppingen, lebt seit 1983 in Berlin. Er beschäftigt sich seit zwanzig Jahren mit der deutsch-polnischen Grenzregion.
Zuletzt erschien das Buch “Berlin und Breslau. Eine Beziehungsgeschichte”, das er zusammen mit Mateusz Hartwich herausgegeben hat.

Und als Kostprobe, ein Text über die Oder aus Taz:

Oderdämmerung

Sie ist einer der letzten frei fließenden Flüsse Europas, manche vergleichen sie mit dem Amazonas. In Brandenburg bildet sie den einzigen Flussnationalpark Deutschlands. Doch nun soll die Oder nach dem Willen der neuen polnischen Regierung zu einer Wasserautobahn ausgebaut werden. Umweltschützer beiderseits des Flusses sind alarmiert

von UWE RADA

Gerade jetzt, im Winter, ist das Zwischenoderland besonders eindrucksvoll. Zwischen Ostoder und Westoder frieren die Altarme zu, die ersten Zugvögel kommen zurück, über der wilden Oderlandschaft liegt eine Stille, die vergessen lässt, das nicht weit von dieser naturnahen Flusslandschaft die Großstadt Stettin brummt.

Doch die Idylle täuscht, wie Brandenburger Naturschützer und Politiker vor Weihnachten erleben mussten. Vertreter der polnischen Woiwodschaft Westpommern waren nach Criewen, dem Tor zum Nationalpark Unteres Odertal gekommen, um vorzustellen, wie sie sich die Zukunft der Oder vorstellen. Für den Landrat der Uckermark, Dietmar Schulze, waren die Pläne ebenso alarmierend wie für den Nationalpark-Mitbegründer und Träger des alternativen Nobelpreises, Michael Succow.

Was hatte die polnische Delegation im Gepäck? Um Stettin besser vor Hochwasser zu schützen, hieß es, sollen im Zwischenoderland 21 Kanäle ausgebaggert und 32 seit dem Zweiten Weltkrieg verfallene Wasserbauwerke, Schleusen und Durchlässe wieder instandgesetzt werden. Darüber hinaus sollen auf 60 Kilometer die Deiche modernisiert werden. Die Kosten in Höhe von 18,2 Millionen Euro, so die polnische Delegation, würde die Weltbank übernehmen.

Anders als der Nationalpark Unteres Odertal liegt das Zwischenoderland, auf Polnisch Międzyodrze, auf der polnischen Seite der Grenze. Offiziell hat es nur den Status eines Landschaftsschutzparks, in Wirklichkeit aber ist es für Naturschützer sehr viel wertvoller als der deutsche Nationalpark. Weil die Regulierungsbauwerke dieses 5000 Hektar großen Polders aus den Jahren von 1907 bis 1932 nicht instandgesetzt wurden, regelt hier die Natur den Wasserstand, es entstand ein Paradies für Vögel und Fische. Dass der Ausbau nur der Wasserregulierung und dem Schutz Stettins vor Hochwasser dienen soll, wird in Brandenburg angezweifelt. “Nicht einmal das Jahrhunderthochwasser von 1997 hat Stettin bedroht”, heißt es im Potsdamer Umweltministerium hinter vorgehaltener Hand.

Oder soll zur Wasserstraße werden

Die Pläne für das Zwischenoderland sind nur ein Teil einer gewaltigen Kraftanstrengung, mit der die neue polnische Regierung die Oder wieder zu einer internationalen Wasserstraße ausbauen möchte. Um das ambitionierte Ziel umzusetzen, hat die nationalkonservative Partei Recht und Gerechtigkeit (PiS) von Ministerpräsidentin Beata Szydło sogar ein eigene Ressort geschaffen – das Ministerium für Meereswirtschaft und Binnenschifffahrt. Dessen Vizeminister Jerzy Materna erklärte gleich nach seinem Amtsantritt im Dezember, dass die gesamte Oder als Wasserstraße der Klasse IV ausgebaut werden sollte. “Von der dritten Klasse will ich nie wieder etwas hören, in dieser Frage gebe ich keinen Millimeter nach”, sagte Materna der polnischen Tageszeitung Gazeta Wyborcza.

Die Wasserstraßenklasse IV ermöglicht den Verkehr der so genannten Europaschiffe mit einer Länge von 80-85 Metern und einer Ladekapazität von 1.000 bis 1.500 Tonnen. Materna strebt in Zukunft ein Transportvolumen von 50 Millionen Tonnen jährlich an. Zum Vergleich: Derzeit wid auf der Oder so gut wie nichts mehr tranportiert. Zwischen dem oberschlesischen Kohlerevier und Stettin, so lautet der Spin der neuen Regierung in Warschau, liegen 700 Kilometer ungenutzte Wasserautobahn.

Ganz billig wird es aber nicht sein, diese Autobahn fahrtüchtig zu machen. Alleine für die Ertüchtigung der Oder müssten laut Materna etwa 20 Milliarden Złoty, das sind rund fünf Milliarden Euro ausgegeben werden. Doch der Vizeminister des neuen Ressorts hat noch weitergehende Pläne. Er will die schlesische Oder bis ins tschechische Ostrau ausbauen und auch den alten Plan eines Oder-Donau-Kanals in Angriff nehmen. Damit soll das Schwarze Meer mit der Ostsee verbunden werden. Das es die neue Regierung mit der Umwelt nicht so genau nimmt, zeigte sich im Januar. In den Wäldern von Białowieża, dem letzten Urwald Europas, wurde damit begonnen, 400.000 Bäume zu fällen.

Nach dem Hochwasser 1997

Dreißig Kilometer von der niederschlesischen Metropole Breslau entfernt, liegt die kleine Ortschaft Maltsch, auf Polnisch Malczyce. Dreitausend Einwohner leben in Maltsch, das seine große Zeit längst hinter sich hat. Als die Oder tatsächlich eine Wasserstraße war, wurde im Hafen Kohle verladen. Der Maltscher Hafen machte mehr Umsatz als der in Breslau. Das war vor mehr als siebzig Jahren.

Heute steht Maltsch für eine Investition, die in Polen ebenso Kopfschütteln hervorruft wie der Bau des Flughafens BER in Deutschland. 300 Millionen Złoty, 75 Millionen Euro, sollte die neue Oderschleuse kosten, als 1997 mit den Bauarbeiten begonnen wurde. Nach dem Jahrhunderthochwasser an der Oder, das alleine in Polen 50 Menschenleben forderte, sollte mit dem Bau neuer Staustufen das Wasser reguliert – und die Oder wieder für die Binnenschifffahrt hergerichtet werden. Der Neubau der Maltscher Schleuse war neben der in Dyhernfurth (Brzeg Dolny) der erste an der Oder seit dem Ende des Krieges. Zuvor waren zwischen dem Gleiwitzer Kanal, der Oberschlesien mit der Oder verbindet, und Breslau 26 Staustufen errichtet worden. Unterhalb von Breslau aber war die Oder bis Hohensaaten, wo der Oder-Havel-Kanal in den Fluss mündet, ein frei fließender Strom geblieben.

Die Maltscher Schleuse ist bis heute nicht in Betrieb. Inzwischen sind die Kosten von 300 Millionen Złoty auf eine Milliarde gestiegen, ein Ende des Baus ist nicht in Sicht. Dennoch bringt der Warschauer Vizeminister für Binnenschifffahrt nun den Bau weiterer Staustufen ins Spiel. Bis zu zwanzig neuer Schleusen sollen in Zukunft entstehen, sagte Materna im Januar dem Sender Radio Zielona Góra. Finanziert werden sollen sie in Public-Private-Partnership-Projekten.

Schon einmal hatte die Regierung in Warschau große Pläne für die Oder vorgelegt, das war nach dem Jahrhunderthochwasser von 1997. Doch beim so genannten Programm für die Oder 2006 setzte Warschau vor allem auf Geld aus Brüssel. Das ist nun anders. “Im Rahmen des Weltbankprojekts Odra-Vistula Flood Management Project stehen Polen bis zum Jahr 2023 1,202 Milliarden Euro zur Verfügung”, sagt Sascha Maier. Der Naturschützer engagiert sich unter anderem beim Verein der Freunde des Deutsch-Polnischen Europa-Nationalparks Unteres Odertal und war auch dabei, als die polnische Delegation im Dezember ihre Pläne für den Ausbau des Zwischenoderlandes vorgestellt hatte. “Der geplante Ausbau der Oder bekommt damit eine neue Dimension”, so Sascha Maier.

Wo bleibt der Widerstand?

Nach dem Jahrhunderthochwasser von 1997 haben sich deutsche und polnische Naturschützer zusammengeschlossen und ein Bündnis mit dem Namen “Zeit für die Oder” gegründet. Es war ein grenzüberschreitendes Bündnis gegen die geplante Zerstörung von Auwäldern und für die Ausweisung neuer Schutzgebiete. Solche Bündnisse gibt es heute nicht mehr. Stattdessen haben sich rechts und links der Oder die Befürworter eines Ausbaus zusammengeschlossen.

Fast unbemerkt von der deutschen Öffentlichkeit wurde bereits am “7. April 2015 von Warschau und Berlin das “Abkommen über die gemeinsame Verbesserung der Situation an den Wasserstraßen im deutsch-polnischen Grenzgebiet” unterzeichnet. Verhandlungsführer auf deutscher Seite war der Brandenburgische Ministerpräsident Dietmar Woidke (SPD), der auch Polenbeauftragter der Bundesregierung ist.

Die Ziele des Abkommens lesen sich auf den ersten Blick vernünftig. Es geht um die Gewährleistung eines schnelleren Wasserabflusses bei Hochwasser sowie den Einsatz von Eisbrechern an der Grenzoder. Woidke selbst hatte sich dafür eingesetzt, dass Küstenmotorschiffe zwischen der Ostsee und dem Hafen Schwedt verkehren können. Damit soll der teure Umschlag der Waren aus den Schwedter Papierfabriken im Stettiner Hafen entfallen.

Doch es ist eine Zahl, die Umweltschützer wie Sascha Maier aufhorchen lassen. Im deutsch-polnischen Abkommen wird nämlich festgehalten, dass die Oder unterhalb der Warthemündung an neun von zehn Tagen jährlich eine Tiefe von 1,80 Meter aufweisen soll. Oberhalb der Warthemündung soll diese Mindesttiefe an acht von zehn Tagen gewährleistet sein.

Ob das realistisch ist, wird sich zeigen. Im Sommer, kurz nachdem das Abkommen in trockenen Tüchern war, fiel der Wasserstand der Oder auf ein Rekordtief. Radio Szczecin berichtete am 12. August von einem dramatischen Fall des Wasserstandes. In Küstrin (Kostrzyn) betrug er nur noch 63 Zentimeter. Im nahen Gozdowice führte der Fluss 80 Zentimeter, zu wenig für die Fähre “Ohne Grenzen”, die hier zum brandenburgischen Güstebiese verkehrt.

Wie die Mindesttiefe von 1,80 Metern realisiert werden soll, steht nicht im Abkommen, es wird jedoch auf ein Gutachten zur Stromregelegung verwiesen. “Demnach soll die Zieltiefe nicht nur über die Fahrrinnenbreite, sondern die gesamte Gewässersohle durch Modernisierung und teilweiser Erhöhung konventioneller Buhnen hergestellt werden”, erklärt Sascha Maier. Er fürchtet, dass demnächst Fakten geschaffen werden, ohne zuvor die Umweltverträglichkeit zu prüfen.

Pragmatismus in Stettin

Es ist kalt an diesem Februartag, von der Oder weht ein frischer Wind hinauf in die Stettiner Innenstadt. In einem der Altbauten in der Starszyński-Straße nahe der berühmten Hakenterrassen hat Dorota Janicka ihr Büro. Janicka ist die Chefin der Landschaftsschutzparks in der Woiwodschaft Westpommern, und als solche ist sie auch für das Zwischenoderland zuständig. Ob die Zukunft der Oder die einer Wasserautobahn ist, will sie nicht bewerten, das fällt nicht in ihre Zuständigkeit. Um die Zukunft des Zwischenoderlandes aber macht sie sich keine Sorgen. “Eine landwirtschaftliche Nutzung des Zwischenoderlandes ist nicht geplant”, versichert Janicka. “Es geht lediglich darum, die alten Anlagen wieder in Ordnung zu bringen.”

Im Gegensatz zu Umweltschützern wie Sascha Maier überwiegen bei Janicka nicht die Bedenken, sondern die Hoffnungen. Denn von den knapp zwanzig Millionen Euro, die zwischen Westoder und Ostoder verbaut werden sollen, könnte auch ein Teil für den Tourismus abfallen, glaubt die Chefin der Landschaftsschutzparks. “Wir haben bislang viel zu wenig ausgewiesene Tourismusrouten im Zwischenoderland”, sagt Janicka und überreicht zum Beweis eine Karte des Gebiets. “Auch die Infrastruktur für Paddler muss verbessert werden.”

Janicka verweist auf die breiten Radwege auf der deutschen Seite der Oder. “Ganz so schnell wird das bei uns nicht gehen, aber das ist das Ziel”, sagt sie. Naturschutz ist bei Janicka keine Sache um ihrer selbst willen, sondern immer auch verbunden mit touristischer Nutzung. Und da fehlt es dem Amazonasgleichen Überflutungsgebiet zwischen Westoder und Ostoder tatsächlich. Außer auf der Straße von brandenburgischen Mescherin ins polnische Gryfino ist das Zwischenoderland kaum zugänglich.

Grenzüberschreitender Nationalpark

Stettin will also profitieren vom Zwischenoderland und dem Weltbankgeld. Auch deshalb widerspricht Janicka einem Vorschlag des Westpommerschen Vizemarschalls Jarosław Rzepa. Der hatte vorgeschlagen, aus dem Überflutungsgebiet wie auf der deutschen Seite einen Nationalpark zu machen. Janicka dagegen meint, dass die Umweltvorschriften in den Natura 2000 und FFH-Gebieten jetzt schon streng genug seien. Ihr wichtigstes Argument aber ist ein anderes. “Für einen Nationalpark ist die Regierung in Warschau zuständig”, sagt sie. Stettin aber will seine Oder selber verwalten.

Paweł Pawlaczyk findet die Idee mit dem Nationalpark gut. Seit Jahren arbeitet gelernte Förster im Vorstand des polnischen Naturschutzclubs – und ärgert sich, dass das Zwischenoderland einen weitaus geringeren Schutzstatus hat als der deutsche Nationalpark. “Wir haben es hier mit einer Wildnis zu tun, die ihresgleichen sucht”, sagt Pawlaczyk. “Alle Voraussetzungen, das Zwischenoderland zu einem Nationalpark zu machen, sind gegeben.”

Das Weltbankprojekt hält der Naturschützer für verheerend. Und für unglaubwürdig. “Wenn es in Stettin eine Hochwassergefahr gibt, kommt sie wegen der Nordwinde vom Stettiner Haff und nicht von der Oder”, sagt er. Dieses Argument sei deshalb vorgeschoben. Aber auch die Ausweisung neuer Touristenrouten, die Dorota Janicka gerne mit den Weltbankmitteln finanzieren würde, hält er für vorgeschoben. “Hier geht es darum, den Zustand aus der Zeit vor dem Krieg wiederherzustellen”, sagt Pawlaczyk, “Was wir brauchen ist aber keine regulierte Natur, sondern Wildnis.”

Pawlaczyk hofft deshalb sehr auf die deutschen Umweltschützer. Und, dass es vielleicht doch noch gelingt, an der Oder endlich einen grenzüberschreitenden, europäischen Nationalpark zu gründen.

Rahra Avis

https://soundcloud.com/rahraavis/la-pasio-n

Eugenia Tapia. Nie gehört, was? Höchste Zeit es zu ändern! Ich habe sie einmal erlebt, sie ist unglaublich. Du sprichst mit ihr, es ist ein ganz normales Gespräch mit einer netten jungen Frau und dan PLÖTZLICH – sie ist auf der Bühne und sie ist ein Star, eine Diva, eine unglaubliche Erscheinung! Geht UNBEDINGT hin! Unbedingt.

Meine Lieben nun ist es so weit!
am 19 Januar Donnerstag spiele ich mit
—RAHRA AVIS—
meine ElectroSoul Avantgarde duo,

WO: RegenbogenFabrik KINO
Lausitzerstr 22,10999 Berlin
20.00 Uhr-23.00
Eintritt//Austritt: Eure spende ist uns wichtig 🙂

Wer uns noch nicht gesehen hat, ist es höchste Zeit,
den dies ist unser letzter KONZERT
in Berlin und Deutschland.
Es ist unser abschied. Mein College, Musiker, Composer, bester Freund
wechselt Kontinent, überquert Atlantik-Ozean direct nach Mexico.
Wir wünschen ihn und Frau alles beste!
Neues kommt, dies ist sicher!
Love and Peace! Ich will euch sehen! Sei dabei!

RAHRA AVIS
Andres Santana: Composer, Ableton Live, E Guitar
Eugenia Tapia: Singer, Composer
Visuals: (KAKITA)

Rahra Avis
Andres Patricio Santana Novoa
Eugenia Victoria Tapia Caro

www.rahraavis.com
https://soundcloud.com/rahraavis/la-pasio-n
https://www.facebook.com/events/1305537942846989/

Reblog: Myślnik Stankiewicza 74

myslnikstank

O autorze

Nazywam się Piotr Stankiewicz. Część z Was może mnie kojarzyć, choćby jako autora Sztuki życia według stoików. Na „Myślniku” umieszczam rzeczy, które nie znalazły się w tej książce, ani nie znajdą się pewnie w następnych.

Słownik nieoczywistych smutków

Zastanawialiście się kiedyś nad słowami, które powinny istnieć, ale nie istnieją? Nad uczuciami, które istnieją, ale są nienazwane? Oto coś dla Was! Dzisiaj wszyscy jesteśmy Adamami – nadajemy nazwy rzeczom.

Dzisiaj na „Myślniku” wyjątkowo coś, czego autorem jestem tylko jako tłumacz. Jak może wiecie, istnieje coś takiego jak „Dictionary of Obscure Sorrows” , czyli ułożony przez Johna Koeniga słownik takich właśnie terminów – które nie istnieją, a które istnieć powinny. Oto moja swobodna adaptacja części z nich na język polski.

* * *

Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.

Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste, jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.

Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.

Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy. A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.

Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.

Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.

Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.

Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.

The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.

Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.

Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.

Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.

Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.

Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.

La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.

Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.

Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.

Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?

Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.

Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony, jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.

The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.

Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.

Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.

Remail z Wydawnictwa Literackiego

Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale skoro jest reblog czyli skopiowany wpis z czyjegoś bloga, to może powinno być też słowo na wiadomość, która przyszła na skrzynkę mailową, a którą tym razem koniecznie muszę zaprezentować. Robię to po raz pierwszy. Każdy bloger otrzymuje z wydawnictw zapowiedzi, niekiedy może coś sobie zamówić jako egzemplarz recenzyjny. Czytam sobie takie maile, czasem zainteresuje mnie jakaś pozycja, czasem dostaję ją, czytam, piszę, zapominam. Tym razem jednak z Wydawnictwa Literackiego w Krakowie przyszła na początek roku tak piękna lista zapowiedzi wydawniczych, że można ją w całości potraktować jako listę lektur na zimę 2017.  Napisałam do redakcji i musiałam się siłą hamować, żeby nie zamówić wszystkiego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą noworoczną przyjemnością:

naglowek_aa439b069e_gif

Richard Flanagan • Pragnienie
przeł. Maciej Świerkocki
12 stycznia

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Anne-France Dautheville • Sekrety roślin (tyt. roboczy)
przeł. Andrzej Stańczyk
16 marca

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.

Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże! Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru, toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.

Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?

Morten Strøksnes • Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
przeł. Maria Gołębiewska-Bijak
16 marca

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?

W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.

Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.

Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

Kazuki Sakuraba• Czerwone dziewczyny
przeł. Łukasz Małecki
kwiecień

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakucziba, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy spod znaku realizmu magicznego.

Nedim Gürsel • Opowieść o Mehmedzie Zdobywcy
przeł. Piotr Kawulok
kwiecień

„Wybitna turecka powieść postmodernistyczna” według Encyklopedii Britannica. Popis prozatorski pisarza cenzurowanego przez władze Turcji.

1453 rok, Mehmed II zdobywa Konstantynopol, kończąc trwającą dziesiątki lat walkę o stolicę Bizancjum. Mityczne miasto łączące Azję i Europę, Wschód i Zachód padło u jego stóp.

Współczesny pisarz, który zaszył się w starej osmańskiej rezydencji naprzeciw twierdzy wzniesionej nad Bosforem przez sułtana zdobywcę, mobilizuje cały swój talent prozatorski, by na stronach swojej powieści ożywić barwną postać władcy „czującego w sercu boskie natchnienie”, aczkolwiek niezbyt świętego,, aczkolwiek niezbyt świętego oraz czas, w jakim żył i wychwycić każdy z przejawów wpływu upadku Konstantynopola na naszą współczesność. Jednakże tu w życie „kronikarza” Mehmeda II Zdobywcy wkracza pewna młoda kobieta i ten romansowy wątek zakłóca jego pracę.

Rozlewna, odmalowana z wielką dbałością o szczegół, epicka i liryczna zarazem, historyczna i współczesna powieść Nedima Gürsela jest najpiękniejszym oknem na Turcję dawną i dzisiejszą, a przede wszystkim na Stambuł, miasto o wielkiej historii i niezwykłej urodzie.

Andrea de la Barre de Nanteuil, Lovisa Brufitt • Historia Mademoiselle Oiseau (tyt. roboczy)
przeł. Maria Jaszczurowska
maj

Pięknie ilustrowana opowieść o przyjaźni, marzeniach, dorastaniu i bajkowej paryskiej modzie.

Aleja Minionych Czasów. Serce Paryża. To tutaj, na ostatnim piętrze starej kamienicy mieszka elegancka i bardzo osobliwa Mademoiselle Oiseau. Ile ma lat? Nie pytajcie, tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, sąsiedzi z rzadka tylko widują ją na balkonie, gdzie wystrojona w perłowy naszyjnik pokazuje się w towarzystwie swoich kotów i ptaszków. Piętro niżej mieszka dziewięcioletnia Isabella, dziewczynka tak zwyczajna, że aż niewidzialna. Tak, nikt jej nie dostrzega, nikt z nią nie rozmawia, nie chce się z nią bawić. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Isabella naciska zły guzik windy i przez pomyłkę wjeżdża do mieszkania panny Oiseau… Tak zaczyna się historia pewnej niezwykłej, pełnej magii i przygód, przyjaźni.

Richard Flanagan • Śmierć rzecznego przewodnika
przeł. Maciej Świerkocki
czerwiec

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.

Civil March for Aleppo

starts today at 10 o’clock in Berlin. The meeting point  is Tempelhofer Feld behind the Gate Nr 10. If you want to march, bring a small tent, sleeping bag and most important belongings with. I will be there to meet you and I will go with you on the first day.

PO POLSKU  ***DEUTSCH*** ENGLISH***العربية

Beneath I publish an intervew given by Sebastian Olenyi. I suppose he answers probably all questions you allways wanted to know the answers to. See you today at 10!

15337398_10208256318541197_7258427632194172366_n

21.12.2016

Ein Bürgermarsch von Berlin nach Aleppo
Staffellauf der Solidarität

Zu Fuß nach Aleppo – über die umgekehrte Flüchtlingsroute dahin, wo alle Menschen im Moment weg wollen. Ausgedacht haben sich das Berliner Aktivisten. Es soll ein Protestmarsch werden, erklärt “civil march”-Mitorganisator Sebastian Olenyi.

domradio.de: Geschlagene 3.000 Kilometer über Tschechien, Österreich, den Balkan, Griechenland und die Türkei, also die umgekehrte Flüchtlingsroute. Ist das nicht eine Kamikaze-Aktion? Wie wollen Sie sicherstellen, dass Sie nicht selbst gerettet werden müssen?

Sebastian Olenyi (Mitorganisator der Aktion “civil march”): Wie das Ende unseres Weges aussieht, das wissen wir heute auch noch nicht. Es ist auf jeden Fall erst einmal eine sehr lange Demonstration, mit der wir Aufmerksamkeit für das Thema erwecken wollen. Auch in den Ländern, durch die wir laufen.

domradio.de: Laufen alle die gesamte Strecke?

Olenyi: Manche werden wahrscheinlich auch nur ein oder zwei Tage dazu stoßen. Der Marsch wird 3,5 Monate dauern. Wir erwarten auch gar nicht, dass alle die ganze Strecke mitlaufen. Das ganze soll eher eine Art Staffellauf der Solidarität sein.

domradio.de: Wollen Sie denn auf jeden Fall bis zum Ende laufen?

Olenyi: Ob wir es am Ende schaffen werden, nach Aleppo oder in eine andere eingeschlossene Stadt vordringen können, das machen wir von der Sicherheitslage vor Ort abhängig. Für uns hängt der Erfolg nicht von den letzten paar Kilometern ab. Es geht in erster Linie darum mit diesem Bürgermarsch Aufmerksamkeit zu generieren.

domradio.de: Am zweiten Weihnachtstag geht es los, wie soll das ganze denn praktisch ablaufen? Wie bewegen Sie sich fort? Wo übernachten Sie?

Olenyi: Wir starten mit einer Veranstaltung mit vielen Gästen. Es spielt zum Beispiel eine syrische Band, die hier wahrscheinlich nicht so bekannt ist. Sie ist aber bei Syrern so bekannt wie bei uns etwa die Ärzte oder eine vergleichbar große Rockband. Und dann laufen wir los. Geplant sind jeden Tag ungefähr 20 Kilometer.

domradio.de: Ist denn alles soweit geplant?

Olenyi: Wir versuchen gerade noch beheizte Unterkünfte für die Teilnehmer zu finden. Für die erste Woche oder zehn Tage ist es bis jetzt gelungen, aber wir sind noch fleißig dabei und telefonieren jede freie Minute um Turnhallen oder Kirchen zu finden, die uns beherbergen.

Aber es kann auch sein, dass wir selbst bei diesen Temperaturen in den Zelten, die wir dabei haben, schlafen müssen. Wir versuchen es natürlich mit so wenig Kosten und so einfach wie möglich zu organisieren.

domradio.de: Wie sind Sie eigentlich auf die Idee gekommen?

Olenyi: Man sieht ja täglich die schrecklichen Bilder über Social Media und alle anderen Kanäle. Da entstand natürlich ein gewisses Schuldgefühl. Man hat mal etwas davon geteilt oder ein “Like” (Gefällt mir) gedrückt, aber dabei macht man ja nicht etwas selber. Da kam die Idee.

domradio.de: Was ist Ihr Ziel mit diesem Marsch?

Olenyi: Wir versuchen auf dem Weg Aufmerksamkeit zu erwecken. Vielleicht können wir einige Hilfen mehr organisieren. Vielleicht können wir es schaffen, dass mehr diplomatischer Druck auf alle Parteien ausgeübt wird, die da in Syrien aktiv sind. Aber auch auf die europäischen Politiker. Von dort war ja auch öfters zu hören: “Meine Wähler interessiert es nicht, keiner kann mehr die Bilder sehen. Warum sollte ich mich dann engagieren?” Wenn wir wirklich dort ankommen, oder wenn nur ein paar wenige mehr Hilfe bekommen, oder der Konflikt etwas früher vorbei ist, dann haben wir sehr viel erreicht.

domradio.de: Wäre es nicht sinnvoller, Spenden zu sammeln und die Menschen vor Ort so zu unterstützen?

Olenyi: Viele von den Spenden können gerade nicht eingesetzt werden. Selbst die Hilfsorganisationen sind gar nicht mehr in den Städten vor Ort. Natürlich brauchen auch viele andere noch Hilfe, auch in den Camps in der Türkei oder anderen Ländern. Wir rufen auch zu Spenden auf – auch entlang des ganzen Weges. Natürlich versuchen wir auch so wenig wie möglich selber Kosten zu generieren.

Unter dem Strich kommt mehr dabei raus, wenn wir die Aufmerksamkeit erhöhen. Denn jetzt im Moment gibt es für die Eingeschlossenen keine humanitäre Hilfe.

Das Interview führte Hilde Regeniter.

 15350685_10208300465124834_5882299643445779380_n