Deszczowa delegacja 3

 

Mieczysław Bonisławski

– … chłopy same mu oddadzą tę całą, no…
– Przyjechał tu jako urzędnik. Będą szukać.
– … i gówno znajdą!
– Nie bądźcie takie pewne – od strony gazika doszły mnie pokrzykiwania inspektora z Mirocina, na którego ostro napierały obie baby w chustach.
– A bo co, bo my takie głupie, że nie potrafimy same?
– I tylko nam tu nie wyjeżdżaj znowu z tą swoją, no, co to wiesz…
– Oni sami lubią dopilnować tej swojej sprawiedliwości – słodko, szyderczo wtrąciła zupełnie spokojna, jakby nieobecna, pozostająca poza sporem Truda.
– Właśnie, z tą całą sprawiedliwością – podchwyciła jedna z bab.
– Same potrafimy. U nas też jest sprawiedliwość.
– Ale o co wam chodzi, baby? Czego wy w końcu chcecie? – rzucił jakby zrezygnowany, pobity Tadeusz.
– A jużci, same to zrobimy.
– Wszystko zostanie w Lesie, nikt się nie dowi…
– My tam wiemy, co komu się należy… Tylko ty, inspektor, zawróć te milicje.
– Ale co wam zaszkodzi milicja? Załatwią sprawę, bez kłopotu. Już oni mu nie odpuszczą,
nie obawiajcie się.
– Tego się nie boimy. On już i tak nam nie ucieknie, co by tam w mieście nie wymyśliły…
– O co inne idzie. Jak się znowu tu zjadą te ubeki, to naszych pobiorą, jak kiedyś, spokoju
przez lata nie będzie…
– Lepiej schować to między swojemi.
– A i w Lesie jeszcze co znajdą, albo po komorach co nie, dobrze mówię? – jedna z kobiet w chustach nagle zwróciła się do Trudy. Kasztanowłosa kierowniczka spoważniała jeszcze bardziej (o ile to było możliwe).
– Kto to wie…
– Kto, jak kto, ale już wy na pewno – druga z kobiet pozwoliła sobie na pełną poufałość. –
Szwaby wiedziały, czego pilnują w Lesie. Pociąg wjechał i nie wyjechał. A ktoś pilnować
przecie musiał…
– Już my wiemy po co żeśta naszych striłców do lasu zabrały – zaczęła jazgotać pierwsza – Nie zamydlicie nam oczu, my nie takie głupie ludzie, choć proste.
Truda spojrzała na Tadeusza.
– Chyba za późno. Milicja już wie. Dzisiaj przyjechała redaktorka z gazety.
Ale babom w chustach było mało. Jak już przemogły wstyd, strach, jak już przerwały
milczenie, musiały wygadać wszystko, od serca i spod wątroby, byle do końca. A Truda z Tadeuszem to było za małe audytorium do wyrzucenia z siebie tego, co je bolało. Pierwsza zrobiła kilka kroków w moją stronę, ku skórzanemu. Ale zagadnęła do mnie, obcej, nie do niego.
– Popatrz no tylko, ledwie wrócił, a już nowego trupa po północku znaleźli. I to gdzie, przy ceglanym moście… Rozumie Las swego…
– Stefanicha, co wy?! Przecież to właśnie pani redaktor! – krzyknęła ostrzegawczo Truda. – Miastowa, ona się kuma z milicją – starała się jeszcze dosadniej wyjaśnić grozę sytuacji.

Ale tu nie było dylematu poznawczego. Trafiłam w sam środek tajemniczej historii i nie
mogłabym już tego odpuścić. Tak, mój drogi Marku, tu się liczył czyn. I cel oczekiwanych
odpowiedzi. To nie była chwila na kawiarniane dysputy o stylu czy ideologii. Tu się
rozgrywało prawdziwe dziennikarstwo. Rdzawokasztanowa nie była w stanie mi
przeszkodzić. To nie były twoje progi, droga kierowniczko.
– A jak to się stało, że on tu przyjechał?
– A kto go tam wi… W powiecie się uchował, ale nie u nas w Kożuchowie, tylko w Żaganiu
znaczy się – połknęła haczyk Stefanowa baba i ani się obejrzała, jak trajkotała, zapominając o machającej do niej rękoma Trudzie. – I teraz, jak nie ma gminy w Broniszowie, a powiatu w Kożuchowie, to i cegielnia przeszła pod Żagań, a on pono przyjechał ją doglądnąć… Ale jaka tam prawda, to nie wi nikt, ino on sam…
Spojrzałam pytająco na Tadeusza.
– No i czego? – ofuknął mnie tylko i zaczął wsiadać do gazika. Drugiej babie pokazał miejsce z tyłu, gdzie siedzieli przedtem obaj skórzani, tak jakoś po środku, jakby pomiędzy nimi.
– Czy ona coś wie? – spytała go Truda, gramoląc się za babą na tył gazika (ile tam się ich
miało pomieścić? A podobno dla jednej Wiolety nie było już miejsca).
– Nie wiem. Pewnie tyle, co jej powiedział Demianiuk – wzruszył ramionami Tadeusz. –
Gadały jeszcze z administratorem.
– Że też ziemia takiego jeszcze nosi – rozeźliła się ta druga.
– A czemuż to? Co z tym administratorem? – szturchnęłam kumotersko moją Stefanichę w ramię. – Co, a gadajcież kumo.
Z tego co pamiętam, żywą stylizację wyśmiewali u nas w Zielonej Górze wszyscy, od Klema po Horowicza, ale Marek ją stosował. Klem nazywał to śmietnikiem. Chodzisz, i co, otwierasz klapę śmietnika. Myślisz, ze zainteresujesz ludzi jego wnętrzem? Nic bardziej mylnego. Ale Marek nie unikał oryginalnej gwary. Tyle tylko, że na kartkach. Na żywo, w akcji go nie widziałam. To, jak zagadnęłam mojego świadka, nazwałby czynem w słowach.
I umiałby określić cel, do jakiego dążyły oczekiwane przez mnie odpowiedzi. Coś, czego ja sama nawet w tamtej chwili bym nie potrafiła zrobić.
– Reinhard, ten esesman, to była swołocz sama w sobie. Ale ten nasz administrator, to
przechodzi nawet jego.
– Ten poczciwy Demianiuk?
– Demianiuk, to od paszy i nawozów i też ma swoje za uszami – zaoponowała ta druga. –
Chodzi o Sosińskiego, tego od pałacu.
– I co ten Sosiński?
– Jego tu przywieźli ubecy i pałacowym zrobili – niemal szeptem wyznała Stefanicha.
– To ubek?
– A kto go tam wi!
– Nie, wszystkie wiedzą, że nie ubek… To bandyta. On, w tej Zielonej Górze to wysadzać
miał mosty i fabryki. W takiej bandzie był.
– Ale, dzięki Bogu, ich złapali, zanim ludzi pozabijali. I on na UB wszystko powiedział,
przeciwko tym innym… I za to, zamiast do więzienia, przywieźli go tutaj. Lekką robotę mu dali, czystą, w cieple. Pewnie Żyd…?
– A może on w tej bandzie od początku dla zdrady był postawiony? Kto ich tam wi…
– Podziękować mu tak pewnie chcieli, zapłacić znaczy się za zdradę… Jako swemu, Żydowi znaczy się. W UB same Żydy…
– Cichojcie kobiety! – Truda wyskoczyła z gazika i złapała Stefanichę za rękę – Co tak
gadacie po próżnicy? Pani redaktor i tak nie słucha – po raz pierwszy zwróciła się do mnie bez tej pogardy i lekceważenia. – Nie były przy tym, gadają co na język przyjdzie, głupiego…
Tadeusz zapuścił silnik. Bez problemu wszedł na obroty. Zdjął nogę ze sprzęgła.
– Daj spokój – rzucił rozkazująco do Trudy. – Niech sobie pani redaktor posłucha. Tyle jej, co usłyszy.
– Co ty, Tadek?! – przeraziła się kierowniczka o kasztanowych włosach – Co ty?
Tadeusz żachnął się i jeszcze szyderczo spuentował:
– I tak nigdzie i u nikogo tego nie wydrukuje. Przecież wiesz, jak z tym jest i co…
– Ty tak poważnie? – głos Trudy zadrżał – Chcesz…
– Ja? Ja chcę? – zawisła na moment jakaś taka złowieszcza cisza. – Wsiadaj. Wsiadajcie
wszystkie, pora kończyć.
Nie wyłapałam, nie chciałam wyłapać złowróżbnego kontekstu, czającej się groźby w tym co powiedział… Właściwie w tym, czego nie dopowiedział inspektor w marynarce.
– I co z tym Sosińskim? To w końcu, kim on jest – naciskałam Stefanichę. Odpowiedziała mi jednak ta druga:
– Był sekretarz partii z tej nowej gminy i mówił, aby go przyjąć jak swego. Że to niby ofiara błędów i czegoś jeszcze…
– Tych, no, wypaczeń, czy jak… – dorzuciła Stefanicha.
– A jużci, że tak. Ale kto go tam wi, o co w tym się rozchodzi… Chłopy, co po wojnie na
naukę poszli do lasu, z Wasylem do Reinharda, znaczy się, krzywo patrzą na pałacowego.
Baliśma się na początku, żeby kto mu wideł nocą w plecy nie wbił…
– Pani – złapała mnie za poły płaszcza Stefanicha – a co to są te błędy? Pani wi? Bo to, człek może pobłądzić, no jasne. Wypije za dużo i zbłądzi. Jakaś wypruta szczęka może z tego być, albo i dzieciak na miedzy. Ale wysadzać, zabijać Bogu ducha winnych ludzi? To nie błąd… Krew na rękach. To grzech, zbrodnia… Czy nie tak?
– No, a te wasze chłopy? Przecie niektórzy byli pod Banderą, a potem u Wilkołaków. No i
jakże tak?
– Już my same swoich to potrafimy osądzić. Między swojakami to było. Tylko my i Las, a w Lesie to insze życie, insza sprawiedliwość. A oni o swoje, o nasze poszli do lasu. I bili tylko rusów komunistów i Żydów ubeków… O, Tadeusz też Żyd, ale on nasz, z tych porządnych znaczy się – zabrzmiało to jakby zaczęła się sumitować, chociaż nikt nie dał ku temu powodu.
– Cicho, na Boga! – krzyknęła Truda. – Co wy gadacie, chcecie kłopotów?!
– Inspektor zabiera panią do Lasu, to przecie też musi być nasza… – zdziwiła się Stefanicha, wskazując ręką na mnie.
Tadeusz tylko nieprzyjemnie zarechotał. Truda złapała się za głowę, jakby chwyciły ją jakieś boleści.
– Czy Wioleta jest bezpieczna z tym Sosińskim? – zupełnie poważnym głosem zaatakowałam mojego urzędowego przewodnika. – Inspektorze, rozumiem, że jest pan lojalnym i odpowiedzialnym obywatelem?
– Kto tu dzisiaj, po wczorajszym, może czuć się bezpiecznie? A ty, jesteś pewna, żeś
bezpieczna? – Po raz pierwszy usłyszałem od Tadeusza tak długie zdania. Pytając o Wioletę, chciałam ocenić właśnie swoją sytuację, a gdyby… To przynajmniej ją uchronić, ostatecznie to ja ją w to wciągnęłam… Popatrzyłam mu uważnie w oczy. Trochę prowokująco i bezczelnie. On jednak nie zamierzał iść na próbę nerwów. Szybko wrócił do swej skorupy.
– No, kobity, wsiadać! Raz, dwa. – Znowu zapuścił motor i szybko ruszył, nie oglądając się na wskakujące do wozu postacie – Jedziemy!
Poczułam wahnięcie wozu od tyłu. Jedno, drugie, trzecie. Wsiadły obie kobity a za nimi
wskoczyli dwaj skórzani. Nie wiedziałam, w co grał inspektor? Reagował przypadkowymi hasłami, na odczepnego, czy też pojął, o co mi chodziło i podjął przez moment słowne zapasy? Nie wiedziałam, ale nadszedł czas, kiedy należało to rozwikłać.
– Słuchaj no, Tadeusz – przyjęłam jego bezpośredni sposób kontaktu. – Albo jedziemy w
końcu do tej cegielni, albo – jak nie masz mi nic do zaoferowania – zawieź mnie z powrotem do pałacu… Ja nie mam czasu na takie różne dyrdymały…
– Nie mam nic do zaoferowania? – zaśmiał się znad kierownicy. – Panienka rozkazuje! To
co, cegielnia, pałac, czy…
Gazik właśnie przeskoczył dukt, ale nie skręcił ani w prawo ku wsi, ani w lewo, ku cegielni. Pognał jak szalony prosto, dalej starotorzem. Krzyknęłam (już nie pamiętam nawet, co).
Na linii horyzontu, nieco w górze, ponad ścianą lasu niesamowicie błysnęło, a po chwili
gruchnął przenikający do kości grzmot. Krzyknęłam jeszcze raz, przez ramiona i kark
przeszedł mi dreszcz. Skuliłam się i mimo woli, niemal bezwiednie, przywarłam głową do ramienia Tadeusza.
Gnaliśmy starą kolejką niemiecką wprost na spotkanie walących piorunów, w stronę gęstego, ciemnego lasu. Przed oczami stanął nagle mi mój Ojciec. Zobaczyłam Wioletę, Giżejewskiego, Horowicza (który nagle wydał mi się nawet zupełnie sympatyczny), Marka, Klema. Nade wszystko stanął mi przed oczyma Klem.

Knajpiany gwar. Opary alkoholu (tak się mówiło, ale czy ktoś je kiedykolwiek fizycznie widział?) Przyciemnione światło (ależ mi wyszła figura stylistyczna!) Pochylone głowy (brzmi patetycznie)… nad śledzikiem i tatarkiem. Kto z was pomyślał, że jak patetycznie pochylone, to nad jakimś ważkim zagadnieniem? Ale faktycznie, to była istotna i głęboce intelektualna dyskusja.
– No tak, orkiestra rzecz ważna – rozciągając słowa, potwierdził racje przedmówcy Klem. – Ale czyż my już nie mamy orkiestry, przy fabryce metalowej?
– Jasne, a grać też można choćby i u was, w teatrze – poparł go Marian Szpakowicz, człowiek Klema od plastyków, z którymi Klem (sam przecież artysta) też działał i to ostro.
– A Hala Ludowa? Przecież funkcjonuje świetnie – nie pamiętam już, kto to powiedział.
Okazało się, że przedmówcą był Zdzichu Giżejewski, bo to on, jako następny mówca, stanął im wszystkim okoniem:
– To wszystko prawda, ale tu chodzi nie o to, aby móc od czasu do czasu gdzie zagrać. To ma być zupełnie nowa instytucja kultury. Mamy za małe miasto na operę, teatr muzyczny, nie ma tu zresztą takich tradycji. Ale jednak życie muzyczne musi się gdzieś wykluwać i toczyć.
– Jesteśmy jedynym województwem, nawet choćby bez filharmonii – przytaknął mu Horowicz. – Tak nie może być, w województwie musi rozwijać się życie muzyczne…
Nastąpiła chwila przerwy. Mężczyźni polali. Kobiety wypiły po pół kieliszka, popiły, podniosły się jakieś piskliwe śmiechy. Dwie aktorki, które przyszły ze Zdzichem, blondi z redakcji wiejskiej Gazety, maszynistka z działu kultury miejskiej rady i Halinka od Klema.
Klem wyciągnął fajkę, powoli ją nabił. Zapalił. Pyknął raz, drugi raz.
– Słyszałem, że tam u was, w Komitecie, macie nawet już pomysł gdzie?
Horowicz zaperzył się:
– Co w Komitecie, co, że jak taki problem, to tylko Partia…? Do brudnej roboty, to my, a ci co potem skorzystają, to postoją z boku i święci, nie ubabrają rąk?
Rozejrzał się wokół stołu. Wypatrzył Zygmunta Juny, kierownika Wydziału Kultury Rady
Miejskiej.
– Zygmunt, powiesz coś? Co na to miejska rada…?
Zyga Juny siedział jakby nieobecny, zapatrzony w zastępczynię Klema w biurze Wojewódzkiego Konserwatora, Halinkę Karpowicz. Mówiono, że się w niej kochał, a w kręgu Klema dodawano oczywiście, że w sensie erotycznym. Przy czym sama Halinka ponoć nic w tej kwestii nie obiecywała. Dała bym sobie rękę obciąć, że usłyszałam jak deklamował jej nad stołem kolejny swój wiersz, w ogóle nie słuchając Horowicza. To też było tajemnicą wszystkich, że kierownik pisał wiersze, które dyktował potem Halince, mówiąc jej, że tak szybko i bezbłędnie pisze. A ona przepisywała tę twórczość na maszynie, udając, że nie domyśla się adresata. Ktoś zauważył, że robiła to nawet z wypiekami na twarzy, ale czego to ludzie nie wymyślą.
– Ale czy to przejdzie? – zatroskała się któraś z dziewczyn. – Tu jeszcze jednak jest parafialna prowincja. Ludzie prędzej pójdą rzucić księdzu na tacę, niż kupią bilet na operę, czy koncert…
– I tak źle, i siak niedobrze.
– Jakby nie patrzeć, dogodzisz jednym, ubodziesz drugich…
– To jest koszt postępu, inaczej na zawsze zostaniemy takim zasranym zaściankiem…
Następna kolejka. Chwila ciszy. Jeden zakąsił, drugi głośno przełknął samą wódkę.
– A jak się ludziom nie spodoba? – Klem znów wziął fajkę – Można to tak robić dla ludzi wbrew nim samym?
Horowicz nie miał takiego dylematu:
– Społeczeństwem musi kierować ten, co ma świetlaną wizję. Inaczej nie będzie postępu.
– Czy postęp jest najważniejszy?
– To jest cel, do którego dąży każdy, kto mądry.
– Czy mądrość jest na tyle bezcenna?
Horowicz nie zdzierżył tej filozoficznej nuty:
– Cóż, błędy się zdarzają…
– Zatem trzeba próbować, tak aby móc je popełniać, bo to jedyna droga do postępu? – zadrwił Klem.
– Ale może nie takie jak przerobienie tabliczki na drzwiach Zespołu Chórów Ludowych na…
Klem rozłożył ręce:
– Wiem, wiem, „zespół chujów ludowych”, było, minęło. Muzeum Okręgowe ma już siedzibę, a sublokatorów szlag trafił, wynieśli się, o co zresztą chodziło… A ty, zastępca, coś sugerujesz? To całe radosne dochodzenie chyba jeszcze trwa… Nic straconego…
– Jak u nas, na wsi, chłop lub baba coś zbarłoży, to dadzą mu przez łeb lub wyśmieją, a zaraz potem zapomną. Ale obcym, władzy – nie wybaczą takiego samego numeru – złowieszczo podsumowała moja koleżanka z redakcji wiejskiej.
– Jak prostemu człowiekowi coś zabierasz, tylko po to, żeby dać coś w zamian, to zapamięta ci to, że mu zabrałeś, a nie to, że zabrałeś, aby dać to coś innego.
– Tak, to piękna w swojej prostocie reguła moralna – skwitował Zdzichu – ale chyba nadaje się tylko do takich bardziej ostatecznych i zasadniczych sytuacji. Oko za oko, śmierć za śmierć, krew na rękach to zbrodnia.
– Słyszałeś? – zaperzył się Horowicz. – To dotyczy tylko „tamtych”, nie „naszych”. Społeczeństwo trzeba edukować, aby stało się „nasze”, przestało władzę uważać za „tamtych”.
– Dlatego że władza ma rację? A jak nie ma…
– Władza ma zawsze rację, nawet jakby jej nie miała. Teraz relatywizują zbrodnie leśnych, wypuszczają z więzień, odcedzają krew od krwi, porównują krople z kroplą… A jutro będą bronić kruchty przed przerobieniem na filharmonię, gdy im pozwolimy tkwić w tym pańszczyźnianym marazmie… Nie wolno nam zgadzać się na zacofanie tych ludzi. Musimy ich wyciągać…
– Co to za porównanie?
– A słyszałem z ust świadka. Prokurator wojskowy – tu padło nazwisko – opowiadał mi o swoim dochodzeniu jeszcze w Gorcach. Co tam ludzie mówią o „Ogniu”…
– Rozmawiałeś o tym z prokuratorem – zaraz, to przecież moje nazwisko padło. Kto z mojej rodziny mógł być prokuratorem?
– Tak, to był rodzaj rozmowy kwalifikacyjnej. Wiesz, że on odchodzi z resortu ? Chce teraz to wszystko opisać. To wszystko co się zdarzyło ze Słowakami, z Łemkami, na Orawie, w Bieszczadach…
– Jakaś dziwna moda teraz nastała. I co postanowiłeś?
– Zamówiłem artykuł, ale o czymś bliższym, o czymś z miasta, z województwa. Po co mi ten „Ogień”, jakieś bandy UPA, jeszcze coś by z tego wyszło, wiesz ilu Ukraińców mamy w
terenie… Słyszałeś o tej grupie młodzieży, tak gdzieś sprzed pięciu, sześciu lat, co to mieli
wysadzać naszą bocznicę przemysłową, jakiś wiadukt… Sprawa Ostrowskiego…
Zaraz, zaraz! Przecieżo tym pisał mój Ojciec. Ale on nigdy nie był żadnym prokuratorem!
Ojcze, o co tu chodzi?
I wtedy go zobaczyłam, po raz kolejny tego deszczowego, mrocznego dnia. Stał na skraju lasu, w swoim długim, nieprzemakalnym płaszczu do wędrówek. Na głowę miał narzucony kaptur, ale poznałam go już z daleka. Gazik podskoczył na jakimś kamieniu, głowa wtoczyła mi się jeszcze bardziej pod ramię Tadeusza, na chwilę oczy zasłoniła mi jego marynarka. Gdy podniosłam wzrok, Ojciec stał już na stopniach gaza, z mojej strony. Stał pewnie, jedną ręką trzymając się burty. Jak on to zrobił, jak wskoczył w biegu, stojąc jeszcze przed chwilą ładnych kilka metrów od starotorza, pod drzewami? Nie zastawiałam się nad tym. Wiatr rozchylił mu poły płaszcza. Ojciec miał pod spodem mundur wojskowy. Nigdy go w takim mundurze nie widziałam! Wiatr znowu szarpnął płaszczem, zniecierpliwiony Ojciec, zsunął płaszcz z ramion i rzucił go na tył auta.
– Trzymaj chłopcze – rozkazał tonem generała komuś za mną.
– Ależ ty nie potrafisz wyłowić prawdy, tej najistotniejszej sprawy – zganił mnie. Poczułam się jak przed laty, w domu, gdy wracał ze szkoły, kiedy zrugała mnie nauczycielka. Albo z miasta, gdzie ktoś mu naopowiadał o moich wyczynach w ZMP.
– Zawsze muszę robić za ciebie. Czy kiedyś uwolnisz mnie od tego?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, jeszcze chwilę temu bardzo go potrzebowałam. Ale to już przeszło, lepiej by było, żeby sobie poszedł. Zeskoczył z gazika i już mnie tak nie strofował. Było mi z tym głupio, źle, co też mogły o mnie w tamtej chwili pomyśleć obie kobiety w chustach, Truda, skórzany?
– No, młody człowieku, na co czekasz? Mam ci zaaplikować coś na zachętę? – złowieszczym tonem żądał czegoś od kogoś, kto znajdował się za mną. I wtedy odezwał się skórzany, ten mój, od pieca Hoffmana i miłości do maszyn.
– Jedziemy teraz starym torowiskiem. Tu szła kolej z samej Zielonej Góry, przez Las i dalej. Na Kożuchów, Szprotawę, Żagań… Jak powiadają ludzie, zimą czterdziestego piątego Szwaby puścili tędy pociąg. Podobno wieźli nim z Poznania jakieś dokumenty, papiery. Niektórzy mówią, że zrabowane skarby. Pociąg jechał z Poznania na Zielona Górę, podobno do Szprotawy. Ale po co do Szprotawy, a jak tam, to czemu tędy? Może chcieli co ukryć w lasach, gdzieś pod lotniskiem? Tylko czemu pchaliby się tędy, przecież to już wtedy była taka bardziej zapomniana, zapyziała linia? A może właśnie dlatego, że tutaj nikt by nie wypatrywał takiego pociągu…?
Ludzie jednak powiadają, że z góry to wszystko było zaplanowane jeszcze inaczej. Tak, pociąg wjechał od strony Broniszowa do Lasu, byli podobno tacy, co to widzieli, choć to była ciemna, bezksiężycowa noc i wielka mgła. Nic nie było widać, ale ten pociąg ludzie zobaczyli. I tyle tylko, że nikt go już nie zobaczył, jak wyjeżdżał z drugiej strony Lasu. Tam następna wieś to Wichów, i tam, w Wichowie, nikt go nie widział!
To prawda, noc była ciemna, godzina policyjna, a stacja w Wichowie jest kawałek za wsią. Najbliżej jej do majątku, ale z okien dworu też jej nie było widać. Może to było to, co się nie miało zdarzyć tu, w Broniszowie, że ktoś go zobaczył, chociaż nikt nie powinien go widzieć? A w Wichowie odbyło się to jak należało – pociąg przejechał niezauważony
Ludzie jednak jeszcze mówią, że ten Werwolf, co to był w Lesie dwa lata po wyzwoleniu, to coś tu chował, czegoś pilnował. Ten Reinhard, co to go wczoraj poznali w cegielni…
– Przestań gadać! – krzyknęła Truda i uderzyła skórzanego otwartą dłonią w twarz.
Odwróciłam się ku nim i zobaczyłam jej wściekłość.
– Pociąg zostawił swój ładunek gdzieś w Lesie? – spytałam skórzanego.
– Ty też się zamknij – rzuciła mi wściekle Truda.
– Truda, to niemieckie imię? Pani jest autochtonką? Gdzie pani pracuje, czego jest pani
kierowniczką?
Poczułam za mną, jak Ojciec zeskoczył ze stopni gazika. Zanim spojrzałam w tym kierunku, jego obraz szybko rozmył się na tle drzew. Zdążył mi jeszcze tylko rzucić coś na kształt pochwały:
– No, to już, teraz, widzę, poradzisz sobie sama dziecinko.
Truda miała twarz czerwoną ze złości. Coś jeszcze chciała zrobić, czemuś zapobiec, ale
była bezsilna. Skórzany wyczuł, że może jej osobiście teraz dokuczyć, odpłacić za ten policzek, który od niej dostał.
– Tak, pani Truda jest autochtonką. Jej rodzina prowadziła gościniec kolejowy w Brunzelwaldau. To ten budynek z takim gankiem, na rogu, zamykający od strony pałacu plac gdzie staje osinobus. Ona tam i teraz mieszka. Przed wojną nazywali się Rose. Wiejska gospoda przechodziła z ojca na syna. Z całej rodziny została tylko pani Truda i kontynuuje tę tradycję. Kieruje teraz salą wiejską, którą my sami, po wyzwoleniu, przenieśliśmy koło kościoła, do dawnego szpitala Hrabiny. Taki długi dom z wielką rzeźbą od strony drogi.
– To pani pewnie coś wie? Widziała pani ten pociąg? Znała pani Reinharda?
– Reinhard mieszkał u nas w gościńcu, ale bywał rzadko… Drugie mieszkanie miał w Neudorf, u tej Reginy… – wysyczała pani Rose – A licencję na prowadzenie Gasthof zur Eisenbahn wykupił od Lenz u. Comp. Kleinbahn Grünberg-Sprottau AG stryj Bernhard, jak tylko przejął interes od dziadka Paula, jeszcze przed tamtą wojną… Na kolei zarabiali tu wszyscy miejscowi, to był taki dobry pomysł… A teraz… szkoda gadać…
– Co to było, ten gościniec kolejowy?
– Jak powstawała nowa linia kolejowa, to zawiadująca nią spółka kolejowa sprzedawała prawo do prowadzenia dla jej klientów gastronomii i wyszynku. Jakby takiej restauracji działającej przy kolei. Można było pobudować nową gospodę, albo takie prawo, licencję kupić dla gasthofu, który już funkcjonował. I to nie tylko o samo jedzenie chodziło, ale i o spanie i o obsługę przewozów drogami na kolej, i w drugą stronę. Jaki to był ruch w interesie! Ta, taka rozkraczona, przysadzista chałupa, pierwsza z prawej, przy wyjeździe z placu przy którym stoi gościniec. No, tam gdzie teraz staje osinobus, a jak przejeżdżaliśmy jadąc teraz tutaj, to trzeba ją było niemal omijać… To była wozownia. Ileż tam wozów zawsze stało, dopóki chodziła kolej…!
– A teraz można tylko kupić bimbru u Fräulein Rose i to z księżycowego zaciągu… – szydził chłopak. – U nas, w Broniszowie, nie ma gospody, sklep zamknięty, jak się człowiekowi chce napić, to musi drałować piechotą do baru, na krzyżówkę do Radwanowa lub na melinę do Trudy… Znaczy się na zaplecze tej sali wiejskiej, którą Fräulein Truda prowadzi pod kościołem. Jak to mówią na wsi, Truda daje od tyłu, ha, ha, ha! – wyjaśniał, wywołując coraz większy rumieniec wstydu na twarzy kobiety.
Przed nami znowu potężnie błysnęło. W świetle błyskawicy mignęło mi coś, co jakby przegradzało dalszą drogę. I znowu błysk. Ależ tak, teraz zobaczyłam go wyraźnie – ceglany wiadukt nad dawnym torowiskiem. Szybko do niego dojechaliśmy. Tadeusz zatrzymał gazik. To tutaj poprzedniej nocy kogoś zamordowano…
Skórzany był w coraz lepszym nastroju. Postanowił jeszcze bardziej dogryźć Trudzie.
– Na szkoleniu w Jeleniej Górze mówili nam, że Szwaby pochowali na Dolnym Śląsku swoje skarby w wielu miejscach. Potem, gdy wszyscy wyjeżdżali do siebie, do Reichu, zostawiali Strażników do ich pilnowania, żeby ruscy, albo nasi, tych skarbów nie odnaleźli. Może pani Truda też jest takim Strażnikiem, pasowałaby… Ona tu, z jednej strony, w Broniszowie, a z drugiej strony, w Neudorf – tamta Regina… U obu mieszkał Reinhard, który chował ten ładunek z pociągu. Pewnie obie przygotował do roli Strażniczek i dlatego obie zostały, gdy Szwaby wyjeżdżali…
Kierowniczka Rose z trudem opanowała wybuch. Z jej oczu tryskały iskry, gdyby mogła wtłoczyła by skórzanemu te słowa z powrotem do ust. Tak, aby nigdy nie padły, tak aby go skutecznie uciszyć.
– Wysiadaj panna! – rozkazał Tadeusz, gramoląc się z auta. Było to skierowane do mnie.
Zanim wysiadłam, udało mi się wyjaśnić jeszcze jedną niezrozumiałą dla mnie sprawę:
– Pierwsza wieś z tamtej strony Lasu, to Wichów. Co to jest zatem Neudorf?
– Nuedorf? – skórzany zdziwił się w pierwszej chwili, a zaraz potem roześmiał się – Neudorf, to taka wieś, której już prawie nie ma. Tu była – zatoczył ręką wkoło. – Tam – wskazał przed siebie, na południe – jakieś dwieście metrów dalej jest skraj lasu, tam były pierwsze zabudowania kolonii zwanej Friedrichsruh. To była duża wieś, przy samym Lesie, z kombinatem rolnym, gorzelnią…
– Była? To co, nie ma jej teraz? Co się z nią stało?
– Dawaj, panna – Tadeusz wyciągnął po mnie rękę – Trzeba nam iść.
Zaczął się wspinać stromą ścianą wąwozu ku górze.
Tory niegdyś biegły tutaj głębokim jarem. Wiadukt spinał dwie jego ściany ładnych kilkanaście metrów ponad naszymi głowami. Inspektor do spraw wypadków wchodził mozolnie do góry, ku sklepieniu wiaduktu. Nie wiem czy poddałabym się tak bez słowa jego żądaniu, ale stanęła za mną Truda i delikatnie popchnęła mnie w stronę Tadeusza. Obok niej, tuż za mną stanęła też Stefanicha. Wzięła mnie za łokieć i zaczęła już mniej delikatnie pociągać.
– No, idziemy, idziemy – jej głos brzmiał złowieszczo, a wyglądała niczym zła czarownica z jakiejś staroniemieckiej baśni braci Grimm.
Skórzany nie wysiadał. Dokończył tylko:
– Dziś za Lasem zostało tylko kilka domów. Resztę rozebrano tuż po wojnie. Był taki prykaz z powiatu. Mówią, że rozebrano wieś i kombinat na cegłę, dla odbudowy Warszawy. Ale jak teraz okazało się, że w powiecie na jakimś znacznym urzędzie schował się Reinhard… To może i on sam kazał rozebrać Neudorf, aby żadnego śladu tu nie zostawić. Może to też był ten szwabski plan w sprawie skarbu…
Rozejrzałam się. Jedyna osoba, którą mogła być mi bratnią duszą, nie przejmowała się rozwojem sytuacji. Skórzany rozsiadł się wygodnie na tylnym siedzeniu gazika i dłubał sobie gałązką w zębach. Przede mną była stroma ściana. Wyglądała, jakby nigdy się nie miała skończyć. W dole, na wąskim starotorzu stał po środku czarnego Lasu, na dnie zamykającego się ze wszystkich stron wąwozu, gazik, którym przyjechaliśmy.
Wokoło same drzewa, jakieś takie straszne, a do tego te ciemności, rozświetlone znowu przez błyskawicę. Nieprzyjemne otoczenie, a do kompletu dysząca nienawiścią rdzawowłosa Niemka i przypominająca złą czarownicę baba opatulona w chustę, obie jakby czuwające nad tym, abym nie zrobiła choćby kroku w tył, czy w bok. Takiego, który byłby moim własnym wyborem, ale niezgodnym z tym, co one mi same, bez mojej zgody i wiedzy, wyznaczyły.
Poślizgnęłam się na błotnistej glinie. Noga ugrzęzła zaplątana w paprocie i jeżyny. Zatrzymałam się w nadziei, że to coś zmieni, że stanę lub zawrócę. Lecz nie stanęłam naprawdę.
– Nie zatrzymuj się. Szybko – ponaglił z góry, ze złością w głosie Tadeusz. Spojrzałam na niego z dołu. Buty miał całe mokre, błyszczące od wody. Nogawki spodni powalane błotem, brudne, mokre i sztywne. Zaraz, zaraz, gdzie on naprawdę był przed naszym spotkaniem w biurze GS-u? Przecież nie wrócił by taki czysty spod tego wiaduktu, jadąc prosto z Lasu musiał by być uwalany tak jak ja, jak on sam teraz… Nie było aż tak różnych dwóch światów dla ludzi ulepionych z tej samej gliny… Nomen omen, gliny, tak.
Truda pomogła mi wyciągnąć nogę z pułapki. Stanęła obok, nieco niżej, podała mi ramię, na którym się oparłam i szarpnęłam pod jej dyktando całą sobą, choć wcale tego nie chciałam. Ta niechciana pomoc…
Straciłam od tego na moment równowagę i pacnęłam twarzą w mokre liście akacji. Upadłam na kolana a kark, ramiona i wszystko poleciało rozpędem dalej, do przodu i w dół. Zmoczyłam i pokłułam sobie całą głowę i ręce aż po łokcie. I to właśnie na nich, w ostatniej chwili, jeszcze jakoś się, na szczęście, podparłam. Dzięki temu, zaraz potem odbiłam się z nich i podniosłam z powrotem na nogi. A i tak nie wiem, jakby mi to poszło, czy nie utonęłam bym przedtem cała w błocie i liściastej brei, gdyby nie Truda. Znowu podała mi rękę, złapała moją dłoń i silnie podciągnęła. Mimo woli spojrzałam jej w twarz. Uśmiechnęła się? To przecieżbyło chyba niemożliwe…? Stanęła nade mną, nieco z boku. Wyprostowana niczym maszt na wietrze spojrzała w dół, tam gdzie siedział rozparty w gaziku skórzany. Rzuciła okiem na Tadeusza, który osiągnął już górną krawędź jaru i wyrównywał teraz oddech, na mnie, znowu na skórzanego. I chyba jednak się uśmiechnęła. Jakby do mnie, a przynajmniej w moją stronę. Oparła cały ciężar na wyprostowanej nodze, drugą podniosła nieco, ale nie zrobiła kroku. Zaparła się nią gdzieś na wysokości swoich bioder o ukośną ścianę jaru. Złapała równowagę i tak zamarła. Nie szła dalej, zatrzymała ten koszmarny karawan w połowie ściany. Dlaczego?
– Tu, pod ceglanym wiaduktem kolejka zielonogórsko-szprotawska miała przystanek w środku Lasu, tak zwany okazjonalny. – Truda nie popatrzywszy nawet na mnie, czy na Tadeusza, ledwie widocznym gestem pokazała mi, abym się ogarnęła, poprawiła włosy, przetarła z błota twarz, chwilę odpoczęła. Sama gadała jak najęta, wyrzucając z siebie informacje niczym karabin maszynowy kule. Przez cały ten poranek, jak tylko ją gdzieś usłyszałam, też mówiła szybko, zwięźle, rzeczowo. Ale w tamtej chwili, w jarze, przechodziła samą siebie.
– Wieś Neudorf nie miała stacji od samego początku kolejki. Murowany dworzec i boczny tor zbudowano dopiero po kilku latach. Od początku natomiast był peron z cegły tutaj, na południe od wiaduktu, na dole jaru.
Kątem oka zobaczyłam jak skórzany wyskoczył z auta. Podbiegł do miejsca, o którym chyba mówiła Truda, bo podniósł głowę i coś zaczął w moją stronę pokazywać.
– To nie była stacja, ani nawet przystanek – kontynuowała rdzawowłosa. – To się nazywało przystanek okazjonalny. Pociągi stawały tu tylko w niedziele i tylko na żądanie pasażerów.
Trzeba było zgłosić u konduktora… Jeździli tu ludzie z Grünberg, na niedzielne wyprawy na grzyby i jagody. Wysiadali tu, na tym peronie, którego już prawie nie widać…
– O zobacz, tutaj są ślady – skórzany wykopał czubkiem swoich oficerek jakieś czerwone
ułamki z zielska i gliny.
– Nazwali nawet tę kolej jagodową kolejką. W Grünberg też zresztą był taki przystanek, okazjonalny. Przy stacji towarowej Schützenplatz, raz w tygodniu, z rampy towarowej mogli wsiadać do pociągu jadącego w stronę Lasu ludzie, pasażerowie. Kupowali na jarmarku przy strzelnicy lemoniadę, jabłka, würsty i szli na rampę i jechali sobie na maibummel. Albo brali to wszystko z domu, kosze na grzyby, słoje na jagody…
Potem to zanikło… A tam dalej, na skraju lasu, zbudowano murowany dworzec i drugi tor i tak powstała stacja Neudorf…
Dalej nie podnosiłam już głowy, dokładnie wypatrując przed sobą wszelkich wykrotów i
zdradliwych pnączy. Usłyszałem więc tylko kolejny grzmot, nie widząc samej błyskawicy.
Było mi przenikliwie mokro, a od tej wilgoci zaczynało być też zimno. Tak samo czułabym się, gdybym wstała o trzeciej nad ranem, w pochmurną, deszczową noc. Latem by może już lekko zaczynało świtać, a przenikliwe zimno tym większy by wywoływało kontrast ze słonecznym ciepłem letniego południa. To była moja trauma, od dzieciństwa a potem ze studiów. Pamiętałam tylko jakieś przebłyski, jeszcze z czasów podstawówki lub wcześniej. Środek nocy, w oknie wiejskiej chałupy pierwszy brzask. Wszyscy śpią, a tu odgłosy krzątaniny. Kto wtedy wstawał, wychodził na zimno i deszcz?
Poranek był nawet rześki, ale to wyjście spod kołdry na zimno i pluchę, gdy wokół ciemno, było straszne. I ten wołający ku sobie, wstawający dopiero co dzień, który jakby
drwił z potrzeby dokończenia snu, w cieple, pod suchą, nagrzaną pierzyną… A tu nic z tego, czekała tylko pełna chłodu droga, może do szkoły w miasteczku, może na targ, może na pekaes, a potem dalej w świat. Obcy, zimny, pełen deszczu, obojętności obcych ludzi, obawy przed nieznajomymi miejscami… Widziałam to przed oczyma wiele razy, ale tak niewyraźnie, jak przez mgłę. Same kontury sytuacji. Kto, gdzie, kiedy i dokąd? – było to dla mnie nieodgadnione, trawiło jak gorączka w samym środku mojego ja.
A potem przytrafiło się to mnie samej, już fizycznie, na jawie. Tak wstawałam, wyrywana z objęć snu podczas praktyk w pegeerze pod Koszalinem. Trzeba było się zrywać na reportaż z nocnej zbiórki z pola, na jedyny poranny pekaes z Koszalina, gdzieś tam do mleczarni w Polanowie, na wyjazd tu, na wywiad tam…
To była dla mnie trauma, ale gdy tak ślizgałam się w tej glinie, wyszarpywałam metr zbocza za metrem, pchana nie chęcią, ambicją, czy troską, tylko strachem i przemocą, oddała bym wszystko za takie przebudzenie.
Dom, łóżko, nie ciemność burzy, ale ustępujący mrok nocy o poranku, wilgoć i ziąb rosy, a nie błoto po pas i w nosie. Mogliby mnie tak budzić i co drugi dzień, gdzieś wyciągać do
obowiązków, które bym szybko i od serca polubiła, byle to nie był ten wąwóz, ten las i te
baby wokoło mnie.
Niechby Klem wlewał mi wódkę do kieliszka i przekomarzał się, nawet sepleniąc jak nigdy dotąd, ze Zdzichem i Horowiczem o to, czy można na siłę ludzi uszczęśliwiać muzyką poważną w miejscu, gdzie dotąd ci ludzie z własnej woli spotykali się, by ustalić kto przyniesie jakie kwiaty na procesję Bożego Ciała. Zresztą, jak się przecież naprawdę skończyły wtedy te typowe przekomarzania przy wódce?
– …rozumiem, że już podjęliście decyzję. Nic was nie nauczył pięćdziesiąty szósty?
– To są Ziemie Odzyskane a nie klerykalno-inteligencki Poznań. Tu nie ma wielkoprzemysłowego lumpenproletariatu, tylko świadomy klasowo robotnik z zakładów przemysłu terenowego… – zaczął Horowicz.
– Jeszcze dodaj, że tu nie ma międzynarodowych targów, więc każdego prowokatora z zachodu od razu wyłapią zdrowe jednostki – spróbował zakpić Klem.
– A żebyś wiedział – zaperzył się sekretarz.
– A żebyś wiedział, że ja wiem – zgasił go Giżejewski. – Jednak naprawdę nic nas nie nauczył pięćdziesiąty szósty. Mówiłeś o tym wojskowym prokuratorze i o tym Ostrowskim. A wyobrażasz sobie czas, kiedy te fabryczki runą i bocznica faktycznie stanie, bo po prostu przestanie być potrzebna?
– No, nie bardzo. Jakby miało do tego dojść?
– I wtedy zrobimy z tej kolejki taki skansen. Osobową kolej turystyczną do Szprotawy. Wyobrażasz sobie?
Horowicz zapatrzył się milcząco w kieliszek. Nie mógł podnieść od niego wzroku. W sukurs poszedł mu więc Klem:
– Łatwiej mi to sobie wyobrazić niż to, że Zielona Góra ruszy w obronie jakiegoś klechy.
Zresztą Michalski tym razem na pewno nie zadrze z partią, poprze ideę filharmonii.
Giżejewski popatrzył na nich mocno przymglonym wzrokiem. Wódka, czy jakaś głęboka
refleksja była tego przyczyną? Nie sposób było to odgadnąć.
– Musiałby najpierw znać tę ideę. Musiałby ją znać jeszcze ktokolwiek inny, oprócz nas trzech. Czy nie masz czasami wrażenia Klem, że Michaś tu po prostu sobie nas prowokuje…? Taka propagandowa prowokacja.
– Co ty! Co ty, są różne koncepcje. Naprawdę… – obruszył się Horowicz.
Giżejewski pokiwał tylko głową.
– Z tej kolejki zostanie kiedyś tylko skansen, ale ludzie się rozwiną, nie skapcanieją, rzucą
nam w oczy, to co myślą…
– Jesteś mitoman – lekceważąco machnął ręką Horowicz i sięgnął po butelkę. Tak, jakby nalanie wszystkim nowej kolejki, miało załatwić całą sprawę.
– Wizjoner z ciebie wychodzi, Zdzichu – Klem spróbował bardziej pojednawczego tonu. – To jest tylko taka nasza, czcza gadanina przy kielichu albo zza biurka albo gdzieś z akademickiej katedry. Dobrze wszyscy trzej wiemy, jak będzie. Przyjdzie prikaz z Komitetu i nikt nawet nie piśnie. Tak samo kolejarze mogą spać spokojni o swoją robotę. Będą dowozić do Polskiej Wełny, tak jak my będziemy słuchać koncertów w filharmonii. Nic nie zakłóci tej monotonii jeszcze przez dziesiątki lat… Tylko my pod wódkę zakąsimy sobie taką teoretyczną socjologię…
– Nie spostrzegą nawet tego, jak przyjdzie im wziąć ostatnią szuflę węgla z tendra. Tak jak my nie wyobrażamy sobie jeszcze tego radiogramu z wołaniem o przyjazd dodatkowych jednostek ZOMO z Gorzowa czy innego Poznania, bo miejscowa milicja nie wystarcza. Co samo w sobie jest już niewyobrażalne.
Po stokroć wolałabym te puste i zupełnie bezpieczne, niegroźne, bo nieziszczalne rozważania o tym, czy władzy wypada czynić w imię postępu taki intelektualny gwałt na „zacofanym” społeczeństwie, zamiast namacalnego dylematu, czy potępiać leśnych walczących z władzą za zabicie w walce przeciwnika? Tamten kawiarniany relatywizm wydawał mi się po prostu słodki. Zwłaszcza, że był taki czysto teoretyczny. Te problemy nie miały się nigdy zmaterializować, zdarzyć w życiu. A konieczność skonfrontowania się z wiejskim relatywizmem, którą zbrodnię można dokonać i wybaczyć, a którą nie – wzbudzała we mnie fizyczny, realnie odczuwalny strach.
Dlaczego musiałam brać udział w tym eksperymencie? I to naprawdę, całym ciałem i duszą? Ja, sama, osobiście. Czemu nie mogłam znowu stać po prostu przed otwartą szafą i przekomarzać się sama ze sobą, dobierając do zapowiadającej się tak czy siak pogody, takie a nie inne rajstopy, apaszkę, buty…?


Deszczowa delegacja 2

Mieczysław Bonisławski

– Wasyl chodził razem z Reinhardem. Był w Werwolfie a przedtem w UPA. On nigdy nie zapomniał i nie wybaczył. Chociaż zgodził się, aby go przesiedlili, zamiast dać się zabić. – punktował stojący w progu mężczyzna. Nie siadał, zresztą nie było na czym. Wokół stołu były tylko trzy foteliki. Na kolejne słowa siedzącego jednak na chwilę zamilkł, pochylił całą postać, jakby się skulił po silnym i celnym ciosie.
– Przypomnij sobie raczej ludzi, którzy mogli zginąć na twoim wiadukcie.
Specjalista, ciężko dysząc wlał w siebie jednym haustem zawartość szklanki. Odstawił puste naczynie. Nieprzyjemnie zgrzytnęło szkło o szkło.
– Nie doszło do tego. Zatem nie ma o czym mówić – ta chwila wystarczyła mojemu przystojniaczkowi, aby doszedł do siebie. Jego adwersarz jednak nie zamierzał odpuścić:
– Zamiast się czepiać mojej rodziny, opowiedz jak to razem z Ostrowskim chcieliście wysadzić ten wiadukt w Zielonej, na Krakusa on chyba był, czyż nie tak?
– Bawiłam się tam – wyskoczyła niczym kamień z procy Wioleta. – Naprawdę chciał go pan wysadzić? Tak normalnie, wybuchem? Niech pan opowie, koniecznie…

Ostrowski, Ostrowski? Zaraz, zaraz, z czym mi się to kojarzyło? Pierwsze spotkanie z nową paczką w knajpie pod redakcją. Bufet, przy bufecie taborety. Puste. Długi stół w głębi, po prawej, od strony zaciemnionych okien.
– Będziesz Alicjo kontynuować rodzinne tradycje…?
– Nie wiem, chyba tak.
– Dajcie dziewczynie spokój…
– Czemu, niech wie.
– Co mam wiedzieć?
Sekretarz, nieformalny opiekun naszego domu, przyjaciel Ojca, zanim ten nas opuścił, Świtała, sięgnął przez cały stół po półlitrówkę. Chociaż nigdy tego nie robił, nalał sobie i starszyźnie (w sumie ze dwóm osobom, nie z redakcji, ale historykom z pracowni konserwatorskiej Klema, z którymi – z oczywistych względów już bez samego sepleniącego Klema – bawili się w taki teatrzyk radiowy) i oddał flaszkę komuś „młodszemu” (stanowiskiem). Wystarczyło to jednak, aby wszyscy zamilkli. Milczenie zaczęło się przeciągać, a że wtedy jeszcze dla towarzystwa piłam razem z nimi, łatwo odniosłam wrażenie, że przeciągało się zbyt długo. Łatwo mi też przyszło wykrzyczeć słowa, jakich potem już nigdy nie używałam w takim gronie:
– No co, do cholery, mam wiedzieć?! Czy ktoś mi to w końcu wygarnie, czy też siedzą tu sami frajerzy?
Większość chyba nie wiedziała, tak samo jak ja, o co chodziło (jaka miła iluzja, prawda?) Ich zaciekawienie wzrosło teraz w dwójnasób: o jaką tajemnicę chodziło, a może (nawet bardziej) – jak też zareaguje człowiek, który zaczął ten wątek i któremu taka gówniara jak ja, tak się postawiła?
Tym człowiekiem był wielki On, Horowicz, promowany przez partię na stanowisko naczelnego, po Lemieszu (poprzednim naczelnym, którego ponoć zmuszono do odejścia w pięćdziesiątym szóstym), pierwszy po Bogu na tym okręcie. Albo moja kariera miała się teraz zakończyć, zanim cokolwiek jeszcze własnego opublikowałam, albo sprawę musiał załatwić drugi po Bogu, sekretarz redakcji.
Stało się to drugie. Świtała wstał zza stołu, zrobił krok w moją stronę i podniósł z krzesła. Wziął pod rękę i lekko wypchnął na środek sali.
– No, moi drodzy. Za bardzo coś witacie nową koleżankę. Nie mierzcie jej według siebie, mocna głowa przyjdzie po pierwszym, drugim, trzecim dużym artykule… Chodźze mną dziecinko, przeprośmy na chwilę kolegów…
I wtedy, w szatni, gdy mi zakładał na ramiona lekki płaszczyk, Świtała powiedział te słowa, których nie mogłam sobie przypomnieć tego ranka:
– Twój Ojciec, tak naprawdę, zdążył napisać jeden duży artykuł. Właściwie, biorąc pod uwagę, że to był jego ostatni u nas tekst, trzeba go traktować jak swoiste memento. Szczególnie, że w jakiś sposób zaprezentował w nim swoją własną ścieżkę, pracę tutaj, w Zielonej Górze.
Wspięliśmy się po stromych schodach ku wyjściu z budynku redakcji (knajpka była ulokowana na poziomie piwnic). Otworzył drzwi i pchnął mnie na dwór.
– Horowicz, no wiesz, zastępca, stary wyga, miał duże ambicje, które sprawa Ostrowskiego i to jak twój Ojciec ją poprowadził, nieco utemperowała. Potem, jak ją opisał, ten stary zawistnik poczuł się jeszcze bardziej urażony. Pamięta mu to do dziś. Nie wzoruj się na Ojcu, nie kontynuuj jego pierwszego tekstu, a przynajmniej unikaj pretekstu, aby ktoś cię tak odbierał.
– Wiesz co – i to było to właśnie zdanie – Szoruj teraz prosto do domu, wyciągnij z Olimpii Ojca jakąś starą zapisaną kartkę i wkręć na jej miejsce nową, zupełnie czystą. U mnie i u wielu rozpoczynasz nową kartę, swoją. I dodał jeszcze coś, co nie dawało mi spokoju, za każdym razem, jak tylko to sobie przypomniałam:
– Nie chcemy, abyś kończyła to, co zaczął twój Ojciec, jego tekst niech zostanie taki, jakim on sam go zostawił…
Kątem oka zobaczyłam, jak mój przystojniak wychodzi z kantorka a za nim biegnie moja przyjaciółka. Nie chciałam jej tak zostawiać, poza tym to był mój przystojniak.
– Jeszcze do pana wrócę. Ma pan bardzo ciekawy wątek, dostrzegam to u pana. Bez pana nie będzie artykułu – szepnęłam oszołomionemu gospodarzowi i już byłam na korytarzu. Administrator stał obok Wiolety. Zupełnie blisko, lekko się nad nią pochylił. Moja przyjaciółka zadarła głowę i spijała mu z ust padające słowa:
– Ostrowski był moim kolegą. Chociaż początkowo nie byłem w tej paczce od zamachu. Później zresztą też stałem tak bardziej z boku…
– To nie on wymyślił, że stworzą grupę bojową, która będzie walczyć z komuną zbrojnie. Był tam taki ich szef, dowódca, który wyznaczał cele ataku i robił wszelkie plany.
– To prawda, że wiadukt nad Krakusa, jako cel dywersji podsunął Ostrowski. Ten ich dowódca chciał wysadzić wiadukt między dworcem południowym a browarem. Ale właśnie Ostrowski prowadził zwiad i ocenił, że tamten wiadukt jest zbyt masywny, że nie starczy im materiałów wybuchowych. I zaproponował jako cel mniejszy wiadukt, właśnie na Krakusa.
– Kolej nie jeździła już do Szprotawy. Ruscy zawalili most na Śląskiej Ochli pod Jarogniewicami. Chcieli tamtędy przepchać lawety z czołgami. Ładunek okazał się zbyt ciężki, to była wszakże tylko taka kolejka. No i most runął a pociąg się wywalił…
– Wtedy jeździły składy do fabryk, tak jak teraz. Węgiel do „Polskiej Wełny” i browaru, drewno do tartaku i do zakładów stolarskich. Taki wybuch przerwał by te dostawy. To by była taka prawdziwa dywersja, jaką robili partyzanci podczas wojny.
Ostrowski dostał parę lat, pozostali też. Mnie nie wsadzili, bo nie byłem w środku grupy. Ale, że wiedziałem o niej, moje życie w mieście było skończone, zesłali mnie tutaj do PGR-u do pilnowania pałacu.
Takie podrzędne stanowisko, nieco więcej niż dozorca. Nikt mnie tu nie słucha, wszyscy wszystko niszczą, a ja nie mam nic do powiedzenia. Co ja tu upilnuję, tyle co nic. Moje życie jest przegrane, zawaliło się tak, jak niedługo zawali się ten pałac…
Wioleta sądząc, że mężczyzna skończył swoją historię, spróbowała wprowadzić do rozmowy swoją wersję:
– Szkoda by było tego wiaduktu. Myśmy się tam bawili. Czy taki wybuch mógł być niebezpieczny dla ludzi mieszkających przy wiadukcie? Sami mieszkamy całkiem niedaleko.
Lecz mężczyzna jeszcze nie skończył. Ze złością popatrzył na moją przyjaciółkę. Syknął na nią i rozdrażniony rzucił jej prosto w twarz:
– To nie o zabawę chodził ! Jak można o czymś takim w takiej chwili, nie wstyd ci panienko?! – i tu nastąpił najbardziej dramatyczny fragment, na który czekałam, aczkolwiek chyba zupełnie nieświadoma tego co usłyszę. Najpierw padło imię i nazwisko mojego Ojca a zaraz potem – Ten człowiek był wszystkiemu winny, całemu nieszczęściu Ostrowskiego, a przez niego i mojemu. To przez tego człowieka Ostrowski poszedł siedzieć, a ja wylądowałem tutaj, jako nikomu niepotrzebne popychadło.
Zdenerwował mnie:
– Chcieliście pozbawić setki ludzi ich miejsc pracy, być może zabić tych, co mieszkali przy samym wiadukcie i ty winisz za karę, jaką dostaliście, człowieka, który to opisał w gazecie?!
– Opisał w gazecie?
– Wy chcieliście zabijać, a on to tylko opisał. Co, napisał nieprawdę? W którym miejscu?
– Ależ to nie o pisanie chodzi. Tak mało wiesz, czy udajesz?
– Czego znowu nie wiem?
Odpowiedź na to pytanie zapowiadała się, jako kluczowa. Czułam, jakbym właśnie na tę wiadomość czekała całe swoje życie. Następna chwila mogła coś zmienić, los jednak chciał inaczej.
– To panie są z gazety ? Czekałyście na mnie.
O mało się nie roześmiałam. To był chyba ten inspektor… Inspektor ze spółdzielni, dla którego tu przyjechałyśmy i którego tak zawzięcie szukałyśmy w tym deszczu i smrodzie pekaesu, i ocierając się o pijaczków, i w tym zabłoconym gie-esie…? To był on? Ten mizerutki facecik z przedwojennym wąsem á la Chaplin, w za ciasnym na niego czarnym garniturku, który marynarkę włożył – zdaje się – na jakiś sweterek czy bluzeczkę od mamusi? Tego nie mogły nadrobić nawet nogawki odprasowane na kancik i przykrótkie rękawy z mankietami z zapiętymi guzikami, i nawet czyste lakierki. Facet wyglądał niczym… Kto, no – grabarz. Miniaturka grabarza… Ciekawe, kto to akurat umarł, kogo to dziś miał w planie pogrzebać nasz grabarczyk?
– Tak, czy nie?! – mała postać w garniturku była cała samą złością.
Wymieniłyśmy się z Wioletą bezczelnym i kpiącym spojrzeniem. Bez słów się zrozumiałyśmy. Miałyśmy jeszcze pomilczeć, chciałyśmy zobaczyć co gościu jeszcze potrafi?
Nie było to nam jednak dane.
– Panie Tadeuszu, to jest pani redaktor… – specjalista, który wyszedł za nami na korytarz, usłużnie wymienił moje nazwisko. – A to jest inspektor zarządu spółdzielni remontowo budowlanej, pan… – dokończył prezentacji, stając między nami, tak bardziej przy Wiolecie.
Obaj „nasi” faceci sięgali mi do ramion. Nie czułam się z tym zbyt komfortowo. Mali, drobni mężczyźni drażnili mnie, czułam się przy nich nieswojo. Nie wiem, co się ze mną działo, odczuwałam nie macierzyńską opiekuńczość wobec takich maleństw, ale jakąś niesprecyzowaną przewagę, z którą było mi bardzo źle. Nie chciałam tej przewagi. Nie rozumiałam jej, nie wiedziałam, do czego ją wykorzystać. Było mi z nią nie do twarzy, niepokoiła mnie i trwożyła.
– Takie więcej mądraliny z was? – skonstatował z przekąsem inspektor Tadeusz. – No dobrze. Zobaczymy – to było już bardzo uszczypliwe.
Wioleta odsunęła rękę specjalisty ze swego ramienia. Wyprostowała się tak energicznie, że potrąciła drzwi od biura, aż te niebezpiecznie pchnięte o mało nie trzasnęły administratora.
Tylko refleksowi gospodarza zawdzięczałyśmy to, że nie doszło do nieszczęścia. Obaj mężczyźni roześmiali się. Wtórowałam im i ja. Po chwili dołączyła Wioleta. Atmosfera została rozładowana, tylko inspektor nie dał porwać się tej fali. Nadal był naburmuszony, ale w końcu zaczął chociaż gadać po ludzku:
– Wracam do lasu, do ceglanego wiaduktu. Powinnyście pojechać ze mną… – dostrzegł nasze zdziwione spojrzenie. I szybko wyjaśnił – Stamtąd wróciłem. To w środku Lasu Broniszowskiego, za gliniankami, z których czerpiemy materiał na cegły, dawny przystanek „jagodowej kolejki”. Już nie Broniszów, a jeszcze nie Neudorf, głusza i dzicz. Wszystko można zrobić, wszystko ukryć. Nikt się nie zorientuje, nikt się nie dowie… Same lasy, gąszcze, skisłe dolinki.
– Jedziemy… W końcu coś się dzieje! – ucieszyła się Wioleta i ruszyła za panem Tadziem w garniturku. Zapomniała o swoim podwórku w cieniu nie wysadzonego wiaduktu, zapomniała o mnie i o moim szkalowanym Ojcu, i o moim administratorze. Na nieszczęście los nie był mi przychylny.
Pan Tadzieniek zatrzymał się w pół kroku przy końcu korytarza i pacnął się otwartą dłonią w czoło.
– Zaraz, jeszcze tylko jedno połączenie – obrócił się w miejscu i pędem wtargnął do sekretariatu. W drzwiach natknął się na dwóch młodych kolesi w skórzanych kurtkach, wysokich butach z cholewami. Do kompletu dochodziły jeszcze przekrzywione na bakier czapki leninówki na wygolonych głowach.
– Ach prawda…! – cofnął się ku nam i tym dwóm. W końcu podniósł głowę, przestał nią kręcić i popatrzył spokojnie nam w oczy – … byłbym zapomniał. Biorę jeszcze tych dwóch tutaj. Panie wybaczą, nie zmieścicie się wszyscy w gaziku. Pojedzie tylko pani redaktor. Koleżanka – skierował wzrok na Wioletę – zostanie tutaj i zaczeka, aż wrócimy.
No nie! Jakby mi cegłówka z wiaduktu, koniecznie ceglanego, spadła na łeb. Za nic nie pojechałabym sama z tym grabarczykiem. Bez szans. Otworzyłam usta, aby ostro zaprotestować.
Tadzieniek nawet na mnie nie spojrzał. Ci w leninówkach rozstąpili się, a on przemaszerował między nimi w kierunku stołu z radiotelefonem i królującej przy nim pani Olgi. Ku mnie skierował tylko wskazujący palec podniesionej nad głową ręki, którym potrząsnął, a zza jego pleców doleciało mnie krótkie:
– Nie teraz. I żadnych „ale”.
Stanęłam na środku korytarza jak osłupiała. Nie miałam siły zrobić nawet kroku, czy się obrócić. Słowa nie mogłam z siebie wydusić. Poczułam się jakbym była z drewna, taka drewniana marionetka, której ręce i nogi wprawia ktoś w ruch pociągając za sznureczki. Świat wokół mnie pulsował, wirował, żył. Ludzie gadali, podchodzili do siebie i odchodzili gdzieś, a ja tkwiłam po środku nich jak drewniana kukła na scenie, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, bez możliwości reakcji, ogłupiała i niema. Mogłam tylko słuchać, nawet bez wpływu na swoją mimikę, bo i moja twarz, oczy, wszystko zamarło.
No to słuchałam.
No i nasłuchałam się.
– Jak to, dlaczego! – buntowała się Wioleta.
– I co, panie inspektorze? Znalazł je pan, u administratora, czy u tego drugiego? – to doleciał głos sekretarki.
– U Demianiuka, pani Olgo. Niech pani włączy krótkofalówkę.
– I jakie one? Tak jak ostrzegałam?
– Nieważne, nieważne. Szybko, krótkofalówka…
– Z której strony wiaduktu pani mieszkała? – to był administrator.
– Od miasta, czyli od fabryki, ale na drugim końcu ulicy…
– Po tej stronie, czy po tamtej…? – tak, to był mój administrator!
– To te?
– Chyba te dwie – wymienili się głębokimi spostrzeżeniami obaj młodzi w leninówkach z cholewami.
– Jakby co, zapraszam z powrotem do siebie – nadskakiwał Demianiuk, specjalista.
– A idźże ty – ofuknął go mój przystojniak – Chodźmy do mnie, czuję się zobowiązany wyjaśnić pani tę historię do końca. Nie chciałbym żadnych niedomówień.
– Odbiór!… Tak, zaraz przyjadę… Bądź gotów… Nie, nie będę sam… – krzyczał do mikrofonu Tadzieniek, głosem silnym, o jaki bym go nie podejrzewała.
– Będziesz potrzebny… Czy mam to zrobić sam, czy czekać… – charczał ktoś po drugiej stronie aparatu – Sam jedziesz?… Pomogą coś, czy sam piach…
– No właśnie, nie wiem, czy miałam się wtedy bać? Czy tak zupełnie nieświadoma… – słodko kwiliła Wioleta, zdrajczyni.
– Mówiła coś o milicji… Może ona… – judziła sekretarka.
– Milicji wystarczy – ofuknął ją inspektor – Resztę musimy chwilowo zrobić sami.
– Tak! Słyszysz mnie? – znowu krzyczał do mikrofonu – Przywiozę wam ją… Trzeba
dokładnie posprawdzać… żadnych tam, nie, załatwimy do końca! Jakby co, bez ceregieli, to się nie może znowu rozpaskudzić naokoło…
– Ale jednak to było niebezpieczne… – przekomarzała się moja zdrajczyni. – Tak jak i teraz.
Zostanę sama… Ciemno, bez prądu, sami obcy ludzie…
– Będziemy jechać razem – zwrócił się do niej skórzany z cholewami – Pierwszy raz w Lesie?
– Po co ona tutaj?… – charkot z krótkofalówki – Córka zapewne, nie wiadomo czy nie… A jak się pojawi to co?
– Ciekawe te nasze Kocie Góry, jest taki przepust, po starej kolei, jak się popatrzy w dół, to… – powiedział skórzany.
– Chcecie, żeby tamta tu została? – spytała Olga.
– Co mam teraz powiedzieć, obiecać, że się panią zaopiekuję, niby za tamto?
– A nie wypadało by…?
– A jak tamta nie wróci, to co, tę do Radwanowa, na ostatni pekaes?
– Z tamtej strony szosy pagórki jeszcze większe. A na jednym takie głazy, w krąg ułożone.
Nieciekawie mówię?

Zaraz, zaraz. Spokojnie. O czym inspektor rozmawiał przez krótkofalówkę, o kim, chyba nie o mnie. Piach, to znaczyło, że do piachu? Co mieli załatwić do końca? I kto miał
to załatwić? O co pytała ta wydra, Olga, sekretarka? Dlaczego miałabym nie wrócić? Czemu Wioleta miałaby sama wracać pekaesem?
A ten co znowu, co za głazy, co za Las? Czego on chciał, przeszkadzał tylko, słuchać nie
dawał. Zaraz, zaraz, co inspektor chciał odpowiedzieć wydrze…?
Wydra, wydra. Długie, grube czarne włosy opadały prosto. Jak u kruka. Niska, tak się
wydawało i dosyć krępa w sobie. Skóra taka bardziej ciemna niż jasna, cera poorana. Uroda jak u młódki gdzieś z chutoru na Ukrainie, oderwanej od wiadra i wideł za biurko… Wydra to nie ta cała Olga, ale Wioleta. Ja jechałam do roboty, a ta podrywała przystojnego administratora. Może nie powinnam jechać ? Nie dałabym jej forów, niechby zobaczyła co i ja potrafię… Co ona zresztą mogła, poza tą swoją ulicą świata nie widziała…
Przyjechałam tu w ten deszcz, aby napisać artykuł. „Zapisuj swoją czystą kartkę”, kto to mi mówił? Sekretarz, Świtała. Wszyscy mi ponoć sekundowali. Ci wszyscy, co mi dobrze życzyli, przyjaciele. Jakże mogła bym ich zawieść ? Niech cię, moja droga Wioleto. Za tym administratorem ciągnął się jakiś smród. Jeszcze byś zobaczyła, gdy przywiozłabym rozwiązanie zagadki z Lasu, ścięło by cię z nóg! Jeżeli bym wróciła. A co by było, jak bym nie wróciła? Poszłabym do piachu? Gdzieś w gąszczu, a ciebie odprowadzili by na ostatni pekaes. I kto by odnalazł moje kości w skisłej dolince, gdzieś na dnie glinianki? Jakiś młody, przystojny ładowniczy, muskularny i bez koszulki, z opalonym torsem, jak u atlety… No i co z tego by mi było po tym?!

Wioleta została z administratorem. Specjalista musiał zadowolić się zabawianiem wrednej Olgi. Ta próbowała go odegnać od siebie, w ogóle z sekretariatu, ale deszcz, który znowu zaczął siąpić był na rękę małemu, grubemu i łysemu mężczyźnie. Gdzież tu było mu iść do przyczep na placu? Wszystko było prawie rozładowane, a w ten deszcz i mrok i tak nie dało by się nic mądrego więcej zrobić. Tak to mniej więcej jej tłumaczył, coraz pewniej moszcząc się w jej gabinecie.
Za kierownicą zasiadł maleńki Tadzik. Dwaj skórzani z cholewami z rumorem zawładnęli tylnymi siedzeniami gazika. Skromnie usiałam z przodu, obok kierowcy. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć? Powinnam być wściekła na Wioletę? – nie bo to by było płaskie, płytkie i głupie. Zła na to, że wszystko potoczyło się zgoła poza moją kontrolą, że ktoś za mnie tym wszystkim pokierował? A może jednak były tu gdzieś powody do niepokoju? No, bez przesady! – robiłam to co chciałam, to co zaplanowałam i po co tu przyjechałam. Siedziałam w służbowym gaziku, który prowadził inspektor państwowej instytucji, współpracujący z milicją. Tylko te mroczne, teatralne dekoracje wokoło i nade mną…
Tadeusz ssał w ustach papierosa, którego końcówka żarzyła się raz po raz w mroku tego pochmurnego i deszczowego dnia. Ciekawe, czy papieros zmókł ? Przecież krople deszczu go chyba nie omijały?
Inspektor całą swą mizerną postacią głęboko zapadł się w obszernym, przednim siedzeniu. Obie ręce miał wyciągnięte daleko przed siebie, ledwo co dosięgał do kierownicy, którą łapczywie objął oboma dłońmi, wszystkimi dziesięcioma palcami. Obracał nią całym sobą, jakby z wysiłkiem. I pociągał papierosa, raz po raz. Nic nie mówił, całym swym jestestwem oddany prowadzeniu gazika.
Przyglądałam mu się początkowo z wielką ciekawością. W końcu stało się to nudne. Gazik potoczył się najpierw z łoskotem brukiem do gościńca. Tam prowadzący, z niejaką fantazją, skręcił w prawo i wyskoczył na sam jego środek. Moment i znaleźliśmy się na placu, gdzie zawracał osinobus. Tu z nie mniejszą werwą kierowca zamaszyście skierował auto w lewo.
Przecisnęliśmy się między dwoma zbiegającymi się tu ku sobie chałupami. Pod nami biegł dukt, w który przeszła początkowo brukowana droga, najeżony gdzie niegdzie polnymi kamieniami i ułamkami cegieł.
Trzeba było przyznać, że inspektor – grabarczyk – czuł tę jazdę, odnajdywał się w tej roli. Prowadził rozsiadłszy się nieco pokracznie i tak też wyglądał za kierownicą, ale manewrował nią pewnie i z pewną nutą fantazji. Pilnował miarowej pracy silnika, żadnego rzężenia czy wycia na obrotach, żadnego zgrzytu w skrzyni biegów, a pudło gazika było cały czas pod kontrolą, w pełni ujarzmione. Przed nami, w oddali, zamykała horyzont, niemal rozmazana w mroku i padającym deszczu, w coraz niższych i coraz ciemniejszych chmurach zlewających się z zarysem drzew, ściana lasu, porastającego zbocza i grań szeroko rozłożonego wzgórza. Zamykało ono cały widnokrąg, monotonnie, niemal namacalnie leniwie, rozciągając się przed nami z prawa do lewa, niczym stary kocur przed nagrzanym piecem. Wzgórze nie było jakieś specjalnie wysokie, ale wyraźnie zaznaczało się w krajobrazie. Ludzie nazywali je Kocimi Górami.

Jechaliśmy po równym, a wzgórze powoli się do nas zbliżało. Z obu boków była pustka, o ile dobrze widziałam w tym mroku, były to chyba łąki, dosyć podmokłe, poprzecinane gdzie nie gdzie szpalerem wierzb i olch, pewnie rosnących wzdłuż rowów i kanałów. W oddali, na tle wzgórza zamajaczył ceglany komin. Zbliżaliśmy się do niego, choć było już widać, iż droga pozostawia go nieco z boku, po lewej. Zaczęły się wyłaniać coraz wyraźniejsze zabudowania wokół komina.
– To nasza cegielnia – rzucił jeden ze skórzanych z tylnego siedzenia. – Chce pani zobaczyć, jak się wyrabia cegły? W taką pogodę niewiele się tu dzieje…
– O, a tu z lewa, tu gdzie tera te bajoro na łące, tartak był – zagadał i drugi, który chyba nie chciał oddawać koledze całkiem pola – Jeszcze po wyzwoleniu drzewo tu przetrzeć wozilim. Komin był, prawie jak w cegielni. I trak pod dachem. Te wiate, jako pierwszą rozebralim i przenieślim na cegielnię. A potem komin się zwalił. Tak sam z siebie jakby.
Nie zdążyłam się do nich odwrócić, gdy cała ta masakra, która odstawili (szczególnie ten drugi), ugrzęzła w nieprzyjemnym, przenikającym gdzieś do kości, skrzypnięciu. Nasz wóz stanął w miejscu tak gwałtownie, że omal go nie podniosło. Tadzieniek hamował tak, jak prowadził, po kawaleryjsku.
Dopiero po chwili dostrzegłam to, co on zauważył na długo przede mną. Gazik niemal wrył się maską w opatuloną w ciemną chustę okrywającą głowę i cały niemal tułów, dosyć tęgą i niewysoką kobiecinę. Ta zaterkotała, ściszyła głos, obeszła wóz, stanęła obok kierowcy. Nachyliła się jeszcze bardziej ku niemu. Szeptała coś, z czego nic nie mogłam dosłyszeć.
Tadeusz puścił kierownicę. Oparł lewą nogę o burtę gazika. Odwrócił się ku kobiecie, prawą ręką wyjął z ust papierosa.
– No, gdzie? – zabrzmiało to jakoś tak pomiędzy, ni to pytanie, ni strofowanie. Inspektor zbeształ kobietę za to wtargnięcie mu przed maskę wozu, czy też raczej szukał jeszcze czegoś, kogoś?
Szybko się wyjaśniło. Z krzaków porastających przydrożny rów wyłoniła się druga kobieta. Tak samo opatulona ciemną chustą, w spódnicy sięgającej nieco poza kolana, obuta w niknące pod rąbkiem spódnicy kozaki.
– Ach tak?! – skwitował Tadeusz. Rozsiadł się na powrót za kierownicą, ale zanim ją znowu ujął, zatoczył jeszcze przed sobą prawą ręką, wskazując jakby kierunek – Przejdźcie i zaczekajcie tam, gdzie wiecie. Podjadę.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że równinę łąk przed nami przecinała wąska kreska drzew i krzewów, siedzących obok siebie niczym na jakiejś grzędzie. To było jak opaska w poprzek łąk, oddzielająca nas od dalszej części równiny, graniczącej z lasem. Od tej części, gdzie niedaleko już majaczyły zabudowania cegielni. Wzdłuż całej równiny, po obu stronach drogi biegł w poprzek do niej, porośnięty, ledwo widoczny, ale jednak wyraźny nasyp. W miejscu gdzie się przecinał z drogą, dukt się tu lekko wspinał na to spotkanie, po prawej nie było już dalej łąk, zaczynał się zagajnik. Nie wiem ile to mogło być, metr a może półtora metra ponad powierzchnię łąki?
Gazik podjechał do tego nasypu, wspiął się do miejsca, gdzie dukt się z nim krzyżował i przekraczał, ale nie pojechaliśmy dalej, w stronę cegielni. Inspektor skręcił w prawo. Przejechał ze sto pięćdziesiąt, dwieście metrów po otoczonej drzewami, wydłużonej polance i skręcił jeszcze raz ostro w prawo. Na moment stanął w poprzek tego, porośniętego sięgającym przedniej szyby gazika zielskiem, wydłużonego placyku, po czym cofnął wóz i na wysokich obrotach ruszył do przodu, robiąc jednocześnie mocny skręt w lewo. W ten sposób zawrócił auto, które potoczyło się jeszcze parę metrów z powrotem w stronę duktu i stanęło.
Tadeusz energicznie wysiadł z wozu. Przed nim pojawiły się, niczym duchy, obie opatulone w chusty kobiety, które spotkaliśmy przed chwilą. Cała trójka odeszła kilka kroków od gazika, w stronę krzaków. Chyba nie chcieli, abym usłyszała to, o czym mieli rozmawiać?
Nie to nie. Nachalna nie byłam. A skoro oni w lewo, to ja na prawo. Spojrzałam przed siebie, w krzaki i drzewa przysłaniające w tym kierunku zabudowania Broniszowa. Stamtąd tu przyjechaliśmy.
Spojrzałam i zamarłam.
Moje oczy spotkały się z czyimś silnym spojrzeniem. Odczułam ten jad nieprzyjaźni, rozczarowanie przechodzące w szyderczą tolerancję. Skądś to znałam, to było takie znajome, jakbym się z tym zetknęła tak niedawno, że wrażenie tego spotkania ze mnie jeszcze nie wyparowało.
Zielone oczy. Zielone oczy nieprzyjaźnie omiatające mnie zza otaczającego je kasztanowo-rdzawego woalu.
Tak, w gęstwinie przykucnęła kobieta, na którą natknęłyśmy się z Wioletą po wyjściu z osinobusa. Kierowniczka nie wiadomo czego. Wtedy jej długie włosy, pewnie tuż po porannych zabiegach, chronione tym wielkim parasolem, opadały ładnie skręcone, suchymi puklami na kark i ramiona. Teraz kucała skulona, długie botki miała mokre i nieco przybłocone. Nie miała nad sobą parasola. Włosy płonęły rdzawo, ale kłębiły się już stargane i wilgotne. Patrzyła na mnie spomiędzy chaszczy niczym przyczajony wielki kot, gotowy do skoku, do ataku.
Zadrżałam.
Z zimna? Ze strachu?
W pierwszej chwili, gdy spojrzałam w kierunku wsi, zamierzałam wyjść z samochodu i zrobić parę kroków. Tak bez celu, dla rozprostowania kości lub po prostu dla zapełnienia tej kipiącej od niezręcznych relacji chwili. Gdy jednak nadziałam się na wzrok rdzawokasztanowej, odruchowo cofnęłam się, przysiadłam na powrót na swoim siedzeniu w samochodzie.
Wybawienie przyszło zupełnie nagle i z zupełnie nieoczekiwanej strony.
– Pani Truda! Co pani tak siedzi? – wyskoczył zza moich pleców, z tylnego siedzenia, jeden ze skórzanych.
Przyjrzałam się jej teraz dokładniej. Nie kucała bynajmniej, ale przysiadła sobie na murku z czerwonych cegieł. Nie było jej mokro od ziemi, bo były to jakieś stare fundamenty, suche i wybetonowane. Nie kapało też na nią z góry, gałęzie z szerokimi liśćmi, rozłożyście rozpostarte nad jej głową, skutecznie chroniły ją przed deszczem.
Truda nie zareagowała na słowa skórzanego. Ten więc odwrócił się w moją stronę.
– Pewnie dziwią panią te ruiny, co nie?
Zrobił krok w stronę gazika, podał mi rękę, zachęcając abym wysiadła za nim. Nie było powodu, aby tego nie zrobić.
Ruiny to było za dużo powiedziane. Trochę cegieł wystających z ziemi. Gdyby nie pewien porządek, czytelny jeszcze w tym szczątkowym stanie niegdysiejszej budowli, pozostałość konkretnej myśli jakiegoś architekta sprzed lat lub wieków, można by rzec – rumowisko. Czerwone cegły, trochę gruzu, ułamków zaprawy. Miało to kształt podłużny, wąski. Dwa prostokąty zbiegające się po środku, rozdzielone szerszym łącznikiem w kształcie kwadratu. Za nim coś jeszcze niegdyś było. Pozostał jakiś niewyraźny, trudny do opisania ślad. Wystawało to wszystko na grubość dwóch, trzech cegieł ponad powierzchnię gruntu. Gdzie nie gdzie tylko pozostało nieco więcej. Wzdłuż jednej krawędzi kwadratu, tej jakby dalszej, patrząc ode mnie, zachował się zwornik dwóch ścian. Wysoki może na pół metra. Na tym czymś przysiadła rdzawokasztanowa pani Truda.
Z paplaniny skórzanych wiedziałam już, że była tu dawniej, za Niemca, a jeszcze i chwilę po wojnie, stacja kolejowa. Na trawiastej polance, gdzie stanął nasz gazik były tory, bodaj dwa, czyli główny i boczny (tak zwana mijanka). A tutaj?
– To był dworzec w Broniszowie?
– Nie, skądże. Za mały – zaoponował młody. Podszedł do rumowiska, stanął pośrodku kwadratu. Butem uderzył w murek, na którym siedziała Truda. – Tu była waga towarowa. Solidnie obudowana, ceglanym murem, zadaszona.
Kobieta pokiwała głową, po czym energicznie wstała. Na jej twarzy widoczny był bardzo wyraźny niesmak. Ruszyła w kierunku samochodu. Minęła mnie w milczeniu, nie patrząc. Wzrok wbiła w ziemię.
Nie to nie, nie musiałyśmy przecież rozmawiać. Odwróciłam od niej twarz, wzruszyłam
ramionami i podeszłam do skórzanego, jakby nikogo więcej już obok mnie nie było.
Usiadłam obok, ale na drugim końcu murku, naprzeciw miejsca, gdzie siedziała przed chwilą rzdzawokasztanowa.
– Co tu ważono, cegły z cegielni ?
Skórzany zaśmiał się. Sama wiedziałam, że to było głupie pytanie, ale chciałam go właśnie pobudzić do śmiechu. Aby rozładować atmosferę, zbliżyć się do niego i może, nieco takiego rozluźnionego, rozgryźć.
– Nie cegły? – zdziwiłam się, grając dalej słodką idiotkę. – Nie wożono stąd cegieł pociągiem?
– Waga służyła rolnikom. Koleją wożono – no co – to, co zebrano z pola, buraki, ziemniaki. I zwierzęta gospodarskie, króliki, kozy, świnie.
– Ale cegielnia była przecież tak blisko. Pewnie też korzystała z tej kolei…?
– A pewnie.
– Widziałam już kiedyś cegielnię, na studiach zawieźli nas na praktykę reporterską. Było tam mnóstwo torów, ale takich wąziutkich. I zupełnie malutkie wagoniki. Czy tu na stację też szły takie wąskie tory, od cegielni? Gdzie były, z tamtej strony – wskazałam ręką gdzieś za gazika – czy tutaj, przy wadze?
– Jak chciałabyś zobaczyć wąskotorówkę, to musielibyśmy iść do samej cegielni. Od pieca Hoffmana i od maszynowni, kilka torów, czynnych jeszcze teraz, zbudowano do glinianek i do suszarni…
– Piec Hoffmana? Chyba byłam w środku. Tam się wypala cegły, tak?
Chłopak zadarł daszek czapki maksymalnie do góry. Kucnął przede mną i zaczął opowiadać o cegielni, o pracy robotników, dmuchawach, zegarze sterującym dosypywanie węgla. Rozpalał się z każdym zdaniem, autentycznie przeżywał to, co opowiadał, całym sobą. Potrafił zarazić entuzjazmem i podziwem do niemieckich cudów techniki cegielnianej, rozśmieszyć zabawnymi historyjkami, wynikającymi z prostoty naszych chłoporobotników, którzy zderzyli się z nieznaną im techniką i byli do tego po prostu leniwi lub pijani.
Kim był ten chłopak? Na robotnika cegielni nie wyglądał, a więc?
– Nasz piec Hoffmana ma dodatkowo jeszcze wieżę zegarową. Zapytasz, po co zegar na
wieży w cegielni? Szwaby mieli taki mechanizm, co zegarem sterował podsypkę miału do palenisk. Jak już byłaś w cegielni, to widziałaś, że piec Hoffmana to taki osobny budynek, z dołem i piętrem. Na dole są komory, w których kładzie się w stosy cegłę do wypalenia. U nas takie komory są z półkolistymi sufitami, jakby od góry położyć na nią pół przeciętej beczki. A na samej górze, pod dachem jest właściwy piec i cała instalacja do nagrzewania. W piecu Hoffmana ciepło wędruje po komorach. Każda komora ma po trzy czeluści zasypowe, w które sypie się miał. Jak się wrzuci uformowane, wysuszone cegły na wypalanie i rozpali piec, to trzeba już wypalać tę partię aż do końca. W różnych fazach trzeba pilnować, aby ogień i temperatura były odpowiednie. Pilnuje się przez dosypywanie do czeluści zasypowych tyle miału w danym momencie, ile trzeba. Ani za mało, ani za dużo. I na czas. Ani za wcześnie, ani za późno. Jak się pomylisz, to cegłę szlag trafi. Może mieć zły kolor lub kruchość. Albo wyjdzie ci zupełnie inna cegła, niż szef nakazał, nierówna. Trzeba pilnować. Nieraz jak się rozpali na noc, to trzeba całą noc czuwać i ganiać od czeluści, do czeluści. A u nas takich jest ponad pół setki. Wyobrażasz sobie? Patrzysz na czas, na miarkę miału i zaglądasz pod zasuwy, ile miału wsypać? A pomyl się tylko, albo co przegap! Cała cegła może iść do diabła, a ciebie obciążą…
I dlatego Szwaby wymyśliły ten zegar. On był na wieży, tak wysokiej, że jak naciągnęłaś
ciężarki, co to opadając, same napędzały tryby zegara, wystarczyło tego opadania na całe
wypalanie. Nie trzeba było naciągać ich znowu, starczyło tylko raz, na początku. Chyba, że było jakie specjalne wypalanie, to wtedy naciągało się tylko do połowy, albo do dwóch trzecich. Albo i dwa razy na jedną partię. Ten zegar miał do trybów doczepione takie druty, cięgna, które same zamykały i otwierały otwory czeluści, przez które sypał się miał. Szwab to miał dokładnie wszystko obmyślane, zrobił taki automat. Górą szły cięgna, a dołem taśma z miałem. I mechanizm zegara tym sterował. Tak jak ustawiłaś czas i ilość porcji. Przyszedł odpowiedni czas – cięgna otwierały otwór i sypała się do nich odmierzona porcja miału. Człowiek już nie musiał na wszystko uważać sam. Wystarczyło, że nastawił ciężarki na zegarze i pilnował, aby na taśmie był cały czas miał. Czyli wystarczyło go dosypywać, tak by nie było pusto. Resztę za niego robiła maszyna. Delikatne to wszystko było. I paliło się w tym takim specjalnym miałem. Na samym początku, zaraz po wyzwoleniu, jak tylko ruszyła nasza cegielnia, zostali tu jeszcze majstrzy, Niemcy. Były też zapasy tego miału, po Szwabach. Starzy majstrzy tłumaczyli naszym, robili z nimi, a często i za nich. Ale, tak przed pięćdziesiątym, wszystkie Szwaby musieli już wyjechać, majstrzy też. I cała ta maszyneria dostała się naszym. Nie dość, że delikatne to było, to i zapasy tego specjalnego miału się skończyły. Nasi próbowali palić czymś się dało, inżynier skądciś przyjeżdżał, jakieś eksperymenta robił. Ale częściej to nie działało, niż działało. Choć jeszcze chodziło. Do przedwczoraj. Z soboty na niedzielę, właśnie poza przedwczoraj, wesele było w Mirocinie. Taka jedna „Rumunka” od krów, z czworaków, co to obok dawnej stacji kolejowej stoją w Wichowie, szła za milicjanta z Mirocina, Romka „Poznaniaka”. No i chłopaki, i ci z Mirocina, i ci z Wichowa dali nieźle w palnik. Czyli po prostu popili. Ale rebiata z Mirocina przychodziła do cegielni na nockę zawsze po robocie w polu. A teraz przecież sianokosy, nie ma że niedziela. I jak tak zapili w sobotę na tym weselu, w niedziele porobili na kacu w polu, to drugiej nocy nie wytrzymali i posnęli się na dyżurze. I nie dopilnowali zrzutu miału na taśmę. Jak się przebudzili, patrzą, a tu temperatura spada, cegła nie czerwienieje, stygnie. No i dawaj, na siłę pchać ten miał, ile się da, już nie na taśmę, ale prosto do czeluści. Ale to nie był czas, który mierzył zegar na dosypkę, więc otwory były zamknięte zasuwami. Cięgna mocno trzymały zamknięte pokrywy, więc nasi zaczęli podważać je łopatami i jakimś łomem. A cała ta instalacja była strasznie delikatna… Pozrywali kilka cięgien, wyłamali kilka zasuw. I szlag trafił całą maszynerię. Niemca, który by to naprawił, już w Broniszowie nie ma. Z samego rana wołali jeszcze fachurę z Kożuchowa, z tych warsztatów pegieerowskich, ale gdzież mu tam do szwabskiego automatu. Za cienki, nie dał rady. Ponoć po południu miał jeszcze przyjechać ktoś z zakładów z samej Nowej Soli, ale tymczasem w obiad zamiast mechaników pojawiła się ta komisja wypadkowa z Żagania.
Ciekawostka, w komisji był nasz Tadek. Żyd bo Żyd, ale swojski chłopak, właśnie z Mirocina. Znają się z tymi pechowymi weselnikami od szkoły, przy piwku spotykają się co sobota… Nie przyjechał on tu im krzywdy zrobić, tyle że za nim zjawił się Reinhard czyli Rajmund, ten, co pani już wie.
Nie wiem, co teraz będzie, szwabski automat szlag trafił. Trzeba chyba teraz wszystko ręcznie, pilnować, odkrywać, zakrywać. I nie będzie już spania na nocce… Przez jedno głupie wesele, męczyć się teraz będzie tylu ludzi, i to na lata…
Ale zostały nam jeszcze wspaniałe maszyny w maszynowni. Transporter, taki na szynach, wyciąga wózki z gliną, prosto z torów, co idą od glinianki. Potem wywraca się koleby i glina leci do mieszarki. Ona napędzana jest elektryką… Tak, u nas jest nowocześnie, nie ręcznie…
Takie fest maszyny mamy!

Popatrzyłam na niego inaczej. Był naprawdę zafascynowany tą cegielnią. To, co wyniosłam ze studiów, Marek ze Stefanem Łosiem nazwali by to – profesją – nakazywało mi, zacząć dociekać, kim był skórzany w cegielni? Co robił w cegielni? Jakie miał z nią związki, związki i obowiązki (to już był cytat z Klema). I był to cholernie piętnujący imperatyw. Jak tego byś nie zrobiła, dziecinko, to… I tu cała seria inwektyw, społecznych i politycznych o takiej, co to by nie zrobiła, personalnych, zawodowych. A osobiste, ludzkie, po prostu predylekcje? A jakbym tak, za Dostojewskim tym razem, zaczęła się zastanawiać nad emocjonalnymi motywacjami, ba – mogłam iść dalej, mogłam pozwolić sobie na to – uczuciowymi stymulacjami gorącego stosunku skórzanego do tej sterty desek i murów, ton żelastwa, stłoczonej maszynerii, potu i smrodu spracowanych ludzi…
– Czy dużo dziewczyn pracuje w biurze cegielni?
Skórzany był zaskoczony tym pytaniem. I wcale tego nie krył. Chociaż nic nie powiedział, jego gesty, mimika, oczy – wyrażały to wszystko, czego nie powiedział. Zaskoczyłam go, ale żeby aż do tego stopnia?
– No, jak nie dziewczyny, to może kobiety? Przy produkcji, może przy lepieniu cegieł z gliny…?
Ależ się roześmiał!
– Jakże by to mogło być?! Pani mnie nie słuchała… Nie lepi się ręcznie. Najpierw elektryczna mieszarka robi masę, a potem mechaniczna krajalnica – kroi. Niedobrze. Stałam się na powrót per pani. A ja tak potrzebowałam w tamtej chwili tego jego „jak chciałabyś”, „jak byłaś”, „widziałaś”.
– Na cegielni pracuje twoja dziewczyna?
– Nie – popatrzył mi dłuższą chwilę w oczy. Spróbował w nie wejrzeć, czegoś się z nich
dowiedzieć o mnie, coś zrozumieć. Nie, nie zrozumiał, nic a nic, powtórzył – Nie pojmuję co tu mają do tego dziewczyny…?
Teraz ja musiałam na niego spojrzeć tak, aby to spojrzenie trwało na tyle długo i było na tyle dla niego interesujące, że dałby mi bezwiednie czas do namysłu. Uśmiechnęłam się lekko, ale sympatycznie, to powinno jeszcze bardziej go wciągnąć.
Nic z tych rzeczy. Poczułam, że to nie była maska, uśmiechałam się szczerze…
– Dziewczyny są piękne, śliczne, prawda? – zaczęłam delikatnie – Można je chyba za to polubić…? Już za samo to, że są i za piękno, ukryte właśnie w nich.
– Polubić? Za to, że ładnie wyglądają? – pokręcił głową. Przybrał taki ton, jakby wpierw chciał mi coś ważnego wytłumaczyć, ale nagle zrezygnował, utraciwszy w międzyczasie poczucie sensu tego działania – Pani to chyba nie rozumie chłopaków. Mężczyźnie ładność to kojarzy się od razu z… – nie dokończył. Zawstydzony chciał uciec gdzieś w bok. Odwrócił głowę i zrobił krok… Złapałam go za rękę.
– Wiem, z czym się kojarzy. Ale czy ty naprawdę nie spojrzałeś nigdy na dziewczynę i nie
poczułeś przyjemności patrzenia na coś, co było piękne? Bez tego, no wiesz…
– To znaczy jakie, że piękne?
– A maszyna, elektryczna mieszarka, powiedziałeś, że jest fest…?
– Pani pyta, czy ona jest piękna?
– A jest?
– A co to jest piękno?
– A powiedz mi, co to znaczy, że ona jest fest?
Skórzany zrozumiał pierwszy to, o co się nawzajem pytaliśmy. Bo, prawdę mówiąc i ja sama straciłam orientację. Gdybym miała powiedzieć, jakiej odpowiedzi oczekuję, to? Musiałabym najpierw powtórzyć sobie: o co pytałam i jakie cele miały spełnić odpowiedzi…
Skórzany odpowiedział. Znowu się rozbujał. Gadał jak najęty. Nie przerywałam mu, chłonęłam jak natchniona. Ale jakąś inną cząstką siebie. To grzęzło gdzieś w takim moim ja, że nie nadawało się nawet do takiej wewnętrznej dysputy, w moim środku – nie środku. To nie była rozmowa stażystów w parku przed redakcją „Po prostu”, którą można zapamiętać, przetrawić, zrobić z niej gonitwę myśli, przelać na papier do pamiętnika lub w jakąś formę dla ludzi obcych, z zewnątrz.
To było jeszcze gdzieś głębiej, nie do odtworzenia. Ale było. Tylko, że to się czuło, a nie dałoby się drugi raz odtworzyć słowami.
Skórzany sączył we mnie swoje słowa. Rozumiałam je, choć łapałam się na tym, że ich jednocześnie nie słucham. Tam w środku wystarczało mi koncentracji, aby słuchać, brać do siebie, przesączyć przez jakieś uczucia… A tutaj, jakby bliżej świata niż mnie samej zastanawiałam się… czy odpowiedzi muszą spełniać jakiekolwiek cele…?
Skąd się to nagle wtedy we mnie odezwało?
Skórzany sączył coś we mnie, coś, co było tylko moje, nie do zszargania w kontakcie ze
światem, z innymi ludźmi.
Odpowiadał na moje pytania i było mi z tym tak dobrze…
A jednocześnie przed oczami miałam wyraźny obraz parkowej alei, oświetlonej nielicznymi palącymi się latarniami. Czy to była TAMTA aleja?

Aleja w Centralnym Parku Kultury, którą można było zejść aż na Solec, do Syrenki?
Co to było: szczęście czy pech? Gdy nastał czas kolejnych praktyk, okazało się, że mieliśmy całym rokiem uczyć się służby słowa literackiego. Znaczenie literatury, poezji, społeczna rola literatów i takie tam. No i nasze miejsce w tym wszystkim, dziennikarzy. Praktyka ta, a jakże, w terenie, ale już nie huta w Stalowej Woli, ani PGR w koszalińskim, tylko prawdziwa redakcja pisma literackiego. I mnie przypadło „Po prostu”. Naczelny, Eligiusz Lasota, popatrzył na nas, pięć studentek, jak stałyśmy u niego w gabinecie i szast, trzy do poezji, do redaktora Edwarda, i prast – dwie pozostałe do prozy, do redaktora, pana Marka. Szczęście, czy pech, że tak poznałam ulubieńca salonów? Wszyscy mnie ostrzegali, że praktyki będę miała w barze „Pod Jontkiem”, Wiejska 17. Ledwie dwa piętra w dół schodami od redakcyjnych pokoi. A jednak nie.
Rozmawiałam z Markiem o literaturze i o życiu na ławce, pośród drzew. Raz nawet doszliśmy aż na Solec, do Syrenki. Siedzieliśmy długo na cemencie, może nawet spojrzeliśmy sobie w oczy?
To jasne, że byłam gówniarą z prowincji. Marek był już wyedukowany przez Łosia, Andrzejewskiego. Mieszkał i pracował przecież nie tylko w górach, Częstochowie czy
Białymstoku. Był i Wrocław, a przede wszystkim Warszawa, Warszawa, Warszawa… A ja co?
A ja – ta niezapomniana aleja w Centralnym Parku Kultury.
– Widzisz ten park? – Marek zatoczył ręką wokoło.
Powiodłam trochę cielęcym wzrokiem za tą ręką i szybko się zmitygowałam.
– Widzę. Okulista zbadał mi wzrok na początku roku akademickiego. I chwalił.
– Jasne – Marek odgarnął mi delikatnie włosy z twarzy – Bardzo długo nie będziesz nosić okularów. Popsujesz stereotyp oddanej Partii działaczki intelektualnej szczebla powiatowego…
– E tam, znowu się ze mnie nabijasz…
– O nie, co to, to nie – przeszedł nagle z pogodnego nastroju zupełnej nonszalancji w jakąś
agresywną zapalczywość. Ponad osiemdziesiąt kilo i ponad metr osiemdziesiąt prawdziwego faceta. Mogło w tej chwili przestraszyć. – Popatrz wkoło tym sokolim wzrokiem, poprzez te drzewa. Co widzisz?
Przełknęłam głośno ślinę. Miałam ściśnięte gardło i nic mi nie mogło przejść przez usta.
– Może dostrzegasz, a może nie? Biedne chałupy wyrobniczego Powiśla. Na Woli największym parkiem jest cmentarz, a tutaj prezydent uzurpator, tuż przed klęską swoją i narodu, posadził prawdziwy park. Po co to tutaj, jak ludzie się tak – nomen omen – gnieżdżą?
– I ja mam ci na to odpowiedzieć? – szczerze się zdziwiłam. Zagonił mnie zupełnie w kozi
róg. Odpowiedź była raczej oczywista, a raczej… dwie odpowiedzi…
– Nie odpowiedź tu jest ważna. Ja odpowiem jedno, ty drugie, kto inny – trzecie. Jakie to ma znaczenie? Puste słowa.
– A więc?
– Ważny jest cel odpowiedzi. Stawiając pytanie, wyznaczam cele, jakie mają spełnić otrzymane odpowiedzi. Ich treść to tylko pusta forma. Ona nic nie wnosi, nic nie zmienia. Liczy się tylko konkretny czyn!
– A to nie jest tak, że puste pytania – puste odpowiedzi?
Wykład. Studentka słuchała, ale studentka była nastawiona wojowniczo, buntowniczka.
– A pewnego razu była sobie taka śliczna dziewczyna…
Załapał od razu.
(Marek właśnie na pierwszej stronie „Po prostu” opublikował swoje opowiadanie. Ktoś potem opisywał je, jako prościutką historię o urodziwej dziewczynie siedzącej z chłopakiem na ławce w parku. Jej widok budził w przechodniach uczucia wzniosłe i szlachetne. Tymczasem dziewczyna, uosobienie czystej niewinności, kłóciła się z chłopakiem o pieniądze na skrobankę. On nie chciał zapłacić, a wtedy ona mu zagroziła donosem, bo sfałszował ankietę personalną)
– O nie, tylko nie w ten sposób.
– A dlaczego by nie?
– Bo taka literatura, taka odpowiedź może przynieść, akurat tobie, tylko żal.
– A czemu pytanie o śliczną dziewczynę, o piękno ma nieść żal, a nie coś odwrotnego?
– Chcesz, to pytaj – nie zauważyłam na czas tego typowego wycedzania szyderstwa, które Marek właśnie rozpoczął, no i zapytałam:
– Jakiemu celowi służą pytania, co to mogłabym je zadać autorowi „Ślicznej dziewczyny” lub jej samej?
Czego oczekiwałam od autora? Czy tego?
– Temu, aby nosić ze sobą prezerwatywę. Zapobiegliwie i notorycznie. Nie uwieczni, ale
przynajmniej utrwali to na jakiś czas jej urodę dla tego zapobiegliwego… I pozwoli mu
uniknąć dodatkowych kosztów.

Skórzany skończył. Popatrzył na mnie, jakby czegoś bardzo oczekiwał. Rozumiałam
go. Przekonał mnie. Tego potrzebowałam. Tu na wiejskiej stacyjce dawnej kolei
szprotawskiej odkryłam, kto i w jaki sposób był w moim życiu zwyczajnym pozerem. Małe i duże dwory, zamki i pałace, urzędy i redakcje, miasta i stolice. Mała wiejska stacyjka zarośniętej chaszczami kolejki.
A jednak nie mogłam mu tego wszystkiego powiedzieć. Szczególnie tego, że skórzany z
cholewą odpowiadał na moje rozterki, a Marek zaś mówił mi tylko o odpowiedziach, i tylko na pytania…

Ciąg dalszy jutro

Deszczowa delegacja 1

Będą trzy dni pod rząd, bo opowieść jest niezmiernie długa. Cholery dostaniecie, ale historia jest tak zagmatwana, że jeśli ją w trzech odcinkach opublikuję raz na tydzień, to już nic nie zrozumiecie. Od pierwszego razu i tak się nie da wszystkiego pojąć, przynajmniej JA nie dałam rady! I o dziwo, pogoda jest brzydka, ale to opowieść na lato…

Suspens!

Mieczysław Bonisławski

Dzień wstawał mglisty. Było chłodno, ale w taki rześki sposób. Lato. Trochę śmiechu warte. Powinnam wybrać, jak się ubrać na podróż? Wyjazd to wprawdzie był niedaleki, jakieś dwadzieścia kilometrów, a nie na przykład do Wrocławia, czy choćby Gorzowa. I autobusem, pekaesem, jak tu mówią, a nie rowerem, czy furmanką. A jednak. Nie było bez różnicy, czy ta mglistość, jak tylko potem mgła się podniesie, zmieni się w słoneczne przedpołudnie, czy też rozdżdżoną, mokrą od deszczu kapuśniaczka pluchę. Brrr, zimną i przenikającą do kości…
Ojciec, gdyby tu jeszcze był z nami, kazał by mi założyć gumiaki, jakiś gruby sweter i nieprzemakalną (taką jakie noszą rybacy) katanę z kapturem, spodnie z wojskowego demobilu, broń Boże – brać parasol. On kochał pluchę, gdy wszyscy uciekali pod dach, kryli się po różnych zakamarkach. Tak, on wtedy wychodził na ulicę, bądź ścieżkę – zależnie od tego, czy to było miasto, czy wieś – i szedł naprzeciw światu, bynajmniej nie nieznanemu i nie po przygodę. On lubił pustkę, deszcz i tak nieskrępowany przez nikogo lubił spoglądać w oczy otaczającej rzeczywistości. Opisywać codzienne życie, ruch lub bezruch, robotników pracujących w ociekających maszynach lub ubraniach, lub – schowanych i przeczekujących deszcz. Nie, żadnej tam przygody, żadnego nieznanego. Ale dla mnie ten krótki wyjazd do cegielni w sąsiednim powiecie był i przygodą, i krył wiele tajemnic. Pierwszy wyjazd w teren dziennikarki z zupełnie nowego działu Gazety. Miałam znaleźć sensację i ją opisać, ale tak, aby materiał był społecznie użyteczny. Redaktor Świtała, delegując mnie na tę dziewiczą wyprawę, wspomniał nawet coś o mym Ojcu. Jakoś tak, żebym pamiętała, jak się skończyło pisanie Ojca o Ostrowskim i że ja mam rozpocząć swoją, zupełnie nową kartę… Zaraz, jak on to powiedział?
Nie, nie przypomnę sobie teraz. A więc co: słoneczny dzień, czy zafajdana plucha? Co mi, dziecince (tak by powiedział i Ojciec, i odgrywający teraz Ojca, sekretarz redakcji Ś. – co ci dziecinko?), a więc co mi, dziecinko, podpowiada kobieca intuicja? A więc najpierw popatrz w okno, dobrze, a teraz – w lustro. I co zobaczyłaś Alicjo?
…Klema, jak się pochylał nad stolikiem, nie dalej jak wczoraj wieczorem. Piliśmy trochę na dole, pod redakcją, w nowym Klubie Dziennikarza, potem „Pod Orłem”, a na końcu w „Ratuszowej”. Lub odwrotnie.
Ha, piliśmy! Przecież mnie odrzuca od samego zapachu tej ohydnej wódy. A więc, ja nie piłam, tak dla jasności. A może właśnie powinnam?
Klem był usposobiony tym razem plastycznie, miał swój dzień malarski. Popatrzył na mnie zza zasłony dymu z tlącego się tytoniu
– To nie jest dobry pomysł, aby tam jechała Alicja. Widziałaś siebie w lustrze? Przecież ty emanujesz kobiecością u progu. Jesteś jak pąk tulipana, który za chwilę pęknie w stronę wszechświata jaskrawą czerwonością. Tylko to nie będzie barwa, ale zapach, ruch, niedokończony gest. Kwintesencja rodzącej się kobiecości. Nie jedź Alicjo, oni, ci chłoporobotnicy tego nie zdzierżą i cię zgwałcą, zanim zapiszesz w notesie ich pierwszą odpowiedź – zatroskał się.
– Nie, nawet nie. Zawiną ci spódnicę, zanim zdążysz zadać pierwsze pytanie – poprawił się.
– Dlatego założę spodnie.
– I wypchasz je pakułami, aby wyglądać jak ich żony, dupiaste i czerwonolice od machania widłami – opisowo ujął Michał Horowicz.
Klem z niesmakiem powstał od stolika.
– Czerwone mordy to my sami mamy. A Alicja jest jak czerwony tulipan, co się właśnie rozwinie… Tu nie ma atmosfery, musimy się upić, ale nie tu. Co sądzicie o zacnym wyszynku pod białym ptakiem? – seplenił jak rzadko, słowa wychodziły od niego stulone jak płatki tulipana na noc.
Zastępca nie byłby sobą, gdyby się nie odgryzł. Horowicz znany był z tego, że wszystko o wszystkich wiedział i lubił tym prać na odlew, po pysku:
– A pamiętasz jak to było u Kurkowiaka? Gdy ci nagadał, że jego vice, Koleńczuk, żalił się że w jego biurze pijecie wódkę? Co mu wtedy powiedziałeś?
– „A propos, masz coś?” A że nie miał, zawołałem na chłopaków, „chodźcie”, tak powiedziałem. I poszliśmy. A to był człowiek takiego gołębiego serca…
– A zatem pamiętasz. A, że to było biuro Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady, a Franciszek był jego kierownikiem…
Zaczynało się robić nieciekawie. Ktoś musiał to przerwać.
– Schwarzer Adler. To dla ciebie ważne Alicjo. Jedziesz jutro szlakiem dawnej kolei na Szprotawę. Za Prusaków, tam „Pod Czarnym Orłem”, odbywały się zebrania udziałowców spółki kolejowej Lenza.
Nie zauważyłam, czy tę tyradę wygłosił Zdzichu Giżejewski, czy prześwietny oberpedagog tego miasta Ludwik Kończał?
Ale tak, spodnie? Dobrze, niech będą spodnie, może faktycznie w tej cegielni suknia i pończochy zrobią nie takie wrażenie, jakiego potrzebuję? A do spodni, co, sweter? Będę wyglądać jak taka lala z Warszawy, za jakąś artystkę mnie wezmą, nie za prawdziwego dziennikarza. Niech to wszystko…!
Wpierw za okno. Chyba zaczyna jednak siąpić? Nici ze słońca. Jak się ubrać na deszcz, do chłopów utaplanych do obiadu w glinie, a po obiedzie w gnoju, aby mnie nie wyśmiali? Nie, oczywiście, o żadnym gwałcie nie myślałam, nie bałam się. Ale musiałam zdobyć ich zaufanie. Nie mogłam ich ani rozśmieszyć, ani znieważyć. Nie mogli się ze mnie śmiać, jako z dziewczyny wchodzącej w męskie tematy. Nie mogli się też na mnie zamknąć, czując że się ponad nich wywyższam, niczym jakaś pinda z wielkiego świata.
– Alka.
Co to? Sama do siebie zaczęłam gadać? Zerk w lustro. No, znajoma, jak mówią przyjaciele, całkiem ładna twarz. Mówiąc szczerze, piękna nie była, może właśnie oryginalnie ładna: te intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami. A wąska, ale pełna żuchwa, z tymi dwoma głębokimi bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, jak twierdzili chłopcy (i czasem dojrzali mężczyźni po trzydziestce – vide sam Klem [niestety konserwator, nomen omen, zabytków] i aktorzy [choćby i prowincjonalni], czyli Zdzichu, mogła oddziaływać prokreacyjnie. Czyli po naszemu, była nawet apetyczna.
– Alka, jesteś tam?
Ale to nie ja do siebie gadałam. Twarz z lustra nie otwierała ust, a przecież brzuchomówstwa doktor Bandurski u mnie nie wykrył (tylko niepokojący wyrostek robaczkowy). Okno!
Otwarte na rozszerz…
Na ulicy stała niewysoka szatynka. Ubrana skromnie za to praktycznie, czyli gotowa do łobuzerki. Kto pierwszy, nawet przed niektórymi chłopakami, wspinał się z ulicy Krakusa na szczyt nasypu kolejowego? Kto wymyślił zakłady o wspinaczkę po konstrukcji wiaduktu i dopingował chłopaków w języku swego dziadka, po francusku? Moja dobra Wioleta.
– Wiesz która godzina? – padło zza okna – Za pół godziny mamy pekaes.
– Myślę, jak się ubrać  Chyba będzie tak cały dzień mżyć, co?
– A o chłopach pomyślałaś?
Roześmiałyśmy się obie. Wszystko nagle wydało się trywialne.
– Zaraz, zaraz, jak to: mamy?
– Jadę z tobą.
Wioleta, moja przyjaciółka z liceum. Została w mieście, zdecydowała się czekać na swoje nauczycielstwo na miejscu, podczas gdy ja wyjechałam na to dziennikarstwo. Jej dziadek, kiedyś tam przed wojną, wyemigrował do pracy do Francji, potem wrócił. Bez pieniędzy i bez pokory. Na tym zachodzie wyuczyli go, że hej. Od powrotu klepali razem biedę w takim wiejskim bardziej domku, z kiblem na podwórku. Przy samym nasypie kolejowym, w pobliżu wiaduktu na Krakusa. Cała dzielnica, taka biedna bardziej. Chyba jedyna Wioleta stamtąd zdecydowała się na liceum, chciała być nauczycielką i przed rokiem doczekała się w końcu i w naszym mieście na ten eSeN (wiecie, studium nauczycielskie). Profesor Kończał, tworząc tutaj to studium, sprawił, że mogła studiować bez kosztownego wyjazdu, na który po prostu nie było by jej stać. Musiała poczekać, gdy ja i reszta klasy wyjechała na rajzę, ale udało się!
Reszta jej ulicy poszła do pracy od razu po szkole, może ktoś jeszcze z całej ulicy ukończył zawodówkę. Ale Wioleta całe liceum była moją przyjaciółką i tak już dalej zostało, kiedy wróciłam, jako pani redaktor, po studiach (a jakże!) na stare śmieci.
– Lecimy, dawaj już!
Wieś przywitała nas jeszcze gorszą pogodą, niż ta, którą pożegnało nas miasto. Na deszcz, jaki się ostatecznie rozpadał, nie przydały się żadne nasze przygotowania ubraniowe.
Tu by i najlepszy parasol niewiele pomógł. Jedynym skutecznym rozwiązaniem byłoby nie wychodzić z domu. Może trzeba było zrobić użytek z zasłyszanych rozmów robotników, którzy dosiadali się już od pierwszej wsi za miastem, Ochli, i wrócić od razu kursem powrotnym? W ogóle nie wysiadać?
– Ale w nocy zaciągło, cie choroba. Tera to popada kilka dni jak nic.
– To się góra po was przejedzie. Jadźka, jak wróciła wczoraj ze szkoły, z Wichowa, to mówiła, że siano jeszcze nawet nie w stogach.
– Głupia ta twoja Jadźka. Z tej strony wzgórz sprzątnęlim, na ostatek, ale zdążylim. A od Wichowa i doliny insza pogoda. Deszcz przyszedł od Zielonej i zatrzymał się na wzgórzu.
– No tak, jak nie przejdzie na drugą stronę, to dopiero tutaj poleje. Będzie dzisiaj sikawica jak cholera.
– Co się martwisz, w pluchę by nas pogonili, a jak będzie tak lało, to się przesiedzi gdzie pod dachem…
Faktycznie, im bliżej było naszego celu, lekka z początku mżawka, zmieniała się w coraz bardziej regularny deszcz. Po szybach autobusu spływały wpierw coraz większe, ale jednak wyraźne krople. W Radwanowie, ostatniej wsi przed Broniszowem pojedynczych kropli nie dało się już odróżnić a od krzyżówki, leżącej na styku obu wsi – to była już wodna fala.
A nie było to, niestety, najgorsze, co nas spotkało.
W autokarze nie było ani przytulnie, ani wygodnie, unosiły się intensywne, duszące zapachy. Jednak wyjście z jego wnętrza w ten deszcz okazało się dla nas szczególnie porażające. Nasz zielony star, potocznie zwany stonką, bez zbędnych przygód (o, jakże by się to podobało memu Ojcu), dowiózł nas aż na skraj Radwanowa. Siedziałyśmy obie po środku autobusu, z jego prawej strony. Ja od okna, Wioleta obok mnie. Widziałam zatem przez okno mijane zabudowania PGR-u, bar przed którym stała pokraczna, kryta przyczepa przystosowana do przewozu osób, „zaprzęgnięta” do zdezelowanego traktora na ogromnych kołach, wreszcie skrzyżowanie dróg, na którym skręciliśmy w lewo.
Nasza „stonka” potoczyła się jeszcze ze dwieście metrów za to skrzyżowanie i stanęła na przystanku PKS-u. Niemal połowa pasażerów wysiadła, ale star nie ruszał. Nawet nie zwróciłybyśmy na to uwagi, gdyby nie to, że „uwaga” dostrzegła nas, dwie bidulki wciśnięte w te ciasne i niewygodne siedzenia.
Kierowca wychylił się znad szerokiej kierownicy, rzucił okiem po wnętrzu autobusu, jakby szukając kogoś konkretnego. Gdy jego wzrok w końcu zatrzymał się na nas, od razu było jasne, ze właśnie osiągnął jakiś założony sobie cel.
– A panie czemu jeszcze nie wysiadły? Wy przecież do Broniszowa.
– Bo to dopiero Radwanów – trzeźwo rzuciła Wioleta.
– Tam minęliśmy drogowskaz na Broniszów – wskazałam ręką gdzieś za siebie, w stronę krzyżówki. I dodałam, znacząco zawieszając głos – A więc…?
– A więc, moje panie – z satysfakcją spuentował kierowca – wiedzcie, że pekaes nie wjeżdża do samego Broniszowa. Ja jadę stąd już na Kożuchów. Do Broniszowa trzeba iść pieszo, od tej krzyżówki, tam na lewo. Do tabliczki Broniszów jest mniej niż pół kilometra, ale do tej waszej cegielni, będzie ponad trzy.
– O raju!
– Naprawdę, trzy kilosy w ten deszcz, pieszo?
Szofer wyglądał na zadowolonego z piorunującego wrażenia, jakie na nas wywarł. Wyraźnie trzymał w zanadrzu jeszcze coś, na taki właśnie moment.
– Opłaciła się wam, moje panie, ta poranna pobudka. Wstałyście wprawdzie skoro świt, ale teraz czeka was za to poświęcenie nagroda. Na pierwszy, i tylko na pierwszy kurs, podjeżdża tu osinobus z PGR-u i zabiera pracowników do GS-u i cegielni, a kursem powrotnym – ludzi do miasta i dzieciaki ze starszych klas do szkoły. Osinobus stoi przy barze, na krzyżówce. No, ganiajcie, aby wam nie uciekł…
A więc czekał nas jeszcze kontakt z tym czymś, co mi mignęło przed chwilą w oknie autobusu…?
Wioleta nie czekała, aż ratunek nam mignie koło nosa. Nie wdając się w żadne głębsze refleksje, chwyciła swój chlebak, powstała niczym na ćwiczeniach wojskowych i już gramoliła się z autobusu w deszcz. A ja – rzecz jasna – za nią.
– Do widzenia panu, dziękujemy – zdążyłam jeszcze tylko rzucić w biegu szoferowi grzecznościową formułkę.
– Do widzenia paniom. I powodzenia. Miłego dnia, mimo tej pogody…
Osinobus dopadłyśmy faktycznie już tuż za skrzyżowaniem. Jeszcze z daleka machałyśmy traktorzyście, aby zatrzymał się i nas zabrał. Na szczęście dostrzegł nas.
Jeżdżąc na dziennikarskie praktyki w teren, widziałam już różne typy i rodzaje środków lokomocji. To jednak był prawdziwy „dziki zachód”. Osinobus nie był w najlepszym stanie, odrapany, brudny. No i ten ciągnik. Zupełnie niedopasowany. Wszystkie te kryte przyczepy, z siedzeniami i przeszklone, którymi dotąd miałam okazje przejechać się w różnych rejonach Polski, ciągnął zawsze klasycznie wyglądający, średni traktor rolniczy z pełną kabiną dla prowadzącego. Tutaj konstrukcję z przedziałem pasażerskim podczepiono pod ogromny ciągnik bez zamkniętej kabiny traktorzysty (był tylko daszek na słupkach) poruszający się na czterech ogromnych kołach o jednakowej średnicy, z osiami bliżej środka całego pojazdu. Była to raczej maszyna budowlana lub ciągnik leśny. Hałasował za trzy normalne traktory a szarpał niczym czołg na poligonie.
Trwało to dobrych dziesięć minut. Jechałyśmy długo pomiędzy luźno porozrzucanymi wzdłuż osi gościńca zabudowaniami gospodarskimi. Nie była to bogata wieś, ale każde obejście miało osobną chałupę i co najmniej jedno albo dwa zabudowania gospodarcze. Droga wiła się niesamowicie, chałupy były to z lewa, to z prawa, raz blisko gościńca, raz dalej, w polu. Na licznych i ostrych zakrętach rzucało całym pojazdem (a nami w jego środku) jak w puszczonej na silnym wietrze karuzeli. Broniszów ciągnął się i ciągnął a końca tej jazdy nie było widać.
Wreszcie minęliśmy kościół, gościniec rozszerzył się w niewielki plac, a nasz osinobus skręcił na prawo i zatrzymał się. Koniec trasy. Zaczęliśmy się wszyscy gramolić do wyjścia. Chwila i w środku było pusto. Traktorzysta tylko na to czekał. Osinobus zakręcił na pętli podjeżdżając do grupki czekających osób. Wpuścił baby jadące na targ, dzieciaki do szkoły i jeszcze tam kogoś, chłopów w prawie odświętnych ubraniach (jechali pewnie do jakiegoś urzędu), ormowca z insygniami, faceta z teczką (co on tu robił, czyżby wracał od kochanki?) – i odjechał w siną dal. Nawet Wioleta, wychowana przecież w dzielnicy przy Krakusa, spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Ten leśny ciągnik, na wysokich na półtora metra oponach i te odświętne ubrania, ten garnitur i świńska skóra urzędniczej teczki…
Wiatru nie było, deszcz zatem nie zacinał. Było dosyć ciepło, strugi wody nie ziębiły specjalnie. Po prostu lały się na nas, wlewały się każdą szparą pod ubranie, ciało robiło się mokre i lepkie. Majtki przywarły do tyłka jak stalowa zbroja, stanik ścisnął piersi, rękawy i nogawki stały się obce i wrogie. Stałyśmy tak chwilę, jak ofiary losu nie wiedząc, co z sobą zrobić? Mężczyźni, którzy przyjechali razem z nami, gdzieś poznikali, człapiąc w szybko rosnących kałużach.
Jedni pognali gdzieś w prawo, prostopadłą do głównej drogi brukówką, przeciskającą się między dwoma, zbiegającymi się ku sobie domostwami w kierunku niedalekiej ściany lasu, ku wyraźnie zarysowanemu pagórkowi. Drudzy przeszli na skos plac, w jaki z lewej strony rozszerzał się gościniec, skręcili i zniknęli między niskimi zabudowaniami, wyrastającymi całym stadem w głębi perspektywy. Kilku weszło na gościniec i podążyło z powrotem, w kierunku z którego przyjechaliśmy. W oddali, we mgle majaczyła tam kościelna wieża.
Mężczyźni jednak, nie dochodząc do kościoła, skręcili w lewo. Stał tam, nieco cofnięty od samej drogi podłużny, parterowy budynek z wysokim mansardowym dachem i ryzalitem z ogromną płaskorzeźbą. Z odległości ponad stu metrów nie dało się jednak dostrzec jej szczegółów.
Czy ktoś mógł się nad nami zlitować? Którędy tu było iść, którzy z tych robotników jechali do roboty do cegielni? I w ogóle, czy należało w ten deszcz szukać owego kierownika, który poprzedniego dnia bezgranicznie przerażony powiadomił o wszystkim milicję, czy raczej poszukać miejsca, w którym przeczekałybyśmy nawałnicę? Te chłopy gadały o jakimś dachu, pod którym posiedzą zamiast tyrać w deszczu… Czy ktoś…?
– Kogo szukacie dziewczynki ?
– Ach, droga pani…
– Bardzo dziękujemy…
– Ale, kogo szukacie? – kobieta miała długie włosy o kolorze kasztanów, opadające faliście poniżej ramion, ułożone i suche, bo ukryte pod rozłożystym parasolem. Nie przypominała wyglądem opatulonej w chustę i kufajkę wieśniaczki, mimo to jej oczy wyrażały narastające z każdą chwilą niedowierzanie i zdumienie. Czyżbyśmy aż tak głupio wyglądały?
– Ach, ten deszcz…
– Zgubiłyśmy się…
– Tu u nas, w Broniszowie?
Co do wyglądu – mogłam się domyślać, tego co gadałyśmy jak nakręcone trajkotki, na zmianę – byłam pewna… bez sensu i składu. Musiałam wziąć się w garść.
– Szukamy cegielni. Przyjechałyśmy do kierownika – tu podałam nazwisko.
Kobieta z parasolem przecząco pokiwała głową. Była ubrana po miejsku, garsonka a nie sukienczyna, długie botki, płaszczyk rozpięty od pasa, apaszka. Już miała nam coś doradzić, ale jej wzrok wyłowił coś za nami. Szybko się odwróciłam.
– Kierowniczko, otwarte już, możemy ten deszcz przy czym gorącym przeczekać?
– Sama kierowniczka widzi, w taki deszcz nie ma roboty.
– Taka dobra z pani kobita, no przecie nie pajdziem w ten deszcz aż do Radwanowa…
Dwaj robotnicy, w gumiakach i watowanych, roboczych kurtkach stanęli w wielkiej kałuży, jaka zdążyła się już zrobić w miejscu, gdzie stał osinobus. Jechało od nich wódą, a oni patrzyli zaczepnie spod przekrzywionych beretów… na nas dwie. Kierowniczka, czymkolwiek by nie kierowała, zapewne nie mogła im odmówić (o cokolwiek by nie poprosili), zatem przestała w tej chwili być dla nich ważna. Mieli ciekawszy punkt zainteresowania. Kobieta chyba odczuła dokładnie to samo.
– A idźcież nieroby, dla was każdy pretekst jest dobry – skinęła im głową w stronę domu z ryzalitem, w którym poprzednio zniknęło już, prosto z osinobusa, kilku naszych współpodróżnych – Tylko nie zachlajcie jeszcze bardziej…
– W taki deszcz w cegielni nie wypalają, co najwyżej kopią glinę. A i to wątpię, same widziałyście – skinęła na mężczyzn, zwracając się teraz z kolei do nas – Nie macie co tam iść, tylko jeszcze bardziej, do cna przemokniecie…
– A można jeszcze bardziej?
– Od dołu, no, buty, nogi. Tam ogromne kałuże i błoto. Przynajmniej już za torami.
Popatrzyłyśmy po sobie z Wioletą i roześmiałyśmy się. Wyglądałyśmy jak nieboskie
stworzenia.
Przez twarz kobiety przebiegł grymas strachu. Za chwilę mogła nas wziąć za wariatki, trzeba było ratować sytuację.
– Jesteśmy z Gazety, kierownik powiadomił milicję o pewnym wydarzeniu. Robotnicy rozpoznali człowieka, którego znali z czasów zaraz po wojnie, ponoć był niebezpieczny i teraz powrócił.
– Kierownik pewnie siedzi w biurze, na pewno tam go zastaniemy – wsparła mnie Wioleta.
Kobieta spuściła oczy. Zaciekawienie przemieszane z sympatią ustąpiły na jej twarzy miejsca siłą tajonej niechęci. Odburknęła tylko:
– Po co ta cała milicja, to nasze sprawy. Potrzeba nam was tutaj, no nie ma co mówić.
– Ale my nie jesteśmy z milicji…
– Koleżanka ma napisać artykuł do Gazety. Taki, aby wszystkich przestrzec…
Kierowniczka, czegoś tam, (nadal) nie wiedzieć czego, okręciła się wokół własnej osi i złapała oburącz parasol, bo właśnie pojawił się wiatr. Potrząsnęła włosami, które porwane porywem powietrza poza płachtę parasola w końcu też się nieco zmoczyły (dobrze jej tak!)
– Kierownika, mówicie, szukacie. Ano, może i kierownika. Ale kierownik chyba jeszcze w domu, on mieszka przy samej cegielni, w takim malutkim domku. Ale nie ma co tam teraz iść. Co zaś do inspektora, nie ma go na cegielni. Po północy koło ceglanego wiaduktu znaleźli… – przerwała, cmoknęła – Nie moja sprawa, co znaleźli. Jak macie się dowiedzieć, to ktoś wam i tak powie. Inspektor pojechał w każdym razie do lasu jeszcze w nocy.
Mogłybyście zaczekać u mnie, na sali, ale same widziałyście, kto tam dzisiaj jest i co się będzie działo – skinęła głową w stronę domu, w którym zniknęli uprzednio podpici robotnicy.
– Inspektor, to nie kierownik? – zdziwiłam się – Jak to?
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Kierownik, czy inspektor, co mi tam do tego. To wy tu kogoś szukacie. Powinnyście chyba wiedzieć kogo, prawda ?
– To co mamy robić? Mamy iść do domu, do tego kierownika…?
– Chodźcie za mną – skierowała się z placu ku gościńcowi, a my za nią. Idąc wzdłuż drogi, w przeciwnym kierunku, niż ten z którego przyjechałyśmy osinobusem, minęliśmy frontową ścianę domu, po środku której były schody, ganek, wejście. Stanęłyśmy nieco dalej.
– Widzicie te drzewa? Tam jest pałac i biura GS-u. Nie macie teraz co iść do cegielni, do kierownika do domu i budzić go. Gdy wstanie, zajdzie tutaj. A jeżeli inspektor wrócił już z lasu, to też jest teraz tam. A jak go tam nie ma, to musi się pojawić. To jedyny telefon we wsi, a przecież prosto z lasu musi zadzwonić. Znowu na tę waszą milicję – syknęła ze złością na zakończenie i szybko, nie czekając na naszą reakcję, odwróciła się i nawet nie składając parasola wbiegła po schodach na ganek, otworzyła drzwi, trzasnęła. I tyle o pani kierowniczce. Mogła przejść do historii tego dnia, nie wyjawiając ostatecznie, czym kierowała. Ale – o czym miałam się dopiero przekonać na własnej skórze – niestety nie przeszła…
Od rana niebo było całe zaciągnięte srebrzystym woalem. I chociaż nie było widać nawet strzępków błękitu, powłoka rozciągnięta między niebem a miastem sprawiała wrażenie bardzo delikatnej i dalekiej. Nieuchwytnej i nietrwałej, jakby lada chwila miała się rozpaść, zniknąć, odsłaniając nieprzebrany błękit i słoneczne promienie. Od czasu kiedy rozpadało się na dobre, srebrzysty woal stężał, stał się szalem. Obniżył się nad pola i domy, był już na wyciągnięcie ręki. Powietrze jednak, pomijając krople i potoki deszczu, było w miarę przejrzyste, z góry znad tego szala, spod samego nieba, opadała na ziemię pewna jaskrawość. Wiatr, który pojawił się nagle nad pętlą autobusową rozwiał ów szal i przygnał czarne chmury. Nad Broniszów, dosłownie w ciągu minuty, czy dwóch, spadł mrok. Nie była to oczywiście ciemność nocy. Przypominało to raczej wczesny wieczór, taki bez czerwonego zachodu słońca, pochmurny wieczór, w chwili gdy blada, słoneczna światłość skryła się za linią horyzontu. Chmury były nawet stosunkowo wysoko, nie przytłaczały. Po prostu były wysoko nad głową. Przez moment wydawało się nawet, że wraz z nastaniem tego nagłego mroku, nieco ustał deszcz. Nagle jakby wszystko stanęło w bezruchu, stało się martwe…. W tym przedziwnym świetle – nie – świetle… Zaczynało robić się nieswojo. Obco. Wszystko wkoło, co stało na ziemi sprawiało takie nierealne wrażenie, jakby to była dekoracja teatralna na scenie. To wysokie ciemne niebo, było niczym oświetlone od dołu przyciemnionymi reflektorami rampy, te chmury, niemal jak utkane z waty i zawieszone na niewidocznych żyłkach, ciągnięte przez operatorów. A my tutaj, jak kukiełki, marionetki z linkami u nóg i rąk… Poczułam się… no, nie wiem, jakbym nie była sobą. Uwięziona w powłoce z papier-mâché.
„Pałac” od strony drogi otaczał stary park. Kilkusetletnie drzewa wyrastały ponad blankowane mury obronne, litą ścianą zieleni izolując cały zespół pałacowy od reszty wsi. Od drogi ku dziedzińcowi prowadziła wąska, krótka dojazdówka. Dopiero z jej perspektywy, po zejściu z gościńca, można było dostrzec fosę idącą z trzech stron wokół murów oraz proste ściany dłuższego skrzydła, pokryte tynkiem i jakimiś geometrycznymi wzorami sgraffito.
Bryła budowli, tak naprawdę złożona była tylko z dwóch wysokich, prostych skrzydeł ustawionych w literę „L” oraz z zamykającego pełen czworobok ceglanego muru obronnego z blankami i okrągłą basztą. Ta ostatnia stanowiła zwornik dla blankowanych ścian, przeciwległy do środka litery „L” (w którym z kolei zbiegały się oba skrzydła mieszkalne).
Po środku głównej ściany od strony podjazdu był pokaźnych rozmiarów portal i jakieś wejściowe drzwi. Wokół niewielkiego placyku, zawalonego znieruchomiałymi przyczepami, rozłożyły się, głównie parterowe, zabudowania. Plac z pluskającymi od deszczu kałużami, kilkoro drzwi prowadzących do jakiegoś środka, czekające na rozpoczęcie pracy urządzenia – i tylko brakowało żywych ludzi. Zupełna, zaskakująca i niewytłumaczalna martwota.
Gdy dotarłyśmy w końcu przed wejście do biura GS-u, wiatr i deszcz nagle ustały. Moment i nastała zupełna cisza. Aż spojrzałyśmy po sobie, jedna na drugą, a w oczach nas obu pojawiło się pytanie o to, co dalej: wchodzić, czy może jednak w tej sytuacji zawrócić do tej cegielni?

Pierwsza ruszyła Wioleta. Ostukała buty z błota o kamienny próg i otworzyła drzwi. Weszłam za nią. W korytarzu paliła się żarówka. Była wkręcona w okrągłą, wystającą ze ściany oprawkę, tuż pod sufitem i taka goła dawała trochę rozproszonego na wszystkie strony światła. Dalej od niej mrok gęstniał. Na prawo, tuż za wejściem były jakieś otwarte drzwi. Przed chwilą musiał ktoś przez nie wejść, na podłodze były ślady błota, zupełnie świeże, woda między grudkami jeszcze falowała niespokojnie. Z głębi, z wnętrza pomieszczenia za drzwiami dochodziły jakieś pomruki, odgłosy kroków, przestawiania czegoś.
Weszłyśmy przez te drzwi za tym kimś – tam musiało być jakieś życie, czegoś można było się dowiedzieć.
– Dzień dobry. Szukamy kierownika cegielni.
W pomieszczeniu stało biurko z maszyną do pisania, metalowa szafa na akta, stolik  radiotelefonem i – zaraz za progiem – otwierały się drugie drzwi, prowadzące do gabinetu obok. Za biurkiem siedziała sekretarka, w wewnętrznych drzwiach stał zmoknięty mężczyzna. Dosyć elegancki i chyba bardzo przystojny.
– Podobno miał tutaj być.
Sekretarka spojrzała niezdecydowana na mężczyznę. Ten cofnął się od drzwi w naszą stronę, rezygnując z wejścia w głąb tego drugiego pokoju.
– Po co go szukacie! Jest cholernie zajęty. Jakieś głupstwa pewnie znowu?
Nie wiem czemu miał służyć ten wstęp ? Na pewno jednak bardziej zaskakująca była riposta Wiolety:
– A pan kim jest?!
– Co takiego? – zasyczała sekretarka, zrywając się ze swojego krzesła. Mężczyzna roześmiał się i skinieniem ręki uspokoił kobietę.
– Wpadacie tu nie wiadomo skąd, nie wiadomo kto, a to ja mam się przedstawiać?
Za oknem coś zagwizdało, o szybę uderzył pęk liści i nagle zgasło światło.
– Diabli nadali to wszystko, z wami na czele – rozeźlił się mężczyzna. – Znowu zerwało linię.
Rzeczywiście, po drugiej stronie okna rozszalał się wiatr, jakby trąba powietrzna przechodziła przez podwórko. I na ten moment, bezszelestnie niczym zjawa z tego gabinetu obok (nie wiem czemu założyłam, że był pusty) wynurzył się jakiś ryży, ostrzyżony na jeża facet.
– Nie widzicie co się dzieje? Musicie zawracać głowę w taki dzień?! Gidzyński jestem, kierownik cegielni.
Kurcze, jakiś taki mało przyjemny był. No, z wyglądu, wyglądał jakby i w obyciu był nie teges. Już wolałabym tego pierwszego, na którym nacięła się Wioleta. Ale co, przedstawiłam się. I zaczęłam tłumaczyć:
– W redakcji Gazety powstał nowy dział, opisujemy zaskakujące zdarzenia, odkrywamy sensacje, współpracujemy z milicją. I komenda powiadomiła nas, że wczoraj zadzwonił kierownik z cegielni w Broniszowie. Robotnicy rozpoznali…
– Wiem, wiem, byłem przy rozmowie z ładowniczym… Ale to nie ja dzwoniłem na milicję, nie do mnie panie przyjechały.
– Nie do pana? To do kogo?
– Na milicję zadzwonił Tadeusz, inspektor z Żagania.
– A co ma do tego jakiś Żagań? – zaczęłam się w tym wszystkim gubić i nie zamierzałam tego oszczędzać temu całemu ryżemu cwaniaczkowi. Ten spojrzał na mnie z troską.
– Była ta awaria zegara… Po weselu… Zepsuło się sterowanie u Hoffmanna… – widział, że nic nie rozumiem – No, nieważne. Próbowaliśmy sami, przez ludzi z zespołu traktorowego z Kożuchowa. Ale ostatecznie, jeszcze wczoraj, przysłali nam tu komisję do spraw wypadków, z zarządu spółdzielni z Żagania. Bo teraz, jak zlikwidowali gminę, to cegielnia przeszła ze spółdzielni ceramiczno-chemicznej w Nowej Soli, pod budowlankę z Żagania… No i przyjechał ten inspektor, taki Tadeusz, nasz chłopak, z Mirocina i ten cały Reinhard, jako z powiatu. Bo on przez te lata w Radzie Powiatu, w Żaganiu się chował. Inaczej to nasi ludzie by go dawno rozpoznali, ale tych z powiatu to nikt nie zna. Nie wiadomo, kto tam siedzi po tych ich radach… No każdym razie, pierwszy Reinharda rozpoznał mój ładowniczy z pierwszej zmiany. I kiedy Reinhard uciekł do Lasu, Tadeusz zadzwonił na milicję. Tadeusz, nie ja. Do niego panie przyjechały.
– Ależ panie są doskonale przygotowane do tego reportażu! – zaśmiał się szyderczo ten, który zrugał Wioletę – Nic, tylko pogratulować. Mam posłać panią sekretarkę po kwiaty…?
Wioleta zrobiła dwa kroki, tak że stanęła z nim twarzą w twarz. Podniosła głowę, zajrzała mu bezczelnie w oczy. Gdyby wzrok mógł zabijać, można by zacząć do niej mówić per Bazyliszku…
– To niesamowite, jak ktoś taki mógł dostać takie stanowisko. I że nie bał się tu wrócić, pokazać swoją zakazaną gębę – w progu stanął niewysoki, korpulentny, łysawy jegomość w gumiakach (przedziwnie czystych w tych warunkach) i drelichowej kufajce zarzuconej na wełniany sweter.
Gidzyński wzruszył tylko ramionami, rzucił sekretarce, że idzie do domu odespać noc i zniknął, jakby go tu w ogóle nie było. Może i nawet dobrze się stało. Tych dwóch co zostali, zapowiadało się o wiele lepiej.
– To ja może zacznę od obu panów…? – poczułam w końcu krew na tym safari, rozmytym jak dotąd w morzu wody. – Obaj panowie znacie byłego skazanego?
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
– Jestem tutaj starszym specjalistą, to stanowisko jest dosyć nowe, ale moją rodzinę przesiedlono tutaj w czterdziestym siódmym, spod Cisnej. Wychowałem się w tych lasach – wyciągnął ku mnie rękę ten co dopiero wszedł. Ucapił mi dłoń i potrząsnął nią w geście powitania. – Załapałem się jeszcze na ich koniec. UB i wojsko załatwiło sprawę dopiero na początku czterdziestego ósmego. Osobiście ich nie widziałem, ale brat i stryj byli na identyfikacji… Do Kożuchowa, do powiatu na UB specjalnie jeździli. Koleją, która tu jeszcze wtedy była. Zresztą o tę kolej wtedy też sprawa była…
– A pan? – zwróciłam się do tego bardziej eleganckiego.
– Ja tu jestem od niedawna, administruję pałacem i…
– Pan niech da spokój – syknęła sekretarka i administrator umilkł.
– Prądu nie ma i szybko nie będzie. W tę wichurę i ulewę ludzie już do roboty dzisiaj nie będą zdatni – ni to się usprawiedliwiając, ni cokolwiek wyjaśniając zwrócił się do sekretarki specjalista. – Telefon działa?
Kobieta podjęła z widełek słuchawkę, postukała w klawisze i położyła słuchawkę z powrotem.
– Działa. Jest łączność.
– Póki co, jeszcze jest. Dobrze. Nic tu po mnie, zabieram panie na razie do mojej kanciapy. Słuchaj Olga – zwrócił się znowu do kobiety za biurkiem – Jak tylko Tadeusz się pojawi, to ten wasz inspektor – wtrącił protekcjonalnie w naszą stronę – niech zadzwoni gdzie tam ma i skieruj go do mnie. Ja z paniami zaczekam na niego.
– A pan? – trąciłam ręką przystojnego administratora.
– Ja mam teraz pracę, muszę coś zrobić. Jak pani powiedziała, że się nazywa…? – powtórzył z naciskiem moje nazwisko.
Mały, gruby, łysy był specjalistą. Uosobienie negatywnego stereotypu, jaki panował w naszych rocznikach. Coraz więcej pojawiało się takich typków po różnych biurach i urzędach. I coraz natarczywej wykorzystywali swoją pozycję do podrywania dwudziesto- i trzydziestolatek. Ponoć prawo ich wieku, ale nasz starszy specjalista był młodszy niż typowy em-gie-eł.
Zaprowadził nas na koniec korytarza, weszłyśmy przez kolejne drzwi. Kantorek rzeczywiście był maleńki, zamiast biurka stolik i trzy foteliki (pewnie z zasobów pałacowych), przeszklony regał z książkami, głównie technicznymi, jakaś fizyka, geometria. Syfon, szklanki na stoliku. Czyżby specjalista dokształcał tu swoich magazynierów, a może robił konferencje z dyrekcją lub dostawcami?
– Siadajcie. Aż mnie trzęsie, jak sobie pomyślę o tym Rajmundzie. Bo on teraz Rajmund, chociaż wtedy był Reinhard, czy jakoś tak.
Specjalista nalał sobie wody sodowej z syfonu. Ręce faktycznie mu nieco latały. Jakieś krople padły na szklany blat, chroniący stół.
– Cały aż chodzę, sam nie wiem od czego zacząć…
– Przyjechaliście tutaj całą rodziną w czterdziestym siódmym – spróbowałam na powrót. – Spod Cisnej, czy tak? Gdzie ta Cisna była?
Mężczyzna podniósł szklankę na wysokość oczu. Jakby przez chwilę coś sobie przypominał, zastanawiał się.
– Tak, całą rodziną przyjechaliśmy.
Nawet nie zauważyliśmy, jak za nami wsunął się administrator. Za to wyraźnie go usłyszeliśmy: – Opowiedz pani – tu z wyraźnym niesmakiem wymówił moje nazwisko – o tej sielankowej podróży, w jaką wybrała się twoja rodzina. A nie zapomnij i o Wasylu. Wtedy, gdy ci przez gardło przejdą słowa o podróży całej rodziny. I wtedy jak będziesz tak klął na Reinharda.
– Pan mnie zna, panie administratorze? Odnoszę wrażenie, jakby… – jednak naprawdę był bardzo przystojny. I elegancki. Patrząc tymi niebieskimi oczyma, spod jasnej czupryny odbierał myśli.
– Mówi coś pani akcja „Wisła”?
W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Ale nagle w tym mroku zobaczyłam na tle okna cień ojca. Był w wojskowym, oficerskim mundurze. Coś do kogoś krzyczał. Rzucił czymś o podłogę. Wyjął z kabury pistolet. Groził nim.
– Ty sucz, kto to jest?!
– Braciszek…
– Swołocz, banderowiec. Co mu doniosłaś? Od początku cię posłali, job twoju mać!
Wysoka brunetka, o głęboko osadzonych czarnych oczach, wydłużonej, zwężającej się ku brodzie twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi, z wąskim ale wypukłym czołem i brodą, piersiasta, szeroka w biodrach, o długich, zgrabnych nogach padła na kolana przed cieniem mego ojca. Odsunął się od niej, a ona upadła siłą rozpędu na twarz. Ojciec zawinął sobie jej długie, kruczoczarne pukle wokół nadgarstka i silnym pociągnięciem zmusił kobietę do powstania. W drugiej dłoni dzierżył pistolet, który przyłożył jej do skroni.
– Wszyscyście jedno bandyckie nasienie! Każę rozwalić co do ostatniej baby.
– Iwanko mi kazał, ale ja nic… Przenigdy, miłości ty moja, przenigdy… – szlochała kobieta.
Nie patrzyła w lufę pistoletu, oszalała z rozpaczy tuliła swą oryginalnie ruską twarz do spodni ojca, piersiami wbiła mu się w udo. Teraz było widać, że jest w zaawansowanej ciąży.
– Oddam was wszystkie pod sąd polowy. Mi zniszczyłaś życie, ale ilu chłopakom je po prostu odebrałaś.
– Nie wierzysz ty mnie?! Poczemu, ty nie wierzysz. Przysięgam, że ja nic. Kocham cię, chociaż ty patrzyłeś i za Ludką. Widziałam…
Ojciec jakby uspokoił się.
– Gadałyście co o mnie między sobą? Siostry kurenne…
– Iwanko uciekł. Nic ci nie grozi, mogiły żołnierzy i okradzionych striłców porosną. Zostaw nas, weź tę skrzynię dla siebie. I Ludkę. Jak trzeba i ja zapomnę. Choć to będzie tak bolało…
O co tu chodziło? Czego chciał od tej kobiety mój ojciec, co to za mundur, jakie to wojsko, jaka skrzynia? Ludmiła to imię mojej matki, Rosjanki, którą ojciec zgubił wraz ze mną w czterdziestym, ale szczęśliwie odnaleźliśmy się we Wrocławiu, zaraz po wojnie.
– Wiesz, co się robi ze zdrajcami? Wiesz jaka jest kara za przywłaszczenie tego, co banderowcy przedtem… Polakom i Żydom…? Jak się dowiedzą że to ja do was chodziłem, a wy wyhodowałyście w chałupie bandytę, który był skarbnikiem kurenia do akcji specjalnych, domyślą się wszystkiego i zdegradują mnie. A może i nie będą się patyczkować, tylko kula w łeb! Czy ty myślisz, że po to gniłem w okopach, że po to przeżyłem wojnę, by teraz dostać kulkę od swoich?!
– Nikt się nie dowie… Weź moją siostrę i uciekajcie stąd… Chcesz zabić swój pęd, przecież ty wiesz…
– Aleś ty głupia, jak ja mam uciekać przed swoimi. Zresztą wyda się. Rozgadają, chyba, że….
Ojciec odepchnął obutą w oficerki nogą klęczącą kobietę. Podniósł pistolet, zarepetował broń.
Czy ja miałam taką ciotkę? Mama nigdy nie mówiła nic o swojej rodzinie. Nigdy nie rozmawiali o tym z Ojcem, podobno wszystkich, oprócz nas, wybili hitlerowcy podczas akcji przeciwko partyzantom. Mama uratowała nas obie jakimś cudem. Bardzo to ponoć przeżyła. Dlatego był to temat tabu.
– Mieliście pojutrze być wysiedleni, cała wieś. Pociąg już czeka w Komańczy pod parą. Ale możecie nie zdążyć, gdyby istniało zagrożenie od bandy z lasu, wieś mogła by spłonąć, razem z wami wszystkimi… – zaczął złowieszczo analizować i przewidywać. – Świadkowie zginą, a martwi nic nie powiedzą. Sotnia przechodziła przedwczoraj połoniną w stronę Słowacji. Mogła zawrócić, aby nas zaatakować a przesiedleńców ukarać za uległość Lachom…
Przyłożył lufę do głowy kobiety. Wolną ręką odciągnął kurek.
– Może jak zechcę, Ludmiła akurat będzie przy sztabie. Jako jedyna ocalała z całej wsi, ofiara banderowców, dostanie szansę wyjazdu. Jakieś duże miasto, co sądzisz o karierze swojej siostry we Wrocławiu…?
– Jak nic co ludziom ważne, nie dla ciebie, to spojrzyj choć na to nieszczęsne maleństwo… Nie będzie ci żalko? Nie obudzisz się w środku z nocy z krzykiem?
– Ktoś taki nie będzie mi wymawiał! – przede mną znowu siedział w fotelu łysiejący specjalista. Wskazywał wyciągniętą ręką na przystojniaka, administratora. – Ja nie mam żalu, więc nie muszę niczego zapominać, ani przypominać.
Obraz Ojca rozwiał się. Zniknął wraz z tajemniczą kobietą, ciotką nie ciotką. Co za bzdury mi się śnią?!

Ciąg dalszy jutro

Na ten Nowy Rok

Mieczysław Bonisławski

Noc pana Tadeusza

Taksówka zatrzymała się przed elegancką nocną restauracją. Taryfiarz wyszedł i pogwizdując zaczął przecierać szmatką dach i maskę. Na dworze zmierzchało.

Z piskiem opon za pierwszym wozem stanął drugi. Otworzyły się drzwi od strony kierowcy.

– Nieźle popadało, co nie?

Taryfiarz przerwał wycieranie

– Ano, wycieram trochę. Taki tam wiosenny, ciepły deszczyk. Ale wóz nie może być mokry.

– No tak, zawsze podziwiałem tę twoją pedanterię… – skwitował cierpko przybyły i jakby stracił ochotę na dalszą pogawędkę. Pochylił głowę nad kierownicą i zaczął przeliczać w kasetce dzienny utarg.

Nad wejściem do lokalu rozjarzył się świetlisty neon. Szmata na chwilę znów znieruchomiała w dłoni taksówkarza. Kierowca rzucił okiem na neon, na znikającą na horyzoncie różową poświatę po słońcu i wrócił do swej czynności.

– Wcześnie coś dziś – mruknął pod nosem.

Chodnikiem przeszło jakieś rozbawione towarzystwo i zniknęło w wejściu restauracji. Samochody pędzące mokrą jezdnią zaczęły włączać reflektory. Naraz z nieba lunął drobny, ale intensywny kapuśniaczek.

– Niech to cholera – zrezygnowany taksówkarz zanurkował do swej gabloty, w pośpiechu zostawiając szmatę na dachu.

Oparł się piersiami na kierownicy i zapatrzył gdzieś przed siebie. Zrobiło się ciemno. Szeroka ulica zaczynała się i kończyła równoległą perspektywą latarni sodowych i różnobarwnych neonów po bokach. Mijające się samochody srebrzyście odbijały w blasku reflektorów kałuże i mokry asfalt.

– No, panie Tadziu, pierwsi dzisiejsi klienci, wyrwał go z zamyślenia męski głos.

– Ależ proszę, proszę, skoczył usłużnie otwierać drzwi.

– A co to za szmata? – Jedna z wsiadających kobiet roześmiała się na cały głos – Ach panie Tadzieńku, to i u pana też taki bałaganik już…

Pan Tadeusz bez słowa schował szmatę i zapuścił silnik.

– Do mnie, do mnie – ciesząc się nie wiadomo z czego krzyczała z tylnego siedzenia panienka w kusym futerku i czarnych rajstopach.

Niewysoki chłopaczek zrzucił napakowany plecak. Poprawił przetłuszczone, przydługie włosy i uśmiechnąwszy się szturchnął pakunek. We wnętrzu przyjemnie zadźwięczały butelki.

– Ile?

– Ewka już jest? – zignorował pytanie kumpla podchodząc do czeszącej się przed lustrem blondyny. Tamten jednak nie dawał za wygraną. Pomacał plecak.

– Ile przyniosłeś?

– Pięćdziesiąt, ale na razie zostaw! To na później.

– Czego się Mareczku tak boisz? – zafalowało obficiem kształtów, jako że blondyna odwróciła się od lustra. – I tak wypijemy, i tak.

– Klaudia! Gdzie jest Ewka, jest już późno..

W odpowiedzi zafurczały mocno pchnięte drzwi. W progu stanęła Ewa.

– O, cześć Igor, cześć Marek. Już jesteście…?

– Idziemy! – Marek energicznie zarzucił plecak i ruszył ku wyjściu.

– Zaczekaj na nas przed akademikiem…! – zdążyła jeszcze krzyknąć Klaudia i nie doczekawszy się odzewu, zagadnęła przyjaciółkę – Co wzięłaś na te nietoperze?

Ewa aż się wzdrygnęła:

– Sądzisz, że one tam naprawdę będą?!

Staruch podniósł krościatą twarz. Była chuda i nieogolona. Przyblakłe oczy wyrażały strach. Klęczał pochylony nad parkowym koszem na śmieci. Miast wyciągnąć z niego ręce i uciekać, zgarbił się i trząsł ze strachu.

Całą szerokość alejki zajęło pięciu podpitych młodzieńców. Najniższy z nich podszedł do starucha.

– Czego tam grzebiesz, nie wiesz, że bieda została zabroniona! Żarcia szukasz, nie? A zastanowiłeś się, po co takie rozkładające się gówno jak ty, chodzi w ogóle po świecie?

Staruch całym żylastym ciałem przywarł do kosza. Głowa mu prawie zniknęła w jego wnętrzu. Drugi z młodzieńców obszedł go wokół.

– Dlaczego wy nie zdychacie? Po cóż takie staruchy tymi trzęsącymi łapkami tak trzymają się tego życia? Na co ty, śmierdząca wszo, możesz jeszcze liczyć?

Staruchowi zdrętwiały nogi, przysiadł więc na piętach, wyjmując głowę z cuchnącego otworu. Nie ośmielił się jednak podnieść wzroku.

Młodzieńcy chwilę się naradzali.

– Zabijemy cię – oznajmił w końcu jeden – My, młodzi, nie mamy co jeść i nie możemy dopuścić, aby takie bezwartościowe trupy do cna wyżerały nam to co jeszcze w tym kraju pozostało.

– Ale damy ci jeszcze szansę – roześmiał się ten najniższy. – Jak nam pokażesz, że żresz faktycznie tylko odpadki, to ci darujemy jeszcze parę godzin, he, he, he. No, żryj – ścierwojady są nawet przydatne – wepchnął głowę starego z powrotem do kubła. Jego koledzy otoczyli kołem śmietnik i klaszcząc w dłonie poczęli skandować:

– Ścier-wo-ja-dy, ścier-wo-ja-dy!

Ale stary wyciągnął głowę i odwrócił się do nich.

– A więc zabijcie mnie, zabijcie już lepiej – wyszeptał.

– Cicho, on coś jęczy… Głośniej stary, głośniej…

– Nie będę żarł, zabijcie – zaczął histerycznie wrzeszczeć – Zabijcie, zabijcie, nie będę żarł, ja nie będę żarł !

Najniższy roześmiał się.

– Będziesz staruszku, będziesz – kopnął klęczącego starego z całej siły w twarz. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak będziesz…

Cała piątka poczęła systematycznie kopać wijący się kłębek ciała.

– Nie po jajach, nie przeceniajcie go – ktoś się śmiał ze swojego kawału. W końcu najniższy krzyknął:

– Starczy – pochylił się nad pojękującym staruchem – I co, chcesz jeszcze pożyć, będziesz żarł odpadki? – Podniósł go i rzucił na kubeł. Stary szybko włożył głowę do środka i po chwili jego barki zaczęły podrygiwać w rytm sięgania po kolejne kęsy.

Nagle młodzieńcy poczęli coś do siebie szeptać i szturchać się, a który tylko obejrzał się w stronę oświetlonej furtki przy wejściu do parku, biegiem uciekał w przeciwną stronę. Jeszcze tylko, już w pewnym oddaleniu, ośmielali się pourągać:

– Wariat, głupi, wariat…

Po chwili wokół chrząkającego we wnętrzu śmietnika starucha zrobiło się pusto.

Stary jakby coś wyczuł. Wychylił powoli głowę na wierzch. Rozejrzał się wokół, żując plastikowy pojemnik po homogenizowanych truskawkach.

– Jezu, wariat! – padł na kolana, podniósł jednak głowę, rozejrzał się jeszcze raz – To ty przegoniłeś to podłe nasienie ?

– Wstań z kolan człowieku. I podejdź tu do mnie – dały się słyszeć przejmujące słowa.

Stary jeszcze się wahał.

– Ale ty jesteś wariat, całe miasto o tym wie…

Usiedli na ławce. Przed nimi, po środku basenu fontanny, bieliła się w świetle księżyca mitologiczna grupa, wyżej skłaniały się wiekowe konary. Ławeczka stała w bladej poświacie latarni, nieco cofnięta od głównej alei.

Towarzysz starucha ściągnął z głowy kaptur. Był zupełnie łysy, połowę twarzy przysłaniały rude wąsiska. Ubrany był w buty rybackie, pelerynę i drelichowe spodnie. Kilkoma ciepłymi gestami uspokoił starego, wyjął spod peleryny jakieś zawiniątko i podał staremu. Ten zbliżył je do ust i począł jeść.

– No i co – wymamrotał pełnymi ustami – nic nie zrobiłeś?

– A nie znasz ludzi – co mogłem zrobić ?

– Mnie to tam takie nie pierwszyzna.

– A mnie to mierzi. I to dzisiaj: posłuchaj człowieku – przecież to byli moi studenci. Nie jacyś tam z marginesu.

– Twoi byli studenci, panie profesorku…

– Czemu starasz się człowieku być złośliwym?

– Wariat, istny wariat, he, he, he! – stary machnął lekceważąco ręką. – Masz co jeszcze? Dawaj.

Łysy wyciągnął jabłko, ale nie podał go. Podniósł je i zaczął się mu przyglądać. Stary się zniecierpliwił:

– Co tam tak wypatrujesz. Diabła tam. Nie dość, że wariat, to i filozof. Ja całe życie chlałem, to i jak syna wychowałem, musiałem odejść. On dziś wielki pan, ho, ho!

– Jesteś takim samym wariatem jak ja. No i co, że poszedłem wtedy do psychiatry?! Od razu musiałem być…

– No i to, żeś wariat…! Czy ja komu co robię, żem hołota ze śmietnika? Syna wykształciłem, ot co! – nagle stary coś wypatrzył. – Widzisz to, he – nietoperz. Patrzysz ptak, a to zwierzę, ssak jakiś, tak jak człowiek, he, he, he. Pomyślał by kto. Mój syn to ornitolog, profesor tera chyba już. Widzisz ptak – nie – ptak, ale tylko do nocy. A ja go kamieniem, pac – rzuca kamieniem w ciemność – A on nic. I w dzień nie wyleci, mówię ci, że nie wyleci, choć wie, że w dzień to nie dla mnie pora…

– O jest, jest! Jest pierwszy! – Klaudia przytrzymując jedną ręką spadającą czapkę, drugą próbowała chwycić wiszące u sufitu stworzonko.

Tuż za nią stał Marek. Wycelował latarkę w zwierzę, ostry snop światła przeszył ciemność lochu.

Znajdowali się w podłużnej, suchej niszy. Była ona na tyle szeroka, by Ewa przecisnęła się obok Klaudii.

– Patrzcie, porusza się! – krzyknęła osłoniwszy dłonią oczy.

– Czeka, aż jego temperatura zrówna się z otoczeniem – wyjaśnił Marek i roześmiał się. – Dotknij go, to zobaczysz jak się nagrzewa.

– Nie! Za nic w świecie – Ewa pisnęła cofając się za Klaudię.

Marek nie nalegał. Zmniejszył natężenie światła z latarki.

– No, pierwszy jest. To już czas – zaczął ściągać z pleców plecak. – A gdzie Igor?

– Igor? Igor? – spojrzały po sobie dziewczyny.

– Nie ma go, gdzież on znowu polazł – mamrotał chłopak rozwiązując troki plecaka, niezbyt zainteresowany problemem. Nastrój udzielił się Klaudii i Ewie. Nie zważając na ciemniejącą otchłań korytarza, puściły się nim kilkanaście kroków w głąb nawołując „Igor! Igor! Pijemy, mamy pierwszego nietoperza.”

Marek uporał się w końcu z plecakiem. Wyjął butelkę, odkapslował ją i rozejrzał się.

– Dziewczyny! Pijemy. Chodźcie szybko, bo zaraz zamykam bar i będziecie musiały czekać do następnego „toperza”.

Odpowiedział mu śmiech.

– Dobra, nie, to nie… – udał że się pochyla nad plecakiem i znieruchomiał. W korytarzu wybuchł nieludzki wrzask. Natychmiast odwrócił się, nim jednak zdążył wybiec z niszy, wpadły nań już obie dziewczyny, szamocząc się z włosami.

– Ała, cholerne ptaszyska.

– Precz, precz!

– To nie ptaki, to ssaki – trzeźwo zauważył wynurzywszy się tuż za nimi Igor.

Marka ogarnęły spazmy śmiechu. Podał Igorowi piwo.

– Czego one od nas chcą? – żałośnie rzuciła Ewa.

– Wyleciały na żer.

– No, chyba nie powiesz Igor, że pomyliły nas z jakimiś karaluchami! – Klaudia była wyraźnie zła na cały świat.

– A tak w ogóle, to co one jedzą? – zainteresowała się Ewa, dając już sobie spokój z włosami.

– No, kto wie, na co one będą miały po takim spotkaniu ochotę – zaśmiał się Marek i łyknął ostro piwa.

– No, ale nie… Tak poważnie!

– Poważnie to się krowa na wrotkach…

– O, patrzcie, znowu – Klaudia spojrzała w głąb korytarza i chwyciła się za głowę – uważajcie na włosy!

Igor odrzucił pustą butelkę, brzęknęło tłuczone szkło.

– Lecą na żer – puścił oko do Ewy – Ale faktycznie, po takich dziewczynach, nie wiadomo na co będą miały dzisiaj ochotę.

Pan Tadeusz wracał z peryferyjnej dzielnicy miasta, gdzie odwiózł trzy „dziewczynki”. Uspokajała go ta szeroka, pełna pędzących w te i we wte samochodów wstęga głównej ulicy. Z lubością zaglądał im w reflektory, omiatał wzrokiem, neony. Oto biuro podróży, skrzyżowanie przy sklepie nocnym i dom towarowy…

Z fantazją zajechał do zatoki postoju przy swojej restauracji. Na chodniku stał spory tłumek. Z zaciekawieniem wyjrzał z wozu.

– Powtarzam państwu, że nie ma powodów do niepokoju – grzmiał podpity rudzielec. – W mieście nie ma zarazy – zachwiał się szeroko gestykulując – nie ma! – stoczył się na blondynkę w srebrzystej sukni. Kobieta zauważyła taksówkę.

– Panie kierowco, panie kierowco…

– Co jest?

– Panie kierowco, pan pomoże mi z mężem… – bezradnie potrząsnęła opartym o nią rudym.

Pan Tadeusz kiwnął głową.

– Czemu by nie – otworzył od środka tylne drzwi. Wyszedł z wozu, obszedł go i wpakował klienta do środka. Kobieta usadowiła się obok ciała męża.

– Dokąd zawieźć? – rzucił taksówkarz, wróciwszy za kierownicę. Ruszył nie czekając, chwilę przyglądając się jeszcze we wstecznym lusterku falującemu tłumowi na postoju – Co tam się stało?

– Ach nic… Goździkowa siedem, to jest to zamknięte osiedle, gdzie się wjeżdża na hasło, wie pan..

– Tak, tak.

– No… A tam, to jakieś nietoperze, czy co tam, wleciały przez szatnie na salę i zdechły. Formalnie, padły na parkiet !

– Ha, ha, gacki?! – z niedowierzaniem roześmiał się Tadeusz.

– Nie wierzy pan? – kobieta wydała się urażona, ale momentalnie zmieniła ton – Ach, niech pan stanie, szybko !

– Co znowu? – dla fasonu zirytował się kierowca, zatrzymując wóz.

– Rzyga, rzyga, niech pan pomoże – kobieta wypychała wymiotującego rudzielca z samochodu.

– Ano dobra, ale to mnie nie obchodzi – pan Tadeusz splótł dłonie na piersi i odwrócił się do ulicy.

Jezdnią przejeżdżała inna taryfa. Poznał kumpla i machnął ręką, by się zatrzymał. Pisnęły opony.

– Ty słyszałeś…? – Tadeusz rzucił na powitanie, ale tamten nie dał mu skończyć:

– Nietoperze rzuciły się na gości w naszej knajpie! Ale były wściekłe i od razu padły. Nie wiem jeszcze czy są jakieś ofiary tego…

Tadeusz spojrzał przez ramię na meczącego się rudego.

– Szybciej, szybciej!

– Aaa…

– Co tam jest do cholery?!

Biegnący mężczyzni wyjęli z zawiasów tarasujące przejście lewe skrzydło bramki. Ciche parkowe alejki wypełnił momentalnie gwar.

– Z dzieckiem to do przodu…

– I dokąd teraz ?

– Dawaj pani te dzieci! Do góry…

Mężczyźni poczęli myszkować pomiędzy drzewami. Z alejek pozbiegały też dzieci i łamały teraz gałęzie, wieszały się konarów, kilka zaczęło się wdrapywać się na posąg fontanny.

– Dzieci proszę podawać na figury – ktoś komenderował – Tam ich szczury na pewno nie dosięgną. – Z dziesięć kobiet naraz poczęło wpychać na posąg swoje potomstwo. Dzieci spychały się nawzajem i wrzeszczały.

– Dorośli niech wezmą ławki i ustawiają mur wokół posągów – znowu dał się słyszeć ponad wszystkim ten sam głos.

– No złaź pan, no już! – gość w robociarskiej kufajce groźnie zaczął napierać na pochrapującego na ławce łazęgę. Staruch coś wymamrotał.

– Ustąp mu człowieku – łagodnie potrząsnął starego za ramię stojący obok łysy w przeciwdeszczowej pelerynie.

– Co mi pan będziesz… – zeźlił się staruch. Gramolił się już jednak z ławki.

– Czy mógłby mi pan objaśnić co się tu organizuje ? – spokojnie spytał robociarza łysy, biorąc starego pod ramiona.

– Wariat pan czy co! – ofuknął go zagadnięty zarzucając sobie na barki ławkę. Odwrócił się, popukał w czoło i odszedł.

– Przepraszam – skłonił się smutno w ciemność łysy.

– Niedojechane ich nasienie – zaklął staruch. – Panie profesorze – zwrócił się do łysego – masz pan jeszcze co do żarcia?

Basen fontanny zagracały już blisko z dwa tuziny ławek. Ludzie rzucali je bez ładu i składu na stos. Kobiety łamały gałęzie i podawały je na górę.

Wtem w ciemności rozległ się histeryczny krzyk:

– Aaaa ! szczur, szczur…!

Tłum zafalował. Chwilę stał sparaliżowany przerażeniem i nagle cała wielka zgraja jęła się wdrapywać na dopiero co usypane rumowisko.

– Ruszaj dupę, stara krowo!

– Boisz się, że ci się jaja obiją?

– Jezu, lecę…

– Gdzie depczesz sukinsynu?!!

– Zabieraj stąd kurwa te bachory…

– O Boże! – poczęły się mieszać okrzyki wspinających. Siedzące na samej górze dzieci poczęły się bawić, plując na głowy wrzeszczących poniżej ludzi.

– Szczur, szczur…! – na dole powracała tymczasem fala przerażenia. Niektórzy widząc, że się nie dostaną na zbawienne wzniesienie, zaczęli uciekać w głąb parku. Rozbijali przy tym latarnie, aby w zupełnej ciemności poczuć się pewniej.

Na szczycie zaczęto powoli opanowywać sytuację. Ktoś zajął się dziećmi, upychając je do środka kręgu dorosłych, inni uspakajali kobiety. Na krawędziach stromizny ustawiono warty z kijami w rękach. W końcu dał się słyszeć czyjś patetyczny tenor:

– Uspokójcie się już, bracia. Tylko pomagając sobie nawzajem, możemy przetrzymać to nieszczęście. To jest dla nas czas próby…!

Zanosiło się na dłuższą przemowę. Łysy wygodniej oparł się o latarnię. Rozejrzał się za starym, ale nie zauważył go nigdzie.

– Pan nas doświadczył – perorował dalej „kaznodzieja” – ale i zaświecił nam kaganek szansy. Nietoperze, które zjadły wściekłe szczury i napadły na grzeszników i nieskromnych zgromadzonych w tym nocnym przybytku szatana, ostrzegły nas, wybranych przez Pana…

Ktoś syknął w krzakach. Łysy obejrzał się, zrobił dwa kroki w tamtą stronę. Po chwili parsknął tłumionych śmiechem.

– Czekaj, zara ich ustawię – syczał stary, trzymając coś w rękach.

– My nie daliśmy zaskoczyć się zarazie, którą przywlókł do naszego miasta podstępny szczur…!

– Macie na myśli to zwierzę? – głos starego zabrzmiał w nastałej ciszy jak dzwon alarmowy. W ręku trzymał szamoczącego się nietoperza. Gacek miał uszkodzone, chyba jakimś kijem, błony lotne. Gdy stary położył go na ziemi, zaczął pełzać wokół jego stóp.

Ewa klęczała w rogu pieczary. Zbierała zwierzęta z klepiska i podawała Klaudii. Ta oglądała je w świetle trzymanej przez Marka latarki i odkładała bądź to na lewo, bądź to na prawo.

– Cholera by to wzięła – przeżywał śmierć nietoperzy Igor. Sięgnął po kolejną butelkę – Ale co im się mogło stać?

– Zostaw już to piwo. Musi być jeszcze dla nas – zauważył trzeźwo Marek.

– No, ale ty jesteś w ogóle bez serca! – wzburzyła się Ewa – Igor przeżywa…

– Ale nie musi wypijać mi piwa.

Klaudia podrapała się w czoło.

– Wiecie co zrobimy? – zawyrokowała – Mam świetny numer. Zadzwońmy do starego Marka, on jest szychą, i powiemy mu… Ha, ha, słuchajcie…

Blondyna była tak zmęczona, że nie zdjęła nawet srebrzystej sukni. Stanęła rozdygotana w drzwiach pokoju. Zrobiła trzy kroki i osunęła się na obity pluszem fotel. Od strony łazienki dobiegły chrapliwe odgłosy rzygania rudego. Kobieta porwała się na równe nogi, ze złością zatrzasnęła drzwi. Sięgnęła po słuchawkę telefonu.

– Halo, Nata? Przepraszam, że tak późno, ale wiesz, ten mój dyrektorek tak mnie kurewsko wnerwił… No wiesz? Jak świnia! Wyobraź sobie… A jak mnie szofer potraktował?! Co ja przeżyłam, za co mnie to spotyka… Ale mam numer taryfy, nie popuszczę mu, odpokutuje.. Co? Ależ ja… Wracam stamtąd, ale… W radiu? Czekaj, włączę…

Blondyna podniosła się z fotela, podeszła do segmentu. Opierając się jedną ręką o stolik, drugą namacała klawiaturę miniwieży. Wreszcie trafiła na właściwy przycisk.

…trwają czynności policyjne, mające potwierdzić, że przyczyną zdarzenia były prowokacje podburzonych przez…”

Otworzyły się głośno drzwi od łazienki

…elementów chuligańskich… Jak dowiadujemy się u dyżurnego lekarza, karetki reanimacyjne zostały skierowane już w rejon śródmieścia i Parku Kolei Szprotawskiej. Zaraz po ich powrocie będziemy mogli potwierdzić, że pogłoski o ofiarach były kłamliwe i była to nieudana próba wywołania paniki…”

Blondyna powróciła na fotel. Po drodze przytuliła się do stojącego w drzwiach rudego i wyciągnęła z barku puszkę ginu z tonikiem. Ujęła na powrót słuchawkę, zrobiła otwór w puszce i włożyła weń słomkę

– Mam Nata – wysepleniła ze słomką między zębami do słuchawki – O, teraz mówią, aby się uspokoić i nie wychodzić z domów i aby z wiarą w działania służb porządkowych samemu się pozamykać!… Ty słuchaj, co to za Komitet? Przecież słyszę, że do spraw równowagi ekologicznej, twój stary został powołany? Tak? Cholera, czekaj, mego muszę też tam napuścić…!

Dniało. Marek ostrożnie, tak by nie obudzić starych, włożył klucz do zamka. Przekręcił. Trzymając w ręku pusty plecak przekroczył próg mieszkania. Zdjął buty i kangurkę. Ujął plecak, wrzucił do swojego pokoju, a sam wyszedł do kuchni, zaparzyć sobie herbaty. Naraz stanął twarz w twarz z ojcem…

Stary był czymś wzburzony. Przytrzymując opadające spodnie od piżamy pił kawę. Marek dojrzał w kuchni również matkę.

– Przepraszam, że tak wcześnie – zaczął ostrożnie – ale skończyliśmy szybciej a do akademika głupie ciecie nie wpuszczają.

– Coś ty narobił… – odpowiedział mu spazmatyczny szloch matki.

Chłopak ze zdziwieniem spojrzał na rodziców.

– No, udał ci się kawał, nie ma co! – wycedził ojciec. – Zrobiłeś ze mnie durnia jak nikt! Trzeba było tam już zostać z tymi palantami na uczelni – wściekał się – i dalej odwalać kawały! Co, znudziło ci się już…?!

Marek postanowił poczekać póki nie dowie się szczegółów. Spuścił niewinnie oczy i sięgnął po czajnik z wodą.

Zgodnie z jego oczekiwaniami ojciec zaczął puszczać parę:

– Ja jak głupi dzwonię do pułkownika Warszawskiego i awanturuję się, bo synalek mi powiedział, że wojsko wystrzelało niewinne nietoperze w rezerwacie, a on mnie pyta, czy mam ochotę dokończyć tę noc u niego w areszcie?! Na taką bezczelność sobie pozwolił! I to przez kogo – przez twojego kochanego synalka – ostatnia uwaga została skierowana wyraźnie do milczącej w kącie matki.

– Trzeba go było od razu opieprzyć – Marek postanowił udawać na razie niewinne i skrzywdzone niesprawiedliwie a do końca lojalne dziecko swych rodziców.

– Ty słyszysz! – zaperzył się stary wciąż zwracając się do kobiety. – Ty głupku! – to było znów do syna – Nie wiesz, że to były tajne ćwiczenia sił bezpieczeństwa? Specjalnie wytresowane nietoperze wysłano do miasta i sterując je jakimiś tam infradźwiękami, poszczuto je na ludzi. Ktoś wpadł na genialny pomysł, że mogłaby to być wspaniała broń przeciwko strajkującym, demonstrującym czy w ogóle przeciw tej hołocie. No i gacki nie dały się, a do tego w mieście wybuchły rozruchy. Warszawski chodzi wściekły, komendant wściekły a ja, stary dureń, dzwonię do nich, że wojsko naruszyło rezerwat nietoperzy… Trzeba być skończonym idiotą, by w takiej sytuacji wyskoczyć z czymś takim do Warszawskiego! No i jestem skończony…

– Co ty, tato?! Za co…

– Sytuacja zrobiła się poważna. W Parku Kolei Szprotawskiej użyto przeciw demonstrantom jednostki antyterrorystycznej. A ci się nie pieprzyli – są zabici. W tym kobiety i dzieci. Prowodyrzy mają być jutro rozstrzelani. Jakaś stara łazęga i były profesor uniwersytetu na żółtych papierach… Nieźle to wymyślili…

– A co tu się właściwie w mieście stało? Przecież tam w rezerwacie prawie wszystkie nietoperze były martwe.

– Eksperyment się nie udał, mimo to w kilku punktach miasta pojawiły się nietoperze tam gdzie nie powinny i na oczach ludzi padły. To wystarczyło, wróg czuwa!… Szukają jeszcze szefa transportu terrorystów, rano powinni go złapać. Nowy dyrektor departamentu, ten taki rudy, widziałaś go u pułkownika – rzucił do żony – namierzył go jakoś… Jutro dostanie w czapę… Tak synu, jestem skończony. To była najgorsza noc mego życia !

Pan Tadeusz skończył ostatni kurs. Zgasił silnik. Zmęczony oparł głowę o kierownicę. Pół leżąc namacał prawą ręką wyłącznik radia i przekręcił go. W samochodzie zaległa cisza.

Z restauracji wyskoczyło biegiem dwóch mężczyzn w zgniłozielonych, jesiennych płaszczach. Twarze zakrywały im wielkie ciemne okulary, dłonie trzymali kieszeniach.

Z jakiegoś mieszkania doleciał sygnał porannej audycji radiowej. „Jest szósta…” – oznajmił spiker.

– Obywatel Tadeusz? – rzucił otwierając drzwi taksówki jeden z dwójki, która wybiegła z restauracji.

– Tak… Ale już nigdzie nie pojadę – taksówkarz powoli podnosił głowę. Wtem zesztywniał. Drugi z mężczyzn siedział już obok niego na przednim siedzeniu celując mu w głowę z pistoletu. Tymczasem pierwszy wyciągnął legitymację, machnął nią Tadeuszowi przed nosem i gramoląc się na tylne siedzenie oznajmił.

– Siły bezpieczeństwa… Jedziemy!

Akcja „Złoty wagon”

Mieczysław Bonisławski

WERSJA OGŁOSZONA OFICJALNIE

Wagon gospodarczy numer Z-20.
Pod takich hasłem figurował wagon przewieziony do Zielonej Góry w ewidencji PKP S.A. Oddział Gospodarowania Nieruchomościami we Wrocławiu wiosną 2015 r. Przedtem miał numer 41 i był „domkiem campingowym”.
Według Pawła Mierosławskiego, Andrzeja Paszke i Ryszarda Wiśniewskiego, członków komisji Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, dokonujących oględzin wagonów w Ośrodku Wczasów Wagonowych PKP w Szczawnie Zdroju w dniu 12 czerwca 1992 r., wagony pełniły rolę „domków campingowych”.
Jak czytamy dalej w protokole, wagony nie miały już wtedy tabliczek firmowych i inwentarzowych, co uniemożliwiało ustalenie ich pochodzenia lub wytwórcy. „Według twierdzenia pracowników ośrodka” – czytamy dalej – „tabliczki zdjęto i zabrano jakoby na polecenie Muzeum Kolejnictwa na początku lat osiemdziesiątych”.
Jesienią 2015 roku dotarliśmy do jednego z członków komisji.
– Czytałem, że w 1992 podczas sporządzania opracowania, rozmawialiście z pracownikami, którzy wspomnieli, że pewne elementy wagonów zabrało Muzeum Kolejnictwa – zwróciłem się do Pawła Mierosławskiego.
– Nie rozmawialiśmy z żadnymi pracownikami – odpowiedział po ponad 23 latach od powstania wpisu w protokole członek komisji PSMK – O sprawie dowiedzieliśmy się w Muzeum. W gablotce wisiała kartka z informacją, że eksponowane tabliczki pochodzą m.in. ze Szczawna i Jedliny.
– Może Pan przybliżyć mi okres kiedy wisiała ta kartka w gablocie w Muzeum Kolejnictwa w Warszawie i przy okazji jakiej wystawy była ta gablota?
– Jakieś 15-20 lat temu widziałem wystawę tabliczek w Sochaczewie [filia Muzeum Kolejowego w Warszawie].
A oto jak opisano w protokole „domek nr 41”
Wagon towarowy, dwuosiowy, kryty, konstrukcji stalowej z oszalowaniem drewnianym. Konstrukcja francuska – wagon budowany na zamówienie w Kanadzie w okresie I wojny światowej.
Zestawy kołowe: szprychowy składany i oryginalny talerzowy. Maźnice typu „Nord”. Układ cięgłowo-zderzny kompletny. Stalowa konstrukcja pudła zachowana w stanie dobrym poza zastrzałami (jeden przecięty – brak płaskownika, drugi uzupełniony). Oszalowanie łatane. Wagon oryginalnie nie miał zasuw ładunkowych. W oszalowaniu ściany bocznej wycięte okno – przecięty zastrzał. Brak drzwi suwanych.
Producent: National Stell Car & Co Canada
Numer fabryczny: 207
Rok produkcji: 1915
Pochodzenie: kolej Nord
Seria i numer: nieznane
Podobny opis znajdujemy w załączniku do decyzji z dnia 22 marca 1993 roku Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Wałbrzychu, Andrzeja Kubika w sprawie wpisania dobra kultury do rejestru zabytków. Wagon Z-20 [domek nr 41] został doń wpisany decyzją nr 766/487/1-29. Obecnie, dzięki pomocy i zrozumieniu tematu przez wojewódzkiego lubuskiego konserwatora zabytków, Barbarę Belinis-Kopeć, wagon czeka na wpis do rejestru zabytków województwa lubuskiego, co pozwoli pozyskiwać na miejscu dodatkowe środki na jego renowację. Znając nieszablonowe, bardzo otwarte podejście pani Barbary, jak ją wszyscy nazywają, do ochrony zabytków (vide pierwsze w Polsce spotkanie archeologów z eksploratorami) perełka techniki zalśni blaskiem już niebawem.
W dniu 26 czerwca 2015 w wyniku przetargu ogłoszonego przez Centralę PKP S.A. w Warszawie, wagon kupiło Polskie Towarzystwo Krajoznawcze dla Muzeum Kolei Szprotawskiej w Zielonej Górze. Niewątpliwie udało się go odkupić do Muzeum, dzięki bardzo ważnej decyzji PKP o dopuszczeniu do przetargu tylko oferentów mogących wykazać się działaniami na rzecz ochrony zabytków. Zablokowało to jego zakup przez przedsiębiorców wykupujących do tej pory większość starego taboru w celu odsprzedaży z zyskiem na złom. W dniu 17 września 2015 r. wagon został przejęty przez Sławomira Fedorowicza i Mirosława Kłosińskiego i przewieziony do bazy ZGKiM przy ul. Zjednoczenia. Tu czeka na renowację i decyzję Marszałka i Konserwatora o wsparciu tej renowacji. Przewóz wagonu był połączony z przemieszczeniem innego, zabytkowego wagonu osobowego z Wałbrzycha do Jaworzyny (w ramach wzajemnej pomocy technicznej Muzeum zielonogórskiego i tego z Jaworzyny). Jego transport ulicami Wałbrzycha wywołał prawdziwą sensację i zainteresowanie mediów.
A co się działo z wagonem wcześniej? W Pikardii i Nord-Pas-de-Calais na francuskim „kleinbahnie” długo nie pojeździł. Z Francji został zabrany, zapewne jeszcze w trakcie wojny, jako łup przez Niemców, a potem, chyba w ramach reparacji wojennych (po kolejnej wojnie) – przekazano go do Polski. Paweł Mierosławski uważa, iż już w 1949 roku spoczął jako domek na wczasach wagonowych. W październiku 2015 r. w miesięczniku „Odkrywca”, na fali zainteresowania „złotym pociągiem”, znany eksplorator, autor i znawca regionu Dolnego Śląska, Tomasz Rzeczycki, opisał węzeł wałbrzyski, sporo miejsca poświęcając wczasowym wagonowym w Szczawnie. Według jego badań pierwszy turnus wczasów wagonowych ruszył tutaj jednak dopiero 1 czerwca 1956 roku a ostatni – w 1990 roku. Jak twierdzi Łukasz Romaniecki ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej pod koniec lat 90 wagon przeciągnięto do stacji Wałbrzych-Szczawienko, a następnie do Jaworzyny Śląskiej. Tu, po 25 latach na kolejowym cmentarzu, doczekał swoistej reinkarnacji w 2015 roku.

Tyle wersja głoszona oficjalnie. A jak było naprawdę? Przypatrzmy się temu, co pomimo licznych i bardzo zaawansowanych operacyjnie prób ukrycia prawdy, udało się ustalić.

WERSJA PRAWDZIWA (SKRYWANA)

Była późna wiosna 2015 r.
Wyobraźmy sobie postmodernistyczny, prosty gmach zbudowany jakby z nałożonych na siebie klocków, bez okien i detali architektonicznych, stojący z boku osiedla kolorowych bloków mieszkalnych. Na dachu jeżą się pajęczyny anten telefonii, telewizji i wielu innych o nieodgadnionym przeznaczeniu. W niewielkiej, niewidocznej dla nie wprawionego oka przybudówce, przytulonej doń od strony parkingu i małego, zadrzewionego skwerku, w pomieszczeniu na I piętrze zadzwonił telefon. Jeden z kilku znajdujących się na zawalonym papierami biurku.
Mieczysław B. spojrzał na blat i oceniwszy na której linii będzie rozmowa niespiesznie, ale starannie zamknął drzwi. Przekręcił klucz w zamku i dopiero wtedy podniósł słuchawkę.
– Tak, słucham?
– Czy dodzwoniłem się do… Czy rozmawiam z panem B.?
– Tak, w czym mogę pomóc?
– Tu Mirosław K., przed laty współpracował pan z Urszulą M. w ZDZ. Ja też tam pracowałem i pamiętam pana… Nie wiem czy pan mnie kojarzy, ale to nieważne. Mieszkałem kiedyś przy Jaskółczej, za chłopaka czepiałem się wagonów, myszkowałem między torami, po garażach. To mnie fascynuje… Dobra robota… Chciałbym umówić się na spotkanie, musimy się koniecznie spotkać.
– W jakiejś konkretnej sprawie?
– Tak, opowiem jak się zobaczymy. Przekażę panu propozycję. To pana zainteresuje.
W ten sposób, pod koniec maja, doszło do spotkania, którego jeszcze miesiąc czy dwa wstecz nikt nie mógł się spodziewać. W drzwiach biura, opatrzonego napisami „Zarząd” i „Prezes”, stanął wysoki, szczupły mężczyzna o nieco ciemniejszej karnacji. Jego policzki pokrywał lekki, dwudniowy zarost, kruczoczarne włosy opadały na uszy i kark. Uroda przybyłego była taka, że gdyby nałożyć mu arafatkę lub biały turban, sprawiał by wrażenie rdzennego mieszkańca pustyni.
B. nie kojarzył go zupełnie. Nie speszyło to nieznajomego. K. odsunął sobie krzesło, usiadł, wyciągnął przed siebie brązowy, skórzany neseser ze złotymi okuciami i zamkami. Wiemy, że wzajemne poznawanie się obu panów nie trwało długo. Z uwagi na gorące, parne powietrze wokół obyło się nawet bez kawy i herbaty. B. wpisał prawdopodobnie od razu przekazany mu przez K. adres do wyszukiwarki google i z umiarkowanym zainteresowaniem oglądał zamieszczone w ogłoszeniu zdjęcia. Czy już wtedy rozmawiali o środkach niezbędnych do przeprowadzenia akcji, nie wiadomo. Czy B. dokonał wyboru jednej z czterech opcji, na które zwrócił mu uwagę K., czy nastąpiło to dopiero na kolejnym spotkaniu? O tym mieliśmy przekonać się dopiero za jakiś czas…

Czerwiec 2015. Wrocław. Siedziba dyrekcji kolejowej.
Zgodnie z przyjętym przeszło pół roku wcześniej harmonogramem, zatwierdzonym na wszystkich szczeblach, łącznie z centralą w Warszawie, ów dzień miał o wszystkim zadecydować. Potężny gmach z monumentalną kolumnadą wznoszącą się nad miastem stał się miejscem, gdzie kilkoro dopuszczonych do przeprowadzenia operacji ludzi, miało znacząco zmienić losy dziesiątków, a może nawet setek, jakże nie podobnych do nich, zupełnie inaczej myślących osób w całym kraju. Czy można było ich nazwać wybrańcami? Raczej nie, prędzej bezwolnymi wykonawcami woli powstałej daleko stąd i wymagającej od nich posłuszeństwa i ścisłego wykonywania instrukcji a nie zrozumienia lub osobistych emocji. Ich rozmowy zostały zapisane, ale stenogramy są opatrzone klauzulą poufności, a i oni sami woleliby, aby słów, jakie padły, nikt nie przypisywał do tych konkretnych ust, z których tego dnia wychodziły. Dlatego będziemy nazywać rozmówców Urzędnikami i ponumerujmy ich, począwszy od jedynki, a poszczególne zdania przytoczymy, oddając wiernie ich treść, ale na tyle zmienione, aby nikt nie zarzucił nam, iż wynosimy na zewnątrz świętą tajemnicę stenogramów.
– Przystępujemy do kolejnej sprawy – obwieściła Urzędniczka 1 i spojrzała po twarzach osób stojących wokół rozłożystego stołu. Na jego blacie leżały posegregowane na kupki zdjęcia, opisy, mapy i zaklejone koperty.
– Numer obecnej sprawy? – spytała Urzędniczka 2.
– Zet dwadzieścia – oznajmiła Jedynka po sprawdzeniu w segregatorze.
Wszyscy zaczęli przeglądać notatki. Urzędnik 3, który pierwszy się z tym uporał, spytał z samego końca stołu:
– Dodatkowe zabezpieczenia przedstawili wszyscy?
Jedynka poszperała w kopercie, którą przed chwilą otworzyła i potwierdziła, dodając:
– Żadni wszyscy. Jest tylko grupa Mieczysława B. I to dzięki K., wiecie…
Urzędnik 4, stojący obok Jedynki, przykrył zdecydowanym ruchem dłoni dokumenty i zgromił ją:
– Bez szczegółów. Jakieś pytania? – zwrócił się do pozostałych. Powiódł władczym wzrokiem po twarzach zebranych – A zatem, decydujemy…? – zawiesił znacząco głos, ale Urzędniczka 5, stojąca z nim twarz w twarz, po drugiej stronie stołu, wyłamała się z ogólnie przyjętej dyscypliny.
– Wprowadzenie dodatkowego zabezpieczenia, o którym wszyscy wiemy, zapewnia nam to, o czym tyle mówiono, ale w tym przypadku…
– Są jakieś wątpliwości do tej jednostki? – zdziwił się Czwórka i z nietajonym zarzutem zwrócił się do Jedynki – Wszystko miało być sprawdzone, zajmował się tym K., czyż nie tak? Co to ma znaczyć…?
Jedynka tylko rozłożyła ręce, ale szybko spuściła wzrok i nerwowo zaczęła przebierać w dokumentach.
– Wszystko jest w porządku… Zarejestrowali się… Są pieniądze… Zabezpieczenie… K. był zawsze wiarygodny!
Czwórka zdążył już opanować irytację. Spokojnie i rzeczowo zwrócił się z czytelnym żądaniem do pozostałych:
– Zastrzeżenia. Proszę, słucham.
– Te sprawy należały dotąd do jednostki Łukasza R, to jego obszar… – dosyć pewnie zaczęła Piątka, ale z każdym słowem jej odwaga słabła. Zakończyła prawie płaczliwie – Jest tym nadal zainteresowany…
– To odstąpi – zwięźle, rozkazującym tonem skwitował Czwórka – Ktoś jeszcze?
– Oni są niebezpieczni… – zaczęła dwójka.
– W jakim sensie? – zainteresował się Trójka.
– Niezdyscyplinowani… Mają swoje zdanie i metody… Nie osiągną celów…
Czwórka głośno uderzył w kopertę, leżącą przez Jedynką. Przykrył ją dłonią i odsunął na bok.
– To nie są nasze sprawy. Zet dwadzieścia dla Mieczysława B. A K. ma dalej się tym zajmować i przypilnować całości, tak aby nie stało się nic nieprzewidzianego. Odpowiada za to.

W połowie sierpnia po Wałbrzychu i okolicy rozniosła się wieść o odnalezieniu „złotego pociągu”. Z każdym dniem rozprzestrzeniała się ona po całej Polsce i Europie niczym fala potężnego wybuchu. Doszła i do Zielonej Góry. Zanim jednak opowiemy o pewnym, tajemniczym spotkaniu o zmroku, prześledźmy, jak doszło do zainteresowania się całego świata niewyraźnym zapisem georadaru, skierowanego w podnóża wzniesienia przy zamku Książ. Sekwencja zdarzeń, jakie nastąpiły, jest bowiem niezwykle wymowna i – jak się okaże – miała zasadniczy wpływ na dalsze losy grupy sterowanej z ukrycia przez Mirosława K.
Najpierw dwóch mężczyzn zgłosiło się do władz lokalnego szczebla. Było to dwóch znanych w środowisku poszukiwaczy skarbów, osobników o nieprzekonującej reputacji. Już samo to zestawienie daje wiele do myślenia. Nie dość, że poszukiwacze skarbów w tej części Europy są traktowani przez wszystkich – oprócz archeologów i urzędników ochrony zabytków – z przymrużeniem oka, jako nieszkodliwi dziwacy, to tutaj pojawili się dwaj ich przedstawiciele o nikłej wiarygodności nawet w ich wąskim środowisku. Do tego zgłosili się do administracji lokalnej, która w takich sprawach nigdy nie kieruje się profesjonalizmem, za to szybko sprowadza każdy temat wprost do poziomu kabaretu. Nie inaczej było i tutaj.
Błyskawicznie lokalni dziennikarze i urzędnicy skierowali opinię publiczną na manowce rozważań, sugerując, iż odkrywcy tajemnicy zwrócili się do władz wyłącznie w celu otrzymania jak najwyższej nagrody. Z drugiej strony zaczęto dość prymitywnie i nachalnie lansować Wałbrzych na współczesne Dawson City. Gdy zamieszanie dotarło wyżej, z Wrocławia i Warszawy pojawiły się pierwsze, konkretne pytania. Dotyczyły tego… ile też trzeba będzie tej nagrody wyasygnować? Aby to rozstrzygnąć, ktoś wpadł na pomysł, aby w końcu zapytać obu panów, co też takiego oni odkryli? Zadano pytanie z typu, skoro Wałbrzych to Dawson, to który strumień odgrywa rolę Klondike – Pełcznica czy Szczawnik?
I tutaj rozsypał się worek pełen niespodzianek. Odkrywcy pokazali profil z georadaru, na którym widzieli zasypany w tunelu pociąg pancerny. Zaraz zabrali głos Niemcy, twierdząc, iż jest to pociąg, który wiózł zimą 1945 roku walory ewakuowanych mieszkańców Festung Breslau i to, co się w nim znajduje, należy natychmiast oddać ich spadkobiercom. Wywołało to reakcję Rosjan, którzy znaleźli dowody na to, że w pociągu jest „Bursztynowa komnata” i inne zabytki zrabowane z radzieckich muzeów. Nie trzeba było też długo czekać na głos z okolic prawdziwej Klondike – amerykański Żydzi stwierdzili autorytatywnie, iż w pociągu są zrabowane dobra łódzkich Żydów zamordowanych w polskim obozie w Auschwitz i w związku z tym Polacy mają natychmiast odkopać pociąg i zaplombowany oddać przedstawicielom WJC. Zalesione stoki Wilka zaroiły się od amatorów skarbów, co wywołało reakcję władz. SOK i wojsko weszło do lasu i teoretycznie przejęło teren pod kontrolę. Zamieszanie sięgnęło zenitu. We wrześniu środkiem wałbrzyskiego rynku można było przejechać starymi wagonami, a spod zamku Książ wywozić tirami cokolwiek by się na nie załadowało. Nikt by już na to nie zwrócił uwagi, cóż najciemniej jest pod latarnią… Czyżby o to właśnie chodziło inspiratorom tego cyrku?
Wiele na to wskazuje. W październiku zaczęto wyciszać sprawę. Amerykanie, Rosjanie i Niemcy sami się wycofali, znikając po angielsku, jakby przeczuwali, że sprawę zakończono i nic już tu nie mają do roboty. Opinię publiczną starano się przestraszyć, a gdy to nie wyszło – zohydzić jej osoby odkrywców i temat skarbów, a pociągu zwłaszcza. Najpierw postraszono, iż odkrywcy nie tylko nie dostaną znaleźnego, ale czeka ich sąd za nielegalne użycie georadaru. Gdy społeczeństwo stanęło w ich obronie, zaczęła się nagonka na wszystkich amatorów mających georadary i wykrywacze metali. W mediach nastąpił wysyp historii o tym, jak to amatorzy, którzy wyprzedzili archeologów, niszczą bezcenne zabytki. Konserwator – nomen omen – z Zielonej Góry urządził konferencję, na której miano godzić „nielegalnych” z archeologami. Przypadkowa zbieżność miejsca? Znana z kilku wpadek przy ratowaniu zabytków techniki lubuska konserwator, tak zaaranżowała dobór referatów, że większość wystąpień dotyczyła negatywnych doświadczeń z „nielegalnymi”. Media zostały zaproszone akurat na tę cześć konferencji, zaś wtedy gdy „nielegalni” referowali swoje sukcesy, loże prasowe świeciły pustkami.
Faktem jest, że w listopadzie nagle wszystko ucichło. Jeden z ostatnich oficjalnych komunikatów w tej sprawie definitywnie stwierdzał, iż georadary potwierdziły istnienie tunelu, ale… pustego, nie było w nim żadnego pociągu! Nie to jest jednak naszym głównym tematem. Powróćmy zatem do Zielonej Góry i do pewnego wrześniowego wieczoru.

Wrzesień tego roku był w Zielonej Górze ciepły, ale w dniu, na który Mieczysław B. wyznaczył spotkanie swojej grupy, od rana siąpił deszcz. Zmrok zapadł więc dużo szybciej niż należało się tego spodziewać. Miejsce było dobrane starannie i przemyślanie. Niewielki plac między kilkoma ulicami zbiegającymi się wokół, położonego kawałek dalej, ronda był zadrzewiony, podczas gdy pusta panorama wokoło, dawała pełen wgląd na całą najbliższą okolicę. Dodatkowo w samym jego środku znajdowało się wysokie metalowe ogrodzenie. Do wewnątrz tej klatki można było dostać się tylko przez zamykaną na klucz furtkę. Do furtki zaś prowadził tylko jeden, wyłożony polbrukiem chodnik. Naokoło była grząska, pełna psich odchodów, potłuczonych butelek i zapadających się kęp trawy łąka. Wielkie tablice reklamowe, stojące z boku i z przodu skutecznie zasłaniały obserwatorowi z zewnątrz widok na wnętrze ogrodzenia. Można też było przykucnąć, chowając się w ten sposób za semafor lub tarczę ostrzegawczą. Zresztą klatka z semaforem nie była oświetlona. Latarnie stały dalej, przy ulicach i ścieżce rowerowej, tak że stojący w klatce przy semaforze pozostawał cały czas w ciemności, widząc za to doskonale, gdy ktoś zbliżał się ku niemu, idąc od strony światła.
Śmietnik, ławka, chodnik małego peronu pełen pierwszych opadłych liści i świeżych śmieci, a wreszcie wspomniany zabytkowy semafor i tarcza ostrzegawcza, przed rokiem uratowane przed złomiarzami w Kłobuczynie, doskonale tłumaczyły cel tego wieczornego spotkania. Nikt nie mógł niczego podejrzewać, zwłaszcza że B. przyniósł worki na śmieci z nadrukiem ZGKiM i kilka grabi, które ostentacyjnie oparł o oparcie ławki. Trzeba było być ślepym, albo zupełnie niedomyślnym, aby nie rozumieć co tu robi ta grupka mężczyzn…
– Masz tę wiertarkę? – nieco zirytowany Mieczysław B. przywitał Sławomira F. pytaniem zadanym w mało sympatycznym tonie. Ten ostatni wiedział, że się spóźnił, ale rozejrzał się wokół i wiedział już też i to, że nawet spóźniony, był pierwszy. To mu dodało otuchy.
– Mam, a ty masz kabel?
– Nie, mówiłeś, że popracujesz z akumulatora.
– Tak mówiłem, i tak spróbujemy.
F. rozłożył się z całym majdanem na ławce. Przesunął worki na śmieci i rękawice, w ich miejsce położył wiertarkę, jakieś kable, wiertła i klucze. Zaczął montować rozłożone elementy. Od strony piaszczystej, ślepej uliczki podszedł chodnikiem Szymon S. A z drugiej strony jeszcze Wojciech W. B. podał im rękawice i nakazał opróżnić kosz na śmieci. Bez słowa zajęli się robotą.
– Na kogoś jeszcze czekamy? – F. stanął obok kosza z gotową do działania wiertarką.
– Tak. Powinni jeszcze być Bartek i Mirek. Bez nich nie zaczynamy.
– Jasne.
S. i W. opróżnili kosz. Chwilę się mocowali, aby wyjąć go z metalowej obudowy. Nieskutecznie.
– Czekajcie, spróbuję powiercić w środku… – F. włożył wiertarkę do środka i próbował jakoś dostać się do dna. – Nic nie widzę, poza tym, nie wiem gdzie mogę robić te dziury? Nie chcę przewiercić się przez ramę.
Za jego plecami nagle pojawił się Mirosław K. Mimo ciemności, rozświetlanych tylko oddalonymi latarniami ulicznymi, widać było tę charakterystyczną różnicę karnacji, rysów, inne włosy.
– Jak chcesz wiercić, musisz to wyjąć. – ochoczo zabrał się do pomocy – Poświecę ci latarką, a ty szukaj śrub. Kosz musi być nimi przykręcony do ramy, dlatego nie wychodzi.
Chwilę trwało, zanim kosz znalazł się na zewnątrz, obok ławki. K. zostawił resztę roboty F. a sam podszedł do B.
– Co robicie?
– Przy ławce stoi kosz na śmieci, ale tak go skonstruowali, że jak pada deszcz, woda ścieka na jego dno. Dalej nie ma jak, bo brak jakichkolwiek otworów, więc zalega a śmieci gniją. Taki smród się roznosi, że nie da się wysiedzieć na ławce, czy oglądać semafora. Zrobimy dziury w jego dnie, aby deszczówka ściekała na ziemię…
K. pokiwał z aprobatą głową. Nie wiadomo, czy dla pomysłu z koszem, czy z uznaniem dla takiego kamuflażu. Przywitał się z Bartłomiejem G., który właśnie nadszedł. I z pozostałymi.
W. z G. stanęli obok F. by przytrzymać odwrócony do góry dnem kosz, w którego dnie F. zaczął wiercić otwory. S. rozłożył na płytach peronu zielony worek i przy pomocy grabi i łopaty zaczął napełniać go śmieciami, poprzednio bez ładu i składu napchanym do kosza.
B. wziął worek w ręce i trzymał tak, aby S. mógł go wygodnie napełniać. Jednocześnie zaczął rozmowę, dla której tutaj wszyscy tak naprawdę przyszli.
– Mirek, tak jak było umówione, przyszły czwartek?
– O ile nic się nie zmieni… Ja mam ten termin zarezerwowany i drugi, za dwa tygodnie.
– Nie możemy tak działać, ludzie mają pracę, rodziny. Nie mogą tego rzucić tak z godziny na godzinę. Musimy być odpowiednio wcześniej przygotowani. Co jeszcze nie jest załatwione?
– Wozy mam. Oba. Jak będzie trzeba pojadę swoim. Muszę tylko jeszcze zdobyć te szyny, na których umocujemy wagon. Założenie ich na lorę to moment, jeden, dwa dni. Nie wiem też jeszcze co z łączeniem naczepy…?
B. odwrócił się od K. w stronę F.
– Kontaktowałeś się z Łukaszem? Wszystko jest umówione i dograne co do godziny?
– Zaraz – F. obrócił kosz pod światło latarki. Niewielki blask sączył się przez pięć otworków. – Dobre, co? Chyba tak może być?
– Czy dzwoniłeś do Łukasza do Jaworzyny i czy ustaliłeś dokładnie godzinę w Wałbrzychu i godzinę w Jaworzynie?
– Tak dzwoniłem. Oni będą gotowi już środę i sami przygotują w Jaworzynie tak jak trzeba.
– Wolałbym przy tym być…
– Nie wiem czy to się uda…?
B. wrócił wzrokiem do K.
– Jak z pieniędzmi?
– Na razie wykładam ze swoich. Przydało by się tak z….
– Nie było tego w preliminarzu. Spisuj wydatki, jak będą jakieś dodatkowe pieniądze, to rozliczymy.
Z kolei zwrócił się do W. i S.
– Wy jesteście gotowi? Rozumiem, że jedziecie, ty Szymon weźmiesz swój samochód? Bartek, u ciebie nic się nie zmieniło…?
– Jeżeli to jest w tym zaplanowanym terminie, to ja jadę, ale jeżeli za dwa tygodnie to będę tylko tutaj na miejscu.
– Ja dokładnie odpowiem w poniedziałek, muszę zobaczyć jak u mnie w robocie…
– Ja, tak jak mówiłem, nie dam rady.
K. pokiwał z dezaprobatą głową. B. zdążył jednak wyprzedzić jego wybuch.
– Sam Łukasz z Mirkiem i Sławkiem nie dadzą rady. Uzgadnialiśmy coś panowie, co się dzieje?!
– Dobra, Łukasz będzie miał swoich ludzi, na Wałbrzych i Jaworzynę starczy, aby tylko chłopaki byli w Zielonej Górze. – spróbował rozładować atmosferę F. Chciał też w końcu podzielić się pomysłem, z którym przyszedł na to spotkanie – Wymyśliłem, że zrobimy sobie takie jaja. Przygotuj kartki z napisami, że to jest wagon ze „złotego pociągu” i tak przejedziemy przez cały Wałbrzych… Wyobrażacie sobie reakcję ludzi na ulicach?!
B. spojrzał z przerażeniem na K. Powstrzymał go jednak nieznacznym ruchem ręki, gdy ten chciał zaoponować.
– Jak ja ci mam te kartki przygotować, nie da się tego zrobić ładnie i dobrze… Zresztą po co nam kłopoty? A jak jakiś policjant czy SOKista da się nabrać i na poważnie nas zatrzyma? Co wtedy zrobisz?
K. jednak nie dał rady zmilczeć, musiał się wtrącić.
– Wóz będzie zgłoszony, ale nie wiem tak do końca, czy możemy jechać za dnia? Ja wprawdzie przejechałem całą trasę, sprawdziłem ją, wóz ma stałą zgodę od wojewody na gabaryty, ale chyba potrzeba jeszcze pilota i osobnej zgody na przejazd dzienny. Pilotem ostatecznie będzie ktoś z nas, ale nie możemy czekać do nocy, musimy wracać w dzień. Wóz musi jechać zaraz dalej, specjalnie biorę dodatkowego kierowcę, aby nie było przerwy. Do niczego nie jest nam potrzebne dodatkowe ryzyko.
– Nie to nie – mimo pozornej zgody F. był zdegustowany taką odpowiedzią. Aż gotował się w środku. Tradycyjnie szybko musiał zmienić temat, aby nie wybuchnąć – Dawajcie, zmienię ustawienia ramion semafora. Bo to rzeczywiście śmiesznie wygląda…
B. odetchnął z ulgą.
– Mówiłem tym, co dzwonili, że to nieregulaminowe ustawienie ramion, to tylko do czasu remontu mechanizmów. Chyba zrozumieli, ale jak możesz teraz przestawić je prawidłowo, to próbuj. Nie wiem tylko czy on zadziała?

Mam przed sobą egzemplarz Gazety Wrocławskiej z 23 września 2015 roku. Dużymi literami redakcja obwieszcza czytelnikom hiobową wieść: „Zabytkowy wagon wywieziony z Wałbrzycha”. Dalej czytamy m.in. „Wiozą złoty pociąg? – dopytywali mieszkańcy Wałbrzycha, widząc zabytkowy wagon przewożony na lawecie ulicami miasta. (…) Przewożenie wagonu trwało dwa dni. – Najpierw wagon trzeba było przeciągnąć po ziemi, a następnie obrócić o dziewięćdziesiąt stopni by ostatecznie przepchać pod wiaduktem kolejowym linii Wałbrzych Główny – Kłodzko Główne. Ustawienie było prostym zadaniem w porównaniu z przeciągnięciem wagonu pod wiaduktem kolejowym. Wiadukt ma wysokość 3.50 metra zaś wagon 3.80 metra. Trzeba więc było wykonać podkop w nawierzchni drogowej – opowiada Łukasz R. ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej. Dopiero po pokonaniu wiaduktu, wagon mógł trafić na lawetę. (…) Stowarzyszenie Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej dotarło do fabrycznych rysunków wagonu. Wnętrze wagonu jest oryginalnie zachowane… Chcemy podziękować miłośnikom kolei z Zielonej Góry za pomoc…”
Piękny opis pracy poszukiwaczy „złotego pociągu”, nie przekazujący nic istotnego czytelnikom. Zresztą jedyny opis. Ktoś się chyba wychylił, chociaż starał się nie otwierać drzwi do tajemnicy szerzej niż było wolno. Może zresztą w ogóle nie było wolno? Bo nikt, nic więcej, nigdzie. Tylko ten jedyny przeciek. Kto za tym może stać? Odpowiedzi oczywiście nie należy szukać w mediach, gdyż i tak jej tam nie znajdziemy. Tej udzieli nam tajna relacja z pewnego spotkania, jakie miało miejsce już wtedy, gdy oficjalnie zakończono poszukiwania „złotego pociągu”. Rzecz jasna nic nie znajdując, bo nic nie było. Oficjalnie.

Grudzień. Zielona Góra.
Wysoki pagórek, zadrzewiony tylko w szczytowej partii, który pozwala dokładnie obserwować, czy nie zbliża się ktoś niepowołany, gdy tymczasem nikt z dołu nie jest w stanie dostrzec kogoś schowanego między drzewami na szczycie. Do tego szczyt jest ogrodzony metalową siatką. Wejść tam można tylko w tych miejscach, gdzie stara siatka uległa zniszczeniu. Powierzchnia wierzchołka zryta licznymi dołami, pomiędzy którymi walają się większe i mniejsze bloki betonu. Na samym środku parę stopni, prowadzących w dół, między betonowe ściany. Z ich poszarpanych brzegów wystają końcówki prętów zbrojeniowych. Wejście prowadzi gdzieś w głąb…
Paweł L. z uznaniem spoglądał na wdrapującą się do niego Martę P. Pulchniutka odkrywczyni parowozu T3 z Torunia wyglądała rzeczywiście apetycznie w swojej, sięgającej kolan, zimowej kurteczce, rozchełstanej tam gdzie akurat falowały solidne piersi. Dłonie L. ześlizgnęły się po rajstopach P., gdy chciał ją podsadzić, aby przeszła przez dziurę w ogrodzeniu. Potknął się, a kawał fajnej dziewczyny wpadł wprost na niego. Oboje sturlali się po schodach ku wejściu do podziemi.
Z tego co było dalej, dla sprawy istotne jest tylko to, że gdy stanęli w końcu w środku bunkra, przy niewielkim otworze strzelniczym, akurat wpadło przezeń światło zachodzącego słońca.
– Popatrz uważnie – instruował dziewczynę L. – W tym kierunku masz widok na wzgórze w którym zarył ten meteoryt, o którym mówiłem. Ta góra, nazywa się Wilkanowska.
P. spojrzała uważnie, chwilę wpatrywała się z przejęciem.
– Tam coś jakby błyskało… – stwierdziła i zaraz dodała z niedowierzaniem – To wygląda jak… ale to przecież niemożliwe…
– Zobacz – L. wyciągnął kilka arkuszy brystolu, w którym były powycinane jakieś figury geometryczne. Przyłożył pierwszy do otworu – Teraz widzisz?
– Chyba tak… Skąd wiedziałeś jak to powycinać…? – w głosie dziewczyny zabrzmiała nuta podziwu połączona z rodzącym się uwielbieniem.
– To nic wielkiego. Pamiętasz zdjęcia kół wagonu, który przywieźliśmy z Jaworzyny do Zielonej Góry? Jedna oś, to były niby koła szprychowe, ale szprych nie odlano jako prostych, pojedynczych prętów. Każda z nich otrzymała taki rozwidlony kształt, niczym litera V. A druga oś, nie wiadomo czemu, ma z kolei koła talerzowe z nieregularnymi otworami… Pierwszy raz coś takiego widzę…
– Mieczysław pisał, że to unikalny okaz… Historycznie unikalny…
– Musisz mi pomóc. Nie produkowano takich wagonów. Nigdy i nigdzie.
– Ale ten istnieje.
– To jest jak zabawka z cyrku, nie można robić renowacji takiego wagonu.
– To co chcesz zrobić, zamienić koła na normalne, standardowe? Chłopaki Cię zabiją… Mieczysław znalazł ten artykuł o wagonie z „Odkrywcy”, korespondował z jego autorem, ściągnął opis badań wagonu od PSMK aż spod Warszawy, wybiera się do Jaworzyny i Szczawna. Chcesz to wszystko popsuć?
– Widzisz, bo tu nie chodzi o wagon. Ani o jego historyczny wygląd. Mietek sondował, co wiadomo poza nami na temat tego obiektu? Nie wiem tylko jeszcze, po co…
– Obiektu?
– Tak, obiektu. To nie jest wagon. To taka skrytka, jakby arka, dzięki której przechowano informację i klucz do kontaktu.
– Do kontaktu z kim? Jaka arka?
– Tak jakby Arka Przymierza, czy jakaś taka. Oba koła z tymi dziwnymi szprychami, to jakby dysk z zapisem informacji. A koła talerzowe, jak przystawisz do promieni słońca wskazują te miejsca, można się dzięki nim komunikować… z Nimi, Obcymi.
P. przyglądała się L. z rosnącym przerażeniem. Nie widziała już teraz, czy go podziwiać, czy się go bać. Co on wymyślił?
– Obcy byli Najeźdźcami albo Założycielami. Na Górze Wilkanowskiej mieli kanał przerzutowy. W marcu 1841 roku nie spadł tu zwykły kawałek kamienia z kosmosu, ale rozbił się cały wehikuł międzyplanetarny… A w środku byli Oni. Nie wiem jak dyski i matryca przedostały się do Kanady, ale tam powstała chyba ta arka, skrzynka do przechowania. – wyjaśniał rozemocjonowany L. I perorował dalej:
– Czym wytłumaczysz ten nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że wagon dla lokalnej linii francuskiej produkowali aż w Kanadzie?! Pomyśl, przecież to musiał być zaledwie mały, lichy wagonik. Zrobili by go w samej Francji, no, ostatecznie, gdzieś w Europie… Tak naprawdę, pierwszy lepszy, większy warsztat by go zmontował.
– A ta cała historia później? Naprawdę uważasz, że Niemcy, którzy przegrali wojnę, zabrali wagon Francuzom, którzy tychże Niemców pokonali? Jeśli już, to na wojnach bywa odwrotnie, to zwycięzcy łupią przegranych… I gdyby tylko o to chodziło, to Francuzi nie zabrali by Niemcom nic nie wartego złomu, ale coś porządnego. Może nowoczesną cysternę do gazów bojowych, albo elegancki pullman, salonkę generała?
L. rozpalał się coraz bardziej. P. pozostawała nie przekonana, ale L. nie zwracał już na nią uwagi.
– Oni tu nadal są i dopilnowali, aby arka do nich wróciła. Wpadliśmy w kosmiczną pułapkę, musimy ratować ludzkość, bo nie wiem co jej grozi od Obcych. Wypisuję się z Klubu Miłośników Kolei i zakładam koc.
– Jaki koc, zimno ci…? Ja mogę cię okryć, chodź pod kurtkę… – P. rozchyliła jeszcze bardziej poły swojego palta, zafalowało gorącem, aż w powietrzu utworzyła się lekka mgiełka. Chyba tylko martwy nie skorzystał by z tej propozycji. L. pozostał jednak niewzruszony.
– KOC, Komitet Obrony Cywilizacji. Zapisał się już mój kumpel z Międzyrzecza, Krzychu R. Potrzebujemy jeszcze kogoś z Torunia, bo tam wiodą ważne tropy… Ty przecież szukałaś w Toruniu parowozu… A Mieczysławowi i innym nie można już wierzyć, ten złoty pociąg, ten nasz wagon, przetarg na PKP, zakup, renowacja pod okiem konserwatora i władz Zielonej Góry, to całe niby muzeum kolejowe – to tylko ściema, aby ukryć całą, wielką prawdę. A tu nawet nie wiadomo, czy Oni są Założycielami Cywilizacji, narodem wybranym, by szerzyć inteligencję w kosmosie. Może faktycznie są tu cały czas, aby nam pomagać? A jeżeli jest wręcz odwrotnie – i to są Najeźdźcy, którzy przybyli, by nas zniszczyć…? Tylko ty możesz nam jeszcze pomóc, potrzebujemy Ciebie…
P. okryła w końcu głowę L. swoim paltem. Przytuliła do piersi. L. zapadł w nie jak w otchłań czarnej dziury, czyhającej gdzieś na obrzeżach kosmosu… P. pochyliła nad nim swoją twarz i wyszeptała:
– Tak, jestem ci bardzo potrzebna… Bardzo…

Rok 1232 – ciąg dalszy

Mieczysław Bonisławski

IV

Mroczko uchylił zbite z bali drzwi. Zaskrzypiało nieprzyjemnie. Komes schylił głowę, ostrożnie wszedł do środka i starannie zamknął je za sobą. Znajdował się w niewielkiej, podłużnej hali. Skąpe światło, wchodzące przez malutkie okienka po bokach nie było w stanie rozproszyć gęstego mroku. Jedynie w drugim końcu, naprzeciw drzwi, kontrastowo jasno paliły się cztery, ułożone w kwadrat pochodnie, wetknięte pod powałę.
Czarno ubrana postać krzątała się w tamtym końcu, w świetlnym sześcianie, a duże, ruchome cienie, które rzucała, przydawały jakiejś demonicznej scenerii całemu wnętrzu.
Kasztelan kilkoma energicznymi krokami przebył długość hali. Na brzęk przypasanego miecza, uderzającego o kamienną posadzkę, czarno ubrana postać odwróciła się twarzą ku wejściu. Mroczko stanął na wyciagnięcie ręki.
– Witam pana brata – zaczął nieco drwiąco, lecz na twarzy tamtego wywołało to taki grymas, że w pół słowa zamilkł.
Prepozyt lubuski, Gerlach, ułapił brata za ramiona i szybko puścił, odwrócił się i odszedł pod ścianę.
– Te drzwi skrzypią niczym potępione dusze…
– Zamilcz! – syknął ksiądz.
– Niezłą świątynie wystawiłeś panie bracie – zda się że posadzka, którą podarowałem, wymusiła na tobie przykrą decyzję…
– Zamilcz kasztelanie, rzekłem!
Mroczko opuścił głowę, bawił się chwilę rękojeścią, po czym postąpił krok ku Gerlachowi. Ten gwałtownie odwrócił się i ruchem ręki powstrzymał go. Komes stanął na skraju świetlnego sześcianu.
– Nie przestępuj tu… – w głosie prepozyta było ostrzeżenie.
Mroczko posłusznie zawrócił. Ksiądz postąpił kilka kroków za nim.
– Mów, czego oczekujesz ode mnie – tym razem ślad prowokującej drwiny wybrzmiał z ust Gerlacha.
Mroczko chwycił brata za ramię. Stali teraz twarzą w twarz. Komes mówił żarliwie:
– To się nie może wydać. Tylko w naszym interesie jest utrzymanie status quo po śmierci tego całego Mojka…
– Ciszej! – syknął Gerlach wpatrzony w małe okienka.
Mroczkiem wstrząsnął dreszcz.
– Sądzisz że ktoś podsłuchuje? – powędrował za wzrokiem tamtego.
– Nie sądzę. – głos prepozyta zabrzmiał beznamiętnie – I ty teraz mówisz o naszym interesie? Dostałeś ziemię i ludzi – łany pola, cetnary ryb, bydło i żelazo – tu, między Lubuszem a Międzyrzeczem… Czy ty to rozumiesz? Nie dziewki i miód… Miałeś pilnować i tej osady i, przede wszystkim, siebie. Być opiekunem mieszkańców… A teraz, ładny dziedzic ci się szykuje…? – zadrwił.
Za ścianą coś zachrobotało.
– A jednak – Mroczko sięgnął do rękojeści miecza i postąpił do okna. Po drugiej stronie odpowiedział głuchy tupot.
Gerlach przytrzymał komesa za rękę.
– To jakiś niedorostek, ciekawi są kościoła…
– Nie o taki plon do Pana się modliłem. – kontynuował – Rzekłeś status quo… Diabli nadali tego Gawła – czyżby Jędrzych się czegoś domyślał? Otacza się coraz to nowymi urzędnikami, nie daje nikomu dobrze zapuścić korzeni.
Mroczko niecierpliwie przerwał.
– Trzeba zamknąć mu gębe, przecie będzie to po rodzinie…
– Zobaczymy. – uciął Gerlach i uśmiechnął się ciepło – Czegóż nie robi się dla swego brata, ale… – zwiesił głos – Pana nie oszukasz. Jak swą winę chcesz zmazać? Zresztą nie czas teraz… Pójdziecie z kanonikiem Witosławem, znasz go jeszcze z Pogorzeli.

Komes odwrócił się i szybko wyszedł. Gerlach chwilę popatrzył za nim i cofnął się do oświetlonego kwadratu.
– Wyjdź – rozkazał.
Uchyliły się niskie drzwi z ciosanych bali i zza tabernakulum wysunął się kilkunastoletni chłopak. Jego ubiór wskazywał na syna bogatego gospodarza lub osadnika, piastującego funkcję w książęcej administracji.
– Byłeś sam? – prepozyt wskazał skinieniem głowy gdzieś za siebie.
– Jakże to, poszli wszyscy za jaśnie wielmożnym panem…
– No, no! – Gerlach przerwał zniecierpliwiony.
Z mroku niszy z boku prezbiterium przywołał jeszcze jedną osobę, której postaci zaaferowany komes nawet nie zauważył.
– Oto wielce uczony pan, opowie ci dziś dalszą część historii.
– Prawda, to będzie?
Nieznajomy położył rękę na ramieniu chłopca.
– Było to w Zielone Świątki, roku 1184, gdy cesarz Fryderyk, Rudobrodym zwany, wydał turniej na cześć pasowania swoich synów na rycerzy. Do królewskiego miasta Moguncji przybył świątobliwy Guiot de Provins i opowiedział to zacnemu rycerzowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, kawalerowi Wolframowi von Eschenbach.
– Dobrze, już dobrze – oschle przerwał mu Gerlach i zwrócił się do chłopca – Zapamiętałeś com ci mówił ostatnio?
-Tak, wszystko – w głosie małego brzmiała zapalczywość i entuzjazm.
– Mów zatem.
Obaj mężczyźni stanęli w rogach oświetlonego kwadratu, sami pozostając w półmroku, twarzami zwróceni do ołtarza. Chłopak stał w świetle pochodni i mówił złożywszy dłonie jak do modlitwy:
– Pan nasz, Święty cesarz Rzymski Narodu Niemieckiego, Fryderyk sycylijski, uzurpator na tronie jerozolimskim…
…Jego dziad, Fryderyk, zwany Rudobrodym, pobił i wygnał Henryka, zwanego Lwem, syna Henryka, zwanego Pysznym z rodu Welfów…
Gerlach i nieznajomy uważnie słuchali słów wypowiadanych przez chłopaka, bacznie pilnując, czy nie pomija on najmniejszego choćby szczegółu.
– …I wtedy cesarz Otton, prawnuk cesarza Henryka, który pobił ród wyrastający z niecnego korzenia Karola, zwanego Młotem, i zabrał mu świętą ziemię w Lotaryngii i przywrócił diadem cesarstwa na prawowite czoło, w powrotnej drodze od księcia Bolesława, zwanego Chrobrym, zatrzymał się tutaj, w grodzie Sulęty.
– Wiesz, że książę, sprowadził tu rycerzy Świątyni? – Gerlach półgłosem zwrócił się do nieznajomego.
Tamten, mimo wyraźnego poruszenia, ściszył głos aż do szeptu:
– Tym bardziej musimy chronić Skarbu i Tajemnicy. Najlepiej by do chwili, gdy nadejdzie czas, w ogóle zatrzeć ślad pobytu cesarza w tej okolicy. Czy ona sama jest bezpieczna? Nikt się nie domyśla? Nic jej nie grozi?
– Zostawimy Strażników. Ani templariusze, ani nikt inny nie zerwie nam naszej maleńkiej szczepki, choćby i przez następne 200 lat.
– Słyszałem pewne plotki…
– Nikomu nie da się wierzyć, nawet własnemu bratu. On teraz książęcy, i duszą i ciałem. Chciwość, złoty cielec. Zresztą na księcia nie liczę, nie musi zatem wiedzieć. Pobożność świętej Jadwigi i jej oddanie Sprawie wystarcza nam za gwarant za ich oboje…
– Nie o tym mówię. Czy to prawda, że nie dopilnowałeś, że sok z naszego grona został zanieczyszczony?
– Najważniejsza jest Tajemnica, a akurat temu krzewowi i tak już nic takiego nie zaszkodzi. Prędzej pomoże. Niech się spokojnie krzewi. Zaowocuje, bo taki jest Plan. Zaś pamięć o cesarzu i jego namiętności tutaj, już dawno płyną podziemnym strumieniem przez Arkadię. – Gerlach roześmiał się – A wiesz, że tu jest nawet dobry klimat do uprawy wina?
Przybysz pokręcił przecząco głową.
– Słyszałem, że ON też jest Saksończykiem. A jeżeli to nie przypadek, jeżeli ktoś realizuje inny, przeciwny naszemu plan, to to jest wyraźny znak. Dobro i zło, szczep i trucizna przychodzą TU, w to miejsce, jedno za drugim z tego samego źródła.
– Zaufaj mi. Ja działam. Ja ochronię. A jeślim ci za mały robak, to zaufaj świętej księżnej, która też działa. Wszakże ja sam… Oboje jesteśmy narzędziem w ręku Pana, w tym w końcu miejże ufność, na Boga!
Chłopak od dłuższej chwili stał już, skończywszy swoją lekcję i słuchał z otwartą gębą.

V.

Ze stoków Winnej Góry dolina Sulęcina wyglądała jak wrzeciono wciśnięte między dwa zalesione grzbiety. Z lewej strony wrzeciono to opływała wąska, ale głęboka Postomia, podążając prosto na spotkanie wysokiej, okrągłej góry, zamykającej widnokrąg od północy. Po wejściu na szczyt nowa perspektywa przydawała zaskakujących wrażeń. Jak okiem sięgnąć, przestronny plan pokrywały równoległe, poprzecinane przełęczami grzbiety, pomiędzy którymi, jasnymi plamami dojrzewających zbóż, ciągnęły się głębokie kaniony. Ich dnem płynęły wąskie rzeczki, zaś w kierunku południowego wschodu – pękł naszyjnik z nanizanych błękitnych koralików jezior. Niezwykły to był widok: sfalowany kobierzec, poprzetykany złotymi, wijącymi się nićmi – jak z tej perspektywy odznaczały się doliny – z idącym na skos błękitnym ściegiem.

Grupka mężczyzn wspięła się na szczyt i przystanęła na brzegu opadającego ku rzece urwiska. Nie było po nich widać oznak zmęczenia, niemniej stojąc przez chwilę nieruchomo, podziwiali wijącą się posłusznie za nitką rzeki, wysadzaną wielkimi ostańcami, ścianę.
– A oto i pozostałości grodu Sulęty – wskazał ręką, odchodząc nieco od skraju, kanonik Witosław.
Nagi wierzchołek stanowił płytki krater o otoczce z bali powbijanych na ukos w ziemny wał. Podstawa owa zachowała się w stosunkowo w niezłym stanie, jeśli porównać ją ze zwieńczeniem. Coś co niegdyś pobudowano jako okrąg ścian, do dziś pozostało już tylko drewnianym szkieletem; gdzie niegdzie, z rzadka wisiały nadpróchniałe deski. Od strony Postomii konstrukcja przypominała wyniosłość wieży, ale tu też ku niebu sterczały tylko ułamane w połowie słupy nośne.
– Jak nam wiadomo – podjął opowiadanie kanonik – łużyccy Lubuszanie zamieszkali tu na długo przed księciem Mieczysławem, który w Bożej łaskawości, zechciał był przynieść na Lubuską Ziemię światło prawdziwej wiary. Od strony dzisiejszego Sulęcina – zatoczył ręką łuk w kierunku, z którego przyszli – było pierwsze lubuskie podgrodzie. Podówczas gród służył wszystkim mieszkańcom jako schronienie w razie napaści…
– Mądrze postąpili ci poganie. Miejsce niedostępne, zdatne do obrony. A wokół pod dostatkiem drewna i zwierzyny; w dole blisko woda i oba trakty na których zapewne często pojawiali się kupcy…? – chwalił rozglądając się Gaweł.
– Książę Mieczysław wprowadził w miejsce tych barbarzyńskich praw, prawa chrześcijańskie i stworzył civitas, przesuwając osadę kmieci i wyrobników w dolinę a w grodzie osadził miejscowego żupana, Sulęta, od imienia którego wieś Sulęcinem nakazał zwać.
– Tu – wyciągnięta ręka wskazała na pozostałość wieży – była mieszkalna czatownia, jako, że zamku nigdy nie wybudowano. Cała była obudowana deskami a na górze był podest, a nad nim wsparty w narożnikach, czteroboczny drewniany dach z masztem i flagą z godłem księcia.
Bero i Gaweł bacznie słuchali słów Witosława. Kasztelan Mroczko wrócił się kawałek w dół do trzymających wartę rycerzy. Pociągnął wina z bukłaku, zamienił kilka słów z Obiesławem i Naściwojem, po czym odwrócił się ku ruinom.
– Wracajmy mości komorniku. Czas na wieczerzę, a i wypocząć trzeba.
Kanonik skończył swą opowieść, spojrzeli więc jeszcze wokół i poczęli schodzić.
– Szczęście to móc ład chrześcijański prowadzić w te piękne okolice – zachwycał się Gaweł – Ale i księcia Jędrzycha nie mniejsza tu będzie zasługa… Rzec można – piękne dokończenie dzieła przez księcia Mieczysława poczętego.
– Zatem, pewne to już? – interesował się ksiądz.
– Będzie tu miasto, na nowym prawie, pieczęcią księcia gwarantowanym.
– Nowe prawo – nowe kłopoty – Witosław spróbował żartem nastroić Gawła do zwierzeń – Czy zwolnienie z dziesięciny in campo obejmie też miejscowych?
– Wszyscy oni tu teraz miejscowi – odpowiedział równie wesoło komornik – Nie widziałem ja jeszcze takiego przemieszania gości…
– Nie starczyło gotowizny, mości komorniku – Mroczko poczuł, że to o nim mowa – Sprowadzić z zagranicy tylu gości, aby zapełnić nimi całą osadę, znaleźć miejsce dla wyrugowanych miejscowych, a potem dać jeszcze wszystkim osadnikom, według książęcego prawa, 16 lat wolnizny – to dla mnie samego – niedostatek i upokorzenie.
– To pewnie i teraz zbyt się nie ucieszyłeś mości panie pogorzelski – konfidencjonalnie prowokował Gaweł – Nowe prawo, to nowe przywileje – i naraz zakończył bardzo poważnie, władczym tonem – Sam widzisz mości kasztelanie ile tu trzeba zrobić, by było miasto! Nowe ulice, nowe domy, nowy kościół, rynek – ale miasta, to porządek w księstwie! To zyski z handlu i rzemiosła, na których księciu bardzo zależy… – warto ponieść pewne obciążenia, mości kasztelanie. Gdy miast wspomagać w budulcu i żywności, będziemy pobierać wszystkie daniny w zbożu i w inwentarzu, osadnikom nie będzie się opłaciło z daleka do nas przyjeżdżać i skąd wtedy weźmiemy, tak potrzebnych, rzemieślników i kupców? A książę przecież widzi i twoje, mości kasztelanie, problemy i dlatego pomaga w tej prywatnej lokacji…
Mroczek odczytał ostatnie zdanie jako naigrywanie z siebie. Ale pozwolił sobie na zbyt nieostrożny dąs:
– Dużo mi z tego przyjdzie!
– Mówiłeś, mości komorniku, o nowym kościele? – wszedł w samo, rozpalające się, ognisko zwady ksiądz Witosław – Szkoda zatem wielka, że książę i z biskupem lubuskim, Wawrzyńcem, nie podpisał nakazu budowania kościołów z kamienia…
Gaweł odgadł o szło kanonikowi, uśmiechnął się więc i rzekł powoli:
– Przeto nie musisz księże Witosławie, ale możesz, ten zacny obyczaj zaprowadzić i tutaj.
Witosław nie przystając, wzniósł oczy ku niebu.
– Niech Panu naszemu, będą dzięki, za pomyślność tego dzieła.
Uszli jeszcze kilkanaście kroków, gdy nagle odezwał się milczący dotąd Bero:
– Mamy tylko problem z obsadzeniem wójtostwa, księże kanoniku. Byłby kandydat, dobry gospodarz, saski osadnik, ale ponoć związał się z miejscową dziewką jakowąś…
– Wybacz Panie Walterowi. Czas przyszedł na niego, mości wójcie średzki, żenić mu się trzeba… Rozprawiałem z nim już o tym – ale jeżeli nie chce słuchać… A tu będzie trzeba postąpić z prawem boskim, nie książęcym.
– Czyżby sprawy zaszły już aż tak daleko? – zmartwił się Gaweł – Szczerze bym żałował, jako że przypadł mi on do gustu.
– To wie tylko Bóg na razie – ksiądz Witosław złożył dłonie – Ja nie. Rady jeno sam szukam. W przewidywaniu i mądrości Pańskiej znajdując upodobanie, póki nie jest jeszcze zbyt późno na wnioski lubo decyzje… – dodał starając się by wypadło to skromnie, by nie wywołać cienia posądzenia o chęć wpływania na decyzje urzędu.
Cała czwórka, poprzedzana parą zbrojnych, powoli weszła między rozrzucone wzdłuż traktu chaty.

VI.

Słońce stało jeszcze dosyć wysoko, ale przebijająca się spomiędzy koron najwyżej rosnących drzew, krwistoczerwona kula wskazywała już na wieczorną porę. Ciemność w dolinie, zwłaszcza latem, zapadała jednak powoli.
Odbywało się długie misterium przechodzenia od dnia do nocy. Różowiejące niebo i opadająca nagle za linię horyzontu ognista kula, nie były widoczne zza ściany lasu – tu niebo z błękitnego stawało się mleczne, potem szare, bardziej szare, aż w końcu bure i pojawiały się pierwsze gwiazdy. Migotały sobie, hen tam wysoko, a z coraz mniej wyraźnie rysującego się po bokach lasu, słychać było chór dzwonków i chrapliwe pokrzykiwania. To wracały na nocleg sulęcińskie stada, poganiane przez pastuchów. Tym ostatnim wtórowały dźwięczne głosiki dojarek, które przygotowały już wszystko do wieczornego udoju i zniecierpliwione wybiegły na spotkanie nie widzianych od obiadu chłopców. Teraz, latem, mogły się nimi nacieszyć, gdyż za chwilę stróże oznajmią porę snu i nikt nie wyjdzie poza pełną siana stodołę. Zimą, jesienią i wiosną przegrywały jednak w długie wieczory z karczmą Odona.

Kwatera komesa Mroczka znajdowała się w domu zmarłego sołtysa, pośrodku wsi. Wiola, sierota po Mojku, przeniosła się wraz z młodszym rodzeństwem, na czas pobytu dostojników do domu swego stryja. W całym obejściu pozostała tylko domowa służba, jako że bydło i owce wraz z zagrodnikami zostały już oddane kasztelanowi bądź rozdzielone między rodzinę.
Budynek mieszkalny stał szczytem do lubuskiego traktu, w rogu prostokątnej terasy wznoszącego się z drugiej strony stromo nad rzeką. Skłon porastały wysokie trzciny i wiklina, a pomiędzy nimi wiła się do góry ścieżka wychodząca między Mojkową oborą i stodołą. Tu, w świetle księżyca, zjawił się odświętnie ubrany Walter. Zbiegł od strony obejścia i stanął w momencie, gdy mu pod butami zachlupotało błoto. Rozejrzał się niecierpliwie, ale Racława już czekała, Wiola jednak zastąpiła ją przy kołysce… Kochana Wiola, nie zawiodła swej przyjaciółki, w ten najważniejszy dla niej dzień, kiedy wszystko miało się wydać i wszyscy mieli uznać ich tajemnicę za swoją. Za prawo, ich prawo, wzięte przecież ze zgody urzędników samego brodatego księcia i jego świętej żony, śląskiej Jadwigi. Jaki ten Walter potrafił być ważny, wspaniały…
Ciepła, czerwcowa noc sprzyjała zabawie na świeżym powietrzu. I chociaż osada miała jeszcze zwolnienie z obowiązku goszczenia ludzi księcia, to przecież brak gospodarza, czynił okazję wyjątkową. Wieczerzano zatem i u komesa Mroczka na specjalnie w tym celu przygotowanym podwórzu, zajadając to co zostawił po sobie nieboszczyk, a czego nie miał już wziąć skarb księcia. Stoły ustawiono w podkowę, tak by siedzący na jej grzbiecie Mroczko miał przed sobą drzwi chaty. Im dalej od kasztelana, tym mniej znaczni ucztowali goście: od książęcego komornika i miejscowego proboszcza począwszy aż po co bogatszych kmieci – osadników – Głąba, Pirosza, Konrada.
– Gdzież to tym razem Bóg cię prowadził, zacny al Sahinie? – dopytywał się kasztelan ryczyński u zakąszającego naczelnika karawany.
Kupiec powstał i skłonił się.
– Jak wiesz panie, jadąc w miesiącu kwietniu z Flandrii i Niemiec złożyliśmy tu, w Sulęcinie, duże zamówienie na miód i skóry, po czym pokładając swą ufność w wszechogarniającej mocy Allacha, podążyliśmy wioząc piękne tkaniny do Gdańska. Wracamy teraz oto, po drodze zawitawszy jeszcze do sławnego miasta Kołobrzegu.
– Długo zamierzacie u mnie gościć? – i widząc niefrasobliwie tkwiącą w swym pytaniu niegrzeczność, komes szybko dodał – Cieszy mnie wielce wasz pobyt, handel daje duże zyski. A ja tu teraz nie mniej sławne miasto mieć będę.
Al Sahin, siedząc już, położył sobie na talerz kurę i odrzekł:
– Niestety, pilnie oczekują nas na dworze. Książę Henryk też ceni nasze towary.
– Słyszałem – wtrącił się Gaweł – że księżna Jadwiga chce podarować trzebnickiemu klasztorowi wyprawę dla 80 mniszek… – popił mięso piwem – Zatem, musicie dużo mieć płótna?
– Tak, i akurat tyle, by móc podarować wspaniałą sztukę i wam panie.
– Chciałem właśnie uczynić taki zakup. Pozostawicie je dla mnie we Wrocławiu. Za kilka dni wracam, jak chcecie możecie poczekać a weźmiemy was aż do Głogowa pod opiekę książęcego pocztu.
– O, to bardzo korzystne rozwiązanie, panie. Niech będzie mi wolno podziękować i dołożyć do podarunku niezwykły, cenny naszyjnik dla jejmości komornikowej.
Głównym tematem przy oświetlonych pochodniami stołach była jednak polityka.
– My nie możemy mieć zaufania do księcia polskiego, nasza wiara jeno przy panu Śląska – perorował swemu najbliższemu otoczeniu Wyprecht. – Ojciec mój wywalczył sobie wolność jeszcze pod księciem Władysławem, ale co to była za wojna. Przed rycerstwem kazał książę przodem puścić jakowąś wiedźmę, coby znaki odczytywała jak wroga podejść. I wszyscyśmy tak czarom zawierzyli, że stosowną ostrożnością wzgardzili i Niemiec, co gród trzymał, wywiedział się o nas i pobił. Wiedźma zaś ze swym przetakiem, co to nim wróżyła, pierwsza ducha swego oddała…
– Nie tak się bije książę Jędrzych – rozmarzył się Menold – Ale i jemu arcybiskup magdeburski Lubusza nie oddał.
– Za to ostatnia wyprawa była udana – chwalił się Witigo – A książę wreszcie ruszył i Ślązaków do walki…
– Wiedział kogo wziąć z sobą na victorię – zażartował Wyprecht – Mój ojciec wywalczył wolność sobie, choć grodu nie obronił. Ja, już wolny, uwolniłem Lubusz.
– Najwięcej myśmy tak zrobili…! – obruszył się Menold – Straty samej tylko nam to przydało… Handel podupadł, w polu nie miał kto robić…
Podobne żale padały i z ust Mroczka:
– Siedem lat jak książę Jędrzych w swej łaskawości zechciał być nadać mi tę ziemię… I co ja z niej mam? – same kłopoty. A gdy jeszcze i na miejscowych padł obowiązek kontygentów wojskowych… – to już zupełna ruina…
Gaweł nie chcąc dłużej tego słuchać, wstał. Dał znak ręką, że chce mówić i gdy przy stołach zaległa cisza, zwrócił się do pozostałych:
– Zebraliśmy się tu dziś wszyscy, mieszkańcy osady, przy boku komesa Mroczka, pana tych ziem z woli księcia, by omówić ważną kwestię. Ukochany pan nasz Jedrzych, prześwietny książę śląski, lubuski i krakowski, pan na Opolu i Sandomierzu, postanowił, w swej wspaniałomyślności, obdarować sulęcińskich osadników prawem magdeburskim. Chciałbym wyjaśnić na czym ono polega.
Kmiecie siedzieli pilnie zasłuchani, nie śmieli tknąć jadła ni picia. Gaweł tymczasem nie siadł bynajmniej, ale żywo gestykulując jął się przechadzać wzdłuż podkowy stołów, mówiąc:
– W związku z nową lokacją zawieszone zostają wszelkie dotychczasowe zobowiązania wasze wobec nas, księcia Śląska, a na rzecz komesa Mroczka i biskupa lubuskiego Wawrzyńca, obywatele miasta otrzymają kolejne 10 lat wolnizny, licząc od dziś. By jednak po raz drugi nie zubażać kasztelana, waszego pana, nadanie wolności nie odnosi się do ludności poddańczej i pozbawionej praw obywatelskich lub własności. Macie poza tym obowiązek udziału w obronie miasta i kontygentu wojskowego – ilość zbrojnych, do których wystawienia, wyłącznie z wolnych obywateli, posiadających jakąś własność w Sulęcinie, miasto będzie zobowiązane, ustalimy wspólnie, z Rada, po spisaniu ludności. Obowiązki wojskowe ponoszą wszyscy równo, zarówno byli goście, jak i dawni miejscowi.
– Po okresie wolnizny będziemy pobierać czynsz, opłatę targową i celną. Handlować będzie wolno tylko w domu kupców, który zbudujemy, a będzie to wyglądało podobnie do tego co już teraz robicie, w karczmie. Od handlu będziecie płacić podatek, w pieniądzu, w określonej kwocie będziecie też uiszczać dziesięcinę.
– Prawo miecza pozostaje przy kasztelanie, który sprawuje je w naszym imieniu. Także samo spory z innymi ludźmi, czy to książęcymi, czy biskupimi, rozstrzyga kasztelan. Niższy sąd dla miasta i całego klucza, który określimy, sprawować będzie wójt. Ma on się opierać o ławę miejską… W zakresie prawa wsi, władzę sprawuje dalej sołtys.
Gdy skończył, przy stołach wszczął się ruch. Tak gorączkowa dyskusja nie przystawała, wprawdzie, osadnikom w obecności komesa, ale nikt jej nie przerywał; komornikowi szło właśnie o to, by kmiecie się teraz wypowiedzieli.
Pierwszy wstał Wyprecht.
– A zatem, będziemy mieli teraz i wójta i sołtysa?
– Tak. Sołtys będzie zarządzał wsią a wójt całym kluczem, którego granice określimy po potwierdzeniu nadania komesowi Mroczkowi.
– Kim mają być ci ławnicy? – dopytywał się Witigo.
– Wybierzecie ich sami z wolnych i posiadających własność obywateli…
– A prawa sołtysa, kto przejmie? Kto będzie rozdawał przywileje: karczmę, połów, kuźnię?
– Przywileje pozostaną przy rzemieślnikach i wyrobnikach, gdyż ich fachowość gwarantuje największe zyski. Handlem mają zajmować się, sprowadzeni zza granicy, i od tej chwili już, w rzeczy samej, miejscowi, kupcy. A kogo będzie stać, może zasadzać, za zgodą pana, nowe wsie. I wtedy jego przywileje pozostają bez zmian – 1/6 wszystkich gruntów, prawo założenia młyna, karczmy, połowu ryb, bez obciążeń na rzecz pana.
– Czy niewolni mogą wchodzić do kontygentu wojskowego?
– Niewolni nie są własnością miasta, ale suwerena! – zdenerwował się Mroczko. – Za dużo byście chcieli. Sami musicie brać udział w wyprawach…
– Może wam się to zresztą przydać – roześmiał się Gaweł – Macie prawo zawiązać straż miejską na wypadek niepokoju. Są tu jacyś grasanci w okolicy? – zwrócił się do proboszcza.
Ksiądz Witosław zrobił ręką znak krzyża.
– Dzięki Bogu, spokojna to okolica… Odkąd książę Jędrzych mocną ręką po nią do Brandenburga sięgnął…
Tak dyskusja zeszła w końcu na wybór sołtysa i wójta. Zapytany przez kogoś wprost, Gaweł najpierw usiadł. Ucichło wokół stołów i dostojnik zaczął spokojnie swą przemowę:
– Jeśli chodzi o sołtysa, to nie widzimy problemu. Pozostała po Mojku sierota dziedziczyć, zgodnie z prawem salickim, nie może, ale jest brat zmarłego…
Stronnictwo Wyprechta odetchnęło, dały się słyszeć jakieś szepty, ale szybko ucichły; Gaweł kontynuował:
– Na wójta trzeba powołać kogoś poważanego i nietępego, choć trochę rozgarniętego. Musi on posiadać autorytet u mieszczan, zgodę kościoła i zaufanie nasze oraz komesa Mroczka. Rozmawialiśmy już z księdzem proboszczem i z wami, i podjęliśmy decyzję – komornik zawiesił głos i pochylił się ku dającemu mu znaki księdzu. Kmiecie nie mogli spokojnie wytrwać i podniósł się szum. Gaweł wzniósł rękę – Musimy przy tym pamiętać o poszanowaniu praw boskich i naszego, ziemskiego, o przyszłości, stanie gospodarstwa i rodziny – chwilę jeszcze kluczył, w końcu znacząco puentował – Kto wolnym będąc na przykład, łączy się z niewolną, traci wolność, taki więc, nie może pełnić żadnych funkcji. Zatem wójtem mianujemy w imieniu ukochanego pana naszego, Jędrzycha, kowala Witigo Bawarczyka i zgodnie z wolą pana miasta Sulęcina, komesa Mroczka z Pogorzeli, kasztelana ryczyńskiego, nadajemy mu 10 łanów flamandzkich i zwalniamy dla podniesienia majątku jego ze wszelkich świadczeń, prócz kościelnych, na zawsze, oraz nadajemy parcelę pod budowę kamienicy przy rynku jak również materiał na nią…

Ruch wokół stołów wszczął się spory. Panowie dozwalali, kmiecie więc świętowali – jedni zwycięstwo, inni… zwycięstwo tych drugich.
Walter wstał i bez słowa usunął się od stołu, po czym pośpiesznie odszedł gdzieś w ciemność. Gaweł wprawdzie później, gdy już ponownie uspokojeni kmiecie słuchali księdza, pana i urzędników, zauważył wolne miejsce między Menoldem a Konradem, ale czy skłonił go ten widok do jakiejkolwiek konkretnej refleksji, należy wątpić. Co najwyżej, mógł się przez mgnienie myśli pozżymać na głupca, który nie potrafił docenić pańskiej gościnności. Miejsce oczywiście pozostało już puste do końca wieczerzy.

VII.

Brzask. Zapiał pierwszy kur. Po obejściu krąży postać opierająca się na kiju. W chacie załkało dziecko – postać zatrzymała się nasłuchując. Nie poznasz, czy ktoś za ścianą się poruszył, ale płacz ustał.
– Jest dziś, została – w głosie stróża słychać ulgę. Derwan spojrzał w stronę, gdzie dopiero co niedawno ucichły głosy rozochoconych winem i polityką kmieci. Tam wśród nich był ON, groźny i czyhający, niebezpieczny Walter. Ale Racława niezagrożona pilnowała tutaj, za ścianą, dziecka tego, który dawał jej chleb i kąt.
Derwan niemal z radością ruszył kolejny raz naokoło obejścia. Rozpierała go duma, że oto może swą pracą podziękować Bogu za to, że tak wspaniale urządził dla tej dziewki świat. Zajęcie u bogatego kmiecia i to w samym jego domu, z jego synem. Kto wie, czy może gdy Pan pobłogosławi i JEJ, to i TAMTO dziecko będzie mogło się wychowywać w domu, i znajdzie w nim dobry chleb i kąt do spania.
Stary spojrzał na jaśniejące coraz bardziej niebo. Bóg zawieruszył gdzieś w pamięci swego wiernego stróża, że w chacie sypia teraz przecież jeszcze jedna niania, bratanica gospodarza… Ludzie, którzy niegdyś powiedzieli mu to wszystko o Racławie, co powiedzieli a potem nakazali mu czynić to, co nakazali, czasem, po latach wydawali mu się jakby nigdy naprawdę nie istnieli, jakby przybyli doń tylko w którymś ze złych snów, dawno przyśnionych i równie dawno zapomnianych. Zapomniał by może ich rzeczywiście, gdyby nie znak, który mu zostawili i który tak boleśnie mu ciągle o sobie przypominał i nie pozwalał sprzeniewierzyć się obowiązkom, którymi go obarczono. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, ale obarczono go wbrew jego woli, tak naprawdę nie był stworzony do takich spraw. Trwożyła go wiedza o Racławie i o tym co ta niewolna dziewka, której dziadkiem go uczyniono, znaczyła przez zaistniały splot okoliczności, na który ani on, ani nikt ze znanych mu ludzi nie miał wpływu. Był bardzo zmęczony ciągłym czuwaniem, dźwiganiem ciężaru kłamstwa, którym się posługiwał, gdyż stało się treścią jego życia. Bóg ani nikt z ludzi, którzy go wtedy nawiedzili nie pomagał mu, nie wspierał go. Mógł się zatem w końcu raz pomylić i cieszyć z czegoś co nie miało miejsca, a właściwie – z tego, że nie stało się to, co jednak tak naprawdę się stało.
– Zaraz pora na dojarki – pomyślał trzeźwo Derwan.
Wstawał kolejny dzień czerwca 1232 roku.

Rok 1232 – pierwsze trzy rozdziały

Mieczysław Bonisławski

I.

Wstawał letni dzień 1232 roku. Słońce nie sięgało jeszcze ponad ścianę lasu, gdy na dnie wrzecionowato rozciągniętej kotliny, środkiem której wartko płynęła rybna Postomia, kmieccy stróże przystąpili do swej ostatniej dziś czynności. Wnet tu i ówdzie rozległy się głośne pohukiwania i na głowy ospałych zagrodników posypały się kuksańce. Na okalających zewsząd osadę wzgórzach słońce osuszyło rosę, czas był wyprowadzać na łąki owce i krowy. Nim czerwcowy skwar osiągnie swe apogeum, zwierzęta muszą być po pierwszym popasie, gotowe do przeczekania tych kilku najgorętszych godzin.
Takoż i otwarły się wrota obór i do tkliwych perswazji dojarek, gardłowych pokrzykiwań oborowych i parobków dołączyły zniecierpliwione porykiwania i pobekiwania podnieconych zapachem świeżego powietrza zwierząt. Po niecałym kwadransie osada jakby chcąc objąć okolicę w swe ramiona, wyciągnęła na północ i wschód dwoje długich rąk. Z twarzą zwróconą ku słońcu poprowadzili przy wtórze dzwoneczków swe stada owczarze, a ich celem były zbocza majestatycznie wznoszącej się przed nimi Gołębiej Góry. Parujące od bydlęcych ciał ciepło rozwiewały natomiast północne podmuchy, ku którym powiedli wzdłuż rzeki swoje podopieczne pasterze krów. Wszyscy mieli się tu spotkać znowu wieczorem, gdy w czerwcowej poświacie zachodu, Sulęcin w odwiecznym rytualnym cyklu ponownie wyciągnie obie ręce, zwołując wszystkich swych mieszkańców na sen.

Stary Derwan rozejrzał się po obejściu. Dostrzegł wałęsające się psy i uwiązał je, po czym skierował się ku chacie. Otrzepawszy pod drzwiami buty, sięgnął klamki, gdy nagle z tyłu coś grzmotnęło go mocno w pochylone plecy. Nie zdążył się odwrócić a ktoś go okręcił wokoło i czmychnął do środka. Zaciekawienie wzmogło zwątlone niewyspaniem siły i słabość płynąca z zaskoczenia prysła precz. Któż to tak się krył ze swoja nieobecnością? – Derwan szarpnął się w przód z nieodłącznym sękaczem, przyjacielem każdego stróża.
Gdy wszedł do pierwszej izby, zdążył tylko usłyszeć kroki i określić w mroku kierunek. Uparcie podążył za odgłosem i stanął na progu sypialni Wyprechta. Brat zmarłego sołtysa, jak przystało na kmiecia, spał jeszcze obok swej żony. Nieco głębiej, za kamiennym paleniskiem, stała kołyska z dziecięciem Wyprechta i Judyty. Dalej pod oknem było leże domowej służki i niani; było puste… „Czyżby Racława…?” – pomyślał Derwan i rozejrzał się dokładnie.
– Czego chcesz? – doszedł go szept z zupełnie przeciwnej strony. Wysoka, jasnowłosa dziewczyna siedziała przy zwierciadle i zaplatała długi warkocz. Stary zorientował się co zaszło.
-Znowu się włóczyłaś! Nawet nie zdążyłaś się przeodziać…
– Ciszej, pobudzisz.
– I tak czas – skwitował Derwan, ale podszedł bliżej i powiedział zupełnie cicho – To nic że pani Judyta cię trzyma blisko, jesteś niewolna. A Niemiec – osadnik, wiesz co go czeka.
– To mam się rozdziewać… – prowokowała Racława.
– A idźże! – Derwan wystraszony zrobił krok do wyjścia.
Dziewczyna roześmiała się.
– A nie budzisz ich dzisiaj?
Stary urągając zawrócił.
– Głupie dziewczynisko – wymamrotał gramoląc się do śpiącej pary. Oparł lewą dłoń na kiju a prawą szarpnął Wyprechta, mocno, jakby chciał wyładować całą swoją złość albo i jakieś żale.
Racława wprzódy wzruszyła ramionami, ale w końcu przestraszona wymknęła się z izby. Dla świętego spokoju zapobiegliwie zakrzątnęła się wokół kan na wodę, zajrzała do mleka odstawionego na masło i ser. Stary powinien wprawdzie od razu pójść do siebie, na siano, ale i różnie z nim bywało; potrafił się uczepić. Niech myśli, że naprawdę solidna z niej służka, tylko co, że ostatnio wzięło ją trochę na amory.
Po chwili rzeczywiście pojawił się zmęczony stróż. Nie patrząc na dziewczynę przeszedł na ukos izbę, zatrzymał się przy garach na palenisku, ale zerknąwszy spode łba na jasnowłosą, machnął ręką i mamrocząc coś, ruszył na dwór.
Racława jęknęła i rzuciła się za nim.
– Dziadku, zjedz co, zjedz proszę. Masz tu – wepchnęła mu do ręki jabłko i szybko dołożyła jeszcze coś, co wygarnęła z wnętrza sagana.
Stary zatrzymał się na progu.
– Znowu będą gderać na mnie.
– Nie, nie! – żarliwie szeptała Racława – wyłajam Unę, niech tylko co powie, a pani też.
– No – dobrotliwie westchnął Derwan – idź tam, pani Judyta czeka już z małym Mojkiem – i pocałował ją w złociste sploty u nasady warkoczy.

II.
W całej osadzie trwała już krzątanina. Po pasterzach ze stadami pozostało wspomnienie, stróże odsypiali służbę a kmiecie pokończywszy śniadanie, ruszali do tego, co który tam miał – to brali się do przeglądu warzelni, to szykowali lód i beczki; drogi innych wiodły ku leśnym barciom. Miód, solone ryby, ser i żelazne narzędzia – to całe bogactwo Lubuskiej Ziemi.
Czas naglił, przed nocą pojawili się byli kupcy z Konstantynopola i dziś trzeba dobić z nimi targu.
Walter był rosłym blondynem, przybyłym tu kilka lat temu na wezwanie komesa Mroczka, z Saksoni. Po wypadku starego Menolda, który tylko z powodu stanu finansów komesa nie został w odpowiednim czasie zasadźcą Sulęcina, obcy osadnicy w Walterze upatrywali swego przywódcę. Młodego Saksończyka ani to obchodziło, ani wywoływało jego entuzjazm. Rozbudzona ambicja utrzymywała go jednak w stanie podniecenia, zwłaszcza teraz, gdy do osady zjechali jednocześnie i dworscy dostojnicy.
Walter skończył jeść i przywołał najstarszą ze służących.
– Matyldo, w południe przyjmuję kupców, jak tylko wrócę. Przygotuj wszystko – kobieta skinęła głową.
W sieni tymczasem pojawił się bartnik. Wsunął niepewnie głowę i oceniwszy sytuację, zameldował:
– Parobcy gotowi, panie. Siatki i dmuchawy przygotowane.
– Idziemy – Walter energicznie powstał. Wychodził już zza stołu, gdy na podwórzu wszczął się jakiś harmider i po chwili w drzwiach powstał zator. Ktoś chciał wejść, bartnik cofnął się, by go przepuścić, wpadł na drugiego i dostał w łeb. Na zewnątrz rozszczekały się psy.
Gospodarz gniewnie ryknął:
– Uspokoić te psy! Kto tu wchodzi z takim nieporządkiem i bije moich ludzi?!
W odpowiedzi do izby weszło trzech mężów. Pierwszy, rycerz, wystąpił krok przed pozostałych i wskazując na nich, rzekł:
– Pan Gaweł z Oławy, komornik księcia Jędrzycha i Bero z Landsbergu, wójt średzki.
Walter przybladł już na widok płaszczy z małymi tarczami wyhaftowanymi na ramionach, znaczącymi urzędników dworu. Teraz skłonił się i wskazawszy ławę cofnął:
– Zaszczyt to dla mnie. Zechciejcie panowie siąść.
Matylda, która nie straciła ani na moment przytomności umysłu, zdążyła natychmiast pojawić się z dzbanem piwa, na widok którego oblicza przybyłych rozjaśnił uśmiech.
Usiedli na wskazanej ławie i po kilku łykach wyłuszczyli cel swojej wizyty.
– Wiesz zapewne Walterze, że wracamy wraz z obecnym tu wójtem średzkim i rycerzem Nasławem z miasta Lubiąża, które książę Jędrzych w swej łaskawości raczył właśnie lokować?
Walter skinął głową. Komornik wychylił puchar i otarł wąsy.
– Dobre masz piwo Walterze.
Matylda, która pełniła z konieczności rolę gospodyni w obejściu nie żonatego jeszcze Saksończyka, pokraśniała i szybko napełniła puchar z powrotem.
– Słyszeliśmy Walterze – kontynuował Gaweł – że bardzo się tu z tobą liczą, masz zaufanie.
– Tylko osadnicy sprowadzeni do Sulęcina przez komesa Mroczka, bo miejscowi mnie nie lubią.
– I nie dziw to – prawa mają nierówne, to i o zazdrość łatwo. Od niej zaś do nienawiści droga bliska.
– A co ty o tym sądzisz Walterze? – spytał nieoczekiwanie milczący dotąd Bero.
– Niby o czym… – gospodarz nie był przygotowany na zajęcie stanowiska w tak ważkiej kwestii politycznej – Nie jestem pewien panie.
– No – Bero nie ustępował – chyba jednak widzisz jak szybko pozwala się wzbogacić prawo dane gościom księcia?
– Dobre, bardzo dobre piwo warzysz gospodarzu – chwalił Gaweł – Chciałbym jeszcze skosztować twego miodu. Widziałem na podwórzu, że wybierasz się do barci…?
– Tak panie, kupcy przyjechali, myślałem żeby sprzedać im miodu.
– Lecz i dla nas chyba znajdzie się z garniec? Słyszeliśmy o tobie żeś dobry gospodarz, więc masz go zapewne dużo – gwarzył komornik bacznie lustrując izbę. Zatrzymał wzrok na gospodyni, za którą kryły się jej dwie zaciekawione, ale i nieźle wystraszone, pomocnice. Matylda dała im znak, ale Gaweł powstrzymał je gestem.
– Najlepszy świeży miód. Pozwolisz Walterze, że pójdziemy z wami do lasu.
Saksończyk był zaskoczony.
– To niebezpieczne dla obcych… Ale jeżeli chcecie, panie…
Gaweł roześmiał się.
– Nalej mi jeszcze piwa – rozkazał dziewce.
Bero natomiast odstawił swój puchar.
– Przyszliśmy zaprosić cię Walterze na dzisiejszy wieczór. – mówił poważnie, patrząc rozmówcy w oczy – Młody jesteś i niezbyt obyty, ale szanują cię. Przyjdź zatem, poślemy po ciebie po kolacji.
Walter powiódł po obecnych błędnym wzrokiem. Rozemocjonowany nie był w stanie wydusić słowa. Dopiero gdy Gaweł podniósł się z ławy i dał znak do wyjścia, młodzieniec ocknął się i wrócił do swojej roli gospodarza, żegnając gości. Wymieniając, z zachowaniem różnic stanu, wzajemne grzeczności cała czwórka wyszła z chaty.
W tej samej chwili przysłuchujące się wszystkiemu dziewki obskoczyły Matyldę.
– Ojej, co to byli za wielcy panowie!
– A jak popijali…
– Czy oni naprawdę widzieli księcia? – trajkotały na zmianę aż padło pytanie, które zmroziło Matyldę:
– A po co oni wołają pana po nocy?
Gospodyni odsunęła podniecone dziewczęta i przynagliła do roboty.
– Słońce już nad kościołem a tu jeszcze nie posprzątane – ganiła a sama, tak dla siebie, westchnęła – A jednak szkoda tej młódki.
I aż przysiadła z żalu na ławie. Trzymana w ręce szmata znieruchomiała, co natychmiast wykorzystały dziewczęta.
– Matyldo, powiedz nam też! Co wiesz?
– …Jak byłam taka jak wy i nie służyłam jeszcze u naszego pana, nazywali mnie inaczej; miałam takie piękne, nasze imię – Dobiesława. To pan mi je zmienił. Nie podobało mu się, no i przezwał mnie po swojemu. Po starej pani, co to się jej zmarło niedługo po przyjeździe tutaj…
– …Widzicie, pan, to osadnik, a ona – niewolna i nie ma takiego prawa coby ich równać. A teraz, gdy nasz stary Mojko pomarł i nie ma sołtysa, i dworscy panowie posyłają po naszego pana – to i jego samego żal – no rozumiecie…
Chyba zrozumiały, bo wszystkie trzy – dołączyła w trakcie jeszcze ta co ścieliła łoże – rozbeczały się na potęgę.
Matylda spojrzała w stronę spiżarni i krzyknęła.
– Jezu, kupcy przecie przyjdą!

III.
W południe karczma zwykle bywała pusta. Stojąca nieco na uboczu, przy trakcie na Lubusz, solidna, podpiwniczona, z dębowych bali, zapełniała się wieczorem.
Rozległa świetlica pośrodku, przez którą każdy musiał wielokroć w ciągu wieczoru przechodzić, była miejscem, gdzie popijali cienkie piwo zagrodnicy. Kmiecie zasiadali pod ścianami, oddzieleni od gwarnej świetlicy niewyszukaną arkadą. Tu bywało ciszej i spokojniej, można było przy pomocy jednej czy dwóch pochodni, w razie potrzeby, zmienić mrok w jasność słonecznego poranka i odwrotnie. Naprzeciw wejścia była ściana za którą mieściły się pomieszczenia gospodarcze – tę okupowali osadnicy z zachodu: Saksończycy, Flamandowie, Turyngowie. Przy wejściu było siedlisko miejscowych – łużyckich Lubuszan i Ślązaków. Podróżnym karczma oferowała na początek świetlicę. Stamtąd, jeśli tylko ich wygląd wskazywał na niepośledni ród lub bogactwo, byli zapraszani do kompanii pod arkadę. Zdarzało się też, że otwierano dla nich komnaty gościnne, znajdujące się za wielkim kominkiem, który wychodził na świetlicę od strony mieszkania karczmarza. Tym, których nie doceniono, pozostawało uważać na kieszenie i głowę; zarówno zbyt duża ilość wypitego piwa jak i zaplątanie się między krewkich parobczaków, rozstrzygających właśnie jakąś sporną kwestię, kończyły się jadnako przykrym zubożeniem ciała i kiesy…
Dziś niemal od rana we wnętrzu karczmy odbywały się targi z kupcami. Pierwsi oczywiście pojawili się sprzedający. Co zamożniejsi kmiecie, wiejska elita i jej poplecznicy, obstawili obozowisko kupców swoimi parobkami i gawędzili teraz, z pozoru, spokojnie przy chłodnym piwie. Mniej zaradni biegali ciągle w różnych sprawach we wszystkich kierunkach, przysiadując to tu, to tam, na kwaterkę i roznosili plotki. Nawet w świetlicy wyjątkowo pomieszało się całe towarzystwo, z każdą chwilą wzrastały emocje – wnet i kmiecie poczęli w ogólnym gwarze przekrzykiwać się nawzajem z pilnującymi interesów swych gospodarzy parobkami; zaczynał się istny jarmark. Doświadczenie uczyło, że nie tu jednak zapadną najważniejsze decyzje. Miejscem poważnych rozmów były te swoiste krużganki wokoło, a transakcje zawierano zawsze w zaciszu komnat gościnnych. Płacili za nie kupcy, mimo niewątpliwej wprawy, wrażliwsi na harmider czyniony przez motłoch… – a kmiecie nie oponowali.

Wokół Wyprechta zebrało się stronnictwo byłego łużyckiego sołtysa, Mojka. Niewiele mieli do sprzedania, bo jako miejscowi osadnicy nie otrzymali wolnizny, a nadprodukcja rolna nie była zbyt duża. Tym bardziej pociągały ich inne tematy.
– Sołtys pomarł, a we wsi są urzędnicy – mówię wam, będą wybierać nowego sołtysa.
– Co wy na to Wyprechcie? Brat żeście zmarłego, idźcie, domagajcie się co wasze, a my, jak tu siedzimy, poprzemy was wszyscy, co nie chłopy? Jak Bóg na niebie, poświadczymy przed panem komornikiem, że was tylko chcemy!
Wyprecht milczał. Siorbiąc wypił piwo i głośno odstawił puchar, ale dalej nic nie mówił.
Na końcu ławy dosiadł się najstarszy z synów rybaka Cześcibora.
– Bednarz powiadają, że jeszcze nie wzięliśmy od niego beczek. Aha, i jeszcze gada, co Niemcy chcieliby poczęstować kupców świeżą rybą – zwrócił się do wszystkich i sięgnął po podany mu puchar.
Cześcibor powiódł wzrokiem po obecnych.
– Cwany ten Menold, naszymi rybami chce ubić swój interes. Damy im ryby a sami co sprzedamy?
– A musimy mieć te beczki…
– Musimy, prawda to.
– A skąd je brać? Bednarz jeden, a zapasów nie ma.
– Tęgomirze – wreszcie odezwał się Wyprecht – dużo Menold chce tych ryb?
– Z pół cetnara…
– Trzeba by wyjść na wodę. Im wszakże o świeże, nie o solone chodzi, sąsiedzi. – Przez chwilę wszyscy po kolei przyznawali mu rację, po czym Cześcibor skinął na syna.
– Weźmiesz trzech parobków, wóz i sieci, i pojedziecie na Ostrów. Wyciągniesz wczorajsze saki, wiesz które, i postanowisz nowe – polecił i szybko wyjaśnił pozostałym – Mamy tam takie jedno miejsce, gdzie się łapią same wyjątkowo duże sztuki, powinno być pół cetnara. – Chwycił puchar i rzekł do pozostałych – Jeżeli stracimy sołtysa, stracimy też i przywilej połowów, tak jak straciliśmy już karczmę i wytop rudy. Wszystkie zyski z kupców wezmą tamci. Pozwolimy im chłopy na to?
„Tamci” tymczasem w większości wstali i ruszyli do wyjścia. Menold zobaczywszy wychodzącego Tęgomira, przywołał go skinieniem.
– Będą ryby?
– Będą za niedługo. Gdzie mam was szukać? – rybarczyk wykonał gest, który oznaczał, że przecież wychodzą, nie czekając na towar.
– Zaraz wracam. Idziemy tylko pozdrowić kupców – a ojciec może przysłać już parobków po beczki…
Tegomir doskoczył do ojca, chwilę coś mu szeptał i ponaglony wybiegł z karczmy.
Cześciobor wstał.
– Sąsiedzi, nie dajmy się ubiec – kupcy już nie śpią!

Korzystając z tego, że karczma na chwilę prawie opustoszała, gospodarz pogonił całą służbę do porządków. Uwijając się biegiem wynosili brudne puchary i puste dzbany, a dziewki wycierały stoły. Karczmarz Odon osobiście obszedł ze ścierką w ręku miejsca pod arkadami. Wymienił z dyżurującymi przy stołach pozdrowienia, zapytał o interesy, polecił dobry gatunek wina.
– Słyszałem, że szykujecie poczęstunek – wycierając blat zagadnął młynarza Magnusa. Ten spojrzał nań nieco nieprzytomnym wzrokiem i potrząsnął pustym kuflem.
– Piwa karczmarzu.
– No, no – mitygował podpitego Odon, ruchem głowy posławszy jednocześnie parobka po piwo – Za ich pieniądze kupisz ich ryby – wskazał gdzieś na przeciwległą ścianę – którymi odciągniesz od nich kupców…
– Głupio gadasz – Magnus przerwał zadziwiająco trzeźwo – Moja wina, że najlepiej we wsi znam się na młynarce?
– Świeże piwo! – karczmarz szybko zmienił temat stawiając pełen pieniącej się cieczy dzban – Moja kuchnia dla was otwarta – i dodał widząc zdziwienie rozmówcy – Ta Matylda u Waltera nie przyrządzi ryb tak jak moja Kunegudna…
– W dobrym momencie przyjechali ci kupcy – rozmawiał już po drugiej stronie świetlicy. – Będą pieniądze na ucztę dla urzędników. Wyprecht powinien ich ugościć, od razu łatwiej będzie się dogadać…
Naraz poczuł za sobą czyjąś obecność. Spojrzał przez ramię i szybko dokończył:
– Robiłem już takie uczty, zapraszam do karczmy – po czym wycofał się na zaplecze.
Siedzący Tworzymir zaprosił młynarza by usiadł. Ten obejrzał się jeszcze za Odonem, pokręcił głową i sięgnął po puchar.
– Ciągle mąci ten Odon, ale nie znajdzie tego czego nie ma! – stwierdził groźnie. Tworzymir w milczeniu zachęcił, by jeszcze wypić. Magnus nie dał się prosić.
– Głupio wyszło z tymi rybami – zaczął niepewnie, nie patrząc Lubuszaninowi w oczy – Wiecie co, sąsiedzie, wasz najstarszy zdaje się ciągnie do młynarki…
– Ano, szczególnie do młynarzówny… – pokiwał z przekąsem głową Tworzymir i wyczekująco spojrzał na młynarza.
– Pozwólcie, by u mnie się uczył. Osada rozrasta się – będzie robota i dla mego i dla waszego. A da Bóg – uśmiechnął się znacząco –i nie na tym się skończy.
– A i niechby tam! Wypijmy jeszcze sąsiedzie – Tworzymir machnął ręką na dziewkę – Piwa!
– Z kupcami idą! – wpadł do karczmy z nowiną jakiś niedorostek, pokręcił się chwilę po świetlicy i wybiegł z powrotem.
– Trzeba przygotować się do targów – rzekł wstając Magnus.
– Trzeba – potwierdził Tworzymir.

Kupcy weszli poprzedzeni rozkrzyczaną dziatwą. Tę parobcy Odona od razu wyrzucili z karczmy. W wejściu Arabowie zostali jeszcze raz, oficjalnie powitani przez Wyprechta, Waltera i Menolda.
– Witam i dziękuję za przyjęcie w osadzie naszej karawany – zaczął swą odpowiedź siwy Arab w białym, żółto wykończonym chałacie – Słyszeliśmy o śmierci zacnego sołtysa, pozwólcie, że na osłodę tych ciężkich dni, podarujemy sierocie piękną wyprawę z flandryjskiej tkaniny – tu naczelnik karawany odebrał od stojącego za nim nieruchomo niewolnika cudownie haftowaną koszulę, potem spódnicę i dalsze elementy garderoby młodej panny, wszystkie z wdziękiem demonstrując zebranym. Na koniec zwrócił się do Wyprechta – Pozwólcie, że na wasze ręce, jako ręce opiekuna sieroty, złożę ten dar ze szczerego serca, ku pocieszeniu młodej duszy, płynący.
Głos zabrał teraz Menold.
– Bardzoś nas panie ujął swym darem, i wiedz, żeś pewny być winien naszej wdzięczności. I zapewnienie jej składam, oto, teraz w imieniu sieroty i naszym.
– Bolesna, po prawdzie, to dla nas strata – zmienił tymczasem ton i uczynił zapraszający gest – ale nie zapominajmy i o dniu dzisiejszym. Oto miejsce, gdzie w spokoju możemy rozważyć nasze sprawy, a potem zapraszam na skromny poczęstunek.
Arab skłonił jeszcze raz głowę przed każdym z trzech wioskowych notabli i w zadumie zakończył:
– Oby Allach był łaskaw dla naszych spraw…
I rozpoczęły się targi.
Karawana siwego al Sahina nie po raz pierwszy zawitała do Sulęcina, toteż nikt nie szukał niczego na ślepo. Jasne było, że jak po ryby – to do Cześcibora i Wyprechta; barciami zarządzał Walter do spółki z Wojcieszem, oni więc mieli miód. Zwalisty, ciężko poruszający się Bawar Witigo, ożeniony niedawno ze śliczną Ludgardą, miał z kolei prawo wytopu rudy i kuźnię; za piękne stroje dla żony o każdej porze można było u niego dostać potrzebne narzędzia. A byli jeszcze i owczarze – serowarzy, byli garbarze, byli i inni.
Nic już nie pozostało z poprzednich, powstałych przy piwie podziałów i waśni, prysła też wszelka konwencja. Kto kogo potrzebował, do tego się przysiadał i po chwili parobcy biegali po próbki towarów. Ścisły przydział branż chronił od oczywistych w takich sytuacjach bójek pomiędzy parobkami a nawet, bywało, i kmieciami. Każdy z nich wyrabiał inny towar, a jeżeli nawet zebrało się kilku rybaków czy hodowców – pradawnym łużyckim wzorem działali razem i zyski równo dzielili między siebie.
Za kupcami wprowadzono ich niewolnice, które rozsiadły się teraz po bokach ław za arkadami i grając i śpiewając czyniły harmider jeszcze większym. Ich właściciele mimo że była to karczma a nie jarmark, nie potrafili się powstrzymać od przekrzykiwania się nawzajem, energicznych ruchów i sugestywnych gestów rozpaczy lub zachwytu.

Drobniejszy handel, pomiędzy kontrahentami pośledniejszego stanu, głównie odbywający się bezpośrednio przy taborach lub przed chatami, też przeniósł się do środka. Zgiełk świetlicy sięgał swego apogeum. Tu odbywała się prawdziwa walka o byt. O ile było pewne, że skoro karawana zawitała już do Sulęcina, to Walter, Wyprecht czy Witigo sprzedadzą wszystko co przygotowali, o tyle ci sprzedający poza wioskowymi układami, musieli wpierw pokonać wzajemną konkurencję, a potem przekonać jeszcze do transakcji kupującego. A sił gardłu i zapalczywości pięściom dodawała świadomość, że to była jedyna okazja na coś więcej, niż to, co oferowała szara, zabiedzona codzienność. Los jednak sprawiał, że ciągle stawali oni na drodze pędzącym gdzieś w imieniu swych kmieci parobków, więc każdy sukces okupić było trzeba dodatkowymi kuksańcami i wyzwiskami. Oponować warto nie było, gdyż chwilę nieuwagi mógł wykorzystać konkurent lub, co gorsza, dostrzec zadaną tak sobie obrazę któryś z kmieci.
A rumoru i zamieszania przy tym wszystkim nie brakowało.
– Boże, że też kary, za krzywdę…
– Ja to wezmę!
– Srebro, chcesz za to srebrną monetę?!
– A w łeb go, w łeb, gdzie leziesz pod kufer?
Walter posłał właśnie parobka do grasujących przed karczmą ciur taborowych, by wyszukał ozdobną zapinkę. Sam konferował z Jakubem, znanym z dobrego gustu i posiadania drogich tkanin:
– Za pierwsze trzy beczki ma być dwadzieścia sztuk płótna. Potrzebuję też ładnej chusty lub zapaski…
– Żądasz zapłaty w srebrze za coś takiego? – mdlał ktoś obok.
– …Ale żeby była biała jak mleko i żeby było dużo kwiatów.
Parobczak walczył tymczasem o nakazaną ozdobę.
– Odejdź, to weźmie pan Walter! – powstrzymał jakiegoś równie chętnego zagrodnika. Arab rozłożył ręce, ale chudopachołek krzyknął groźnie:
– Ja to kupię! Trzy bobrowe futra…
– Z drogi, ser dla zacnego Wibalda!
– Uwaga, uwaga, toczą beczkę z miodem!
– Z najbogatszym gospodarzem chcesz się mierzyć?! – zaperzył się Walterowicz – Odo, Gero, bywajcież tu…!
Witigo rzucił do sąsiada:
– Ta dziewka zmarnuje Waltera. Niechby się ożenił tak jak ja… Nie, nie chcę srebra, na co mi – ma być płótno albo suknie.
– A bodaj cie – wynoś się… Proszę do mnie, proszę…
– Co to jest, przejść nie dają… Z drogi – do pana Wyprechta się idzie!
Nagle drzwi do karczmy otworzyły się z łomotem, aż wszyscy intuicyjnie ucichli. Świetlica momentalnie opustoszała z motłochu, nawet stojąca obok ław służba jakby przestała istnieć. Z brzękiem zbroi trzech, z przepychem przyozdobionych rycerzy, majestatycznie wkroczyło na środek świetlicy.
Tam dopadł ich gnąc się w pokłonach Odon. Za nim postępowała krok w krok dziewka, trzymając w wyciągniętych rękach tacę, a na niej dzban i trzy okazałe puchary.
– Szczęście to dla mnie wielkie, wielmożni panowie. Polecam przednie wino. Obecni tu kupcy przywieźli je prosto z Galii…
Pierwszy z rycerzy odegnał go ruchem dłoni i zwrócił się do al Sahina:
– Wielmożny pan kasztelan ryczyński, komes Mroczko z Pogorzeli, pragnie zaprosić zacnego naczelnika karawany kupców, al Sahina, dziś wieczorem, na uroczystą wieczerzę. – wykonał ukłon i dodał – Przysłany o zachodzie słońca posłaniec, wskaże wam drogę, panie.

Ciąg dalszy jutro

Zima, mgła, pociągi…

czyli kolej szprotawska po raz drugi:

Mieczysław Bonisławski

Wiadukt

1.
Miała być ładna, słoneczna pogoda. Tymczasem niebo, od nadodrzańskich lasów w dole, aż po wysoko nad głowami unoszący się pustacią horyzont na południu, zaścieliły ciemne, nieprzeniknione chmurzyska. Odtajała przed tygodniem, pokryta przygniłymi resztkami traw ziemia, znowu zabielała mokrym, nieprzyjemnym śniegiem. Był to najgorszy rodzaj śniegu, wodnisty, natychmiast rozpływający się czy to po ręce, czy po spodniach zimną wilgocią. Powodował przylepiające się do wszystkiego błoto, a ciągle, nadal jeszcze padając, zaślepiał nieprzywykłe oczy lub zamazywał szkła okularów.
Bartek, ten nasz najbardziej obyty w terenie eksplorator, archeolog, trwał z nosem przy zbitym w masę żwirze. Niełatwo było go zniechęcić, jak już coś zaczął, szczególnie gdy podchodził do tego z pasją, szedł w zaparte, aż do rozwiązania zagadki. Za to Paweł nie krył złego nastroju. Wstał z przyklęku, pomacał się po spodniach przejeżdżając dłońmi wzdłuż, tak od góry do samego dołu Nie wiem, chciał w ten sposób wyrównać kanty?
– No to idziemy na przyjęcie? – podchwycił ów gest również Zbyszek. Jego żart był ciężki i nierzadko irytujący, ale riposty miał szybkie i – niestety – żonglował nimi często, najczęściej nie w porę.
– Cholera. Co za pogoda – Paweł, jak przystało na dobrze zapowiadającego się polityka, nie słuchał tego co się wokół mówi. A jeżeli już coś usłyszał, to reagował poniewczasie – Na jakie znowu przyjęcie!
– No, nie wiem. Jakieś ważne, najważniejsze.
– Żadne przyjęcie. Pogoda jest do kitu. Nic tu dzisiaj nie zrobimy… Ja bym wracał…
– Ja mówiłem, że się rozpada…
Bartek westchnął, ale dalej grzebał łopatką, wgłębiając się w bebechy nasypu kolejowego. Nie zanosiło się jednak na jakiś szybki, powalający efekt tej grzebaniny, a że Bartek, prócz westchnienia, nie kwapił się do innej formy komunikacji, należało szybko coś powiedzieć.
– Z mapy wynika, że tu, o… Piętnaście, no, dwadzieścia metrów dalej był stary wiadukt.
Sto lat temu, gdy powstał ów nasyp, biegł on nieopodal niewielkiego miasta. Wokół, w dole rozciągało się zielone morze ogrodów i sadów. Gdzieniegdzie spośród tej feerii różnych odcieni zieleni przebijała intensywna plamka dachu. Małe, niczym wzięte z bajki domki przedmieścia, przypominały wówczas zapewne pąki czerwonych kwiatów rozsypane po łące…
Dokładnie w tym miejscu, z obu stron nasypu, zbiegały się wtedy u jego podnóża polne drogi. Infrastruktura kolejowa stanowiła w tej okolicy zupełnie obcy element, całkowicie zaburzyła harmonię opadającej ku północy, równej niczym stół sandrowej równiny. Jakieś dwieście metrów dalej na południe, kolejowi inżynierowie musieli wykopać głęboki jar w polodowcowej morenie, aby tory mogły jego dnem przebić się dalej. Tutaj jednak, w gąszczu owocowych drzew i ogrodów, wiły się po równym polne dróżki, prowadząc od jednego do drugiego, rozrzuconych daleko od siebie domków.
Nasyp kolejowy rozciął tę krainę, rozłożoną między wyniosłą górą a kilkukilometrowym nadrzecznym lasem, na dwie, odizolowane od siebie części. Niczym szeroka, rwąca rzeka. Od chwili powstania tej kolei, aby przejechać lub przejść z jednej strony na drugą, trzeba było szukać specjalnego przejścia. Na rzece, byłby to bród, tutaj – inżynierowie zaprojektowali wiadukt. Wszystkie dróżki, które przed budową biegły równolegle na zachód, musiały zmienić kierunek, skręcić tak, aby spotkać się w jednym miejscu, przed wiaduktem i razem przekroczyć tor. Po drugiej stronie rozchodziły się znowu, każda w swoją stronę, do tych miejsc, do których doprowadzały ludzi niezmiennie od lat.
Wiadukt nie był duży. Niedługo po wielkiej wojnie go zburzono. Obok zbudowano nowoczesną arterię i cały ruch przeniósł się tam. Polne dróżki stały się niepotrzebne, zaorano więc większość z nich i zbudowano nowy, betonowy wiadukt nad arterią.
Po latach, w miejscu starego wiaduktu biegł już tylko po prostu nasyp, niewprawne oko nie odnalazłoby w nim nawet najmniejszego śladu blizny po zasypanym przed pół wiekiem przekopie. Nieco dziwnie wyglądała tylko ulica, która w tym miejscu kończyła się ślepo u jego podnóża. Jedyna z wielu polnych dróżek, jaka zachowała się, była teraz w miarę szeroką, asfaltową ulicą, żaden bruk czy szuter. Jej początek albo koniec wyznaczony był przy starej, nieczynnej już fabryce, parę metrów od torów. Wyglądało, to tak, jakby w zamyśle planistów miała prowadzić tylko do niej, dalej już nie, a przecież naprawdę było zupełnie inaczej… Ale uwagę wszystkich przyciągała już od lat tylko arteria i nowy wiadukt.
Trzy postacie pochylały się teraz jednak nad tą starą i ślepą uliczką.
– Droga musiała iść prosto, tu gdzie jest teraz ten ogrodzony plac.
Komuś patrzącemu z korony nasypu w dół, na wprost, horyzont zamykała perspektywa ulicy, która zaczynała się siedemdziesiąt metrów od podnóża sztucznego wyniesienia. Była w tym miejscu brama przez którą można było wjechać na szczelnie ogrodzony plac o zniszczonej i zaniedbanej nawierzchni, przylegający do idącego górą torowiska.
– Sam plac chyba otoczono tą siatką i wylano później. Asfalt jest zupełnie inny, jakby świeższy – ocenił Zbyszek.
– Zejdziesz na dół? Wyznaczysz krokami linię dawnej ulicy, od bramy aż do nasypu. Pokażesz dokładnie gdzie był prześwit pod przęsłami wiaduktu.
Zbyszek zbiegł, ale zatrzymał się przed siatką ogrodzenia, która zaczynała się tuż, na dole.
– Nie potrzeba. Widzę stąd jak biegła droga – zamachał gdzieś przed siebie ręką, odwrócił się ku nasypowi i lekko pochylając całe ciało, drugą dłonią oparł się o ścianę wzniesienia. – O, tutaj był przejazd.
Ten jaskrawy brak inicjatywy nie mógł nikomu się spodobać. Nawet milczący dotąd Bartek, podniósł głowę i w końcu dał wyraz swojej, narastającej od paru minut, dezaprobacie:
– Daj spokój. Naprawdę nie możesz przejść takiego kawałka i wyznaczyć dokładnie miejsca, gdzie był ten prześwit?
– Nie będę skakał przez siatkę! Chcesz, to sam skacz – obruszył się Zbyszek i począł z powrotem wdrapywać się na górę. – Tu jest dokładnie to miejsce. Ja wracam.
Paweł spojrzał w dół, ogarnął, trochę nieobecnym spojrzeniem widoczną kawałek dalej arterię, nowy betonowy wiadukt, zniszczony plac. Sięgnął do kieszeni kurtki, z której wyjął papierosa. Przypalił zapalniczką. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się. Ogarnął jeszcze raz spojrzeniem tę nazbyt szeroką, jak na prowadzone badania, perspektywę i rzucił nieco nie na temat:
– Tak popękany asfalt musi być co najmniej z trzy, cztery lata opuszczony. Ta trawa, która wyrosła w szczelinach, to gatunki wieloletnie, ale gdyby miała jeszcze więcej lat, to pokazałyby się też już i jakieś krzewy… Ładny plac, szkoda, że tak marnieje. Ciekawe czyja to własność? Wygląda, jakby ostatnio był to teren do nauki jazdy… Tam z tyłu, od głównej, był chyba kiedyś PZMot, nie wiecie, czy jeszcze tam jest? Może to ich plac?
Bartek wstał z klęczek. Otrzepał z błota łopatkę, stukając nią o szynę. Następnie zgarnął butem niewielki urobek do otworu, który wcześniej wykopał. Przydeptał. Ślady pracy zniknęły, za parę godzin lekki śnieg miał jeszcze wszystko przyprószyć, a później, po jego stopnieniu – wsiąkająca woda miała zrobić resztę.
Tory biegły tu prawie dziesięć metrów ponad powierzchnią. Nasyp wygięty był w długi, ale łagodny łuk. Jego korona była szeroka dokładnie na tyle, by pomieścić pojedyncze torowisko. Wydeptana obok szyn ścieżka, wiła się już częściowo rozdeptanym zboczem. A jednak w miejscu zasypanego teraz wykopu, Bartek mógł swobodnie stanąć, rozłożyć sprzęt. Obok zmieściłby się jeszcze pewnie Paweł lub Zbyszek. Na długości trzydziestu metrów nasyp rozszerzał się i biegł tutaj jakby podwójnym łukiem. Idąc szybko i nie rozglądając się specjalnie, zapewne jednak nie zwróciło by się na to uwagi. Aby dostrzec tę anomalię, trzeba było chcieć ją zobaczyć, dokładnie wiedzieć czego się szuka.
– I co, takie samo podłoże?
– Widzisz ten drugi otwór?
– No…
– Właśnie. I tam, między szynami, pod podkładami, i tutaj, na tym wyszerzeniu, do pół metra w głąb jest dokładnie ten sam materiał i układ warstw. Zresztą, o warstwach ciężko tu mówić, jest to praktycznie calec, bez żadnych fantów – machnął ręką Bartek. – Zasypiesz ten otwór na szynach?
Czemu nie? Robota ani ciężka, ani długa. Gdyby but przeciekał, była by mało przyjemna… Ale nowe buty nie miały prawa przecieknąć, zresztą sprzedawca wczoraj dawał Joannie takie różne zapewnienia, zachęcając do ich zakupu!
– Mógł tu być tor? – włączył się Zbyszek.
– Czyli drugi tor? Ale gdzie była zwrotnica, z której strony – od wiaduktu, czy od dojazdu? – zapalał się Paweł. – Zwrotnica na wiadukcie? Może to był jakiś obrotowy wiadukt, tak jak w MRU, a może tu była jakaś tajna bocznica…?
Bartek był już spakowany.
– To co, na dzisiaj się zwijamy… – jeszcze ostatnie klepnięcie butem i po drugim wykopie też już nie było śladu. Aż Bartek uśmiechnął się i aprobująco kiwnął głową. – Spotykamy się bez zmian. Powinien być już Sławek. Jakąś rewelację będzie mieć też Michał.
Zbyszek nagle ucapił torbę Bartka i bez ceregieli zajrzał do środka, wsadził łapę.
– Co tam zabierasz? – spytał, triumfalnie wyciągając z wnętrza jakiś szary, pokryty żyłkami kawałek gruzu albo drewna.
Bartek spokojnie odebrał znalezisko i powoli zaczął wyjaśniać, schodząc jednocześnie zboczem nasypu ku zaparkowanym samochodom:
– Wziąłem, jako próbkę sztukę takiego dziwnego gruzu, którego nie było pod szyną a tylko na wyszerzeniu. I woreczek, do którego wrzuciłem calec z wyszerzenia.
W połowie drogi zatrzymał się.
– Niby nic specjalnego w tych wykopach nie było. Ale na wyszerzeniu znalazłem jakieś kawałki, które mi tu nie pasują. Struktura i skład samego podłoża też wydają się w obu miejscach takie same i bez sensacji, ale… – ruszył dalej – Zaniosę próbki do naszego laboratorium, niech przebadają, sprawdzą kilka rzeczy.
Zatrzymał się przed autem. Otworzył drzwi. Nie wsiadał jednak.
– Na wyszerzeniu jakby bardziej to wszystko mokre, jakby poddawane było dłużej działaniu wody… Albo… Nie!, przecież nie może być pięć tysięcy lat starsze, niż podtorze znajdujące dwa metry obok…!

2.

To spotkanie miało się odbyć w lesie, rozciągającym się na południe od miasta. Północne stoki morenowego wału zajęły ulice i domy, spoglądające z delikatnie opadającej równiny ku szerokiej wstędze wody, rozlanej tuż za ciągnącym się jeszcze od rogatek nadrzecznym łęgiem. Przeciwstawny stok moreny oraz kolejną, wciśniętą między dwa ciągi wzgórz dolinę, porastał na przestrzeni kilkunastu kilometrów sosnowy bór. W wyższych miejscach, gdzie było nieco bardziej sucho, drzewa były wyższe, rzadsze a przez ich korony przebijało się, aż do iglastego, porośniętego jagodami poszycia słoneczne światło. Las był widny i sprawiał przyjazne wrażenie.
Z kolei w licznych zagłębieniach, na północnych stokach pagórków i wokół bezodpływowych, bagnistych zapadlisk pojawiały się liczniejsze, liściaste dęby i graby oraz niski, gęsty podszyt młodych olszyn. Tutaj było ciemno i ponuro, powietrze zalegało ciężkie i stęchłe od gnijących resztek roślin. Z panującego nawet za dnia mroku zionęło nieprzyjemnie czymś groźnym i wrogim.
Wąski, idący prosto, niczym wystrzelona strzała tor kolejki zagłębiał się zaraz za miastem w wilgotny, mroczny las. Jeszcze całkiem blisko ostatnich domów, a przecież jakby już w zupełnie innym świecie, pod zwisającymi ku samej ziemi, tworzącymi nieprzenikniony welon gałęziami, chowała się długa i wysoka rampa kolejowa. Ciągle mokry beton był omszały. Brązowy i zielony nalot pokrywający powierzchnię jeszcze bardziej maskował obecność rampy, która i bez tego słabo widoczna, niemal zlewała się z otoczeniem.
Krążyły przeróżne legendy i opowieści o jej dawnym przeznaczeniu. Od ponad pięćdziesięciu lat była nieużywana, dawno rozebrano boczny tor, który biegł przy niej, równolegle z torem szlakowym. Nikt z żyjących nie przypominał sobie, aby cokolwiek na jego oczach tutaj wyładowywano lub załadowywano. Potężną rampę zbudowano praktycznie pośrodku lasu, w miejscu mało dostępnym, z daleka od jakiejkolwiek, choćby leśnej drogi. Nawet te kilka młynów, które wykorzystywały bystry bieg spływających ze stoków moreny leśnych strumieni, dopóki jeszcze pracowały w kniei, stały w zupełnie innej części lasu niż rampa. Minęły lata, rozsypały się porzucone młyny, rozebrano tory linii kolejowej, nikt jednak nie ruszył rampy. Bodaj najbardziej niepotrzebnej, pierwszej w kolejności do rozbiórki. Dlaczego, w jakim celu ją tu pozostawiono?
Paweł łączył jej istnienie z nieopisaną nigdzie i nie zaznaczoną na żadnej z dawnych map, bocznicą wojskową prowadzącą do polowego lotniska. Działało ono do końca wielkiej wojny w pierwszej wsi za lasem. I Paweł usłyszał kiedyś tam, od kogoś tam, że ten ktoś pamiętał taką bocznicę. Jak dotąd nie udało się potwierdzić tego przypuszczenia…
Z innych opowieści, jakie udało się zebrać, wynikało że z drugiej strony dochodziła do rampy wąskotorówka. Miała ona prowadzić do istniejących przed wojną na peryferiach miasta zakładów produkujących kafle do pieców i do pokrywania dachów. Ostatnio nawet zgłosił się ktoś, kto odnalazł na dachu rozbieranego budynku dachówki z tej firmy. Poproszony o fotografie choćby jednej z nich, zamilkł jednak. I nie odezwał się więcej. Nie przynosiły też rezultatu, ponawiane co jakiś czas w terenie poszukiwania owej śródleśnej wąskotorówki. No dosłownie nic w tym lesie nie dało się odnaleźć! Nic, prócz tej rampy, tak solidnie wybetonowanej, że nie dotknął jej ząb czasu, a która wzięła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego ją pozostawiono?
W ostatnim tygodniu wszystkich zelektryzowała jednak wiadomość jaką przyniósł, Bartek. W jednym z tych trzech prawdziwie wiosennych dni, jakie przytrafiły się przed powrotem zimy, Bartek wybrał się z córką na spacer właśnie do lasu z rampą. Gdy tak szli wzdłuż dawnego nasypu w kierunku wsi przy lotnisku, jego uwagę zwrócił jakby drugi, równoległy nasyp. Było to na odcinku między rampą a wysokim mostem nad Potokiem Pustelnika. Kawałek za rampą zauważył on obok nasypu, pozostałego po torze szlakowym, wyraźne wyrównanie terenu. Szło ono wzdłuż trasy kolejowej, na nieco niższym wale ziemnym, tak jakby poniżej głównego toru biegł drugi. Przed mostem, ów drugi nasyp, jeszcze bardziej się obniżał, aż do poziomu wody i skręcał prowadząc…. w sam środek strumienia… Na drugim brzegu nie było żadnych podobnych śladów.
– Mówisz o tym wysokim moście nad Potokiem Pustelnika? – wiadomość jaką podał przez telefon nie mieściła się w głowie – On unosi się tak wysoko nad niewielkim strumieniem. Mówimy o tym samym miejscu?
– Tak. To wygląda na drugi tor, który schodził na sam dół, do potoku.
– Ile tam może być metrów w dół?
– Z dziesięć, piętnaście…
– Tak, to jest to miejsce. Tam nie było żadnego innego toru. Penetrowałem otoczenie rampy kilkanaście razy, z dokładnością do centymetrów. Nigdy nic tam takiego nie było.
Bartek milczał gdzieś przy drugim telefonie. Jak można mu było wytłumaczyć, że się mylił, że to co zobaczył, nie było tym co chciał widzieć?
– Dwa lata temu robotnicy rozryli nasyp szlakowy, bo w jego wnętrzu montowali rury kolektora burzowego, zrzucającego miejską deszczówkę do Pustelnika. Korzystali z mnóstwa ciężkiego sprzętu… To pewnie ślad po ruchu tych maszyn. Nic innego…
– Oglądałeś nasyp po tym, jak skończyli tę budowę?
– Jasne. Byłem zobaczyć, czy go nie zniszczyli.
– I widziałeś wtedy tę drogę wyjeżdżoną przez maszyny budowlane?
– Nie…
– To jest na pewno pozostałość po drugim torze kolejowym. To nie jest nic innego.
– Ale tam nigdy nie było drugiego toru! I nigdy nie było żadnego innego nasypu. Był tylko las.
– Może powinniśmy to zbadać? Wiosna za oknem, warunki dobre.
W takich oto okolicznościach powstał pomysł spotkania w lesie, do którego niestety nie doszło.

3.

Tak, nic z zakładanych planów nie wychodziło. Zamiast słońca, które miało wysuszyć błoto, pozostałe po – zapowiadanym jako ostatni tej zimy – mokrym śniegu, pojawiła się śnieżyca, jakiej nikt nie pamiętał. Śnieg, który nagle sparaliżował całą okolicę, spadł praktycznie w ciągu połowy nocy. Zasypał wszystko, co stało na drogach i chodnikach, ciężko było odróżnić gdzie przedtem był trawnik, ławka, przy czym stała latarnia. Silny, wyjący za oknami przez kilka nocnych godzin wiatr utworzył zaspy, w niektórych miejscach sięgające połowy okien co pomniejszych, parterowych chałup. Wszystko było białe. Przykryte tą powłoką miasto, przestało miasto przypominać. Ustało wszelkie życie, okna domów były ciemne i ślepe, w ich wnętrzach ogarnął wszystkich sen przeczekania.
Nad przypominającą pofałdowaną wydmami pustynię równiną unosił się szczelny płaszcz grubych, ciemnych chmur. Śnieg już nie padał, wiatr nieco ucichł, jednak od rana panował sprawiający przygnębiające wrażenie półmrok. Powietrze przypominało oblepiającą policzki watę, miało się wrażenie, że można je ciąć nożem. Nie był to śnieżny puch, który mogłyby unosić podmuchy wiatru, nie była to też mgła. Czort jeden wiedział co to było! Było ciemno, nic nie można było w tej mgle-nie-mgle zobaczyć dalej niż na sto metrów.
Przejście pod ledwo widoczną gdzieś w górze, wąską kreską wiaduktu równało się przekroczeniu bramy do innego, nieznanego świata. Improwizowaliśmy tej niedzieli. Dlatego staliśmy przed „bramą czasu”, pomimo tego, że ta wyprawa w czasie, a nie w przestrzeni, miała się odbyć później. Pierwszy zaryzykował Paweł. Nie skradał się jednak tak jak Zbyszek, który ostrożnie, niemal lękliwie, przesuwał się przy samej ścianie przyczółka. Nasz polityk wchodził w nowy, inny czas raźno i bez zastanawiania się, czy za granicą światów, czeka nań „świetlana” przyszłość, czy „mrok” przeszłości? Wybrał dla siebie sam środek drogi, zupełnie ignorując obowiązujące zasady. Tym razem intuicja, ów słynny „nos”, go jednak zawiódł…
Dźwięk dzwoneczków, parskanie koni i łoskot sunących szybko po śniegu sań zbiegły się z głośnym przekleństwem. W mgnieniu oka Paweł leżał na plecach w głębokim śniegu a pod wiaduktem przemknęły ogromne, czterokonne sanie i zaraz rozpłynęły się w mroku i mgle.
Zbyszek i Bartek przebiegli pod wiaduktem i doskoczyli do nie wstającego ciągle z zaspy Pawła. Powiał silniejszy wiatr i sypnęło śniegiem. Wiadukt, który pozostał z tyłu, rozmywał się już zupełnie. Zapłonęły latarnie. W ich świetle, charakterystycznym dla blasku gazowych latarni, z mlecznej, nieprzeniknionej perspektywy wynurzył się Sławek, a chwilę po nim – Michał. Nie spieszyli się. Z nieukrywanym dystansem, podszytym ironią, spojrzeli na chłopaków próbujących pomagać Pawłowi.
– Cholera, skąd się tu wzięły te sanie? – denerwował się poszkodowany, wstając w końcu na nogi.
– A co my tu robimy? – pytanie Zbyszka wyrażało irytację i szyderstwo jednocześnie. – Nie powinniśmy być w domu?
– Tak jak każdy normalny człowiek dzisiaj – poparł go Sławek.
Nastało nieco niepokojące, mogące za chwilę zdemobilizować wszystkich, milczenie.
– Dobrze panowie, przez te nocne zaspy, nie poszliśmy do lasu, na ten dodatkowy nasyp Bartka. Ale jakoś szczęśliwie dotarliśmy wszyscy tutaj… Nie traćmy zatem ani chwili, zimno, straszno, nie wiadomo gdzie jesteśmy…
– Za wiaduktem, na śniegu, zamiast w chałupie, przy piecu – Zbyszek nadal nie mógł się pogodzić z sytuacją.
– Sądząc po tych saniach, jest gdzieś rok-dwa przed wojną. Pierwszą, oczywiście – roześmiał się Bartek.
– Michał, w którym roku była wtedy najsroższa zima?
Wysoki blondynek w okularach, najmłodszy z grupy, był historykiem, archiwistą. Jako że zaczął dopiero co pisać doktorat, podchodził do takich pytań jeszcze bardzo konkretnie.
– Jedną pamiętam dokładnie z opisu z kronik kolejowych. Szóstego lutego 1929 roku było 38 stopni mrozu i parowozy nie odpaliły… Cała kolej stanęła…
– Ale w tym czasie, to powinny jeździć już samochody a nie sanie i konie – zaoponował trzeźwo Sławek.
– Nie wiem tak dokładnie. Może wtedy jeździły już i samochody i jeszcze – konie? – Michał zaczął analizować niczym rasowy historyk, ale szybko wszedł mu w słowo Bartek:
– Mnie zastanawia co innego. Stoimy tu już tyle czasu na samym środku drogi i tu nic w ogólne nie przejechało. Czy to nie dziwne?
Zamyślony Michał potarł kaptur opatuloną w rękawicę dłonią. Przez jego twarz przeszedł grymas niezadowolenia, ze dwa razy cmoknął, aż w końcu wydusił z siebie:
– Nie opamiętam tego dokładnie, ale chyba podobna zima zdarzyła się też w roku 1913…?
– O, i to by się zgadzało, wiadukt miał już dwa lata… – zaczął Paweł.
– Jaki wiadukt, widzicie tu jakiś wiadukt? – roześmiał się Zbyszek, któremu w końcu poprawił się nastrój.
Śnieg prószył coraz gęstszy. Wiatr zawiewał go falami w oczy. Wiadukt zniknął. Nie było widać drogi powrotu do własnych czasów.
– Niby prawda – wszedł w tę myśl Michał – nie ma wiaduktu, bo nigdy go nie było. Przejrzałem wszystkie dostępne mapy i plany. Wiadukt koło browaru, tak jak mówiliście, bliźniaczo podobny do tego, niby tutaj, jest na większości z nich. Praktycznie na każdym z tych dokładniejszych.
Wzrok wszystkich skupił się na mówiącym. Tylko Sławek, niby to słuchając, niby zainteresowany, odszedł nieco w bok i zaczął grzebać butem w śniegu. W pewnej chwili pochylił się, jakby coś znalazł.
– Na każdej z tych map, które oglądałem, zaznaczono wiadukt nad drogą na Kożuchów, Freystetter-Chausee. A ten tutaj – obrócił się, pokazując ręką w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku – jest tylko na jednym, jedynym. Może to tylko błąd w druku, pomyłka zecera albo kreślarza. Może jego w ogóle nie było?
– Chodźcie, zobaczcie, tu są jakieś szyny – zawołał nagle Sławek – Czekajcie, za chwilę odkopię podkłady…
– Mam! – krzyknął Michał – na takim jednym, roboczym schemacie sieci torowisk, który datowałem na okres budowy linii lub zaraz po nim, jest tutaj, dokładnie w tym miejscu, zaznaczona przerywaną kreską jakaś odnoga. Chyba planowano tutaj lub zaczęto już wtedy budować odchodzący stąd w bok tor… O ile jest to faktycznie rok 1913 a nie ten dwudziesty dziewiąty…
– Nigdy nie widziałem tu toru… To jakaś bzdura – sapał, kopiąc dalej w śniegu Sławek, nasz pasjonat historii kolejnictwa, jedyny specjalista od tych spraw w całym gronie.
– Nie mogłeś widzieć. Nikt tu potem o żadnym torze nie wspominał… To pewnie jakiś niezrealizowany projekt, no, na tym planie Michała.
– Mówisz okres budowy linii lub zaraz po nim – wtrącił się Bartek – zatem to gdzieś będą lata między 1910 a 1914. Te sanie, ta zima, ten zaczęty i nigdy nie dokończony tor… Przenieśliśmy się panowie do 1913 roku, naprawdę…
– … i tylko ciekawe, jak stąd wyjdziemy… – rzucił w swoim stylu Zbyszek.
– No, faktycznie, pada i wieje, że nic nie widać. Nie wiedzieć w którą stronę jakiś krok postawić – nie na żarty zasępił się Paweł. – Bartek, a tobie żona nie kazała, tak przy niedzieli, posiedzieć przy córce, zamiast szukać nigdy nieistniejących bocznic i wiaduktów?
Bartek machnął ręką, uciekając w nastrój rozbawienia, w jaki miała go niby wprowadzić uwaga Pawła.
– Ona już przyzwyczaiła się do tego, że mi ostatnio wszystko kojarzy się z zapomnianymi torami.
Sławek przestał grzebać w zaspie. Stanął przy Michale i Bartku. Zbyszek nagle spuścił głowę i w końcu zamilkł. Paweł chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował i wsunął się między Bartka a Sławka. Zapadło milczenie. Bo i co tu było gadać? Szczególnie, że każdego coś podobnego gryzło. Nie na każdego wprawdzie czekała w domu żona, ba, nie na każdego nawet czekał dom. Ale byli jeszcze jacyś bracia, jakieś siostry, matki. Obowiązki lub zobowiązania wobec siebie i innych.
– Nie macie wrażenia, że ostatnio coś nam przeszkadza? Albo, tak jak to było z Bartkiem, pojawia się coś zupełnie nowego, co nas rozprasza i burzy harmonogram… Albo, tak jak dzisiaj, spadnie nagle taki śnieg, że nie można nic zrobić.
– Tak, ja to też zauważyłem – ożywił się Paweł – I wygląda to tak, jakby te przeszkody pojawiały się w dokładnie zaplanowanym przez kogoś momencie, tuż przed rozwiązaniem tajemnicy.
– Jasne – zirytował się zawsze, aż do bólu racjonalny Sławek – Jacyś nieznani Strażnicy budzą się i ingerują z zaświatów. Bo my akurat tutaj, badając starą, nieczynną od 50 lat kolejkę, natrafiliśmy na tajemnice kosmitów albo świata duchów…!
– Co by zrobiła twoja żona, gdybyś nie wrócił kiedyś z takiej podróży w czasie? Dała by sobie radę z dziećmi?
Bartek żachnął się.
– Nie byłoby tak źle. Zajęliby się nią teściowie, może miała by nawet lepiej?
– A co słychać u Szymona? – spytał nagle Paweł – Nie pokazuje się ostatnio.
Szymon, szef grupy, niedawno się ożenił i coraz bardziej niecierpliwe oczekiwał wtedy, bliskich już, narodzin pierwszego dziecka. Wszyscy o tym wiedzieli.
– Chcesz powiedzieć, że tylko on po nas wszystkich zostanie? – to był Zbyszek.
– Szukamy wiaduktu, którego być może w ogóle nie było. Gdzie nie spojrzymy, czy to na spacerze z córką, w drodze do pracy, w wolną niedzielę, przechodząc sto lat w przeszłość, wszędzie znajdujemy bocznice, których nie powinno być… Zaczynam tęsknić do swojej stacyjki pod Chrzypskiem.
– I ty to mówisz?
Sławek, w trakcie swoich historyczno-kolejowych wypraw, natrafił kilka lat temu na uroczą stację kolejową na Pojezierzu Sierakowskim, blisko Puszczy Noteckiej. Od tamtego czasu snuł romantyczną wizję tego, jak ją wyremontuje, zamieszka w niej i urządzi małe muzeum kolejowe i centrum kolei drezynowych.
Rzeczywiście, miałby tam święty spokój i mógłby się bez reszty oddawać swoim pasjom. Póki co, opiekował się nią mimo kłopotów. A na przeszkodzie stał mu brak pieniędzy i niechęć ze strony władz do oddania mu tego małego dworca. Tylko dlatego był jeszcze tutaj i zajmował się wiaduktem.
Ale Sławek prowadził też przecież sprawę Ostrowskiego.
– I ty to mówisz, a sprawa Ostrowskiego?
– Dobra pany, wracajmy już do siebie. Ja miałem mieć w poniedziałek spotkanie w sprawie konferencji prasowej, muszę wracać. Mam kupę roboty w realnym czasie.
– Wrócimy, bez żartów…
Gdzieś z oddali dobiegł głos dzwonka. I taki odgłos, „szuru, szuru”, ślizgania płóz po śniegu.
– Jeszcze do końca nie zwariowaliśmy. I damy radę. Słyszycie, wracają sanie. Stamtąd.
Popatrzyli za wyciągniętą ręką. W ich oczach tliło się oczekiwanie na dobrą zabawę, którą zakończą ten nieudany dzień. Na figiel, żart, który zastąpiłby im mocną puentą wynik poszukiwań, na który liczyli tej zmarnowanej niedzieli, a którego nie osiągnęli, którego zabrakło. Taki, który na nowo natchnął by ich nadzieją, dał wiarę, że warto i że się uda. Może już jutro, może za tydzień… To była nadzieja na wyjście z tej pułapki, na powrót… Wiatr znowu zaczął cichnąć, powietrze stawało się bardziej przejrzyste. Z zanikającej ni to zadymki, ni to mgły, na powrót wyłoniła się, ciemniejsza od otoczenia, kreska wiaduktu. W perspektywie prześwitu między przyczółkami, zamajaczyły sanie. Chyba były to te same, które o niemal rozjechałyby Pawła. Wracały?
– Zobaczcie, wracają sanie. Niech to będzie nasza kapsuła czasu, przy ich pomocy wrócimy do teraźniejszości. Jak tylko wjadą pod wiadukt, my przebiegamy w drugą stronę.
Stanęli tak jak sprinterzy stają w swoich blokach na starcie. Przed nimi czaiła się czeluść prześwitu wiaduktu, do której z drugiej strony, zbliżały się czterokonne sanie.
– Uwaga, teraz!
4.

Sprawa Ostrowskiego przedstawiała się tak.
To było w maju lub w połowie kwietnia. W tamtą słoneczną i ciepłą niedzielę od rana otworzyliśmy stare, szerokie odrzwia dawnego magazynku kolejowego, aby obwieścić całemu miastu, że oto powstało Muzeum Czasów. Wydawało się nam, że niewielkie pomieszczenie, zbudowane w technologii sprzed wieków, z muru pruskiego, stwarza doskonały klimat do podróży ze współczesności w przeszłość. Wprost z nowoczesnego, szeroko rozciągającego się parkingu wielkiego marketu, wchodziło się przez rozsuwane wrota do małej, ciasnej groty zawalonej mechanicznymi kasami i drukarkami do biletów, lampami na naftę, pożółkłymi mapami pisanymi gotykiem. Ze słonecznego przestworza do mrocznej niszy, gdzie pomiędzy stuletnimi szpargałami były tajemnicze schody i maleńkie drzwiczki, których nikt nie otwierał od zakończenia wielkiej wojny. Nawet my sami wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy dokąd one prowadziły…
Muzeum Czasów. W epoce opanowywania przez ludzkość kolejnych ograniczeń, pokonywania kolejnych barier natury, takie podróże w czasie mogłyby pomóc nie popaść w szaleństwo, odnaleźć każdemu samego siebie, własną tożsamość i cel w życiu. Pierwsze Muzeum Czasów na kontynencie…
Gdy już przebrnęliśmy przez wywiady udzielane dziennikarzom i oficjalne rozmowy z politykami, na sam koniec pojawił się staruszek. Część oficjalna była skończona, Włodek wyciągnął więc i rozpalił grilla a Paweł otworzył pierwsze piwa. Zbyszek dokładał węgla i smażył kiełbaski.
Staruszek przyszedł od strony Parku, jakoś tak nagle wynurzył się spomiędzy drzew i – znalazł się tuż przy grillu. Nikt nie pamiętał jak długo tam stał, zauważył go w pewnym momencie Włodek.
– Dzień dobry panu, zapraszamy na wystawę. A może zje pan z nami kiełbaskę…?
Staruszek udawał zmieszanego.
– Nie, dziękuję za kiełbaskę, nie chcę sprawiać kłopotu… A ta wystawa, to o kolei, panie Włodzimierzu?
Nasz siwowłosy nauczyciel siatkówki zamarł na moment. Spojrzał uważnie na staruszka. Włodek uczył w mieście od 40 lat i pół miasta, to byli jego znajomi, byli uczniowie lub ich rodzice. Staruszka jednak z nikim takim nie kojarzył. Gdy wielokrotnie potem analizowaliśmy ten moment, starając się rozwikłać skąd się wziął staruszek i kim był, Włodek zarzekał się, iż na pewno go nie znał. Kilka razy nawet coś mu świtało w głowie, już z kimś go kojarzył, ale ostatecznie zawsze kończył stwierdzeniem, że nie, że jednak to nie może być ów on, ten o którym Włodzio przez chwilę myślał.
Staruszek tymczasem uznał, iż zadość uczynił już obowiązującym konwenansom i przeszedł do konkretów.
– A, skoro panowie tak proszą… To może jedną, taką najmniejszą. Tylko aby dla panów na pewno starczyło…!
Zbyszek wybrał kiełbaskę, podał razem z bułką i tacką. Paweł otworzył piwo. Staruszek i piwem nie pogardził.
Usiadł na ławeczce. Zagryzł, popił i zaczął swoją opowieść:
– Tu była dawniej kolej – wyciągnął przed siebie rękę i pokazał na parking i market. – Pamiętam dokładnie. Pociągi jeździły, do miasta jechało się z wioski. Na targ albo do magistratu co załatwić. Niektórzy to do roboty, do fabryki jeździli, a przedtem do szkoły, na przyuczenie do zawodu.
– Pan też jeździł?
– A jakże, ale do miasta to rzadko. Ja jechałem do swojej dziewczyny, co mieszkała w drugiej wsi, za rzeczką. Pociągiem było bliżej i szybciej niż szosą, co to prowadziła wokół lotniska, aż tam hen, przez taką inną jeszcze wieś… Ale bywało, że i do miasta, po jakiś gościniec dla niej, albo i z nią na zabawę jaką większą, jakie bywały w mieście.
– Do kiedy te pociągi jeździły? Mówi się, że zaraz po wielkiej wojnie tory rozebrali?
– A to ja wiem dokładnie. Z wojska właśnie wracałem i napisałem do brata, ze śniło mi się, jak pociągiem zajeżdżam do naszej wsi. I że, w tym śnie, cieszyłem się, jak patrzyłem z tego pociągu na miasto, a potem na las i te nasze pagórki, że już wracam do domu. I on mi wtedy odpisał, że chyba to był tylko sen, bo właśnie przyjechali kolejarze i zaczęli rozbierać tory i że za miesiąc już żaden pociąg nie pojedzie…
– To w taki razie da się dokładnie ustalić rok – ucieszył się Paweł. – Pamięta pan kiedy był w wojsku?
– A jakże. Ten list mam też gdzieś na strychu.
– To może go razem poszukamy?
Staruszek pokiwał potakująco głową. I wtedy przejął inicjatywę Sławek, w którym zagrała krew kolekcjonera:
– To może ma pan stare bilety? Jakąś szynę na pamiątkę? Zdjęcia z przejazdu pociągiem? Jak wyglądała taka podróż do miasta?
– Do miasta? Najpierw był las. Potem… – staruszek zaczął opisywać znany nam ogólnie przebieg dawnej linii. Najciekawsze i zupełnie zaskakujące było jednak samo zakończenie:
– …i tu gdzie teraz siedzimy, była niby ta stacja. Ale tu nikt nie wysiadał, co najwyżej baby na targ. Wagony jechały dalej. Najpierw był ten, tu, przejazd – pokazał ręką na skrzyżowanie ulic na skraju Parku – potem wiadukt, co to nim droga szła w górze, znowu przejazd, mały taki wiadukt, z drogą pod nim – a potem już prosto do stacji głównej. Ale ludzie wysiadali już przy tym małym wiadukcie, bo tam była fabryka dywanów, a zaraz za nią mleczarnia, skład węgla, rzeźnia… A ludzie do roboty tam jechali, to i tu wysiadali…
– Zaraz, zaraz. Koło fabryki dywanów był wiadukt? – przerwał zaskoczony Paweł.
Wszyscy spojrzeli na Sławka, ale ten pokręcił przecząco głową:
– Ode mnie na ten temat nic się nie dowiecie. W moich notatkach nie ma nic o jeszcze jednym wiadukcie.
– Czekajcie, czekajcie. Coś sobie przypomniałem. Tak, chyba w gazecie czytałem o jakimś człowieku, który zaraz po wojnie był oskarżony o zamiar wysadzenia wiaduktu koło fabryki dywanów… To jest jakiś ślad!
– Jakby był wiadukt, to bym coś słyszał. Choćby od wujka-kolejarza – upierał się Paweł.
– To by była zupełna sensacja – spokojnie ocenił Sławek – ale takie sensacje się nie zdarzają…
– Kiedy ten artykuł się ukazał? – zainteresował się Włodek, mający widocznie jakieś własne przemyślenia.
– Nie pamiętam, chyba nie dalej niż rok temu. Gdzie nasz gość?!
Staruszek korzystając z naszej kłótni zniknął. Zbyszek pokazał na brudną od musztardy i tłuszczu tackę i pustą butelkę i parsknął śmiechem.
– Ulotnił się, ale był. Po wiadukcie nie ma śladów, ale po nim zostały. Zabieram je i trzymam jako bezcenny dowód!
Zdarzenie ze staruszkiem okazało się brzemienne w skutkach. Zbyszek jeszcze tego samego popołudnia, chowając grilla do środka, zauważył świeże ślady tłustego błota i wapna prowadzące do maleńkich drzwi na końcu tajemniczych schodów. Był to jedyny, budzący naszą niechęć, a jednocześnie najbardziej fascynujący zakamarek Muzeum Czasów. Okazało się, że ślady te mogły zostawić buty… staruszka. Błoto i wapno wskazywały na to, że był tu ktoś, kto wyszedł z Parku, w którym właśnie zasilano wapnem tłustą ziemię rabatek.
Michał z Włodkiem postawili sobie za punkt honoru odnaleźć w bibliotece gazetę z artykułem o wyroku za próbę wysadzenia wiaduktu. Przewertowali wszystkie numery do pięciu lat wstecz. Bezskutecznie…
Nie przyniosła też skutku próba odnalezienia staruszka. Tamtej niedzieli wspominał o tym, że mieszkał tuż przy torach, że z okna swojego pokoju oglądał w dzieciństwie przejeżdżające pociągi. W wiosce za lasem dawna stacja była zlokalizowana na skraju lasu, praktycznie w pewnej odległości od właściwej zabudowy wsi. Cztery domy, sąsiadujące z dawnym dworcem tworzyły osobną kolonię.
Przepytaliśmy z Bartkiem wszystkich mieszkańców tych czterech budynków o staruszka, o rodzinę, w której mogli być opisywani przez niego bracia, o miejscowego, który być może ożenił się z dziewczyną z drugiej strony rzeczki. Dostaliśmy tylko na wpół legendarną opowieść o młodzieńcu o nazwisku Werdermensch lub Werdermann, który jechał pociągiem do swojej dziewczyny za rzekę w tym dniu, kiedy zawalił się mostek między wioskami. To była wielka tragedia, zginęło kilka osób. Ów Werdermensch jednak nie był jedną z tych ofiar. Na pewno wsiadł do pociągu, ale jego ciała nie znaleziono na miejscu katastrofy. Nie było go też wśród pasażerów, którzy przeżyli… Najbardziej podobno opłakiwał go brat, z którym łączyła go specjalnie głęboka więź.
Sprawa wiaduktu najbardziej poruszyła Michała i Sławka. Pierwszy z nich nie mógł się pogodzić z porażką, jako archiwista i historyk, drugi – jako znawca kolei, szczególnie jej wyposażenia i infrastruktury. Ale to nie u nich zadzwonił na początku września telefon…
– Dzień dobry, czy to Szymon? Pan jest szefem Klubu?
Nasz kustosz przez dwa dni przypominał bombkę atomową w momencie, gdy rozpoczęła się w jej wnętrzu reakcja jądrowa.
– Wiecie kto to mnie zadzwonił? Pewnie, że nie wiecie. Na najbliższe spotkanie do „Caramby” zaprosiłem gościa o nazwisku Ostrowski. Mój numer dostał od redaktora Tomasza. Wiecie co to znaczy? Nie wiecie…
Co dwa miesiące w pizzerii „Caramba” na osiedlu organizowaliśmy otwarte spotkania z ludźmi, którzy wspominali swoje przeżycia związane z koleją. Ostrowski, to był ów człowiek, skazany za próbę wysadzenia wiaduktu przy fabryce dywanów. Jak twierdził, dowiedział się gdzieś, ze go szukamy w sprawie owego wiaduktu. Poprosił o pomoc redaktora Tomasza, który opublikował niegdyś w gazecie ten wywiad, który czytałem. Wywiad, którego nie sposób było później odnaleźć w bibliotece.
Opowieść Ostrowskiego o czasach groźnych i tragicznych sprawiła duże wrażenie na wszystkich. Niewiele jednak wniosła do sprawy wiaduktu. Okazało się, ze nie miał on żadnego zdjęcia. Miał dokumentację swojej sprawy, którą dostał z Instytutu Pamięci, ale nie było tam fotografii.
Michałowi wydawało się to dziwne.
– Jak to? – pytał wszystkich po kolei – Takie poważne śledztwo i ani jednego zdjęcia obiektu, wokół którego wszystko się toczy? Czy to w ogóle jest możliwe, aby w śledztwie nie sfotografowano głównego dowodu?
I napisał do Instytutu list z prośbą o ustalenie, czy w archiwach jest choćby jedno zdjęcie wiaduktu.
A Sławek umówił się z Ostrowskim, aby przyjść do niego do domu i zrobić fotokopie wszystkich posiadanych przez niego dokumentów. Skoro nie było zdjęć wiaduktu, to chociaż nasze Muzeum wzbogaciło by się o same opisy tej historii.
Wziął adres i po jakimś czasie poszedł.
I tylko Bartek zwrócił uwagę na pewien szczegół:
– Słuchaj, czy ten Ostrowski, kogoś ci nie przypomina?
– Myślisz o tamtej niedzieli? Faktycznie, jakiś podobny…
Bartek pokiwał potakująco głową a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny łobuzerski uśmiech.

5.

Przykucnęliśmy przy barierce nowego wiaduktu. Z tyłu było miejsce, gdzie być może przed wiekiem był inny, mały wiadukt a tuż za nim tajemnicza rampa… donikąd? W przedzie, kilka metrów poniżej snuł się sznur kolorowych samochodów.
– …Kiedy upadł ten meteoryt wilkanowski? – chciał wiedzieć dokładny jak zwykle Michał.
– Wiosną 1841 roku…
– To równo 70 lat przed budową linii kolejowej – trzeźwo zauważył Paweł – Po tylu latach szukali by materiału budowlanego wśród gruzu sprzed dwóch pokoleń…?
– Analiza chemiczna wskazała, że jest to krzemian łańcuchowy, czyli piroksen i jakiś inny, podobno zwany oliwinem. Tego drugiego jest znacznie więcej, a całość ma bardzo zasadowy odczyn… – mozolnie wyliczył Bartek. – Coś ci to przypomina?
– Te astrofizyk… – zaczepnie rzucił Paweł, odkładając pustą butelkę po piwie.
– Skład składem, ale te charakterystyczne skupienia kryształków… Pokaż Bartek jeszcze raz to zdjęcie.
Na dużym wydruku z komputera był kawałek wykopany przez Bartka z nasypu, oczyszczony z błota i osadów. Błyszczące drobinki skupiały się kuliście tworząc promieniste linie rozchodzące się po całej bryłce. Przypominało to zarówno gąbkę, jak i mapę rozgwieżdżonego w nocy nieba.
Ekipa nie miała jednak zbyt wiele do powiedzenia w tej sprawie.
– Popatrzcie, takie ułożenie kryształków nazywa się chondrem i jest charakterystyczne dla meteorytów. Takie skały nie powstawały na Ziemi.
Paweł w milczeniu pokiwał głową. Michał z kolei, w charakterystyczny sposób podrapał się w czuprynę.
– Dziewczyna z laboratorium, która wykonała mi badania, powiedziała, że taki sam skład chemiczny mają perytodyty. – Bartek schował zdjęcie i tajemniczo się uśmiechnął. – A perytodyty przekształcając się w serpentynity powodowały przemianę dwutlenku węgla w związki organiczne, które według niektórych teorii dały początek życiu…
– Coś chrzanisz… Nic z tego nie rozumiem – zdegustowany Paweł sięgnął po kolejne piwo, odkapslował, ostro łyknął.
Bartek dalej uśmiechał się. Miał taki łobuzerski uśmiech, z którego wprawdzie nie dało się odczytać czy za chwilę nas za coś objedzie, czy też zaskoczy jakąś sensacją. Jednakowoż był to bardzo intrygujący a i demoniczny uśmiech.
– Ty, popatrz na to… – Sławek dał mocnego kuksańca Michałowi.

Zbyszek wdrapywał się na nasyp od strony nowego wiaduktu. Ruchy miał nieskoordynowane, sapał nadmiernie. Gdy podszedł, uciekał gdzieś z oczami, odwracał twarz. Był podpity.
– Słyszałem, Bartłomieju, że odkryłeś, iż nasyp główny jest pięć tysięcy lat młodszy od nasypu gdzie szła bocznica od wiaduktu… – wyraźnie czepiał się naszego archeologa.
– To nie do końca tak – ten nie dał się sprowokować – Urobek z nasypu sprawia wrażenie kilka tysięcy lat starszego niż urobek z wyszerzenia. Ten ostatni ma zasadowy odczyn, stąd kawałki drewna i kamyki sprawiają wrażenie o wiele młodsze, niż te z urobku obok. Wszystko było by jasne, gdyby nasyp był kwaśny.
– …ale nie jest…? – domyślnie rzucił Paweł.
– U mnie też kicha – wszedł w słowo Sławek – Byłem pod tym adresem, co go podał ten Ostrowski, ale tam go nikt nie zna. Nie ma takiego numeru bloku, pytałem sąsiadów, bo może numer pomyliłem, czy źle zapisałem…
– Zadzwoń.
– Nie ma numeru. Szymon miał go w komórce, ale chyba przez pomyłkę wykasował…
Bartek złapał za ramię Pawła. Pokazał coś ruchem głowy. W dole, ulicą wjeżdżała pod wiadukt czterokonna kolaska.
– To ze stadniny w parafii, tej za campusem – pośpieszył z wyjaśnieniem Michał. – Ale za to wiem, że ta planowana i niedokończona bocznica, była nie tutaj, ale przy starym przejeździe na Krosno. A te szyny, zostawili budowniczowie ścieżki rowerowej.
Zbyszek wyciągnął butelkę czeskiej wódki.
– Wiecie, mam doła. Kto się ze mną napije?
Bartek pokręcił z dezaprobatą głową. Odszedł nieco w bok, kiwnął ręką aby podejść.
– Wiesz co znaczy po niemiecku Werder? Taka wyspa na rzece, po polsku – ostrów. Werdermensch, to człowiek-ostrów, Ostrowski po prostu.
Czyżby pomieszały się nam czasy. Kiedy była katastrofa z udziałem Werdermenscha – po wojnie, czy przed wojną? A może UB zabrało go wtedy prosto z pociągu za sprawą śledztwa? Obaj i Ostrowski i Werdermensch zniknęli przecież nagle i niespodziewanie, nikt o nich nic nie wiedział przez długie lata… Werdermensch to Ostrowski a UB wymyśliło aferę, aby zamknąć Niemca, który tu pozostał…?
– Myślałem o tym wiadukcie i o wyszerzeniu. To wygląda jak śluza czasowa i łoże wyrzutni…
Czeska wódka Zbyszka była jakaś silna. Jakby zamroczyło po niej.
Spod małego, starego wiaduktu wyszła na polną drogę smukła dziewczyna. Długie włosy były jasne, nie blond, ale jakby ze śniegu. Zbyszek wstał, zawołał… Kogo on wołał, Iwona, jego Iwona była niska i włosy miała kasztanowe… Nie żyła już od dwóch lat… Paweł zaczął rozmawiać ze swoją matką, ha, ha, tłumaczył się, że nie przyszedł pomóc w roznoszeniu listów… Ale z kim on gada?
Śnieżnowłosa zaczęła zaplatać warkocz. I szeptać. Co ona szeptała?
– Obserwowałam to co robisz. Możesz pójść ze mną, pokażę ci to czego szukasz.
– Sam nie wiem czego szukam.
– Nie chcesz wiedzieć, jak to było?
– Chcesz mi to pokazać, jak?
– Przecież od dawna tego się domyślasz. My nie pojawiamy się skądś, jesteśmy stąd. Ty żyjesz w Zielonej Górze, a ktoś w Poznaniu. Ty żyjesz w 2012, a ja – nieco później. Wszystkie wymiary oddzielają nas tak samo.
– UFO to MZK za sto lat? Zmienił się model autobusu, ale trasa „ósemki” dalej wiedzie ze Wzgórz Piastowskich na Pomorskie?
– Tak. Ty sam jeszcze nie potrafisz przenieść się do początków, ale my już to potrafimy. Wezmę cię ze sobą.
Bartek rozmawiał z Ministrem o dotacji na nową chatę w skansenie łużyckim w Wicinie.
Sławek właśnie rozjechał drezyną urzędnika sprzedającego nieruchomości PKP.
Śnieżnowłosa zaplotła warkocz.
– Wiadukt to tunel czasoprzestrzenny, a szerszy nasyp – pas startowy?
– Tak. Ja mogę go otworzyć, z mojej strony, wy nie.
– Tam w lesie, nasyp, to też ślad po wizycie wehikułu?
– Wy nie widzicie transformacji, czasem tylko taki ślad, niczym cień…
Michał dał Promotorowi zredagowany przez siebie Rocznik Muzeum Czasów.
Miało być słońce, a znów padał śnieg. Bartek tkwił z nosem w żwirze. Kopał. Obok siebie położył szary, pożyłkowany kamień, oblepiony błotem. Podszedł Zbyszek, wziął kamień do ręki.