Klątwa, czyli…

Marek Włodarczak

Jak doszło do autodestrukcji wymiaru sprawiedliwości w Baratarii

Dopóki sprawiedliwość w Baratarii była rozumiana jako zgodność z przepisami prawa, a jedynymi narzędziami dochodzenia sprawiedliwości, były kodeksy i organa wymiaru sprawiedliwości, wszystko jakoś było, kulawo bo kulawo, ale szło. Wyroki często skandalicznie mijały się ze zdrowym rozsądkiem, ale statystycznie było to do przyjęcia.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że sprawiedliwy wyrok to taki, z którym zgadzają się obie strony konfliktu, a jako narzędzi można używać wszystkiego, byle zgodnie z prawem. Najważniejsza jest sprawiedliwość. Początkowo wszyscy byli zachwyceni, do dziś krążą opowieści o tym, jak Salomon wydał sprawiedliwy wyrok przy użyciu miecza, o tym jak rozstrzygał spory Sancho Pansa w Baratarii, czy o słynnym Kredowym Kole opisanym przez Bertolda Brechta.

Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Pozwolę sobie oddać głos rozmówcy, który prosił o anonimowość. Opowieść prezesa.

Byłem prezesem T F-K, gdy wszczęto wobec mnie śledztwo w sprawie fałszerstwa, jakiego się dopuściłem przy zwalnianiu dyscyplinarnym sekretarki TF-K. Fałszerstwo miało polegać na tym, że wypisałem zwolnienie niebieskim długopisem, a datę wpisałem czarnym cienkopisem. Zostałem przesłuchany przez policję, urząd pracy wstrzymał mi dotację, a ZUS za pośrednictwem komornika zabrał pieniądze przeznaczone na budowę kajaka. Po wnikliwym śledztwie prokuratura Baratarii umorzyła śledztwo ze względu na brak znamion przestępstwa. Zarówno ja jak i sekretarka uważaliśmy to za sprawiedliwe, tylko kajak szlag trafił. Poszedłem do prokuratury z pytaniem, czemu zajmują się takimi sprawami? Odpowiedzieli, że muszą wszczynać postępowanie przy każdym zgłoszeniu.

Indiańskie przysłowie mówi, usiądź na brzegu rzeki, a trup twojego wroga sam do ciebie przypłynie. Chyba dwa lata później znów prowadzono wobec mnie śledztwo, w związku którym dostałem pismo z prokuratury. Pismo to wypisane było niebieskim długopisem, a data została wpisana czarnym cienkopisem. Jako prawy obywatel złożyłem do prokuratury Baratarii zawiadomienie o popełnionym wykroczeniu. Na podstawie art. 305 & 1 kpk, art. 325 a kpk prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia w tej sprawie z powodu niezaistnienia przestępstwa. Na zasadzie art. 325 e & 1 kpk odstąpiono od sporządzenia uzasadnienia. Mimo że decyzję uważałem za słuszną, złożyłem na nią zażalenie, a w uzasadnieniu napisałem: „Aby sprawiedliwości stało się zadość proponuję, by prokuratura Baratarii dobrowolnie poddała się karze grzywny w trybie z art. 335.  Z przeznaczeniem na budowę kajaka. „Bardzo krzyczeli, jak to pismo składałem w prokuraturze. Oczywiście pieniędzy nie dostałem, za to dostałem osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata w sprawie, która powinna skończyć się grzywną. Wtedy zwróciłem się o pomoc do moich znajomych, a oni wystosowali pismo do Sądu Najwyższego Baratarii. „My dziwki, złodzieje i pijacy oświadczamy, że wyrok w sprawie (tu sygnatura sprawy) obraża nasze poczucie sprawiedliwości”. Sąd Najwyższy podzielił opinie moich znajomych i po podkreśleniu na czerwono „My dziwki złodzieje i pijacy” odesłał pismo do mnie. Początkowo myślałem, że to jakiś żart, dziś przyglądając się temu, co się dzieje z organami wymiaru sprawiedliwości Baratarii, uważam, że to była klątwa. Klątwa, którą Sąd Najwyższy Baratarii w imię sprawiedliwości rzucił na pozostałe organa, a niewykluczone, że i na siebie. Narastający chaos pogłębiają jeszcze reformy. Nikt nie wie, co z tym zrobić, obawiam się, że skończy się to całkowitą autodestrukcją wymiaru sprawiedliwości Baratarii.

I pomyśleć, że poszło o głupi kajak.


PS po tygodniu:

Mam wrażenie, że od czasu opublikowania „Klątwy” jej działanie się wzmogło. Mało tego, w związku z angażowaniem się UE w konflikt w wymiarze sprawiedliwości, pojawia się groźba zainfekowania wirusem „Barataria” całej Europy.

Tokarczuk a mandat

Kolejny wpis na temat Olgi Tokarczuk

Marek Włodarczak

Inspiracje literackie

Oldze Tokarczuk zawdzięczam trzy inspiracje i jeden mandat. By o tym opowiedzieć muszę na wstępie opisać szyk marszowy pochodu cywilizacyjnego. Pozwolę sobie sięgnąć do doświadczeń z wojska, gdzie ćwiczyliśmy przemarsz w warunkach bojowych. Pierwsi szli zwiadowcy, za nimi awangarda gotowa do spotkania z wrogiem, dalej główna kolumna, a za nią straż tylna, wyłapująca dezerterów.

Chyba każdy się zgodzi, że rolę zwiadu w pochodzie cywilizacyjnym pełni nauka, a w szczególności fizyka. Straż przednią formują wynalazcy i inżynierowie, którzy odkrycia nauki przekuwają na wynalazki służące dobru ludzkości. Dalej z większym, a częściej mniejszym, zapałem kroczy główna kolumna czyli lud pracująco-konsumujący, bez którego to wszystko nie miałoby sensu. Na końcu idą psychiatrzy, wyłapujący dezerterów, którzy próbują ich zawrócić na drogę pracy i konsumpcji.

Markietanki

Napoleon zauważył, że częstym powodem dezercji były dziewczyny pozostawione w rodzinnej wsi. Włączając do kampanii wojennej markietanki, znacznie zredukował ilość dezercji, a i bitność wojska wzrosła. No tak, markietanki dając żołnierzom namiastkę miłości, skutecznie ich odwodziły od myśli o dezercji. W czasie przemarszu z oczywistych powodów markietanki szły między główną kolumną a strażą tylną.

Pod hasłem „Wystarczy pomyśleć, że jest dobrze i już jest dobrze” w Kłodzku odbywało się spotkanie z Olgą Tokarczuk, poświęcone książce Moment niedźwiedzia. Pomyślałem wtedy, że sztuka, dając nam namiastkę czegoś nieokreślonego, za czym tęsknimy, chroni nas przed szaleństwem i niczym te markietanki ogranicza dezercje, a przy okazji w poniedziałek po sobotnim koncercie mamy większy zapał do pracy. Słusznym zatem się wydaje umieścić sztukę między ludem pracującym a oddziałem psychiatrów.

Bieguni

Opis pochodu cywilizacyjnego wydawał mi się coraz bardzo sensowny, ale miałem kłopot z umiejscowieniem religii. Kiedyś będąc u Heni, Królowej Madagaskaru, wziąłem do ręki książkę Bieguni. Pytam o czym jest ta książka? A Henia na to – o tobie. Przygotowując dysertację doktorską z teorii literatury, wpadłem na trop Biblii Cygańskiej. Cyganie zgubili swoją Biblię, rozsypała się po całym świecie, a oni odtąd wędrowali w jej poszukiwaniu. Zrezygnowałem z pisania doktoratu i rozpocząłem poszukiwania w miejscu, gdzie Cyganie je przerwali. Szybko okazało się, że Biblia Cygańska ma się do Biblii tak jak fizyka doświadczalna do fizyki teoretycznej. Fizyka teoretyczna dodaje skrzydeł doświadczalnej, a doświadczalna niczym Dedal pilnuje, by teoretyczna nie leciała ani za wysoko, ani za nisko. Na okładce Biegunów znalazłem taką notatkę. Bieguni – odłam starowierców… Uważali, że zło ma największą moc, gdy człowiek stanie w miejscu. Jedynym sposobem ratunku przed złem jest podróż, ruch.

Z moich peregrynacji wyłania się trochę inny obraz. A w nim dwa sposoby czynienia ziemi sobie poddaną: właściwy i niewłaściwy. Ten niewłaściwy proponuję nazwać za tłumaczami Biblii Poznańskiej „ujarzmianiem ziemi”. Jakie niesie to z sobą skutki i ile zła, my, współcześni, coraz lepiej sobie uświadamiamy. Ujarzmianie związane jest z życiem osiadłym, a wręcz zmusza do osiadłego życia. Ruchliwość związana z transportem nie ma tu nic do rzeczy. Tylko piesza wędrówka sprzyja właściwemu czynieniu ziemi sobie poddaną. Zło, które nierozłącznie towarzyszy ujarzmianiu, stało się kamieniem węgielnym religii, etyki, w końcu państwa z jego organami wymiaru sprawiedliwości. Gdy Bóg nie przyjął od Kaina ofiary, ten się zachmurzył. Wtedy Bóg mówi: Dobrze czynił będziesz (ziemię sobie poddaną) nie będziesz wywyższon, źle czynił będziesz, grzech stoi u twoich drzwi, ty nad nim panować będziesz. (I wtedy będę wywyższon?- pyta Kain. A Bóg: Wtedy będziesz.) ( W nawiasach moje uzupełnienia.)

Między Taborem a Golgotą

W czasie swojego występu na Festiwalu Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku artyści Łodzi Kaliskiej czytali teksty różnych intelektualistów. W jednym z nich autor zastanawiał się, jak to się stało, że cywilizacja europejska zdominowała wszystkie inne, choć np. chińska czy japońska były bardziej rozwinięte i przygotowane do sprawowania hegemonii. Prawdopodobnie miało to związek z chrześcijaństwem.

Czytając Księgi Jakubowe zastosowałem trik wzięty z fizyki. Fizycy w pewnych okolicznościach stosują rachunek zaburzeń. Dodają do prostych zagadnień, których rozwiązanie znają, małe zaburzenie, a po przybliżonym rozwiązaniu, redukują zaburzenie do zera, co pozwala skorygować rozwiązanie początkowe.

Pozwoliłem sobie na lekturę Ksiąg Jakubowych tak, jakbym czytał piątą ewangelię. Wprowadzając małe zaburzenie nabierałem dystansu do pozostałych i wtedy pojawiła się taka myśl: Słowa „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” nie mogły paść z ust syna Bożego. Przecież Bóg nikogo by nie opuścił, nawet Antychrysta. Takie słowa mogły paść tylko z ust Antychrysta, który opuściwszy Boga, zwala na niego winę. Bardzo kusząca i niebezpieczna hipoteza i trudno było mi sobie z nią poradzić.

Szczęśliwie się złożyło, że krótko po tym Ewa Maria opublikowała na swoim blogu mój tekst pt. Historia Świata według EKSK. Zarówno ona jak i komentujący sugerowali, że Tabor Regresywny (co było wówczas wciąż jeszcze moim pseudonimem peregrynacyjno-artystycznym) nawiązuje do transfiguracji Jezusa na górze Tabor. I od razu pojawiło się pytanie – jaka transfiguracja, po co?
Myśl wydawała się niemożliwa, ale… Czyżby Chrystus dokonał przemiany w Antychrysta, a w ostatnim tchnieniu chciał nas o tym poinformować? Może dlatego mówi do kobiet „Nie płaczcie nade mną, płaczcie raczej nad sobą i nad swoimi dziećmi, bo nadchodzą dni, kiedy będą mówić: Szczęśliwe niepłodne, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”.
Wystarczy, dalej nawet nie mogę pisać.
Umarł za nasze grzechy, a więc można podbijać, zniewalać oszukiwać, wyrzynać, kosić, betonować i asfaltować, ignorować zmiany klimatyczne, a jak by co, to przyjdzie i nas zbawi. Nie przyjdzie, bo obstawiliśmy się krzyżami, a On mdleje na widok krzyża. Taki uraz psychiczny po przygodzie w Jerozolimie.

Mandat karny

Gdy o trzeciej w nocy, przechodząc przez dwupasmowe skrzyżowanie na czerwonych światłach, zobaczyłem patrol policyjny, na moment się zawahałem. Wtedy przypomniało mi się spotkanie autorskie z Olgą, która poruszyła problem przechodzenia na czerwonym świetle, gdy ulica jest pusta. Podzielając zdanie pisarki, stanąłem przed dylematem, a co jeśli w pobliżu jest patrol policyjny? Przecież nie będę zmieniał przekonań ze względu na patrol. Gdy ruszyłem przez drugi pas, policjanci nie wytrzymali. Wypisując mi mandat, dziwili się dlaczego szedłem dalej, mimo że ich widziałem? Zacząłem się zastanawiać, co Olga zrobiłaby na moim miejscu? Czy pisarz przekraczający granice wyobraźni narracyjnej, powinien również przekraczać granice życia. Wydaje mi się, że nie, że to by ograniczało jego wyobraźnię narracyjną, zafundowałby sobie autocenzurę, ukrócił wodze fantazji. Pisarz niczym przemytnik doprowadza do granicy, ale sam jej nie przekracza. Co byśmy zrobili bez przemytników?

Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, ciąg dalszy

Przed zapoznaniem się z treścią i przesłaniem tego wpisu, warto sięgnąć do odcinka poprzedniego: TU

Wizja: Marek Włodarczak

reżyseria i scenariusz: Marek
w roli głównej: Marek
ponadto: Aguula Marzycielka / Ewa / Bosman / kot Bosman / Syrena
produkcja, kamera, montaż, postprodukcja: Aga
muzyka: internetowi producenci dźwięków
czas akcji: lato 2019
miejsce: Wdzydzki Kąt
łodzie: Marek
kraj i rok produkcji: Polska 2019
długość: 3:50
dźwięk: oryginalny, podpisy

tytuł:


A tu jeszcze komentarz wizjonera, który w pewnych kręgach ma ksywkę Innowacja:

Na Ziemi nie ma już Wysp Szczęśliwych, ale są w Kosmosie, miliony albo i więcej zielonych planet, nie tkniętych ludzką stopą i niedostępnych dla kolonizatorów, czekają na pierwszych absolwentów kursu, jak nie czynić Ziemi sobie poddaną. No to, na co czekamy? Przystąpmy do egzaminu i w drogę.

Każdy, kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem

EMS: Może zresztą nie każdy, ale Autor tego tekstu na pewno nim jest… Tekst znakomicie pasujący do dzisiejszego święta

Marek Włodarczak

MARS I WENUS

Marsjanie byli wybitnymi myśliwymi i doskonałymi tropicielami śladów – znaków – świadczących o tym, co się wydarzyło. A Wenusjanki były wieszczkami, ze znaków na niebie i ziemi przewidywały przyszłość. Nazywały te znaki komunikatami. Nic zatem dziwnego, że świat widziany przez Marsjan był odmienny od Wenusjańskiego świata komunikatów. Na Marsie wyroki zawsze były sprawiedliwe, bo zgodne z prawem, a jak się komuś prawo nie podobało, to siedział, diagnozy lekarskie zawsze były trafne, choć nie wszyscy pacjenci przyjmowali to do wiadomości i chorowali dalej, a szkoły były wyłącznie zielone. Na Wenus szkół nie było, bo po co, skoro wiedza tajemna była wrodzona, nie było też wymiaru sprawiedliwosci, były wyrocznie przewidujące skutki czynów niegodnych, zamiast do lekarza szło się do wyroczni, a że droga była daleka, wychodziło to tylko na zdrowie. Świetnie rozwijały się poezja, malarstwo i muzyka. Nie, religii nie było, choć roiło się od bogów, bogiń i różnych dobrych duszków. Jak nietrudno się domyślić, w końcu doszło do spotkania Marsjan z Wenusjankami, do zderzenia dwóch sposobów patrzenia na świat i porozumiewania się w nim. Od razu rozgorzał spór o wyższości śladów nad komunikatami. Świat był na krawędzi wojny, na szczęście Wenusjanki miały coś, czego Marsjanie bardzo pożądali. Strony podjęły negocjacje, ale te nic nie dały, a wręcz zaogniły sytuację. W końcu ustalono, że przedstawiciele obu stron pozostaną na Ziemi i będą kontynuować rozmowy w małych dwuosobowych zespołach. Z tej okazji urządzone zostało wielkie wesele, po czym strony rozjechały się, pozostawiając negocjatorów samych sobie. Historia tych negocjacji opisana jest w licznych dziełach filozoficznych, teologicznych i z zakresu teorii sztuki. Te bezowocne negocjacje trwałyby do dziś, gdyby nie pewne wydarzenie w sklepie samoobsługowym…

Tekst jest niedokończony.

To nieskończenie jest celowe.

Barataria. Odjazd

Marek Włodarczak

W lipcu 2019 roku trójka uczestników Civil March for Aleppo spotkała się w marinie Wdzydzki Kąt, skąd podjęła próbę Ewakuacji na Wyspy Szczęśliwe. Na miejscu do ekipy dołączyła kamerzystka / reżyserka filmowa oraz dziecko.

Próba przebiegła dobrze, ale wyszły na jaw niedostatki w wyszkoleniu żeglarskim. Okazało się, że nie potrafimy żeglować na mocno przeciekających łodziach i przy przeciwnych wiatrach. Pływanie na sprawnym jachcie „Odyseusz” wychodziło nam dobrze, tylko że jachty tego typu służą do zasłużonego wypoczynku po pracy, a nie do ucieczki przed skutkami pracy*.
Takie jachty w razie Ewakuacji zostaną zajęte przez polityków, biznesmenów i innych gangsterów, a nam pozostaną dziurawe łodzie o starych podartych żaglach, często bez steru. Trzeba również liczyć się z tym, że biednemu zawsze wiatr wieje w oczy.
Myślę, że dobrze byłoby zorganizować kurs żeglowania na orp Szefowej. Orp Szefowa spełnia wszystkie warunki łodzi nie nadającej się do normalnego żeglowania, ale jako „dar hasioka” świetnie nadaje się do ćwiczenia ewakuacji w każdych warunkach.

*Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk , pracy jego umysłu, dążeń jego woli. Człowiek coraz bardziej żyje w lęku, że jego wytwory, mogą stać się środkami i narzędziami jakiegoś wręcz niewyobrażalnego samozniszczenia, wobec którego wszystkie znane nam w dziejach kataklizmy i katastrofy zdają się blednąć. Napisał Jan Paweł II w Encyklice Fides et ratio 21 lat temu. „ Świat znalazł się w stanie głębokiego globalnego kryzysu. Ten złożony wielowymiarowy kryzys ogarnął wszystkie aspekty naszego życia – zdrowie i warunki życia, jakość środowiska i stosunki społeczne, gospodarkę, technologię i politykę. Skala i ostrość tego kryzysu nie mają precedensu w dziejach ludzkości,  napisał Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny 37 lat temu. Oświecenie – rozumiane jako postęp myśli – zawsze dążyło do tego, by uwolnić człowieka od strachu i uczynić go panem. Lecz oto w pełni oświecenia ziemia stoi pod znakiem tryumfującego nieszczęścia. Napisali Adorno i Hockhaimer w pracy Dialektyka Oświecenia 72 lata temu.

Jedna z łodzi, jakie pozostaną nam zwykłym ludziom do dyspozycji, jeśli trzeba się będzie ewakuować. Odyseusz, którym autor pisze w tekście, i jego bracia i siostry w żaglach, zostaną zajęte przez pięknych, młodych, zdrowych i bogatych.

Barataria. Wyspy Szczęśliwe. Wiersze (28)

Wyjeżdżam na Wyspy Szczęśliwe, choć  autor, który mnie tam zaprosił, ogłosił w międzyczasie, że Wysp już nie ma. Zobaczymy jednak. Na pewno jednak Barbie umarła, tak jak umarły Urszulka i lalka Lola, mieszkanki Wysp Szczęśliwych.

Tabor Regresywny

W związku z kolejną odsłoną Apokalipsy, Tabor Regresywny pod kierunkiem Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego, autora “Historii seksu”, organizuje ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Ewakuacja ograniczona do Kobiet i Dzieci. Dla mężczyzn przygotowaliśmy kurs: “Jak być kobietą”.

Jednym z mieszkańców Wysp jest…
…Kot Wdzydzki, endemiczny, niegroźny, tylko jak sobie wypije to lepiej mu schodzić z drogi.

Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie, na Wyspy i na spotkanie z kotem. Przyjęłam.

Niestety po kilku dniach od tej pięknej zapowiedzi i zaproszenia, ukazał się kolejny wpis na FB…

Piecyk do kawy typu Dar Hasioka, model Wdzycki Kąt (patrz zdjęcie poniżej). A Wysp Szczęśliwych już nie ma. Były, ale zostały wykupione przez koncerny turystyczne. Pobudowali tam hotele i baseny, zatrudniają miejscowych, by w regionalnych strojach udawali, że są szczęśliwi. Prawdopodobnie w Kosmosie są Wyspy Szczęśliwe. Pytanie jak się tam dostać, jednocześnie wystawiając do wiatru koncerny turystyczne wszelkiej maści?

A tu jeszcze pierwotna wersja piecyka do kawy.

Kiedyś w Berlinie autor pojawił się z piecykiem, który składał się z kubka i ogniska nieconego z roślin przydrożnych. Ta wersja (chyba) nie doczekała się zdjęcia.


PS od Adminki. On już TU był.

PS z Wikipedii i innych źródeł: Wyspy Szczęśliwe (gr. Μακάριοι Νήσοι Makárioi Nḗsoi) – w mitologii greckiej część Hadesu – miejsce, dokąd (według niektórych wierzeń) mieli się udawać cnotliwi zmarli, by tam zaznawać wiekuistego spokoju. W XVI wieku często utożsamiano je z Wyspami Kanaryjskimi.

PS z jednym wierszem i zdjęciem (Autor Jan Kochanowski, Foto EMS).

TREN X

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi sie podziała?
W którą stronę, w którąś sie krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez tęskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu moim?
Czy człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.


Lalka Lola,
kto ją wrzucił do śmietnika?
Wyrzucona, tak, ale jednak ktoś ją tu starannie ułożył.

Zdjęcia Autor, zdjęcia lalek – Adminka.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Barataria 66 reblog: Historia świata według EKSK

To jest taka opowiastka, która nie dość, że wyjaśnia powstanie posągów na Wyspie Wielkanocnej, ale jest przy okazji historią, która po prostu dzieje się w Baratarii. Dziwne, że Autor tego nie zauważył. Tę opowieść znalazłam na Facebooku, u człowieka, którego (chyba) nie znam osobiście, ale jest niewątpliwie odpowiednim znajomym odpowiednich znajomych i używa ksywy Tabor Regresywny. Nie wiem, o co chodzi, może o husytów, ale i tak przyznaję, że invidia mnie zalewa na myśl o tym, iż można było wymyślić sobie taki super pseudonim facebookowy. Aha, Autor twierdzi, że napisał historię seksu, a mnie się wydaje, że jest to jednak historia świata. Tak jak się ją rozumie w Baratarii 🙂

Mam wrażenie, że z rozwiązywaniem problemów jest jak z wybieraniem jaj z kurnika. Im więcej jaj wybieramy, tym więcej kury niosą. Spróbujmy łączyć problemy w większe grupy, może same się rozwiążą. Np. mam taki problem. Napisałem historię seksu i wstydzę się ją opublikować. Spróbuję ją połączyć z innym moim problemem. Od niedawna jestem emerytem – mam z tym problem. Gdy łączę ten z poprzednim problemem, robi się jeszcze większy problem. No to dołóżmy jeszcze jeden problem. Kiedyś zostałem mianowany Komandorem i po trzech dniach zdegradowany. Nie ważne , że chodziło o spływ kajakowy. Nie chcę być Komandorem zdegradowanym. Jak połączyć te trzy problemy wychodzi „Historia seksu wg emerytowanego komandora spływu kajakowego.” No i nie ma żadnego problemu. Działa?

No to raz kozie śmierć.

Historia seksu wg EKSK

Rozdział I.
Bóg stwarzając mężczyzn dał im orgazm, ale nie dał im wzwodu. Siłą rzeczy kobiety musiały opanować sztukę dzieworództwa. Cieszyły się dzięki temu niebywałym autorytetem i nieziemską urodą. Dzieci rodziły się ze śmiechem wyskakując niczym korek z butelki szampana. Ojcostwo ustalano w ten sposób, że ojcem zostawał ten, kto złapał takie dziecko w locie. Otrzymywał za to tytuł pomocy kuchennej i prawo do obierania ziemniaków, krojenia cebuli i ucierania marchewki. Niestety, kierowani ambicją mężczyźni wyprosili u Boga wzwód. Bóg postawił dwa warunki. Po pierwsze koniec włóczenia się po lasach, bierzecie się do pracy, po drugie coś wam zabiorę. Bierz, co chcesz, tylko daj nam wzwód – prosili. I Bóg dał im wzwód, a zabrał orgazm.

Rozdział II
Na drugi dzień mężczyźni wzięli się do pracy, po pracy dostali wzwód, pobiegli do kobiet się pochwalić, po czym oświadczyli, że teraz oni będą rządzić. Zajęli pierwsze miejsca przy ognisku i zaczęli rozmawiać o polityce, czyli kłócić się, kto ma dłuższego, szybszego i bardziej błyszczącego. Dziś ten spór nazywamy wyścigiem zbrojeń. Brak orgazmu kompensowali budując piramidy, stawiając posągi na wyspie Wielkanocnej, wznosząc łuki triumfalne i inne kolumny. Budowle te zostały niespodziewanie zaniechane, bo ktoś odkrył sztuczny sposób wywoływania orgazmu. Znalazło to smutne odbicie w architekturze bo przerzucili się na budowę lepianek ziemianek i szałasów. W tym czasie również zaczęło się zastępowanie wiary religią, sprawiedliwości zgodnością z przepisami prawa, mądrości inteligencją a radości życia różnymi uciechami. Aha, zaczęli też oglądać się za kobietami.

Rozdział III i ostatni.
Początkowo kobiety kpiły sobie z mężczyzn, ale życie pod męskimi rządami stawało się coraz bardziej nieznośne. Dzieci przestały się rodzić. W końcu kobiety zwołały Kongres, na którym, po demokratycznym głosowaniu, wybrały mniejsze zło. Uchwaliły, że trzeba poświęcić dziewictwo i w ten sposób wziąć władze w swoje ręce. By mężczyźni się nie zorientowali, pozostawiły im te śmieszne tytuły, którymi kazali się tytułować, te nikomu nie potrzebne stanowiska, na których się osadzili, a nawet pensje, które sobie przyznali, a i tak trafiały potem do kobiet. I wszystko wróciło by do normy, gdyby nie to, że po wypróbowaniu kilku systemów politycznych, mężczyźni wybrali demokracje parlamentarną jako najmniejsze zło. I tak wybierając, co cztery lata, mniejsze zło, wchodzimy w coraz większe g. bagno, a powinniśmy wychodzić. No i mamy, sztuczny wzwód, sztuczny orgazm do próbówki, i tylko czasami tak się zastanawiam – Czy my przypadkiem nie zamieniliśmy siekierki na kijek?