GrGrGo

Lech Milewski

Graham Greene w Goslar

Na początku kwietnia 1950 roku w angielskiej prasie ukazała się informacja o pobycie Grahama Greene w hotelu Klause w Goslar, w górach Harzu, blisko granicy między zachodnimi i wschodnimi Niemcami. Informacji towarzyszyły domysły, że pisarz pewnie zbiera tu materiał do kolejnej powieści sensacyjnej rozgrywającej się w zimnowojennym klimacie.

799px-Goslar_Panorama
Ta poprzednia powieść to oczywiście The Third Man, której akcja rozgrywała się w podzielonym na cztery strefy okupacyjne Wiedniu.
Swoją drogą to zastanawiające, że wszyscy dokładnie wiedzą o podziale, a jeszcze bardziej o połączeniu, Niemiec a prawie nikt nie pamięta, że Austria, i osobno Wiedeń, była również podzielona na strefy okupacyjne i to w pewnym sensie dłużej niż Niemcy. Dwa państwa niemieckie zostały utworzone już w 1949 roku zaś neutralna Austria, na szczęście tylko jedna, dopiero w roku 1955.

Spekulacje angielskich gazet były słuszne. Film The Third Man wyprodukowany na podstawie książki Grahama Greena osiągnął wielki sukces i producent Alexander Korda oraz reżyser Carol Reed postanowili iść za ciosem. Żeby zachęcić pisarza Carol Reed wspominał mu, że sama Greta Garbo wyraziła zainteresowanie rolą w takim filmie.

Góry Harzu wydawały się idealnym miejscem na mistyczną i dwuznaczną sensacyjną opowieść. Granica między brytyjską i sowiecką strefą okupacyjną przebiegała u podnóża legendarnego szczytu Brocken, miejsca corocznego wiosennego (30 kwietnia) sabatu czarownic – Nocy Walpurgii  – uwiecznionej w Fauście Goethego.
Tu znowu dygresja. Imię Walpurgia kojarzyło mi się z jakąś rozpasaną germańską Babą Jagą, tymczasem okazuje się, że była to pobożna angielska mniszka – KLIK – która przybyła do królestwa Franków nawracać pogan. Natomiast pogańskie pochodzenia Nocy Walpurgii jest oczywiste – wiosenne święto ognia, zwierciadlane odbicie jesiennego Halloween, który celebrowany jest dokładnie 6 miesięcy później.
Dodatkowym istotnym elementem były informacje o złożach uranu odkrytych w pobliżu miejscowości Eisleben, co podnosiło rangę działania angielskiego wywiadu. Proszę zresztą zajrzeć tutaj – KLIK – żeby przekonać się jak poważna była to wtedy sprawa. Na szczęście dla historycznego miasta (miejsce urodzin Marcina Lutra) oczekiwania były mocno przesadzone, złoża były tak ubogie, że nie nadawały się do eksploatacji.

Efektem wizyty Graham Greena w Goslar było “film treatment” pod tytułem No Man’s Land. Termin “film treatment” nie ma dokładnego odpowiednika w innych językach. Wikipedia wyjaśnia – KLIK – że jest to coś pośredniego między katalogiem scen a scenariuszem. Nie jestem znawcą kulis kinematografii i według mnie No Man’s Land to krótka powieść nie sugerująca w żaden sposób filmowych aspiracji, raczej przeciwnie – książka zawiera wiele refleksji niemożliwych do wizualnej prezentacji.

Projekt zakończył się niepowodzeniem – filmu nie wyprodukowano, książke wydano dopiero w 2004 roku czyli 13 lat po śmierci autora.

Moje osobiste wrażenie – to na pewno jest Graham Greene – pracownicy wywiadu, dwuznaczność moralna, zdrada, uczucia religijne. Jednak przeżyłem rozczarowanie – to nie był Graham Greene, który w innych książkach obdarowywał mnie tyloma silnymi i sprzecznymi emocjami.

Recenzenci książki tłumaczą to rozwijającym się w tym okresie romansem żonatego Grahama Greena z, również zamężną, Catherine Walston. Podczas pobytu w Goslar Greene przeżywał poważne rozterki. Z jednej strony, w swoich listach do Catherine, snuł plany małżeństwa i szczęśłiwej przyszłości. Z drugiej, otrzymywał informacje, że Catherine spotyka się z jakimś angielskim oficerem, a ona sama pisała mu jakie dywany i zasłony kupuje do nowej rezydencji swojego męża.
W listach do Carola Reeda i do Catherine Walston Greene wielokrotnie wspomina o zmęczeniu. To zmęczenie widać w powieści bardzo wyraźnie. Sceny romansu między głównymi bohaterami powieści – Brownem i Clarą – wydają się być pisane jakoś pospiesznie, czasem zakrawają na parodię, można odnieść wrażenie, że autor nie miał do nich cierpliwości, jakby chciał, żeby to wszystko jak najszybciej pomyślnie się zakończyło.

Jak widać plany filmowe zakończyły się wprawdzie szybko, ale całkiem niepomyślnie. Co innego osiągnięcia literackie – wydana dwa lata później powieść The End of Affair inspirowana tym samym romansem osiągnęła spory sukces i doczekała się dwóch adaptacji fimowych – KLIK.

Wracając do No Man’s Land
Po pierwsze znalazłem w tej książce typowy dla Greena lekko ironiczny dystans do bohaterów i okoliczności. Informacje o znaczeniu militarnym uranu w Górach Harzu Greene kwituje komentarzem, że obie strony są gotowe spalić ludzkość w nuklearnym piecu.
Po drugie – przewrotność – największy wróg, oficer KGB Starhov, to najbardziej sympatyczna postać powieści. Jego nazwisko to mutacja nazwiska Stachov z powieści Turgieniewa – W przededniu. Odwołania do Turgieniewa są zresztą bardzo częste. Dominuje w nich to, co Greenowi najbardziej było potrzebne – spokój.
Po trzecie – nurt religijny, oczywiście katolicki. Tu znowu rozczarowanie – cudowna grota maryjna w Ilsenhoff jest wyłącznie miejscem gwałtownych akcji, nie posiada żadnego mistycznego czy religijnego wymiaru. Również rozczarował mnie zignorowanie sąsiedztwa nawiedzanej przez czarownice góry Brocken.
Po czwarte – topografia. Akcja powieści rozgrywa się na niewielkim terenie między resortem wypoczynkowym Bad Harzburg, w którym stacjonują wojska brytyjskie, wioską Hoffengeise i stacją kolejową Walkenried. Jak wspomniałem wcześniej cudowna grota znajduje się w Ilsenhoff. Nie znalazłem takiej miejscowości na mapie, podejrzewam że inspiracją do tej nazwy była miejscowość Ilsenburg, w której jednak nie ma i nie było żadnej cudownej groty.

640px-GoslarInnenstadtCzemuż więc czytelnicy tego blogu zawdzięczają tak rozczarowujący wpis? Podczas mojej lektury No Man’s Land ukazał się na tym blogu wpis Ach jak przyjemnieKLIK – w którym autorka wspomina o górach Harzu i Goslar po czym… zmienia temat. Uznałem to za przewrotność godną Grahama Greenea i postanowiłem odpłacić pięknym za nadobne.

PS. No już dobrze, dobrze, za tydzień w tym samym miejscu i o tej samej porze  moja opowieść o Goslar i okolicach. Groty Maryjnej nigdy nie widziałam, chyba GrGr sobie wymyślił.

Pirat i jego kapitan 2

Lech Milewski

Kapitan

Źródło zdjęcia – abc.net.au – program festiwalu Antenna.

Starszy mężczyzna ma oczy zasłonięte grubym zwojem bandaży. Niepewnie stąpa po wąskich, krętych korytarzach. Idący za nim osobnik kieruje go w stronę metalowych schodów, takich jak na statku. Potem jeszcze kilka kroków i wchodzą do pomieszczenia wyglądającego jak gabinet lekarski. Pomagają mężczyźnie usiąść na krześle. Nagle rozlega się strzał z broni palnej.

Powyższa scena to początek filmu The Captain and his Pirate, o którym pisałem 2 tygodnie temu TUTAJ – KLIK.

Film jest refleksją na temat porwania i przetrzymywania przez piratów niemieckego statku przez 121 dni. Reżyser filmu – Andy Wollf – prezentuje dość szokującą tezę – dowódca piratów był jedyną osobą doceniajacą wysiłki kapitana zmierzające do uratowania załogi – armator całkowicie je lekceważył a załoga traciła zaufanie do kapitana.

Uważam film za dobrze zrobiony i przekonujący. Tytułowy pirat jest inteligentny, dowcipny i potwierdza tezę autora. Zachęciło mnie to do przeczytania książki autorstwa kapitana Krzysztofa Kotiuka – Hansa Stavanger – KLIK.

Książka relacjonuje dokładnie, dzień po dniu, przebieg wydarzeń. Większość książki stanowią kopie korespondencji między statkiem i kompanią. Prócz tego książka zawiera relacje żony kapitana oraz jej korespondencję z mężem, z armatorem i wreszcie z redaktorem Spiegla i niemieckimi politykami. Jest to bardzo surowa lecz pasjonująca lektura. Niestety obraz jaki się z niej wyłania nie zawiera inteligencji, dowcipu ani polotu. Wręcz przeciwnie.

Zaczęło się to tak:
“Sobota, 04.04.09
Piękny, słoneczny poranek. Półtora dnia do Mombasy. Wszyscy cieszą się zaplanowanym na dziś grillem. Mały prosiaczek już zamarynowany przez Filipińczyków czeka na rozpoczęcie grillowania.
Siedzę w kabinie przygotowuję ostatnie miesięczne rozliczenie do wysłania z Mombasy pocztą do Kompanii.
– Panie kapitanie, proszę szybko na mostek – krzyczy do słuchawki telefonicznej wachtowy, trzeci oficer – speedboat przybliża się z dużą szybkością z SW, naszego kontrkursu…
Nakazałem natychmiast zmienić kurs na przeciwny. Błyskawicznie zerwałem się z miejsca i na mostek. Zdążyłem tylko zdjąć mój kapitański sygnet i obrączkę i wcisnąłem je w ziemię w doniczce z kwiatkiem w salonie.”

Uwaga: wszystkie cytaty w tym wpisie pochodzą z książki Krzysztofa Kotiuka – Hansa Stavanger.

Następuje dramatyczna ucieczka i pościg. Statek jest w ciągłej łączności z Anty Piracy Centre w Dubaju skąd otrzymuje techniczne wskazówki jak wymanewrować piratów. Kapitan uprzedza te wskazówki i po mistrzowsku prowadzi statek.
Jednak już tego samego dnia, w deszczowym Monachium, żona kapitana otrzymuje wiadomość:
“Heute Morgen ist der Hansa Stavanger von Piraten gekapert. Verbindung mit Schiff ist abgebrochen, mehr wissen wir nicht.”

Załoga statku spędziła ponad 6 godzin na gaszeniu pożarów wznieconych przez piracke rakiety. Nocleg na gołych deskach pokładu.
Następnego dnia w polu widzenia pojawia się niemiecka fregata Karlsruhe. Za późno i za blisko. Piraci wymierzają karabiny maszynowe w załogę – zatrzymaj ich – polecają kapitanowi. Fregata odpływa na bezpieczną odległość.

Tego samego dnia w Monachium, żonę kapitana odwiedzają przedstawiciele policji – BKA – BundesKriminalAmt. Informują, że pertraktacje mogą potrwać 4 do 8 tygodni, taki jest standard w podobnych przypadkach.

Standard – znaczy jesteśmy w cywilizowanym świecie. Napady pirackie u wybrzeży Somalii przybrały takie rozmiary, że uzasadnione stało się opracowanie odpowiednich procedur. To wprowadza równowagę. Armator wie w jaki sposób pertraktować z piratami, piraci wiedzą, że otrzymają jakieś pieniądze. Jedyni, którzy mogą mieć jakieś obawy i wątpliwości to zakładnicy. Poważne obawy i wątpliwości.

“Poniedziałek 7.04.09
… przyjechał największy zbój – główny negocjator. Zażądał 15 milionów. Pozwolił na rozmowę, więc rozmawiałem z kompanią. Będą robić wszystko, aby zapłacic kaucję.”

Piraci nakazują żeglugę w stronę wybrzeża Somalii. Mijają 3 dni bez żadnej wiadomości ze strony kompanii.

“Sobota (wielkanocna) 11.04.09
Po wielu próbach dodzwoniłem się również do negocjatora ze strony kompanii. Odpowiedział mi arogancko, że wie co robi. Na moje prośby o wysłanie jakiegokolwiek maila do piratów odpowiedział… że zbliżają się święta i wszystkie banki są zamknięte.”
Chyba nie miałem jednak racji pisząc wcześniej, że w książce brak jest dowcipu.

W wielkanocną niedzielę przychodzi faks z kompanii, który stawia sprawę jasno:
“..We ask that the crew does not become involved in making negotiations with the pirates: this should only be done by me on behalf of the Company, here in Germany.”

Tymczasem na statku…
“Poniedziałek 13.04.09
Piraci używają toalety bez spuszczania wody. Dwa razy dziennie de‐zynfekujemy toaletę, by utrzymać jakąkolwiek higienę. Najgorsze, że siły opuszczają załogę i już mam dwóch chorych. Ukraiński trzeci oficer, Sława. i spawacz pokładowy mają gorączkę. Początek grypy. Piraci także są chorzy. Boję się, żeby te brudasy nie przyniosły nam z lądu jakiegoś bakcyla.”

Tymczasem u żony kapitana…
“Dziś dotarł do mnie mail od Krzysztofa, który zawierał długo oczekiwany faks od armatora do załogi. Po przeczytaniu zesztywniałam. W treści faksu napisano, że armator troszczy się cały czas o rodziny, a oprócz tego wyznaczono wyraźnie godziny pod telefonem, w których są gotowi do rozmów z piratami. Tego już było za wiele. Po pierwsze, nikt z ramienia armatora się o nas nie troszczył, po drugie – w sytuacji porwania, gdy zakładnicy siedząpod bronią 24 godziny na dobę i czekają na pomoc–oni mają tylko dwie godziny na rozmowy i podjęcie kontaktu!
Chciałam od opiekunów z BKA telefony innych rodzin, spytano mnie:
– Chce Pani tego naprawdę, jest Pani to potrzebne?
Może myśleli, że wspólnie rozmawiając, będziemy rozpalać nasze emocje, a to nie było wskazane. Należało nas uspakajać i trzymać z dala od prasy, ponieważ – jak mówiono – nagłośnienie sprawy może szkodzić pertraktacjom. No cóż, musiałam to zaakceptować, bo przecież nie chciałam zaszkodzić pertraktacjom.”

“Środa 15.04.09
W dniu dzisiejszym piraci przechwycili pięć kolejnych statków. Niezły biznes. A ze strony kompanii dalej nic. Po kolacji zwykle zbiórka na mostku. Tym razem zarządzono, że wszyscy ze służby śpią na mostku. Oświadczono nam, że w przypadku ataku dostaniemy od nich broń i będziemy strzelać do napastników. Piraci będą z tyłu za naszymi plecami i też będą strzelać do atakujących, a w razie konieczności będą strzelać do nas. Panika wśród załogi, cała noc nieprzespana. Cały czas kontrola na radarze, czy nikomu nie przyjdzie do głowy jakiś oswabadzający manewr.
Informacja z BBC – mówią, że niemieckie wojska wylądowały w Kenii w Mombasie i szykują jakiś atak. Dokładnie nie wiadomo, co i kiedy?
Mój Boże, co oni znów wymyślili? Jeśli w ogóle chcą coś robić, niech robią to dyskretnie…”

“Czartek 16.04.09
O 10.15 zadzwonił Peter.
– Today will be lucky day…
Proponujemy 600 tysięcy USD – rzucił bezczelnie.
Abdi zaczął się śmiać i kazał mu napisać to i wysłać faksem. Peter powiedział, że nie może, porozmawia z kompanią i będzie dzwonił jutro.
I to była cała szczęśliwa wiadomość.”

W ciągu następnych 4 dni piraci dwukrotnie obniżają wysokość okupu, na 5 i 3 miliony dolarów. Kompania milczy.

21.04.09 – czyli 17 dni od chwili porwania rozgrywa się scena, od której rozpocząlem ten wpis. Tym razem nie w klinice neuro-psychiatrycznej, lecz na rozpalonym słońcem statku.

“- Kompania nie odpowiada, lekceważy nas, będziemy rozstrzeliwać każdego po kolei – rzucili.
Wszyscy zamarli w przerażeniu…
…Dwóch piratów podskoczyło do mnie, postawiło mnie na nogi, trzeci zdjął okulary i zakleił mi oczy taśmą. Poczułem, że dwóch piratów bierze mnie pod ręce i wyprowadza z mostku. Idziemy powolutku po schodach na dół…
…Huknął strzał, potem drugi. Myślałem, że już nie żyję. Kule przeszłymi kilka milimetrów od głowy. Jednak nie chcą mnie zastrzelić, to widać, to znów jakaś cholerna gra nerwów.
– Siadaj i dzwoń do kompanii – rozkazuje „Zębaty”.
– Opowiedz dokładnie, co się wydarzyło. Jeżeli nie zareagują, to jutro powtarzamy, ale już naprawdę. Podnoszę słuchawkę i wykręcam numer. Nie mogę wypowiedzieć nawet słowa. Piraci kierują wentylator w stronę mojej głowy, to pomaga mi trochę ochłonąć.
Opowiadam moją historię. Peter jest lodowaty w rozmowie, nie wytrzymuję i zaczynam płakać.
– Ty bydlaku! Czy nie rozumiesz, że oni chcieli nas rozstrzelać? – krzyczę i odkładam słuchawkę.”

Tu zakończę cytaty z książki. Kapitana i jego załogę czekało jeszcze 104 dni życia w takiej atmosferze. Do tego nastapiło dramatyczne pogorszenie warunków bytowania gdyż skończyły się zapasy wody i żywności.

Pertraktacje zakończyły się zapłaceniem okupu w wysokości 2.75 miliona dolarów. W którymś momencie piraci byli gotowi zaakceptować 2.5 miliona. Dlaczego więc to się ciągnęło 104 dni?
Na to pytanie brak jest odpowiedzi.

Wrócę więc do filmu – czy między kapitanem i szefem piratów nawiązała się jakaś nić wzajemnego szacunku, zrozumienia, współpracy?
Z książki nie wynika nic podobnego. Po pierwsze nie można w niej jednoznacznie odnaleźć Ahado – jednej z głównych postaci filmu.
Po drugie nie wynika z niej, żeby kapitan miał problemy z dyscypliną załogi. Wprawdzie trzech marynarzy pochodzących z Tuvalu brata się z piratami, ale oni już wcześniej stwarzali problemy. Osobna sprawa to stopniowe pogarszanie się stanu fizycznego i psychicznego załogi. Marynarze przestają reagować na wysiłki kapitana zmierzające do poprawienia ich nastroju. Niektórzy ulegają sugestiom piratów i zaczynają żuć khat.
Po trzecie, poza jednym przypadkiem, nie ma żadnej wzmianki o jakimkolwiek “ludzkim” kontakcie z piratami.
Faktem natomiast jest, że piraci, natrafiwszy na betonowy opór kompanii, pozwalają części załogi kontaktować się z rodzinami. To nie był żaden humanitarny gest, lecz szukanie nieformalnych kanałów, które pomogą zakończyć negocjacje.
Właśnie ta metoda przyniosła rezultaty. Żona kapitana wbrew radom policji skontaktowała się z redakcją Der Spiegel i doprowadziła do publikacji artykułu o porwanym statku. Napisała również list do kanclerz Angeli Merkel.

3 sierpnia rano lekki samolot zrzuca okup. Zgadza się. O godzinie 13:56 piraci wysyłają email potwierdzający spełnienie ich warunków. O godzinie 19 ostatnia łódź z piratami odbija od statku. Dwie minuty później ląduje na statku helikopter z niemieckiej fregaty Meklemburg Vorpommern.

Jednak nie mogę się powstrzymac przed umieszczeniem jeszcze jednego cytatu z książki:
“Idę do mojej całkowicie spalonej kabiny. Szukam donicy z kwiatami. Pozostała tylko spalona ziemia. Wielka radość. To prawie niemożliwe! Znalazłem mój kapitański sygnet i obrączkę ukrytą przed piratami.”

Kapitan traktowany był przez dowództwo fregaty z najwyższym respektem, załoga – z ujmujacą troską. Jedyny cień na te radosne chwile rzuca kompania. Kategorycznie zabrania kapitanowi udzielania jakichkolwiek wywiadów i odmawia zgody na przeprowadznie w Mombasie badania lekarskiego załogi.

Wtorek 11 sierpnia – godzina 8:30 lądowanie w Monachium. Koniec książki.

Po pokazie filmu w Melbourne odbyło się spotkanie z kapitanem Kotiukiem, z którego dowiedziałem się dalszego ciągu. W biurze kompanii czekało na kapitana wypowiedzenie. Związki zawodowe pomogły załatwić terapię psychologiczną oraz rentę.
Z każdego zdania kapitana przebijał wielki i uzasadniony żal do kompanii. W tym kontekście piraci prezentują się dużo bardziej ludzko. Wykorzystał to Andy Wollf w swoim filmie, lecz moim zdaniem przedstawił mocno zniekształcony obraz.

Pomyślałem z żalem, że wydarzenia na statku i sytuacja w Somalii były tak pokrętne, że przydałoby się tutaj pióro rangi Grahama Greena.

Kapitan, piraci i Andy Wollf

Lech Milewski pisze dla nas z Australii:

4 kwietnia 2009 somalijscy piraci opanowali niemiecki statek “Hansa Stavanger”, dowodzony przez polskiego kapitana Krzysztofa Kotiuka i zażądali od niemieckiego armatora okupu 2.5 miliona dolarów USA.

Przez następne 4 miesiące trwała wojna nerwów. Piraci z jednej strony terroryzowali załogę z drugiej strony szantażowali armatora wywożąc 5 Niemców znajdujących się na pokładzie na ląd i grożąc odstąpieniem ich Al Kaidzie lub grupie Al Shabaab. Strona niemiecka pozostawała na pryncypialnych pozycjach.

Porwania statków przez piratów u wybrzeży Somalii to znana sprawa. Podczas tych czterech miesięcy okupacji “Hansy Stavanger” różne grupy piratów somalijskich, bo jest ich kilka, porwały, otrzymały okup, i uwolniły pół tuzina innych statków.
Ilość i częstotliwość porwań statków spowodowała, że obie strony – piraci i armatorzy – wypracowali pewną procedurę negocjacji. Jak to w takich przypadkach bywa, zakładnicy stają się kartą przetargową, ich życie i prawa przestają się liczyć. Nie tylko dla piratów.

W tym tygodniu na ekrany niemieckich kin wchodzi film The Captain and his Pirate, który relacjonuje wydarzenia na pokładzie statku “Hansa Stavanger”. Terminarz projekcji w powyższym linku.

Jak widać z tytułu centralną postacią filmu jest kapitan statku. On znajduje się między młotem i kowadłem. A może nawet dwoma młotami i kowadłem. Piraci wymagają od niego posłuszeństwa, wywierania nacisku na armatora i trzymania załogi w ryzach. Armator oczekuje lojalności i wypełniania obowiązków dowódcy statku – troski o załogę i mienie. Załoga oczekuje ochrony przed brutalnością piratów i przede wszystkim doprowadzenie do szybkiego uwolnienia, W miarę upływu czasu, a w przypadku Hansy Stavanger było to wyjątkowo długo, kapitan staje się coraz bardziej pionkiem, z którym zainteresowane strony przestają się liczyć.
Szczególnie  skomplikowana jest właśnie relacja kapitana z załogą. Kapitan nadal wydaje rozkazy i egekwuje ich wykonanie a na porwanym statku jest wiele do zrobienia i nie są to rzeczy typowe. Zaś załoga uznaje te niewdzięczne prace za katorgę a przedłużającą się niewolę za dowód nieudolności dowódcy. Jak więc się zachować? Co robić?

kapitan

Źródło zdjęcia – abc.net,au.

Reżyser filmu – Andy Wollf  – stara się odpowiedzieć właśnie na to pytanie i dochodzi do zaskakującego wniosku – kapitanowi potrzebne jest wsparcie pirata – stąd tytuł filmu.

Ogromnym atutem filmu są sceny nakręcone w Somalii i rozmowa z tytułowym Piratem.

– Nie boisz się? – to pytanie powtarza się w filmie kilkakrotnie.
– Czy się boję? – dziwi się Ahado – w Somalii najbardziej niebezpieczne miejsce to stolica kraju Mogadishu. Tam każdy ma broń i każdy strzela. A tutaj..
– Niemiecka armia próbowała odbić zakładników – nalega filmowiec. Ahado uśmiecha się lekceważąco – atak helikopterów – my mamy już doświadczenie w tej dziedzinie (chodzi o słynny Black Hawk Crash – na marginesie wspomnę, że polski operator Sławomir Idziak był nominowany do tytułu The Cinematographer of the year za zdjęcia do filmu Black Hawk Down – patrz TUTAJ).
– Jak to właściwie było z kapitanem?
Ahado uśmiecha się żując bez przerwy narkotyzujące liście khat – klik.
– Kapitan był jak ojciec. Mam dla niego największy szacunek. On jest nawet starszy od mojego ojca. Tak – to był prawdziwy ojciec, który cały czas troszczył się o swoje dzieci.
– A załoga?
– Załoga to były dzieci. Dzieci tracą szacunek do rodziców kiedy widzą, że ci są bezradni. Tak właśnie było tutaj. Najpierw dołączyło do nas dwóch marynarzy pochodzacych z Tuvalu. Bałaganili, rozkradali wraz z nami kontenery, nie słuchali poleceń kapitana. To jest zresztą nasza taktyka – skłócić ze sobą załogę. Wkrótce dołączyli inni.

Pisząc o piracie nie sposób pominąć jego poglądów religijnych.
– Nie bałeś się ataku? –  pyta kolejny raz Andy Woolf.
– Jeśłi znajdowałem się w tamtym miejscu to oczywiste było, że może być atak. Ale powiem ci jedno – moje życie nie będzie o minutę dłuższe czy krótsze od tego co przeznaczył mi Bóg. Więc czego sie bać?
I jeszcze jedno zdanie na temat kapitana: on nie jest muzułmaninem, nie modli się wraz ze mną nie mogę więc go bezstronnie ocenić. Ale poza tym – to jest człowiek godzien najwyższego szacunku.

Podczas krótkiego spotkania po prelekcji filmu w Melbourne kapitan Kotiuk wspomniał, że któregoś dnia zaskoczył go telefon.  Dzwonił twórca filmu – Andy Wollf.
– Czy możesz zamienić kilka słów z Ahado? Jestem tutaj trochę w tarapatach i Ahado chce się upewnić, że naprawdę robię film na temat twojej przygody.
Jak widać Andy Woolf wrócił zdrowy i cały, kilka słów pomogło.  Poniżej zwiastun filmu…

Końcowa scena powyższego video to kapitan Kotiuk na balkonie swojego mieszkania z dłońmi zwiniętymi na kształt lornetki. To teraz mój mostek kapitański – mówi z goryczą.

Armator nie pozostawił cienia wątpliwości co do swojej oceny tej sprawy. W porcie macierzystym czekało już na kapitana wypowiedzenie pracy. Również drugi oficer statku – Frederick – udzielił wywiadu, w którym oskarżył kapitana o współpracę z piratami.

Film kończy się dramatycznym pytaniem kapitana: mnie przecież chodziło cały czas wyłącznie o życie załogi, ponad 20 osób. Jak to możliwe, że jedyną osobą, która mnie rozumiała był ten prosty człowiek?

PS. Miałem okazję oglądać ten film kilka miesięcy temu podczas festiwalu kulturalnego w Melbourne. Przy tej okazji uczetniczyłem w spotkaniu z kapitanem K. Kotiukiem. Na dodatek przeczytałem książkę autorstwa kapitana, w której relacjonuje on, dzień po dniu, wydarzenia na statku. Za dwa tygodnie przedstawię na tym blogu swoje refleksje wywodzące się z tych trzech źródeł informacji. Na początek jednak polecam obejrzenie filmu.

Poezja – Poesie – Poetry / Stanisław Kubicki

Tekst zreblogowany z zaprzyjaźnionego bloga W altanie przy kawie, gdzie został opublikowany w poniedziałek, 14 października 2013 roku. W altanie wiersze pojawiają się w poniedziałek, u nas w niedzielę, zostańmy jednak w tytule przy poniedziałku, bo tak to autor zadecydował (Uwaga z roku 2020: Od roku 2018 blog W altanie przy kawie przestał istnieć, podobnie zresztą jak wspomniane też w zakończeniu tego wpisu blogi Qra czyli kuchnia i kultura oraz Jak udusić kurę, czyli to, czego (dziwnym trafem) panny po 30 nie wiedzą, a wiedzieć powinny. Wszystkie te blogi zniknęły na wieki, gdy Gazeta Wyborcza jedną decyzją zlikwidowała portal blox.pl i miliony stworzonych na nim blogów.)

Reblog: Wiersz na poniedziałek – Stanisław Kubicki

Pharlap

Poezja tłumaczy się sama. Poniedziałkowe wpisy poetyckie to, jak dotąd, czysta poezja, bez wyjaśnień czy komentarzy. I tu właśnie jest pies pogrzebany czy też… da liegt der Hund begraben. Niech poniższe zdjęcie wyjaśni o co mi chodzi…

kubi

Spotkaliśmy się pewnie wszyscy z powiedzeniem – lost in translation – zgubione w tłumaczeniu. Jakże to prawdziwe w odniesieniu do poezji. Dlatego warto zwrócić uwagę na Stanisława Kubickiego – poetę, który “tłumaczył sam siebie”. Okres dwujęzyczności trwał tylko trzy lata. Przedtem i potem poeta pisał wiersze w obu językach, ale już ich nie tłumaczył.

Które wersje językowe zostały napisane pierwsze, a które są tłumaczeniem? To pozostanie tajemnicą.

O wschodzie słońca w dzień świąteczny

Dzisiaj jak kryształ jestem
w Twoim ręku —
kryształ zbudzony
słonecznym promieniem.
I łono pełne mam
blasków i tęczy,
załamań światła
i barwnych obręczy.

Promienny idę Twoją myślą, Panie,
którąś we mnie wzbudził,
jak prąd w obiegu
w sąsiednich pętlinach
prądy budzi
i drgnienia poddane.

Kiedyś przez szkiełka i krople świeczników
dziecko zdziwione —
świat widziało krasny —
i po pokojach chodziło i sieniach
całe jak we śnie
i rajskich promieniach.

I myślę:
dzisiaj Bóg przez mnie patrzy
na dzieło swoje
———-
i wzrok Boga jasny.

Sonnenaufgang an einem Festtage

Heut bin ich wie ein Stück Glas
in Deiner Hand —
licherweckt —
Innen voll
Regenbogen
Brechungen, Kreisen
brechenden Lichts.

Leuchtend wandle ich Deinen Gedanken
den Du erweckt in mir,
ein Strom umlaufend,
der Zuckungen erregt
in benachbaren Drähten.

Ernst sah ich das erstaunte Kind
in bunten Lupen die Welt
in den Prismen and Behang
entlag der Zimmer und Flure
ganz in Traume
strahlenbetäubt

Ich denke mir:
Heut sieht Gott durch mich
Sein eigen Werk
Leuchtenden Auges —

W prezentowanej powyżej książce znalazłem bardzo znamienną informację – otóż Stanisław Kubicki odczuwał dotkliwie brak modernistycznej tradycji w języku polskim i ograniczało to mocno jego twórczość w tym języku. Jakże to zbieżne z filozofią Ludwiga Wittgensteina. Chciałoby się powiedzieć – język określa świadomość.

Ewa Maria rzuciła mi propozycję do odrzucenia – spróbuj przetłumaczyć to na angielski. Pierwsza reakcja była negatywna – nigdy nie tłumaczyłem żadnych utworów literackich, a co dopiero poezji. Do tego klimat powyższego utworu nie jest mi bliski. Uznałem jednak, że w moim wieku nie mam już wiele do stracenia i przetłumaczyłem. I tutaj zaskoczenie – we wszytkich krytycznych punktach bardzo pomocna była mi wersja niemiecka.

Wynik poniżej…

At sunrise on a Holy Day

Today, I’m like a crystal
in Your hand –
crystal awakened
by a ray of sun.
I am filled
with glitters and rainbow,
refraction of light
and colourful rims.

Radiant I follow Your thought, O Lord,
which You induced in me,
like current in the circuit
raises currents
and tremors
in neighbouring coils.

Once through glass and drops of candelabrum
wondering child –
saw a blooming world –
and wandered through rooms and hallways
all as in dream
and heavenly rays.

And I think:
today God looks through me
at his own work
———-
and his sight is bright.

Czytając wiersze często staram się znaleźć właściwą dla nich melodię. W tym przypadku nie miałem wątpliwości – Mache Dich, mein Herze rein – z Pasji wg św Mateusza…

PS. Prezentowaną na zdjęciu książkę Lidii Głuchowskiej wydało Towarzystwo Literackie WIR (MY) – założone i prowadzone w latach 1994-2014 przez Ewę Marię Slaską – Qrę Alfa, w której gnieździe wylągł się również nasz obecny blog. Często wracam do tego gniazda i jest ono dla mnie źródłem coraz to nowych odkryć. Zaglądam również do obecnego blogu Ewy Marii i właśnie tą drogą stałem się właścicielem powyższej książki. I to z autografem autorki!
Warto wracać.