List z kina

Katarzyna Krenz

Droga Siostro,

przecież Ty to wszystko wiesz, bo też tam wtedy byłaś…

Przez lata było nam smutno, bo nie mieliśmy filmu o naszym największym współczesnym – obok Papieża – bohaterze narodowym. Poprowadził nas drogą Wolności, został Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla i prezydentem Polski, a nie miał pomnika z wyrytym na cokole „Naród – swojemu Bohaterowi”, nie doczekał się też (chyba?) porządnej i faktograficznie uporządkowanej biografii. Film miał spełnić to zadanie, zaspokoić nasze oczekiwania. I teraz taki film – dzięki Andrzejowi Wajdzie i Januszowi Głowackiemu – już mamy. I… po norwidowsku jeszcze nam smutniej.

Dlaczego? Z kilku powodów, przy czym uzasadnienie każdego z powodów powinno zaczynać się od słów: Smutno nam, ponieważ ten film to stracona okazja…

A zatem, po pierwsze: ten film to stracona okazja, ponieważ nie powstanie już więcej, a przynajmniej bardzo długo, drugi film o Lechu Wałęsie. A obraz, który otrzymaliśmy – za życia bohatera, to prawda, ale jednak mocno spóźniony – jest z wielu powodów nieprawdziwy. Przede wszystkim dlatego, że napisany został przez scenarzystę z pozycji narratora wszystko-wiedzącego, z perspektywy czasu, z dystansu. To się widzi, a zwłaszcza czuje – zabrakło dynamiki decyzji ad hoc, gdzieś zginęła emocja, nie ujawniło się to straszliwe napięcie, które towarzyszyło naszym dniom, tygodniom, a jak się miało okazać – nie opuściło nas przez lata. Zabrakło również naszej euforii, naszej nadziei.

Omni-wiedzący scenarzysta kazał opowiedzieć bohaterowi naszej wspólnej historii wersję widzianą z pozycji już ugruntowanej, przedstawić sprawy, z których duża część już się wydarzyła – podczas wywiadu, jakiego udzielił on Orianie Fallaci w marcu 1981 roku, w swoim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. I Wałęsa – znakomity w tej roli Robert Więckiewicz – odpowiada na pytania z dystansu, już jako pewny swego i czujący moc przywódca, który pociągnął za sobą tłumy i który wygrał negocjacje z władzą. Bo jeśli nawet nie był to jeszcze koniec gry, to na pewno był to już koniec mitu – że Lenin wiecznie żywy, a komunizm nigdy nie upadnie. (Tu ciekawy zabieg: o ile słuch nas nie mylił, w scenach wywiadu słyszymy autentyczny głos Wałęsy, pochodzący z taśm nagranych podczas tego spotkania). Wywiad został przerwany, bo cała rodzina w komplecie… musiała pójść do kościoła. Co Orianę mocno ubodło. Przegrała wprawdzie z panem Bogiem, ale uznała, że Wałęsa to próżny, pretensjonalny i pewny siebie ignorant.

Sam wywiad też nie poszedł najlepiej, bo Wałęsa, zdaniem OF, okazał się ignorantem etc. Ale spójrzmy na to z drugiej strony: to ona, Oriana F.,  wciąż pyta – dlaczego zrobił to, co myślał robiąc tamto, czy nie boi się, że…? I Wałęsa, siłą rzeczy, każde zdanie musi zacząć od: JA. Zadano mu pytanie, a on odpowiada. Ja zrobiłem to i ja pomyślałem tamto, bo… ja taki jestem. Dlaczego? Tego Wałęsa już nie wie. Bo tak po prostu jest, że on – jest szybki. Nie zastanawia się, tylko działa, i innych ciągnie za sobą do działania, zgodnie z hasłem, które kiedyś (a dokładniej: właśnie wtedy) wisiało na ścianie w jednej z pracowni gdańskiego Miasto-Projektu: „Tu się nie myśli, tu się robi”. Wszelka refleksja, a więc i ocena post factum, jest z góry założonym przekłamaniem, chwytem literackim, dobrym w powieści, ale nie w życiu, ponieważ nie oddaje bezrefleksyjnej natury samego Wałęsy. Nie oddaje też impulsywnej natury odwagi ani wynikającego z tejże i równie bezrefleksyjnego – bohaterstwa. Nie tylko Wałęsy! Wszyscy wokół niego musieli działać podobnie jak on, ryzykować tu i teraz, natychmiast, bo wypadki toczyły się szybko i na gadanie nie było zwyczajnie czasu. Ale to on miał charyzmę i odwagę. To on miał błyskawiczny refleks, dzięki któremu zawsze znalazł ripostę w porę, a nie dopiero na schodach, gdy było już za późno. Po co Oriana o to pytała, skoro to było widać gołym okiem? Wałęsa porywał innych do działania, a oni szli za nim jak w dym. Dlatego nie wierzę, że jego koledzy, czekając w dniu strajku na stoczni (Wałęsa się spóźnił, bo musiał „zmylić pogonie”, stąd słynny skok przez płot), mogli powiedzieć, a choćby tylko pomyśleć: „Spóźnia się? Aha, nie przyjdzie, rozmyślił się.” Wałęsa – rozmyślić się? Pan raczy żartować, panie Januszu.

To, nota bene, dobrze wymyślona scena, metaforyczna i symboliczna: płot jest za wysoki, żeby dało się go przeskoczyć, odbijając się z ziemi, Wałęsa wspina się więc na śmietnik i z niego przeskakuje – ku przyszłej wolności. Ale, ale: czy myśmy wtedy mieli takie duże plastikowe pojemniki na śmieci? Na kółeczkach?

Po drugie: ten film to stracona okazja, ponieważ Oriana Fallaci zajęła tyle czasu ekranowego, że na wiele innych – ważnych! – spraw i wydarzeń w filmie zabrakło miejsca. A szkoda. Bo OF przyjechała, pogadała, nie spodobało jej się, więc odjechała, przepraszam za tę obcesową skrótowość, ale tyle mam miejsca w tej recenzji dla OF, więcej nie mogę jej zaoferować. A inni byli tu naprawdę – jakże wielu wspaniałych ludzi.

„Wywiad ilustrowany” to dość stary chwyt, zarówno literacki jak filmowy, ale właśnie tylko chwyt. Dziennikarka zadaje zawiłe pytania teoretyczne, Wałęsa odpowiada („Ja…”), a potem widzimy ilustrację pytania – inscenizowaną scenę lub odnośny fragment jakiejś autentycznej taśmy filmowej, telewizyjnej lub ubeckiej, wszystko jedno. To odbiera tamtym dramatycznym wydarzeniom „pazur” dramatyzmu, była już o tym mowa. Oglądając, nie boimy się, bo wiemy, że to reenactment, aktorzy tylko pokazują nam, jak było, krew nie jest prawdziwa. A myśmy wtedy naprawdę się bali. Co będzie jutro? Jakie represje spotkają nas wszystkich za to, co tam na stoczni się dzieje? Kogo wywalą z roboty, ilu zaaresztują, czy wejdzie milicja czy wojsko? A jeśli wojsko, to polskie czy ruskie? Wszyscy byliśmy wiecznie na nasłuchu, czekając na to, co powie nam Wolna Europa, po domach drukowała się bibuła, którą potem niejedna młoda matka kolportowała, rozwożąc po mieście paczki ukryte pod materacykiem w dziecięcym wózku. Wszyscy „byliśmy umoczeni”, tak jak Wałęsa, i on to wiedział. I musiał się bać tak jak my, nie tylko o żonę i dzieci, ale i o ludzi. Żadnych prób generalnych, idziemy, robimy. Nie tylko Wałęsa, sam. My również, z nim. Co prowadzi nas do trzeciego „ponieważ”.

Po trzecie: ten film to stracona okazja, ponieważ NAS tam nie ma. A myśmy wszyscy tam byli. Gdańsk, Warszawa, Poznań, Śląsk. Kraków, Zakopane. LUDZIE. Nie tylko działacze, nie tylko intelektualiści, nie tylko politycy, lecz również – my, ludzie. My, naród. I nasze rodziny, bo jak się coś robiło, a wszyscy wtedy coś robiliśmy i każdy miał coś za uszami, to wiedzieliśmy, że odpowiadać będzie cała rodzina – kogo zamkną, kogo wywalą z roboty, czyjego dzieciaka nie wpuszczą na studia, władza miała długie ręce i jeszcze dłuższą pamięć.

I naszych prywatnych domów też tam nie ma. A przecież w rzeczywistości były! Nasze prywatne mieszkania, gdzie siedzieliśmy jak w klatkach, bo gdzież tu pójść? Do kawiarni?! W tych naszych „little boxes” słuchaliśmy Wolnej Europy z uchem przy radiu, ale też pakowaliśmy paczki dla tych, co w więzieniach i obozach dla internowanych, dzieląc się kartkowym zaopatrzeniem (papierosy, papier toaletowy, kawa), rozdzielaliśmy leki i rzeczy z darów dla potrzebujących. W tych naszych małych klitkach wielu z nas ukrywało nie tylko bibułę, ale i ludzi poszukiwanych przez bezpiekę. I zawsze nakarmiliśmy każdego, kto się zjawił w progu, tym, co mieliśmy – kartkowym byle czym, bo nic innego w sklepach nie było. A w razie potrzeby rozkładaliśmy materace na podłodze, żeby przybysze mogli przenocować. I jeszcze mieliśmy siły i energię, by wymyślać genialnie celne kawały, bo może rozrywek za wiele nie było, ale inteligencji i szybkiego refleksu – i potrzeby śmiechu dla odreagowania – nigdy nam nie brakowało.

Naszych domów w tym filmie nie ma. Jest za to tłum na ulicach, ten z kronik telewizyjnych, filmowych lub ubeckich – smutny i… socjalistycznie brzydki, dla mediów zachodnich w sam raz atrakcyjny materiał. A mnie to porusza i jest mi smutno, bo to prawda, że niemal wszyscy mieszkaliśmy wtedy w blokach i te bloki były ohydnie brzydkie, a mieszkania nieludzko ciasne (norma 10 metrów kwadratowych na głowę), ale – pamiętasz, Ewo? – potrafiliśmy zrobić coś z niczego i niekoniecznie i nie wszyscy za całe wyposażenie mieliśmy wersalki, pralki Franie i meblościanki ze szklankami zamiast filiżanek. Czuliśmy się współczesnymi Europejczykami, a nie mieszkańcami skansenu absurdu, mieliśmy potrzeby estetyczne i duchowe. Staraliśmy się, by nasze życie upływało w przestrzeni może skromnej, ale estetycznej, na ścianach wisiały dobre obrazy, a nasze biblioteki uginały się od książek.

W tym filmie nas nie ma. Ani naszych miast, ani naszych domów, ani nas. Jest tylko mieszkanie Wałęsy na Zaspie, o którym Fallaci mówi z przekąsem: „Phi, walczy z komunistami, a mieszkanie od nich przyjął!” Jeśli opowiadanie toczy się post factum, w oparciu o materiały i dokumenty, to można było sięgnąć do książki Danuty Wałęsowej, gdzie opisuje ona, jak to było, gdy nagle pod ich dom na Stogach zajechały jakieś „służbowe” nyski, panowie weszli bez pytania i bez pytania zgarnęli skromny dobytek, a potem bez pytania całą rodzinę (chyba bez Wałęsy, który akurat gdzieś działał albo „siedział”) wywieźli do bloku na Zaspie, do jakiegoś  mieszkania „wygospodarowanego” naprędce, bo władza nagle oprzytomniała, że może to jednak źle wygląda, żeby człowiek o którym zaczyna być głośno za Zachodzie, mieszkał w takich warunkach. Oriana Fallaci mogła tego nie wiedzieć, bo nie słuchała dość uważnie, podobnie jak nie wiedziała, że do tamtej Polski nie za bardzo wypadało przyjechać w eleganckim futrze, a potem świecić takimi czerwonymi paznokciami na ekranie. Jak człowiek idzie na pogrzeb, to ubiera się na czarno, jak jedzie do biednego kraju, to niekoniecznie musi przyjechać w starych łachach, ale niekoniecznie też musi to być futro. Wystarczyłby kożuszek zakopiański, też ciepły.

Po czwarte: ten film to stracona okazja, ponieważ napisanie muzyki (mocnej, znakomitej) zlecono kompozytorowi, Pawłowi Mykietynowi, który ma obecnie 42 lata (rocznik ‘71) i najwidoczniej nie pamięta, że naszym bardem narodowym był wtedy Kaczmarski. To Kaczmarski, wspólnie z Gintrowskim i Łapińskim stworzyli trio i przygotowali program poetycki „Mury” (tytułowa piosenka była pieśnią innego barda – katalończyka Lluisa Llacha). To słowa Kaczmarskiego i muzyka Gintrowskiego nas ukształtowały, to tej muzyki słuchaliśmy, i to „Mury” intonowaliśmy w trudnych – i tak, również wielkich i podniosłych – chwilach. „Mury” stały się nieformalnym hymnem Solidarności i symbolem walki o wolność. A mury runą… – i runęły! Prawda, były też zespoły rockowe i wiele z ich piosenek stało się „cytatami”, którymi chętnie się posługiwaliśmy. Ale robiąc pierwszy i jedyny, jak dotąd, film o Wałęsie, odebrano głos naszemu bardowi, który ten głos wykrzyczał za naszą i waszą wolność, i umarł na raka krtani. Gdy o tym myślę, jest mi jeszcze smutniej. Bo tak się nie robi.

W tym miejscu – gdy mowa o sztuce – dodam słowo o Kościele. Bo Kościoła też w filmie zabrakło. Nie chodzi tu o zbiorową modlitwę, o wyznanie wiary, opowiedzenie się po stronie katolików, nic z tych rzeczy. Kościół w tamtych czasach pełnił inną funkcję, był naszym bastionem narodowym, pomagał nam zachować tożsamość, miedzy innymi poprzez sztukę – przedstawienia teatralne, koncerty, wystawy. Kościół pomagał nam również materialnie, bo to do kościołów w głównej mierze, jako do swego rodzaju męża zaufania, napływały transporty z darami z Zachodu. Kościół był naszą kryjówką duchową, a dla wielu działaczy również kryjówką w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Po piąte: ten film to stracona okazja, ponieważ nie pokazuje, jak to było naprawdę. Niech ktoś wreszcie powie to głośno: my, naród, nie byliśmy agentami ani współpracownikami, myśmy po prostu żyli w tym kraju. A on był tak zorganizowany, że w każdej instytucji, w każdym przedszkolu i każdej szkole, w każdej fabryce i w ogóle w każdym miejscu ktoś był „oni”, a my byliśmy „my”. To oni byli wśród nas, a nie – my byliśmy u nich. Oni z nami zaczynali rozmowy, oni nas podchodzili, oni podsuwali jakieś kartki do podpisania (to akurat dobra scena w filmie, i wydaje się dość prawdziwa: Wałęsa nie czyta, co podpisuje, bo żona właśnie rodzi w szpitalu pierwszego syna i jemu zależy tylko na tym, żeby się stamtąd wydostać). To oni nas podpytywali, kusili stanowiskami i paszportami, mieszkaniami bez kolejki i szynką ze sklepów za żółtymi firankami. Ci, co nas oskarżają o kolaborację, nic nie wiedzą albo sobie z nas kpią. Każdy z nas miał z tymi ludźmi styczność, wiedząc, nie wiedząc, podejrzewając lub nie. Zresztą „oni” byli nieźle wyszkoleni w sztuce kamuflażu, nasze podejrzenie budzili jedynie ci, którzy mogli „jakby” więcej od nas. Załatwić pralkę i mieszkanie od ręki, a choćby tylko bilet na samolot do Warszawy, ale też wyjść z zadymy bez szwanku. Czy myśmy się dawali na te gadki i podszepty brać, to już jest całkiem inna kwestia. Wiedzieć POTEM (i osądzać) jest łatwo, a wiedzieć „tu i teraz”? Kto tego nie przeżył, ten nie wie, a to znaczy również, że go „tam i wtedy” po prostu z nami nie było. Janusz Głowacki nie do końca wiedział, jak było w stanie wojennym, ponieważ stan wojenny zastał go w Ameryce.

Była jeszcze jedna drobna współzależność – poprzednie pokolenia przerabiały już ten temat w związku z wojną, dziwi więc, że ktoś z nas może o to jeszcze pytać. Z władzą nie należało wchodzić w układy (niegodne), zadzierać (niebezpieczne), snuć konszachty (współpraca agenturalna), iść na kompromisy (wszystko albo nic, ale co będzie jak wejdą Ruskie). Ale władzę można było wykorzystać. I ci, co byli bliżej „źródełek” rozmaitego rodzaju, mogli dla nas coś załatwić, uszczknąć, a choćby tylko czegoś się dowiedzieć. Przykład Gintrowskiego to wyjaśni: w latach 80 pracował jako kompozytor muzyki filmowej – stworzył muzykę do ponad 20 filmów; z czegoś musiał żyć, poza tym pisał świetną muzykę. Koncertował wyłącznie poza oficjalnymi scenami, między innymi w salach Muzeum Archidiecezji, a wykonania studyjne jego piosenek nagrywano nieoficjalnie i wydawano w drugim obiegu. W Wikipedii czytamy: „Życie codzienne Gintrowskiego było całkowicie podporządkowane działalności podziemnej, przykładem jego dyspozycyjności była gotowość do prowadzenia koncertów organizowanych ze względów bezpieczeństwa jedynie z kilkugodzinnym wyprzedzeniem.” I dalej: „W trakcie realizacji nagrań do filmu ‘Matka Królów’ nielegalnie nagrał w studio państwowej Telewizji Polskiej płytę ‘Pamiątki’, a później w podobny sposób utrwalony został program ‘Raport z oblężonego miasta’ w studio Akademii Muzycznej.”

Po szóste: ten film to stracona okazja z powodu – jakby to ująć? – grzechu zaniedbania. Gdyby Oriana Fallaci zajęła mniej czasu i miejsca na ekranie, może znalazłoby się miejsce dla innych, jak Gieremek i Mazowiecki, jak Kuroń i Mikołajska, jak…. I możemy być pewni, że aktorzy zażądaliby znacznie mniej niż Monica Bellucci, która wstępnie miała zagrać Orianę, ale projekt upadł z powodu (braku) miliona euro w budżecie producenta filmu. O Kaczmarskim już pisałam. Ale może należałoby jeszcze wyjaśnić, że tamtej nocy, 13 grudnia, do mieszkania Wałęsów osobiście przyjechali Tadeusz Fiszbach i prof. Jerzy Kołodziejski. Dwa różne buty Fiszbacha przeszły do historii, dlatego znalazły się na ekranie. Ale film nie dopowiedział, że Fiszbach należał do tych partyjnych działaczy, którzy wierzyli w ludzkie oblicze socjalizmu, tak, tacy ludzie też byli, partyjni a przyzwoici, i I sekretarz KW PZPR do nich należał. I gdańszczanie to pamiętają. Musiał to pamiętać również Wałęsa, gdy w lipcu 1989 roku proponował mu kandydowanie na stanowisko prezydenta przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, jednak Tadeusz Fiszbach tej propozycji nie przyjął.

Tamtej nocy z domów wyciągnięto i przewieziono do obozów internowania nie tylko Wałęsę. Aresztowani razem z Wałęsą działacze Solidarności to byli nasi sąsiedzi, przyjaciele, członkowie naszych rodzin. Kobiety i mężczyźni, cała rzesza. Ilu? O tym film nie wspomina. Widzimy tylko Wałęsę, tylko z jego powrotu cieszy się Danuta (cudowna Agnieszka Grochowska, urocza, mądra i absolutnie bezbłędna, oprócz… jednego anachronicznego „tak?” na końcu zdania, o które mam lekki żal, bo to dziś tak się dziwnie kończy zdania w Polsce, myśmy wtedy tak nie mówili).

Jak pamiętamy, „WRONA” działała sprawnie i z zaskoczenia. Już 12 grudnia wieczorem, w ramach akcji pod kryptonimem „Jodła” (sic?! jak w „Klossie” albo w „Czterech pancernych”?!), rozpoczęły się, wg wcześniej przygotowanych list, systematyczne aresztowania osób postrzeganych przez władze jako potencjalne zagrożenie dla ustroju. W sumie, w czasie stanu wojennego aresztowano ponad 10 tysięcy osób, w tym wiele po kilka razy. Ci ludzie są częścią wielkiego wałęsowego JA, i gdyby nie Fallaci na ekranie, może znalazłoby się dla nich miejsce. Wielu z nich jeszcze żyje, wielu z nich schorowanych, ze złamanym życiem po przebytych wyrokach, z nadszarpniętym zdrowiem po brutalnych przesłuchaniach, zmaga się z biedą, w zapomnieniu. Ten film byłby dla nich ważny, gdy oddał im przynajmniej mały hołd, gdy o wielkich hołdach, a choćby tylko o rencie kombatanckiej dla nich państwo do tej pory nie zdążyło jeszcze pomyśleć. Wie o tym najlepiej Mirosław Chojecki, który organizuje dla nich zbiórkę pieniędzy – na czynsz i leki.

Ten film zastanawia. Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego scenariusza nie napisał ktoś, kto nie tylko dowiedział się o tym, jak było, bo obejrzał kroniki i przeczytał materiały archiwalne, relacje świadków czy opracowania historyków, lecz kto – był tam wtedy z nami? Bo, prawdę mówiąc, gdy o tym teraz myślę, Mirosław Chojecki wiedziałby, jak napisać taki scenariusz. Jego również stan wojenny zatrzymał na Zachodzie, we Francji. Ale, jakby to powiedzieć: można być blisko i nic nie widzieć, można być daleko i wiedzieć bardzo dużo. Chojecki wiedział i działał, m.in. organizując wysyłkę (czyt.: szmugiel) maszyn drukarskich do kraju, był więc – blisko.

Dlaczego? Dlaczego Wajda tak wiele pominął, a poszedł w stronę wizji powierzchownej i nie do końca prawdziwej? I proszę mnie nie napominać, że temat duży i skomplikowany. Skrótowość niekoniecznie musi być powierzchowna, a metafora niekoniecznie musi być przekłamaniem. Jeśli się drąży dość głęboko, to się znajduje, i właściwe słowa, i właściwy ton, wiem, bo piszę wiersze, rzadko, ale piszę, rzadko, bo dużo czasu schodzi mi na drążenie.

I dlaczego? Dlaczego w sieci krąży tak mało recenzji na temat filmu? Nie mówię o oficjalnych „blurbach” i „zajawkach”, bo to są materiały promujące, maszyna marketingowa. Mówię o recenzjach w dawnym rozumieniu, kiedy to dziennikarz szedł do kina, oglądał film, reagował emocjonalnie, następnie przetwarzał całą rzecz intelektualnie, a potem – pisał. Wiem, to wymaga czasu. I wiem: dziś już się nie pisze „prawdziwych” recenzji, bo wszystkim tak się spieszy, że jak nie dostaną od zainteresowanego artysty tak zwanego „gotowca”, to nikt nic nie napisze. A przecież zarówno film narodowego reżysera Wajdy, jak postać bohatera narodowego Lecha Wałęsy zasługuje na refleksję, uczciwą i obiektywną, ale również osobistą i uczciwie subiektywną. Bo chociaż film mnie zawiódł i zasmucił, to przecież na uczciwą recenzję zasługuje.

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, i Lech Wałęsa na pewno nie raz już się o tym przekonał. Ale możliwe też, że film spóźniony o tyle lat, został jednak zrobiony zbyt wcześnie. Spóźnił się, ponieważ kolorowa bańka wolności dawno się rozprysła, a wraz z nią nasze ideały i wspaniałe poczucie wspólnoty, kiedy to wszyscy żyliśmy w jednakowej biedzie, ale też byliśmy braćmi w szacunku i poświęceniu dla Ojczyzny, i nikt jeszcze nie wstydził się słowa patriotyzm, które od tejże Ojczyzny się wywodzi. Tamten poryw euforii pełnej nadziei, jakże dla nas wtedy charakterystyczny i ważny, został brutalnie złamany przez stan wojenny. 13 grudnia był mróz, śnieg skrzypiał pod butami. W naszych domach zapanowała martwa, pełna przerażenia cisza.

Nie chciałabym by moja recenzja, dość surowa, przyznaję, uplasowała się gdzieś pośród tak rozpowszechnionego obecnie ogólnonarodowego tonu jadu i nienawiści. Proszę mi tego nie robić, nie bluzgam nienawiścią, szanuję wszystkich twórców, którzy przyczynili się do powstania tego filmu. Lech Wałęsa doczekał się filmu o sobie, i w pełni na to zasłużył. Miał więcej szczęścia niż Kościuszko czy Kiliński, i wielu innych naszych bohaterów narodowych. Lecz mimo wszystko trudno oprzeć się wrażeniu, że film Wajdy i Głowackiego spóźnił się, a zarazem spóźnił się nie dość i został zrobiony zbyt wcześnie. Dlaczego? Ponieważ los naszego bohatera narodowego poszedł już w zapomnienie. Dziś mało kogo obchodzi On i nasza wspólna uboga a bohaterska przeszłość. Młodzież dzisiaj biegnie, nie oglądając się w przeszłość, zajęta swoimi sprawami i swoją przyszłością. Zauważy naszego bohatera – i doceni – dopiero gdy przyjdzie jego czas. Wtedy – kiedyś, po najdłuższym życiu – ktoś postawi mu pomnik. Ktoś  inny przypomni sobie o filmie „Wałęsa, człowiek z nadziei”, sięgnie do zakurzonej filmoteki narodowej i… nie dowie się, jacy byliśmy naprawdę.

Walesa_film_set

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Film o Lechu Wałęsie, który razem z “Solidarnością” walczył o Polskę wolną od komunizmu.
gatunek: Biograficzny / Dramat
produkcja: Polska
premiera: 4 października 2013 (Polska) 5 września 2013 (świat)
reżyseria: Andrzej Wajda
scenariusz: Janusz Głowacki
muzyka: Paweł Mykietyn
zdjęcia: Paweł Edelman

Obsada

Robert Więckiewicz jako Lech Wałęsa
Agnieszka Grochowska jako Danuta Wałęsa
Iwona Bielska jako Ilona, sąsiadka Wałęsów
Zbigniew Zamachowski jako Nawiślak
Dorota Wellman jako Henryka Krzywonos
Maria Rosaria Omaggio jako Oriana Fallaci
Mirosław Baka jako dyrektor stoczni
Michał Czernecki jako wicedyrektor stoczni
Grzegorz Małecki jako funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa
Marcin Hycnar jako stoczniowiec
Piotr Probosz jako Czesław Mijak
Wiktor Malinowski jako Jarosław Wałęsa w wieku 3–5 lat
Marcel Głogowski jako Bogdan Wałęsa w wieku 8–10 lat
Kamil Jaworski jako Przemysław Wałęsa w wieku 5–7 lat
Cezary Kosiński jako Majchrzak
Ewa Kolasińska jako pracownica w stoczni
Maciej Stuhr jako ksiądz
Małgorzata Zajączkowska jako sprzedawczyni
Wojciech Kalarus jako przewodniczący
Mateusz Kościukiewicz jako Krzysiek
Barbara Babilińska jako pielęgniarka
Henryk Gołębiewski jako chłop przy blokadzie

Ciepłe majtki w kwiatki

Dziś wpis mojej siostry, ale najpierw pewna uszczypliwość ode mnie. Otóż aby zilustrować to, o czym pisze Kasia, zapragnęłam znaleźć obrazek z bardzo specjalnymi ciepłymi majtkami w kwiatki. Wpisałam takie hasło w polskiego google’a i oto co mi się pokazało:

cieple-majtki-kwiatki-polRównież przy (sc)rolowaniu w dół odpowiednich majtek nie znalazłam. Przetłumaczyłam więc polskie hasło na niemiecki (warme Unterwäsche Blumenmuster) i otrzymałam TO!

cieple-majtki-kwiatki-niemPatrzyłam i patrzyłam, oczom nie wierząc. To jest społeczeństwo, w którym żyję od ćwierć wieku! O mamo!

rajstopyOK, obejdziemy się bez obrazka majtek. Musi Wam wystarczyć wyobraźni.

Katarzyna Krenz o Irenie Kuran-Boguckiej

Dla wyjaśnienia – dostałam od mojej siostry na gwiazdkę czarne rajstopy w małe czerwone różyczki. Piękne. A tuż przed gwiazdką kupiłam sama sobie granatową sukienkę Vintage w malutkie czerwone kwiatuszki. Oba elementy konfekcyjne odtworzyły nagle i niespodziewanie gdańskie lata 60. Wczoraj Esden-Tempski i Anka Gwiazda zabrali mnie do Polski lat 80, dziś moja siostra wysłała mnie w lata 60.

Cieszę się, że ci się podobają, wiem, że lubisz ładne rajstopy,
🙂
Poza tym nie wiem, czy wiesz, dlaczego kupuję te rajstopy tak namiętnie, bo nie wiem, czy pamiętasz, że dostałyśmy kiedyś takie “ciepłe majtki” od Mamy. Przywiozła je nam z Włoch, gdzie była na stypendium. Pamiętasz? Spędziła tam 3 miesiące. Jeździła, zwiedzała, a pieniądze, jakie dostała z ministerstwa Kultury i Sztuki, podzieliła na “bieżące” i “na zaś” czyli na prezenty. Bieżące szły na jedną puszkę sardynek i tabliczkę czekolady – to była jej codzienna porcja, do końca życia szprotki ją wzruszały, bo przypominały jej słońce na ulicach Florencji i Neapolu. Jadła te puszki na ulicy? w parku? w tanim hosteliku? (bo przecież nie w porządnym hotelu, na co stypendium ministerialne zapewne nie pozwalało). A więc szprotki, a do tego jedna kostka czekolady, kupowała najtańszą, kulinarną, w grubych tabliczkach o dużych kostkach, pamiętam, że przywiozła jedną – może ostatnią z tych swoich dziennych porcji? I przywiozła nam  prezenty: ciepłe majtki. To była zmora naszej młodości, konieczny dodatek do cienkich nylonowych pończoch z pasem i klamerkami, z kawałkami gołego uda wystawionego na podmuchy zimowego wiatru. A tu nagle takie majtki: eleganckie, wyjątkowe i wyjątkowo piękne. Ty dostałaś czarne w niebieskie kwiateczki, a ja właśnie takie, jak te pończochy, na czarnym tle kolorowe! Nosiłyśmy je tak, żeby brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! Poza tym Mama przywiozła nam kostiumy kąpielowe – elastyczne, do ciała, mój był w niebieskie kwiaty, nosiłam go latami, przez studia, do czasu, gdy wyszłam za mąż. Mam go jeszcze dziś! Dostałyśmy też bluzki – moja była w białe, kremowe i błękitne paski, dzianina była prążkowana. Zagraniczna! Jak z filmu! Sandałki? Czy przywiozła nam też sandałki?

Bluzki nie pamiętam, sandałków na pewno nie było, kostiumy – tak, oczywiście pamiętam, ale przede wszystkim hitem prezentowym były te majtki! Te majtki!
Dziękuję mojej siostrze za ten wpis!

Mama na Nowy Rok

Tym razem wpis od nas obu.

Katarzyna Krenz i Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Katarzyna Krenz

Katedra tęsknoty do Hiszpanii

Na siwych włosach smutku
dotarł do mnie koń bez jeźdźca,
w słońcu spalonym na popiół
śnieżne prześcieradła łopoczą jak żagle,
doczekawszy nadejścia czarnej nocy
gliniany kogucik pieje do księżyca
swą małą zieloną piosenkę,
przeczucie śmierci zapisane przeznaczeniem
drży spływając ku falom strumienia
w zastygłej kropli soku z granatów

Biegnę śladem twojego życia,
w milczeniu odejścia szukam słów
które przemówią, by wskazać mi drogę,
wychodzę na spotkanie
białym wzgórzom Andaluzji, witam
winnice, spadające złotym kielichem
na dno chłodnej doliny,
ukryte na zawsze w cieniu czasu,
w cienistym wachlarzu drzewa oliwnego
dostrzegam czerwone korale obietnicy
i błękitnawy połysk sztyletu zdrady

Na wieżach katedry i tęsknoty
co wbite w niebo jak nóż, jak dwa noże
wiatr zawodzi swoją smutną pieśń,
Cyganowi jego pieśni odebrać nie może

Na harfie mostu ponad srebrną rybą rzeki
na mostu wielostrunnej harfie pod namiotem nieba
wiatr śpiewa kasydę ciemnych gołębi
kasydę gołębi ze snów i kamienia

katedraEwa Maria Slaska

Podążajmy za marzeniami

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem wtedy, w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ja doszłam, a moja siostra Katarzyna i jej mąż po mnie tam przyjechali. Spotkaliśmy się na placu przed Katedrą.

Do Santiago, jednak inną drogą, portugalską a nie hiszpańska, poszłyśmy raz jeszcze we dwie z Kingą w roku 2012. Wchodziłyśmy nie od północy, jak wszyscy, tylko od południa – jak nieliczni. Wejście do miasta na tej trasie odbywa się przez wąski zaułek, przesmyk między dwoma domami.

zaulekTak się dochodzi do Wielkiej Katedry! Miejmy to na uwadze w tym zaczynającym się właśnie roku. Nie zawsze wszystko jest od razu wielkie! Tym niemniej jest tak jak głosił “król” niemieckiej piłki nożnej, Franz Anton Beckenbauer: marzenia trzeba mieć wielkie, bo i tak życie sprawi, że zmaleją.

Na zakończenie jeszcze kilka myśli o marzeniach. Mój wkład do owej książki, produkowanej podczas rejsu statkiem, a nazwanej przez nas “Księga Odry”, poza tym, że zorganizowałam, oczywiście nie sama!, tę imprezę, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co dziś chcę tu napisać zamiast życzeń noworocznych. Każdy z nas, uczestników i organizatorów rejsu, miał wnieść do książki kilka linijek, poprosiliśmy też innych zaprzyjaźnionych pisarzy, o zaproponowanie nam krótkich tekstów. Ja się zdecydowałam na starożytną mądrość – strzeż się tego, by spełniły się twoje marzenia, bo gorzko pożałujesz. Przez lata bardzo w to wierzyłam. I to nie dlatego, że jak twierdzi Maja Kossakowska: „Jeśli twoje marzenia zaczynają się nagle spełniać, strzeż się – wkrótce czeka się bolesne rozczarowanie.” Bo nie chodzi mi o to, że po radości przychodzi smutek, lecz o to, że samo spełnienie marzenia jest rozczarowaniem. Księgę Odry tworzyliśmy prawie 20 lat temu. Pewne chińskie przysłowie głosi, że z wiekiem nabywamy mądrości, ale i łagodności. Dziś nie wybrałabym już tego tekstu. Dziś powiedziałabym (zupełnie jak w jakimś poradniku na życie) “Podążajmy za marzeniami, bo bez marzeń nie będziemy wiedzieli jak żyć”. A zwłaszcza – po co? Podążajmy za marzeniami i nie uciekajmy od tęsknoty.

I tego Wam życzymy w roku 2014

Kasia i Ewa

Julie II – Głosy z umarłego miasta

Katarzyna Krenz, Głosy z umarłego miasta

Głos I: Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

*
Terezin (czes. Terezín, niem. Theresienstadt) – miasto i twierdza w Czechach, w kraju Ujskim, nad rzeką Ochrza, na południowy wschód od Litomierzyc. W 1939 roku miasto znalazło się na terenach okupowanego przez III Rzeszę Protektoratu Czech i Moraw. W 1941 roku w tamtejszej twierdzy założono obóz koncentracyjny Theresienstadt, nazywany „modelowym ghettem”. Przeznaczony było głównie dla ludności żydowskiej z terenów niemieckich, czeskich, austriackich i holenderskich oraz dla więźniów politycznych. W obozie przebywało ok. 140 tysięcy osób, z czego zginęło ok. 60 tysięcy; wiele tysięcy wywieziono do innych obozów.

Głos II: Julie

wolfthorn_gNiemiecka malarka, pochodzenia żydowskiego, znakomita portrecistka, graficzka. Studiowała malarstwo w Berlinie, dokąd z czasem przeprowadziła się na stałe. Współzałożycielka (w 1898 r.) „Berlińskiej Secesji” i „Verein der Künstlerinnen und Kunstfreunde Berlin“, w 1905 roku, wraz z 200 innymi artystkami podpisała petycję, żądającą prawa wstępowania do „Preußisch-Königliche Kunstakademie“, która została jednak odrzucona. Wraz z Käthe Kollwitz założyła kooperatywę wystawienniczą „Verbindung Bildender Künstlerinnen“. W 1912 roku powołana (wraz Kollwitz) na dyrektorkę „Secesji“, w 1933 roku przymusowo usunięta. Pozostała jednak w Berlinie, współpracując z „Kulturbund Deutscher Juden“, mimo nacisków ze strony nazistów, którzy ostatecznie  zdelegalizowali tę organizację w 1941 roku, przejmując jej stan posiadania i aresztując członków. W październiku 1942 roku razem z siostrą Louise została deportowana do obozu Theresienstadt, gdzie zmarła dwa lata później, 29 grudnia 1944 roku, w wieku 80 lat.

HedwigLachmann

Portret Hedwig Lachmann namalowany przez Julie Wolfthorn – Hedwig była niemiecką pisarką, poetką i tłumaczką z żydowskiej rodziny (1865 – 1918)

Za zasłoną

Pod cienką warstwą werniksu
ukrywałam nową jakość,
scalając obrazy ponad i poza mną
aby tworzyły osobne światy.

Odgrodzone od siebie –
ja od nich, kobiety z portretów
ode mnie – żegnałyśmy się,
by nigdy więcej się nie spotkać.

A może to tylko ja odeszłam,
a one pozostały w świecie
przedstawionym? Naturalnie,
jeśli nie strawiły ich żywioły –

ognia, wody i nienawiści.

Niebo ginęło za zasłoną dymu i mgły,
gdy stanęłam u wrót miasta-twierdzy.
Spojrzałam na słońce, jakże było
obojętne, płynne jak stal –

I takie już pozostało do końca.

Słońce – martwe. Nieme niebo, nieme
oczy i niemi świadkowie z moich obrazów.
Nikt nie okazał lęku, gdy odchodziłam –
przyjęto spokojnie moją śmierć

ze starości.

Głos III: Friedl

Frederika „Friedl” Dicker-Brandeis urodziła się 30 lipca 1898 roku. Austriacka malarka, projektantka, absolwentka i wykładowczyni w szkole Bauhaus w Weimarze. W grudniu 1942 deportowana wraz z mężem do Terezina, gdzie potajemnie uczyła dzieci rysunku, wierząc, że dzięki sztuce łatwiej im będzie zrozumieć własne uczucia i otaczający świat. We wrześniu 1944 roku jej męża wysłano do Oświęcimia; aby się z nim nie rozłączać, Friedl zgłosiła się na ochotnika do następnego transportu. Przed odjazdem przekazała przełożonej z Domu dla Dziewcząt L 410, Rai Engländerovej, dwie walizki zawierające 4500 rysunków swoich uczniów. Zginęła w obozie 9 października 1944 roku; jej mąż, Pavel Brandeis, przeżył wojnę.

Dotyk koloru

Na przekór czynom i słowom okrutnym
do końca widziała świat w kolorach –
by zgodzić się na rzeczywistość,
by nie godzić się na rzeczywistość

Z małego okna na poddaszu w T.
rozciągał się widok na obce choć piękne
pole z jednym drzewem pośrodku,
które samo w sobie stanowiło
rzeczywistość wbrew rzeczywistości.

Któregoś dnia meteor wojny uderzył
w zieleń trawy na polu i w białą chmurę
nieba i jabłoni. To był znak, meteory i komety
zazwyczaj odczytujemy jako znaki. Wtedy
Friedl zaczęła malować swój ostatni obraz:
ziemię rozdartą, spaloną. I drzewo całe we krwi.

Do obozu w A., oprócz walizki z podręcznymi
rzeczami i pudełka kredek zabrała tamten widok z okna
kolorowy, zapamiętany. Tylko obrazki dzieci,
ukryte na strychu – tylko one przetrwały.

Głos IV: Post Scriptum

(Szeptem)

W czasach pokoju może wystarczyłoby powiedzieć: jestem.

Starą kobietą. Malarką. Osobą. Wojnie to nie wystarczyło. Dopatrzyła się słabości waszego prawa do wolności sztuki, do ucieczki w obraz daleki i wyzwolony, dokąd tylko wybrańcy mogą wejść i zanurzyć się w tęczy. Wojnie niewiele trzeba, by złamać prawo i zabić starą kobietę, która mówi szeptem albo nie mówi już nic. I nawet już nie maluje, tylko szkicuje cienkim grafitem na skrawku nieba.

Bracia Snu

I powiedzieliśmy: bracia, nastał świt,
porzućmy tarczę naszej zemsty, oto
zakopany gniewny miecz Odyna –

tylko cmentarze będą pamiętać.

Siostry, zaśpiewajcie protest-song!
Odtąd wonne przetwory z pigwy
niech warzą się w jasnym ogniu spokoju –

bo nasze wiosło z kości słoniowej*,
a sztandar nie z krwi, lecz z jedwabiu
i w sadach owoc dojrzewa.

Bracia i siostry! I trwać będziemy
w porządku sumienia, poddani
dyktaturze nowego dnia i czystych

sformułowań rozumu.

Trwajmy.

* Parafraza z poematu Théophile Gautier, z cyklu L’Île Inconnue, do którego Hector Berlioz skomponował muzykę w 1841 roku. Dokładnie 100 lat później, w 1941 roku, powstał obóz koncentracyjny Theresienstadt.

Godło: Solar plexus

Kolejny tekst, tym razem opowiadanie, nadesłany w roku 2011 na konkurs “Danke Berlin”. Tekst dostał I nagrodę.

Katarzyna Krenz

Splot słoneczny

[Dla potrzeb konkursu pewne fakty oraz imiona zostały zmienione, co jednak nie miało wpływu na obraz opisanej rzeczywistości]

24 grudnia 1982 roku obudziłam się jak zwykle wcześnie, parę minut przed szóstą. To był jedyny moment w ciągu dnia, kiedy mogłam swobodnie pomyśleć. Nie planować, nie wyznaczać sobie zadań. Tylko pomyśleć. Zaraz obudzi się Mania i usłyszę tupot bosych stóp. Dla spokoju sumienia powiem: „A gdzie kapcie, kochanie?” Ale wiem, że to i tak nic nie da. Najpierw przybiegnie ona – boso. W pół godziny później, dokładnie odmierzywszy czas, jakby miała zegarek wmontowany w mózg, zjawi się młodsza Ania, również boso. Ale jeszcze nie teraz, dopiero za kilka chwil. Leżę, nasłuchując spokojnego oddechu mojego męża na poduszce obok, astmatycznego poświstywania teściowej w sąsiednim pokoju i pierwszych zgrzytliwych rejsów naszej windy – zawsze mam wrażenie, że to przedpotopowy okręt podwodny opada na dno ze zgrzytem łańcucha kotwicy. Za oknem ostre porywy grudniowego wiatru raz po raz tłuką w metalowe pręty naszego balkonu, a raczej loggii, jak współcześni projektanci nazywają ten skrawek betonowej płyty o powierzchni nie większej niż półtora metra kwadratowego, wystajacej poza obręb naszego małego mieszkania na dziesiątym piętrze wieżowca, ustawionego niczym klocek lego na jednym z morenowych wzgórz ponad miastem. I wzgórze, i dziesiąte piętro w moim betonowym bloku mają zaletę: stąd widzę morze. To znaczy, przy dobrej widoczności mogę je zobaczyć, a czasem, gdy widoczność jest doskonała i powietrze czyste jak szkło, nawet statki na redzie. To moje okno na świat. Jedyna droga ucieczki, zawsze otwarta dla myśli. Gdyby nie ten widok, gdyby nie ta droga ucieczki…

Z mojego świata trudno się wymknąć Od roku jest szczelnie zamknięty. Szary jak w oku daltonisty. Rozwarstwiony na różne nasycenia szarości, bez marginesu na takie kolory jak radość, wolność i nadzieja. Napór ostatnich wydarzeń sprawił, że staliśmy się ludźmi bez wyboru. Jesteśmy tylko tak, jak nam pozwolono. Jesteśmy. On, ona i ich dwoje dzieci. Dziadkowie. Zanurzeni w codzienności, złożonej z kartek żywnościowych, kolejek po mięso i chleb, po pralkę i lodówkę, i po jedną tabliczkę czekolady z masy czekoladopodobnej miesięcznie, i tylko dla dzieci i młodzieży do lat osiemnastu. Ludzie dorośli nie powinni jeść czekolady, to niezdrowo, zęby się psują. Dentyści i bez tego nie mają dość amalgamatu, żeby załatać wszystkie nasze dziury. Po kawę natomiast nie muszę stać w kolejkach, bo w sklepach jej i tak nie ma, ale jesteśmy szczęściarzami: mojemu mężowi przysługuje raz na miesiąc 250 gramów brunatnych ziarenek z tak zwanej puli zakładu pracy. Kawa jest niedobra, kwaśna, bolą nas po niej żołądki. Jednak ją kupujemy, podobnie jak wódkę, której nie pijemy. Kupujemy, bo nam się należy, przynajmniej tak uważa nasze państwo. Litr przydziałowej wódki miesięcznie, po pół litra na głowę, moją i męża, ani więcej, ani mniej. Moglibyśmy się w niej kąpać, myślę ze złością, posłusznie odstawiajac butelkę do szafki ze szczotkami. Wódki mogę chociaż użyć do nalewek – tylko wytrawnych, oczywiście, bo cukier też na kartki – albo jako środka odkażającego. Ale na naszych kartkach są jeszcze oddzielne krateczki na papierosy. Po co mi, skoro nie palę? Cóż, człowiek szybko się uczy; teraz już wiem, że nie powinnam się buntować, raczej dziękować losowi za tę dodatkową walutę. Bo wódka i papierosy to pieniądz, nieraz nawet od pieniądza lepszy, zwłaszcza, gdy negocjacje toczą się z hydraulikiem, kafelkarzem albo murarzem. To także towar wymienny, za który możemy dostać niemal wszystko, czego akurat potrzebujemy, jak pieluchy, lekarstwa dla dzieci czy ćwiartka cielaka, zakupionego na czarno u zaprzyjaźnionego rolnika na wsi. Wódka i papierosy naoliwiają zardzewiałe tryby naszej socjalistycznej gospodarki. Dzięki nim żyjemy, trwamy, wychodzimy cało z opresji i mroźnych zim.

Morze, które widzę z okna, mówiło mi, że gdzieś tam żyją wolni ludzie. Góry nie dają tego odczucia, zasłaniają, zagradzaja, a morze tak. Przypominałam sobie opowieści o tym, jak przed wiekami po zamarzniętym Bałtyku nasi przodkowie saniami docierali do Szwecji. Albo na Rugię. Nikt ich nie zatrzymywał, nawet morze. A mnie trzyma tu wszystko. Zamknięte granice, brak paszportu, patrole i czołgi na ulicach. Nawet kartki żywnościowe, ponieważ musiałabym oszczędnie jeść, żeby zgromadzić dość zapasów na taką zamorską podróż. Bo u nas nawet w krótką i niedaleką podróż nikt nie wyrusza bez zapasów, które zabezpieczą przed głodem i chłodem, brudem i trudem. Muszą być kanapki i jajka na twardo, i zwitek papieru toaletowego. Nigdy nic nie wiadomo, ale wiadomo na pewno, że papieru w żadnej toalecie, w żadnym pociągu, na żadnym parkingu nie będzie. Co oznacza, że z domowych zapasów papieru toaletowego też musiałabym korzystać z umiarem, gdybym chciała wyruszyć w daleką drogę. Gdybym mogła.

Ale nie mogę. Stan wojenny to nie wojna, to apatyczne trwanie w zamknięciu, pod groźbą użycia broni. Zaciskam mocno powieki na wspomnienie lufy, która została wycelowana w mój splot słoneczny, gdy rok temu, 13 grudnia, zdyszana szybkim marszem, stanęłam przed bramą mojego radia. Rano wybiegłam z domu spóźniona, telefon znów nie działał, a tu nagle okazało się, że z jakiegoś powodu autobusy również nie kursowały. W ostatnich dniach spadło mnóstwo śniegu, wysokie zaspy zasłaniały drugą stronę ulicy, buty grzęzły w gęstej grudzie. A ja nie mogłam się spóźnić. Wchodziliśmy z programem na żywo, spóźnienie oznaczało zwolnienie z pracy.
Na wartowni stał młody żołnierz.
– A gdzież to się podział nasz pan Warecki? – spytałam odruchowo.
Żołnierz nie był skory do rozmowy. Wyszedł z budki wartownika i zagrodził mi drogę.
– Proszę odejść!
Spojrzałam na niego zdziwiona. Odejść? Czy on nie wie, że w radio, jak w teatrze, gramy na żywo? U nas nie ma takiego pojęcia, jak nieusprawiedliwiona nieobecność.
Powiedziałam:
– Ale ja muszę…
Nie dokończyłam. Tamten uniósł broń i skierował lufę w mój brzuch.
Pobielało mi przed oczami, jakby śnieg przedostał się pod powieki. Biało, mroźno. I ta lufa wycelowana w mój splot słoneczny. Rozejrzałam się, oszołomiona. Ulica była pusta. Nikogo. Tylko ja i ten żołnierz przed wartownią. Był młody, młodszy ode mnie, pewnie nie miał jeszcze żony ani dzieci. Ale miał rozkaz, żeby mnie nie wpuścić do budynku radia. Czy miał też rozkaz, żeby do mnie strzelić, gdybym okazała się zbyt uparta? Zbyt obowiązkowa?

Nie wiem, jak długo tak staliśmy, nieporuszeni. Między nami urosła zaspa ciszy. Przeniosłam wzrok z lufy na jego twarz. Chłopak może i miał rozkaz, ale był młody, nie wyglądał na kogoś, kto strzelał do ludzi, przynajmniej nie z tak bliska. Speszył się, zawahał.
– Niech pani idzie do domu, nic tu po pani.
Ja jednak stałam nadal, niezdecydowana, zmrożona. W końcu żołnierz się zdenerwował.
– Kobieto, to nic pani nie wie? – krzyknął.

Odwróciłam się i zaczęłam biec. Biegłam przez opustoszałe ulice, pod moją górę, brnąc w śniegu, ciężko dysząc. Spocona i bez tchu, dopadłam windy. Nie działała. Jeszcze dziesięć pięter, po dwa stopnie, potykając się, płacząc z przerażenia i zmęczenia. Na moje walenie, drzwi otworzyły się niemal natychmiast. W mieszkaniu panowała cisza.To znaczy teściowa głośno szłochała, dziewczynki płakały, ponieważ nie rozumiały, dlaczego babcia szlocha, w telewizji grali marsz żałobny z sonaty b-moll Chopina. Ale ja wszystko to odbierałam jak niemy fiłm o rozpaczy, niezrozumiałej i zagadkowej. Niebezpiecznej!

Opadłam na krzesło. W płaszczu i zaśnieżonych butach. Spazm w gardle, marszowy rytm muzyki, wzrok dzieci. Lufa. Co się stało? Wtedy mój mąż stanął przede mną i wypowiedział dwa słowa, które od tej pory miały stać się kluczem do naszego więzienia: stan wojenny. Dziś w nocy ogłoszono stan wojenny. Telefony nie działają, mamy godzinę policyjną, nie wolno nam wychodzić na ulicę po zmroku. Bez przepustki nie wolno opuszczać miasta. Nie wolno podróżować. Nie wolno.

I tak zamieszkaliśmy na naszej wyspie pośrodku wolnego świata. Rano, pijąc herbatę i szykując śniadanie, raz po raz spoglądałam przez okno na dalekie morze. Wyspy na morzu nie są bezbronne, myślałam, nie są wydane na pastwę żywiołu. To my mieszkamy na wyspie. Samotni, pozostawieni sami sobie.

*

Dziesięć dni poźniej listonosz przyniósł paczkę. Nazwisko i adres się zgadzały: paczka była przeznaczona dla mnie i mojej rodziny. Für… und Familie. Nazwisko nadawcy było mi nieznane. Hildegarda H., Berlin. Nie znałam żadnej Hildegardy z Berlina, nigdy nie byłam w Berlinie. Ale najwidoczniej Hildegarda wiedziała o moim – naszym – istnieniu.

Przecięłam sznurki, otworzyłam karton. Zanurzyłam ręce w warstwy papierowego ręcznika. Był biały i miękki, nie taki jak nasz papier toaletowy, o którym można by sądzić, że to papier ścierny do polerowania drewna, gdyby nie nazwa na opakowaniu. Pierwsza myśl: w jaki sposób nieznana mi Hildegarda domyśliła się, że u nas nie ma takich papierowych ręczników? Są tylko bawełniane ścierki, ale nie mam proszku do prania, dlatego muszę je gotować z kawałkami mydła, żeby nie śmierdziały.

W paczce znajdowały się dwa kilogramy cukru, po dwie paczki makaronu, herbaty, płatków owsianych, z przepisem na chleb i ciasteczka owsiane na opakowaniu. Mąka. Suszone drożdże. Dwie duże puszki mleka w proszku. Kawa! W sumie dziesięć kilogramów. Na dnie kartonu, pod kawałkiem tektury, ukryta była kartka w linie, wyrwana z kołonotatnika, złożona we czworo. Szanowna Pani, nazwisko Pani adres znalazłam w katalogu wystawy, w której i ja brałam udział. Mam nadzieję, że paczka do Pani dotarła i okaże się przydatna. Podpisane: Hildegarda H., Berlin, 14 grudnia 1981 roku.

Tego wieczora, siedząc z kubkiem pachnącej kawy w fotelu, usiłowałam sobie wyobrazić całą sytuację. W niedzielę, 13 grudnia, wszystkie dzienniki podały wiadomość o ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Hildegarda zamarła przed radioodbiornikiem albo przed telewizorem, a może z gazetą w ręku. Czy piła kawe, tak jak ja teraz? Może zamierzała wyjść z domu? Odstawiła kubek? A jeśli akurat wychodziła… Zrezygnowała? Odwiesiła płaszcz na wieszak? Stała na środku pokoju, niezdecydowana, zastanawiając się, co dla niej osobiście oznaczają te słowa: stan wojenny, Polska. Stan wojenny skojarzył jej się z wojną. Polska? Z jedynym nazwiskiem, jakie znała.

Podeszła do półek z książkami, gdzie trzymała karton z katalogami wystaw, w których uczestniczyła. Odszukała właściwy katalog, po czym zbliżyła sie do okna (a może usiadła na kanapie?)

To było kilka lat temu, w czerwcu, wystawa malarstwa i rzeźby w Weimarze. Spotkanie artystów z krajów Europy wschodniej i zachodniej pod hasłem: „Sztuka ponad granicami”. Jakaś poetka z Polski napisała słowo wstępne. Hildegarda nigdy nie zwracała specjalnej uwagi na teksty w katalogach, ale ten był inny, dziwny – napisany wierszem.

Hildegarda pamiętała, że miała zamiar pojechać do Weimaru, lecz w ostatniej chwili z jakiegoś powodu była zmuszona zrezygnować, dlatego wysłała tylko prace. Wiadomo również, że polska poetka nie dotarła na wernisaż, ponieważ nie otrzymała paszportu. A katalog nigdy do niej nie dotarł. Tym bardziej nie mogła wiedzieć, kim jest ani czym się zajmuje Hildegarda H, zamieszkała w Berlinie Zachodnim. Nie spotkały się, nic o sobie nawzajem nie wiedziały. Jedynym łącznikiem był tamten wernisaż, ten wiersz w katalogu i lista nazwisk i adresów zamieszczona na końcu.

W poniedziałek rano moja nieznajoma weszła do sklepu spożywczego z gotowym planem. Zaczęła wkładać do koszyka: cukier, makaron, przecier pomidorowy w puszkach i kostki rosołowe Knorra, herbatę i płatki owsiane, wszystko po dwa opakowania, dla pewności. Bezwiednie spojrzała na przepis na chleb, umieszczony na opakowaniu płatków owsianych: mąka, suszone drożdże. Zawróciła do działu, gdzie znajdowała się mąka, następnie spytała sprzedawczynię, czy są suszone drożdże; była artystką, niespecjalnie znała się na pieczeniu chleba. Co jeszcze? Kawa, tak, koniecznie. Po drodze do kasy wrzuciła jeszcze do koszyka dwie rolki papierowego ręcznika. Kasjerka podała jej dwa czekoladowe mikołaje – zakupy upoważniły ją do podwójnego świątecznego bonusu. Hildegarda ocknęła się z zamyślenia. Prawda, przecież do świąt już niedaleko, zaledwie dziesięć dni. Rozejrzała się po półkach przy kasie i szybko dokupiła dwie ozdoby choinkowe i dwie torebki pierniczków norymberskich

Nie wróciła do domu, tylko od razu poszła prosto na pocztę. Ustawiła torby z zakupami na parapecie okna, kupiła karton na dziesięciokilową paczkę, następnie zabrała się do pakowania. Owijając starannie każdą rzecz z osobna w papierowy ręcznik, nieoczekiwanie i nieco absurdalnie pomyślała, że w ten sposób lepiej ukryje te rzeczy. Sprawi polskiej poetce mniej kłopotu. W akcie solidarności z nieznaną Polką wyczuwała potencjalne niebezpieczeństwo, jego nieokreśloność dodatkowo wzmagała uczucie niepokoju. Bo Hildegarda nigdy nie była z nikim w stanie wojny, nie miała pojęcia, czy za taką paczkę należy się kara czy nagroda. I dla kogo bardziej: dla nadawcy czy dla adresata? Jest możliwe, że to staranne owijanie kolejnych pudełek ją samą uspokajało.

*

Pod koniec stycznia przyszła następna paczka, pod koniec lutego kolejna. Na stemplach pocztowych zawsze widniała ta sama data, trzynastego. Trzynastego każdego miesiąca Hildegarda zjawiała się w jednym z berlińskich urzędów pocztowych z kolejną przesyłką do Polski. Paczki były zawsze tej samej wagi i wielkości, natomiast zawartość za każdym razem nieco inna. Czuliśmy, że Hildegarda usiłuje się z nami porozumieć telepatycznie. Czego potrzeba komuś w stanie wojny – zimą, wiosną, latem…? Kawy i cukru nigdy dość, wiadomo, mąki na pewno też. Co jeszcze? W “Berliner Morgenpost” przeczytała reportaż o polskich sklepach, gdzie można było kupic tylko ocet i zapałki (octu i tak nie wysyłała, bo szklane opakowanie mogłoby się stłuc, a zapałki przestała dokładać do paczek – skoro są). W marcu, oprócz mąki, cukru, ryżu i makaronu, przyszły nici. Kolorowe, do szycia ręcznego, do maszyny, do haftowania. W kwietniu zamiast papierowego ręcznika Hildegarda użyła ubranek dla dzieci. W jednej z kieszonek ukryła bilet do metra, na którym napisała: All children are ours.

Odczytaliśmy wiadomość: Droga Rodzino, nie znam was, nie wiem, czy macie dzieci, a jeśli tak, to w jakim są wieku. Paczkę majową przeznaczyła na środki czystości. Najwyraźniej nie chciała wysyłać proszku z czekoladą, żeby zapachy się nie zmieszały, poza tym słusznie uznała, że taka dziesięciokilowa porcja proszku do prania, mydeł, szamponów i płynów do kąpieli i szorowania garnków powinna na jakiś czas wystarczyć.

Już w tej pierwszej, grudniowej przesyłce na płatkach owsianych zauważyliśmy w górnym rogu dopisek flamastrem: nr l. Na kolejnych opakowaniach – zawsze były to płatki owsiane, może dlatego, że takie rozgrzewające, sycące, pocieszające – pojawiały sie kolejne cyfry: 2, 3, 4, 5… Przyznać trzeba uczciwie, że żadnej paczki nie brakowało. Czasem przychodziły opieczętowane przez cenzurę, czasem rozdarte i jakby nieco lżejsze niż wskazywał na to zapis na kwicie doręczenia, jednak w numeracji nie było luk. Po otrzymaniu każdej kolejnej wysyłałam pocztówkę. Nie list, tylko właśnie kartkę pocztową z otwartym tekstem: Pozdrowienia z… , podpis. Bez nadziei, że taka kartka przekroczy granice, ale zarazem z nadzieją, że jeśli się uda i Hildegarda ją otrzyma, to sama się domyśli, że jesteśmy jej wdzięczni z całego serca, lecz możemy napisać tylko tyle: pozdrawiamy.

W lipcowej paczce, oprócz stałych już produktów żywnościowych i słodyczy dla dzieci, znalazła się układanka literowa, coś w rodzaju Scrabble`a, tyle że z przesuwanymi kwadracikami. Pierwsze słowo zostało już ułożone, po angielsku – Solidarity. W sierpniu dziewczynki dostały pudełko kredek i szablon z kartonu, z wyciętymi gwiazdkami, księżycami i słońcami. Przez wiele nastepnych dni malowały układ słoneczny, który wciąż trzeba było powiększać o kolejno doklejane arkusze papieru, by w końcu osiągnął rekordowe rozmiary długości podłóg w dwóch pokojach. Wprawdzie tata twierdził, że wszechświat jest o wiele większy, ale zaraz pocieszył zmartwione dziewczynki, że najważniejsze jest słońce, bo wszystko na naszej ziemi kwitnie i rośnie dzięki niemu. To zupełnie jak z nami, dodał, gdy Mania nie chciała się pogodzić z faktem, że wszechświat nie ma końca – każdy z nas jest takim sobie całym kosmosem, bo każdy z nas ma w sobie splot słoneczny, o tutaj.

W czerwcu, a może był to już lipiec, w płatkach owsianych znalazło się zdjecie. Młoda kobieta o błękitnych oczach i ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach, piegowata, w za dużej koszuli pochlapanej farbami. Mocna, otwarta. Nasza Hildegarda z Berlina. W tej samej paczce pojawił się także cukier żelujący do konfitur.

Latem, smażąc truskawki i agrest, myślałam o Hildegardzie. Kiedyś zamieszkamy w domku z ogródkiem – nie musi być od razu duży dom i duży ogród, wystarczą całkiem małe. I będziemy wolni. Wtedy odwiedzi nas Hildegarda. Ustawimy pod jabłonią stół nakryty lnianym obrusem, przygotuję dzbanek soku z kwiatów czarnego bzu, z plasterkiem cytryny i listkiem mięty, z pieca wyjmę świeży placek z konfiturą, którą zrobiłyśmy razem z Hildegardą. Bo ona kupiła cukier żelujący, a ja koszyk truskawek. Albo agrestu. Również płócienne woreczki, do których jesienią wkładałam ususzone jabłka i grzyby, były nasze wspólne, bo wprawdzie to ja je uszyłam, ale nici przyszły w paczce marcowej, a kawałek płótna o grubym splocie – w sierpniowej.

*

Tupot bosych nóg wyrwał mnie z zamyślenia. Mania czy Ania? Tym razem, o dziwo, młodsza. Typowy śpioch, ale nie dzisiaj.
– Czy to już dziś? Będzie choinka? Będą prezenty? – wysapała mi do ucha. Jej szept przeszedł zaraz w głośniejsze tony, mała nie mogła opanować ekscytacji.
Tadeusz przeciągnął się z głośnym ziewaniem, po czym wstał i po drodze do łazienki nastawił radio. Program II nadawał audycję „Najpiękniejsze kolędy z różnych stron świata”. Cicha noc, święta noc…

Tak, to już dziś, pomyślałam, cicha noc, święta noc. Powinniśmy się radować. Przeżyliśmy aresztowania naszych bliskich z rodziny i przyjaciół. Przeżyliśmy potajemne przekazywanie wiadomości i paczek do więzień i obozów internowania. Przeżyliśmy ograniczenia naszej wolności, upokarzające racjonowanie kartkowej żywności, wielogodzinne wystawanie w kolejkach, nieraz od świtu, a zdarzało się, że i przez całą noc. Przeżyliśmy choroby bez koniecznych leków, pobyty w szpitalach, brudnych z braku środków do mycia. Przeżyliśmy rewizje i cenzurę naszej prywatnej korespondencji, inwigilacje, indoktrynacje. “My home is my castle” przestało dotyczyć naszych domów, naszą prawdziwą wewnętrzną wolność musieliśmy ograniczyć do tego, co udało nam się ocalić, ukrywając za ścianą milczenia. To prawda, nasze twarze były szare, nasze ubrania były szare, nasze ulice były szare, ale mimo wszystko szarość nas nie pokonała. Mimo wszystko przeżyliśmy.

Śnieg, znowu śnieg. Morze na horyzoncie posiwiało od mrozu, jakby i ono nagle odczuło ciężar minionego roku. Po wieczerzy usiedliśmy wokół choinki. Tata nagle gdzieś zniknął, a pojawił się święty Mikołaj.
– O, pożyczył buty od naszego taty- zauważyła Mania.
Wśród prezentów czekała kolejna paczka od Hildegardy, którą listonosz przyniósł poprzedniego dnia. Für ganze Familie. Bo teraz Hildegarda już sporo o nas wiedziała. Że dziewczynki lubią malować i budować zamki z klocków lego, a ja uwielbiam kawę, że dziadek cierpi na nadciśnienie, a teściowej świetnie robi Buerlecithin. I że na święta nie byłoby pierników z lukrem i polewą czekoladową, gdyby Hildegarda o tym nie pomyślała już w listopadzie, gdy pakowała kolejną paczkę.

Dekorując z dziewczynkami świąteczne pierniczki, układałam w myślach list do Hildegardy. Droga Nieznajoma Przyjaciółko, chcemy, żebyś wiedziała, że Twoje paczki były jak liny, którymi z powrotem połączyłaś naszą zniewoloną wyspę ze światem wolnych ludzi.

Mania przecięła sznurek, a Ania rozerwała papier. W środku było świątecznie i kolorowo, czekoladowo i piernikowo.
– A co to? – Mania wyciągnęła ostatnie pudełko, które pozostało jeszcze na dnie paczki.
Pudełko było sporych rozmiarów, chyba po butach. Na wierzchu pokrywki widniała nazwa firmy: SOLAR PLEXUS. Litery były złote, podobnie jak promienie słoneczne, które je otaczały. Mania otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdowało się dwanaście ogarków grubych woskowych świec. Umilkliśmy, zdziwieni, nie bardzo rozumiejąc, jak należało zinterpretować ten prezent. Nagle Ania zawołała:
– Tu jest jeszcze coś!
Do wewnętrznej strony pokrywki taśmą klejącą przymocowana była biała koperta, której wcześniej nie zauważyliśmy. Ostrożnie odkleiliśmy taśmę. W kopercie znajdowała się fotografia przedstawiająca okno. Za szybą bezlistne drzewa tonęły w ostatnich smugach wieczornej czerwieni. Na parapecie stały dzbanki, kubki i szklanki pełne pędzli, ołówków i kredek, bloki rysunkowe i książki o malarstwie.

I jedna płonąca świeca.