Stuart 40

When my body won’t hold me anymore
And it finally lets me free
Will I be ready?
When my feet won’t walk another mile?
And my lips give their last kiss goodbye?
Will my hands be steady when I lay down my fears, my hopes, and my doubts?
The rings on my fingers, and the keys to my house
With no hard feelings?

Kiedy ciało przestanie mnie już trzymać
I w końcu będą wolny.
Czy będę przygotowany?

Na to, że nogi nie pokonają już ani mili?
A usta po raz ostatni pocałują kogoś na do widzenia?
Czy ręce nie będą drżały, kiedy odłożę już obawy, nadzieje i wątpliwości?
Zdejmę pierścionki z palców i odłożę klucze od domu
Czy zrobię to bez żadnych złych uczuć?

The Avett Brothers, No hard feelings

Joanna Trümner

Siostry

Siostra Briana – Jane z córką i Kate z partnerem i dwójką dzieci leciały z Abu Dhabi do Sydney tym samym samolotem. „Ta podróż to piekło”, przeklinała w duchu Kate, idąc z synem po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny lotu do toalety. Postanowiła, że następnym razem przyleci do brata sama – bez dzieci i bez Waltera. Jego rozdrażnienie wielogodzinną podróżą rosło z godziny na godzinę. „Jeszcze chwila, a wybuchnie i będę musiała go uspakajać”, westchnęła Kate, siadając.

Kilka rzędów za nią siedziała siostra Briana – Jane. I ona myślała, że następnym razem wybierze się do Australii sama, bez naburmuszonej córki i jej złego humoru, który zaczął się już w Londynie. Wspólna podróż do Sydney była prezentem Jane na dwudzieste pierwsze urodziny Stelli. „Kiedyś człowiek w jej wieku stawał się pełnoletni i odpowiedzialny za swoje życie”, pomyślała. Wspominając minione burzliwe lata, Jane miała nadzieję, że dzięki wspólnej podróży uda jej się znowu nawiązać kontakt z córką. Stella, jeszcze niedawno grzeczna, otwarta do ludzi i roześmiana dziewczynka z długim końskim ogonem, zmieniła się ostatnio w zbuntowaną, znudzoną, wyzywająco umalowaną młodą kobietę. Kobietę, która weszła na ścieżkę wojenną z całym światem, przede wszystkim z matką. Jane bała się zostawić ją w Londynie, bała się, że pozbawiona kontroli córka znowu się upije i zaśnie na ławce w parku lub nie będzie jej kto miał odebrać z posterunku. Ostatnie lata obu kobiet były pełne napięć, Stella z trudem skończyła szkołę i od trzech lat zarabiała na utrzymanie dorywczymi pracami w knajpach. Często wracała do domu wczesnym rankiem i spotykała w drzwiach wychodzącą do pracy matkę. „Dobranoc”, pozdrawiała matkę prowokacyjnie. „Twoje życie jest puste, nie masz żadnych zainteresowań, żadnych planów, żyjesz z dnia na dzień, zmień coś, zanim będzie za późno”, powtarzała córce. Ona w wieku Stelli miała za sobą rok studiów na prawie, starała się o roczne stypendium w Stanach i wiedziała, kim chce zostać. „Wiem, że jesteś idealna i święta, a moim ojcem jest duch święty”, odgryzała się Stella, nawiązując do wielkiej tajemnicy, którą otoczony był jej ojciec. „Nawet nie wiesz, jakie to bliskie prawdy” – myślała Jane. „Dlaczego, do diabła, rany zadawane przez własne dziecko bolą tak mocno? Może dlatego, że to pozostaje bez konsekwencji, bo cokolwiek by powiedziała lub zrobiła, to i tak jej wybaczę?”

Tym ważniejsze było dla niej spotkanie z bratem, pierwsze po ponad trzydziestu latach od dnia, kiedy Brian stał się persona non grata w rodzinnym domu, dnia, kiedy Brian powiedział ojcu, że jest homoseksualistą. Ojciec zamknął mu na zawsze drzwi rodzinnego domu, mówiąc: „W naszej rodzinie zwyrodnialców nie ma. Od dzisiaj do nas nie należysz”. W ciągu najbliższych kilku tygodni z domu zniknęły wszystkie przedmioty, mające jakikolwiek związek z Brianem. „Jakby go w naszym życiu nigdy nie było”, myślała Jane, przyglądając się tym zmianom i obiecywała sobie, że nigdy nie straci kontaktu z bratem.

Teraz, w drodze do Australii, przypomniała sobie tę daną przed laty obietnicę – obietnicę, której nie dotrzymała. Czuła się podle, bała się, że Brian może ją zapytać, dlaczego milczała, dlaczego nigdy nie spróbowała nawiązać z nim kontaktu – żyli przecież w jednym mieście, a mogłoby się wydawać, że dzieliły ich tysiące kilometrów lub kontynent. „Najważniejsze jest chyba to, że po tych wszystkich latach go znalazłam i że się zobaczymy, wyrzuty sumienia niczego już nie zmienią” – pomyślała i zapadła w głęboki sen, z którego obudziła się dopiero podczas lądowania w Sydney.

Na lotnisku Stuart z zaskoczeniem rozpoznał Briana w tłumie czekających na samolot z Abu Dhabi. Od powrotu Briana z wycieczki po Australii Stuart widział go tylko dwa razy.
W kilka dni po powrocie Brian wpadł do niego z kopertą pełną zdjęć, żeby opowiedzieć o podróży. „To była jedna z moich najpiękniejszych przygód w życiu”, zakończył. Z Briana promieniowały spokój i pogoda. Stuart zastanawiał się, co mogło spowodować taką zmianę. „Może mi kiedyś sam opowie”, pomyślał, ciesząc się, że ma przed sobą człowieka, który pozbył się złych emocji i znalazł wewnętrzny spokój.

Brian postanowił, że zamieszka w Australii i wynajął dom na przedmieściu Sydney. Podczas kolejnej wizyty opowiedział Stuartowi, że poznał podczas podróży przyjaciela z Adelajdy i planują wspólną wyprawę do Azji. Po wyjściu przyjaciela Stuart długo rozmawiał z Sally o tych nowinach.

Podczas wspólnego czekania na przylot samolotu Brian opowiedział mu, że czeka na wizytę siostry, na pierwsze spotkanie po trzydziestu kilku latach i że bardzo chciałby na ostatnim etapie swojego życia odnaleźć rodzinę. „Trochę się obawiam”, zwierzał się Stuartowi. „Przecież ja nawet nie wiem, czy ją rozpoznam. Tak jak nie wiem, jakim jest człowiekiem i czy będziemy się rozumieli. Najważniejsze jest chyba, że mamy drugą szansę.”„Mówi o tym tak, jakby spotkanie siostry po ponad trzydziestu latach było najbardziej normalną i oczywistą rzeczą pod słońcem”, pomyślał Stuart.

Ich rozmowę przerwało wołanie Kate: „Tu jesteśmy!” Po chwili Stuart trzymał w ramionach siostrę, wkrótce potem dołączyły dzieci. Walter stał w odległości kilku kroków i przyglądał się rodzeństwu. Miał zagubioną minę, jakby zastanawiał się: „Po co ja tu jestem potrzebny?” Stuart podszedł do niego i podał mu rękę. W międzyczasie Kate rozpoznała w tłumie Briana. „W życiu się nie spodziewałam, że tu się spotkamy!”, powiedziała z radością i przedstawiła mu Waltera i dzieci – Laurę i Petera. Zajęty rozmową z Kate Brian nie od razu dostrzegł dwie kobiety, które weszły do hali w grupie ostatnich pasażerów. Szybko pożegnał się z rodziną Stuarta i ruszył w ich kierunku – nie miał wątpliwości, że jest to jego siostra z córką.

W godzinę później goście z Berlina siedzieli w domu i jedli przygotowaną przez Sally kolację. Sally i Kate od razu przypadły sobie do gustu. Po kolacji kobiety zaczęły wspólnie z dziećmi robić plany na pięć dni pobytu w Sydney. Mężczyźni przysłuchiwali się tej rozmowie w milczeniu, wreszcie Walter powiedział: „Fajny dom jak na kogoś, kto nie pracuje, ja się w Berlinie nigdy takiego nie dorobię”. „Od miesiąca pracuję, mam zastępstwo w szkole”, odpowiedział Stuart. „Dlaczego mu się tłumaczę, to przecież nie jego sprawa”, pomyślał ze złością. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie polubić tego sztywnego i pozbawionego humoru człowieka, z którym Kate budowała wspólne życie.

W dwa dni później Stuart z Sally i Kate z rodziną odwiedzili Briana w nowym domu. Brian przedstawił im siostrę i jej córkę. Ta niebrzydka, młoda dziewczyna wyglądała na bardzo znudzoną pobytem w Sydney. Widać było, że wizyta młodych ludzi jest dla niej zaskoczeniem. Siostra Briana – Jane wyglądała znacznie młodziej niż Stuart ją zapamiętał z lotniska. „Tak wygląda ktoś, komu spadł z serca wielki kamień”, pomyślał Stuart. W chwilę później zobaczył, że Sally rozmawia ze Stellą.

Po odejściu gości Brian odetchnął z ulgą – usłyszał, że Sally umówiła się na jutro ze Stellą. „Dobrze byłoby, gdyby spędziła chociaż kilka dni z ludźmi w jej wieku”, pomyślał, wiedząc, że i on sam chętnie odpocznie przez kilka godzin od obecności wiecznie naburmuszonej siostrzenicy.

Pięć dni wizyty Kate z rodziną minęło bardzo szybko, w ostatni wieczór ich pobytu w Sydney Stuart siedział z Walterem nad mapą ich podróży po Australii, zaplanowali wyprawę od Sydney przez Melbourne legendarną Great Ocean Road do Adelajdy. Po raz pierwszy od przylotu rodziny Kate Stuart nie odczuwał niechęci do Waltera. Z rozmowy widać było, jak bardzo Walter myśli o wygodzie dzieci i Kate. „Nie muszę go lubić”, pomyślał Stuart, „ważne, że kocha moją siostrę, i że ona jest z nim szczęśliwa”.

Jane opowiedziała Brianowi o przejściach z córką. Przyznała, że zrobiła wiele błędów wychowawczych. W ciążę zaszła na ostatnim roku studiów, tuż przed egzaminem końcowym. Rodzice byli przeciwni urodzeniu dziecka, tym bardziej, że Jane nigdy nie zdradziła, kto był jego ojcem. „To był koszmar, do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się skończyć studia, urodzić Stellę i opiekować się nią przez kilka pierwszych miesięcy bez żadnej pomocy. Przez pierwszych kilka miesięcy mieszkałam u koleżanki, ta przyjaźń nie wytrzymała jednak nocnego płaczu dziecka. Musiałam szukać czegoś innego i wylądowałam w jednym z pierwszych domów dla samotnych matek w Londynie. Po roku zjawiła się matka. Zakochała się w Stelli od pierwszego wejrzenia i zaczęła namawiać mnie do powrotu do domu. Po wielu rozmowach z nią, a później z ojcem, zdecydowałam się wrócić do domu na kilka miesięcy, do czasu, aż znajdę pracę i mieszkanie. Z ‘kilku miesięcy’ zrobiło się pięć lat, w tym czasie zostałam zatrudniona w kancelarii adwokackiej, która zajmowała się głównie prawem socjalnym. Dostałam tam działkę ‘samotnych matek’ i ich roszczeń w stosunku do mężów. Nasłuchałam się przez te lata strasznych historii – o przemocy, o uzależnieniach, o nieszczęśliwych, źle wykształconych i kompletnie zależnych od innych kobietach. Codziennie wracałam do pracy w przekonaniu, że w porównaniu z tymi życiorysami spotkało mnie wielkie szczęście – miałam bogatych rodziców, którzy mi pomagali, zdrowe dziecko, którym ktoś się zajmował, kiedy byłam w pracy, dom i niezłe wykształcenie. To dziwne, że to, czego my nie mamy, zawsze odbieramy jako wielkie nieszczęście i wymierzoną przeciwko nam niesprawiedliwość losu, ale kiedy naprawdę rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że innym ludziom brakuje jeszcze więcej i że walczą jeszcze bardziej dla siebie i swoich dzieci”.

„To duch święty ci nie pomógł?”, zapytał Brian z uśmiechem.

Cdn.

Stuart 39

Wasted years been brainwashed by lies
Oh yes, I have, oh, wasted years
I’m talking about wasted years
Oh, I’m not seeing eye to eye
I just can’t see the things I should see
Wasted years, baby

Zmarnowane lata, kłamstwem wyprane z mózgu,
Tak, o tak, zmarnowane lata –
Mówię o zmarnowanych latach
Wciąż jeszcze nie potrafię objąć ich wzrokiem
Zobaczyć tego, co powinno się widzieć
Zmarnowane lata, dziecino

“Wasted Years” Joe Lee Hooker i Van Morrison

Joanna Trümner

Zmarnowany czas

„Co ja tu robię?“, zastanawiał się Brian czekając na  peronie na legendarnego „Ghana”, najsłynniejszy pociąg australijski, z Adelaide do Darwin. Brian przyglądał się pasażerom na peronie, „Wyglądają jak wycieczka z domu starców”, pomyślał w duchu. „Podróż jednym z najstarszych pociągów na świecie ma swoją cenę, młodych na to nie stać. Oni pewnie zwiedzają Australię wynajętym samochodem albo autostopem i śpią w tanich schroniskach albo pod gołym niebiem”.

Obok Briana stanęło starsze małżeństwo z dwiema olbrzymimi walizkami. „Mam nadzieję, że tym razem pamiętałaś o lornetce?”, zwrócił się do żony mężczyzna. „Ostatnim razem zapomniałaś i nie mogłem obserwować ptaków. To był zmarnowany czas, można było równie dobrze zostać w domu.”  „Zrobiłeś mi takie piekło, że tym razem była to pierwsza rzecz,  o której pomyślałam”, odpowiedziała kobieta. „Zamiast marudzić rozejrzyj się lepiej za kimś, kto nam wniesie walizki do przedziału”, dodała z pretensją w głosie. Brian zastanawiał się nad wiekiem tej pary. „On może zbliżać się do osiemdziesiątki, ona jest o parę lat młodsza”, pomyślał w duchu. „Są ze zobą od kilkudziesięciu lat, od wieczności i powiedzieli już sobie wszystko, co ważne. Wszystko, co mają sobie jeszcze do powiedzenia, to pretensje i złośliwości. Ciekawe, jaki ja będę za dziesięć albo piętnaście lat? Może też będę złośliwym starcem – samotnym i niezadowolonym z życia marudą?” Z myśli wyrwał go przyjazd pociągu. Na widok luksusu w przedziale sypialnym humor Briana poprawił się.

Po kilku godzinach podróży zgłodniał i wybrał się na poszukiwanie wagonu restrauracyjnego. Wkrótce potem oglądał z okna zielone wzgórza w okolicach Adelajdy i czekał na zamówiony stek z baraniny. „Czy mogę się przysiąść”, zypytał nieśmiało nieznajomy mężczyzna, którego Brian nie widział wcześniej wśród czekających na peronie. W pół godziny później na stole stała butelka chłodnego bialego wina, a Brian i Phil zatopili się rozmowie. Dla Phila była to podobnie jak dla Briana pierwsza w życiu podróż „Ghanem”. „Do tego luksusu można się przyzwyczaić”, skomentował cierpko i zaczął opowiadać o sobie. Do Ausrtalii przyjechał ponad trzydzieści lat temu z północnej Anglii. Znalazł pracę na uniwersyteckiej bibliotece w Adelajdzie, przez ostatnich dziesięć lat pracy był jej kierownikiem. Przed rokiem przeszedł na emeryturę i postanowił, że dokładnie pozna kontynent, który stał się jego drugim domem.   „Masz rodzinę, dzieci, wnuki?”, zapytał Brian i w tym samym momencie dotało do niego, że to pytanie było nietaktem wobec dopiero co poznanego człowieka. „Jakoś się nie ułożyło”, odpowiedział Phil. Brian przypomniał sobie w duchu dziesiątki razy, kiedy on sam wykręcał się od odpowiedzi na takie pytanie i zmienił temat. „Jestem w Australii od kilku miesięcy i spotkałem tylko dwie osoby, ktśre się tu urodziły. To mi się wydaje nieprawdopodobne. Przecież wszyscy nie mogą się wyprowadzić z naszej Anglii, ktoś musi tam zostać.”- powiedział. „Ja chciałem uciec od skomplikowanej rodzinnej historii”, odpowiedział Phil. „Szczerze mówiąc od obsesji, od krórej się chciałem przez ten wyjazd uwolnić”. Zapadło milczenie. Widać było, że Phil zastanawia się nad tym, czy opowiedzieć Brianowi swoją historię.

„Wyjechałem z Anglii w momencie, kiedy pozornie życie zaczęło mi się układać”, zaczął. „Miałem dobrą pracę na uczelni w Glasgow i powoli zapuszczałem korzenie. Ale nie mogłem sobie poradzić z obsesją szukania ojca. Kiedy byłem dzieckiem, matka nic mi nie chciała powiedzieć, a dziadkowie, u których się wychowywałem, unikali tego tematu jak ognia.  Nieznany ojciec zawsze mi w myślach towarzyszył. Kiedy miałem dwanaście, a może trzynaście lat założyłem zeszyt, w którym zapisywałem wszystko, czego dowiedziałem się o matce, w nadziei, że w ten sposób uda mi się znaleźć Wielkiego Nieznajomego. Nieznajomego, o którym nikt nie chciał ze mną rozmawiać i o którym nic nie wiedziałem. Kartki podzieliłem kreską na dwie części – fakty ważne i mniej ważne. Po stronie „ważne” zapisałem złamanie przez matkę ręki kiedy miała szesnaście lat i była uczennicą szkoły pielęgniarskiej. Wkrótce po zapisaniu tego wydarzenia doszedłem do wniosku, że On musiał być kierowcą karetki, która zawiozła matkę po wypadku do szpitala. Nawet nie wiesz, ile czasu spędziłem na chodzeniu od szpitala do szpitala i wpatrywaniu się w twarze kierowców karetek. O każdym z nich myślałem, że może być moim ojcem. Pamiętam, że kilku z nich nawet zapytałem, czy wieźli przed laty do szpitala młodą dziewczynę ze złamaną ręką.

Kiedy ten trop zawiódł, szukałem innych, latami szukałem swoich rysów twarzy w każdym napotkanym mężczyźnie. Byłem naiwnym głupkiem, opanowanym obsesją. Sam się dziwię, że udało mi się mimo to skończyć szkołę i studia. Dziadkowie przywoływali mnie do porządku: „Daj spokój, to nieważne, kto jest twoim ojcem. Masz nas i mamę.” Może podświadomie zdawałem sobie sprawę z tego, że prawda o tym, skąd się wziąłem, może być straszna. Czułem, że rodzina coś ukrywa. Kiedy miałem piętnaście lat, matka poznała kogoś i wyszła za mąż. Mam brata, a w zasadzie pół-brata, który jest ode mnie o osiemnaście lat młodszy. Po jego urodzeniu zdałem sobie sprawę z tego, że on jest dzieckiem chcianym i kochanym, a ja byłem i jestem jakimś złem koniecznym. Nie narzekam, miałem w miarę normalne dzieciństwo, były uroczyste urodziny, sprawdzanie lekcji, prezenty pod choinką, nigdy nie byłem głodny ale zawsze wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak.

Prawdę poznałem dopiero po studiach, babcia zachorowała na raka i zdecydowała się, powiedzieć mi prawdę. Matka została zgwałcona przez nieznajomego mężczyznę w pociągu, którym wracała do domu. Nigdy nie udało się ustalić, kim był ten nieznajomy. Policja rozkładała ręce, a dziadkowie zdecydowali się mną zająć i umożliwić matce skończenie szkoły. W tamtych czasach nikt nie chodził po porady do psychologów, ale teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że matka zachowywała się czasami irracjonalnie – jak ktoś, kto się boi. Pamiętam, że prawie nigdy nie wychodziła z domu po ciemku, nie zamykała drzwi, gdy szła do ubikacji, a do pracy zawsze przywoził i odwoził ją mąż. Po tym, jak dowiedziałem się prawdy, zdałem sobie sprawę z tego, jak dziecinnie okrutne były moje poszukiwania. Byłem zły na siebie i na czas, który poszedł na marne – lata pełne kłamstw i niedopowiedzeń. Bezpowrotnie stracony czas. W dniu trzydziestych urodzin postanowiłem diametralnie zmienić życie i zacząć wszystko od nowa, w innym miejscu, jak najdalej od domu. Przyjechałem do Alelajdy”.

Brian nie zdziwił się. Wiedział, że rzeczy intymne, bardzo osobiste łatwiej jest opowiedzieć osobie zupełnie obcej.

Wkrótce potem na dworze zrobiło się ciemno, Brian wrócił do swojego przedziału i długo myślał o nowo poznanym mężczyźnie i jego poszukiwaniach. Od dawna nie rozmawiał z nikim tak długo i intensywnie. Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna nie czuł się samotnie. „Dobrze, że zdecydowałem się na tą podróż”, pomyślał i wziął do ręki gazetę ze stolika przy łóżku. Pobieżnie przeczytał wiadomości z pierwszej strony i tytuły artykułów z kolejnych stron: pożary lasów w Wiktorii, tysiące ofiar suszy w Somalii, wyniki gier australijskiego futbolu, napad na sklep jubilerski w Adelajdzie: „Co mnie to wszystko obchodzi? Przecież jestem na urlopie”, pomyślał i już chciał odłożyć gazetę, gdy zatrzymał wzrok na zdjęciu roześmianej, młodej rodziny – rodziców z dwójką dzieci i wielkim labradorem, stojących przed pomalowanym na żółto domem. „Czy są na świecie w ogóle takie naprawdę szczęśliwe rodziny?”, zastanawiał się, przyglądając się reklamie kredytu budowlanego dla młodych małżeństw.

Otrząsnął się i pomyślał, że to chyba najwłaściwszy moment, żeby otworzyć… list. Jego korespondencja najczęściej nie była żadnym zaskoczeniem. Dozorca domu w Anglii raz na miesiąc pakował wszystkie listy do koperty i przysyłał je na pocztę w Sydney. Były to zazwyczaj listy z banku, zaproszenia na wystawy, reklamy, ale tym razem był również tajemniczy list, zaadresowany kobiecym charakterem pisma, list bez nadawcy. Brian przypomniał sobie scenę z jakiegoś kryminału, w której komisarz próbuje po zapachu koperty odgadnąć,  czy list na pewno napisała kobieta. „Co za bzdura!”, pomyślał, ale odłożyć moment otwarcia listu na niekreślone „kiedyś”. Tym razem bez zastanowienia sięgnął po list i otworzył kopertę. Po przeczytaniu pierwszego zdania miał ochotę odłożyć list na bok. „To ja, twoja siostra, Jane, mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz”. Brian nie był pewien, czy chce czytać dalej.  Nigdy nie zapomniał o tym, że miał dom, nigdy nie zapomniał o siostrze i rodzicach. W jednej z londyńskich gazet znalazł przed kilkoma laty nekrolog ojca. Nie poszedł na pogrzeb, bał się tego, co mogłoby tam spotkać. Bał się, że mógłby znowu usłyszeć: „Już nie należysz do naszej rodziny”. Takie były przecież ostatnie słowa ojca. Dopiero w kilka dni po pogrzebie poszedł na grób. Położył kwiaty i długo stał, tocząc w myślach decydującą rozmowę z ojcem. Opowiadał mu o trzydziestu latach, które minęły od ich ostatniego spotkania i z każdym słowem rosło w nim poczucie, że nie zmarnował tego czasu. „Przez większą część życia byłem szczęśliwy”, powiedział do siebie wychodząc z cmentarza. Przez wiele dni po tej wizycie zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, czy nie trzeba było chociaż raz w ciągu tych trzydziestu lat odezwać się do rodziców lub do siostry, zadzwonić do nich z życzeniami świątecznymi, przejechać się samochodem pod rodzinny dom, zobaczyć, co zmieniło się od dnia jego niedobrowolnej wyprowadzki. Przypomniał sobie pierwsze lata po zerwaniu stosunków z rodziną, ból, jaki odczuwał podczas odwiedzin u rodziny Stuarta w Walton. On sam nigdy nie poznał ani męża ani dzieci swojej siostry, nawet nie wiedział, czy wyszła za mąż i miała dzieci. Był człowiekiem pozbawionym korzeni.  Po chwili zastanowienia Brian wziął ponownie list do ręki.

Cdn.

Stuart 38

Well, I hope that I don’t fall in love with you
‘Cause falling in love just makes me blue
Well, the music plays and you display your heart for me to see
I had a beer and now I hear you calling out for me
And I hope that I don’t fall in love with you

Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham,
Bo to zawsze oznacza dla mnie smutek
Muzyka gra, a ty otwierasz przede mną serce
Wypiłem piwo i słyszę jak mnie wołasz,
Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham

Tom Waits, I hope that I don t fall in love with you

Joanna Trümner

Sally i Brian

Stuart zerwał ze kalendarza na ścianie kartkę z miesiącem „listopad”. „Za kilka tygodni znowu święta i koniec roku. Kiedy ten rok minął?”, zastanawiał się i wziął do ręki kartkę świąteczną z Berlina, którą rano znalazł w skrzynce pocztowej. „Pamiętaj o wczoraj, żyj dzisiaj, miej nadzieję na jutro”, przeczytał i uśmiechnął się na myśl o swojej siostrze, Kate. Wyobrażał sobie Kate w dalekim, pokrytym śniegiem i zimnym Berlinie, był przekonany, że spędziła wiele godzin na chodzeniu od sklepu do sklepu w poszukiwaniu kartek świątecznych, które mówiłyby coś więcej niż „Wesołych Swiąt i szczęśliwego Nowego Roku”. Kartka kończyła się napisanym kulfoniastym pismem dziecka zdaniem: „W lipcu przyjedziemy cię odwiedzić”.

„Nareszcie”, pomyślał z radością. Przypomniały mu się długie, samotne godziny spędzone w łóżku w szpitalu w Cancun, godziny, podczas których z niedowierzaniem patrzył na ścienny zegar na sali. Często wyobrażał sobie, że czas, który, zdawało się, stał w miejscu, a którego monotonię rozpraszało tylko czytanie „Davida Copperfielda”, stał tylko wskutek rozładowanej baterii w zegarze. Nieraz wyobrażał sobie, że w ciągu nocy ktoś wymieni baterię i dni zaczną płynąć szybciej, że wstanie o własnych siłach i wróci do domu. „Może czas mija szybciej, kiedy jesteśmy szczęśliwi? Jutro minie już przecież pół roku od pierwszej randki z Sally”, zastanawiał się, odkładając kartkę pocztową od Kate. Przypomniała mu się ich pierwsza, niezbyt fortunna randka. W tydzień po ślubie Toma umówił się z nią na sobotnie spotkanie przy wejściu do ogrodu botanicznego w centrum miasta. Błędnie ocenił możliwość dotarcia tam na wózku inwalidzkim. Autobus, który jechał pod ogród, był zapełniony po brzegi, nie było w nim miejsca dla pasażera takiego jak on. Kierowca autobusu zatrzymał się na chwilę na przystanku i popatrzył bezradnie. Na twarzy miał wypisane pytanie, skierowane do Stuarta: „Dlaczego nie siedzisz w domu?” Rozłożył ręce i ruszył.

Po odjeździe autobusu Stuart długo czekał na taksówkę, w duchu wściekał się na siebie – „Co mi odbiło, żeby umówić się na drugim końcu miasta?” Kiedy dojeżdżał na miejsce spotkania był spóźniony o dwadzieścia minut. Z okna taksówki zobaczył jak Sally rozgląda się dookoła i szybkim, zdecydowanym krokiem odchodzi w kierunku przystanku autobusowego. „Musi być strasznie wściekła”, pomyślał i otworzył okno taksówki: „Bardzo cię przepraszam za spóźnienie, autobus uciekł mi prosto sprzed nosa i musiałem bardzo długo czekać na taksówkę. Następnym razem wyjdę z domu o wiele wcześniej, proszę, nie bądź na mnie zła”. „O ile jeszcze będzie następny raz”, pomyślał w duchu. „Jestem idiotą, który nie potrafi zaplanować czasu, ale idiotą, który cię naprawdę przeprasza”, dodał.

W kilka minut później siedzieli koło siebie na ławce w ogrodzie botanicznym. Rozmawiali o weselu Toma, początkach pobytu w Sydney i pracy w szkole. Zwiedzili ogród, a potem znaleźli w pobliżu przytulny pub z dobrą muzyką. W pewnym momencie Sally zapytała: „Od dawna jesteś sam?” „Moja była dziewczyna nie żyje”, odpowiedział. W milczeniu, które pojawiło się między nimi, Stuart dziwił się w duchu, że koszmar, który przeżył – potworny wypadek, zdradę, upokorzenie, powrót i uczucie winy za samobójstwo Meg można opowiedzieć jednym zdaniem.

Wdzięczny był Sally, że przerwała milczenie. Opowiedziała mu o chłopaku, z którym wspólnie przyjechała na studia z Adelajdy, pierwszej jej miłości, która skończyła się w Sylwestra przed dwoma laty. „Nigdy nie zapomnę tego pierwszego Sylwestra w Sydney”, powiedziała. „Dowiedziałam się, że Ben od kilku miesięcy spotyka się z moją najlepszą przyjaciółką. W nowy rok weszłam bez przyjaciółki i bez chłopaka. Nienawidzę Sylwestra”, dodała ze smutkiem.

Spotykali się co kilka dni. Sally często oszczędzała Stuartowi skomplikowanej wyprawy do miasta i wpadała do niego. Godziny mijały im na słuchaniu muzyki i rozmowach.

Pewnego wieczoru Sally przyniosła ze sobą skrzypce. Do tej pory Stuart kojarzył ten instrument z muzyką klasyczną. Sally zzaskoczyła go, proponując, by wspólnie zagrali „Stairway to heaven”. Gitara i skrzypce uzupełniały się idealnie, ta stara, często grana przez Stuarta piosenka brzmiała dzięki w nowej aranżacji zupełnie inaczej, bez patosu i melancholii. „To można byłoby zagrać w filharmonii”, pomyślał Stuart, przyglądając się Sally. Nie mógł oderwać od niej oczu. Skupiona na muzyce i nieobecna myślami Sally wyglądała pięknie. „Chyba się zakochałem”, pomyślał i poczuł, że ogarnia go panika. „Przecież ja tego nie chcę. Nie chcę, żeby ktoś mnie znowu zranił i odszedł. Muszę to skończyć, póki nie jest jeszcze na to za późno”. Zaczął szukać pretekstu do zakończenia wieczoru.

Przez dwa kolejne tygodnie unikał towarzystwa Sally. Nie dzwonił do niej, unikał podchodzenia do telefonu bojąc się, że to mogłaby być ona. „Przed kim się ukrywasz?”, zapytał Tom widząc, że przyjaciel nie podnosi słuchawki. „Nie ukrywam się, próbuję zapomnieć”, pomyślał Stuart. Jednak im bardziej chciał zapomnieć o Sally, tym częściej przypominały mu się ich spotkania, tym mocniej zdawał sobie sprawę, jak bardzo mu jej brakuje. Po dwóch tygodniach nie wytrzymał i zadzwonił. „To miło, że się odezwałeś”, przywitała go z wyraźną radością w głosie. Nie zadała żadnych pytań w stylu, „a dlaczego się nie odzywałeś?” i „czy coś się stało?” Stuart z ulgą odłożył słuchawkę. Już wiedział, że nie obronił się przed tym uczuciem.

Wkrótce potem w końcu zaczął poruszać się bez pomocy wózka inwalidzkiego. Dzień, kiedy po raz pierwszy od miesięcy przeszedł kilka kroków, wsiadł do samochodu i pojechał na zajęcia fizjoterapii bez korzystania z niczyjej pomocy, był dla wyjątkową datą. „To są moje drugie urodziny”, pomyślał zakreślając w kalendarzu datę piątego listopada. W duchu obiecał sobie, że co roku będzie o tym pamiętał. Przypomniały mu się kolejne etapy powrotu do zdrowia, operacja ból i strach, że do końca życia nie uda mu się opuścić wózka inwalidzkiego. W kilka dni później przeprowadził się do trzypokojowego bungalowu na północy Sydney, który kupił dzięki pomocy Briana.

W wieczór przeprowadzki Brian wpadł do niego wieczorem z butelką czerwonego wina w ręku. „Zapraszam cię na pierwszą butelkę wina w twoim własnym domu”, powiedział wchodząc do kuchni. „Nawet nie wiesz jaki jestem ci wdzięczny, że tak się mną zająłeś, gdyby nie ty gniłbym jeszcze w tym szpitalu w Cancun”, odparł Stuart. „Dziękuję Ci za ten dom, mój pierwszy własny kąt. Swoją drogą to smutne, że niczego do tej pory nie dorobiłem się dzięki własnej pracy”. „Nie przesadzaj”, odpowiedział Brian. „Masz przecież rodzinę, i Kate i twoja mama na pewno przyleciałyby cię wybawić, gdybym ich nie uprzedził. Ja potrzebowałem zmiany, jesteśmy sobie wzajemnie w jakiś sposób potrzebni.”

„Jakie to dziwne, że tyle zawdzięczam obcej właściwie osobie, komuś, kto nie jest ani członkiem rodziny ani przyjacielem. Komuś, kto powoli ma mnie dosyć”, pomyślał Stuart z niepokojem. Od czasu, kiedy zaczął spotykać się z Sally, Brian zmienił stosunek do niego. Nie starał się nawet ukrywać dystansu i niechęci do Sally, sceptycznie komentował miłość, która rozkwitała na jego oczach. „Zajmij się swoimi sprawami, musisz zacząć zarabiać własne pieniądze, ta przygoda nie jest ci teraz do niczego potrzebna”, powtarzał Stuartowi raz po raz. Zapanowała między nimi dziwna, pełna napięcia i niedomówień atmosfera. „Może podświadomie prędzej czy później tracimy sympatię do ludzi, którzy nam pomogli? Przecież ta pomoc jest zawsze dowodem naszego własnego nieudacznictwa”, zastanawiał się Stuart. Z dużą ulgą przyjął wiadomość, że na początku stycznia Brian planuje miesięczną podróż po Australii.

Postanowił zorganizować zabawę sylwestrową w nowym domu. W duchu bał się, że Brian może się czuć źle w towarzystwie o wiele młodszych od siebie osób, mimo to zdecydował się go zaprosić. Brian był pierwszym gościem. Już od chwili, kiedy wszedł do domu, Stuart poczuł dziwne napięcie. Dziwną, pełną agresji atmosferę, której nie rozproszyło przyjście innych gości, Toma z żoną, Sally z przyjaciółką i jej chłopakiem i sąsiadów. Stuart przyniósł właśnie z ogródka gotowe mięso z grilla. Na talerz Briana położył duży kawałek baraniny. W tym momencie zobaczył w oczach Briana złość i niedowierzanie. Wkrótce potem Brian odsunął na bok talerz i głośno powiedział: „W życiu się nie spotkałem z taką niewdzięcznością. Przecież wiesz, że jedyne, czego nie jem, to baranina. Ja od miesięcy myślę o każdym twoim terminie, o każdej fizjoterapii, o tym, żebyś miał własny dom i pełną lodówkę.” Mimo upału na dworze Stuart poczuł, że robi mu się zimno. Nie przypuszczał, że elokwentny, oczytany, elegancki, ba wręcz wytworny Brian potrafi zrobić z baraniny sprawę życia i śmierci, dając publicznie upust wściekłości i nie licząc się z nikim. „Wieczna wdzięczność może przerodzić się we wieczne upokorzenie”, pomyślał w duchu.

Wkrótce potem Brian wziął krzesło i siadł z dala od wszystkich, w ciemnym kącie ogródka. Stuart próbował ratować atmosferę i zajął się rozmową z innymi gośćmi. W kilka minut przed północą poszedł do Briana. „Przepraszam, to było głupie niedopatrzenie”. Brian wyciągnął rękę do Stuarta: „To ja cię przepraszam, ostatnio powiedziałem tyle głupich, niepotrzebnych rzeczy. Rzeczy, których nie myślę. Może po prostu nadszedł czas, żebyśmy od siebie odpoczęli. Pamiętam mojego ojca, który terroryzował cały dom, wszystko było powodem do wściekłości – byle jak zawiązane sznurówki, wizyta matki u fryzjera, za słona pieczeń albo złe stopnie w szkole. Pamiętam, jak powiedziałem sobie, że zrobię w życiu wszystko, żeby nie stać się taki jak on. Nie dotrzymałem obietnicy, zachowałem się jak idiota, przepraszam. Mam nadzieję, że jak wrócę, to będziemy mieli obaj jakiś plan na dalsze życie”. O dwunastej wspólnie przywitali przyjście roku 1986.

Cdn

Stuart 37

It’s four miles to my lonely room
Where I will hide my face 
And about half a mile to the downtown bar 
That I ran from in disgrace

Lord, how long have I got to keep on running 
Seven hours seven days or seven years?
All I know is since you’ve been gone 
I feel like I’m drowning in a river
Drowning in a river of tears

Cztery mile dzielą mnie od samotnego pokoju,
W którym uda mi się ukryć twarz
Około pół mili stąd jest bar,
Z którego uciekłem ze wstydem.

Boże, jak długo już biegnę?
Siedem godzin, siedem dni czy siedem lat?
Wiem tylko, że od kiedy cię nie ma
Jestem jak tonący w rzece,
Tonę w rzece łez.

Eric Clapton, Drowning in a river of tears

Joanna Trümner

Powrót do domu

W kilka dni przed powrotem do Australii Stuart z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że w Sydney nie ma dokąd wracać. Jego mieszkanie podnajmowała kuzynka Toma, a nawet gdyby udało się ją nakłonić do wcześniejszej wyprowadzki, to i tak powrót tam nie wchodził w rachubę, bo wejście na pierwsze piętro przekraczało możliwości Stuarta. Wózek inwalidzki, na który był w przyszłości skazany, nieźle komplikował mu życie. Ze szpitalnego aparatu zadzwonił do Toma i poprosił o znalezienie dla nich obu, jego i Briana, niedrogiego hotelu w Sydney. „Na razie możesz zamieszkać u nas”, zaproponował Tom bez wahania. „Kupiliśmy dom i na parterze jest małe mieszkanie z osobnym wejściem. W przyszłości i tak chcemy je wynajmować. Prawdę mówiąc, przydałoby się je pomalować i zmienić meble, przed ślubem na pewno nie zdążę tego zrobić, nie spodziewaj się więc luksusów. Możecie się wprowadzić od zaraz, tylko to naprawdę nie jest Hilton. Dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniłeś? Nie wiedziałem, że byłeś w tarapatach, szukałem cię po całym mieście i zacząłem się już martwić, że nie będę miał świadka na ślubie. Odbiorę was z lotniska, to opowiesz mi więcej”.

Po tej rozmowie Stuart z ulgą wrócił do sali szpitalnej. Z wdzięcznością myślał o tym, że może polegać na bliskich mu ludziach.

Podróż z Cancun do Australii trwała ponad dwadzieścia godzin. Stuart zerkał od czasu do czasu na Briana, na którego twarzy malowało się coraz większe zmęczenie długim lotem, godzinami spędzonymi na lotnisku, zabijaniem czasu i pchaniem ciężkiego wózka inwalidzkiego. „Nigdy nie będę w stanie mu się zrewanżować. Ludzie, którzy na nas patrzą na pewno myślą, że jest moim ojcem, kochającym ojcem kaleki”, pomyślał. Im dłużej obserwował swojego opiekuna, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego wypadek był Brianowi do czegoś potrzebny.

Podczas ostatniego, wielogodzinnego lotu z Singapuru do Sydney Stuart zdobył się na odwagę i zapytał Briana wprost: „Jak to się stało, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i z dnia na dzień przyleciałeś do mnie na drugi koniec świata?” Długo czekał na zaskakującą odpowiedź Briana: „Wiem, jak idiotycznie to zabrzmi, ale jestem wdzięczny losowi za ten wypadek i za to, że jestem ci potrzebny. Ostatni czas był dla mnie straszny. Jak z tej piosenki, seven hours seven days or seven years, siedem godzin, siedem dni czy siedem lat, nieważne. Czas. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak można być samotnym w momencie, kiedy wydaje ci się, że osiągnąłeś w życiu wszystko. Udało mi się sprzedać galerię z dużym zyskiem. Wkrótce potem sprzedałem kilka obrazów, które kupiliśmy razem ze Stuartem i o których od początku wiedzieliśmy, że przyniosą kiedyś prawdziwe pieniądze. Zarobiłem tyle, że już nie muszę pracować, mógłbym poszukać sobie jakiegoś hobby, albo nic nie robić i cieszyć się życiem. Pieniądze przyniosły mi pewną wolność, ale przede wszystkim wiele rozczarowań. W ostatnich latach zawiodłem się na każdym, kogo wcześniej uważałem za przyjaciela. Zacząłem unikać ludzi, powoli zmieniam się w zgorzkniałego, bogatego starca, który z niczego nie potrafi się cieszyć. Jedyna kartka świąteczna, jaką znalazłem w ubiegłym roku w skrzynce, to kartka z życzeniami stacji benzynowej, jaką wysyłają wszystkim stałym klientom. Samotność mnie zżera od środka, muszę coś zmienić, żeby nie zgorzknieć do końca. W tym roku na Sylwestra zacząłem robić plany podróży po świecie i gdyby nie wiadomość o twoim wypadku, pewnie byłbym już w drodze. Jak widzisz nie mam żadnego powodu, żeby być w Londynie. Jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć, to chętnie zostanę w Sydney tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. Pieniądze, które udało mi się zarobić, są w połowie pieniędzmi twojego wujka, a po jego śmierci należą do jego rodziny. Nie możesz do końca życia wynajmować mieszkania, musisz mieć coś własnego. Chętnie pomogę ci coś znaleźć”. Po tym niespodziewanym wyznaniu zapanowała między nimi długa cisza, Stuartowi przypomniała się zwrotka jednej z jego ulubionych piosenek Neila Diamonda: But I never cared for the sound of beeing alone, nigdy nie chciałem usłyszeć głosu samotności. „Każdą historię można opowiedzieć muzyką”, pomyślał, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy znów weźmie do ręki gitarę.

Brian pomógł mu urządzić się w nowym mieszkaniu, ale sam wynajął sobie pokój w pobliskim hotelu. Przez następne dni był doradcą Stuarta przy zakupie garnituru na ślub i prezentu dla pary młodej – zrobionej z brązu statuetki śmiejącego się Buddy. Sam pomógł Stuartowi w drodze do stanu cywilnego, ale zaproszenia na ślub nie przyjął. “To Toma wesele, nie będę się plątał wśród samych obcych i mu zawadzał”.

Wjechanie do urzędu stanu cywilnego na wózku inwalidzkim było wielkim wyzwaniem. Urzędnik patrzył niecierpliwie na zegarek i ocierając z czoła pot powiedział: „Nigdy jeszcze nie mieliśmy świadka na wózku inwalidzkim”. W uszach Stuarta zabrzmiało to jak wyrzut, od czasu, kiedy przestał chodzić, odnosił wrażenie, że cały świat dookoła stworzony został z myślą o ludziach zdrowych. Przed wypadkiem nigdy nie zastanawiał się, jak trudnymi, pożerającymi siłę i czas zadaniami są codzienne czynności, wzięcie prysznica, ugotowanie obiadu lub banalne korzystanie z toalety. Przerażało go, że po wielu tygodniach od wypadku był co prawda w stanie podnieść się i przejść kilka kroków, ale ból w lewej nodze zmuszał go do szybkiego powrotu do wózka inwalidzkiego. Nie dopuszczał do siebie myśli, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, nastawiał się na długie leczenie i rehabilitację.

Wesele Toma było wspaniałe. Stuart przez cały wieczór znajdował się w centrum zainteresowania, nieznajomi przywieźli go do samochodem do restauracji, w której było przyjęcie weselne, młody chłopak, który przedstawił się jako bratanek Toma, zawiózł go do bufetu i pomógł nałożyć jedzenie na talerz. A kiedy dotarł na swoje miejsce przy ośmioosobowym okrągłym, stole zobaczył, że miejsce obok niego przeznaczone jest dla „Sally”. „To na pewno ta kuzynka, która wynajmuje moje mieszkanie”, pomyślał, pytając się w duchu, jak mogło do tego dojść, że jeszcze jej nie poznał. Nie mylił się. W chwilę później miejsce po jego prawej stronie zajęła młoda, ładna kobieta w niebieskiej sukience. „My się przecież od dawna”, powiedziała, podając mu rękę na przywitanie. „Mieszkam w twoim mieszkaniu. Słyszałam o twoim wypadku, jeżeli chcesz wrócić do siebie, to powiedz, postaram się szybko znaleźć coś innego”. „Nie martw się, na razie nie mam szansy, by wejść na pierwsze piętro, więc możesz spokojnie mieszkać tam dalej”, odparł Stuart, przyglądając się nieznajomej. Podobała mu się. Długo rozmawiali o jego wypadku, jej studiach pedagogiki, radości przebywania z dziećmi i o muzyce. Sally śpiewała w chórze gospel na uczelni i uczyła się gry na skrzypcach. „Dlaczego wybrałaś skrzypce?”, zapytał Stuart z ciekawością. „Bo można je wszędzie ze sobą zabrać”, odpowiedziała Sally.

Wkrótce potem jak para młoda odtańczyła pierwszy taniec, parkiet zapełnił się gośćmi. Kiedy nieznajomy młody mężczyzna przerwał ich rozmowę i pociągnął Sally za sobą na parkiet, Stuart poczuł zazdrość. „Dlaczego nie mogę jak oni wygłupiać się, tańczyć, zapomnieć o wszystkich problemach?”, pomyślał, przeklinając w duchu swój beznadziejny wózek. Zdał sobie jednak sprawę, że był również zazdrosny o nieznajomego, który mocno przytulał do siebie Sally podczas kolejnego spokojnego tańca.

Stuart rozglądał się po sali. Czuł się samotny przy opuszczonym przez gości stole. Nie od razu skojarzył, że wolne miejsce koło niego zajął starszy mężczyzna. „Garret, przyszywany wujek Toma”, przedstawił się. „Pana młodego znam od dnia, kiedy zaczął raczkować”, dodał po chwili. Stuart obawiał się, że zmuszony będzie wysłuchać długiego opowiadania o chorobach, dzieciach, wnukach i samotności, zaczął się rozglądać po sali w poszukiwaniu ratunku. Rozmowa potoczyła się jednak zupełnie niespodziewanie. W bardzo dowcipny sposób Garret opowiedział Stuartowu o rodzinie Toma. O jego rodzicach, którzy wspólnie wychowali czwórkę dzieci, a następnie postanowili się rozejść. O ojcu Toma, który od pięciu lat podróżował po świecie i który tylko przez przypadek dowiedział się o ślubie syna. O tym, że cała rodzina złożyła się na jego bilet z Japonii do Sydney i o tym, ile trudu i przekonywania kosztowało namówienie rodziców, żeby zgodzili się usiąść obok siebie podczas wesela. Dowiedział się o babci Toma, eleganckiej, prawie dziewięćdziesięcioletniej pani, siedzącej przy młodej parze, która w kilka dni po śmierci męża przemeblowała cały dom i zaczęła pisać wiersze.

Podczas rozmowy z Garretem Stuart zastanowił się, jak mało wiedział o Tomie, który był przecież jego przyjacielem. „Zawiozę cię na parkiet”, skończył rozmowę Garret, „bo inaczej ktoś ci odbije dziewczynę”.

Wracając taksówką do nowego mieszkania Stuart pomyślał, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Umówił się na spotkanie z Sally w przyszłą sobotę.

Cdn.

Stuart 36

Don’t give in to your emotions,
Cause they’ll get the best of you
Don’t play up to your senses
Yes, the’ll probably rule your whole life through
You’ll be fine

Nie ulegaj emocjom
One odbiorą ci to, co w tobie najlepsze
Nie daj się ponieść uczuciom
One prawdopodobnie będą tobą kierowały przez całe życie
– Wszystko się dobrze skończy

Alex Care, You will be fine

Joanna Trümner

Szpital

Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodym lekarzem Stuart zorientował się, że ten zwracał się do niego po angielsku. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały tak twardo i niewyraźnie, że wyłapanie ich sensu było wielkim wyzwaniem. Stuart domyślił się, że lekarz mówił o jego wypadku – lewa noga jest złamana w trzech miejscach, do wyleczenia potrzebnych będzie kilka miesięcy. Podczas przemowy doktora kilkukrotnie padło słowo „fortuna”, w którym Stuart rozpoznał angielskie słowo „szczęście”. „Przecież wiem, że mało brakowało, a przypłaciłbym życiem tę niefortunną kąpiel w morzu”, pomyślał, uśmiechając się do lekarza z wdzięcznością. Starał się odgonić od siebie natrętną myśl o tym, jak bardzo działała mu na nerwy sala pełna nieznanych mężczyzn, ludzi z którymi nie był w stanie się porozumieć i hałas w pomieszczeniu, które było zbyt małe na tę liczbę chorych. Odnosił wrażenie, że pacjenci na sali nieustannie się kłócą i dają upust złości na sytuację, w której się znaleźli. „Czy to kwestia języka, czy też pełen emocji sposób, w jaki ze sobą rozmawiają?”, zastanawiał się Stuart. „My zwracamy się do siebie monotonnie, bez gestykulowania i podnoszenia głosu, trochę tak, jakbyśmy żyli w zwolnionym, wyciszonym tempie i nie potrafili, albo nie chcieli ujawnić uczuć”.

Po wizycie poczuł się bardzo zmęczony, wziął dwie tabletki z leżącego na małym stoliku przy łóżku pudełka i wkrótce potem zasnął. Z głębokiego snu wyrwały go odgłosy muzyki, wydawało mu się, że jego łóżko wibruje w takt trąbki, która była najgłośniejszym instrumentem w trzyosobowej orkiestrze mariachi, grającej przy jednym z łóżek w szpitalnej sali. Stuart przetarł z oczu resztki snu i przyglądał się pacjentom. Na ich twarzach pojawiła się radość i spokój, patrząc na chorych myślał o tym, jak bardzo ludziom potrzebna jest muzyka – nawet kiczowata i głośna. „Może ludzie, którzy otarli się o śmierć potrzebują muzyki jeszcze bardziej?”, myślał, wsłuchując się w pełne temperamentu dźwięki. Wkrótce potem do pokoju weszła rodzina jednego z pacjentów, mama z trójką małych dzieci. Najstarsze z nich – kilkuletni chłopczyk niósł w rękach duży tort z zapalonymi świeczkami. „Biedny maluch”, pomyślał Stuart patrząc na dziecko „gdyby się teraz potknął i przewrócił nikt z nas nie byłby w stanie wstać i pomóc mu posprzątać bałaganu”. Na szczęście dziecko dotarło do łóżka ojca bez problemu. W chwilę później w sali rozległo się głośne, wypowiedziane chórem przez wszystkich „Feliz dia!”

On na pewno nie zapomni tych urodzin”, pomyślał Stuart przyglądając się uśmiechniętemu i zajętemu rozmową z rodziną solenizantowi. On sam poczuł się w tym momencie bardzo samotny, z trudnością udało mu się zapanować nad strachem przed kolejnymi dniami i niechęcią do ludzi, z którymi zmuszony był dzielić czas. „Przecież oni tu też nie leżą z wyboru, muszę coś zrobić, żeby wykorzystać ten czas na coś sensownego, może uda mi się nauczyć kilku zdań po hiszpańsku?”, zastanawiał się, przjmując kawałek tortu z rąk dziecka. Uśmiechnął się do chłopca i powiedział „Dziękuję, życz ode mnie tacie wszystkiego najlepszego”. Zobaczył, że w okrągłych, brązowych oczach chłopca na dźwięk nieznanej mowy pojawił się wyraz zaskoczenia i ciekawości. „Może jestem pierwszym obcokrajowcem, z którym rozmawia?, pomyślał. Przypomniały mu się godziny zabawy z małym Georgem i jego pełne podziwu i ufności oczy, tak jakby wszystko, co miał mu do powiedzenia Stuart było absolutną, niepodważalną prawdą o życiu. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje małego i postanowił w duchu, że odwiedzi siostrzeńca kiedy wróci do zdrowia.

W trzy dni później dwie pielęgniarki przeniosły go na wózek inwalidzki i pomogły mu po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu opuścić salę chorych. W pokoju z napisem „consulta” na drzwiach, który wyglądał na jeden z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń szpitala, Stuart z niecierpliwością i niepewnością czekał na to, co się wydarzy. Był wdzięczny za odmianę w codziennej rutynie i miał nadzieję, że za chwilę będzie po wielu godzinach przymusowego milczenia w końcu mógł porozmawiać z kimś w swoim języku, dowiedzieć się czegoś więcej o swoim stanie zdrowia i o tym, jak długo to jeszcze będzie trwało.

Wsłuchiwał się w ciszę w pomieszczeniu, przerywaną od czasu do czasu odgłosami z korytarza. Po kilku minutach czekania w pokoju pojawił się przystojny, szpakowaty mężczyzna. „Brandon Hall, honorowy konsul Australii w Meksyku”, przedstawił się nieznajomy, którego wiek Stuart ocenił na pięćdziesiąt kilka lat. „Przerwałem urlop ze względu na Pana wypadek”, dodał po chwili z delikatną dezaprobatą w głosie. Stuart próbował rozładować sytuację. „Wiem, że zachowałem się idiotycznie”, powiedział, w duchu myśląc o tym, że odwiedzający go mężczyzna wykonuje swoją pracę, pracę, za którą dostaje od państwa pieniądze i że nie tak wyobrażał sobie pierwszą od dni rozmowę w ojczystym języku. Czuł rosnącą antypatię do tego sztywnego i pełnego dystansu mężczyzny. Brandon wręczył Stuartowi grubą, podniszczoną książkę. „To na zabicie czasu”, dodał. Stuart patrzył na „Davida Copperfielda”, książkę, która była jedną z obowiązkowych lektur w szkole. Próbował przypomnieć sobie jej akcję i wrócił na chwilę myślami do szkoły w Walton. Ze wspomnień wyrwał go Brandon: „Na razie nie nadajesz się do powrotu do Australii, musisz zostać w tym szpitalu przez co najmniej trzy tygodnie. W Meksyku są też prywatne, o wiele lepiej wyposażone kliniki, ale wątpię, czy cię stać na ich zapłacenie. Powiadomiliśmy twoją rodzinę, za tydzień ktoś do ciebie przyleci i będziesz mógł zacząć organizować powrót do Sydney”.

Kto?”, zapytał Stuart z ciekawością, zastanawiając się w duchu, który z członków jego rodziny mógł się zdobyć się na podjęcie dalekiej podróży. Brandon zaczął grzebać w notatniku. „Gdzieś zapisałem, ale nie mogę teraz znaleźć tych notatek”. „Jeżeli czegokolwiek potrzebujesz, to powiedz mi teraz albo poproś kogoś w szpitalu, żeby do mnie zadzwonił”, powiedział na pożegnanie, wręczając Stuartowi swoją wizytówkę do ręki.

Po powrocie na salę Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne tygodnie będą dla niego dużym wyzwaniem i miał nadzieje, że z dnia na dzień będzie wracał do sił. Zasnął jak kamień, nie czując jak „Dawid Copperfield” wypadł mu z rąk i spadł na podłogę.

Zbudził go chór męskich głosów mówiących synchronicznie te same słowa. Stuart domyślił się, że były to słowa modlitwy i zobaczył, że sąsiednie łóżko przykryte było białym prześcieradłem. Pacjent, którego już nie było, był jedyn, którego głosu Stuart przez te dni nie usłyszał. Od początku jego pobytu na sali młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka ani razu nie otworzył oczu. „Kto decyduje o momencie, w którym wszystko się kończy?”, zastanawiał się Stuart i zdał sobie sprawę z tego, że on sam miał rzeczywiście masę szczęścia. Prawdopodobnie nigdy nie uda mu się odnaleźć człowieka, któremu zawdzięczał życie. „Dlaczego to właśnie ja przeżyłem, nikt przecież na mnie nie czeka? Mogłem utonąć i nikt by mnie nigdy nie odnalazł. Dlaczego to właśnie ja wygrałem w kasynie pieniądze? Przecież mógłbym żyć dalej i bez tej wygranej, na pewno każdy w tej sali bardziej by ich potrzebował”, zastanawiał się i obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby wykorzystać tę drugą szansę w życiu.

Kolejne dni minęły na czekaniu na wizytę z Anglii i czytaniu „Dawida Copperfielda”. Ta książka stała się dla Stuarta jedyną odskocznią od wiecznego hałasu w pokoju, od godzin, które po prostu nie chciały mijać, od bólu, który nie pozwalał spać i złych myśli, z którymi nie zawsze potrafił sobie poradzić.

Niedzielnego popołudnia, kiedy szpitalna sala pękała w szwach, Stuart z zazdrością przyglądając się roześmianym, zajętym rozmową rodzinom i ganiającym pomiędzy łóżkami dzieciom, po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu poczuł zbierające się w oczach łzy. Był tak hermetycznie odizolowany i samotny, że nie od razu zobaczył, że do jego łóżka podeszły dwie pielęgniarki. Znowu przesadziły go na wózek inwalidzki, jedna z sióstr szepnęła mu do ucha „Visita” i przykryła go troskliwie kocem. W kilka minut później Stuart siedział w pokoju konsultacji i z radością rozpoznał czekającego tam na niego Briana, partnera swojego zmarłego wujka. „Jak się dowiedziałem o tej twojej przygodzie, od razu zaproponowałem, że się tym zajmę”, przywitał Stuarta z uśmiechem. „Mam czas, mogę zostać tutaj tak długo, jak to będzie potrzebne, a potem przewieziemy cię do domu”. Stuart patrzył na Briana z wdzięcznością, myśląc o tym, że zmarły przed kilkoma laty ukochany wujek Stuart-senior nawet znad grobu odgrywa w jego życiu rolę anioła-stróża.

Cdn.

Stuart 35

When you don’t need to worry there’ll be days like this
When no one’s in a hurry there’ll be days like this
When you don’t get betrayed by that old Judas kiss
Oh my mama told me there’ll be days like this

When you don’t need an answer there’ll be days like this
When you don’t meet a chancer there’ll be days like this
When all the parts of the puzzle start to look like they fit it
Then I must remember there’ll be days like this

Będą takie dni, kiedy nie będziesz musiał się martwić
Dni, w których nikt nie będzie się do nikąd spieszył
I nikt nie oszuka cię judaszowym pocałunikiem
Mama mówiła mi, że będą takie dni.

Dni, kiedy nie będziesz potrzebował żadnych odpowiedzi,
W które nie natkniesz się na żadnego pozera
A wszystkie części puzzla zaczną układać się w całość
– Muszę pamiętać, że będą takie dni.

Van Morrison Days like this

Joanna Trümner

Podróż

W kilka dni później siedział w helikopterze i niecierpliwie czekał na lot nad Wielkim Kanionem. Kiedy samolot w końcu wystartował, Stuart przylgnął twarzą do okna i patrzył z góry na morze zieleni. „Może nie warto było wydać tyle pieniędzy na ten lot?”, pomyślał, rozczarowany pięknym, ale jednostajnym widokiem. W tle słyszał patetyczną muzykę – „Mozart? Beethoven? Haydn?”, zastanawiał się i uświadomił sobie z zawstydzeniem, jak mało zna muzykę klasyczną. Nagle monotonnię niekończącej się zieleni przerwał widok rozstępującej się ziemi, skąpanego w słońcu Wielkiego Kanionu i płynącej dołem, wcinającej się w podłoże turkusowej rzeki Kolorado. „To jedna z tych chwil, które pamięta się przez całe życie”, pomyślał, nie mogąc oderwać oczu od widoku za oknem.

Z każdym dniem podróży Stuart coraz mocniej czuł, że wraca mu chęć do życia i chęć pisania nowych utworów. Piękne krajobrazy, które widział w parkach narodowych w Utah, spotkania z otwartymi, przyjaznymi ludźmi i fakt, że co wieczór siadał do zeszytu i zapisywał słowa kolejnych piosenek, uświadomiły mu, jak słuszna była decyzja, żeby na miesiąc zrobić sobie przerwę od codzienności.

Kolejnym etapem podróży było Las Vegas. Na ostatniej stacji benzynowej przed Doliną Śmierci zaczepiła go młoda dziewczyna. „Możesz mnie wziąć do Vegas?”, zapytała, a widząc, że Stuart się waha, dodała „Jestem z koleżanką, bardzo byś nam pomógł”. Wielkie plecaki dziewczyn z trudnością zmieściły się w bagażniku samochodu. Zamykając klapę Stuart pomyśl, że panny mogły uciec z domu. „Zawsze się muszę w coś wpakować”, pomyślał ze złością na siebie samego. Nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji, więc bez słowa otworzył drzwi auta i czekał, aż pasażerki zajmą miejsca na tylnym siedzeniu.

Po kilku minutach młodsza z dziewcząt – Jenny – przerwała ciszę w samochodzie. Opowiedziała, że ona i Katy, jej najlepsza przyjaciółka, wybierały się do Las Vegas w poszukiwaniu pracy. Obydwie skończyły niedawno dwadzieścia jeden lat i przed laty wspólnie podjęły decyzję o wyrwaniu się z Paradise Valley – „największej dziury w całej Ameryce, a może i na całym świecie”. To dziecinne stwierdzenie rozbawiło Stuarta i rozwiało jego obawy. Przypomniało mu się rodzinne Walton i małe miasta, w których dawał koncerty. „Tak można byłoby opisać tysiące miejsc na ziemi”, pomyślał, obserwując współpasażerki w ludterku wstecznym. Przysłuchiwał się ich chichotom i rozmowie pełnej radosnego oczekiwania, co też im się wydarzy w Las Vegas. „W ich wieku całe życie jest jedną wielką przygodą”, pomyślał z zazdrością. „Ani przez chwilę nie pomyślałyście, że mogę was zgwałcić albo zabić?”, zapytał, chcąc chociaż na chwilę przerwać atmosferę infantylnej radości. „My się znamy na ludziach”, odpowiedziały równocześnie dziewczyny. Ta odpowiedź kompletnie rozbroiła Stuarta, z trudnością powstrzymywał się od śmiechu, myśląc o tym, że prawdopodobnie piętnaście lat temu on był tak samo naiwny.

W kilka minut później samochód zatrymał się na krótką przerwę w Dolinie Śmierci. „Jedźmy dalej, wszystko zobaczyliśmy. Na pewno cała ta twoja Australia też tak wygląda”, ponaglała Katy. Stuart musiał jej przyznać w duchu rację, przez wiele kilometrów drogi przez pustynię odnosił wrażenie, że jest w miejscu, gdzie już był. Po wjeździe do Las Vegas rozstał się z dziewczynami i rozglądając się za hotelem myślał o tym, że przez wiele godzin wspólnej jazdy samochodem przyzwyczaił się do paplaniny i śmiechu z tylnego siedzenia.

W kilka godzin później, po zapadnięciu zmroku, wybrał się na spacer po rozświetlonym i pulsującym życiem mieście. W końcu wszedł do kasyna. Długo stał przy stoliku z ruletką i przyglądał się grze. Próbował odgadnąć, kto z graczy wygra, kto szybko zrezygnuje, a kto przegra wszystko. „To trochę jak zabawa z losem”, pomyślał i postanowił zagrać. Zajął miejsce przy stole z ruletką i już po kilku rundach wiedział, że szybko od niego nie odejdzie. Na początku stawiał tylko część żetonów na parzyste lub nieparzyste cyfry lub na kolor, z czasem nabierał coraz więcej pewności i obstawiał pojedyncze cyfry, zachowując kilka symobolicznych żetonów w ręku, po wielu godzinach przy stole z ruletką zdecydował się postawić wszystkie żetony na odpowiadający jego wiekowi numer 35. W napięciu obserwował obracającą się kulkę i wsłuchiwał się w jej odgłos. Odliczał obroty kulki, wydawało mu się, że nigdy nie nadejdzie moment w którym zatrzyma się jej ruch. Kulka wylądowała w przedziale z cyframi „3” i” 5”.

Stuart zaczął rozglądać się po kasynie, chciał upewnić się, że to, co właśnie przeżywa, nie jest snem. Była czwarta rano, tylko przy nielicznych stolikach siedzieli jeszcze gracze, przy jego stoliku został krupier, starsza kobieta, która w ciągu nocy przegrała wszystkie żetony i Chińczyk, który trzymał kurczowo w ręku kilka plastikowych krążków. Widać było, że walczy z pokusą dalszej gry, postawienia wszystkiego, co pozostało mu w ręce, na jedną kartę. Stuart postanowił odejść i nie prowokować dłużej szczęścia.

39.567 dolarów”, powiedziała młoda dziewczyna w kasie dając mu w zamian za żetony pękającą w szwach plastikową torbę bez napisu. „Dziwna suma”, pomyślał, zostawiając dziewczynie z kasy 100 dolarów napiwku. Wyszedł i wsiadł do jednej z czekających przed kasynem taksówek. W hotelu rozłożył gotówkę na podłodze i przeliczył ją ponownie. „Szkoda, że nie mam komu tego pokazać”, pomyślał przed zaśnięciem.

Wstał przed dziesiątą, widok rozłożonej na podłodze gotówki przypomniał mu o wczorajszym wieczorze. „Więc to nie był sen. Co mam teraz zrobić z tymi pieniędzmi?”, pomyślał i wybrał się w drogę na poszukiwanie banku, w którym mógłby przelać kasę na swoje konto w Australii. Prowadząc samochód po głównej ulicy Las Vegas, budzącym się o tej porze do życia Stripe, zastanawiał się nad tym, jak nieobliczalne jest życie. W jednej z bocznej uliczek znalazł filię Bank of America. Tuż obok niej było biuro podróży, kuszące wielkim plakatem: „Tydzień plażowania w Cancun – tylko 199 dolarów”. Na widok turkusowego morza i skąpanej w słońcu, pustej plaży Stuarta opanowało dziwne przeczucie, że nie znalazł się w tym miejscu przypadkowo. W kilka dni później siedział w samolocie do Cancun.

Był zadowolony, że spędzi kilka dni wylegując się na plaży, liczył na to, że spisze chodzące po głowie melodie, cieszył się, że będzie miał spokój. Pozwolił sobie na luksus i wynajął apartament z widokiem na morze. „Skończyła się zła passa”, pomyślał i z zadowoleniem stwierdził, że zmęczenie, które mu dokuczało w ostatnim czasie, należy do przeszłości. Życie nabrało sensu, cieszył się na ślub Toma za kilka tygodni i zastanawiał się, jak zainwestować wygraną z kasyna. Wieczorem siadał na tarasie, pił wino i wsłuchiwał się w szum morza. Wszystko wydawało się możliwe. „Na to też przyjdzie czas”, powiedział, patrząc na puste miejsce w dwuosobowym łóżku w sypialni.

Rano ruszył w poszukiwaniu plaży, która nie byłaby oblegana przez amerykańskich turystów. Po długim spacerze wzdłuż morza znalazł w końcu miejsce, gdzie oprócz niego była tylko młoda meksykańska rodzina z dwójką małych dzieci. Usiadł w cieniu wielkiego drzewa i pogrążył się w pracy spisywałowa i melodie nowych piosenek. Załował, że nie wziął ze sobą gitary, miał ochotę zagrać nowe utwory, postanowił, że po powrocie z plaży przejdzie się po mieście i poszuka sklepu z instrumentami muzycznymi.

To wygląda jak kiczowaty obrazek”, pomyślał wchodząc do turkusowej wody. Oddalił się od brzegu, płynął w kierunku skał, walcząc z coraz większymi falami. Nagle poczuł, że woda wciąga go wgłąb. Kątem oka zobaczył, że siedzący na plaży mężczyzna wstał i bezradnie przygląda się zmaganiom Stuarta z wodą. Czuł coraz mocniej siłę wody, zdał sobie sprawę z tego, że walczy o życie i próbował zapanować nad paniką. W pewnym momencie poczuł straszny ból w lewej nodze, przez chwilę miał uczucie jakby ktoś przecinał ją nożem wzdłuż. Stracił przytomność.

Kiedy otworzył oczy znajdował się w szpitalnej sali, w pomieszczeniu niczym nie przypominającym luksusowego pokoju, w którym przez wiele miesięcy codziennie odwiedzał Meg. W wielkiej sali leżało oprócz niego siedmiu mężczyzn. Nie wiedział, co przerażało go bardziej – czy fakt, że całą lewą nogę mu zagipsowano, czy głośna prowadzona w niezrozumiałym języku rozmowa pacjentów z sąsiednich łóżek, rozmowa, która w uszach Stuarta brzmiała tak, jakby pacjenci głośno się między sobą kłócili, czy wreszcie wiszący mu prosto nad głową, żle naoliwiony wentylator, który sprawiał wrażenie, jakby miał za chwilę spaść.

Cdn.

Stuart 34

Gravity is working against me
And gravity wants to bring me down
Oh I’ll never know what makes this man
With all the love that his heart can stand
Dream of ways to throw it all away

Siła przyciągania jest przeciwko mnie
Siła przyciągania chce mnie ściągnąć w dół
Nigdy nie dowiem się, co sprawia, że człowiek
Którego serce może pomieścić tyle miłości,
Myśli o tym, żeby to wszystko porzucić.

Gravity, John Mayer

Joanna Trümner

Siła przyciągania

Pobyt Stuarta w Nowej Zelandii przedłużył się, z planowanych kilku miesięcy zrobił się rok. Rok, podczas którego Stuart nie musiał martwić się o występy, gdyż jego trasa koncertowa nabrała własnej dynamiki. Bardzo często w hotelach, w których nocował, czekał na niego telefon lub kartka z propozycją kolejnego wieczoru.

Również Wellington, gdzie spędził kilka pierwszych miesięcy pobytu w Nowej Zelandii, było miastem bardzo mu przychylnym. Louis wprowadził go do grona swoich przyjaciół, muzyka Stuarta podobała się publiczności. Po kilku tygodniach pobytu Stuart doszedł do wniosku, że wcale mu nie brakuje ani Sydney, ani tempa życia w wielkim mieście. Zaczął się zastanawiać, czy nie zamieszkać na stałe w spokojnym, przyjaznym Wellington. Podczas jednej z imprez w mieszkaniu Louisa pojawiła się Catherine. Patrząc na nią Stuart nie mógł opanować uczucia dumy, że tak piękna kobieta przez kilka miesięcy była częścią jego życia.

Obydwoje byli jednak wyraźnie zażenowani tym niespodziewanym spotkaniem. Podczas krótkiej i pełnej dystansu rozmowy Stuart uświadomił sobie, że czas zmienił ich w dwójkę obcych ludzi. Był rozczarowany. W czasie, kiedy on i Catherine byli parą, nawet przez chwilę nie przeszłoby mu przez głowę, że jego dziewczyna da się kupić za pieniądze bogatego, starego mężczyzny. Mężczyzny, który od dłuższego czasu siedzi na wózku inwalidzkim i którego życie prawdopodobnie nie będzie trwało zbyt długo. „Przecież ona na pewno nie jest szczęśliwa. A może już wtedy, kiedy byliśmy razem, tylko tego chciała od życia – pieniędzy i pozycji?”, zastanawiał się.

Przez cały wieczór unikał jej obecności, a kiedy w kilka minut przed północą Louis zaproponował mu, żeby wspólnie z nim zaśpiewał „You‘ve got a friend” Carole King, był wdzięczny przyjacielowi za rozproszenie pełnych goryczy myśli. Ich głosy uzupełniały się tak doskonale, że goście poprosili o kilka dalszych piosenek. „Jesteśmy po prostu perfekcyjni”, pomyślał Stuart. „Może powinniśmy nagrać płytę w duecie?”, zapytał Louis, podając Stuartowi kieliszek czerwonego wina. W miarę upływu wieczoru i alkoholu ich wspólne plany muzyczne nabierały konturów, o czwartej nad ranem na stole leżała mapa Stanów z zaznaczonymi miejscami przyszłych wspólnych koncertów.

W kilka dni po tym wieczorze Stuart ruszył w drogę po miastach i miasteczkach Nowej Zelandii. Podczas koncertu w Queenstown po raz pierwszy poczuł, że ogarnia go dziwny niepokój. „Przecież to tylko kolejna mała sala w kolejnym małym miasteczku, gdzie ludzie czekają na moją muzykę. Oni przez chwilę zabijają nudę, a przy okazji ja przez chwilę czuję ich podziw”, pomyślał, przywołując się do spokoju. Od tego koncertu jednak zaczęła w nim natrętnie powracać myśl, że jest zmęczony i że coś się wypaliło. „Nie ma żadnego powodu, żebym tak myślał. Przeciwnie, nareszcie wszystko zaczęło się układać. Nikt nie umarł, nikt nie zwariował, robię to, co zawsze chciałem robić i zarabiam niezłe pieniądze”, powtarzał sobie kilkakrotnie w ciągu dnia, próbując odnaleźć zgubiony optymizm. Im bardziej starał się zapanować nad uczuciem smutku, tym mocniej jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, nie pozwalała mu cieszyć się na kolejne spotkania z publicznością, wywoływała uczucie, że stanął w miejscu i że nie ma siły na dalszy krok.

Stojąc przed publicznością nieraz myślał o tym, że koncert, który daje dzisiaj, niczym nie różni się od koncertu, który dawał wczoraj. Począwszy od tradycyjnego papierosa tuż przed wejściem na scenę, a skończywszy na bisie, zawsze tym samym – piosenki Beatlesów „Let it be”. Zmieniały się tylko sale i twarze. Z niesmakiem myślał o tym, że podczas miesięcy koncertowania zmienił się w oszusta, osobę, która śpiewa o emocjach, jakich już nie doznaje. Bał się, że publiczność go zdemaskuje „Może po prostu powinienem zrobić przerwę, zatankować trochę siły. Zanim ludzie sami przestaną mnie słuchać”, zastanawiał się, patrząc na kolejną pełną salę.

Przypomniała mu się rozłożona na stole Louisa mapa Stanów. Już wiedział, dokąd poprowadzi go dalsza podróż. Pod koniec marca pożegnał Nową Zelandię i wsiadł w Auckland do samolotu do Phoenix. Chciał zacząć miesięczną podróż po Stanach od Wielkiego Kanionu, o którym Louis powiedział mu kiedyś, że jest ósmym cudem świata. Zamierzał też odwiedzić Las Vegas i Dolinę Smierci, polecieć do Nashville i zakończyć podróż w Nowym Orleanie. Za radą Louisa niczego nie rezerwował, nie chciał pozbawiać się możliwości spontanicznej zmiany planów. W samolocie rozłożył przed sobą mapę Stanów i wodził po niej palcem, próbując prześledzić przebieg podróży po Ameryce.

Koło niego siedział młody mężczyzna, któremu stewardesa pomogła się przesiąść z wózka inwalidzkiego. Stuart miał wrażenie, że jego sąsiad bardzo cierpi. „Jak on wytrzyma ten lot?”, zastanawiał się. Siedzieli w rzędzie przy wyjściu awaryjnym, mieli więc miejsce na wyciągnięcie nóg i Stuart z ulgą pomyślał, że nie będzie musiał budzić sąsiada, żeby pójść do toalety. Siedzieli tak obok siebie i milczeli. Po kilku godzinach lotu stewardessa podała im tace z posiłkami. Stuart przyglądał się zmaganiom sądiada, widział, że krojenie posiłku nożem i widelcem sprawiało mu trudność. Po kilku minutach odważył się zaproponować: „Chętnie ci pomogę”. Nieznajomy popatrzył na niego z wdzięcznością w oczach i podziękował.

Po posiłku Stuart położył tacę nieznajomego na swoją i czekał w milczeniu na przyjście stewardessy. „Jeszcze przed rokiem byłem zupełnie inną osobą”, odezwał się nieznajomy. „Miałem niezłą pracę w biurze turystycznym, zobaczyłem kawał świata, w czasie wolnym grałem w rugby, albo spotykałem się z moją dziewczyną. Od kilku miesięcy mieszkaliśmy razem, planowaliśmy ślub. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie straciłem czucie w nogach i przewróciłem się na ulicy. Natychmiast podeszła do mnie jakaś młoda kobieta, pomogła mi wstać i zapytała, czy ma wezwać lekarza. Była bardzo ładna, może dlatego nieźle się zmieszałem, podziękowałem i powiedziałem, że się zamyśliłem i potknąłem. Upadki zaczęły się powtarzać, zacząłem tracić czucie w rękach, po kilku tygodniach nie mogłem już nikomu, a przede wszystkim sobie, wmawiać, że wszystko jest w najlepszym porządku. W końcu wybrałem się do lekarza, do jednego, drugiego, trzeciego, w końcu czwarty lekarz zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Mam jakąś nietypową odmianę, która bardzo szybko postępuje. Lekarstwa njiezbyt pomagały. W sumie jestem chyba wdzięczny za tą chorobę, od czasu, kiedy jestem chory, dostrzegam rzeczy, które mnie do tej pory nie interesowały – wschód słońca, dobrą muzykę, to, że wstałem i potrafię jeszcze sam przejść kilka kroków. Nauczyłem się nie złościć na głupotę innych, czy też rzeczy, które sprzysięgają się przeciwko mnie, jak zablokowane przez liście kółko wózka inwalidzkiego. Trzeba je po prostu usunąć i jechać dalej. Rodzina pozbierała pieniądze na pobyt w klinice w Bostonie, gdzie testują nowe lekarstwa. Rzekomo jest to najlepsze, co w tej chwili medycyna ma do zaoferowania w walce z MS”.

Stuart przyglądał mu się z mieszaniną współczucia i podziwu, po głowie chodziło mu pytanie o narzeczoną młodego mężczyzny. On uprzedził pytanie. „Zerwałem narzeczeństwo, nie chcę żeby ktoś był przy mnie z litości, nie chcę, żeby za kilka lat moja partnerka żałowała, że musi się opiekować kaleką”. Stuart patrzył na nieznajomego z sąsiedniego miejsca w samolocie z coraz większym zainteresowaniem, wiedział już, że właśnie prowadzi jedną z tych rozmów, które pamięta się przez całe życie. Młody człowiek był spokojny i rzeczowy, opowiadał bez rozgoryczenia, bez żalu, bez smutku. Potrafił pogodzić się z wyrokiem losu i zachować poczucie humoru i optymizm. „Jakie mam szczęście”, pomyślał Stuart i zdał sobie sprawę, że jego zmęczenie życiem i wypalenie są niczym w porównaniu z losem nieznajomego.

Na lotnisku w Phoenix na nieznajomego z samolotu czekała starsza kobieta z kartką w ręku. „Gage Barrows”, przeczytał Stuart i obiecał sobie, że nigdy nie zapomni tego nazwiska. Ale też od dawna nie spotkał nikogo, kto by go tak zafascynował. Po raz pierwszy spotkał człowieka o imieniu Gage. „Niezwykli ludzie noszą niezwykła imiona”, pomyślał w drodze z lotniska po samochód, którym miał rozpocząć podróż po Stanach.

Cdn.

Stuart 33

Joanna Trümner

I can’t shake this feeling at the end o’ each day
That I keep on working hard but all I do is get paid
Though I keep believing there’s a light up ahead
‘Cause it’s only getting darker
And I could stay in my bed
It’s a fight, it takes so long
But I’ve learned to hold my own
So I stand and I wait in line
With a heavy head and this bottle of wine
And I watch as they steal my time
I stand and I wait in line

Pod koniec każdego dnia nie mogę pozbyć się uczucia,
Że ciężko pracuję tylko po to, by zarobić kilka groszy
Choć wydaje mi się, że gdzieś tam jest jakieś światło
Otacza mnie ciemność
I mógłbym nie wychodzić z łóżka
To walka, która długo trwa,
Ale wiem, nie wolno się poddać,
Więc z ciężką głową i butelką wina
stoję i czekam w kolejce.
I patrzę na to, jak kradną mój czas
Stoję i czekam w kolejce.

James Bay, Wait in Line

Muzyka

Z okna samolotu Stuart patrzył na morze zieleni i wiedział, że dolatuje do Wellington, miasta, które przed laty było miejscem jego największego sukcesu muzycznego. W Nowej Zelandii czekało na niego pietnaście koncertów w miastach i miasteczkach na wyspie północnej i południowej. Cieszył się na pobyt w miejscach, które poznał przed laty, w bardzo szczęśliwym okresie swojego życia, w czasie, kiedy nic nie zapowiadało późniejszych burz i kiedy wydawało mu się, że może wszystko osiągnąć.

„Ciekawe, czy uda mi się spotkać kogoś znajomego? Świat czasami potrafi być bardzo mały”, rozmyślał, rozpakowując rzeczy w hotelu. Przypomniało mu się niespodziewanie spotkanie z Louisem w Londynie. Wieczorem wybrał się do teatru, w którym przed kilku laty grał rolę Jezusa. Z myśli wyrwał go znany głos – głos Louisa – „Widzę, że Jezus jednak wrócił”. Stuart nie dowierzał własnym oczom. „Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałem się tutaj spotkać”, odpowiedział z radością. Uściskali się mocno i serdecznie. „Takie historie zdarzają się przecież tylko w filmach, i to tych bardzo złych”, skomentował Louis, ale Stuart wiedział, że ironia to czasem po prostu sposób na pokonanie zbytnich wzruszeń. Długo stali przed teatrem i wspominali okres wspólnych występów w musicalu. W pewnym momencie Louis spojrzał na zegarek i powiedział: „Za pół godziny mam występ, spotkajmy się jutro wieczorem na piwie”.

Po rozmowie pod teatrem Stuart długo chodził samotnie ulicami Wellington i przyglądał się twarzom przechodniów, szukając znajomych sprzed kilku lat. Cieszył o go, że rozpoznaje znane zakątki, sklepy, gdzie kupował kiedyś jedzenie, wino lub papierosy, knajpy, w których zespół spotykał się wieczorem po spektaklu. Im dłużej chodził po mieście tym bardziej wydawało mu się, że czas zatrzymał się w miejscu. Powrót do miasta, w którym był kiedyś bardzo szczęśliwy, napawał go dziwnym spokojem. „Czuję się, jakbym wrócił do domu. Może człowiek ma w ciągu życia kilka miejsc, które stają się dla niego domem?”, zastanawiał się. W łóżku zaczął układać w głowie listę piosenek, które zagra podczas pierwszego koncertu. Koncertu w klubie, w którym przed laty po raz pierwszy raz pocałował swoją dziewczynę z okresu pobytu w Nowej Zelandii – Catherine. „Ciekawe, co ona teraz robi?”

Następnego dnia o szóstej Louis czekał na niego w holu hotelu. Do klubu, gdzie byli stałymi bywalcami podczas występów w „Jesus Star Superstar” było stąd bardzo blisko. Rozmawiali o tym, co aktualnie robią. Stuart opowiadał o trasie koncertowej, Louis o tym, że i on tu jest już od kilku miesięcy. „Po naszym musicalu cała stara ekipa się rozpadła, tylko kilka osób dostało propozycję występów w następnych spektaklach. W Londynie też długo miejsca nie zagrzałem, udało mi się zagrać w dwóch musicalach, a potem propozycje się urwały. Zresztą wcale nie żałowałem. Stęskniłem się za rodziną i wróciłem na Florydę. Nie wiedziałem, że tam wszyscy czekali tylko na moje pieniądze”, powiedział, nie kryjąc rozgoryczenia.

Rodzice i piątka rodzeństwa z żonami i dziećmi nie mogli doczekać się powrotu syna, brata i wujka – jedynego członka rodziny, któremu się udało. Pieniądze zarobione na występach w Nowej Zelandii i w Londynie stopniały w błyskawicznym tempie. „I zaczęło się upokarzające chodzenie po teatrach, prywatnych szkołach, klubach, knajpach, kościołach, zachwalanie swojego talentu i wykłócanie się o cenę występów. Nasze normalne życie, myślę, że i ty i każdy, kto decyduje się żyć ze sztuki, dobrze je zna. Długo nie miałem szczęścia, a kiedy pieniądze stopniały prawie do zera i nie mogłem dołożyć się do kosztów mieszkania, po raz pierwszy w życiu zdałem sobie sprawę z tego, że oprócz śpiewania, niczego się nie nauczyłem i nic nie umiałem”.

Tak, Stuart dobrze wiedział, jak to jest. Louis mówił dalej. „W końcu dzięki znajomościom starszego brata załapałem się do pracy na stacji benzynowej. Siedziałem tam nocami czekając na klientów i modląc się, żeby nikt mnie nie napadł. Kiedy nie było nic do roboty, śpiewałem po cichu, żeby dodać sobie odwagi. Niestety, i tu miałem pecha. Pierwszy napad nie był aż taki straszny, w kasie było tylko trochę ponad pięćdziesiąt dolarów. Właściciel stacji potrącił mi je z pensji i objechał mnie za to, że nie byłem wystarczająco ostrożny. Załatwiłem sobie pozwolenie na broń i wróciłem do pracy. Drugi napad był o wiele gorszy – kiedy zobaczyłem dwóch facetów wysiadających z samochodu z czarnymi maskami na twarzy zamiast nacisnąć na guzik – alarm i wyjąć z szuflady broń stałem jak wryty, nie potrafiłem się ruszyć i jak pokorna owieczka otworzyłem kasę i wydałem im wszystkie pieniądze. I tym razem musialem je zwrócić, tego było tym razem niemało, około 200 dolarów. Szef znowu mnie objechał i nazwał nieudacznikiem. Po następnym napadzie czekałoby mnie wypowiedzenie. Zdecydowałem się je uprzedzić i sam zrezygnowałem. Znalazłem się w kompletnym dołku – bez pieniędzy, z zerowym poczuciem własnej wartości i koszmarnymi snami o lufie pistoletu skierowanej w skroń. Przestałem wychodzić z mieszkania i całymi dniami myślałem tylko o tym, że już nigdy nie uda mi się zapanować nad strachem. Zrozumiałem, że życie polega na punktualnym płaceniu rachunków i że ja się do tego nie nadaję. Wydawało mi się zresztą, że do niczego się nie nadaję. Mój talent nie wystarczył na wielką karierę, o której marzyłem. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy nie odbiłbym się od tego dna. Sąsiadka poprosiła mnie o występ na ślubie córki. Nie wiem, czy zrobiła to na prośbę rodziców, zaalarmowanych tym, co się ze mną działo, czy rzeczywiście mnie potrzebowała. Dałem sobie radę, od tego występu zaczęła się moja kariera piosenkarza na ślubach, pogrzebach, imprezach firmowych, uroczystych otwarciach sklepów. Nie musiałem martwić się o dalsze zlecenia, szeptana reklama działała bez zarzutu. Zacząłem zarabiać niezłe pieniądze, po kilku miesiącach mogłem sobie pozwolić na własne mieszkanie.

Pogodziłem się z myślą, że tak zostanie, nie miałem zresztą wyjścia, musiałem zarabiać pieniądze. I dalej bym śpiewał po ślubach, pogrzebach i różnych innych imprezach gdyby nie zupełnie niespodziewany list z Wellington. Catherine przejęła prowadzenie teatru i szukała obsady do „New York, New York”.

„Co Catherine ma wspólnego z prowadzeniem teatru?”, zapytał zaskoczony Stuart. „W kilka miesięcy po twoim powrocie do Sydney Catherine wyszła za mąż za szefa teatru. Wszyscy przecież wtedy już wiedzieliśmy, że o to jej chodziło. I dopięła swego. Ale szczęście ‘młodej pary’ nie trwało zbyt długo. W pół roku po ślubie Jack dostał wylewu, co skazało go na wózek inwalidzki. Ledwie się z tego wykaraskał, przyszedł drugi wylew i częściowy paraliż. Nie był w stanie prowadzić dalej teatru i powierzył to Catherine. Zresztą nieźle sobie radzi, podjęła sporo dobrych decyzji, między innymi przyjęła dotacje od miasta. Dobiera sobie niezłych ludzi i trzyma ich przy sobie płacąc nie najgorsze pieniądze Przy teatrze zaczęła działać szkoła nauki tańca i śpiewu, droga prywatna szkoła na wysokim poziomie. Wiesz, ja czasami myślę, że teatr zastępuje jej i męża-inwalidę i dziecko, którego nigdy nie miała.”

Stuart też opowiadał, co się przydarzyło w jego życiu, od czasu gdy po raz ostatni spotkali się w Londynie. W oczach Louisa odczytywał nieskrywane współczucie, które sprawiło, że i on sam uświadomił sobie, jaki zły, koszmarny sen ma za sobą. Louis położył mu rękę na ramieniu. „Cokolwiek bym teraz powiedział, będzie głupie”, stwierdził, nie próbując ukrywać wzruszenia.

Zamówili ostatnie piwo. Louis odzyskał pogodę ducha i opowiedział Stuartowi, że w Wellington czekała na niego jego pierwsza, prawdziwa miłość. „Jak się poznaliście?”, zapytał Stuart z ulgą i zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo chce teraz usłyszeć jakąś pozytywną, dającą nadzieję historię. „Lecieliśmy razem z Atlanty. Ona wracała do domu, ja na kontrakt. Spędziła rok na Florydzie jako opiekunka dziecka. Przed rozpoczęciem studiów chciała zobaczyć kawałek świata i od dawna marzyła o Ameryce. Ta fascynacja przeszła jej dosyć szybko, w pierwszej rodzine pan domu wieczorami dobijał się do jej sypialni, a w drugiej co prawda nikt się nie dobijał, ale za to musiała opiekować się czwórką rozwydrzonych bachorów, do których rodzice nie mieli cierpliwości. Tym razem nocą to dzieci przychodziły do jej sypialni, kiedy nie mogły zasnąć. Przyzwyczaiła się do nich, czasami nawet odnosiła wrażenie, że pod jej wpływem dzieci się trochę uspokoiły. Być może potrzebowały tego, by ktoś zechciał im poświęcić trochę czasu. Ale po roku, kiedy kończyła się wiza, zdecydowała, że nie ma już ochoty inwestować w życie innych ludzi, że przyszedł czas na jej własne plany. Znamy się od kilku miesięcy i zaczęliśmy się rozglądać za wspólnym mieszkaniem. Ona studiuje prawo, ma jeszcze przed sobą długą drogę, trochę jej pomagają rodzice, ma też stypendium, a zresztą i ja nieźle zarabiam. Zaczynam zapuszczać korzenie. Występuję w musicalu, uczę w szkole śpiewu i Catherine obiecała mi, że mogę liczyć na dalsze projekty”.

Stuart po spotkaniu z Louisem pomyślał, że życie płata dziwne figle. Cieszyło go jednak, że spotkał ponownie człowieka, z którym łączy go tyle dobrych wspomnień, przyjaciela, którego zgubił na lata z oczu, a z którym potrafi prowadzić tak szczerą i prawdziwą rozmowę, jakby te miesiące rozłąki nie istniały? Jak dobrze znać kogoś, czyja droga życiowa pewnie przebiegnie tak jak jego – od koncertu do koncertu, zawsze w niepewności, co będzie jutro, zawsze w uzależnieniu od zleceniodawców. Zawsze w drodze, która tylko niewielu prowadzi do pełnych sal koncertowych i nagrywania nowych płyt w najlepszych studiach na świecie.

Cdn.

Stuart 32

You got me singing
(Signing) even tho the world is gone
You got me thinking
(Thinking that) I’d like to carry on
You got me singing
(Singing) even it all went wrong
You got me singing
(Singing) the Hallelujah song

Dzięki tobie śpiewam
(Śpiewam) nawet, gdy odejdzie świat
Dzięki tobie myślę
(Myślę), że chcę żyć dalej
Dzieki tobie śpiewam
(Śpiewam), choć wie, że nic się nie udało
Dzięki tobie śpiewam
(Śpiewam)
Alleluja

Leonhard Cohen, You got me singing

Joanna Trümner

Ian

W pół roku później Stuart był na kolejnym pogrzebie, pogrzebie swojej starszej siostry – Eve. Pod koniec maja dowiedział się od matki, że siostra przegrała walkę z rakiem i że do końca życia pozostało jej niewiele czasu. Natychmiast odwołał zaplanowane na najbliższy miesiąc koncerty i poleciał do Anglii. Zdążył się z nią pożegnać. Ostatnimi słowami, które od niej usłyszał i które długo po jej śmierci chodziły mu po głowie, było jej pozbawione emocji stwierdzenie: „A tak bardzo chciałam chociaż raz w życiu zobaczyć kangury”. Po raz pierwszy od dawna Stuart nie odebrał słów siostry jako zarzutu.

W dzień po spotkaniu z bratem Eve straciła przytomność i umarła. „Jakby czekała ze śmiercią na mój przylot”, pomyślał Stuart po tym, jak odebrał telefon ze szpitala. „W ciągu pierwszego półrocza tego roku straciłem dwie bliskie osoby. Jaki sens ma śmierć osób, które nie przeżyły jeszcze nawet połowy swojego życia, które były potrzebne rodzinie i miały plany na przyszłość, podczas gdy osiemdziesięcioletni mieszkańcy domów starców żyją dalej?”, zastanawiał się, myśląc równocześnie z zazdrością o Lucasie, dla którego dzięki wierze wszystko stawało się proste i nabierało sensu.

W drodze z pogrzebu do domu Stuart poczuł w ręce małą rączkę siostrzeńca. „Jakie to dziwne, że on tak do mnie lgnie. Przecież mógłby teraz przytulić się do ojca albo do babci, a on najwyraźniej szuka właśnie mnie”, pomyślał patrząc z czułością na małego George’a. Kilka dni temu to dziecko, które widział po raz pierwszy w życiu, czekało na niego w domu z Walton. „To twój wujek, Stuart”, zwróciła się do chłopca babcia. „My się przecież znamy”, odpowiedział George, kurczowo trzymając w rękach wielkiego brązowego misia. „A mogę dzisiaj u Ciebie spać?”, dodał, przyglądając się wujkowi. Spędzili razem tę pierwszą noc, w pokoju, który przed wieloma laty był jego pokojem. Mały spał niespokojnie i Stuart budził się co chwila, nasłuchując, co chłopiec szepce przez sen.

W dzień przed pogrzebem zjawiła się Kate ze swoim synem – czteroletnim Paulem. „Walter nie dostał wolnego w szkole”, wytłumaczyła nieobecność parntera na pogrzebie. Stuart nigdy nie czuł się dobrze w obecności Waltera, sam zastanawiał się nieraz nad tym, co mu w tym człowieku przeszkadza – jego powolność, jego brak humoru, a może po prostu fakt, że słabo znał angielski, co ograniczało konwersację do spraw przyziemnych i niezbędnych. Stuart nie mógł się oprzeć wrażeniu, że również matka była zadowolona, że Waltera nie było w Walton. Chciała spędzić możliwie dużo czasu ze swoimi dziećmi i wnukami. Jej przyjaciel wpadł na krótko, żeby przywitać gości i wrócił do siebie, zostawiając rodzinę samą ze sobą. Po wspólnym obiedzie chłopcy bawili się w chowanego w ogródku za domem. „Zachowują się tak, jakby nie czekał nas jutro pogrzeb”, pomyślał Stuart, słysząc pokrzykiwania i śmiech chłopców.

George zostanie u mnie jeszcze przez kilka dni. William bardzo przeżył chorobę i śmierć Eve, i odnoszę wrażenie, że jest to mu bardzo na rękę, że przez kilka dni zajmiemy się małym”, powiedziała matka. Stuart i Kate wymienili między sobą spojrzenia.

Po południu Stuart przez kilka godzin bawił się z chłopcami, Układali konstrukcje z klocków, a siostrzeńcy prześcigali się w pomysłach. Kiedy Stuart zobaczył w ich oczach dziecięcą radość ze wspólnego pięknęgo dzieła – zamku z fosą i wieżami dla wartowników, zastanawiał się, dlaczego wbrew przekonywaniom Meg, nie zdecydował się na wspólne dziecko. „Na co ja wtedy czekałem? Może wszystko inaczej by się potoczyło, gdybyśmy mieli dzieci?”.

Po pogrzebie siostry Stuart spędził jeszcze kilka dni w domu rodzinnym, zajmował się chłopcami, chodził z nimi na długie spacery nad morze, a przed zaśnięciem grał im na gitarze. Po wyjeździe Kate do Berlina spędzał dużo czasu z małym Georgem i czuł, że to dziecko staje się dla niego kimś bardzo ważnym. „Przecież ja więcej i bardziej otwarcie z nim rozmawiałem, niż przez całe życie z jego matką. Jak tylko będzie większy, wezmę go do siebie na wakacje, niech chociaż on raz w życiu zobaczy kangury”, obiecał sobie w duchu.

Dwutygodniowy pobyt w Walton minął bardzo szybko. „Ten pobyt bardzo mnie wyciszył”, pomyślał w drodze powrotnej do Sydney. „Wszystko ma jednak jakiś sens. Przypomniałem sobie, gdzie są moje korzenie, przypomniałem sobie, że mam rodzinę. Wiem, że nie jestem na tym świecie zupełnie sam.”

W Sydney zatrzymał się na kilka dni u Toma. „Ja też mam nowości”, oznajmił mu już na lotniusku przyjaciel. „Oświadczyłem się i za dziesięć miesięcy będę wyprawiał ślub. Liczę na ciebie, musisz być moim świadkiem”. Stuart bardzo się ucieszył z decyzji Toma. Nie była to jedyna nowina, z jaką czekał na niego Tom. Wśród listów, które przyjaciel wybrał z jego skrzynki pocztowej podczas jego pobytu w Anglii, znalazły się dobrze płatne propozycje kolejnych występów w Australii i Nowej Zelandii.

A słyszałeś może coś o Ianie?”, zapytał Stuart, który od wielu miesięcy nie miał kontaktu z przyjacielem. „Tak, odezwał się, ale to dłuższa historia. Był przez ponad pół roku w szpitalu”, odpowiedział Tom, a widząc pytający wzrok Stuarta, dodał. „Najlepiej niech ci sam o wszystkim powie. Jutro się z tobą skontaktuje”.

W dwa dni później Stuart poznał tajemnicę zniknięcia Iana na pół roku. Ojciec odwiedził go w Sydney i jako lekarz szybko zorientował się, że jego jedyny syn jest uzależniony od narkotyków. Ian „wypożyczył” sobie sporo pieniędzy w banku, w którym pracował. Po uregulowaniu długów syna i uproszeniu dyrekcji banku o uciszenie sprawy, ojciec zawiózł Iana do kliniki leczącej uzależnienia. Ian spędził w niej pół roku. „A teraz jestem pod rodzinną kuratelą”, dodał pod koniec rozmowy z przyjacielem. „Rodzina chce, żebym wrócił na stałe do Anglii. Zostawili mi trochę gotówki i miesiąc na pozałatwnienie spraw. Za dwa tygodnie lecę do domu. A tam głęboka angielska prowincja i rodzinna kuratela”. „Ty nie znasz prawdziwej głębokiej angielskiej prowincji”, powiedział Stuart, myśląc równocześnie, że powrót do domu wcale nie oznacza porażki i że dla jego przyjaciela jest to najprawdopodobnie najlepsze wyjście z sytuacji, w którą się sam wpakował.

Myślę, że powinieneś to zrobić, nic cię tutaj przecież nie trzyma. Po tej historii w banku możesz na razie chyba zapomnieć o jakiejś sensownej pracy, a w Anglii nikt o tym nie wie i możesz po prostu zacząć od nowa”, skomentował.

Ale to tak, jakby cały ten wyjazd do Australii był kompletnie niepotrzebny, jakbym sobie kompletnie w życiu nie dał rady”,odparł przyjaciel.

Za dużo przeszedłeś i może naprawdę nie będzie źle, jeśli zaczniesz od nowa. Ważne, że przestałeś brać to świństwo i masz trzeźwą głowę”. „Tobie jest łatwo, ty zawsze miałeś muzykę, cokolwiek by się w życiu nie stało, zawsze potrafisz się wyłączyć i znaleźć w innym świecie. A ja nie mam nic, dla czego warto byłoby żyć”. „Masz trzydzieści dwa lata, a mówisz tak, jakbyś stał nad grobem. Przestań się nad sobą rozczulać i zacznij szukać jakiegoś sensu. Ale z trzeźwą głową. Mi w ciągu ostatniego pół roku zmarły dwie bliskie osoby i też się nieraz zastanawiam, po co wstaję. Ja też już nie mam dla kogo”, odpowiedział Stuart, w duchu dodając: „Ale wszystko się przecież może jeszcze wydarzyć”.

Cdn.

Stuart 31

All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for their daily races
Going nowhere, going nowhere
Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I want to drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

Dookoła widzę znane twarze
Zużyte miejsca, zużyte twarze
Ludzie wcześnie wstają, do swych codziennych wyścigów
Iść do nikąd, iść do nikąd
Ich łzy wypełniają szklanki po brzegi
Bez wyrazu, bez wyrazu
Chowam głowę, a chciałbym utopić smutek
Nie będzie jutra, nie będzie jutra.

Gary Jules, Mad World

Joanna Trümner

Pytania

Mijały ostatnie godziny starego roku, rozgrzane słońcem ulice Sydney zapełniły się młodymi, roześmianymi ludźmi podążającymi na sylwestrowe zabawy. Z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze Meg wyglądała na ulicę i nie potrafiła zrozumieć nastroju radości, który zapanował na ulicach. „Z czego oni wszyscy tak się cieszą?”, zastanawiała się. „Przecież nic w życiu się nie zmienia tylko przez to, że zegar wybije dwunastą i zacznie się nowy rok”. Przypomniał jej się ubiegłoroczny Sylwester w mieszkaniu Chrisa – noc przepełniona śmiechem i muzyką w dużym gronie przyjaciół. Po wyjściu gości Meg i Chris zdecydowali się zostawić posprzątanie bałaganu na później i poszli na długi spacer po mieście. W najbliższym parku znaleźli wolną ławkę, na której mocno przytuleni do siebie czekali na wschód słońca. „Nie będzie ci ze mną łatwo, ale powinnaś wiedzieć, że od dawna nikt dla mnie tak dużo nie znaczył”, powiedział Chris. Prawdziwy sens tego romantycznego wyznania z nocy sylwestrowej zaczął docierać do niej w miarę upływu kolejnych tygodni. Chris coraz rzadziej miał czas na spotkania, tłumaczył się pracą i wyjazdami na szkolenia. Meg nauczyła się cieszyć z nielicznych wspólnie spędzanych godzin i nie stawiała żadnych wymagań. „To się na pewno niedługo zmieni”, powtarzała sobie w duchu, starając się zapanować nad coraz mocniejszym uczuciem rozczarowania. Gdyby nie doszło do jej feralnego wyjazdu z rodzicami do Melbourne, prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałaby się o aferach Chrisa.

Z okien tramwaju, którym razem z rodzicami zwiedzała miasto, zobaczyła Chrisa obejmującego mlodą, nieznaną kobietę. „Na pewno mi się przywidziało. To musiał być ktoś bardzo do niego podobny”, uspokajała wątpliwości czekając na kolejne spotkanie. A kiedy w końcu miała okazję zapytać go wprost o pobyt w Melbourne z inną kobietą, Chris przeprosił ją za tę głupotę, incydent, który dla niego nic nie znaczył. „Przecież wiesz, że liczysz się tylko ty”, powiedział wręczając jej następnego dnia wielki bukiet róż. „To już się nigdy więcej nie powtórzy, obiecuję”, dodał drżącym głosem. Po jego wyjściu Meg długo patrzyła na róże w wazonie i myślała o początku ich znajomości oraz pierwszym pocałunku na szpitalnym łóżku. „Mamy wyniki badań, będziesz mogła niedługo wstać, za kilka miesięcy wrócisz do normalnego życia. Ale niestety coś się przez ten wypadek zmieniło – nie będziesz mogła mieć dzieci. Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o tym od kogoś innego” , powiedział patrząc jej w oczy. Zobaczył w nich tyle smutku, że instynktownie przytulił Meg do siebie, nie myśląc o tym, że za chwilę w pokoju może zjawić się pielęgniarka lub pacjentka z sąsiedniego łóżka. Wiedział jak bardzo właśnie teraz Meg potrzebowała kogoś bliskiego. Pocałował ją, sam zaskoczony tym, że przekroczył pewne niepisane zasady pracy lekarza. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w budynku szpitala są tylko oni w dwójkę.

Podczas wielu tygodni pobytu w szpitalu Chris stał się ważną częścią jej życia, nic jednak nie zapowiadało wtedy dalszego przebiegu tej znajomości. Z czasem zaczęła rozumieć, że Chris był wielką pomyłką. Podczas ich prawie rocznego związku kilkakrotnie słyszała od niego przeprosiny. Kilkakrotnie wyrzucała do kosza wyschnięte bukiety róż, zadając sobie pytanie: „Dlaczego nie potrafię od niego odejść? Jak mogę pozwolić na to, żeby ktoś mnie tak traktował?” Z każdym dniem docierało do niej coraz mocniej, że odejście od Stuarta było największym błędem, jaki zrobiła do tej pory w życiu.

Dlaczego właśnie ja wpadłam po raz drugi w życiu na mężczyznę, który jest kaleką uczuciowym? Na kogoś, dla kogo jestem tylko jedną z wielu zdobyczy, potrzebnych do dowartościowania swojego ego? Jak mogłam się tak pomylić? I to właśnie ja, w końcu moja praca polega na tłumaczeniu pacjentom, jak powinni żyć, żeby nie zgubić poczucia własnej wartości?”, zastanawiała się nieraz, zbierając siłę na odejście. Dopiero po wielu miesiącach walki ze sobą udało jej się zakończyć tę znajomość.

Kiedy zegar w mieszkaniu wybił północ i rozpoczął się rok 1984 Meg dopijała do końca butelkę czerwonego wina. „Happy New Year”, pomyślała z goryczą i głośno powiedziała: „Nie chcę żyć w tym smutku! Przecież ja nawet nie mam przyjaciółki, nikogo, z kim mogłabym teraz porozmawiać. Nigdy nie miałam przyjaciółki, zawsze byłam samotnym dziwolągiem”, pomyślała. Przypomniała sobie jak będąc dzieckiem z zazdrością przyglądała się koleżankom z klasy, które przysyłały sobie podczas lekcji małe, zapisane drobnym pismem karteczki. Tajemnice, których Meg nigdy nie poznała. W czwartej klasie niespodziewanie i ona w końcu znalazła przyjaciółkę – Dianę, niezbyt ładną, grubą dziewczynkę z sąsiedniej klasy. Meg i Diana stały się wkrótce nierozłączne, spędzały ze sobą każdą przerwę pomiędzy lekcjami i każdą wolną chwilę, godzinami rozmawiały o tym, co wydarzyło się w szkole, o plotkach, sympatiach i antypatiach, chłopcach. Ta przyjaźń pomogła im w ciągu kilku miesięcy przemienić się ze smutnych, nie rozstających się z książką dziewcząt w rozchichotane nastolatki. Diana zaakceptowała nawet fakt, że Meg nigdy nie zaprosiła jej do siebie do domu. „Moja mama jest chora, u mnie nie można spokojnie porozmawiać”, tłumaczyła swój strach przed pijaną matką. W ostatniej klasie szkoły rodzina Diany wyprowadziła się do Londynu i Meg znów została sama. Przez kilka miesięcy po przeprowadzce Diany przyjaciółki pisały do siebie listy, z czasem stały się one coraz rzadsze, aż w końcu przestały przychodzić.

Podczas studiów Meg poświęcała prawie cały czas na naukę i czekanie na Stana. „Straciłam dla niego tyle lat!”, myślała otwierając drugą butelkę wina na powitanie roku 1984. „Może po prostu jestem jedną z tych kobiet, które zawsze podświadomie wybierają sobie nieodpowiedniego partnera. Jedynego mężczyznę, który był dla mnie dobry i uczciwy zawiodałam tak, że nie chce mnie więcej znać. I ma rację. Trzymałam szczęście w ręku i lekkomyślnie wypuściłam. Zamieniłam szczęście na upokorzenie. Jestem beznadziejna, a wszystkie te mądre rady, które od lat daję obcym ludzim, w moim życiu zupełnie się nie sprawdziły. Od miesięcy nie potrafię zapanować nad depresją”. Chwiejnym krokiem podeszła do okna i przysłuchiwała się odgłosom ulicy, temu, jak śmiali się ludzi powracający z zabaw do domu. „Ciekawe jak on zaczyna nowy rok?”, pomyślała siadając na parapecie okna.

Stuart śpiewał ostatni utwór na zakończenie sylwestrowego koncertu, kiedy w klubie nagle zapanowała kompletna ciemność. Opanował go dziwny niepokój, który nie ustąpił nawet wtedy, kiedy zapaliło się światło. Już raz w życiu, w chwili śmierci ojca, miał podobne uczucie strachu, poczucie, że stało się coś złego. Dlatego też zaraz po powrocie do domu zadzwonił do matki w Anglii. Usłyszał od niej, że w rodzinnym domu wszystko jest w porządku. Całe Walton przygotowuje się na powitanie nowego roku, jego siostra Eve odpoczywa po pierwszej chemioterapii, a matka przejęła na kilka dni opiekę nad małym Georgem. Po tej rozmowie Stuart zasnął jak kamień, nie pamiętając o ódziwnym, niewytłumaczalnym niepokoju po zgaśnięciu światła w klubie.

Dopiero w kilka dni później dotarła do niego wiadomość o samobójstwie Meg.

Wybrał się do Toma, bo nie chciał być w domu sam z natarczywą myślą: „Może to przeze mnie?” Przyjaciel próbował go uspokoić: „To nie jest twoja wina, to jej wybór, z którym nie masz nic wspólnego”. Stuart nie do końca był o tym przekonany. Wiedział jednak, że nikt nie odpowie mu już na pytania: „Może udałoby mi się ją uspokoić? Może powiedziałem poczas naszej ostatniej rozmowy coś, co ją zraniło? Może dzwoniła do mnie o północy i chciała się pożegnać?”

Po pogrzebie podszedł do rodziców Meg. „Nigdy nie będę w stanie zrozumieć”, zwrócił się do nich bezradnym tonem. „Nie potrafię sobie wybaczyć, że nie widziałam, że jest tak źle”, odpowiedziała matka Meg, trzymając go kurczowo za rękę. Następnie Stuart podszedł do Lucasa, księdza w kościele, do którego regularnie chodziła Meg. „Nie potrafię zrozumieć, że nie pomogła jej wiara”, powiedział po cichu Lucas. „Dla ludzi wierzących nie ma chyba większego grzechu niż odebranie sobie życia”, dodał. Stuart rozejrzał się wśród uczestników pogrzebu, z trudem rozpoznał młodego lekarza, dla którego Meg zostawiła go przed ponad rokiem. „Śmierć, szczególnie taka śmierć, zostawia po sobie taki smutek i dziesiątki pytań, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi”, pomyślał opuszczając cmentarz.

Cdn.