3003

Dorota Cygan

Kto mówi po polsku i jest z mojej generacji lub starszy, pomyśli może odruchowo, że chodzić będzie o dywizjon 303 i lektury naszej młodości, i jest o jedno zero za dużo (a że pisałam już kiedyś o zerach i było ich jakoś sporo, można pomyśleć, że to z obfitości dodałam jedno za wiele). Nie, o zera nie chodzi, o zerowatość tłumu tym razem też nie, ale o historię owszem. Od kilku dni do okrągłej liczby 3000 dodano trójkę – przybyły w Berlinie 3 nowe kamienie pamięci (Stolpersteine), o które mają się potykać nasze nogi (a tym samym myśli), czyli nasza berlińska pamięć zbiorowa. Na wypadek (na co dzień dość prawdopodobny), gdybyśmy zapomnieli, że z domów, w których dzisiaj mieszkamy, wywożono w okresie nazistowskim mieszkańców pochodzenia żydowskiego, najczęściej na zawsze.

stolpersteine1Niektóre Stolpersteine są nie kamieniem, ale belka pamięci  – jak tutaj, gdzie w jednym mieszkaniu zakwaterowano Żydów w tzw. pomieszczeniu do spania.

Kiedy kilka lat temu moja jedna znajoma napomknęła przy kawie, że właśnie umyła wodą i płynem kamień pamięci przed wejściem do kamienicy, w której mieszka, pomyślałam, że mogłabym myśleć sto lat, a i tak bym nie wpadła na taki pomysł, i że różnice mentalnościowe muszą być o wiele większe niż mi się na co dzień w tym mieście wydaje. Bo że dajemy pieniądze na jakieś akcje lub składamy tu i ówdzie podpis pod jakąś słuszną petycją, nie angażuje specjalnie naszej refleksji, dzieje się raczej automatycznie, w ramach jakiegoś minimalnego konsensusu i kropka. Ale wyobrażenie kobiety w statecznym wieku z wiadrem i wodą na chodniku, jak szoruje mosiężną oprawę kamienia ku zdziwieniu przechodniów, trochę mnie jednak przerosło – i pewnie dzięki temu to jeszcze pamiętam.

Co się działo od tej pory? Ludzkie zaangażowanie w zasadzie nigdy nie jest wielkością stałą, czyli albo rośnie albo maleje. Znajoma ta zainicjowała, oczywiście w ramach grupy roboczej w swojej dzielnicy, ileś kwerend archiwalnych dotyczących iluś osób deportowanych ze swoich mieszkań, zorganizowała ileś spacerów po mieście wiadomym szlakiem, napisała trzysta ileś stron doktoratu o ruchu społecznym, który wyniknął z pierwotnej idei artystycznej Guntera Demniga  – i usunęła ze swoich drzwi lub skrzynki na listy ileś kartek z pogróżkami lub obelgami pod swoim adresem. I właśnie tych kilka dni temu dała swoim czujnym oponentom, pragnącym zachować anonimowość, kolejny powód do interwencji, wygłaszając przemówienie przy okazji utworzenia (nie mogę wszak napisać „oddania do użytku”) trzech nowych kamieni pamięci. Mieszka bowiem bardzo w pobliżu.

stolpersteine2Takie listy znajduje aktywistka ruchu w swojej skrzynce na listy. Bywa gorzej, powiada.
Wczoraj naklejone – dziś już zerwane. W ciągu zaledwie 24 godzin, my, aktywiści Ruchu Przeciw Kamieniom pamięci, po raz kolejny uwolniliśmy ulice w dzielnicy Friedenau od waszej ohydnej propagandy, przygotowanej przez syjonistycznych “dobrych ludzików”. Będziemy czujni i w przyszłości i bądziemy rozszerzać nasze, skierowane przeciw wam, akcje. Dość kultu winy – uwolnić Friedenau od kamieni pamięci!

Nigdy dotąd nie byłam na takiej uroczystości, choć bywało, że przy różnych akcjach tzw. ‘Gutmenschen’(‚ludzi z definicji dobrych’) miałam z dystansu dość wyrazisty obraz, jak wyglądają, a nawet co mogą mówić. Zrobiłam więc tym razem kilka zdjęć dla siebie po to, żeby mi kiedyś własne stereotypy do końca nie przesłoniły rzeczywistości, a dla  czytelników blogu po to, żeby mieszkając w Polsce mieli jakiś kontekst obrazkowy, bo nasza kultura pamięci trochę ma inną dynamikę, inne grupy wsparcia i innymi się posługuje rekwizytami.

stolpersteine3Nowe kamienie pamięci umieszczone przed dawnym wejściem do nieistniejącego już domu. Dziś w tym miejscu stoi kościół. Uroczystości maja pełne poparcie kościoła, a nawet inicjatywa w wielu przypadkach pochodzi właśnie z kręgów kościelnych.

A dlaczego mi się wydaje warta opisania wiadomość z lokalnej gazety? (spokojnie, Czytelniku Berlińczyku, nie protestuj, tyle prawdy musisz znieść, Bundesrepublika oczywiście nie czyta publikatorów ze stolicy, bo generalnie wiadomo, że są prowincjonalne, więc powszechnie, nawet w Berlinie, kupuje się monachijską SZ lub frankfurcką FAZ). Czemu więc o tym? Bo zakładam prostą prawdę samozwańczego badacza historii życia społecznego, że jeśli u mnie samej co-kol-wiek po iluś latach życia w jednym mieście wywoła nieznaczne nawet „mhm”, to należy o tym napisać do Ewy polskiego odbiorcy. Powtórzę samokrytycznie „na-pi-sać”, nie tylko „pomyśleć do czytelnika“, bo jak tej uwagi nie zrobię, to administratorka blogu gotowa się okrutnie roześmiać. Ale nie schodźmy na cygańskie szlaki, tekst miał tym razem nie być „o niczym“, tylko o kamieniach pamięci.

Otóż mnie ten rodzaj pomnikowania wydarzeń minionych w ogóle bardzo przemawia do przekonania – przez rozproszenie, rezygnację z cokołu i nie tylko symboliczną oddolność inicjatywy. Ale zwłaszcza, że towarzyszy temu typowy element niemieckiej kultury dyskusji, czyli spieranie się o pryncypia, choćby o taką kwestię, na ile potykanie się o kamienie pamięci jest właściwą formą jej kultywowania, skoro chodzi jednak o deptanie po nich codziennie. I to jest dokładnie to, czego inicjatywy oddolne w tym kraju chcą zawsze i w każdej ilości, mianowicie dyskusji społecznej, która kanalizuje nastroje zbiorowe w bezpieczny sposób. Oraz tego, by wyjść z muzeów do ludzi, na ulicę.

Na pytanie, czego się można dowiedzieć śledząc kwerendę archiwalną, inicjatorzy odpowiadają, że można uświadomić sobie niby oczywiste rzeczy, np. że jeśli z jednego mieszkania deportowano 10 lub więcej osób, to były to po prostu tzw. Judenwohnungen, czyli mieszkania, w których masowo  zakwaterowywano osoby pochodzenia żydowskiego, wyłuskując potem jednostki do deportacji w różnych terminach; albo też np. informacje, z jakiego rzędu nakładem administracyjnym wiązała się wywózka, rozliczenie po fakcie rachunków za prąd, ponowne wynajęcie tych mieszkań, wycena pozostawionego majątku itp. A także, jakie trudności spotykały ofiary, jeśli jednak przeżyły wojnę i przyszło im akrybicznie dokumentować każdy najdrobniejszy etap tułaczki i stan posiadania przed wygnaniem. W kraju, gdzie dzięki skrupulatności aparatu urzędniczego zachowało się tak wiele danych, pozostało tez wiele śladów dokumentujących nader chłodny sposób obchodzenia się z ofiarami po wojnie. To właśnie ten element stosunkowo najbardziej porusza badających przeszłość, oswojonych przecież teoretycznie z okrucieństwami wojny, ale tym bardziej zszokowanych niespolegliwością powojennych instancji, zobowiązanych ustawowo do współpracy przy odkrywaniu prawdy.
Inicjatorzy mówią, że można wiele wyczytać z tych kamieni, jeśli się nad nimi pochylić. Stolpersteine – jak to kamienie – mówią do nas.

Wywiad z Petrą Fritsche:  http://youtu.be/tD4sLCpehRI

Pastor, pastorowa, syn

Ewa Maria Slaska (tekst), Dorota Cygan (pomysł – kiedyś pojawi się też tekst, ach!)

Poszłyśmy z Dorotą na wystawę. Nie możemy Wam jej polecić w ramach porad kulturalnych, bo obejrzałyśmy ją na dwa dni przed zamknięciem. Czy warto dodawać, że również danego dnia dotarłyśmy do muzeum na dwie godziny przed zamknięciem? No! Ale obejrzałyśmy i byłyśmy pod wrażeniem. Wystawa nazywała się „Leben nach Luther. Eine Kulturgeschichte des evangelischen Pfarrhauses” i zorganizowało ją berlińskie Muzeum Historyczne, to złożone z dwóch budynków – od frontu barokowy Arsenał (Zeughaus), z tyłu – budynek Ieoh Ming Pei.

taipei-ZeughausTematem wystawy jest dom pastora. Dom pastora, a w nim żona, pastorowa, kojarzy mi się od dzieciństwa nadzwyczaj dobrze, a to dzięki lekturze trzech pierwszych tomów Ani z Zielonego Wzgórza. I to jest porada kulturalna zawarta w tym wpisie. Przypomnijmy sobie tę lekturę. Ileż tam jest achów i ochów na temat pastorów, a jeszcze więcej na temat pastorowych. Ania piecze ciasto i dolewa waleriany zamiast wanilii, Ania przyznaje się do tego, że w sosie utopiła się mysz, Ania wreszcie jest zachwycona nową pastorową, bo ta ma sukienkę z… bufami. Marzenie małej dziewczynki.

Pastor jest tam gdzieś, ale prawdziwą osobą jest w powieściach Lucy Maud Montgomery pastorowa. Kobieta – model do naśladowania, piękna, cierpliwa, wyrozumiała, kochająca. To ona ustanawia słodycz praw rządzących w domu pastora.

Dopiero, gdy już wyrosłam z panieńskich lektur, zobaczyłam, że istnieje odwrotna strona prześwietlonego słońcem domu pastora, gdzie pastorowa na werandzie podaje podwieczorek ślicznym dziewczynkom w muślinowych sukienkach. Istnieje bowiem również Dom Pastora, ciężki, ciemny, ponury, w którym Prawo jest bezwzględne, a nie ma Boga Ojca, bo zamiast niego jest Pastor Ojciec. Ten dom znamy chyba najlepiej z filmu Fanny i Aleksander Ingmara Bergmanna (1918-2007). Bergmann był synem luterańskiego pastora z Uppsali. W Fanny i Aleksander dzieci znoszą okrutne cierpienia w domu ojczyma – biskupa.

johann-peter-hasenclever-um-1847Dzieci pastora wychodzą do kościoła albo wcześnie musi zacząć ćwiczyć ten, kto chce służyć przykładem – obraz Johanna Petera Hasenclevera © Sammlung Vollmer, Wuppertal

W kulturze niemieckiej istnieje pojęcie syna lub dzieci pastorów. Ten obraz, namalowany w roku 1847 przez Johanna Petera Hasenclevera „Die Pfarrerskinder“  znalazł się na plakatach wystawy, na katalogu i na książce z tekstami literackimi. Tu jeszcze jest zabawnie, małe dzieci, małe miasteczko u stóp, mały kościółek, napuszony jak paw syn-pastor, pobożna i skromniutka siostra-pastorowa. Ale bycie dzieckiem pastora to powinność i zadanie. Bo i dom pastora był nie tylko domem rodzinnym, ale i obowiązkiem. Miał świecić przykładem, łącząc powinność wobec Boga z powinnością wobec władzy i obowiązkiem pracy w służbie społeczeństwa. Posłuszeństwo było najwyższą cnotą, a jego egzekwowanie usprawiedliwiało niewyobrażalną już dziś surowość. Dzieci pastorów miały być same pastorami, bądź prawnikami i nauczycielami. Już w roku 1697 pastor Johann Samuel Adami opublikował książkę Das exemplarische Priesterkind – Przykładowe dziecko pastora, o tym, jakie powinny być dzieci ewangelickich księży.

Podobnie jak ojciec i jego żona, również dzieci musiały być wzorcowe. Po to, by to uzyskać ojciec pastor nakazywał,  by je bito, głodzono, zamykano w ciemnych komórkach. Nie były szczęśliwe, buntowały się, cierpiały, ale… Rachunek społeczny się najwyraźniej opłacił. Ktoś zbadał już, że ilość sławnych i zasłużonych osobistości kultury niemieckiej, wywodzących się z domów pastorów przekracza w znacznym stopniu średnią statystyczną. Ponad połowa sławnych osobistości w kulturze niemieckiej od XVI do końca XIX wieku pochodziła z domów pastorskich! 26% niemieckich poetów! Encyklopedie wymieniają tu między innymi Friedricha Nietzschego, Gottfrieda Benna, Hermanna Hessego (ten jako młody chłopak uciekł z domu przed okrucieństwem ojca), Carla Gustava Junga, Alberta Schweitzera. Na wystawie przypomniano też Horsta Wessela, człowieka, który w czasie nazizmu odegrał taką samą symboliczną rolę, jak powiedzmy Hanka Sawicka w życiu wczesnego PRL. W póżniejszych latach nikt już nie wiedział, kim była ta dziewczyna, podobnie jak nikt nie myślał o tym, jakie są zasługi czy losy Horsta Wessela i że to on jest autorem słów partyjnego hymnu. Była po prostu pieśń Horsta Wessela (Horst-Wessel-Lied) i żarciki głosiły, że nazistą może zostać tylko ten, kto jest w stanie utrzymać ramię w hitlerowskim pozdrowieniu przez co najmniej trzy minuty i 20 sekund, a więc tak długo, jak długo śpiewa się tę pieśń. Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / Sztandar w górze, szeregi zwarte! Pieśń cieszyła się ogromną popularnością, a po śmierci autora, zastrzelonego w roku 1930 przez komunistę Albrechta Höhlera, stała się świętością ruchu. Dziś jest oficjalnie zakazana, ale w Wikipedii można jej odsłuchać:

http://de.wikipedia.org/wiki/Horst-Wessel-Lied

Bergmann i Hesse, idole mojej młodości, urodzili się w pastorskich domach i potrafili okrucieństwo wychowania przesublimować w wielkie dzieła humanizmu. I tak widziałam rolę domu pastora w kulturze niemieckiej czy szerzej – protestanckiej. Tymczasem Horst Wessel, tak jak oni, syn pastora, pokazuje mi, zbieraczce ciekawostek i anegdot, że dziedzictwem pastorskiego wychowania może też być zapiekły nacjonalizm i konserwatyzm. I że to być może tacy właśnie synowie pastorów stworzyli podwaliny tego, co zdarzyło się w Europie i sto lat temu i przed 75 laty.

Mówię Wam, to ciężka praca, sprawdzać, jaki sens ma to, w co chcielibyśmy wierzyć.

Z cyklu: moja ulica – Dorota

Następną osobą, która się zgłosiła w sprawie “mojej ulicy” jest Dorota Cygan. Napisała w mailu krótko, a treściwie:

Tak tak, Ewuś, ale Wissmann był zdaje się nazistą, ach nie, no w każdym razie nacjonalistą, hehe, jakimś niemieckim generałem w Afryce. Ale może to powinien byłby być tekst o późnej karze pośmiertnej: dostał ulicę, na której kłębią się obcokrajowcy i nie uświadczysz ducha niemieckiego, tylko dilerkę, hehe. Wyjdzie mi  Moralitet Ironiczny. Czyli gatunek paradoksalny. Jak chcesz, to proszę.
papa
Cygan

wissmannstrHermann von Wissmann (1853-1905) był badaczem Afryki – w latach 80 XIX wieku kilkakrotnie przeszedł Afrykę w poprzek, głównie wzdłuż rzeki Kongo, ale był też pruskim oficerem, który w roku 1889 dostał za zadanie sformowanie korpusu ekspedycyjnego, który zlikwiduje powstanie w Tanzanii. Zadanie wykonał znakomicie, korzystając z zaciężnych żołnierzy z plemienia Zulu oraz Somalijczyków i Sudańczyków. W roku 1895 został mianowany gubernatorem Afryki Wschodniej. Był zwolennikiem pruskiego kolonializmu, ale na jego chwałę trzeba powiedzieć, że angażował się też w działalność Towarzystwa Zwalczania Niewolnictwa.

Dorota ma oczywiście rację. Współczesna Historia ironicznie nieźle dokuczyła Wissmannowi. Ulica jego imienia przylega do wielkiego parku Hasenheide, w którym dosłownie co pięć kroków człowiek natyka się na “czarnoskórych mieszkańców Afryki” (to poprawna politycznie nazwa, która pozwala odróżnić Araba od Mu…, nie, no właśnie, czarnoskórego mie…), szepczących słowo haszysz, ale sprzedających marihuanę. W parku tym powstaje świątynia Ganesha, a choć świątyni jeszcze nie ma, codziennie obywa się tu puja czyli nabożeństwo ku czci tego przemiłego boskiego słonia, symbolu szczęścia i inteligencji.

Przy ulicy Wissmanna na granicy z parkiem, w starym pięknym budynku browaru, mieści się Werkstatt der Kulturen (warsztat kultur), jedyny w Berlinie ośrodek kulturalny nastawiony wyłącznie na wspieranie kultur 190 narodów i ludów, zamieszkujących wspólnie i właściwie przyjaźnie stolicę Niemiec. To tu mieści się między innymi biuro Karnawału Kultur, który od prawie 20 lat znakomitą rozrywką i dla nas, berlińczyków, i dla turystów. Karnawał odbywa się zawsze w Zielone Świątki, a jego główna atrakcja, przejazd wspaniale udekorowanych wozów i parada grup muzycznych i tanecznych, ma miejsce w niedzielę – w roku 2015 są to dni 22 do 25 maja. Zapraszamy!

640px-Kar_Kult_2006_1http://volksfeste.kleiner-kalender.de/event/karneval-der-kulturen/41942.html

Przemarsz zer

Dorota Cygan przypomina kolejną rocznicę, nie okrągłą, a tekst wprawdzie nie o niczym tylko o czymś, ale jednak o zerach.

zeraMeeting czyli przemarsz zer – tak brzmi tytuł szkicu węglem autorstwa niemieckiego malarza Wernera Heldta z roku 1933/34. „Dziś przed 81 laty”, jak mówią użytkownicy języka niemieckiego (mhm, to zupełnie tak, jak gdyby w niemieckim gramatyka decydowała o kultywowaniu wiecznie świeżej pamięci) Hitler doszedł do władzy. Rysunek powyżej jest komentarzem tego, co stanowiło nieodłączne kulisy tych i późniejszych wydarzeń związanych z tym faktem.

Można niejedno wyczytać z tego rysunku, nie znając dzieła malarza. Abstrakcyjna forma obrazowania tłumu jako kółka-zerówki to czysta kpina z reżyserowanej liturgii zlotów partyjnych i ich śmiertelnej powagi, której tłem było istne poczucie misji dziejowej. Germaniści piszą czasem, analizując artefakty mrocznych czasów nazistowskich, że wielka szkoda, iż nie było więcej tego typu szpilek nadających się do wkłucia w toporny kloc sztuki propagandowej. Czyli atestują malarzowi rzadką jak na owe czasy subtelność przytyku, a zarazem opozycyjność wobec systemu. Zakładając tym samym, że dla współczesnych krytyka ta była oczywista i czytelna. Poświadczają zatem dziełu subwersywność o sile z dzisiejszej perspektywy trudnej do przecenienia.

Aż się prosi, żeby sprawdzić, jakie miejsce w dziele samego malarza zajmował ten szkic węglem. Czy był pojedynczym żartem, wypadkiem przy pracy, a może konsekwentnym elementem jakiejś drogi rozwojowej? Jaka była jego siła? Skoro artysta opuścił Niemcy nazistowskie wiosną 1933 roku – to czy z powodu tego szkicu? Wykonał go pod wpływem nagłej niezgody na reżim, czy z powodu zwykłej, motywowanej estetycznie, niechęci doń? Kim był malarz, którego dzieło doczekało się retrospektywnej wystawy dopiero w 1989 roku w Norymberdze? Czy był związany z tym miastem? Może właśnie tam napatrzył się na przemarsze SA?

Nic podobnego. Urodzony w 1904 roku, większość życia spędził w Berlinie, stroniąc od typowych atrybutów wielkiego miasta oraz nowych trendów w sztuce (typu Neue Sachlichkeit), żył jednak konsekwentnie jak cygan, szukając w alkoholu zapomnienia – także z powodu skłonności homoseksualnych, które dla chłopaka z pietystycznego domu były trudną do zaakceptowania sprzecznością biograficzną. Wczesne rysunki przepełnione melancholią wpisują się jednak w ducha schyłkowej Republiki Weimarskiej: abstrakcyjnie płaskie, puste przestrzenie bez żywej duszy, redukcja przedstawionego świata i zdystansowanie wobec przedmiotów, kruchość przedstawionych obiektów oraz – bez wyjątku – bezruch.

W przerwach w pracy malarskiej pisał. I tak, w roku 1927 powstaje artykuł Einige Beobachtungen über die Masse, dokończony kilka lat później już na Majorce. Heldt wyznał wówczas matce, że pisanie tego tekstu go uzdrowiło, przestał czuć się szaleńcem i wie, iż jego choroba polega na tym, że nie potrafi brać udziału w kolektywnym obłędzie. Tekstu tego nie oddał jednak do druku, targany jak zawsze wątpliwościami co do swojej osoby. Kryzys życiowy stawał się powoli elementem na stale wpisanym w jego życie. Ale potrafił uczynić z niego temat pracy twórczej – i tak na rok przed dojściem Hitlera do władzy powstało w sumie 80 prac graficznych i malarskich. Jest w nich, jak zawsze, ciężka melancholia w 80 różnych wariantach, np. jako obraz pustych ulic, niekończące się ciągi domów, tajemnicze wnętrza, a także motyw morza – w wydaniu Wernera Heldta również to alegoria depresji . I znów: po tej krótkotrwałej erupcji twórczości następuje obsunięcie w bezczynną depresję.

Interpretatorzy są zdania, że paraliż zdolności twórczych ma ścisły związek z dojściem nazistów do władzy i że nastroje artysty u progu roku 1933 to antycypacja wydarzeń społeczno-politycznych. Tak interpretują jego ucieczkę na Majorkę wiosną 1933 roku z niewielkim bagażem, w którym miało się znaleźć miejsce jedynie na Baudelaire‘a i Kleista. Długotrwałemu kryzysowi psychicznemu towarzyszyło poczucie winy, a także emocjonalna niezdolność do powrotu do Berlina. Ten ostatni symptom jest również typowy dla stanów duchowych wielu pisarzy i artystów niemieckich, przebywających w stanie zawieszenia między emigracją a okazjonalnymi pobytami w kraju. Niby nie ścigani przez policję polityczną, przez niejasne poczucie zagrożenia spokoju wewnętrznego jednak nie zaznali.

I jeszcze jedno jest typowe dla wielu przedstawicieli jego generacji: faszyzm, od którego próbowali uciec, dosięgał ich często również na emigracji – Wernera Heldta akurat na Majorce. Kiedy w Hiszpanii wybucha wojna domowa, musi, chcąc nie chcąc, w połowie sierpnia 1936 roku wrócić do Berlina. Przystań życiową znajduje w budynku ówczesnej Königliche Kunst- und Gewerbeschule przy Klosterstraße 75, która dawała schronienie artystom przepędzonym z Akademii. Heldt znajduje tam przyjaciół na dobre i na złe, a także akceptację i inspirację. Pracować jednak nie może, dręczony obsesjami, panicznym strachem przed prześladowaniami na tle orientacji seksualnej. Okresy depresji przeplatane są szukaniem zapomnienia w alkoholu. Przyjaciele, nazywający go niepohamowanym cyganem, w trosce o niego próbowali go przechytrzyć, kupując obrazy rzekomo w imieniu anonimowych kolekcjonerów. Sam bowiem zwykł je rozdawać za darmo.

Na pierwszej wystawie w Galerie Gurlitt, w zasadzie po zawieszeniu jej działalności, czyli niejako na dziko, pokazał więc jedynie wczesne prace, nowsze bowiem plątały się po piwnicach lub trafiły w ręce przypadkowych ludzi. Echo prasowe ograniczyło się do dwóch notatek gazetowych, zaś na temat echa towarzyskiego nie zachował się żaden zapis. Nie wiemy więc dziś, czy wystawa subwersywnych obrazów odbiła się jakimkolwiek echem w kręgach artystycznych. Do tzw. czynników decyzyjnych najwyraźniej nie dotarła, bo nie poskutkowało to zakazem wykonywania zawodu ani innymi szykanami.

Generalnie wiadomo, że Werner Heltd pogardzał nazizmem i jego metodami. I że w latach 1936-40 nie napisał ani linijki. Z wyjątkiem listów, w których nazywa wojnę osobistą katastrofą. Ale wbrew temu, co mu się początkowo wydawało, po wcieleniu do wojska w 1940 roku okazało się, że wojna jest dla niego wyzwoleniem od niego samego, przynajmniej na czas jakiś. Służba wojskowa oznaczała bowiem strukturę, a tym samym była środkiem na lęki i depresję. Jako żołnierz dokonał nie lada wyczynu: W ciągu 5 lat zdobył zaledwie stopień starszego gefrajtra, co wiele mówi o jego ambicjach militarnych. Do jednego z przyjaciół pisał wówczas, że cieszy się, bo jest w przyzwoitej firmie i w zasadzie nie ma nic przeciw komiśniakowi, a nawet ceni to, że nie musi być sam za sobą. Jedyne, co mu dokucza to fakt, że próbują go w wojsku oduczyć melancholii. Musi więc dbać o to, by nie rzucać się w oczy i ukrywać swoje prawdziwe nastroje, pozornie poddając się militarnej dyscyplinie. I podsumowuje, że wojna przyniosła mu więcej korzyści niż szkody. W 1946 roku wraca do Berlina z poczuciem, że to początek nowego. Tym samym powraca jednak – jak się miało okazać po krótkim okresie względnej stabilności – do swojej nieuleczalnej melancholii. Z uwięzienia przez depresję nie jest go nawet w stanie uwolnić względny sukces na powojennym rynku sztuki, chłonnym i ciekawym nowych nazwisk. Szczyt popularności w roku 1947 bezpośrednio poprzedza ostateczne obsunięcie się w depresję.

Werner Heldt nieustannie potyka się o siebie samego: samotność „pośród śpiewu tłumów” i ta wśród przyjaciół, podskórne obawy, sceptycyzm, dystans, strach przed tłumem – z tych oto stałych elementów składa się jego życie na emigracji we własnym wnętrzu z towarzyszącą mu niezdolnością nawiązania choćby powierzchownych kontaktów z takimi znaczącymi sąsiadami z Majorki jak hrabia Harry Kessler, Hermann Keyserling, Franz Blei, podobnie jak z artystami, z którymi teoretycznie mógł w Berlinie obcować często, korzystając z gościnności tej samej Königliche Kunst- und Gewerbeschule co Käthe Kollwitz, Hermann Blumenthal czy Werner Gilles. Mógłby, gdyby nie jego zupełna niekompatybilność.

Na temat opętania tłumów pozostawił w sumie 24 prace (z lat 1926-1948). Każda z nich to na swój sposób polemika z szaleństwem mas i dyktaturami. Ale jego sytuowanie się poza obrębem wszelkich ugrupowań to taka opozycyjność bez wykrzyknika. Nie da się z niej wyprowadzić wyrazistej tezy o pozycji światopoglądowej autora.

I co tu zrobić z takim rodzajem opozycji wobec nazizmu? Nie nadaje się ani na plakaty ani do zagospodarowania jako symbol oporu. A jednak rysunek Aufmarsch der Nullen powstał. Nie da się zaprzeczyć. I służy jako materiał ilustracyjny do opisu pełnych sprzeczności lat 30.

A może da się odnieść do fenomenu Wernera Heldta ten fragment z Herberta: To wcale nie wymagało wielkiego charakteru / nasza odmowa niezgoda i upór / mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi / lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku / Tak smaku (…)

A mniej patetycznie może powiedzmy, że odmowa udziału i okazywanie niesmaku to w gruncie rzeczy jednak jakiś statement. Lekceważenie wszelkiego rodzaju nadętych, biorących swoje działania na śmiertelnie poważnie zbiorówek o ambicjach ruszania z posad bryły świata, potraktowanie ich rzuconą jakby od niechcenia przez ramię uwagą – „proszę bardzo, panowie, ale beze mnie. Ja te wasze zbiorowe uniesienia skomentuję niewielkim, czarno-białym szkicem” – to jednak jest coś.

Usuwalnia bagażu

torby
Zdjęcie zrobione przez Dorotę Cygan na Dworcu Głównym w Szczecinie

Dorota Cygan

Zaraz, ta fotka coś mi przypomina… no, nie wiem, nieufna wyobraźnia podsuwa mi, że może praktyki bankowe (w Polsce się kiedyś mawiało „masz jak w ruskim banku”) – niestety, akurat aktualne: ty dajesz w dobrej wierze coś na przechowanie, a twoje dobra, zamienione w akcje, bank wystawia na sprzedaż, więc ich dalszy los nie zależy już od ciebie ani od banku… no, nie, niezupełnie to skojarzenie jest logiczne, ale właściwie to całkiem typowe dla skołowanego klienta wszelkich usług, które w trakcie realizacji obracają się w przeciwieństwo tego, czym miały być.

Więc właściwie ta dworcowa przechowalnia bagażu to całkiem inteligentny pomysł na mały biznes, od czegoś trzeba zacząć. Udziałem niejednego podróżnego zresztą było już z pewnością nie raz doświadczenie, że – abstrahując od sposobu – zredukowanie bagaży podnosi standard podróżowania. Ot co. Pomyślmy zresztą, jaki wymiar metaforyczny ma torba – i od razu poczujemy ulgę, że ktoś nas uwolnił od bagażu doświadczenia, balastu przeszłości itp.

Zatem – jako żeśmy urodzeni pod znakiem Analityka – przyjrzyjmy się tej inteligentnej idei biznesowej nieco dokładniej. Torba, w której dotąd coś nosiliśmy, zostaje wyceniona i wystawiona na sprzedaż. Obiektywnie, bez udziału naszych sentymentalnych skamleń, że przecież była z nami na Majorce i w Stanach, i wszędzie się sprawdziła, nawet jako przemyślny schowek przy przemycie papierosów (co akurat w pociągach relacji Szczecin – Berlin nie jest bez znaczenia). No, mówię przecież, że wyceniają obiektywnie.

Jasne, rozumiem ten szmer protestu, ja też uważam, że moja torba, niesprawiedliwie wyceniona na trochę mniej niż stówę, zawiera całkiem cenną zawartość.  Zwyczajowo pakuję bowiem do niej: …, …, …, (to jest ćwiczenie na biernik liczby pojedynczej, standardowo stosowane jako przerywnik w zajęciach językowych dla grup na poziomie A1), ale pakując z uczniami wspólną lekcyjną torbę zawsze mam ochotę powiedzieć „pakuję NIC” (po niemiecku tak można), bo takie jest moje największe marzenie, żeby wybrać się w podróż bez niczego. Jakaż to zresztą gramatycznie subtelna i ważna różnica w stosunku do odjechania z niczym! Niestety i tak nieprzydatna, bo „NIC“ jest po niemiecku nieodmienne, na lekcji o bierniku więc zupełnie nieprzydatne. Zaś w samej lekcji o życiu – to każdy niech sobie zdefiniuje, jak tam woli.

A więc jeśli torbę wyceniają obiektywnie, to jakie właściwie kryteria są dla usuwalni bagażu istotne? Czym się ona przy wycenie kieruje? Pojemnością? Rodzajem skóry? Powierzchownością czy wnętrzem mojej torby? Może jej treścią metaforyczną? Jeśli są w niej przedmioty naładowane znaczeniowo, to co? Jest tym samym automatycznie cięższa i droższa? Na co mogę liczyć? A gdyby był w niej na przykład świstek papieru, notatka z pojęciami network, sukces, samorealizacja, rodzina – to czy ma to już  ciężar gatunkowy poradnika czy jedynie hasłowej listy przebojów, aktualizowanej co tydzień nowymi derywatami tychże haseł po głównym wydaniu dziennika? A takie np. jedno zdanie z Konwickiego, mocno już pożółkłe, ale świeże jak nie wiem co, jakby napisane dzisiaj: „Każdy zaczyna od pisania wierszy a kończy na spekulacjach giełdowych” – no więc gdyby tam było na kartce papieru to jedno zdanie, wynotowane z tekstu na resztę mojej człowieczej podróży, to co? Miałoby ono wartość sentencji, wizji, przepowiedni, smutnego proroctwa  (pomyślmy, napisane w 1984 roku!)? I ile by zaważyło przy wycenie mojej torby życiowej? A może przelicznik jest inny: liczy się długość zdania, ilość liter lub głosek (by nie faworyzować grubych rz, dz i cz kosztem chudych) – no to wówczas tekst dobrego, zwięzłego  aforysty nie przysporzyłby nam niestety korzyści, wodolejstwo i redundancja oczywiście by wygrały. A może, jeszcze banalniej, decyduje sama skóra torby? Gruba czy cienka – czy ja wiem, co dzisiaj właściwie jest w modzie i społecznie akceptowane? No, a  jak to jest w przypadku ludzi? Kogo by wycenili na więcej? Może „cienkoskórnego”, co?  Hehe. Każda skóra ma swoją cenę? Precz cyniku, tu chodzi jednak o pryncypia. Inna sprawa, że niby skóra torby nie równa się skórze twarzy, ale bywa, że torba jest naszą twarzą, bezbłędnie poznasz, kto jest kto i skąd przybył, prędzej jeszcze niż po rysach. Więc co będzie wisieć na mojej torbie? Jaka cena? Dociągnę do stówki? To mniej więcej tak samo łatwo zgadnąć jak to, czy dociągnę do sześćdziesiątki. Jak widać, zdjęcie pokazuje pewien problem egzystencjalny, gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości.

Przypomina mi się tu jeden nieśmieszny epizod mojej życiowej podróży, sprzed jakichś siedmiu lat. Gdy wracałam z fundowanego pobytu bibliotecznego, złodziej-idiota, włamawszy się do mojego samochodu, „wyswobodził” mnie z dwóch toreb pełnych… odręcznych notatek z archiwaliów, lekko licząc 10 kilo razem, pisanych ołówkiem, drobnym maczkiem przez trzy miesiące po ileś godzin dziennie, wbrew zmęczeniu i na przekor innym ciągotom. Nie mam złudzeń, ciężar gatunkowy tych notatek  mniej go może poraził niż fakt, ze targał głupiec te torby z wysiłkiem, by na koniec (niechybnie tak było, bo zapadły się pod ziemię mimo moich upartych poszukiwań przez kilka dni w całym mieście) wyrzucić je ze złości do Odry. Jedynie ten obrazek jest mnie dziś w stanie skłonić do uśmiechu na myśl o ciężarze gatunkowym mojej ówczesnej torby, – a i wadze tego doświadczenia, że wiedzę jednak lepiej przechowywać w głowie niż w notatkach. A ile jest warte takie rozpoznanie? I na ile zależy od zawartości torby? Dla mnie subiektywnie może więcej niż stówkę.

A moje Życiowe Torby Zebrane? Gdyby je tak przyjęto do usuwalni bagażu? Wraz z innymi, i bagaże wszystkich podróżnych przechowano by  w ten sam sposób – i gdyby się okazało, że wszystkie wycenione torby natychmiast znalazły nabywcę, poszły w mig, tylko moja jakoś nie – to co? Jakby tak została i nie byłoby chętnych? Co by to znaczyło? Że mój bagaż życiowy nic niewart? Albo mniej niż doświadczenia innych? W dodatku dla wszystkich jest to jasne i oczywiste – oprócz mnie jednej? I nikt mi tego przez delikatność nie mówi, żeby mnie nie zranić? I tak, na przykład, każdy wita się ze mną jakby nigdy nic, wiedząc dobrze już po sekundzie, że niczego z tego życia by nie chciał kupić? To  co by to właściwie znaczyło? Że za mało w nim głębszych treści? Za mało atrakcyjnych gadżetów? Produkt nieoryginalny, zapożyczony, czy wręcz ordynarna podróbka cudzego życia? Zawartość niesprzedawalna, bo nieurozmaicona? Tak, najprędzej chyba to ostatnie.

Bo trzeba patrzeć, co się wkłada do torby. No proszę, gdyby nie Dworzec Główny w Szczecinie, jutro bym pewnie starym zwyczajem znów wyjałowiła dzień z wszelkich przyjemności, wypełniając swą dzienną torbę łańcuszkiem obowiązków. Na ramię i w drogę, jak od lat. Może tymczasem jednak, dzięki napotkanej usuwalni bagażu, w porę pomyślę o spakowaniu do torby jednego lekkiego słowa: „nie”. Waży niewiele, a jakiż ma ciężar gatunkowy! I siłę rażenia także. Biorę. O ileż lżej mi będzie z tym słówkiem w bagażu. No to jedziemy. Za późno nie jest.

Meine Ferien

Dorota Cygan

Kreatives Schreiben für die Grundstufe Deutsch

Es gibt kaum etwas, was die Schüler mehr anödet als die Aufforderung: Erzählen Sie mal, was Sie in den Ferien gemacht haben. Damit bringt man sie am besten zum Schweigen, wenn die Gruppendynamik gerade aus dem Ruder läuft. Oder sie rächen sich: erzählen drauf los, benutzen  aber ausschließlich abgedroschene Phrasen, die sie irgendwann  in ihrer Lernbiografie aufgeschnappt haben und jetzt den Lehrer damit bestrafen. Dieser kann dann zum Gegenschlag ausholen und seine Sado-Maso-Veranlagung mit dem Argument untermauern, eine Fremdsprache sei nur durch Wiederholungen zu erlernen. Wenn aber ein verschämtes Stottern die Antwort darauf ist, hat der Lehrer einen Pyrrhussieg davongetragen und muss sich nun mitquälen.

Aus der Erfahrung gesprochen? Ja, richtig erkannt! In dem Moment, als ich dachte „was für ein Teufel hat mich geritten, diese dämliche Frage als Appetizer zu stellen, und das auch noch den sprechfaulen und phantasielosen Ingenieuren?!“, kam der mitleidige Engel vorbei und zischte: „Pass auf, Ingenieure brauchen doch Werkzeuge, Instrumente, verstehst du? Gib ihnen was Greifbares, woran sie sich lang hangeln können“.

Ich ließ sie alle jeweils sechs verschiedene Substantive auf einzelnen Zetteln  aufschreiben, die Zetteln gut in der Gruppe mischen und dann jeden wahllos sechs Wörter ziehen. Diese sollten in ihren Berichten unbedingt vorkommen (in Singular- oder Pluralform). Und während sie erzählten, zeichnete ich ihre ‚erzählten Strukturen‘ an die Tafel in Form eines Diagramms (sind ja Ingenieure!). Nicht gerade unwillig, nur etwas erstaunt, dass darin überhaupt Strukturen zu erkennen waren, protestierten sie dann nicht, als sie anschließend das Erzählte zu Papier bringen sollten.

Schaut Euch die Ergebnisse nach gemeinsamer Korrektur an. Wenn ich mir das angucke, könnte ich fast glauben, ich hätte mal Wladimir Kaminer höchstpersönlich unterrichtet. In diesem Sinne: Greif zur Feder, Sprachschüler!

Meine Ferien. Igor

Die Ferien. Ja… Na, was kann man schon in der vorlesungsfreien Zeit machen? Im Bett bleiben? Das war zunächst die beste Idee. Im Bett bleiben, nix machen und das Nichtstun genießen. Und nicht auf die Uhr schauen. Die Uhr am besten gleich wegschmeißen. Zumindest für ein paar Wochen.

Und dann kam langsam doch noch etwas: Ein paar Partys, drei oder vier, und am Ende noch der eigene interkulturelle Geburtstag in russisch-finnisch-litauischer Gesellschaft. Der lief echt gut. Wir wussten 5 Tage lang nicht, wie spät es eigentlich ist.

Zwischendurch kam noch so eine spontane Idee, nach Groningen zu fahren. Als kleiner Höhepunkt. Dieser war aber eher enttäuschend: Eine klitzekleine Kleinstadt mit doppelt oder vierfach so vielen Fahrrädern wie in ganz Oldenburg! Irgendwie Interessant, aber auch lästig.

Der Höhepunkt kam erst danach: Ein Ausflug nach Amsterdam! Die beste Stadt in der ganzen Region, richtig aufregend! Mhm… Amsterdam, Amsterdam… Was kann man wohl dort machen…?

Ja, wir haben zunächst das Museum von Van Gogh besucht, nicht wirklich spannend, nein. Dann gleich anschließend noch das Rembrandt-Museum. Das war Klasse! Alter Meister, richtig beeindruckend! Rembrandt KONNTE malen, kann man sagen.

Und dann kam ein spontaner Spaziergang. Und mittendrin die spontane Idee, in ein argentinisches Restaurant zu gehen. Die Kellner waren alles echte Argentinier. Wir haben uns gut und lange unterhalten. In welcher Sprache denn? Natürlich auf Russisch! Es gibt nicht Authentischeres als echte russischsprechende Argentinier in einem schicken Amsterdamer Restaurant. Das müsst ihr mir glauben.

_____________

Mein Ferienausflug. Michail

Die beste Idee für coole und gelungene Ferien ist, wenn man sie zusammen mit seinen Eltern verbringt… Mhm…

Wir starteten von zwei verschiedenen Punkten aus. Ich fuhr von Oldenburg los, meine Eltern von München.

Und wir wollten am gleichen Tag in Amsterdam ankommen und uns treffen.

Meine Eltern fuhren über D …, E …, X …. und weiß Gott noch was, dann machten sie noch eine Station in XY… und anschließend in XLL. Und was machte ich in dieser Zeit? ich fuhr gemütlich von Oldenburg los, alles mit der Ruhe. Während sie 10 Städte unterwegs sahen, hatte ich eine ruhige Tour, einfache Fahrt ohne Umsteigen – um langsam aber sicher am Ziel anzukommen.

Mhm… Was alles hier so kostet… – interessant: Eine Busfahrt… Euro, das Hering-Essen im Fischrestaurant… Euro, Museen… Euro, na ja, Brillanten in der Brillanten-Fabrik sind schon mal teurer gewesen, wenn ich mich erinnere, dann Kiffen… Euro und der sonstige Spaß auch nicht viel weniger.

Amsterdam ist echt spannend. Aber irgendwann musste ich ja wieder nach Oldenburg.

Meine Eltern aber doch nicht!! Die sind richtig auf den Geschmack gekommen. Es hat ihnen offenbar Spaß gemacht, mit mir z.B. Museen in Amsterdam zu besichtigen. Was denken Sie…?

Wenn ich mir überlege, was meine coolen Eltern anschließend allein ohne mich in Amsterdam gemacht haben, bin ich nicht ganz sicher, ob sie nur Heringe gegessen haben… Jedenfalls schweigen sie sich darüber aus, was ihnen sonst so geschmeckt hatte.

_____________

 Meine Ferien. Julia

Wenn man die Ferien so dicht an der holländischen Grenze verbringt, fällt einem spontan als Reiseziel natürlich… was? Na, Amsterdam… mhm. Na klar, was sonst?

Ich fing mit dem Wichtigsten an… Ja, richtig, mit den Sehenswürdigkeiten. Eine nach der anderen habe ich alle ganz brav abgehackt. Bis ich fast alles gesehen habe, wie eine japanische Touristin.

Dann schaute ich um mich herum… Es gibt ja auch Menschen hier! Und die sind auch ein wenig anders als das, was ich mir so als „normal“ vorstelle…

Im Straßenbild sind zum Beispiel bekiffte Leute zu sehen, recht viele, jung und alt, Männer und Frauen, alles gleichberechtigt. Man geht weiter, schaut sich um und traut den eigenen Augen nicht: Jeder zweite oder jeder Dritte hat eine etwas andere Körpersprache – sehr wahrscheinlich auch eine andere sexuelle Orientierung. Diese wichtige interkulturelle Erfahrung ist für Russen schon etwas ungewöhnlich, muss ich zugeben.

Dann geht man weiter und hat einen neuen Höhepunkt: Ein Rotlichtviertel, für Frauen schon eine grenzwertige Erfahrung. Muss man aber auch gesehen haben. Oder nicht unbedingt, weiß ich nicht…

Was könnte wohl der Gipfel dieses Kulturschocks sein? Bekiffte Hunde und Katzen? Na, ja. Wir in Russland sind schon etwas konservativer.

Was Amsterdam angeht, bin ich jedenfalls sicher: ich fahre… bald wieder hin!

_____________

Meine Fahrt in die Ferien. Noemi.

Die Ferienfahrt führte mich… na wohin denn? Nach Hause natürlich. Ich wollte nach 5 Monaten in Deutschland nicht noch mehr neue Leute kennenlernen, sondern die alten Freunde wiedersehen. Das ist verständlich, oder?

Ich nahm den Wagen 1. Klasse natürlich, obwohl ich nur ein Regionalticket hatte. Und es passierte… gar nichts, die Schaffner merkten das nicht oder wollten es nicht bemerken. Erste Klasse war schön bequem und elegant. Alles ganz steril, auch der Mann mir gegenüber: schicker Anzug, blaues Hemd, vielleicht ein Banker. Er arbeitete die ganze Zeit an seinem Laptop, war sehr beschäftigt. Wir haben nur ein paar Worte auf Englisch gewechselt. In Osnabrück sagten wir uns nur kurz Tschüss und das war es. Ich wollte ja auch niemanden kennenlernen…

Beim Bustransfer zum Flughafen sah ich den Mann wieder. Aber er schien mich nicht zu bemerken, war sehr in Eile. Nach 2 Stunden Wartezeit auf dem Flughafen ging es weiter. Als ich in der Maschine saß, setzte sich plötzlich ein nervöser Mann neben mich. Dreimal dürfen Sie raten, wer das war: Natürlich der Geschäftsmann aus dem Zug. Na, jetzt hat auch er mich bemerkt – nicht sofort aber, erst vielleicht auf halber Strecke.

Er blieb weiterhin so distanziert. In Klausenburg, wo wir ausstiegen, sagten wir auch nur kurzes Tschüss. Na, ja, ist klar, ich wollte ja niemanden kennenlernen…

Irgendwann, nach der langen Heimreise, bin ich wirklich heimgekommen. Gleich in den nächsten Tagen verabredete ich mich mit meiner besten Freundin in einem Restaurant. Sie wollte mit ihrem neuen Freund kommen. Den kannte ich noch nicht, denn ich war lange in Deutschland.

Als die beiden kamen, musste ich innerlich lachen. Der unbekannte Freund meiner Freundin war… mir mittlerweile ein bisschen bekannt… Jedenfalls könnte ich genauestens sagen, wie seine Heimreise war und was er unterwegs gemacht hatte. Eine kleine Welt, oder?

Urorurodziny

Dorota Cygan

Lista możliwych prezentów na urodziny Ewy

uzupełniona przez Ewę Marię Slaską
o możliwy (jeden, ale ważny) prezent na urodziny Doroty

– A może tak MAŁA PODRĘCZNA KOPARKA? (na wykopaliska pamięci radosnej i zakopaliska smutków i afrontów). Uwaga: możliwe zastosowanie niestandardowe: do kopania w tyłek niespiesznych gratulantów

narz3-bagger– A może tak PŁUG spulchniający poletko zawodowe? Alternatywnie można użyć NAS jako robaczków – naturalnych spulchniaczy

– A może tak GRABIE do przeczesania starych zleżałych znajomości – może niespodziewanie pod skorupą suchych frazesów kwitnie coś nowego?

narz1– A może tak MŁOTEK wielofunkcyjny na czarownice? Lub gumowy do postukania się w głowę przed podjęciem kolejnego bezpłatnego zlecenia na przedwczoraj? Lub też do zgadnięcia cytatu z klasyki (”a gdybym był młotkowym?”). Lub też do uzupełnienia zaimprowizowanej flagi ZSRR w ramach lekcji poglądowej dla Najmłodszego?

– A może tak ŁAWKOWIEC? Do pomalowania szybko ławki, na której przysiadł się nieproszony gość i zakłóca ciszę myśli (malować należy oba boki, by nie przysiadł się z drugiej strony). Lub do wytapetowania sypialni cytatami z marzeń sennych wolnych od freudowskich uprzedzeń. Lub dla lepszego wyobrażenia sobie, co czuł Tom Sawyer, gdy miał malować płot (= do przyjęcia jego strategii, najlepiej natychmiast)

– A może tak WIERTARKA? By dowiercić się sensu życia. Lub się bronić, gdy inni wiercą dziurę w brzuchu. Albo by wywiercić w drzwiach judasza i nie wpuszczać stada głodnych wilków, a jedynie pojedyncze pokorne owieczki (najedzone!)

– A może tak KLUCZ ANGIELSKI? Pomocny przy precyzyjnym dopasowywaniu słów w tekstach, przydatny również do scrabble’a.

narz2– A może tak SITO archeologiczne / budowlane do odsiewu zdrowych i mniej zdrowych znajomości, myśli, czynności i wiadomości, tudzież nonsensownych życzeń urodzinowych i wyławiania okruchów sensu, z których da się skleić stabilny gmach tak zwanego światopoglądu, w którym bezpiecznie skryła się jedyna sensowna zasada na świecie, dla Ewy niestety szkodliwa: miłość bliźniego, do której pewnie niedługo zapukam znów, pytając, czy się nie nudzi i ma przypadkiem nadmiar czasu.

Po co ten wywód? Żeby Ci przekazać najważniejszą mądrość cygańską: że całe nasze skomplikowane życie można obrobić używając NARZĘDZI PROSTYCH. Zatem spośród nich dostajesz w prezencie jedno, na które daje się znaleźć uzasadnienie  e m o c j o n a l n e: HECKENSCHERE do Twojego projektu uczuciowego pt. OGRÓD. Zatem życzę Ci viel SPASS – SPIEL – ÜBERRASCHUNG (dla mnie) razem z Najmłodszym, licząc, że efekt Waszej pracy pozwolicie mi czasem obejrzeć.

malysmiley

Serdeczności cygańskie

narz-4Takie życzenia, napisane odręcznie, otrzymałam na urodziny wraz z dużymi NOŻYCAMI DO CIĘCIA ŻYWOPŁOTÓW i innych krzy i haszczy.

A ponieważ my wszystkie, Lidia, ja i Dorota, jak widać z wpisów i wypisów, w tej właśnie kolejności, jesteśmy istotami ze znaku Panny, Dorota też ma panieńskie urodziny i to dziś. Pomyślałam sobie, że skoro nasza dzisiejsza solenizantka już napisała takie piękne życzenia, które należy upowszechnić, by zastąpiły kotki w różowych koszyczkach, urocze dzieci z balonikami i bukiety kwiecia polnego, ogrodowego i szklarniowego… Otóż więc, skoro Dorota już napisała takie piękne życzenia, to je jej w jej urodziny odrzucę jak piłeczkę ping pongową, dodając jednakże od siebie jeszcze jedno narzędzie nie tylko proste ale po prostu najprostsze, zaliczające się do tzw. maszyn filozoficznych wg Terry Pratchetta, do których należą, jeśli dobrze pamiętam klasykę, drąg czyli dźwignia oraz równia pochyła. Podobno wymyślili je filozofowie greccy i poinformowali, że działanie wszystkich innych maszyn, w tym korby, przekładni, śruby i nanorobota, można wyjaśnić, posługując się zasadą działania drąga i równi pochyłej. A drąg to przecież KIJ.

erdmann1Zatem Doroto, a może tak KIJ, urządzenie wielofunkcyjne, oczywiście przede wszystkim do zawracania Wisły, do popychania łodzi płaskodennej na tejżeż, do młocki oraz bicia tych i owych, ewentualnie również pałką, do podpierania się, połykania w celu uzyskania sztywności kręgosłupa, by się nie kłaniać byle komu, sięgania po orzech kokosowy tam, gdzie wzrok nie sięga, wykorzystania jako trzonka do grabi, łopaty i kilofa, a nawet przecież młotka, mierzenia i wymierzania, zamierzania się na zamierzenia, wymachiwania nad głową, noszenia flagi lub transparentu, zwłaszcza typu „PRECZ”, co może być wielce pomocne przy opędzaniu się od pijawek. Czego Ci najserdeczniej życzymy:
Cała Redakcja
Twoje zagorzałe wielbicielki z Fan Clubu Doroty Cygan
Filozofowie (na pewno)
Oraz
Reszta Świata (nie pytana o zdanie)

Remont

Dorota Cygan

Biała ściana jest jak biała kartka – może na niej powstać wszystko, może błądzić po jej wypukłościach wzrok lub odbijać się myśl wracając bezbłędnie do głowy, może rysować się struktura tekstu lub kontur wspominanej osoby.

To, że będzie tu mowa o remoncie, można usprawiedliwić jedynie tym, że przemówi się Herbertem, który o miejscu po nieobecnym przedmiocie napisał:

Masz teraz / pustą przestrzeń / piękniejszą od przedmiotu / piękniejszą od miejsca po nim/ Jest to przedświat / biały raj / wszystkich możliwości / możesz tam wejść / krzyknąć / pion-poziom […]

Z serca mi poeta wyjął to westchnienie ulgi na widok chwilowo pustej przestrzeni po (niezliczonych) przedmiotach. I tego też  oczekuję od moich (z każdą godziną  bielszych) ścian: że będą jak biały raj, dadzą mi już teraz przedsmak wiecznego porządku, który najlepiej jak sam się zaprowadzi i utrzyma oraz przeniesie na stan ducha i umysłu.

Do mojej białej ściany – mojego przed-świata gotowa jestem napisać odę. Bo biała ściana to przeżycie mistyczne. Jak wiemy, ulotne, warto więc nadać jej bardziej trwałą formę, czyż nie?

Ma poza tym i inne walory. Biała ściana jest wielkoduszna i dyskretna, pozwala wcisnąć  sobie za pazuchę życie poprzednich lokatorów, ślady imprez i odciski minionych wydarzeń i mód. Jest niewybredna – wchłonie każdy bazgroł historii życia codziennego, chowając go pod wygładzoną powierzchnią przed ciekawskim wzrokiem następców. Kiedy przez kilka ostatnich dni docierałam do podskórnej tkanki mojej ściany, uchylała rąbka tajemnicy niezwykle niechętnie. A skrywała warstwę gazet niejedną, całą wręcz kronikę wydarzeń nieprzebranych – prawdę tyle wielowątkową co banalną – że ludzie się wymieniają, a obiekty pozostają – i trwają,  tworząc kulisy dla następnych aktorów: Milionowy pasażer na lotnisku Tegel (1982), starcia z policją w kontekście walki o domy (1981), otwarcie centrum kongresowego ICC (1979), rozbudowa KaDeWe (1978), otwarcie Staatsbibliothek (1978) i Filharmonii Berlińskiej (1963) itd. Tu lekturę posklejanych pod tapetą warstw kroniki miasta jednak przerwałam obawiając się, że jeszcze chwila a dowiem się, że otwarto właśnie pod moim domem park Hasenheide (1810) lub że  z wizytą w Berlinie przebywa Goethe – i do reszty stracę złudzenia, że ostatni remont był stosunkowo niedawno. Wkleiłam więc pod tapetę krótką notatkę wagi historycznej: Dnia 10 września 2013 r. znana blogowiczka D.C. zakończyła remont i porządkowanie wyobraźni, a radość tę dokumentuje Oda do białej ściany, niepublikowany unikat na papierze tapetowym w jedynym egzemplarzu opatrzonym podpisem autorki. Ależ nie, Czytelnicy, oda jest dla przyszłych pokoleń, nie dla Was.

Ale może by mnie znów Herbert wyręczył?

Nic ładnego/deski farba/gwoździe klajster/sznurek papier
Pan artysta/świat buduje/nie z atomów/lecz z odpadków

Święte słowa, moja biała ściano-kartka nie jest doskonała, wybaczcie, powstała z odprysków białej farby i szczypty wyobraźni. Trzeba by nad nią dłużej popracować. No, ale może mogło być przecież gorzej – pomyślcie, gdybym Wam tak zaserwowała np. recenzję z antologii wierszy o remoncie…

Nie lubię poniedziałku

Dorota Cygan 

„Nie lubię poniedziałku“ – dla Polaka takie westchnienie jest odniesieniem nie tylko do uniwersalnych ludzkich doświadczeń, ale – no, do czego, Drogi Czytelniku? Wiemy, wiemy, banalne pytanie, ten tytuł ma pewnie swoje miejsce w zbiorkach Skrzydlatych słów albo leksykonach pospolitych westchnień/ przekleństw – i nic na to nie wskazuje, by kiedykolwiek straciło swoją aktualność. My przewrotnie pomyślałyśmy, że nasz ostatni wspólny poniedziałek (26 sierpnia) będzie dobrą okazją, żeby dokonać małej aktualizacji: Tak, jak kiedyś reżyser wspomnianego filmu chciał pokazać najładniejsze zakątki Warszawy (w roku 1971!), tak my Wam pokażemy subiektywny wybór co ładniejszych zakątków Berlin,  uchwycony podczas malej przejażdżki statkiem owego poniedziałku 2013 roku. Bo łatwo się domyślić, że to przed poniedziałkiem właśnie schroniliśmy się na statku i udaliśmy się w mały Rejs, (a to akurat cytat niezamierzony, proszę nie iść tym tropem), choć istniał tez i inny, bardziej uroczysty powód, którego nie ma po co  zdradzać (uwaga, ci co znają niemiecki już i tak wiedzą!) Mamy wcale niemałe wewnętrzne przekonanie, ze wpis ten da Wam dobry argument dla pracodawcy, żebyście każdy następny poniedziałek spędzali w Berlinie. Nie ma wyjścia, skoro tak jak my nie lubicie poniedziałku.

To wszystko (przewodnik po Berlinie = widziany z wody) BĘDZIE, niechybnie w następnym wpisie. Jako doświadczeni uczestnicy rynku produktów kultury wiemy jednak, że koniecznie trzeba wyprodukować mały zwiastun, żeby Wam zaostrzyć apetyt. To więc to, co przeczytacie dzisiaj, temu właśnie (zwiastowaniu? oj, może nie aż tak) służy – i zupełnie nie jest nam z tego powodu głupio.

Dzisiejszy mini-fotoreportaż ma tytuł:

My berlińczycy w czasie pracy.

No, i znów wyszedł w połowie niemal cytat. To niech to będzie zagadka. Kto pamięta? Kto sięgnie do pamięci i jakoś skomentuje? Nie bądźcie tacy, napiszcie coś. Jedna z uczestniczek tej poniedziałkowej przejażdżki w tym wydarzeniu nawet maczała palce, więc będzie jej bardzo miło…

reporterkaDobrze, ale teraz już będzie na temat.

Na pozór wszystko wygląda na wakacyjną ściemę. Ale nie! Berlińczycy działają! Zjednoczeni w tym działaniu i jak rzadko zgodni polscy i niemieccy berlińczycy, a także inni, ci z domieszka protestanckiej etyki pracy lub, jak kto woli,  benedyktyńskiej. Działają!

Jako fotoreporterzy, niestrudzenie chwytając życie na gorąco. Ciągi obrazów układają się im potem w historie. A wszystko to dla Was.

P1170308Akredytacje zdobywają dzięki Instytutowi Polskiemu, finansowanemu przez… (nie powiemy, to nie jest tekst sponsorowany!)

P1170307W ciężkim upale jedni prowadzą rozmowy biznesowe, a  inni testują działanie promieni słonecznych w warunkach eksperymentalnych.

P1170302Podróżując statkiem, dzięki niecodziennej perspektywie na Tränenpalast zbierają materiał na researching na temat granic, ich przekraczania oraz wolności jednostki pływającej.

P1170301Jako poważni inwestorzy patrząc z pozoru na fasady dokonują wyboru miejsc pod siedzibę biur, mając na uwadze zwłaszcza tworzenie miejsc pracy.

P1170297Zasilają kasę miasta pozwalając zarobić armatorowi.

P1170296P1170290Szukając wątków polskich odkrywają działalność konspiry: zakamuflowane polskie flagi jako znak, że nasi zdobyli już niejeden przyczółek stolicy Niemiec.

P1170294Odbywają bilateralne spotkania orientacji proekologicznej.

P1170292 P1170293Biorą udział w castingach do nowej wersji Rejsu, poprawnej politycznie, być może w kooperacji z zagranicą.

P1170289Zbierając materiały na konkurs fotografii architektonicznej są gotowi powtarzać przejażdżkę nawet poza poniedziałkami, by ujęcie było perfekcyjne.

integracjaAle ponad wszystko z wielkim zaangażowaniem udzielają się w ramach działalności aktywizującej polsko-niemiecko-berlińskie spotkania interkulturowe, przy soczku lub kawie, a czasem też przy piwie, czego reporter, dziwnym trafem, nie uchwycił.

Nie zapominajmy: berlińczyk pracuje zawsze. Nawet gdy okoliczności temu przeczą.

Zwłaszcza w poniedziałek. 

Lato germanisty

Dorota Cygan

Usiądźmy sobie może tutaj, skoro się już tu znaleźliśmy, po wyjściu chyba należało pójść w prawo, ciekawe, jak to z biblioteki można niechcący zajść na koniec świata. A w ogóle gdzie my właściwie jesteśmy, ładnie tu nawet, wygląda na kąpielisko, ale swoją drogą to mamy ze 30 stopni, ściana  gorąca. I to niby łagodne oko błękitu, ależ bezruch i żar. No, te zabudowania kąpielowe to mi wyglądają na lata dwudzieste, jak Pan myśli, klinkier, mury po łuku, dzielone okna, ciekawe, ciekawe, für uns zwei Kaffee bitte, no u nich ta kultura nagości jak widać żywa do dzisiaj, jakoś się nami nie krępują, i ten kult zdrowia oczywiście, jedno z drugim nieodłącznie sprzężone, widać, że przetrwało czasy faszystowskie i ma się całkiem dobrze. Ale żar, pozwoli pan, że zdejmę krawat i nogi trochę wyprostuję, coś mój kręgosłup ostatnio odmawia służby, jak posiedzę trochę w bibliotece, też by się przydało odrobinę sportu, ma pan rację, Niemcy nie byłyby sobą bez tej kultury FKK, co u nas nie do pomyślenia, wyobraża pan sobie to święte oburzenie? Ach, te sprężyste ciała i ta naturalność, nam to trochę mimo wszystko obce, pasjonujące owszem, jako zagadnienie socjologiczne, no i motyw literacki rzecz jasna. A czytał pan może Helmuta Ungera… taki tekst z lat dwudziestych… nie pamiętam tytułu… on tam właśnie opisuje konflikt międzygeneracyjny jako różnice w odniesieniu do ciała, z jednej strony kostyczny belfer zapięty pod szyję w czarnym surducie, z drugiej strony prowokacja w postaci nieskrępowanego młodego pokolenia: obnażony żywioł w pełnym słońcu nad wodą. A propos, może ja też sobie zdejmę marynarkę, pozwoli pan, czarne jednak grzeje, jak jechałem do Berlina, nic nie wskazywało…

No ale wracając do tego, o czym mówiliśmy jeszcze w holu, wie pan, ten mój autor miał dość poplątany życiorys, najpierw w najwcześniejszym dzieciństwie silny wpływ braci Grimm, można powiedzieć, że późniejsza trauma z tym się pośrednio wiąże, takie mroczne i krwawe fantazje. Potem, co jeszcze: mieszkanie w skrajnych warunkach, suterena, stąd późniejsze dążenie do światła, ta rozbudowana metaforyka świetlna we wczesnej liryce okresu szkolnego. Dalej, warunki, w jakich żył, raczej ponure, typowo miejskie otoczenie skąpane w stu odcieniach brązu, można się pokusić o tezę, że stąd potem jego niechęć do nazistów, tak to zupełnie nowa teza, jeszcze jej nie opublikowałem, potem w późniejszym dzieciństwie  – no mniejsza o dokładną periodyzację – wakacyjny wyjazd studyjny do Polski, zetknięcie z obcą kulturą zabawy i trwały jej ślad w jednym wierszu, który pozostał fragmentem, może to zresztą zabieg celowy, tak jak fragmentaryczne pozostało to doświadczenie poety, potem, już po maturze, ponowny impuls interkulturowy, spotkanie z cyganką na ulicy w biały dzień, w pełnym słońcu, jej tajemnicza postać będzie się przewijać przez szereg wczesnych poematów, zawsze jako opozycja między ciemnością i światłem, powiedziałbym nawet walka między pierwiastkiem dobra i szatanem, pasjonujące, nikt tego proszę sobie wyobrazić jeszcze filologicznie nie zbadał, no umówmy się, to nie jest łatwe, trzeba by sięgnąć do manicheizmu, prześledzić może generalnie inklinacje jego pokolenia do…, no ale dużo by mówić, myślę, że to w sam raz temat na habilitacje, młode pokolenie w sumie… für uns noch zwei Kaffee bitte, ach, to pani mówi po polsku, studentka germanistyki, no proszę, proszę, polski Berlin, miło nam, tak, tak, my też studiujemy miasto, germaniści powinni, szlachectwo zobowiązuje, mówi pani, że to jest Plötzensee, a tośmy daleko doszli z tego Westhafen, ale zapewniam, wierzymy pani, że woda czysta i ciepła, ale może innym razem. A wie pan, nie myślałem, że to tutaj stracili tych  chłopców od Stauffenberga, gdzieś tu musi być Gedenkstätte, nigdy bym nie pomyślał, że to faktycznie tak blisko jeziora. I teren w sumie ładny, zieleń jeszcze taka soczysta, wiem, wiem, też mam nieczyste sumienie siedząc w murach, chociaż my w sumie dbamy o takie rzeczy, w zeszłym roku byliśmy z żoną i dziećmi prawie tydzień na łonie natury, teraz też, w kwietniu jak było parę dni tak ładnie, poszliśmy się godzinę przejść tak dla zdrowia, trzeba, cóż, nie samym słowem żyje człowiek, hehe. No to jeszcze po małej kawce prosimy. Ależ upał.

Ale wracając do naszych wczorajszych rozmów, przesuńmy się trochę do cienia, to tak, z tymi wpływami heglowskimi na mojego autora to było tak, że widzi pan, najpierw Kaiserreich to jakby Teza, potem krótko znienawidzona Republika Weimarska – czysta Antyteza, nie wydaje się panu? –  a na koniec przygoda z faszyzmem jawi mu się jako Synteza, proszę sobie wyobrazić, niezmiernie ciekawe, też niezły temat, gdyby go jeszcze rozszerzyć o wątki ideologiczne państw zaprzyjaźnionych plus recepcja Hegla, to by może nawet projekt europejski z tego wyszedł, praca przy projekcie zapewniona na trzy lata, na takie rzeczy dzisiaj jest popyt, kto ma dziś czas samemu przerobić tyle literatury, ma pan rację, archiwalia trzeba by koniecznie włączyć, ale na to to już by się przydało ze trzech doktorantów, kontakty do Francji pan ma, no czemu nie, to by się w przyszłości pomyślało o jakiejś Forschungsstelle, spuścizna Hegla nie wiem, całkiem możliwe, że w Berlinie, skoro i pochowany tutaj, rodzina już na szczęście się nie wtrąci, hehe. Odwiedzić grób, a czemu nie, może byśmy po drodze zahaczyli, Benna też bym chętnie zobaczył, dawno już miałem zamiar. Może poprosimy o rachunek. Mówi pani, żeby nad wodę, no, wie pani, na wodę to może popatrzymy  jak pójdziemy na grób Kleista. Ależ upał nieziemski. A wie pan, rok temu mieli tu rok Kleista, parę monografii nawet wyszło, widziałem plakaty na FU, wisiały też w Stabi, a w ogóle to skoro już mamy być nad wodą, po drodze byśmy może tak na godzinę wrócili do Westhafen, dział gazet  jeszcze czynny, a jakże, mają tu wszystko, Gazeta Wyborcza to nikogo nie dziwi, ale oni mają i Życie Warszawy i Trybunę Ludu, proszę sobie wyobrazić, w tych silosach na Westhafen, tak, tak, praktyczny naród. A pan z jakich bibliotek korzystał? Ta żółta przy filharmonii to właśnie Stabi, nie zauważył pan filharmonii, nie nie, nic nie mówię, ja też bardziej siedzę w tekstach, koncerty sind nicht Jedermanns Sache, osobiście wolę sobie w przerwie wyskoczyć do Gemäldegalerie naprzeciwko, no faktycznie ona jest trochę schowana, można jej nie zauważyć, przy okazji możemy zajrzeć, pokażę panu, może się przejdziemy na spacer, do Tiergarten, a nie, nie znam, wie pan, mało zawsze tego czasu, ach, to tam, gdzie kiedyś były te koncerty techno, czytałem. Może jak przyjedzie moja żona, kupię wcześniej jakiś przewodnik, obiecałem sobie, że jak tu będzie, to wreszcie się przejdziemy pod Reichstag i pod Bramę, od pięciu lat sobie obiecuję, od czasu  jak robiliśmy ten projekt Literatura wobec upadku Muru, no mur to tam gdzieś w okolicy przebiegał, a przynajmniej powinien, ach,  też pan jeszcze nie był, to się dobrze składa, przeszlibyśmy się i może omówili przyszły projekt, no cieszę się. To cóż, do widzenia, ja jeszcze trochę mam do kserowania, ależ gorąco okrutnie, a potem do pociągu, mam trochę do poczytania, znajomy mi polecił Spaziergänge in Berlin Franza Hessela, pan wie, rodowitego szczecinianina, niedawno wydane, takie impresje ze spacerów po  mieście w latach 20, autor we wstępie poleca zabranie tej książeczki w letnią podróż, no więc zabrałem, a wie pan kiedy to pisał, w 1929 roku, hehe, choć oczywiście zgaduję, że niewielu pójdzie na Entdeckungsreise des Zufalls, prorocze słowa, hehe. Najbardziej mi się podobało jedno zdanie: Ihr habt keine Zeit? Dahinter steckt ein falscher Ehrgeiz, ihr Fleißigen. Dobre, nie?

Przy okazji sobie myślę, że może by tak wznowić Heinza Knoblocha, te jego opowiastki o Berlinie, ładne rzeczy i nieco bardziej współczesne, wypadałoby przypomnieć czytelnikowi, bo już ci nasi studenci nic zupełnie nie czytają, mówili mi ostatnio, że jeżdżą sobie na jeden dzień do Berlina,  tak po prostu połazić po mieście, podobno w Berlinie jest z dziesięć jezior i ileś kąpielisk. A wie pan, że oni faktycznie znają tu powoli wszystko …

To poprosimy rachunek… Ach, pani już ma fajrant? I jak, co potem, aha, nad wodę, mówi pani, tak, my w przyszłym roku też planujemy, może gdzieś w ciepłych krajach, no niby racja, tu też można,  oni tu w Berlinie mają wszystko… Gdzie, mówi pani? TUTAJ do wody…?! A to faktycznie ciekawa myśl, czytałem ostatnio w felietonie tego klasyka gatunku, jak on się nazywał…