Nic

Dorota Cygan

Małe impresje z małej ojczyzny po wyborach

Miałam napisać analityczny tekst o Polsce po wyborach. Ale pisali o tym mądrzejsi ode mnie, merytorycznie i analitycznie sprawniejsi , na dodatek zapewne przekonani, że do ludzi trafia argument i słowo. A ja nie wiem. Dlatego wybieram obraz. Dwudniowy wypad do Wrocławia zaopatrzył mnie w pięć migawek, i to wystarczy, nie mam ambicji wielkiej syntezy.

Oto dzieło wizualne na bunkrze przerobionym na bardzo udane centrum kultury. Proste przesłanie tej  klepsydry wbiło mnie w ziemię. Myśl o przemijaniu, nic nowego, czuję ją codziennie. Ale tu jest też inna prawda: jakże małe, niewidoczne, niedoceniane bywa w życiu owo nikłe JEST, wbite między rozpamiętywanie przeszłości a wielkie Zukunftsentwürfe , czyli przyszłościowe wizje. Lekceważone JEST, miażdżone siłą wspomnień i zdmuchiwane porywami czasu przyszłego. Dotyczy to, a jakże, i mnie przecież. Nie miałam pojęcia, co dziś JEST w bunkrze, ale za to zawsze przejeżdżając tamtędy pamiętam co BYŁO – obrazek z 1997 roku: wokół powódź, a zaparkowane poprzedniego dnia ciężarówki stały zanurzone po dach w wodzie. Ale zaledwie bunkier upomniał się w mej pamięci o swoje JEST i TERAZ, a już natychmiast plakat przypomina mi, że wchodzimy w okres wielkich obietnic, co BĘDZIE… No i proszę, chcąc nie chcąc zrobiło się politycznie…

maleimpresje1Nieco później wstąpiłam na godzinę na obrzeża tzw. Trójkąta Bermudzkiego. I tu obrazek jak wyjęty z dzieciństwa: leniwe niedzielne przedpołudnie, bezruch, bezczynność i bezmiar czasu oraz starsza pani wysypująca gołębiom okruchy chleba wprost pod mój samochód. Pamiętam, jakie mi się te ptaszyska wydawały w dzieciństwie duże. I pamiętam, jak strasznie dużo czasu było na JEST i TERAZ, nie mówiąc o tym, że przyszłość to w ogóle był ocean. A tymczasem na twarzy nieznajomej pani słoje kolejnych dziesięcioleci, warstwy czasu, co nie mija, ale narasta. Jak tu JEST? Przyjedź, odbądź małą podróż w czasie. Zatrzymaj się. Zobaczysz jak BYŁO.

maleimpresje2A potem, nieco dalej, naprzeciw eleganckiego hotelu w pobliżu dworca, wymowne spotkanie JEST z BYŁO. Jaka zgrabna podpórka , podtrzymująca naszą iluzję, że życie nie jest grą albo loterią, zwłaszcza dla tych wychodzących na balkon nad salonem gier. Naszym znajomym Niemcom bardzo się jednak podoba coś innego – dla nich ten napis znaczy “Salon Chciwość”. Też przesłanie, chociaż inne. Kompletnie trudno przyporządkować je do BYŁO, JEST lub BĘDZIE.

maleimpresje3A potem przyspieszamy – i wypad poza miasto. Tu mamy BĘDZIE, czyli przyszłość jak na dłoni: tak będą wyglądać za 20 lat wszystkie pasy wokół wielkich miast, nasza dostatnia europejska przyszłość, jaką imaginuje sobie moja wyobraźnia jednostkowa. To już JEST, nie zamykajmy na to oczu, nawet jeśli to nie nasz własny taras.

maleimpresje4“Ponad Śląskiem tylko niebo” – i tu znowu, przy innej trasie wylotowej, BYŁO i JEST. I to widoczne. Grupy zwyczajowo marginalizowane na okoliczność wyborów oczywiście sprawnie zagospodarowały partie o ambicjach sprawowania rządu dusz. Podniosły ich wartość realną i symboliczną. Bardzo mnie podbudował ten napis. A mówi się, że kibole klasyki filozoficznej nie czytają. Mnie to niebo, to gwiaździste, mocno zauroczyło. Kanta jednak w pogardzie nie mają, za to podobno bardzo tych, co “kantem żyją i niczem” (jak mawiał przed laty mój katecheta). No, oby się ich udało uchronić od wykluczenia i ukierunkować taką energię…

maleimpresje5No więc jaka BĘDZIE ta przyszłość… czekamy, kontemplujemy zieleń. Czy będzie na jesień podwójny tron z tego samego drewna czy nie? Dla jednych “na szczęście tak”, dla innych “na szczęście nie”. Powiem na pocieszenie: tak czy inaczej – pamiętajmy, że stołki (zwłaszcza drewniane) nie są wieczne. A BĘDZIE kiedyś i tak przejdzie w BYŁO.

maleimpresje6Jaka więc BĘDZIE ta przyszłość? Taka, jaką sobie wyśnimy. Patrz obrazek poniżej. Bo Śląsk też leży nad morzem. Nie widzisz? Zmruż oczy i zobacz. Tak po prostu, ignorując całe olbrzymie pole skojarzeń literackich. A po co komu takie nierealne skojarzenia? To jest różnie. Pewien Austriak, student literatury i taksówkarz, na pytanie Amerykanina, dlaczego mieszka w Pradze, odpowiedział: bo morskie powietrze mi służy. Po czym zdumionemu pasażerowi wcisnął wiersz Ingeborg Bachmann Böhmen liegt am Meer. Przypomniała mi się ta anegdota, którą przytacza Hans Magnus Enzensberger w zbiorze esejów Ach, Europa, bo jednak przyjeżdżając do kraju na wypad weekendowy my bohaterowie “bez kotwicy” chyba trochę bardziej musimy dookreślić nasze miejsce na świecie niż krajanie obecni na miejscu, których wyobraźnię (codziennie i bez litości) bombardują realia. My sobie lubimy zapożyczać coś skojarzeniowego, czyli trwalszego – nawet jeśli wiemy, że to tylko piękny, odrealniony i utopijny topos typu Bohemia leży nad morzem. Użyczam Wam go, krajanie w kraju, popatrzcie naszymi oczami na te małe ojczyzny – i przestańcie się na chwilę martwić. Pośród wszelkich możliwych wariantów jeden jest najbardziej prawdopodobny – pozwólcie, że znów uparcie nawiążę tutaj do pierwszego zdjęcia – otóż to, co widzicie na tym zdjęciu, całkiem realnie BĘDZIE zawsze: Ślężą nad morzem nie zachwieje w żadnym wypadku żaden wynik żadnych wyborów.

Uff, jak to dobrze, że udało mi się napisać jedno zdanie, co do którego nie mam żadnych wątpliwości…

maleimpresje7

Reblog: Lato germanisty

To reblog z tego bloga – tego jeszcze nie było. Ale nie ma wyjścia. Po pierwsze jest lato, tak upalne jak w zreblogowanym tekście. Po drugie – też wreszcie dotarłam tam, gdzie byli przed dwoma laty bohaterowie tego wpisu, oraz, i to zapewne nie tylko przed dwoma laty, autorka. I wreszcie – nie wiem, dlaczego dwaj polscy germaniści tak daleko odeszli od Getreidespeicher, silosa zbożowego w Westhafen, w którym mieści się teraz biblioteka czasopism, bo tam na miejscu jest Violetta’s Imbiss, gdzie nie tylko kelnerka mówi po polsku, a tak naprawdę to cała obsługa, o czym informuje stosowna karteczka, i jest polskie jedzenie, tu, na miejscu przyrządzane, bigos, pierogi, sznycel, kotlet, gołąbki, sałatka. Pyszne, świeże, domowe, tanie…

violettaFoto: Thomas Lautenschlag (flickr)

Nie mogę się oprzeć i zrobię tu reklamę: Westhafenstr. 1 / 13353 Berlin, od poniedziałku do piątku od 6 rano do 14.

Lato germanisty

Dorota Cygan

Usiądźmy sobie może tutaj, skoro się już tu znaleźliśmy, po wyjściu chyba należało pójść w prawo, ciekawe, jak to z biblioteki można niechcący zajść na koniec świata. A w ogóle gdzie my właściwie jesteśmy, ładnie tu nawet, wygląda na kąpielisko, ale swoją drogą to mamy ze 30 stopni, ściana  gorąca. I to niby łagodne oko błękitu, ależ bezruch i żar. No, te zabudowania kąpielowe to mi wyglądają na lata dwudzieste, jak Pan myśli, klinkier, mury po łuku, dzielone okna, ciekawe, ciekawe, für uns zwei Kaffee bitte, no u nich ta kultura nagości jak widać żywa do dzisiaj, jakoś się nami nie krępują, i ten kult zdrowia oczywiście, jedno z drugim nieodłącznie sprzężone, widać, że przetrwało czasy faszystowskie i ma się całkiem dobrze. Ale żar, pozwoli pan, że zdejmę krawat i nogi trochę wyprostuję, coś mój kręgosłup ostatnio odmawia służby, jak posiedzę trochę w bibliotece, też by się przydało odrobinę sportu, ma pan rację, Niemcy nie byłyby sobą bez tej kultury FKK, co u nas nie do pomyślenia, wyobraża pan sobie to święte oburzenie? Ach, te sprężyste ciała i ta naturalność, nam to trochę mimo wszystko obce, pasjonujące owszem, jako zagadnienie socjologiczne, no i motyw literacki rzecz jasna. A czytał pan może Helmuta Ungera… taki tekst z lat dwudziestych… nie pamiętam tytułu… on tam właśnie opisuje konflikt międzygeneracyjny jako różnice w odniesieniu do ciała, z jednej strony kostyczny belfer zapięty pod szyję w czarnym surducie, z drugiej strony prowokacja w postaci nieskrępowanego młodego pokolenia: obnażony żywioł w pełnym słońcu nad wodą. A propos, może ja też sobie zdejmę marynarkę, pozwoli pan, czarne jednak grzeje, jak jechałem do Berlina, nic nie wskazywało…

No ale wracając do tego, o czym mówiliśmy jeszcze w holu, wie pan, ten mój autor miał dość poplątany życiorys, najpierw w najwcześniejszym dzieciństwie silny wpływ braci Grimm, można powiedzieć, że późniejsza trauma z tym się pośrednio wiąże, takie mroczne i krwawe fantazje. Potem, co jeszcze: mieszkanie w skrajnych warunkach, suterena, stąd późniejsze dążenie do światła, ta rozbudowana metaforyka świetlna we wczesnej liryce okresu szkolnego. Dalej, warunki, w jakich żył, raczej ponure, typowo miejskie otoczenie skąpane w stu odcieniach brązu, można się pokusić o tezę, że stąd potem jego niechęć do nazistów, tak to zupełnie nowa teza, jeszcze jej nie opublikowałem, potem w późniejszym dzieciństwie  – no mniejsza o dokładną periodyzację – wakacyjny wyjazd studyjny do Polski, zetknięcie z obcą kulturą zabawy i trwały jej ślad w jednym wierszu, który pozostał fragmentem, może to zresztą zabieg celowy, tak jak fragmentaryczne pozostało to doświadczenie poety, potem, już po maturze, ponowny impuls interkulturowy, spotkanie z cyganką na ulicy w biały dzień, w pełnym słońcu, jej tajemnicza postać będzie się przewijać przez szereg wczesnych poematów, zawsze jako opozycja między ciemnością i światłem, powiedziałbym nawet walka między pierwiastkiem dobra i szatanem, pasjonujące, nikt tego proszę sobie wyobrazić jeszcze filologicznie nie zbadał, no umówmy się, to nie jest łatwe, trzeba by sięgnąć do manicheizmu, prześledzić może generalnie inklinacje jego pokolenia do…, no ale dużo by mówić, myślę, że to w sam raz temat na habilitacje, młode pokolenie w sumie…

getreidespeicherBiblioteka czasopism, filia Staatsbibliothek w Getreidespeicher w Westhafen

…für uns noch zwei Kaffee bitte, ach, to pani mówi po polsku, studentka germanistyki, no proszę, proszę, polski Berlin, miło nam, tak, tak, my też studiujemy miasto, germaniści powinni, szlachectwo zobowiązuje, mówi pani, że to jest Plötzensee, a tośmy daleko doszli z tego Westhafen, ale zapewniam, wierzymy pani, że woda czysta i ciepła, ale może innym razem. A wie pan, nie myślałem, że to tutaj stracili tych  chłopców od Stauffenberga, gdzieś tu musi być Gedenkstätte, nigdy bym nie pomyślał, że to faktycznie tak blisko jeziora. I teren w sumie ładny, zieleń jeszcze taka soczysta, wiem, wiem, też mam nieczyste sumienie siedząc w murach, chociaż my w sumie dbamy o takie rzeczy, w zeszłym roku byliśmy z żoną i dziećmi prawie tydzień na łonie natury, teraz też, w kwietniu jak było parę dni tak ładnie, poszliśmy się godzinę przejść tak dla zdrowia, trzeba, cóż, nie samym słowem żyje człowiek, hehe. No to jeszcze po małej kawce prosimy. Ależ upał.

Ale wracając do naszych wczorajszych rozmów, przesuńmy się trochę do cienia, to tak, z tymi wpływami heglowskimi na mojego autora to było tak, że widzi pan, najpierw Kaiserreich to jakby Teza, potem krótko znienawidzona Republika Weimarska – czysta Antyteza, nie wydaje się panu? –  a na koniec przygoda z faszyzmem jawi mu się jako Synteza, proszę sobie wyobrazić, niezmiernie ciekawe, też niezły temat, gdyby go jeszcze rozszerzyć o wątki ideologiczne państw zaprzyjaźnionych plus recepcja Hegla, to by może nawet projekt europejski z tego wyszedł, praca przy projekcie zapewniona na trzy lata, na takie rzeczy dzisiaj jest popyt, kto ma dziś czas samemu przerobić tyle literatury, ma pan rację, archiwalia trzeba by koniecznie włączyć, ale na to to już by się przydało ze trzech doktorantów, kontakty do Francji pan ma, no czemu nie, to by się w przyszłości pomyślało o jakiejś Forschungsstelle, spuścizna Hegla nie wiem, całkiem możliwe, że w Berlinie, skoro i pochowany tutaj, rodzina już na szczęście się nie wtrąci, hehe. Odwiedzić grób, a czemu nie, może byśmy po drodze zahaczyli, Benna też bym chętnie zobaczył, dawno już miałem zamiar. Może poprosimy o rachunek. Mówi pani, żeby nad wodę, no, wie pani, na wodę to może popatrzymy  jak pójdziemy na grób Kleista. Ależ upał nieziemski. A wie pan, rok temu mieli tu rok Kleista, parę monografii nawet wyszło, widziałem plakaty na FU, wisiały też w Stabi, a w ogóle to skoro już mamy być nad wodą, po drodze byśmy może tak na godzinę wrócili do Westhafen, dział gazet  jeszcze czynny, a jakże, mają tu wszystko, Gazeta Wyborcza to nikogo nie dziwi, ale oni mają i Życie Warszawy i Trybunę Ludu, proszę sobie wyobrazić, w tych silosach na Westhafen, tak, tak, praktyczny naród. A pan z jakich bibliotek korzystał? Ta żółta przy filharmonii to właśnie Stabi, nie zauważył pan filharmonii, nie nie, nic nie mówię, ja też bardziej siedzę w tekstach, koncerty sind nicht Jedermanns Sache, osobiście wolę sobie w przerwie wyskoczyć do Gemäldegalerie naprzeciwko, no faktycznie ona jest trochę schowana, można jej nie zauważyć, przy okazji możemy zajrzeć, pokażę panu, może się przejdziemy na spacer, do Tiergarten, a nie, nie znam, wie pan, mało zawsze tego czasu, ach, to tam, gdzie kiedyś były te koncerty techno, czytałem. Może jak przyjedzie moja żona, kupię wcześniej jakiś przewodnik, obiecałem sobie, że jak tu będzie, to wreszcie się przejdziemy pod Reichstag i pod Bramę, od pięciu lat sobie obiecuję, od czasu  jak robiliśmy ten projekt Literatura wobec upadku Muru, no mur to tam gdzieś w okolicy przebiegał, a przynajmniej powinien, ach,  też pan jeszcze nie był, to się dobrze składa, przeszlibyśmy się i może omówili przyszły projekt, no cieszę się. To cóż, do widzenia, ja jeszcze trochę mam do kserowania, ależ gorąco okrutnie, a potem do pociągu, mam trochę do poczytania, znajomy mi polecił Spaziergänge in Berlin Franza Hessela, pan wie, rodowitego szczecinianina, niedawno wydane, takie impresje ze spacerów po  mieście w latach 20, autor we wstępie poleca zabranie tej książeczki w letnią podróż, no więc zabrałem, a wie pan kiedy to pisał, w 1929 roku, hehe, choć oczywiście zgaduję, że niewielu pójdzie na Entdeckungsreise des Zufalls, prorocze słowa, hehe. Najbardziej mi się podobało jedno zdanie: Ihr habt keine Zeit? Dahinter steckt ein falscher Ehrgeiz, ihr Fleißigen. Dobre, nie?

Przy okazji sobie myślę, że może by tak wznowić Heinza Knoblocha, te jego opowiastki o Berlinie, ładne rzeczy i nieco bardziej współczesne, wypadałoby przypomnieć czytelnikowi, bo już ci nasi studenci nic zupełnie nie czytają, mówili mi ostatnio, że jeżdżą sobie na jeden dzień do Berlina,  tak po prostu połazić po mieście, podobno w Berlinie jest z dziesięć jezior i ileś kąpielisk. A wie pan, że oni faktycznie znają tu powoli wszystko …

To poprosimy rachunek… Ach, pani już ma fajrant? I jak, co potem, aha, nad wodę, mówi pani, tak, my w przyszłym roku też planujemy, może gdzieś w ciepłych krajach, no niby racja, tu też można,  oni tu w Berlinie mają wszystko… Gdzie, mówi pani? TUTAJ do wody…?! A to faktycznie ciekawa myśl, czytałem ostatnio w felietonie tego klasyka gatunku, jak on się nazywał…

Świnka

Jednak to Dorota napisała ostatni tekst świąteczno-noworoczny.

Dorota Cygan

Tekst dedykowany koleżance spod znaku Panny na progu odkochania

Nie wiem ile razy, ale niemało, ktoś mi właśnie u progu nowego roku życzył szczęścia. Viel Schwein – tego też w repertuarze rzecz jasna zabraknąć nie mogło, a jakże. Kreatywny dom towarowy Karstadt nawet oferuje szeroką paletę świnek: Luxusschwein, Arme Sau, Notgroschenschwein, Kapitalistenschwein, Schwarzgeldschwein – chodzi, jak łatwo się domyślić, o świnki-skarbonki. Mogłabym podrzucić Karstadtowi prawdziwy hit kasowy, przydatny dla wszystkich, mianowicie Knüllchenschwein, czyli skarbonkę na mandaty. Ale obawiam się, że łatwy sukces zbyt nagle napełniłby moją skarbonkę, a to rozpieszcza. Swoją (dostaną na przełomie roku) symboliczną świnkę wolę więc podać dalej tej czy owej pannie chlipiącej po kątach, która jej wyraźnie potrzebuje (zakładam, że to margines, większość jest szczęśliwa). Może się okaże przydatna na cięższe czasy. Uczuciowo ciężkie – gdy kolejny TEN facet się nie sprawdził, poszedł sobie lub niech lepiej sobie pójdzie – i trzeba w emocjonalnej zimie, na przednówku nowych uczuć przetrwać co najgorsze, sięgając po zapasy emocji pozytywnych z minionego lata. Oto moja dla Was, babeczki, świnka-skarbonka-uczuć na takie chwile w wielce obiecującym roku 2015.

swinkanoworocznaOdautorska propozycja podpisu: “Schwein na czatach: Powstanie tekst przed północą czy nie? Powstanie, nie wiem tylko, czy to Ewy szczęście czy moje…” A ja (EMS) dodam, że to przede wszystkim piękny noworoczny prezent dla wielbicielek kunsztu Doroty w zakresie splatania słów. I uwaga nr 2: wpis był gotowy na 10 minut przed północą!

swinkanoworoczna2Bierzcie ją do ręki jak coś, co się Wam należy. Potrząsajcie z zadowoleniem – jednak coś w niej jest, sporo zdołało się uzbierać. Przemieszawszy starannie weźcie do reki nóż, ale nie szlachtujcie biednej świni jednym ruchem. Powolutku, precyzyjnie wyławiajcie z niej tylko pojedyncze uczucia, nigdy więcej niż jedno na raz. Nie gardźcie drobnymi – one też mają swój urok („ale pięknie wyglądałaś w tej letniej sukience”, „ten różowy szal takie Ci rzucał światło na twarz”, „jak wtedy na Ciebie czekałem na dworcu, zdawało mi się, że pociągi się do mnie uśmiechają” itp.), przyjmujcie drobne z równym szacunkiem co grubsze nominały („jesteś najczulszą kochanką na świecie”, „bez Ciebie życie byłoby blade i mdłe”, „żadna tak nie potrafi się kręcić na parkiecie”). Pamiętajcie: nie tłuczcie świnki pod wpływem nagłego impulsu – takie odruchy drogo kosztują, podobnie jak nieumiarkowanie w wyławianiu dawnych komplementów i głaskań. Bądźcie oszczędne, rok się dopiero zaczął, a mogą przyjść tęgie mrozy. Obracajcie w ręce każde wspomnienie kilka razy, zanim się go pozbędziecie. Musicie opanować ekonomię uczuć. Wyciągając sprytnie (choćby szydełkiem) banknot po banknocie, pamiętajcie, żeby cokolwiek jednak włożyć tam z powrotem, jakiś aktualniejszy bonus lub nawet słabo oprocentowany wkład („lubię się z Tobą śmiać”, „parzysz najlepszą herbatę na świecie”). Zbierajcie skrzętnie każdy okruch uznania, podziwu i sympatii, nawet te o pozornie niewielkim ciężarze symbolicznym. Wywołujcie je na glos, słuchajcie echa i czekajcie. Bądźcie pannami roztropnymi.

Z życzeniami!

Dorota Cygan

24 grudnia o północy…
…przemówię do Was ludzkim głosem…
– czyli jakim?
Kochani Wszyscy?! (niewiarygodne rozszerzenie zbioru…)
Bracia i siostry?! (zbiór ograniczony do jednej opcji…)
Szanowni Klienci?! (komunikat typu spam, skrzynka przeładowana…)
Kochani i Bliscy Krewni?! (para oksymoroniczna…)
Drodzy Czytelnicy?! (Zwrot zawierający niedopuszczalne warunkowanie…)
Paniopanowie?! (uwaga, pułapka wykluczenia…)

Stawiam więc lepiej na uniwersalność:

Boscy Grzesznicy!
Jedyne, co można i trzeba dla Was zrobić tej nocy,
to rozgrzeszyć Was z:

nienapisanych listów,
nieprzeczytanych tekstów,
niesprostowanych pomyłek,
niespłaconych długów,
niewyobrażalnych niefrasobliwości,
niezmierzonych pokładów naiwności,
nieprzemyślanych złośliwości,
nierozliczonych diet,
niezamierzonych gaf,
nieprzetrawionych żalów,
niekoniecznych łgarstw,
niespuentowanych kawałów,
niezrozumiałych aluzji,
niestworzonych bredni,
nietaktownych uwag,
nierozważnych wydatków,
niekochanych kochanków,
niedosolonych zup,
niepoprawnych manier,
nieprzyjętych przeprosin,
nieprzejednanych reakcji,
nierzetelnych zleceń,
nieprzystępnych min,
niewyuczonych treści,
niezapomnianych zdrad,
niesprawdzonych tez,
niepotwierdzonych plotek,
nieposkromionych żądz,
nieprawdziwych wspomnień,
nieumiarkowanych oczekiwań,
niewesołych prognoz,
nieznacznych nieuprzejmości,
niezliczonych zaniedbań,
niedozwolonych skojarzeń,
tudzież
niewybaczalnej oryginalności,
słowem: tego,
co nam wspólne i znajome.
Myślę, że jeśli każdy z nas tę skromną listę rozszerzy i wyśle najbardziej niezrozumiałemu bliźniemu ze swojego otoczenia, to każdy z osobna, a i wszyscy razem, poczujemy w tę noc lekki powiew metafizyki.
Czego Wam i sobie serdecznie życzę.

Niech się święci!

Materiał na żonę i inne materiały

Dorota Cygan

Materiał na żonę

Materiał na żonę powinien być w kwiatki, najlepiej w całą łąkę. Na przedwiośniu bielić się przebiśniegiem, na wiosnę kwieciem jabłoni, na lato stokrotką, a na jesień chryzantemą. Może też być materiałem w kratkę, by lepiej podzielić wspólne życie na segmenty, choć trochę różniące się od siebie. Może być też w kropki, ale broń Boże nie w znaki zapytania lub wykrzykniki. Musi być drogi, by nie wytarł się od codziennego siedzenia przed telewizorem i gruby, by chronił przed chłodem przymusowej konwersacji. Ma gwarantować nieprzemakalność na burzę emocji i grad tak zwanych twardych argumentów.

Patrzę w lustro na materiał bez wzoru.

Mój znajomy mawia, tobie to się fajnie opowiada historie, bo ich potem nie pamiętasz, można je bezkarnie wciąż opowiadać od nowa. No to może jestem dobrym materiałem na żonę?

Materiał na przyjaciela

Materiał na przyjaciela to zwykła skóra, najlepiej (bardzo) ludzka. A pod nią, wiecie sami – “włókna duszy i chrząstki sumienia”. Zapewniająca osmozę westchnień rozterki, westchnień ulgi i podobnych. Starzejąca się i bynajmniej nie piękna, ale zabliźniająca rany i dopasowana jak ulał. Nie rzuca się w oczy, lubi być okryta.

Materiał na naukowca

Materiał na naukowca to stop metali nieszlachetnych, odkształcających się nietrwale zależnie od środowiska, optymalnie funkcjonujący w oprawie świetlnej, chętnie świecący światłem odbitym. Wyceniany najczęściej poniżej lub powyżej faktycznej wartości. Nie dotykać, gdy się robi gorąco lub ściął ostry mróz. Przytulić nie sposób.

In Archiven und Museen (2)

Dorota Cygan

Marbach. Mal schnell in die Stadt und schon zurück im Archiv

 marbach5
In diesem Turm wohnte kein Dichter, der wahnsinnig geworden ist (in welchem denn und wo dann?), die Leser dürfen ohne andächtiges Schweigen den Anblick genießen.

(Erklärung: die Autorin meinte den Dichter Friedrich Hörderlin, geb. 1770, gest. 1843, der wahnsinnig geworden ist und 35 Jahre in einem Turm in Tübingen verbrachte.)

Und drunter: Vielleicht klärt mich jemand auf, ob es der schwäbische Pragmatismus ist, Mauern in die Häuser zu integrieren – oder vielleicht eine weit verbreitete historische Baupraxis?

 marbach7

Und schon wieder im Literaturarchiv.

Ich nehme an, dass diese Plastik darunter jedem sehr nahe steht, der schon mal mehrere Stunden und Tage hintereinander hier las und glaubte, die Augen würden ihm bald herausfallen. Dabei war es nur die Brille, die sich auf einmal verselbständigte und tanzte.

marbach8

marbach9

Wahrscheinlich lag dem ein demokratisches Prinzip zugrunde: Jeder Mitarbeiter des Archivs sollte gleich viel Licht in seinem Büro haben und ins Grüne hinaus gucken. Wir Benutzer haben freilich immer das Gefühl, ALLE sehen uns, wenn wir wieder einmal zu spät ins Archiv kommen.

marbachnoca

LiMoLiteraturmuseum der Moderne im geheimnisvollen Nachtgewand. Würde man es jetzt indiskret lüpfen, wäre man Zeuge der höchst privaten, epochenübergreifenden Kontakte zwischen Schriftstellern, Kritikern, Objekten und allerlei „Ismen“. Das nenne ich eine Party!

marbachsordek2

Oben und unten. Exklusive Fotos nur für Euch: Lesesaal von außen – das Fotoverbot (von innen) wird selbstverständlich eingehalten. Leser erzählen sich Anekdoten, wer alles schon beinahe eingeschlossen worden ist, weil er sich zwischen den Buchregalen festgelesen hatte und im letzten Augenblick bemerkt worden ist.

marbachsordek1

marbachsordek3So nüchtern wie dieser Eingang wirkt auch der Handschriftenbereich (Tiefgeschoss). Damit ist sichergestellt, dass die Schönheit des Raumes (also die Form) nicht die Schönheit der Archivalien (also den Inhalt) überdeckt.

lesesaalmarbach

Sancta sanctorum – Handschriftenlesesaal
Ich weiß selber nicht, warum ich mich in dem Fall der Wahrheit verpflichtet fühle und Euch das echte Foto vom Handschriftenlesesaal zeige. Ich könnte doch viel besser fabulieren: Den Handschriftenlesesaal erfüllt der Schein alter Möbel und alter Gegenstände, durch alte Fenster schimmert in der Sonne der alte Staub und die alten Archivare gehen am Stock und können sich noch detailliert an ihr letztes Gespräch mit Thomas Mann, nein, mit Franz Kafka erinnern… Nö. Warum sollt Ihr eigentlich die Sache weniger nüchtern sehen als ich? Das wäre ungerecht.

skarpetkischilleraUnd dort. Ja! Zum Beispiel Schillers Socken!
In der Kunstbibliothek in Berlin darf man viele alte Bücher nur mit weißen Handschuhen anfassen. In Schwaben gönnt man das eigentlich nur Schillers Socken. Gut so. Allerdings wäre der Anblick interessant: Benutzer tippen in weißen Handschuhen Briefe und Handschriften ab. Tradition und Modernität. Soll ich das vielleicht anregen?

marbachsordek4

Hier wohnen wir alle – Schnüffler, Buchfetischisten und manische Literaturdeuter. Eingeschlossen in den Mönchszellen. Ihre schlichte, aber interessante Innenarchitektur folgt dem demokratischen Prinzip – auch übrigens die Platzierung der Gäste. Ich durfte vier Wochen lang meinen Lärm einem hochverdienten älteren Professor zumuten.

marbachsordek5

Lemberger oder Trollinger – wenn es der Wein von hier sein sollte. Die Marbacher selbst trinken eher den edlen Italiener oder reden sich aus.

Prost!

In Archiven und Museen

marbach6Dorota Cygan

Magie der vergilbten Papiere

Unser ausländisches Interesse an deutscher Kultur braucht eine Konkretisierung in etwas Fassbarem: Es erfreut sich an dem, was materiell ist und sinnlich erfahrbar. Da die generationenschweren Dachbodenschätze unserer Großeltern keine deutsche Signatur tragen, fühlen wir uns besonders wohl an einem Ort, wo das kulturelle Gedächtnis in besonderer Weise aufbewahrt, mit Signatur versehen und kultiviert wird – in Museen und Archiven. Zugegeben, das moderne…

Denkt nicht, dass das Leben eines
Archivbenutzers mit Rosen gesäumt ist.
Das ist der steile Weg zum Tageserfolg …

… Ausstellungswesen zeichnet heutzutage eine besondere Lebensnähe aus: Schillers Socken, Taufhemdchen von Thomas Mann, Kafkas auf Reisen verlorener Löffel oder Rechnungen mit Gedichtzeilen haben erfolgreich die Totenmasken und Fotos von Grabsteinen abgelöst. Ehrwürdige Museen oder Archive müssen sich freilich mit solchen Exponaten nicht schmücken, sieht der Bildungsbürger doch nach wie vor in der Pflicht, etwas für die Erhaltung der Kulturgüter zu tun und seine 100 Euro pro Jahr für Museumsbesuche auszugeben.

marbach1Marbach: Das Museum-Archiv-Komplex im Hintergrund; das ist eine optische Täuschung Schiller-Archiv thront nicht über der Stadt – eher liegt es vornehm-abseits und verlangt von den Besuchern, dass sie sich zu ihm bemühen.

Und wie ist es mit uns Ausländern? Was ist etwa an Handschriften so spannend, dass man freiwillig bei gutem Wetter in geschlossenen Räumen eines Literaturarchivs sitzt und die unmögliche Schrift eines längst verstorbenen Monomanen entziffert? Was ist spannend an diesen unzähligen Blättern rissigen Papiers mit Durchstreichungen, Altersflecken, vergilbten Rändern, überschriebenen Passagen, handschriftlichen Anmerkungen und flüchtigen Zeichnungen? Und was ist, wenn sie von den Autoren selbst verworfen wurden und nur durch die Böswilligkeit von Witwen oder ignoranten Kindern ans Archiv verkauft wurden und jetzt den Dichter kompromittieren? Wie weit soll man sich dem natürlichen Voyeurismus hingeben? Die Alltagslügen enttarnen? Randphänomene des Schreibprozesses studieren, um aus den Abfällen des kreativen Vorgangs eine revolutionäre These zu basteln? Assoziative Ketten zerlegen und mit der zeitgenössischen Logik neu begründen? Warum will man sich das antun? Um der Wahrheit willen? Na, eher um zu zeigen, dass die Literaturwissenschaft nicht bloß das Stiefkind der Literatur ist, sondern neben ihr ebenbürtig thronen kann. Niemandem ist es ja entgangen, dass sich die Germanistik seit Jahren Denkmäler setzt. Etwa mit der Geschichte ihres Faches.

marbach2Das Schiller-Nationalmuseum strahlt so viel Würde aus, wie ihm der Geist der Zeit um 1910 verlieh. Wir haben im Prinzip nichts dagegen, dass diese Würde nun auch auf uns ausstrahlt.

In der Tat kann man nur zu leicht der Versuchung erliegen, den Dichter vom Sockel zu zerren, sobald man seine Entwürfe schwarz aus weiß sieht. Nun, das trifft gleichermaßen Forscher im Inland wie im Ausland. Die Praxis beweist aber vielfach, dass ausgerechnet ausländische Germanisten gern quellenbezogen arbeiten, wenn sie diese Möglichkeit bekommen. Sonst, wer in entlegenen Ländern wohnt, ist auf die Sekundärliteratur angewiesen und seine Forschung orientiert sich mehr an der Theorie – und damit mehr an der Germanistik als an der Dichtkunst selbst. Der Umgang mit Rohmaterial wie Primärliteratur und Handschriften ist zunächst in dieser ungefilterten Form nicht so praktisch wie die Sekundärliteratur, wo die Zusammenhänge bereits hergestellt und Lücken mit entsprechendem Infomaterial geschlossen wurden und man sie nur noch mit eigenen Worten wiedergeben muss. Und doch beweist die Zahl der jährlich im Marbacher Literaturarchiv getätigten Recherchen ausländischer Forscher, dass diese Art von Arbeit als besonders intensiv und attraktiv empfunden wird.

marbach3Neckar, der Fluß der Dichter.
Man will es nicht glauben, aber vom Archiv läuft man bis hierher schon eine runde Stunde. Man weiß allerdings auch, wofür…

Warum sitzen sie also jetzt nicht alle in Marbach? Wohl, weil sie noch nicht wissen, was alles sie dort finden können, scheint mir. Ich habe dort einmal Briefe des polnischen Nobelpreisträgers an seine erste Übersetzerin gefunden. Gut versteckt im Nachlass ihres Mannes, der eine wichtige Figur im Zeitungswesen war. Im Grunde also sind es die Bestände selbst, die jede Argumentation überflüssig machen: Der ganze Berg unter dem Archiv beherbergt das Magazin mit Handschriften je nach Gusto – samt den dazugehörigen Werkausgaben, Widmungsexemplaren, Zeitungsausschnitten, Filmen, historischen Aufnahmen, Rundfunksendungen und sogar Hausrat. Alles in allem 800.000 Bücher, 200. 000 Kunstobjekte, 50 Mio. Blatt Papier, 11.000 Nachlässe von Schriftstellern und Gelehrten, die einen hierher verlocken. So hilfreich die historisch-kritischen Werkausgaben auch sind, sie ersetzen nicht den sinnlichen Umgang mit angegriffenem Papier. Hätten sonst gebückte Germanisten bei gutem Wetter hier gesessen? Sei es nur, um die Epoche zu verstehen: finanzielle Not des Autors, der auf billigstem Papier schreibt, Papierknappheit um 1945, Statusverbesserung durch eine Schreibmaschine oder demütigende Verhandlungen um das Zeilenhonorar für Rezensionen und sonstige Zeugnisse der Reibungen zwischen Verlegern und ihren Autoren – alles Bezüge, die sich einem viel besser erschließen, wenn man die Informationen nicht aus dritter Hand bekommt.

Nein, das ist weder Schillers Geburtshaus noch das seiner Mutter. Das müssen die Leser schon selber ergoogeln. Ich bekenne mich nicht zu irgendeinem Bildungsauftrag. Zumal ich noch in keinem von beiden drin war.

Einer Gesprächspartnerin habe ich daher gestern eröffnet, was mir als Krönung meiner eigenen Lebensleistung vorschwebt: Sollte ich doch meine längst überfällige, durch Jahrhunderte verschüttete Doktorarbeit jemals zu Ende schreiben, lasse ich sie auf gelblichem Papier drucken. Inhalt und Form werden so übereinstimmen. Und für mich wäre das ohnehin die kostbarste Archivalie. Was lacht Ihr mich aus? Perlen werden auch nur noch gezüchtet.

In einer Woche, nochmals Marbach
und ein Rätsel.
Fotos – Autorin

DOROwizna

Dorota Cygan

DOROwizna

Zgubiłam pięćdziesiątkę. Znaczy razy cztery. Więcej to czy względnie mniej w obcej walucie? To zależy, w jakiej człowiek myśli, w jakiej bilansuje zysk-wyzysk, i na jaką się rozdrabnia pod koniec miesiąca, licząc, co stracił z własnej woli, a co przeciw sobie. Była w kieszeni i nie ma. Tysiąc kroków do punktu wyjścia to w sam raz, żeby wymyślić kilka możliwych dróg niewiernej pięciodyszki. Gdzie się podziewa? Głupia jakaś. Jak się ma pięć dych na karku, to się daleko nie oddala. Okres burzy i naporu ma się dawno za sobą, a prawdziwe ekscesy i tak nas przerastają. No, nie ma, droga powrotna bez jednej poszlaki. Bezruch, dyskrecja drzew i falowanie trawy. Żadnych świadków. Może w sumie najważniejsze, by nic się jej głupiego nie stało, nie rzuciła się z mostu, nie spłynęła z rzeką do morza, niech by została w mieście, tam zawsze łatwiej się sensownie sprzedać. Dobrze, żeby nie wpadła w pokrzywy i deszcz nie spłukał jej na dno ściółki na pastwę robactwa. A może… rozwinęła się – skrzydło lewe, skrzydło prawe – i poniosło ją na dach Sprengelmuseum, gdzie dumnie towarzyszy myślom wysokiego lotu? Albo niesiona wiatrem krąży między koronami drzew udając motyla? W życiu by nie miała w moim władaniu tyle polotu! Może wiatr jej podszepnął, że nie musi być już zwykłą mamoną, której pożąda każdy prymityw, ale np dziełem sztuki, którego pożądają tylko esteci? Ktoś, kto pamiętał, że było kiedyś takie dzieło na Dokumenta w Kassel. I może właśnie w tym locie odkryła, że jej powołaniem jest wyjście z obiegu finansowego i wejście w ten lepszy, artystyczny, nieskażony pieniądzem (doprawdy, nie niszczmy jej tej iluzji!), nieuziemiony prymitywną pracą. I tak to trwało, trwało, dobre pięć minut, a potem może się jej zrobiło trochę wstyd, że się tak odcina od zwykłości, więc zniżyła lot, aż padła komuś pod nogi i oddała się przeznaczeniu. Po czym uściśnięta przez palce jakiegoś niedowiarka, rozmieniona w radosnej panice w najbliższym autobusie, pomknęła zwiedzać świat, zostawiając w obdarowanym upajające uczucie niezasłużonej nagrody.

To w sumie całkiem niezły bilans: jedna mina rozczarowana kontra druga mina uradowana plus lot pięćdziesiątki jako wartość dodana. Taka CZYSTA forma darowizny bardzo mnie przekonuje. Przypadek, darczyńca dyskretny, oszczędza obu stronom męczącej gry mięśni twarzy. Może sensownie byłoby gubić pięćdziesiątkę tak raz na kwartał? Wejść w interakcję z przypadkiem jako anonimowym pośrednikiem, dać codzienności szczyptę soli, doprawić trochę ten mdły rytuał zarabiania i wydawania, włączyć element hazardu? Jakby tak każdy z nas co raz gubił i znajdywał pieniądze, to byśmy mieli Spiel, Spaß und Überraschung na co dzień, jak głosi slogan reklamowy jajka-niespodzianki. Pomysł Wam oddaję i nie upieram się, żeby te grę nazywać moim nazwiskiem.

Wódka w proszku

Dorota Cygan

Wódka w proszku

Zawsze byłam fanką Pomysłowego Dobromira. Rozumiecie, że kiedyś musiała przyjść pora na mój własny pomysł racjonalizatorski. Zaraz Wam wyjaśnię przełom kulturowy, który mój pomysł wywoła, tylko mam problem, komu dedykować ten tekst. Jerzemu Pilchowi i Wojciechowi Smarzowskiemu (z wiadomych względów) czy Janowi Himilsbachowi jako autorowi zbiorku autentycznych, nadesłanych przez domorosłych racjonalizatorów, miniaturek pt. Nikiformy a zarazem nieprzeciętnemu konsumentowi wódeczki, który, założę się, niejeden raz chciał się rozstać z butelką, tylko nie wiedział, czym by ją mógł zastąpić. I niestety wśród wielu zebranych w tej książeczce przyszłościowych wynalazków typu mechaniczny ściszacz telewizora na odległość, pomysłu na wódkę w proszku jednak nie zamieścił. Oczywiście, realistycznie patrząc, nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że kultowy konsument wódeczki mógłby zamieścić taki pomysł w swoim zbiorku, nawet gdyby gotowy przepis alchemistyczny na wódkę w proszku znalazł na strychu własnej babki. Ale to już pozostanie tajemnicą Himilsbacha, czy wpadł w ogóle na taki pomysł czy nie.

Jeśli chodzi o mnie, to uważam wódkę w proszku za wyzwanie dla przemysłu spirytusowego, a w wymiarze symbolicznym wręcz za dezyderat kulturowy i poznawczy. Nie stawiam go na równi z wynalazkiem wycieraczki do okularów na dni deszczowe albo czapki na nos na porę zimową, ale jest co najmniej tak potrzebny jak samojeżdżąca walizka, na której można usiąść okrakiem i zjechać po schodach.

Pomyślmy na spokojnie, co zrewolucjonizuje ten wynalazek. Pierwszy z brzegu przykład: Torby rodaków podróżujących za granicę będą o ileż lżejsze i bardziej treściwe! Zysk ekologiczny trudno nawet ad hoc policzyć, ale butelek już na oko trzeba będzie produkować o wiele mniej. Wódeczka w porcjach w papierowych torebkach po 50, 100 i 1000 gramów da się bez trudu rozpuścić w wodzie mineralnej (sprzedawanej bez koncesji), czyli będzie zawierać potrzebne mikroelementy, da się mieszać w wymaganym stosunku jako wariant wódeczki studniówkowej 30%, mocno męskiej 55% lub damskiej gdzieś pośrodku. Hardcorowcy będą sobie mogli dla lepszego efektu wsypywać ją wprost do gardła, a pijący mniej tąkać w sproszkowanej wódce ogóreczek lub papryczkę, zapijając wodą. Porcja dla skacowanych będzie mogła wyglądać jak niewinny zestaw na stany okołogrypowe: saszetka z proszkiem i buteleczka wody wielkości syropu z neutralną etykietą, żeby nikt się nie oburzał na pijaństwo i nie umoralniał amatorów dawnej piersióweczki przy kasie sklepowej. Zysk ekologiczny i logistyczny to jednak nic w porównaniu z rewolucją… językową.

Wszystkie kawały o piciu trzeba będzie dać na przemiał lub do obróbki redakcyjnej. Już sam niewinny zwrot chlapnął sobie brzmieć będzie sypnął sobie, a to już w wersji upić kogoś mogłoby wywołać skojarzenie brzemienne w skutkach dla polskiej kultury towarzyskiej (i politycznej także!) Zmiany potrzebne w zakresie frazeologii będą stanowiły nie lada wyzwanie dla filologów. Bo cóż zrobić ze zwrotem strzelić sobie kielonka, zalać się lub nie wylewać za kołnierz, epitetami moczygęba, opój czy pijanica, skoro sedno problemu nie będzie tkwić w niewinnej cieczy (wodzie mineralnej), tylko w proszku? Zostawić je dla kulturoznawczego opisu niegdysiejszych fenomenów kulturowych sprzed zainicjowanej przeze mnie Rewolucji Obyczajowej i Językowej? Bo, trzeźwo patrząc, ze starego dziedzictwa językowego uniwersalne okaże się jedynie dać sobie w gardło.

Oczywiście nie jest tak, że możliwości frazeologiczne i słowotwórcze się skurczą. Otworzy się pole do popisu dla spontanicznej twórczości rodaków, w którą wierzę głęboko, i która zagospodaruje ugór semantyczny wokół rzeczownika proszek zapewnie dość sprawnie. Już słyszę, jak ludzie mówią „przyszedłem wczoraj do pracy lekko zapylony, więc dzisiaj mam miałki dzień, ale to nic, bo Kowalski to się wczoraj zapudrował w trzy d…” Będzie troszkę weselej, bo w okresie przejściowym nikt do końca nie będzie potrafił wyczuć, co znaczy być w proszku.

Ale nie stwarzajmy zawczasu negatywnych emocji wokół wielkiego przełomu, który jest tylko kwestią czasu. Mój apel do czytelników brzmi: Weźmy nasze sprawy w nasze ręce i zaangażujmy dla dobra sprawy naszą kreatywność. Bo przecież wyobraźmy sobie, że na tych saszetkach z wódką w proszku aż się będzie prosić o dłuższy tekst. Człowiek, który dostaje do ręki kawałek papieru, automatycznie zabiera się do czytania. Można oczywiście posiłkować się cytatami z literatury, choćby Jerzego Pilcha albo Malcolma Lowry‘ego (zakładam, że cytatów o wódce z Chopina lub Gorbaczowa nie uświadczysz), ale aż się prosi o nową, współczesną WÓDKĘ Z TEKSTEM. I tu widzę zajęcie dla nas, bezrobotnych inteligentów.

Pomyślmy, ile Wańkowicz potrafił zarobić na „lotem bliżej”. Nie bądźmy Anią z Avonlea, nie gardźmy reklamą!