Wielkanoc. Rytuały przejścia

Anna Dobrzyńska

DZIEŃ

A kiedy się spełni mój czas określony,

I dzień kolejny po prostu przeminie,

Wskazówki zegara się znowu spotkają,

Na znanej, zwykłej, pradawnej godzinie,

X

W jesiennym półmroku, wieczoru szarości,

Srebrny liść spadnie, kolistym swym lotem,

Na ziemię, co wkrótce do siebie go przyjmie,

I śnieżnej czapy zasnuje go złotem,

X

Odejdą w niepamięć mych dni, chwil tysiące,

Zagaszą ogień, mej świecy płomieni,

Światło się skończy, i mrok poczernieje,

Ciepły wosk w kamień, zimny się zmieni,

X

Odstąpi dzień nocy, swe jasne godziny,

Chłód na stworzenie, zimowy sen ześle,

Ucichną polany, las cisza otuli,

Zima swą mroźną, woń wokół roześle,

X

A gwiazdy na niebie, których po miliony,

Spadną z wysoka, i zimnem przeszyją,

Tak trwałe na niebie, tak kruche wśród ludzi,

Płatkami śniegu, co ziemię przykryją,

X

Trzask tafli jeziora, skrzyp śniegu pod butem,

Zadmie wiatr zimny, powietrzem swym zmrozi,

Gałęzie drzew starga, szron na nich osadzi,

Siła, potęga, żywemu wciąż grozi,

X

Z gór rzeki przeniosą, wód kroplę źródlanych,

W ocean wielki, setki mil odległy,

Z chmur nasiąkniętych, wodami spod ziemi,

W końcu deszcz spadnie, na teren rozległy,

X

I szarość się zmiesza z błękitem, zielenią,

Tak jeszcze bladą i niewybarwioną,

Z każdym dniem silniejszą, mocniejszą, barwniejszą,

Pełną odcieni, w słońcu opaloną,

X

I ziemię przebije, wiosenny pierwiosnek,

Co daje radość przez samo istnienie,

Tak ładny i skromny, tak biały i czysty,

Żyjący swym pięknem, na słońca skinienie,

X

A zza oceanu, i zza wielkiej wody,

Ptaki powrócą, do domu, do siebie,

I z słońca promieniem, lot cichy skrzyżują,

W blasku jasności, jaśnienia na niebie,

X

I pójdę w tę jasność, w bieli, czystości,

…Z Miłością mą całą, po bezkres wieczności.

 

O dobroci z obowiązku

Anna Dobrzyńska

Jak łatwo być dobrym na niby,

W swych progach drugiego ugościć,

Pokazać mu swoje dobytki,

Pokazać mu swoje radości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Okazać współczucie i troskę,

Ciekawość dla czyichś problemów,

Ciekawość dla czyjejś słabości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Zrozumieć kogoś, wysłuchać,

Zaprosić na kawę, na obiad,

W radości się bawić, wygłupiać,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Pokazać się komuś gorszemu,

Lepszym, mądrzejszym, szczęśliwszym,

Że więcej należy się jemu,

Jak łatwo być dobrym na niby,

I widzieć w oczach drugiego,

Tę radość, wdzięczność, nadzieję,

Że szczęście też przyszło do niego,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Dla czasu zabicia, ot, tak w wolnej chwili,

Byle nie płacić nic a nic,

Byle się nic nie wysilić,

Tak łatwo być dobrym na niby,

Uważać jednakże należy,

Na podłość, niewdzięczność Darbiorcy,

Co jeszcze w coś więcej uwierzy,

Bo w końcu zaczyna traktować,

Darczyńcę swego i pana,

Jak lubianego człowieka,

Ufnego kolegę, kompana,

Bo w końcu, w ufności swej zwykłej,

Darczyńcę zaczyna traktować,

Normalnie, po prostu, po ludzku,

Zaczyna go chcieć, potrzebować,

I wtedy należy być czujnym,

Bo kiedy ta biedna istota,

Uwierzy w przyjaźń, broń Boże,

Darczyńca się nie wymota,

Więc kiedy nadejdzie kres w końcu,

I czas na dobro przeminie,

Co w planie dnia umieszczony,

Codziennie o jednej godzinie,

I kiedy Dobrodziej odhaczyć,

Już może dobroci spełnienie,

Ptaszkiem, krzyżykiem, czy kółkiem,

Ołówkiem, czy piórem skreślenie,

I kiedy ta biedna osoba,

ta biedna i smutna i nudna,

Doprawdy, zrozumieć nie może,

Że sprawa się robi paskudna,

I zamiast z wdzięczności w pokorze,

Odejść, po cichu, w półmroku,

Zniknąć jak Pan Bóg przykazał,

Wciąż jest i się kręci gdzieś z boku,

I gada coś o przyjaźni,

I … z Dobroczyńcą – rozmawia!!!

No skandal! jak może?!, doprawdy?

„Dobroć dostała – niech spada”!

A jeśli wciąż pojąć nie może,

Że wszystko to było na niby,

No…., z obowiązku, …dobroci,

…Z rozrywki Darczyńcy – ciiii,

… a nawet gdyby!

Jeśli tak durna jest, nic nie rozumie,

I wciąż się naprzykrza,

Wyłącz telefon, wykasuj maila, zapomnij,

I dalej – czyń dobro.

To wartość najwyższa.

Tęskno mi, Panie…

Anna Dobrzyńska

Rodzynki

„Do tych, co mają tak za tak – nie za nie,
Bez światło-cienia…
Tęskno mi, Panie…”

Kiedyś pracowałam dla firmy o światowym zasięgu, proponującej swoim Klientom usługi najwyższej jakości, w trosce o dobro Klienta przygotowującej produkty na najwyższym poziomie, proponującej rozwiązania stworzone specjalnie dla indywidualnych potrzeb Klienta, bo każdego Klienta traktuje ona wyjątkowo i dba o Jego przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. …Swoją opiekę roztacza nie tylko nad swoimi Klientami ale troszczy się o losy Jego najbliższych, najdalszych a także przyszłe pokolenia idące w prostej oraz nieprostej linii od jej czcigodnego Klienta. Dlatego cały czas doskonali swe produkty by móc sprostać każdym oczekiwaniom każdego Klienta, nawet tym oczekiwaniom, których Klient nie ma albo nawet nie wie, że takowe może posiadać. … Wszystko to robi w trosce o dobro Klienta, by ten mógł cieszyć się życiem, żyć jego pełnią oraz liczyć na jej matczyne serce i ojcowską pomoc gdy tylko jakieś zło stanie na Jego beztroskiej drodze życia. Jej działanie napędza chęć realizacji marzeń swojego Klienta, troska o Jego bezpieczeństwo i miłość. Miłość, która przenika wszystkie aspekty życia Klienta oraz jest – jak to miłość – wieczna.

Nie ma znaczenia co to za firma, bo cała branża stosuje ten sam język marketingowy…

Dodam, że firmy te dbając o swój światowy prestiż i markę rezydują w budynkach spełniających najwyższe standardy, tak by światowa forma i jakość ducha znalazła odzwierciedlenie w światowej materii.

W którymś tam momencie mojej kariery zostałam uczestnikiem pewnego szkolenia. Przez miesiąc, codziennie spotykaliśmy się w grupie około 30 osobowej, by przez 4 godziny zgłębiać wiedzę z zakresu działalności firmy. Atmosfera była przyjemna, ludzie uprzejmi, rozmowni, odnoszący się do siebie z życzliwością. Szkoliliśmy się przy aromatach firmowej kawy i herbaty, często częstowani firmowymi ciasteczkami – no, jak to w wielkim świecie. Ostatniego dnia, na samo zakończenie szkolenia prowadzące panie zarządziły takie oto ćwiczenie: „Podzielcie się na dwie grupy. Jedna niech zostanie w sali a druga niech wyjdzie na korytarz”. Ja byłam w tej drugiej. Na korytarzu prowadząca szkolenie powiedziała: „Wasze zadanie polega na tym by tamta grupa ustawiła się pod tablicą”. I na tym zakończyła swoją działalność. Byłam pierwszą osobą, która zabrała głos: „Powiemy im, że dostaliśmy takie zadanie, że mamy ich poprosić by ustawili się pod tablicą”. Jednak zostałam zakrzyczana, że to właśnie na pewno jest źle, na pewno nie o to chodzi, na pewno oni nie będą się chcieli ustawić pod tablicą, bo na pewno oni właśnie dostali zadanie, żeby za nic na świecie nie ustawiać się pod tablicą. „Tego nie wiemy jakie ma zadanie tamta grupa i się nie dowiemy póki z nimi nie porozmawiamy…” – próbowałam bronić swoich racji. Ale już mnie zakrzyczeli na dobre, pominięli, wręcz odrzucili. No więc, zdystansowałam się, usiadłam na fotelu i z pewnej odległości obserwowałam to, co się dzieje. Jeszcze był jeden mężczyzna, który był w takiej samej sytuacji jak ja. Byliśmy jak dwa rodzynki w cieście.

A co się działo w owej grupie? Grupa prześcigała się w pomysłach, co by tu zaaranżować, aby „tamci” nie wiedząc, że się ustawiają pod tablicą – ustawili się pod tablicą. To było ładnych parę lat temu, więc szkoda, że wszystkich pomysłów już nie pamiętam ale finalny pamiętam – „radosny pociąg”. Mieliśmy ustawić się w pociąg, gęsiego, trzymać osobę przed sobą pod boki – tak jak na weselach. Pierwsza osoba była – „lokomotywą”, więc ręce miała wolne. Miała je trzymać zgięte przed sobą i poruszać na kształt kół w lokomotywie, mówiąc przy tym: „puf-puf-puf”. Żeby było weselej, „lokomotywa” włączyła muzyczkę, melodyjkę w telefonie. I tak mieliśmy tym pociągiem wjechać do sali, udając, że się świetnie bawimy i jesteśmy radośni. Do tej radości i świetnej zabawy będziemy zapraszać i wciągać za ręce „tamtych”. „Tamci” – oczywiście rozbawieni się do nas dołączą i tak oto tym pociągiem zajedziemy pod tablicę. A pod tablicą?…. Uciekniemy! I „oni” zostaną pod tablicą!

… No pomysł godny Agenta 007!

A trzeba pamiętać, że to byli dorośli ludzie.. nie dzieci.. W większości z wyższym wykształceniem, inteligentni, na poziomie, niekiedy zajmujący kierownicze stanowiska… ”Lokomotywą” – był pan, koło 50… I oni naprawdę wierzyli w to, co robili … Ćwiczyli na korytarzu ten radosny pociąg i ćwiczyli hasła, które miały „tamtych” zachęcać.

No, w końcu musiałam wejść do tej sali, pociąg wjeżdżał to i ja musiałam jakoś tam wejść. Bardziej weszłam niż wjechałam, choć pociąg – twardo wjeżdżał i to na wesoło. Na początku nie wiedziałam, co się dzieje, bo jakoś weszłam chyba jako ostatni wagon. Ale w końcu się zorientowałam. Otóż, zmienił się wystój sali. Stoły, które wcześniej stały normalnie, teraz budowały korytarz, prowadzący od drzwi aż do okna. ”Oni” też coś wymyślili… Przed stołami stali „tamci”, w równych odstępach, na szeroko rozstawionych nogach, niczym strażnicy, by nikt czasem nie uciekł… Zaczęło robić się gorąco. Poczułam się jak bydło zapędzane do rzeźni. Drugie moje skojarzenie było z Umschlagplatz, kiedy to Żydzi byli gnani do wagonów transportacyjnych a drogę wyznaczał szpaler „żydowskiej policji”, który pilnował, by nikt nie uciekł. … Szybko udało mi się rozsunąć stoły i uciec z tego korytarza, trochę przeciskając się przez wąską szczelinę a trochę prześlizgując się po blacie, ale następna osoba, za mną już nie miała tyle szczęścia. Strażnik ją pochwycił i po krótkiej szarpaninie, siłą wstawił do korytarza. Zasunął stół. Odwrotu nie było. „Wesoły pociąg” ciągnął za ręce i popychał „tamtych”, a „tamci” ciągnęli i popychali „tych”. I tu już nie było humoru ani żartów. Tu była szarpanina, krzyki, wyzwiska, kłócenie się. Wszystko na bardzo poważnie. A ja schroniłam się gdzieś z dala i znów obserwowałam…. Sala była duża, z filarami, kwiatami w donicach, – no w końcu to budynek na światowym poziomie i najwyższych standardów.

A prowadzące tak patrzyły, patrzyły…

W końcu gdy już większość ochrypła od krzyków, jedni zostali z włosami uczestników szkolenia z przeciwnej grupy w dłoniach, a drudzy z krwią na ustach od rzucania się swym kolegom do gardeł, nastąpiła „jakaś” współpraca. Grupy ustaliły, że jedni się ustawią pod tablicą a drudzy pod oknem…/a! więc takie zadanie dostała grupa, która została w sali! Mieli ustawić nas pod oknem! Tak samo jak my dostaliśmy polecenie by ustawić tamtych pod tablicą!…. ojej, jakie to banalne…/

Ale atmosfera Umschlagplatz wcale nie odeszła na swoje miejsce czyli do przeszłości.

„My się ustawimy pod tablicą, a wy się nie ustawicie pod oknem!!!”, „A jaką mamy gwarancję, że wy się ustawicie, jak my się ustawimy?!!!”, „A skąd mamy wiedzieć, że nas nie oszukacie?!!!”, „Oszukacie nas, na pewno nas oszukacie!!!” „Po jednej osobie będziemy się ustawiać !!!” „Jedna osoba od was się ustawi pod tablicą i dopiero jedna od nas się ustawi pod oknem!!!”, „Ty idź pod tablicę!!!”, „Dlaczego ja?!!!”, „Pójdę wtedy, kiedy sam będę chciał!!!”, „Idź, bo ja ci każę!!!”, „Tamten krzywo stoi!!!”, „Wracaj do szeregu!!!”, „Jak ty wychodzisz za linie to jeden od nas też wychodzi z szeregu!!!” „Nie wychodź za linię!!!” „Równo stój !!!”

„raus”, „raus”, „sznela”, „sznela” – brakowało mi tylko między tymi okrzykami.

Ustawiłam się pod oknem, oczywiście w swojej kolejności, kiedy mi „kapo” kazał. Stałam równo, nie wychodziłam za linię i nie odstawałam od okna, żeby się na mnie „kapo” nie darli… Miałam już dosyć.

Tych ludzi jakby coś opętało…

Gdy ćwiczenie dobiegło końca i obie grupy stały pod oknem i pod tablicą prowadząca powiedziała: „Dlaczego nikomu z was nie przyszło do głowy po prostu drugą grupę – poprosić?”. …Czy miałam podnieść rękę i powiedzieć: „ja chciałam”…? To nie miało żadnego znaczenia.

„Czy, któraś grupa ma jakiś powód, dla którego nie mogłaby by się od razu ustawić pod oknem lub pod tablicą? Ćwiczenie to miało pokazać do czego prowadzi brak otwartej postawy i zamknięcie się na dialog”. I dodała: „Wszystkie grupy, z którymi przeprowadzamy to szkolenie realizują to zadanie właśnie w taki sposób jak wy.”

To doświadczenie mnie zdegustowało. Wyszłam z pracy zmęczona jak nigdy… Rozczarowana? Na pewno.

Produkt światowy, firma światowa, budynek – na światowym poziomie… szkoda, że w ludziach takie światowe…. taki światowy szlam.

Dlaczego mnie nie chcieli słuchać? Skąd ta energia do tworzenia tak pogmatwanych scenariuszy? Dlaczego tak miłują krętactwo? Skąd ta niechęć do prawdy? Dlaczego zakładają wrogość drugiej strony? Dlaczego nie są otwarci na dialog? Dlaczego tak łatwo im było zobaczyć w swoich dotychczasowych kolegach wrogów, których należy przechytrzyć, oszukać, wmanewrować, załatwić podstępem? Dlaczego tak łatwo było im stanąć po dwóch stronach barykady? Dlaczego nie cofnęli się nawet przed przemocą fizyczną?

Tyle energii, zaangażowania, słów, zamieszania, mącenia, wymyślania, złej woli… zamiast uczciwości, zwykłej otwartej rozmowy.

„Prawda jest zwięzła, kłamstwo owija się w wielomówstwo”.

To było tylko szkolenie. Tylko ćwiczenie. Tylko zabawa. W grę nie wchodziły żadne pieniądze. Do czego jest zdolny człowiek, gdy w grę wchodzą pieniądze? Do czego jest zdolny człowiek gdy w grę wchodzą duże pieniądze? A do czego jest zdolny człowiek gdy w grę wchodzą – bardzo duże pieniądze? Można sobie wyobrazić lub …powspominać…

„Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od złego pochodzi”.

Pozdrawiam wszystkich pracujących w światowych firmach. Nikogo nie oceniam. Przecież istnieją rodzynki 🙂

Warszawa w sierpniu

Anna Dobrzyńska

Kapliczki

Fenomen warszawskich podwórek. Liche, budowane na prędce, wśród huku spadających bomb… Dawały nadzieję, siłę, ocalenie, poczucie wspólnoty.

kapliczkiKapliczka przy ul. Ząbkowskiej 12. Napis na tabliczce: „O Maryjo, niepokalanie poczęta, módl się za nami”. 1 VIII 1943. Fot. Anna Dobrzyńska

 

 

 

Jak powstawały? Spontanicznie. W obliczu zagrożenia. Były improwizowane. Najwięcej z nich powstawało w czasie okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego.

kapliczki (5)

Podwórkowa kapliczka, sierpień 1944. Fot. Tadeusz Bukowski / MHW. Zdjęcie pochodzące z broszury „Mieszkańcy Warszawy w czasie Powstania 1944″. http://www.dsh.waw.pl/pl/4_1870

…”Ktoś wystawił stolik, ktoś ustawił obraz Matki Boskiej”… W czasie okupacji samo wyjście na ulicę było niebezpieczne, a każdy kto żegnał, wychodzącego do pracy czy sklepu, bliskiego, liczył się z tym, że widzi go po raz ostatni. Gdy nie wracały do domu dzieci, mężowie, żony, matki, ojcowie, w obliczu godziny policyjnej, ulicznych łapanek i egzekucji, podczas bombardowań – bliscy wraz z sąsiadami gromadzili się wokół obrazu i modlili się. Z czasem prowizoryczne ustawienie obrazu zamieniali na figurę Matki Boskiej. W czasie Powstania Warszawskiego kapliczki pełniły funkcję kościołów. Na podwórka znoszono ciała martwych powstańców i modlono się. Odprawiano Msze Święte, organizowano ceremonie pogrzebowe. W późniejszych dniach powstania już na to nie było ani czasu ani możliwości. Zakopywano ciała jak popadło. Przy kapliczkach ludzie spowiadali się. W obliczu śmierci chcieli, być może ostatni, a być może pierwszy raz, pojednać się z Bogiem. Podwórkowe ołtarzyki były też częstym miejscem udzielania – tzw. ślubów powstańczych. Zadziwiający był fakt, że w sercu szalejącej śmierci i przemocy ludzie się kochali i przysięgali sobie być razem – “dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Takich ślubów było około pięciuset.

Jak wspominają te chwile ci, którzy przeżyli? …“Nastrój podczas tych uroczystości był podniosły ale i zarazem smutny. Jedni ginęli od razu po ślubie, drudzy za chwilę ale zdarzali się też tacy co przeżyli…” Jedna panna młoda, która ocalała wspomina, że największe wrażenie zrobiły na niej czerwone róże, które owego dnia dostała od kolegi. …“Ich widok, pośród ruin i śmierci był zadziwiający”… A najbardziej znane “małżeństwo powstańcze” – Państwo Biega – do dziś przechowuje z sentymentem kółeczka odcięte od firanek, które posłużyły im jako obrączki. Obecnie dzięwięćdziesięciolatkowie, mieszkają w Stanach Zjednoczonych i w miarę możliwości zdrowotnych odwiedzają Polskę w czasie obchodów rocznicy wybuchu powstania.

kapliczki (4)Gdy ustawały odgłosy bombardowań i ostrzału artylerii często okazywało się, że kapliczki były nielicznymi miejscami, które ocalały, a ci którzy się modlili przeżyli, podczas gdy cały dom został zniszczony – jak np.: dom przy ulicy Narbutta 52 czy Żurawiej. Niektóre ocalały nawet z trwającej trzy miesiące, akcji wypalania i wyburzania Warszawy(!).

Zachowana kapliczka na tle zburzonego domu przy ulicy Żurawiej. http://www.se.pl/wiadomosci/polska/warszawa/chca-odkryc-tajemnice-kapliczki-z-woli_388559.html

Nie trudno się dziwić zatem, że gdy po wojnie mieszkańcy wracali do Warszawy i pośród ruin odnajdywali nietkniętą figurę Matki Boskiej, czy obraz, otaczali je szczególnym sentymentem i kultem. Wtedy powstawały “bardziej zaawansowane formy architektoniczne”. Budowano podmurówkę, daszek, płotek. A zwyczaj wspólnych modlitw przetrwał także po wojnie mimo narzuconego systemu komunistycznego.

kapliczki (3)

A gdy mówimy o „cudownych ocaleniach kapliczek” nie sposób nie wspomnieć o budynku przy ulicy Marszałkowskiej 60. W piwnicy na suficie znajduje się wizerunek twarzy Jezusa Chrystusa. Autorem tego wyjątkowego dzieła jest znany artysta żydowski – profesor Perec Willenberg, który w czasie wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem – Karol Baltazar Pękosławski. Ażeby nie zdradzić się żydowskim akcentem – udawał niemowę.

Obraz Jezusa Chrystusa, w piwnicy domu przy ul. Marszałkowskiej 60.
Autor Perec Willenberg. Fot. J. Sielicka.

Podczas jednego z bombardowań zszedł z sąsiadami do piwnicy, zaczął mówić i węglem rysować Zbawiciela dodając napis: „Jezu, ufam Tobie”. Syn profesora – Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki i żołnierz Powstania Warszawskiego, wspomina: „Mieszkańcy wierzyli, że święta głowa Jezusa będzie ich chronić przed niebezpieczeństwem”. Dom ten jako jeden z kilku budynków przy ulicy Marszałkowskiej nie został nawet draśnięty przez pociski, uniknął wyburzenia i rozszabrowania, a dawni mieszkańcy wrócili do swoich mieszkań tuż po wojnie.

Ale – początek powstawania kapliczek to nie II wojna światowa. Zwyczaj ten pojawił się dużo wcześniej – już w czasie zaborów. Pierwsza kapliczka została zbudowana w XVIII wieku w czasie „Rzezi Pragi” – 1794, kolejne w czasie Powstania Listopadowego – 1830-31.

Obecnie najwięcej z nich – około 100 – znajduje się po prawej stronie Wisły. To dlatego, że Praga nie została wyburzona. Ale zagłębiając się w podwórka lewobrzeżnej Warszawy też znajdziemy cenne okazy.

kapliczki (2)A kto dba o te wyjątkowe zabytki?
Niestety – kapliczki powstawały w atmosferze zagrożenia i ta atmosfera im towarzyszy również dzisiaj. W świetle prawa – nie istnieją. O ile władze komunistyczne „przymykały oko” na to zjawisko, to nowi właściciele przejmujący i odrestauro-wujący kamienice nie zawsze są nimi zainteresowani. Zdarzają się piękne przykłady pozostawienia figury na tle odnowionej kamienicy, ale zdarzają się też przypadki, gdy kapliczki się
po prostu wyburza.

Figura w podwórku zrewitalizowanej kamienicy przy ul. Ząbkowskiej 5. Fot. Anna Dobrzyńska

Opiekę nad nimi sprawują mieszkańcy, zwykle potomkowie powstańców lub po prostu ludzie wrażliwi, artyści. Podejmują próby wpisania ich na listę zabytków, lecz konserwatorzy nie są temu przychylni, a prawni właściciele – gminy – umywają ręce.

kapliczki (1)

Kapliczka przy ul. Ząbkowskiej 11 oraz przy ul. Brzeskiej 9. Fot. Anna Dobrzyńska

…Pozostaje jedynie zapalić światełka, pomalować farbą, ustawić kwiatki i – ufać – że skoro tyle przetrwały – przetrwają.

Pomnik Kościuszkowców – cz.3

Anna Dobrzyńska

Prawy brzeg ostatnią deską ratunku…

Krążyły łodzie wysyłane przez gen. Berlinga dla ratowania tych, dla których ratunku już nie było, lecz było ich za mało i pływały za rzadko. Łącznie udało się przetransportować 293 żołnierzy. Wobec ciągłych meldunków o opóźnieniu łodzi, żołnierze podejmowali próby przedostania się na prawy brzeg na własną rękę. Niektórzy próbowali się ratować przechodząc przez przęsła wysadzonego mostu Poniatowskiego. „Nieprzytomnymi oczami łapiemy zarysy żelaza, bezsilnymi rękami chwytamy się jego zimnych krawędzi i brniemy dalej… naprzód! W głowie się kręci, szumi, dzwoni”– wspomina Stanisław Lechmirowicz “Czart” z batalionu “Zośka”. Inni podejmowali próby przepłynięcia Wisły wpław. Chwytano wszystko. Deski, drzwi, baniaki – byle sobie wspomóc przeprawę. Dla niektórych i tego zabrakło – płynęli skazani jedynie na własne siły. Jednakże byli mocno wycieńczeni, głodni, bez snu… prąd mocny a Wisła szeroka… Nielicznym się to udało.

Jednym z nich był Tadeusz Targoński, który tak wspomina moment zanim zaczął płynąć:

Gdy po raz ostatni obejrzałem się na dopalający się Czerniaków, jakoś tak same łzy jak groch potoczyły się po policzkach – może od snującego się dymu, a może od tych przelatujących myśli, że wszystkie nasze ofiary i całe tak ogromne poświęcenie poszły na marne.

kosciuszkowcy1b

Tadeusz Targoński po lewej w stopniu ppor., maj 1945, po prawej – w stopniu płk.dypl. w st. spocz., na tle sztandaru 3 DP, w siedzibie Ogólnopolskiego Klubu Kombatanckiego 3 Pomorskiej Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta w Warszawie – 26.03.2004 r.( zdj. Sz. Nowak) http://szymonnowak.historia.org.pl/2015/10/15/zolnierze-przyczolka-czerniakowskiego-cz-1-tadeusz-targonski/

Wielka polityka…

Polscy żołnierze od początku czuli coś podejrzanego. Przecież widzieli bierność Rosjan. Widzieli ogrom rosyjskiego wsparcia, które nie zostało użyte. Oburzeni byli, że pomoc to tylko Czerniaków. Wiedzieli, że można zrobić więcej. Akcja czerniakowska była po to aby sfabrykować dowód, że nie było możliwości wsparcia Warszawy. Stanowiła alibi – dla którego umyślnie posłano ludzi na śmierć – mówi Władysław Tykociński na antenie Radia Wolna Europa. 

kosciuszkowcy2bTo samo miejsce – 40 lat później…

Dokładnie 17 stycznia 1985 r., w rocznicę wyzwolenia Warszawy, władze ludowe dokonały uroczystego odsłonięcia pomnika. Pomnik powstał z inicjatywy Związku Kombatantów Wojska Polskiego i Klubu Kościuszkowca. Przewodniczącym społecznego komitetu budowy był Włodzimierz Sokorski. Akt erekcyjny wbudowano 7 października 1983 roku w rocznicę w powstania Ludowego Wojska Polskiego. Rzeźba została wykonana z 300 elementów w Zakładach Mechanicznych im. Marcelego Nowotki. Waży 48 ton i mierzy 16 metrów. Pomnik miał być ustawiony w 1980 roku lecz plany pokrzyżował zryw „Solidarności” i stan wojenny. Projekt został wybrany spośród 30 prac nadesłanych na konkurs pt.: ”ale najpiękniejszy jest naszej Wisły brzeg”.

Odsłonięcie pomnika. Fot. Chris Niedenthal. Album 1973 Wybrane Fotografie.

Pomnik jest przez warszawiaków zwany żartobliwie – „pięć piw proszę” lub „Obserwatorów Powstania Warszawskiego”.

Pomniki (2)

Anna Dobrzyńska

POMNIK KOŚCIUSZKOWCÓW – cz.2

PRAWY BRZEG…

Po roku od wyruszenia na front z nad Oki, przemierzeniu ponad półtora tysiąca kilometrów, dwudniowym starciu z Niemcami pod Lenino i licznych starciach o mniejszym zasięgu, ci którzy przeżyli, dotarli do Warszawy na prawy brzeg Wisły. Po drugiej stronie rzeki zobaczyli walczące miasto w płomieniach.

kosciuszkowcy 1a

Wyzwolenie Pragi przez wojska polskie i radzieckie we wrześniu 1944
Wikimedia Commons

Żołnierze byli mocno zdezorientowani tym, co się działo. I o ile zwykle byli informowani przez oficerów, poinstruowanych przez sztaby, o bieżącej sytuacji, tym razem było – milczenie. „Góra była zażenowana, zakłopotana, nie wiedzieli jak reagować” – wspomina Władysław Tykociński, wówczas podporucznik Armii Berlinga.

W końcu zaczęto urządzać pogadanki. Mówiono o „polskich powstaniach narodowych wzniecanych przez siły dążące do przemian społecznych przy oporze hamujących grup wstecznych” – mało konkretnie jednym słowem. Tak też przedstawiano Powstanie Warszawskie. Podkreślano natomiast bardzo mocno i wyraźnie, że „jedyną siłą przeciwną Niemcom jest Armia Ludowa, bo Armię Krajową interesują tylko rozgrywki polityczne”. Polacy nie dowierzali tej dwulicowości propagandy, ale wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, jak potężna będzie ona w skutkach.   Polacy rwali się do walki lecz… nie było rozkazu.

PRZEPRAWA PRZEZ WISŁĘ…

W końcu padł rozkaz przeprawy przez Wisłę. Od 16 do 19 września, w ramach 4 nocnych akcji, przez rzekę przeprawiało się łącznie – 1873 żołnierzy /3 DP przy wsparciu artylerii i 2 Pułku Nocnych Bom­bowców „Kraków”/.
Dla Niemców strategicznym punktem było zatrzymanie przeprawy przez Wisłę gdyż bali się rosyjskiej potęgi stojącej na drugim brzegu – jak historia pokazuje, zupełnie niesłusznie. Przy trzeciej przeprawie oświetlali już Wisłę i jej prawy brzeg, wobec czego generał Berling rozkazał użyć zasłony dymnej. 

kosciuszkowcy 2a

Forsowanie przeszkody wodnej.
http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/powstanie/przyczolek.html

„Po chwili wiosła poszły w ruch i popłynęliśmy, nic przed sobą nie widząc, bo Wisła była zadymiona. Ponton co pewien czas wchodził na mieliznę i wtedy wskakiwaliśmy do wody, by go przeciągnąć. Wszystko to odbywało się pod silnym ogniem niemieckiej broni maszynowej, moździerzy i artylerii. Niemcy widząc zadymiony odcinek, byli pewni, że coś się tam dzieje, i pokryli go silnym ogniem. W wyniku tego ognia już przy wsiadaniu były straty. Został zabity szef kompanii” – opowiada Adam Czyżkowski, który był w jednym z pontonów.

Żołnierze polscy z niepokojem i zdumieniem przypatrywali się Armii Czerwonej. „Myśleliśmy, że otrzymamy pełne wsparcie ze strony Rosjan (…) ale artyleria tylko czasem się odzywała, jakby dla demonstracji, a nad miastem tylko czasem się pojawiały kukuruźniki do zrzutów, to robiło przygnębiające wrażenie” – wspomina weteran Tykociński.

NA LEWYM BRZEGU…

Tych, którym udało się przeprawić – przywitało piekło. „Berlingowcy” w dużej mierze byli Kresowiakami. Nie brakowało im odwagi i woli walki, ale nie potrafili walczyć w zabudowanym terenie miasta, którego wcześniej nigdy nie widzieli. Ginęli jeden po drugim, nie pojedynczy żołnierze, ale całe drużyny.  “Nasi z nawyku próbują na zajętych pozycjach okopywać się, a tu wszędzie bruk i asfalt. Powstańcy śmieją się i dziwują, że nie umiemy walczyć w mieście tak jak oni. (…) Chłopcy ze Wschodu gubią się w zajętych domostwach i nie potrafią się sprawnie po nich poruszać. Początkowo miotają się to tu, to tam w panicznym podnieceniu, gdyż wróg jest wszędzie, a tu trudno trafić tam, gdzie trzeba. Plątanina pokoi, klatek schodowych, piwnic i strychów oraz różnych dobudówek i nadbudówek stanowi nowość dla ludzi przywykłych walczyć zgodnie z regulaminami wojskowymi na otwartej przestrzeni” – wspomina Tadeusz Targoński, żołnierz 3 batalionu 9 pp.

Nadzieja wstąpiła w żołnierzy, gdy niebo pokryło się amerykańskimi samolotami. Przez blisko pół godziny nad Czerniakowem przelatywało 107 B-17 zwanych „Latającymi Fortecami”. Myślano, że to długo oczekiwanie wsparcie „Polskiej Brygady Spadochronowej” – ale – to były zrzuty żywności, które nie po raz pierwszy spadły na tereny zajęte przez Niemców… Znów nadzieja zgasła.

kosciuszkowcy 3a

„Berlingowcy” w niewoli
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/09/15/na-pomoc-powstanczej-warszawie-desant-berlingowcow/

Ci, którzy nie zostali zabici od razu, dostawali się do niewoli. Jednych rozstrzeliwali SS-mani, drudzy, którzy mieli więcej szczęścia, zachowali należny im statut – jeńca. Były próby przebicia się do Śródmieścia, w większości skazane na porażkę, wobec czego jedyną szansą dla żołnierzy było wycofanie się z powrotem na prawy brzeg.

c.d.n.

Pomniki

Anna Dobrzyńska

POMNIK KOŚCIUSZKOWCÓW – cz.1

pomnik-k-1Wyrywa się z kamienia lecz kamień mocno trzyma. Wola, trud i wysiłek – to za mało by ruszyć z miejsca, by znaleźć się tam gdzie sięga wzrok, by pomóc walczącym współbraciom.

Pomnik Kościuszkowców.
Fot. Anna Dobrzyńska

Tak metaforycznie Andrzej Kasten przedstawił żołnierzy 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którzy mimo chęci i prób wspomożenia, wykrwawiającej się już wówczas powstańczej Warszawy, nie zdołali pomóc.

Jak rzeczywiście wyglądało niesienie pomocy? W jakich okolicznościach powstawała armia? I kim byli ci, których przedstawia, odlany w brązie pomnik? 

„…SZUMI, SZUMI OKA, JAK WISŁA SZEROKA…”

…Potomkowie zesłańców syberyjskich, wysiedleńcy 1940 roku, więźniowie gułagów – to Polacy, zamieszkujący teren Związku Radzieckiego. Gdy w 1943 roku Stalin zadecydował, że Polska będzie formalnie – „niepodległym” – państwem a nie słynną „siedemnastą republiką”, zapadła również decyzja o stworzeniu armii polskiej. Ci, którzy ze wspomnianej grupy nie zostali zrekrutowani dwa lata wcześniej do Armii gen. Andersa, zasilili szeregi nowotworzonej armii, na czele której stanął gen. Berling. Formowanie Dywizji odbywało się na terenie obozu wojskowego w Sielcach nad Oką. 

PROPAGANDA

Pierwsza Dywizja miała również szczególną misję do spełnienia. Była to misja polityczna. Wraz z wkraczającą do Polski armią rosyjską miały wejść polskie oddziały, głoszące braterstwo z sowietami i stanowiące zalążek pierwszych władz komunistycznych. Z kadr Pierwszej Dywizji stworzono przecież władze lubelskie. Armia polityczna musiała mieć zatem pozory armii polskiej. Już od samego początku zatem formującej się armii towarzyszyła propaganda. Mówiło się o wyzwoleniu Polski spod hitlerowskiego jarzma, ale kwestie ustrojowe, granic, własności i relacji polsko-radzieckich już traktowano ogólnikowo lub zbywano milczeniem. Ponadto, ażeby przekonać Polaków, że armia jest ponadpartyjna, a jej jedynym celem jest – wolna Polska, odwoływano się do haseł patriotycznych i polskich symboli narodowych. I tak żołnierze nosili polskie mundury z orzełkami na guzikach, obowiązywały spolszczone regulaminy walki, a radzieccy przełożeni wydawali komendy w języku polskim. Stalin osobiście był zaangażowany w tworzenie takiego właśnie charakteru wojska. Kiedy Berling zameldował Stalinowi o stanie tworzonej armii, ten zapytał: „czy macie księdza?” Po chwili konsternacji i pytaniu – „a po co?” – Stalin stanowczo stwierdził: „polska armia zawsze miała kapelanów i jeżeli ich nie będzie w nowotworzonym wojsku, nikt z Polaków nie uwierzy, że to wojsko polskie”. 

AKCJA „ZORGANIZOWANIA” KSIĘDZA

W ciągu kilku dni przyszła odpowiedź od Pantelejmona Ponomarienki – pierwszego sekretarza KC Komunistycznej Partii Białorusi, że wśród partyzantów jest także polski, katolicki ksiądz. Najbliższej nocy został wysłany samolot z oficerami NKWD, którzy mieli przywieźć księdza. A że na podmokłych łąkach samolot nie mógł wylądować, musiano skorzystać z lotniska odległego o 200 km. Ksiądz w eskorcie 15 partyzantów, którzy „głową odpowiadali za jego życie”, przemierzał tę odległość pieszo po terenie okupowanym przez Niemców. W końcu po kilku dniach i nocach marszu bezpiecznie dotarł do samolotu a następnie do Moskwy i do Sielc. Szaty i naczynia liturgiczne zostały na prędce uszyte a także dostarczone z Muzeum Ateizmu… I w ten sposób ksiądz Franciszek Kubsz został kapelanem Armii gen. Berlinga. 

pomnik-k-1 (3)

Ks. Franciszek Kubsz w otoczeniu żołnierzy 1 Dywizji
http://www.kosciuszkowcy.info.pl

ROZBUDZANIE UCZUĆ PATRIOTYCZNYCH 

Zaprzysiężenie armii miało miejsce w rocznicę bitwy pod Grunwaldem – 15 lipca. Uroczystość miała polską oprawę i podniosły charakter, co chwyciło za serca Polaków. Na obszernej polanie, przed kaplicą zgromadziła się cała Dywizja. Podczas odprawianej Mszy św. śpiewano polskie pieśni patriotyczne przy akompaniamencie dobrze wyćwiczonej orkiestry dętej. 

pomnik-k-1 (2)

Zaprzysiężenie 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki 15 lipca 1943 roku.
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/tag/sielce-nad-oka

Za wystrój kaplicy, przerobionej z dawnego domku letniskowego, odpowiadali dwaj artyści rosyjscy: Tober i Puzerwski oraz polski inżynier Józef Sigalin – późniejszy szef Biura Odbudowy Stolicy. W centralnej części ołtarza znajdował się obraz Matki Boskiej na tle Orła Białego, po prawej – scena martyrologii narodu, po lewej – wizja wskrzeszenia Polski /grób pod strażą żołnierzy, sztandar narodowy i unoszący się nad grobem Zmartwychwstały Chrystus./  
„…Wszystko to sprawiło, że żołnierze szlochali…”

W takim klimacie żołnierze powtórzyli słowa przysięgi zobowiązującej m.in. do “dochowania wierności sojuszniczej Związkowi Radzieckiemu i dochowania braterstwa broni sojuszniczej Czerwonej Armii”.

Dodatkowym „elementem patriotycznym” były huczne obchody 150 rocznicy Insurekcji Kościuszkowskiej i nadania Dywizji właśnie takiego imienia. 

GŁÓD, STRACH, ZESŁANIE… 

A jak wspominają służbę w armii Berlinga żołnierze polscy?

Propaganda działała mocno lecz – „Wystarczyło jednak zobaczyć tych żołnierzy, żeby zrozumieć jakie żywili naprawdę uczucia wobec sowietów. (…) Do armii gen. Berlinga zgłaszali się ludzie obdarci i wynędzniali. Ich droga wiodła przez niezliczone łagry, więzienia, posiołki. Przychodzili z piętnem cierpienia na twarzy, pełni niepokoju i lęku o to, co powie komisja wojskowa. Czy nie odeśle ich z powrotem? Znowu do łagrów? (…) Przychodzili głodni, spragnieni ciepłej strawy z żołnierskiego kotła. I nade wszystko pragnienie nasycenia tego głodu, który walił z nóg i zaciągał mgłą oczy. (…) To było decydujące. Pragnienie wydostania się z tego przeklętego kraju. Wszystko jedno czy żywym czy umarłym”– wspominała na antenie Radia Wolna Europa Irena Born, żołnierz 1. Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Berlinga. 

pomnik-k-1 (1)Formowanie 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/05/07/formowanie-1-dywizji-kosciuszkowskiej/

ciąg dalszy nastąpi

Varsaviana Ani Dobrzyńskiej

Anna Dobrzyńska

Do stolicy – pod górkę

To że Warszawa w XVII wieku zaczęła pełnić funkcję stolicy – powszechnie wiadomo. Stało się tak za sprawą Zygmunta III Wazy, który po pożarze Wawelu potrzebował nowej siedziby a także z powodu sejmów polsko-litewskich, dla których najlepszą siedzibą okazał się warszawski Zamek Książąt Mazowieckich – usytuowany w połowie drogi między Krakowem a Wilnem.

A jak było ze stołecznością Warszawy? Przypatrzmy się dokładniej.

Otóż król Zygmunt III Waza, któremu to warszawiacy zawdzięczają ustołecznienie ich miasta, nie był wcale pierwszym władcą rezydującym na Zamku. Czynili tak już wcześniej Zygmunt August i Stefan Batory, sprowadzając się czasowo do Warszawy w trakcie prowadzenia wojny z Rosją. Zygmunt III Waza do Warszawy nie przeniósł się od razu, zaraz po pożarze na Wawelu. Musiał czekać aż 16 lat, do 1611 roku gdyż Zamek Książąt Mazowieckich (obecnie Zamek Królewski), był właśnie w trakcie gruntownej przebudowy – projekt zakładał barokową bryłę z pięciokątnym dziedzińcem wewnętrznym i trzema bramami, usytuowanymi na osiach prostopadłych. Tak zmodernizowany Zamek jak i całe jego otoczenie musiało robić na warszawiakach duże wrażenie, bo tak pisał o Warszawie Adam Jarzębski, autor pierwszego przewodnika po mieście, z 1643 roku.

Panie, gdym wszedł właśnie w Rynek,
Pięknym widział tam budynek,
(…)Barzo kamienice śliczne,
W Rynku, także i uliczne,
Błyszczą się od złota prawie,
Nie masz takich w Czersku, Rawie.

A jakie wrażenie robiła Warszawa na przyjezdnych?

Jeśli oprzemy się na XVIII-wiecznej Encyklopedii Diderota – to raczej nie najlepsze. Znajdziemy tam taki opis:

To zwykła dziura, zamieszkana przez kupców i rzemieślników.
Choć jest stolicą nie posiada nawet kurii biskupiej.

stolica1

Bellotto Canaletto.
Plac zamkowy, po prawej stronie – kamienica Johna.

Ale nawet po wstępnym zakończeniu budowy i przeprowadzce króla nie wszystkie urzędy państwowe przeniosły się do Warszawy. I tak – Trybunały Koronne miały nadal siedziby w Lublinie, Piotrkowie i Łucku (Wołyń), Trybunał Skarbowy pozostał w Radomiu, a Skarb Koronny i urząd Prymasa – w Krakowie. Główny kościół, do którego uczęszczali na Msze święte królowie, czyli dzisiejsza bazylika archikatedralna, doczekała się tego awansu dopiero w 1798 roku. Do tego czasu pozostawała tylko kolegiatą.

Kolejnym utrudnieniem, z którym Warszawa musiała się zmierzyć na swojej drodze do stołeczności, były „jurydyki”, a więc prywatne miasteczka należące do króla, magnaterii lub duchowieństwa. Warszawa w prawidłowym tego słowa znaczeniu była jedną z jurydyk, obejmującą obecne Stare Miasto i była „oblepiona” pozostałymi miasteczkami, których było około 20. Każda z jurydyk rządziła się samodzielnie a władza państwowa w zakresie porządku i bezpieczeństwa ograniczała się do przestrzeni – a dokładniej mili – od aktualnego miejsca zamieszkania króla. To znacznie utrudniało rozwój Warszawy jako miasta stołecznego i odróżniało ją od innych stolic europejskich. Jeżeli jeszcze zważymy na fakt, iż królowie lubili zmieniać swoje siedziby… mamy do czynienia z miastem gdzie prawo zmienia się w zależności od tego gdzie król się budzi i gdzie zasypia… A gdzie zatem budzili się i zasypiali owi monarchowie? Rezydowali we wspomnianym już Zamku Królewskim, w Wilanowie, w Pałacu Saskim i Łazienkach Królewskich.

stolica2

Bellotto Canaletto. Elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1764 roku na Woli

W kwestii ceremonii państwowych Warszawa również odbiegała od innych stolic, gdyż większość kluczowych dla państwa uroczystości miała miejsce w Krakowie. W Warszawie odbywały się co prawda wszystkie wolne elekcje, lecz koronacje, dużo ważniejsze rangą, przeprowadzane były Wawelu. Wyjątek stanowiły cztery koronacje, królów: Stanisława Leszczyńskiego (1705 rok) i Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764 rok) a także żon królewskich: Cecylii Renaty – żony Władysława IV Wazy (1637 rok) i Eleonory Marii Habsburg – żony Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1670 rok). Miała miejsce też piąta koronacja, niechlubna dla państwa polskiego, pewnie z tego powodu często pomijana w opracowaniach, koronacja cara Mikołaja I Romanowa (1829).

Car Mikołaj choć był zaborcą i co do tego nikt nie ma wątpliwości, równocześnie przysłużył się stołeczności Warszawy, nadając jej oficjalną rangę stolicy, w aktach prawnych Konstytucji z 1815 roku! Jednakże wybuch powstania listopadowego i detronizacja cara z pozycji króla Polski, zaowocowała odebraniem Królestwu Polskiemu Konstytucji a zatem Warszawa znów oficjalnie stolicą nie była…

Dopiero w niepodległej Polsce – doczekała się tego tytułu.

Cóż… początki bywają trudne.

I kolejne majowe rocznice

Anna Dobrzyńska

„TO BYŁ MAJ…”

Ewa poprosiła mnie o napisanie tekstu – takiego żeby były w nim moje rysunki. Z przyjemnością, zwłaszcza, że ostatnio mieliśmy trochę wolnych dni majowych, czas na relaks, spotkania z przyjaciółmi i oddanie się swoim pasjom – a zatem rysunków u mnie przybyło :-). Oczywiście „długi weekend” to ważne święta i warto o tym pomyśleć, kiedy tak sobie patrzymy w błękit nieba i opalamy się w promykach wiosennego słońca.

maj ania D

Rys. Anna Dobrzyńska

Nie ma już hucznych pochodów 1 majowych, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, pielęgniarki – w zależności od miasta, nie ma już tłumów machajacych kwiatami z krepiny, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na plastyce… /robiłam/, nie ma tych wszystkich zadowolonych ludzi, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba…

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: „Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa”; „Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła”;”Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!” – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka.

Jako, że w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się flagi robotnicze. Były całe czerwone i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to jakieś sztuczne tworzywo nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wmontowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią :-). Ok – trochę to niemoralne, zgadzam się ale… takie czasy. „Socjalizm jak wiadomo to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż wymyślono, jakie cztery czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. To w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima” – obrazował tą sytuację popularny dowcip. Socjalizmu nie ma – ale święto pozostało. I słusznie – no bo jak tu zrezygnować z długiego weekendu, a poza tym w demokracji też się pracuje; praca to praca – świętować zawsze warto.

maj ania D (4)

Rys. Anna Dobrzyńska

2 maja – święto flagi państwowej. Oczywiście – flagę państwową należy czcić a skoro i tak już wisi na budynkach między 1 a 3 maja to od 2004 roku – robi to oficjalnie i w ramach państwowego święta.

A jak już wspomniałam o związku flagi z poduszką warto przytoczyć tu historię z pierwszych dni Powstania Warszawskiego, kiedy to Polacy zwyciężali i nagle na wielu budynkach odebranych Niemcom pojawiły się biało-czerwone polskie flagi. Jak to się stało, że raptem, w ferworze walki, Polacy mieli tyle flag, co przecież przez pięć lat okupacji było zabronione? Ano właśnie na prędce szyto je z prześcieradeł i – poduszek, a potem zawisały na kijach od szczotki, miotły, grabi… Opowieść tę mam z pierwszej ręki od jeszcze żyjącego Powstańca Warszawskiego… Historia lubi się powtrzać, dlatego warto się jej uczyć i wyciągać wnioski :-).

maj ania D (3)

Rys. Anna Dobrzyńska

No i 3 maja – święto Konstytucji 1791 roku – I Konstytucji w Europie i II na świecie. Jest się więc czym chwalić i co świętować. Przy tej okazji warto wspomnieć o drugim dokumencie, który był równie pionierski w Europie – Konfederacji Warszawskiej z 1573 roku, który zakładał swobodę wyznaniową i pokój między wszystkimi różniącymi się w wierze, a także równouprawnienie innowierców z katolikami i jednakową opiekę państwa. Dokument uważany jest za początek gwarantowanej prawnie tolerancji religijnej, którą dziś zapewnia uchwalona w 1948 roku – Deklaracja Praw Człowieka. A w Rzeczpospolitej to było już w XVI wieku (!) – i czy to nie jest powód do dumy J? W 2003 roku tekst Konfederacji Warszawskiej został wpisany na listę UNESCO Pamięć Świata. Obydwa te historyczne dokumenty zostały uchwalone na Zamku Królewskim.

A tak przy okazji – kto myślał, że na obrazie Jana Matejki, wnoszony do Katedry i trzymający triumfalnie dokument Konstytucji to król Stanisław August Poniatowski? Z pewnością nikt :-). Ale nawet gdyby ktoś tak pomyślał – nie ma się czego wstydzić, bo wielu ludzi tak uważa, podczas gdy to jest Stanisław Małachowski – marszałek sejmu, a król idzie wcześniej, w czerwonym płaszczu.

W 2014 roku mieliśmy wyjątkową możliwość, aby poczuć wszelkimi zmysłami klimat tego obrazu, gdyż za sprawą grup rekonstrukcyjnych obraz ożył właśnie w dniu 3 maja.

maj ania D (2)

Wydarzenie odbyło się pod patronatem Kancelarii Prezydenta RP – Bronisława Komorowskiego, który wraz z Małżonką obejrzał inscenizację.

Obecnie propozycja miasta przygotowana na świąteczne dni jest bardzo bogata, można np. uczestniczyć w otwarciu sezonu Multimedialnego w Parku Fontann na Podzamczu, obejrzeć widowiska związane z warszawską syrenką, popływać kajakiem po Wiśle czy wziąć udział w rozgrywkach rowerowych – European Cycling Challenge lub wystartować w biegu Konstytucji 3 maja… Chyba najpopularniejsze są jednak wyjazdy za miasto i rekreacja na świeżym powietrzu. Co kto lubi. Ja na przykład lubię rysować – a jeżeli mam możliwość realizowania tego w słoneczny, majowy dzień wśród kwitnących i pachnących kwiatów – pełnia szczęścia :-).

maj ania D (1)

Pałac na Marymoncie po śmierci króla

marymontpalac1Co działo się z Pałacem królowej Marysieńki na warszawskim Marymoncie po śmierci Jana III Sobieskiego? Kto w nim mieszkał? Kto go niszczył a kto rozbudowywał?

Jerzy Siemiginowski-Eleuter, Jan III Sobieski pod Wiedniem (Wikimedia Commons)

Anna Dobrzyńska

PO ŚMIERCI KRÓLA…

Przez jakiś czas po śmierci męża, królowa Marysieńka korzystała z pałacu, dopóki nie wyjechała do Włoch. Po jej śmierci pałac odziedziczył królewicz Konstanty – najmłodsze dziecko królewskiej pary, z tych które dożyły dorosłości. Królewicz, który przeszedł do historii jako „utracjusz”, nie przyczynił się do rozkwitu posiadłości, pałac popadł w zapomnienie.

ZA SASÓW…

Następnie pałac został odkupiony przez Augusta II i kolejno przejęty przez jego syna Augusta III. To były dobre czasy dla Marymontu. Rezydencja uległa gruntownej przebudowie, założono ogród ozdobny, duży zwierzyniec, winnice, zbudowano pawilony dla polujących na wilki, pojawiły się domki dla łowczych, organizowano doroczne winobrania oraz występy trup aktorskich.

marymontpalac (2)Waldemar Świerzy „Nowy poczet władców Polski” – Ojciec i syn – August II Mocny i August III Sas

Zarówno ojciec jak i syn organizowali tu przyjęcia i polowania. August II organizował polowania z ogromnym rozmachem. W 100 rocznicę bodaj największego z nich „Kurier Warszawski” napisał, że do lasu wpuszczono wówczas ogromną ilość zwierząt: 4 żubry, 3 niedźwiedzie, 44 jelenie, 200 saren, 80 dzików odyńców, które następnie przez 2-3 dni wybijano. Brało w tym udział łącznie – około  4900 osób: panów, paniczów, strzelców i chłopów naganiających zwierzynę.
Ale syn miał jeszcze większą fantazję łowiecką. Za czasów Augusta III bowiem, już nie tylko wpuszczano do lasu zwierzynę, ale naprędce posadzono dorodny las! Stało się to za sprawą księcia Hieronima Radziwiłła. Drzewa posadzono na terenie rozciągającym się od Lasu Bielańskiego do Marymontu.  Zaangażowano do tego celu tysiące ludzi i wpuszczono: dziki, wilki, łosie, żubry i niedźwiedzie – łącznie 600 sztuk. W polowaniu udział wzięło 300 strzelców i tyle samo sfor ogarów. Po dwóch dniach polowania odbyła się uczta, na której wypito – 300 beczek węgrzyna. Cała impreza kosztowała Radziwiłła – ponad milion złotych…. Za panowania Sasów, pałac został przebudowany na willę myśliwską.

Ale Marymont słynął nie tylko z łowów. Znany był również jako miejsce pojedynków. Tu przyjeżdżali panowie, by w honorowy sposób rozwiązać swoje konflikty, a publika często towarzyszyła takim wydarzeniom. Dlatego też Marymont nazywany był „krwawym”. Między innymi zginął tu Adam Tarło – wojewoda lubelski. Walczył z Kazimierzem Poniatowskim i prawdopodobnie dobity został przez sługę Czartoryskich.

SASCY DZIERŻAWCY…

Wraz ze śmiercią Augusta III skończyły się, dla Marymontu czasy, gdy zamieszkiwały go „koronowane głowy”. Zgodnie z obowiązującym prawem pałac przeszedł na własność elektorów saskich, a ci oddali go w dzierżawę. Nowymi użytkownikami stali się kolejno: poseł angielski –Wrought i marszałek koronny – Franciszek Rzewuski. Sascy najemcy o pałac dbali. Pierwszy – uporządkował posesję oraz wybudował amfiteatr widokowy, udostępnił całość dla publiczności. To sprawiło, że Marymont stał się idealnym miejscem na letniskowe wypady. Drugi zaś najemca – idąc w ślad za Sasami – rozwinął tu tradycje myśliwskie. Organizował polowania, dobudował stajnie, zasadził szpaler krzewów. Ogród i park połączył i ogrodził. W ten sposób teren został – zamknięty – dla osób postronnych… Skończyła się na Marymoncie sielanka dla ludu…

OD INSUREKCJI KOŚCIUSZKOWSKIEJ DO NIEPODLEGŁEJ POLSKI…

Sielanka się skończyła tym bardziej, że wybuchała Insurekcja Kościuszkowska. Na szczęście pałac wyszedł ze starcia z wojskiem pruskim obronną ręką, czego nie można powiedzieć o większości pozostałych budowli na Marymoncie, które zostały doszczętnie spalone. Pałacyk ocalał ale został sprzedany rządowi pruskiemu – w 1796 roku.

Dalsze losy Marymontu były burzliwe jak i losy Polski. Utworzono tu kolejno: Szkołę Agronomiczną, koszary wojsk carskich, schronisko dla nieuleczalnie chorych im. Św. Józefa oraz – po odzyskaniu niepodległości – koszary wojska polskiego w dawnym budynku Szkoły Agronomicznej, a w pałacu, który w tym czasie wydawnictwa II RP opisywały jako pozbawiony prawie zupełnie cech zabytkowych – urządzono kaplicę, którą opiekowało się duszpasterstwo wojskowe.

PRZEBUDOWA…

marymontpalac3

Kapelanem stacjonujących tu żołnierzy był bł. ks. Michał Sopoćko. Dzięki jego staraniom dokonano przebudowy budynku, który rezydujący tu wcześniej żołnierze rosyjscy zamienili w ruinę. Budynek został przebudowany, według projektu ppłk. Henrycha, w stylu eklektycznym, z klasycystycznym tympanonem i barokową attyką.

Kaplica podczas rozbudowy, 1924 rok.

Warto wiedzieć, że ów kapelan był spowiednikiem i duchowym przewodnikiem św. Siostry Faustyny – mistyczki, znanej na całym świecie, która spisała doznane objawienia Jezusa w „Dzienniczku”- przetłumaczonym obecnie na wiele języków. Relikwie błogosławionego kapelana znajdują się w kościele, jak i, od XVIII wieku, relikwie św. Cecylii.

OBECNIE…

Kaplica, odbudowana ze zniszczeń II wojny światowej, pełni do dziś swoje funkcje. Obecnie związani są z nią księża Marianie.  I tu historia zatoczyła w pewnym sensie koło… Gdyż pierwszy właściciel i „budowniczy” pałacu na Marymoncie – Jan III Sobieski był z Marianami bardzo ściśle związany. Bł. O. Stanisław Papczyński – założyciel zgromadzenia był, według świadków, spowiednikiem króla. Właśnie jemu Jan III Sobieski polecał zawierzenie Maryi losów Polski, przed bitwą pod Chocimiem. A po zwycięstwie, już jako król, wsparł tworzący się  Instytut Marianów i nadał mu wiele królewskich przywilejów.

marymontpalac (4)Kościół parafialny pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski, przekształcony z pałacu królowej Marysieńki. Ul. Gdańska 6a,  2016. Fot. Anna Dobrzyńska