Ten sam maj, inne wiersze

Andrzej Rejman

Maj 2016

telewizji nie mogę oglądać już… za dużo wszystkiego…
czytać gazety? po co…
lepiej spojrzeć na przepływające chmury…
i na księżyc nocą – gdy już chmury przepłyną i niebo czyste

chmury_22_maja_16

(Na moje życzenie Autor wczoraj zrobił zdjęcie chmur – bo uważam, że robi ładne zdjącia chmur)

A może sięgnąć do tego, co inni przeżyli…

Posłuchajcie czytając.


Salina Baniewicz

(matka Antoniego Baniewicza ps. “Wilczyński”, Powstańca Warszawy 1944)

ZA PRĘDKO…

Znowu zakwitły drzewa obficie,
W powietrzu unosi sie zapach bzu
I chociaż wszędzie pulsuje życie –
Spokojny smutek rozlany jest tu.

Tu nieszczęśliwe, samotne matki
Nie słyszą wiwatów, okrzyków, braw;
Tutaj na grobach bawią sie bratki
Wśród szmaragdowych pachnących traw.

Wonna konwalia w ukryciu rosnie
Perłowe dzwoneczki chowając w cień,
Który je chłodem pieści zazdrośnie
W pogodny, ciepły, wiosenny dzien.

Słońce przesiewa złote promienie
Przez młodą zieleń wysokich drzew…
I budzi sie nagle tęskne wspomnienie.
Jak kiedys gdzieś dawno słyszany śpiew.

Powaga śmierci w ciszę się wtłacza;
Wzrok wbity w ziemie, nie siega w dal;
Świadomość – bolesne zmczenie otacza;
Z napisów na płytach wyziera żal.

Unicestwiając śmierc wszystkich jednoczy –
biednych, bogatych, dobrych i złych…
Piasek zalepił ich martwe oczy
I głos ich smiały na zawsze ścichł.

Tuz obok starca – młodzieniec leży;
Zdawałoby się, że nie ma tu klas…
Lecz oto szeregi mogił żołnierzy –
za prędko je zniszczył bezwzględny czas.

Czyż w naszych sercach nic nie zostało
Dla tych, co ginęli we własnej krwi?
Na polu bitew męstwo konało,
By dziś mogły dla nas zakwitnąć bzy…

1951

PAJĘCZYNA

W gasnącym świetle wczorajszych dni
Umiera przeszłość skrwawiona…
Zwisa nad oknem pajęcza sieć
podarta, postrzępiona.

Niedawno ja pająk misternie snuł,
Pracował zawzięcie, gorliwie,
Czatując z ukrycia, czyhał na łup
I zdobycz porywał łapczywie.

Tak było wczoraj, bo teraz już
Nie ma pająka na ścianie
I niepotrzebny pajęczyn strzęp
Wkrótce zmieciony zostanie.

Człowiek, dla siebie budując dom
Z betonu albo z granitu –
Chciałby w nim zawsze szczęśliwie żyć
Spokojnie, wśród dobrobytu.

Lecz życia ludzkiego mozolny trud
W przestworzach też się rozpłynie,
I zginie w wieczności po nim ślad,
Jak po tej pajęczynie.

Czas całe globy kruszy na pył
I z pyłu tworzy planety…
W gasnącym świetle minionych chwil
przeszłość umiera … niestety.

1950

NIE WARTO…

Nie warto myślami sięgać daleko,
fantazją nimi kierować.
Nie warto być pewnym, że życia krótkiego
uda się nie zmarnować.

Nie warto prawdy szukać w zwątpieniu,
nie warto wątpić w młodości,
gdy siły jeszcze nie wyczerpane
i serce pełne ufności.

Nie warto za wiele wymagać od losu
i walczyć z przeznaczeniem.
Nie warto płomienia ludzkiej niezgody
Próbować gasić sumieniem.

Nie warto się martwić, że sen o szczęściu
zostanie przerwany brutalnie
przez rzeczywistość, która na nowo
umysłem zawładnie realnie.

Nad zagadnieniem buty po śmierci
nie warto na próżno się biedzić,
bo tego żaden filozof, czy mędrzec
nie może na pewno wiedzieć.

Nie warto marzenia pieścić nadzieją,
Żeby zawodu nie doznać;
Lepiej wytrwale dążyć do celu
Potęgę nauki poznać.

Nie warto iść ciągle i zawsze pod górę,
by w przepaść się nie stoczyć;
bezpieczniej zamieszkać wśród pól w dolinie
i dom swój opieką otoczyć.

Po pracy długiej, mozolnej – nie warto
czekać na ciszę wytchnienia,
które przychodzi zwykle za późno,
nie dając ukojenia.

Nie warto się cieszyć, że dzień wczorajszy
Już nigdy nie powróci,
Bo teraźniejszość wroga, bezwzględna
Tę radość złośliwie ukróci.

Nie warto kołatać do drzwi zamkniętych
Dla smutnych i opuszczonych
I opowiadać nikomu nie warto
O latach w udręce spędzonych.

Nie warto zapomnieć o tych, co siebie
Na stosie ofiarnym złożyli,
Którzy największa odwagą – jedynie
Nieznaną mogiłę zdobyli.

Nie warto wierzyć, że sprawiedliwość
Krzywdy wynagrodzi.
Nie warto żałować, że w mrok nieistnienia
Samotne życie odchodzi.

Nie warto się dziwić, że człowiek zwyczajny
Nie dopomoże w potrzebie,
Lecz przede wszystkim pamiętać należy:
Nie warto żyć tylko dla siebie.

1950

Majowe rocznice

Andrzej Rejman

Marszałek

Pamięć o mojej matce wiąże się nierozerwalnie ze wspomnieniem Marszałka Piłsudskiego, którego darzono w rodzinie nieomal kultem.

Mama wspominała, jak będąc małą dziewczynką, witała z rodzicami w Warszawie Wojsko Polskie i Marszałka podczas jednej z defilad z okazji rocznicy odzyskania niepodległości, rzucając kwiaty przed maszerującą piechotą i końmi kawalerii.

Mówiła, że gdyby Marszałek żył dłużej, nie dopuściłby do wojny…

Józef Piłsudski zmarł w 1935 roku i nie mógł już niestety zapobiec wypadkom, które potem nastąpiły.

Pilsudski“Słowo” z 13 maja 1935 roku – (ze zbiorów rodzinnych)
Słowo – lokalna, opiniotwórcza gazeta codzienna wydawana w Wilnie w latach 1922–1939. Uznawana była za organ prasowy monarchistów, konserwatystów i litewskiego ziemiaństwa skupionych w Stronnictwie Prawicy Narodowej, a następnie po 1926 roku w Organizacji Zachowawczej Pracy Państwowej. (Wikipedia)

Przy tej okazji zapoznałem się z niektórymi pismami Marszałka – wynotowuję to, co zwróciło moją uwagę:

Józef Piłsudski – Jak stałem się socjalistą

…rozmyślania i książki (tu, zniechęcony Spencerem, przeczytałem jeszcze raz Marksa) ugruntowały mię w socjalizmie. Zrozumiałem wówczas, że nie jest on tylko ideą szlachetnych ludzi, marzących o uszczęśliwieniu ludzkości, lecz staje się realną potrzebą ogromnej masy ludu pracującego z chwilą, gdy kulturalny i społeczny rozwój umożliwia mu zrozumienie zasad tej idei.

A gdym się zastanawiał nad narodem. z którym mię wiązało wszystko, co cieszy i wszystko, co boli, wszystko, co we mnie myśli i wszystko, co czuje, przychodziłem do przekonania, że moje dziecinne marzenia i rojenia zespalają się z moim młodzieńczym światopoglądem. Socjalista w Polsce dążyć musi do niepodległości kraju, a niepodległość jest znamiennym warunkiem zwycięstwa socjalizmu w Polsce…

Józef Piłsudski – Wspomnienia o Gabrielu Narutowiczu

Wbrew swoim oczekiwaniom objął najwyższe stanowiska w Polsce i był stanowczo szczęśliwym człowiekiem. Męczyło go jednak pytanie, dlaczego inni tego szczęścia nie czują. Śmiał się, opowiadając mi, że przypomniał sobie swoje młode lata, chadzając na polowania po lasach i błotach i spotykając się z ludźmi prawie takimi samymi, jakich znał w dzieciństwie i młodości. Nie ma dotąd, jak mi mówił, żadnych nieprzyjaciół, ze wszystkimi żyje dobrze i sądzi, że u nas tylko istnieje jakaś dziwna nieumiejętność do współżycia pomiędzy sobą, a zdolność do kłócenia się bez żadnej przyczyny, któraby była dostatecznie zrozumiałą dla niego. Szczerze się śmiałem z niego, twierdząc, że nie przeżył z nami czasów niewoli i że przenosi tak łatwo stosunki, do których się przyzwyczaił w najspokojniejszym kraju europejskim, w Szwajcarji, na nasze chore jeszcze od niewoli warunki życia. Śmiałem się mówiąc mu, że może on ze swoją europejską metodą układania stosunków przejdzie i dalej swe życie bez zadraśnień i nieprzyjaciół, lecz że wówczas bodaj będzie w Polsce wyjątkiem.

We wszystkich sądach G. Narutowicza o innych spostrzegałem niezwykłą w naszych stosunkach względność dla ludzi i nawet usprawiedliwienie wszystkich braków, a nawet wad. Przy pierwszem słowie krytyki jakiejkolwiek działalności, natychmiast usprawiedliwiał pracowników różnemi względami i stale tłumaczył, że ten krótki czas, jakiśmy mieli do urządzenia się w Polsce, nie pozwala zbyt ostro i krytycznie oceniać dotychczasowych prac. Starałem się zanalizować głębiej tę charakterystyczną dla G. Narutowicza względność dla ludzi i dla ich pracy. Wyznał mi on wreszcie otwarcie, że podczas swego życia zagranicą przeszedł przez tyle upokorzeń z powodu krytyk i lekceważących ocen naszej narodowości, że się poprostu wdrożył do natychmiastowej obrony przed modą poniewierania wszystkiego, co polskie. Ten rys charakteru wyrobił się u niego, jak twierdził, być może i z tego powodu, że czuł się zawsze trochę winnym wobec Polski. Przez tyle lat swego życia nic jej nie dał prócz skromnych nieraz ofiar dla celów związanych z życiem polskiem. „Czuję niekiedy — mówił mi — tak, jak gdybym nie miał prawa moralnego robić zarzutów, gdym tak długo do niczego w Polsce ręki nie przykładał.”

Nie mógł znieść łatwo nieprodukcyjności naszej pracy. Przyzwyczajony do innych, większych niż u nas wymagań, nie łatwo dawał sobie radę z naszem przyzwyczajeniem do nieproduktywnego gadulstwa o pracy bez pracy samej. Trudne też było dla niego słuchanie nierzeczowych dyskusyj. Lecz i te najprzykrzejsze wady, z któremi się zetknął, usprawiedliwiał i tłumaczył brakiem obycia się Polaków z pracą państwową i koniecznem, zdaniem jego, w tych warunkach wnoszeniem do pracy przyzwyczajeń z czasów niewoli, w której towarzyskie gawędy zastępowały realną pracę.

Pilsudski (2)Na koniec dla przypomnienia (już kiedyś publikowałem – w zestawieniu wydarzeń majowych różnych lat…)

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim kalendarzu dziennym (pisownia oryginalna):

1935 rok – maj

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17-go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy, gdyż o 12- tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu (Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie) na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, a inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego po Marszałku.

Pilsudski (1)

12 maja 2016

Maj

Andrzej Rejman

Nie dla ciebie maj zielony…

1_Jezioro_Spychowskie_maj_2016Jezioro Spychowskie, pow Szczytno maj 2016

Wiersz napisany przez Salinę Baniewicz w 1949 roku w Warszawie do syna, Antosia (ps. Wilczyński), który zginął w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, 29 września 1944.

2_Antoni_Baniewicz_1923-1944NIE DLA CIEBIE

Nie dla Ciebie znów zawitał w nasze strony
rozśpiewany, roześmiany – maj zielony,
Nie dla Ciebie złote słońce śle promienie,
lecz o Tobie szumia lasy i strumienie.

Nie dla Ciebie pachnie dzisiaj kwiat jabłoni;
Nie dla Ciebie konik polny w trawie dzwoni;
i obłoki po tym niebie turkusowym
nie do Ciebie płyną szlakiem opalowym

Wczesnym rankiem z liści klonu krople rosy
nie opadną już na Twoje jasne włosy
Powiew wiosny Twego czola nie opala
i nie nęci cichym pluskiem srebrna fala.

Antoni Baniewicz (1923-1944)

Ciebie nawet wiatr gwałtowny nie ochłodzi
i w wytchnieniu po Twej pracy – nie przeszkodzi;
a wołanie nieszczęśliwych żywych ludzi
do żadnego czynu Ciebie – nie obudzi.

Mój Syneczku, mój rodzony, mój jedyny –
już nie widzisz, jak tu rosną jarzębiny,
jak ruszają niespokojnie gałęziami,
jakby płaczące nad powstańców mogiłami.

Mój Syneczku, mój jedyny, mój rodzony –
nie dla Ciebie zakwitł znowu maj zielony;
nie dla Ciebie sypnął zlotem światlocieni…
chyba tylko łka po Tobie – szmer strumieni.

Salina Baniewicz Warszawa, 1949 r.

Pamięci Żydów kujawskich

Andrzej Rejman

pro memoria

Bez zbędnych komentarzy, pamiętając – próbując nigdy nie zapomnieć – przypominając innym – upominając…

myśląc…
o ofiarach, tej straszliwej wojny, każdej wojny, wszystkich wojen…

udostępniam te wiersze, pieśni i muzykę.

(utwory pochodzą z płyty wydanej przez Centrum Kultury i Sportu w Kruszwicy w 2012 roku)
muzyka: Andrzej Rejman, Alina Sarit Konwińska
wykonanie: Alina Sarit Konwińska i Andrzej Rejman

ELA GALOCH (z tomiku: “Tu zakwitają wiersze”) *

Joel szuka swojej Palestyny
wśród huku wozów, kurzu i obelg esesmana.
Szuka tam, gdzie dzień, godzina,
nawet dziesięć minut może zwolnić.
Bo ma wrażenie, że strach w głowę wkręca śrubkę.
Na każdym kroku czyha brudne miasto,
jak odbicie chaosu panującego w duszy.

Zakłady pogrzebowe obok fryzjera,
prowizoryczny szpital ze stajniami,
a na chodnikach handlarze mydła
i głodni czyściciele butów.
Twarze przechodniów coraz bledsze,
zamazane, jak obrazy na słabo oświetlonej ścianie.

W gettcie już cuchnie z rynsztoków,
ludzie w postrzępionych chałatach
wydają się z innej epoki,
chociaż szewcy wciąż reperują zdarte buty,
krawcy nicują marynarki.
Na progach stare kobiety w połatanych chustach
czekają na Mesjasza.
Jeszcze psy ziewają szeroko,
na niskich dachach wylegające się koty,
Im więcej się wszystko zmienia,
tym bardziej pozostaje bez zmian.

Zielonozłote muchy ścigają się
wokół gasnącej lampy.
Hanah spuszcza głowę:

– Jak będę żyć bez ciebie?
Jak będę żyć…?

Wiem, że kobieta
nie powinna przyznawać się do takich uczuć.
Dziś znów spłonęły tomy kalendarzy do Pisma,
księgi, kabały i traktaty o etyce,
chociaż Żydzi wierzą w siedmioletni ogień,
który urodzi salamandrę.
Mają też swojego rabina- cudotwórcę,
który teraz ociera czoło mycką,
jakby chciał powiedzieć:
Sami sprowadziliście na siebie ruinę.
Bo są już wagony.
Znów są- otwarte
i jeszcze przez chwilę puste…

KRYSTYNA WOŹNIAK (z tomiku: “Ślady dotyku”)*

Boisz się głosu ulicy ,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.
________________________________
* tomiki wydane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oddział w Bydgoszczy przy współpracy m.in. Centrum Kultury w Kruszwicy.

Pocztówki z Wilna

 Andrzej Rejman

31a_1pozdrowienia_z_Wilna1

Wśród pocztówek znalezionych w archiwach rodzinnych jest jedna szczególnie ładna, bo z otwierającą się harmonijką widoczków… Pocztówka pochodzi z lat trzydziestych i wysłana została 8 grudnia 1937 roku z Dukszt do Warszawy.

31a_3pocztowka_z_Wilna2 31a_2pocztowka_z_Wilna131a_4pocztowka_z_Wilna3

Potem nie było już tak pięknie, pocztówkowo, Wilno było miastem równie mocno dotkniętym skutkami wojny, co reszta kraju, a może nawet bardziej, bo wciąż znajdowało się w ogniu frontów i ścierających się interesów wielu państw.

Jak pisze Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” we wspomnieniach wydanych przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w 1991 r. (Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach”) :

W tych ciężkich czasach ludzie garnęli się do Matki Boskiej, “co w Ostrej świeci Bramie”, patronki tych ziem. O każdej porze dnia, na ulicy, i chodnikach pod murem i arkadami klęczały tłumy wpatrzone w Tę, która nigdy nikogo nie opuściła. Ilekroć było mi ciężko na duszy, szłam modlić się tam z nadzieją i błaganiem. Może w tym samym miejscu modlił się kiedyś Promienisty?…

***
Krótkie wspomnienie Wilna tych czasów uzupełnia córka Heleny Stankiewiczowej – Krystyna, której wypowiedź zarejestrowałem w kwietniu 2016 r.:

Krystyna Stankiewicz wspomina w swej wypowiedzi m.in. rodzinę profesora Henryka Niewodniczańskiego, który urodził się 10 grudnia 1900 w Wilnie, zmarł 20 grudnia 1968 w Krakowie – polski fizyk, specjalista w fizyce jądrowej, twórca i dyrektor Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie (od 1988 noszącym jego imię). Profesor fizyki na uniwersytetach: poznańskim (1937-1939), wrocławskim (1945-1946), Jagiellońskim (od 1946), członek PAU i PAN.

Wiosenne lektury

Andrzej Rejman

Motto własne: “Najpierw WIOSNA, potem reszta”

Ze zbiorów wyciągam ładną pocztówkę, na odwrocie której nieźle trzymają się naklejone 70 lat temu dwa “Bieruty” (pocztówka przedwojenna, ale zapisana i wysłana już po wojnie…)

1_Rapacki_Wiosna

Na pocztówce napisy:
Malarstwo Polskie
Józef Rapacki, Rok w krajobrazie Polskim
Un an dans les paysages polonais
Maj                                               Mai
Wyd. “Galerja Polska” Kraków
Naśladownictwo zastrzeżone

***

Ze stosu książek do przeczytania wyciągam “Szkice Piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego.

Otwieram na przypadkowej stronie (a kto miałby czas czytać od początku!)

Przebiegam wzrokiem po tekście.

Bobkowski pisze:

…Po całej niesamowitej hecy dziewięciu wieków odzyskujemy na chwileczkę niepodległość, pietnaście minut wielkiej pauzy historycznej i po oszalałych wysiłkach stworzenia z tego plemienia jednolitego narodu, historia znowu dzwoni i już zaczyna się następna lekcja.

Kto wie, czy nie najgorsza, długie lata matematyki z całkami i różniczkami.

Jeśli Prus mnie zachwyca, to dlatego, że z pobłażliwym i ironicznym uśmiechem odstawia na bok ułana i dziewczynę, skowronki, łany, bławatki, chabry, zające i szaraki i uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim w znaczeniu materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu.

Naród to nie dach, ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczytałów i masochizmu ojczyźnianego, z pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie, który dla nas nie jest Bogiem, lecz carem (to się jeszcze nie skończyło – to się zaczyna), ale także i fundamenty.

Te fundamenty o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne , jak wszystkie fundamenty na świecie.

Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej.

Jestem “grudniak” i “zimniak” i nic z tego koncertu nie rozumiem.

I nic nigdy nie napawało mnie wielkim strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie do pustych brzuchów i szczęście tak zwanych “przyszłych pokoleń”. I kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego.

Ktoś mi opowiadał, że lotnicy amerykańscy za każdy nalot na Niemcy otrzymują specjalną premię i że każdy członek załogi bombowca, który po dwudziestu pięciu nalotach wróci cało i zdrowo, dostaje ileś tam dolarów i może wracać do Stanów Zjednoczonych. Wojna jest dla niego skończona i po herbacie.

Chciałbym widzieć Polaka, który słysząc to w pierwszej chwili nie zasłoniłby twarzy wstydliwie i nie był “do głębi” ( my zawsze “do głębi” – nic taniej) oburzony.

Nawet mnie wydało się w pierwszej chwili coś nie tego. Bo niby obowiązkiem dobrego Polaka jest tak długo latać, aż go zestrzelą na chwałę ojczyźnie. Jak można łączyć pojęcie “forsy” za poświęceniem się za ojczyznę? Amerykanie mają rację. Każdy z nas po cichu to przyznaje, ale broń Boże głośno. Hipokryzja na punkcie Polski i Ojczyzny ( przez wielkie “O”, – nic taniej) jest u nas zboczeniem narodowym. Hipokryzja ojczyźniana wpędza nas w tę zaściankowość całej naszej kultury, której w gruncie rzeczy nikt nie rozumie. Epatujemy się obcymi pisarzami, ale jak nasz pisarz napisze coś, i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów) to on jest zły Polak.

Jak Conrad, który raz wreszcie wpadł na świetną myśl pisania po angielsku.

I nie o strzechach i malwach. I pomimo, że zrobił dla Polski więcej reklamy, niż nawet Sienkiewicz, to Orzeszkowa uważała za stosowne mu nawymyślać. I nawet ludzie, którzy się nim zachwycali, nie potrafili jednak robić tego bez jakiejś głębinowej pretensji, “że nie wrócił”.

Nie wrócił, bo mu się lepiej podobało w Anglii i każdy człowiek powinien mieć prawo, żyć tam, gdzie mu się najlepiej podoba. Są tacy, dla których Koluszki albo Radom są wszystkim i bardzo to szanuję, ale są tacy, którzy wolą włóczyć się po świecie i znajdują w tym świecie więcej, niż w Koluszkach lub w Radomiu. I wtedy mówi się z świątobliwym oburzeniem “kosmopolita”, czyli prawie – Żyd! A czy może być coś gorszego – tak między nami – niż Żyd? …

Andrzej Bobkowski, Szkice Piórkiem (Francja 1940-1944) Instytut Literacki Paryż 1957. s. 236-237

***

2._Bobkowski_Szkice_Piorkiem_1

 3._Bobkowski_szkice_piorkiem1

No tak… rzecz znana i powszechnie omawiana, przy każdym nieomal spotkaniu Polaków.

Jednak nurtuje mnie wciąż kwestia – czy nie dałoby się jakoś pogodzić tych dwóch Polsk?

Tej prawdziwej (od: prawdziwi Polacy) i kosmopolitycznej (od: cała reszta), nazwijmy dla uproszczenia.

Pogodzić dla chwały Ojczyzny, oczywiście (sam piszę przez duże “O”, bo może nie jestem aż takim kosmopolitą jak Bobkowski? – w końcu zostałem w Warszawie…)

Pewnie trzeba byłoby wznieść się porządnie w przestworza i zobaczyć Ojczyznę z bardzo dalekiej perspektywy.

Wyobraziłem sobie statek kosmiczny, w którym siedzą wysłani na Marsa (z ekspedycją, nie na zesłanie!) dwaj Polacy (dla uproszczenia – płci męskiej), o różnych, wręcz przeciwstawnych poglądach. Można snuć rozważania, czy w obliczu lądowania na Marsie – pogodziliby się lub zbliżyli poglądy – a może stałoby się to tuż zaraz po oderwaniu się od Ziemi?

Dyskusję taką i ewentualne rozwinięcie tematu poddaję pod rozwagę naukowcom różnych specjalności, pisarzom, poetom i czytelnikom niniejszego tekstu.

PS. Czytelniku drogi, tam jest u Bobkowskiego takie słowo – ryczytały. To nie Andrzej Rejman się rąbnął i nie ja jako administratorka – przepuściłam. To Andrzej Bobkowski tak napisał, a Jerzy Giedroyc, Redaktor Wspaniały – przepuścił:

Bobkowski_11_ryczytaly

 

Dwa świadectwa maturalne

Andrzej Rejman

Casta placent superis…

2 kwietnia 2016.

Dziś kolejna rocznica śmierci Papieża Jana Pawła II.

Pamiętam ten dzień, ten wieczór, gdy ze swoim synem, wówczas jeszcze gimnazjalistą pojechaliśmy do kościoła św. Anny w Warszawie pomodlić się za Papieża.
Był to rok, w którym zmarł mój ojciec, zaledwie sześć tygodni wcześniej.
I tu pojawia się właśnie ta refleksja łącząca wiele wspomnień, wiele faktów, emocjonalna i silna.

CASTA PLACENT SUPERIS: PURA CUM VESTE VENITE ET MANIBUS PURIS SUMITE FONTIS AQUAM

To napis w holu gimnazjum w Wadowicach, do którego chodził Karol Wojtyła.

Jest to fragment jednego z wierszy z II księgi Elegii Tibullusa (ur. ok. 54, zm. 19 p.n.e.) – poety rzymskiego, przyjaciela Horacego i Owidiusza.

19 VIII 1998 — Wieczorem w letniej rezydencji w Castel Gandolfo Jan Paweł II przyjął na audiencji swoich rówieśników, z którymi w 1938 r. zdawał egzamin dojrzałości w gimnazjum w Wadowicach. W spotkaniu uczestniczyli także przedstawiciele Grup Apostolskich oraz Studium Kultury Chrześcijańskiej Żywego Słowa z Krakowa, którzy zaprezentowali spektakl pt. «Akropolis». Zwracając się do rodaków Ojciec Święty powiedział:

“Coś wam powiem po łacinie: Casta placent superis (…). Państwo biją brawo, bo oni mi dzisiaj przywieźli ten zapis tekstu, który widniał w gimnazjum wadowickim przy wejściu. Tekst rzymskiego starożytnego poety, niechrześcijanina, ale mógłby być wzięty z Ewangelii. Casta placent superis, to znaczy, że Bogu podoba się to, co jest czyste. Czyste serce. «Błogosławieni czystego serca». Pura cum veste venite. Przychodźcie w czystym odzieniu. W białych szatach. Et manibus puris sumite fontis aquam. I czerpcie wodę życia. (…) Wprawdzie z łaciną jest krucho w tym pokoleniu, ale myśl, która się w tym łacińskim wersecie zawiera, jest wciąż aktualna. Życzę wam tego, żebyście umieli czerpać czystymi rękoma ze zdroju życia, tego życia, którym jest Chrystus. Sam zresztą powiedział o sobie: «Niech przyjdzie do mnie i pije»”.

Oczywiście w oryginale było “Czyste podoba się bogom, lub niebiosom…” jako że Tibullus nie był raczej monoteistą…. Ale nie o to chodzi.

Od razu poczułem wspólnotę ziem galicyjskich, tamte czasy, o których mówił mi ojciec, wspominając swoją naukę w gimnazjum klasycznym im Henryka Sienkiewicza w Łańcucie.

Był starszy od Karola Wojtyły o 6 lat, ale myślę, że naprawdę ich dzieciństwo niewiele się różniło.

Pochodzili obaj z tej samej “Galicji”, chodzili do podobnych szkół w tym samym nieomal czasie. Porównałem wspomnienia Papieża i zapiski ojca.

Sięgam też do źródeł o tych czasach:

Już samo porównanie Wadowic i Łańcuta nie jest wcale jakieś nieuprawnione, bo oba miasteczka mają wiele wspólnego.

Wadowice: Z gimnazjum związane było silne środowisko intelektualne, w mieście działały liczne organizacje i towarzystwa kulturalne, religijne oraz sportowe, m. in. T. G. “Sokół” dysponujące salą gimnastyczną i teatralną, Czytelnia Mieszczańska przy ul. Krakowskiej, Towarzystwo “Jagiellonka”, założone i kierowane przez urzędnika sądowego Stefana Kotlarczyka, Stowarzyszenie Rzemieślników “Zgoda”, Towarzystwo Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych, Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, Związek Legionistów, Związek Strzelecki, Związek Oficerów Rezerwy, Związek Rezerwistów, Liga Panów, Związek Robotników Chrześcijańskich, Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Młodzieży Miejskiej i Terminatorów, Katolicki Związek Polek, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży (męskiej i żeńskiej), Sodalicja Pań, Sodalicja Panów, Sodalicja uczniów , gimnazjum oraz uczennic seminarium nauczycielskiego żeńskiego i inne.

Według ks. Leonarda Prochownika – w mieście “obcym wszelkim nowinkom sekciarskim” – w r. 1929 mieszkało 8 000 katolików, a w całej parafii obejmującej również Jaroszowice, Chobot, Gorzeń Dolny i Górny, Roków, Tomice i Zawadkę – 11 672 osób (“Wiadomości z Parafji Wadowickiej. R. P. 1930”, dodatek noworoczny do “Dzwonu Niedzielnego”, 1929). Mieszkało również w Wadowicach sporo Żydów i rodzin wojskowych, bowiem w koszarach przy ul. 3 Maja (dziś – Lwowskiej) stacjonował 12 pułk piechoty Wojska Polskiego, powstały z formacji dawnego austriackiego c. k. 56 p.p. Jego oficerem był ojciec Karola, podporucznik Karol Wojtyła. Pułk miał własną orkiestrę, która koncertowała w czasie defilad wojskowych w Rynku lub w ładnym parku TUMWiO przy al. Wolności.

Samo miasto leży w pięknej okolicy, w dolinie rzeki Skawy u stóp Beskidu. Blisko stąd na pobliskie szczyty górskie – na Goryczkowiec zwany popularnie “Dzwonkiem”, na Iłowiec, Łysą Górę, Gancarz i Leskowiec. Sprzyja to uprawianiu turystyki i kontaktom z przyrodą. Urokiem Wadowic i okolicy zachwycał się Adolf Nowaczyński, który w książce “Słowa, słowa, słowa…” (1938) tak pisał: “A jest jedno [miasto], które pachnie nawet z włoska, bo morwami; to WADOWICE ! – miasto – oczko, w którem chodziłem do normałki i do pierwszych gimnazjalnych. […] Okolice miasta bezwzględnie piękniejsze od okolic Neapolu czy Stockholmu, tylko mniej reklamowane i przez to mniej znane w Europie”. … (źródło: Stowarzyszenie Absolwentów LO w Wadowicach – http://www.wadowita.net/lataszkolne.php)

Łańcut – też leży w pięknej okolicy, na pograniczu dwóch krain geograficznych – Pogórza Karpackiego i Niziny Sandomierskiej, co jest powodem zróżnicowanego ukształtowania terenu – od równin w północnej jego części po górzyste tereny na południu.

Miasto podobne w swej architekturze, położeniu i wielkości do Wadowic.

W 1823 r. w wyniku podziału wielkiej fortuny Lubomirskich dobra łańcuckie przeszły w ręce Alfreda Potockiego, człowieka wszechstronnie wykształconego, doskonałego i przedsiębiorczego gospodarza. Zasłynął z nowatorskich metod gospodarowania, wybudował cukrownię (przekształconą w rafinerię spirytusu), fabrykę likierów, browar. W rolnictwie wprowadził, jako pierwszy w Galicji, płodozmian. Za czasów Potockich gruntownie przebudowano zamek, przekształcając go w jedną z najpiękniejszych rezydencji magnackich w Polsce. W 1830 r. Potoccy utworzyli ordynację. W tym czasie nastąpił szybki rozwój miasta, wybudowano wiele gmachów użyteczności publicznej, a w 1859 r. doprowadzono tu linię kolejową. Prężnie rozwijało się szkolnictwo, założono Ochotniczą Straż Pożarną, Kasę Zaliczkową i Bank Ziemski, powstało Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”.

Lista zasłużonych, społeczników którzy przyczynili się do rozwoju tego regionu – https://www.zamek-lancut.pl/pl/Historia/ZasluzeniDlaLancuta)

Ojciec mój wspominał, że pamiętał jeszcze pieśń, którą śpiewano w kościele – fragment jej to …
“…Przy Cesarzu mile włada
Cesarzowa pełna łask,
Cały lud Jej hołdy składa,
Podziwiając cnót Jej blask…”

Cóż to za pieśń?

to hymn Cesarstwa Austro-Węgier! z melodią Haydna, późniejszy hymn Niemiec!

Czy śpiewano ją w kościołach?

Może ojciec (rocznik 1914 – czyli miał cztery lata w roku odzyskania niepodległości) się mylił? – Jednak być może, jako mały chłopiec gdzieś usłyszał ją w czasie uroczystości państwowych, połączonych z kościelnymi, albo wiedzę na temat tej pieśni miał od swoich starszych braci lub od matki? To trzeba jeszcze uściślić.

No właśnie – czytam: “Jan Paweł II otrzymał na chrzcie św. imię Karol na cześć cesarza Austro-Węgier, w którego wojsku służył jego ojciec.”

W czasie spotkania z tej okazji z rodziną nowego błogosławionego (Karola I Habsburga cesarza Autro-Węgier) Jan Paweł II powitał wszystkich niezwykle serdecznie. Z entuzjazmem opowiadał o cesarzu Karolu. A zwracając się do księżnej Zyty mówił do niej «moja cesarzowa» i czynił ukłon w jej stronę. W pewnej chwili powiedział: «A czy wiecie, dlaczego na chrzcie otrzymałem imię Karol? Dlatego, że mój ojciec żywił ogromny podziw dla cesarza Karola I, którego był żołnierzem»”.

No właśnie taka była Galicja!

No i dalej:

“…Dziękuję Wadowicom za te szkoły, z których tutaj tak wiele zaczerpnąłem światła: naprzód podstawową, a potem to znakomite wadowickie gimnazjum im. Marcina Wadowity. Nie mogę przy tym zapomnieć, że wśród naszych kolegów w wadowickiej szkole i w wadowickim gimnazjum byli wyznawcy religii mojżeszowej, których tutaj już wśród nas nie ma. Nie ma także starej synagogi, która znajdowała się obok gimnazjum. Na ręce jednego z naszych kolegów, kiedy odsłaniano tablicę na miejscu synagogi, przesłałem specjalny list. W tym liście napisałem następujące słowa: „Kościół, a w tym Kościele wszystkie ludy i narody, czują się z wami zjednoczeni. Owszem, niejako na pierwszy plan wysuwają wasz naród, jego cierpienia, jego wyniszczenie — pamiętajmy, że jesteśmy niedaleko Oświęcimia — wtedy, gdy pragną przemawiać do ludzi, do narodów i do ludzkości głosem przestrogi. W imię wasze podnosi ten głos przestrogi również papież, a papież z Polski ma do tego szczególny stosunek, ponieważ razem z wami w jakiś sposób przeżył to wszystko tu, na tej ojczystej ziemi”… Jan Paweł II – homilia w czasie Mszy św. odprawionej w kościele św. Piotra w Wadowicach, sierpień 1991.

W tym samym mniej więcej czasie w Łańcucie: (wspomina Aleksander Rejman)

“…Po czwartej klasie szkoły powszechnej zostałem zapisany do piątej klasy, ale już w Łańcucie. Było to w roku 1925. Szkoła powszechna była bezpłatna, brat był już w pierwszej klasie gimnazjum w Łańcucie. Bracia postanowili dwóch najmłodszych z nas wykształcić, bo przecież w gospodarstwie 2-hektarowym wszyscy się nie zmieszczą. Matka popierała ten projekt sądząc, że na pewno jeden z nas “pójdzie na księdza”. Przez cały rok szkolny 1925/1926, czyli w szóstej klasie, nie stać nas było na opłatę stancji, i przez cały rok, a zwłaszcza w ciężką śnieżną zimę, musieliśmy chodzić pieszo z Czarnej do Łańcuta do szkoły. Rok szkolny 1926/1927 był już lepszy. Od października do kwietnia mieszkaliśmy już w mieście. Ja byłem już w siódmej klasie, a po jej ukończeniu miałem zdawać do czwartej klasy w gimnazjum. Jako trzynastoletni chłopak, uczyłem się dobrze. Byłem religijny, ale nasz ksiądz w tej klasie nie był lubiany. Jego kazania były słabe i nudne. Nie był humanistą, nawet lubił znęcać się nad uczniami. Jesienią, w pewien deszczowy dzień, obłocony spóźniłem się na pierwszą godzinę religii. Ksiądz nie pytając dlaczego, za parominutowe spóźnienie kazał mi klęczeć przy drzwiach całą godzinę. Od tego czasu zawsze przychodziłem do szkoły o kilkanaście minut wcześniej. W siódmej klasie szkoły powszechnej w Łańcucie było tylko pięciu Żydów. Uczyli się bardzo dobrze, a jeden z nich miał duże zdolności do języka polskiego. Pierwszy zgłaszał się do opowiadania przeczytanego fragmentu.

Po otrzymaniu dobrego świadectwa przystąpiłem do egzaminu do czwartej klasy gimnazjum. Pamiętam, że najpierw trzeba było napisać wypracowanie z języka polskiego. Wybrałem temat – “Moja pierwsza podróż pociągiem”. Wypracowanie ocenione zostało na “dobrze”. Gorzej było z matematyką. Rozwiązując zadanie przy tablicy całkowicie się załamałem i dostałem dwóję. Z matematyki byłem zawsze słaby, także na studiach. Mimo to przyjęto mnie do gimnazjum, ale zaledwie na trzeci rok. Jednak to i tak był pewien “sukces”, bo kolega z tej samej wsi dostał się na drugi rok. Nauka zaczęła się w gimnazjum we wrześniu. Większość kolegów pochodziło ze wsi, – z Soniny, Albigowej, Wysokiej i innych pobliskich wsi.

W pokoju mieszkaliśmy we czterech z bratem i dwoma innymi kolegami. W sąsiedztwie mieszkała uboga rodzina, ich córka uczyła się u zakonnic Boromeuszek. Często słuchałem jak pięknie grała na skrzypcach “Marzenie Schumanna”. Szkoła Boromeuszek urządzała przedstawienia związane z lekturami szkolnymi. Jedno z nich, oparte na “Antygonie” Sofoklesa, wykonane przez wychowanki szkoły zrobiło na mnie duże wrażenie. W naszym gimnazjum od czasu do czasu również wystawialiśmy epizodyczne sceny z “Wyzwolenia” Wyspiańskiego.

Budynek gimnazjum w Łańcucie mieścił się obok szkoły powszechnej oraz starostwa. Obok gimnazjum było boisko sportowe, a za nim budynek “Sokoła”, gdzie wyświetlano filmy. Pamiętam niektóre z nich, np. “Na Sybir” z Jadwigą Smosarską. Pewnego razu był na ekranie film “Pan Tadeusz”. Była to nie najlepsza wersja. Obecny film w reżyserii Andrzeja Wajdy jest znacznie lepszy. W Rzeszowie wyświetlano także “Quo Vadis”, ale na nim nie byłem. Brakowało mi pieniędzy na bilet kolejowy. Od czasu do czasu przyjeżdżali aktorzy i recytatorzy. Pamiętam występ Rychterówny, która deklamowała poezje. Takie były wtedy przyjemności.

Od piątej klasy gimnazjum aż do matury mieszkałem już bliżej centrum Łańcuta w domu rodziny Misiągów. Była to stancja przy ulicy Krótkiej, blisko Grunwaldzkiej. Pokój był mały, ciasny, ale rodzina bardzo sympatyczna. Właścicielka, pani Maria Misiąg, miała syna Janka, ucznia szkoły powszechnej. Miała też brata, który był nauczycielem w Pogwizdowie, wsi leżącej za Wisłokiem obok Medyni Łańcuckiej. Dokwaterowali do nas dwaj koledzy: Józef Burda i Ignacy Trojniar. Józef Burda po maturze został księdzem, a Ignacy Trojniar jeszcze po wojnie był urzędnikiem w Rzeszowie. Kiedy byłem w ósmej klasie, zamieszkali ze mną: Franciszek Buszta i Wicek Joniec. Buszta pochodził z Brzózy Stadnickiej, a Joniec z Grodziska Górnego. Byli to bardzo dobrzy i mili koledzy. Kolega Buszta przebywał w gimnazjum tylko rok. Potem pojechał do Lwowa, i wstąpił do zakonu Franciszkanów, potem do Pasjonatów a później mieszkał w Ostrowie Wlkp.

Nauka przebiegała normalnie, ale najwięcej emocji było na niektórych lekcjach. Mnie najbardziej podobały się lekcje z polskiego, łaciny i religii. Ksiądz Górecki był wspaniały, uczył i wychowywał. Założył Bratnią Pomoc i Sodalicję Mariańską, której przez krótki okres byłem sekretarzem, a w Bratniej Pomocy w siódmej klasie zostałem głównym skarbnikiem. Bratnia Pomoc dawała pożyczki do zapłacenia czesnego (ok. 150 zł).

W niższych klasach dużo uwagi na lekcjach polskiego poświęcano autorom: Rej, Kochanowski, Modrzewski. Ten okres był dla mnie najbardziej postępowy, i bardzo bliski moim zapatrywaniom.

Profesor Budkowski wykładał pięknie literaturę staropolską. Zaczynaliśmy od Mikołaja Reja, ojca literatury polskiej. Analizowaliśmy “Krótką rozprawę między panem, wójtem, a plebanem” a następnie zapoznaliśmy się z “Żywotem człowieka poczciwego”. Poezja Kochanowskiego była szczegółowo omawiana. Do poety z Czarnolasu odnosiliśmy się z uwielbieniem.

“Ogniem i mieczem” czytaliśmy rozdział po rozdziale na lekcji, podobnie “Pana Tadeusza”. Personel nauczający polskiego zmieniał się prawie każdego roku. Jedynie nauczyciel łaciny i matematyki był ten sam. Najbardziej pamiętam lekcje z łaciny, gdzie trzeba było uczyć się na pamięć poezji Horacego. Do dziś pamiętam niektóre fragmenty utworów, np. “O navis referent, in mare te novi fluctus” lub “Nunc est bibendum, nunc pede libero…” Z matematyki byłem słaby, ale w ósmej klasie nastąpiła wyraźna poprawa i nawet profesor (Żyd) zwolnił mnie z ustnego, bo egzamin pisemny napisałem dobrze. To był świetny nauczyciel polskiego. W szóstej i siódmej klasie uczyły mnie dwie panie: Fichman i Kolber. Obie były żydowskiego pochodzenia. Obie uczyły bardzo oryginalnie i robiły wszystko, aby nas nauczyć pięknego wyrażania się w języku ojczystym. Jedna z nich polecała do czytania książkę S. Wasilewskiego “Romantyczność”, gdzie styl autora obfitował w kwieciste powiedzenia, np. “pióropusz sławy” itp. Niektóre tematy wypracowań były wolne i miały tytuły: “Nic to”, “Szary Dom”, lub “Cofnąć się było już niepodobieństwem”. Pewnego razu wybrałem ten ostatni temat. Wymyśliłem historię, że młody chłopak wraca z dużego miasta do umierającej matki. Po drodze, wśród bogatej przyrody rozmyśla, czy wszystko w jego życiu było szlachetne. Nauczycielce musiało spodobać się moje wypracowanie, dostałem piątkę i umieściła na nim adnotację – “Piękne i wzruszajace” Byłem dumny. W ósmej klasie zjawił się młody polonista Herold. Na maturze zapytał mnie, jak kończy się “Lilla Weneda”. Pech chciał, że tego utworu nie zdążyłem przeczytać, czytałem jednak jego skrót i jakoś udało mi się odpowiedzieć na pytanie. Słowackiego bardzo lubiłem. Szczególnie utwory – “Beniowski”, “Ojciec zadżumionych” itd. Moimi ulubionymi autorami byli również: Żeromski, Prus, i oczywiście Sienkiewicz. Pozytywizm przemawiał do mego rozumu bardziej niż romantyzm. “Lalkę” Prusa czytałem w Czarnej, przy świetle lampy naftowej, co było męczarnią, ze względu na mój słaby wzrok.

Po “Ogniem i Mieczem” przerabialiśmy “Pana Tadeusza”. Dużo fragmentów trzeba się było nauczyć na pamięć. Do dziś pamiętam niektóre z nich…”Był sad, drzewa owocowe zasadzone w rzędy ocieniały szerokie pole…” lub “…Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński Zaścianek męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek…” czy: “…Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy, odezwały sie chórem dwa podwójne stawy…”

Personel nauczycielski był różny, byli również nauczyciele pochodzenia ukraińskiego. Jeden z nich, Mikołaj Puszkar, uczył mnie niemieckiego. Był bardzo dobrym nauczycielem, ale szybko odszedł. Podobno w jego mieszkaniu znaleziono ulotki w języku ukraińskim. W ósmej klasie niemieckiego uczył mnie Polak – Miklas, ale nie dorównywał metodom Ukraińca. Dwaj inni nauczyciele – Ukraińcy – uczyli geografii i historii. Przypuszczam, że były to również dla nich trudne przedmioty. Na jednej z lekcji pytany byłem jak przebiega granica między ludnością polską a ukraińską w województwie lwowskim. Odpowiedziałem tak, jak było opisane w podręczniku. Nauczyciel niewiele mnie poprawił, ale dodał – “prawie tak”. Wydaje się, że chciał dodać, że inaczej jest na wsi, a inaczej w mieście.

Pod koniec mojej nauki zmarł ksiądz Jan Górecki, niezapomniany wychowawca, któremu wiele zawdzięczam. W ósmej klasie religii uczył ksiądz Boroń. Uczył on także przedmiotu obowiązującego w tej klasie – propedeutyki filozofii. Uczył słabo, i w sposób, który był dla mnie nie do przyjęcia. Dlatego niechętnie odpowiadałem na lekcji, tym bardziej, że żądał dokładnie tego samego co wykładał. Trzeba więc było uczyć się na pamięć, co żarliwie akceptowałem ale na lekcjach na przykład języka polskiego.

W ósmej klasie wybrano mnie na wójta klasy. Było to niewątpliwie wyróżnienie. Jednak również określone obowiązki.

Maturę zdawałem w maju 1934 r. Po maturze czułem się jak nowonarodzony. W domu pomagałem matce i braciom, ale były to pomoce nieduże. Wakacje były dość udane mimo, że w lipcu mieliśmy wodę z Wisłoka pod samym domem. Groziła wielka powódź. Na niektórych niżej położonych terenach woda weszła do mieszkań. Tereny południowej Polski często miewały i mają nadal takie powodzie. Ulewny deszcz padał bez przerwy przez dwa dni. Wodę pobieraną ze studni musieliśmy gotować.

Po maturze trzeba było podjąć decyzję, co studiować. Najłatwiej byłoby udać się do seminarium duchownego w Przemyślu. Było to marzeniem mojej matki. Ale brat Stanisław odradzał, i raczej namawiał na studia bardziej praktyczne, na przykład ogrodnictwo w SGGW. Brat Franciszek był podobnego zdania. Napisałem więc do sekretariatu tej uczelni po informacje. Nadesłano mi dokładne informacje, jakie przedmioty obowiązują na studiach i jakie obowiązują w trakcie studiów egzaminy. Złożyłem więc podanie i zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów w SGGW. Jadąc do Warszawy spotkałem w pociągu Lwów-Warszawa kandydata na te same studia. Tym kandydatem był Żyd o nazwisku Abraham Szyfter.

Do Warszawy dojechaliśmy szczęśliwie….” (Aleksander Rejman, 2000, Wspomnienia)

***

To były bardzo podobne miasta, podobna młodzież, podobne losy…

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku z wielkim entuzjazmem przystąpiono do budowy nowej Polski. Mimo różnorodności kulturowej i narodowościowej, wielu różnych problemów społecznych – panował duch pracy organicznej, w szkołach uczono łaciny i greki, wychowywano na lekturach Sienkiewicza i Prusa. Wszyscy z nadzieją patrzyli w przyszłość.

Na koniec dwa świadectwa maturalne – też mające wiele wspólnego.

No… Karol Wojtyła był PRYMUSEM!

swiadectwo-wojtylla swiadectwo-Rejman

Wielkanoc na Kresach

Andrzej Rejman nadesłał dwa piękne zdjęcia wielkanocne z Petersburga.

2_Wielkanoc_1909_Lesnyj_Petersburg_M_Hrebnicka_i_Konstan 1._Wielkanoc_Petersburg_1909_fot_St_Doktorowicz_Hrebnick

Rok 1909. Zdjęcia wykonał St. Doktorowicz Hrebnicki. Na pianinie grają Maria Hrebnicka i Konstantin. W piętnaście lat później Adam Hrebnicki (Pradziadek, Adam z Raju) tak opisał Wielkanoc w dzienniku:

wielkanoc_zapiski_A_Hrebnickiego_1926

1926

4/IV. Niedziela. Wielkanoc.

W nocy silny przymrozek. Dzień dość słoneczny, choć trochę zmienny.

Na pierwszy dzień Świąt całe Berżeniki jeździły do Dukszt a razem z Zanami do Gierkan do p. Francuzowiczowej i tam najwięcej jedliśmy święcone i piliśmy różne trunki. Szczególnie u p. Francuzowiczowej było piękne święcone na staroświecki sposób.

Każdy sobie narzynał chodząc koło stołu, co mu się żywnie podobało.

…młodzi troszkę tańczyli.

Jadąc w tamtą stronę na saniach łąkami bez dróg – wywróciliśmy się jeden raz, a z Dukszt do Gierkan z Władkiem* – drugi raz – ale oba razy zupełnie szczęśliwie bez żadnych uszkodzeń i potłuczeń. Do Berżenik wróciliśmy zupełnie w nocy pośród ciemności, bo ani księżyca nie było i gwiazd.

W Berżenikach była też Kalicka… przegrałem 3 partie w szachy Czesławowi Kalickiemu.. (pisownia oryginalna)

5/IV Poniedziałek

Przyjęcie dziś, na drugie Święto był w Berżenikach. Oprócz nas, Mani, Kalickich byli z Dukszt p.p. Zanowa, Hala, Musik (Tomasz Zan junior) i p. Marjanowa Kwintowa.

Jedliśmy, piliśmy i hałasowaliśmy niemało.

*Władysław Stankiewicz – późniejszy profesor weterynarii SGGW w Warszawie

przepisy_zeszyt3   przepisy_zeszyt2

I jeszcze przepis na mazurek, wprawdzie po czasie, ale nadal – cóż to za przyjemność czytać te przepisy.

Z zeszytu przepisów Heleny z Zanów Stankiewiczowej – na okładce zeszytu napis: “Te oto przepisy dostałam od Panny Wandy Makarow, w roku 1926.11.IX w Duksztach kiedy byłam jeszcze Zanówna. H. Stankiewiczowa”

Mazurek cygański (dopisek: doskonały)

orzechy
migdały
rodzynki
morele
śliwki suszone
skórka pomarańczowa (ew.)

powyższe – po jednej szklance

wszystko drobno pokrajać

jaj 10 sztuk

cukru – półtorej szklanki
zapachy – 1 cytrynowy
mąki – 1 szklanka pszennej
mąki kartoflanej – 4 łyżki

Oddzielić żółtka od białek.
Z żółtek z cukrem ukręcić gogel-mogel.
Wsypać mąkę, pokrojone bakalie i zapach,
poczem ubić pianę z białek
a kiedy dobrze ubita będzie wymieszać z resztą zawartości

Wyłożyć nasmarowaną blachę papierem,
na to położyć wafle i kłaść ciasto –
poczem wstawić do gorącego pieca.
Próbować patyczkiem – kiedy suchy i rumiany
to już będzie gotowy.

Piec jakieś 20-30 minut.

***
I na zakończenie link kolejnego filmiku z Krystyną Stankiewicz “Wielkanocne przysmaki z Kresów” – autor nakręcił go trzy dni temu!

Kresy – powiązania

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Albumu – ciąg dalszy

Krystyna Stankiewicz wspomina miejsce swojego dzieciństwa, rodzinę i znajomych.

We wspomnieniu pojawiają się między innymi:

Krystyna Narutowiczowa, z d. Ławcewicz (1904-2001), koleżanka z polskiej szkoły w Kownie jej matki, Heleny Stankiewiczowej – żona Kazimierza Narutowicza, bratanka Prezydenta II RP Gabriela Narutowicza.

1_szkola_w_Kownie_klasa_Narutowicz_Zan_HelenaW polskiej szkole w Kownie, zdjęcie przed 1920 r., w drugim rzędzie od prawej, czwarta patrząc z przodu – Helena Zan (potem Stankiewiczowa), ze zbiorów rodzinnych

Teresa Zanowa, (z d. Dowgiałło) babcia autorki niniejszych wspomnień – żona Tomasza Zana, wnuka Tomasza Zana-Promienistego i matka ostatniego Tomasza Zana, oficera i dowódcy Armii Krajowej w Wilnie i na Polesiu, dziedziczka Dukszt na Litwie. Przyjaciółka Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i Karola Szymanowskiego. W 1917 r. wraz z 15–letnim synem Tomaszem służyła w Korpusie Polskim Dowbora-Muśnickiego. Następnie była komendantką Obwodu „Zarzecze” POW. Za tę działalność odznaczona krzyżem Virtuti Militari V klasy, a w 1933 r. Krzyżem Niepodległości z Mieczami. Od 1941 r. zaangażowana przez syna do wywiadu ZWZ w Wilnie, gdzie pod ps. Anna prowadziła łączność kolejową. Aresztowana przez Niemców w 1942 r. w czasie podróży do Warszawy, więziona na Pawiaku, poddawana ciężkim przesłuchaniom na Szucha. Syn Tomasz bez powodzenia usiłował ją wykupić. Wywieziona do Ravensbrück zmarła tam w szpitalu obozowym 19 lutego 1945 r. otoczona powszechną miłością współwięźniarek. Do ostatniej chwili przytomna, żałowała, że nie ginie jak żołnierz na polu bitwy i modliła się, aby jej syn Tomasz przeżył wojnę.

2 chrzciny Krystyny StankiewiczSpotkanie z okazji chrzcin autorki niniejszych wspomnień – obok Adama Hrebnickiego (z brodą), stoi Teresa Zan z wnuczką Marysią Stankiewiczówną

We wspomnieniu pojawiają się też: Tomasz Zan, rodzina Kawalców, Antonina Bujniewicz Miłoszowa, Stanisław i Janina Tyszkiewiczowie, Maria Łaszkiewicz z synem Tomaszem, Wacław Stankiewicz z żoną Marią z Woyczyńskich, Helena Knotowa z d. Krażowska, Michał Dyrmont, Michał i Stefan (bracia) Pisani, Jan Szejko (wójt gminy Dukszty), Michał Dyrmont, Michał Norejko, Gienia Hlebowicz, Józef Miłosz i inni, których dla porządku wymienić należy.

***

3 Tomasz ZanTomasz Zan, brat Heleny z Zanów Stankiewiczowej, wybierający się na polowanie;

poniżej: przy stole w Raju – Adam Hrebnicki z córką Marią i wnuczką Julią (oba komentarze  – Krystyna Stankiwiczowa)

 

 

 

4 Adam Hrebnicki corka Maria wnuczka Julia

5 Antonina Bujniewicz Miloszowa Maria KrysiaPosiłek na ganku w Berżenikach, Krystyna i Maria Stankiewiczówny z Tonią Miłoszową (Antonina z Bujniewiczów)

6 Helena Stankiewicz Maria NarutowiczHelena Stankiewicz z serdeczną przyjaciółką Krystyną Narutowicz w Berżenikach

7 Panowie Pisani na gankuW Puszkach u państwa Pisani – Michał i Stefan Pisani, Nika Zanowa żona Tomasza Zana i inni

8 Harcerze w DuksztachStacja kolejowa w Duksztach. Odjazd harcerzy z obozu harcerskiego, prawdopopodobnie hufiec żywiecki lub warszawski

Myśli o Polsce

Andrzej Rejman

List od ułana

Listy – to ważna rzecz. W nich bowiem jest część najbardziej intymnej i prywatnej sfery człowieka – czasem jednak trzeba je udostępniać publicznie, bo niosą ze sobą jakąś ważną naukę, lub prawdę historyczną.

Tym razem krótki, ale emocjonalny list “ułana zaniemeńskiego”- Zygmunta Augustowskiego do Heleny z Zanów Stankiewiczowej.

List pochodzi z 1991 roku, czyli pisany był w ważnym okresie – początku nowej, postkomunistycznej Polski.

Znajomość Heleny Stankiewiczowej z Zygmuntem Augustowskim i jego Małżonką sięga okresu okupacji, gdy łączyła ich współpraca w podziemiu i AK. Po wojnie utrzymywali ze sobą bliski i serdeczny kontakt.

list_Zygmunta_Augustowskiego_do_Heleny_z_Zanow_Stankiewi

Warszawa 28.IV.1991 r.

Droga i Kochana Halu,

Oboje z Lalą dziękujemy Ci serdecznie za pamięć o nas przyjazną i miłą, za życzenia i kartki z ułanami z czasów Napoleońskich.

Sytuacja i wtedy i teraz podobna. Wtedy oczekiwaliśmy, że Napoleon przywróci nam niepodległość, a obecnie liczymy, że Zachód przywróci nam i pomoże nam odzyskać suwerenność polityczną i gospodarczą. Niestety sytuacja ogólna nie nastraja optymistycznie, nie uwierzę w niepodległość dopóki w Kraju stoją garnizony bolszewickie, dopóki generał Dubynin może bezkarnie nas obrażać. Sytuacja ekonomiczna pogarsza się, co prawda powolna i opanowana, ale recesja postępuje coraz prędzej. Czym się to skończy? My jakoś przeżyjemy, bo było gorzej i też przeżyliśmy, ale co będzie z Polską? Czy z niewoli sowieckiej popadniemy w niewolę kapitalizmu zachodniego?

Te kłótnie na górze, nieporozumienia, rozłamy, wzajemne oskarżania, powodowane w wielu przypadkach sprawami personalnymi martwią bardzo.

Jesteśmy starzy, nie mamy wpływu i z powodów biologicznych nie możemy już mieć wpływu na bieg historii. Możemy tylko mówić i przestrzegać, ale cóż obecna warstwa kierownicza to ludzie młodzi dla których człowiek starszy to sklerotyk, zawalidroga który przeszkadza.

Nie mając doświadczenia w doświadczenie nie wierzą. Wierzą w siebie w swoje młodzieńcze marzenia, które tak bardzo rozmijają się z rzeczywistością. Cechą obecnej góry jest zarozumiałość i ogromna pewność siebie.

Brak skromności jest godny zastanowienia.

Szastanie groszem publicznym, nowobogacki sposób życia, a reszta społeczeństwa żyje na pograniczu nędzy.

Smutny jest ten mój list, bo smutne są moje myśli.

Ty na pewno mnie zrozumiesz. Straciliśmy wszystko. Domy rodzinne, Kraj rodzinny i pragniemy aby Ta Co Nigdy Nie Zginęła, była na miarę naszych marzeń, wysiłków i trudów naszego życia. Trudne i twarde jest nasze obecne życie. Nie z powodów materialnych, ale z powodów zasadniczych.

Co będzie z Polską i jaka ona będzie? Pijana Polska , zdegenerowana i zdemoralizowana, czy normy moralne trzeba zastępować normami prawnymi?

Czym to się skończy?

Ciężar przyszłości przygniata nas zupełnie. Wybacz, Droga Halu, że zająłem Ci czas, tym co mnie tak trapi. Ściskam Ciebie długo, mocno i czule i Ręce Twoje całuję. Serdeczności dla Dzieci dołączam.

twój stary ułan zaniemeński Zygm. Augustowski

dopisek:

Kochana Halu. Ciebie razem z Panią Krysią i Panem Józiem uściskam, pozdrawiam i całuję. Lala.

(dzięki uprzejmości Krystyny Stankiewicz, Warszawa, 23 lutego 2016)

***

1_rtm_Zygmunt_AugustowskiZygmunt Augustowski (1915-2008) 

zdjęcie: reprodukcja z książki Lepsza strona czasu / J. Zdzisław Szyłeyko. Londyn : Polska Fundacja Kulturalna, 1992

Oficer „Wachlarza”, dowódca Ośrodka Dywersyjnego „Turmont”. Dowódca Oddziału Miejskiego Kedywu Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej.

Zygmunt Augustowski (ps. Ślepowron, Lanca, Hubert) – żołnierz kampanii wrześniowej 1939 r., uczestnik I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej-AK w Okręgu Wileńskiego AK. W kampanii wrześniowej walczył m.in. między Pułtuskiem a Wyszkowem, zatrzymany przez Niemców w grudniu został osadzony w oflagu w Westwalenhof. Po zwolnieniu z niewoli, we wrześniu 1940 r. został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej, wysadzał pociągi, dowodził Ośrodkiem Dywersyjnym „Turmonty” i wileńskim Kedywem, a po walkach o Wilno objął dowództwo nad specjalnym oddziałem dywersyjnym. Po wojnie prowadził działalność konspiracyjną. Skazany na karę śmierci, zamienioną na dziesięć lat więzienia (odzyskał wolność w lutym 1956 r. po rewizji procesu).

Działacz Korporacji Akademickiej Konwent Polonia. Brat Kazimierza Augustowskiego.

Pochowany na cmentarzu wilanowskim w Warszawie.

źródło: http://smolwy.blog.onet.pl/2009/10/15/zygmunt-augustowski-oficer-wachlarza-d-ca-od-turmont/

Hala_Stankiewicz_2Helena z Zanów Stankiewiczowa (1904-1996) 

zdjęcie z arch. rodzinnych

Helena Stankiewicz (ur. 7 lipca 1904 w Duksztach, zm. 14 kwietnia 1996 w Warszawie) – polska działaczka społeczna, autorka wspomnień i wierszy.
Córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945). Prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855), bliskiego przyjaciela Adama Mickiewicza, siostra Tomasza Zana, konspiratora i żołnierza AK. Do wybuchu I wojny światowej (1914 r.) mieszkała w majątku swego ojca w Poniemuniu na Litwie, następnie z rodziną w Rosji, gdzie przebywała do wybuchu rewolucji październikowej. Do Polski powróciła w 1919 r. Uczyła się w gimnazjum polskim w Kownie (Litwa). Po maturze, w 1925 r. wyjechała do rodziny w Polsce. Studiowała na wydziale rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W 1926 r. wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza (1894-1973) i zamieszkała z mężem w majątku Berżeniki, powiat święciański, woj wileńskie (obecnie Litwa). W 1927 r. urodziła się ich córka Maria (zm. 1940), a następnie Krystyna (1931) oraz syn Józef (1936-2011).

Po wybuchu II wojny światowej cała rodzina została zmuszona do opuszczenia majątku i zamieszkania w Wilnie. Helena Stankiewicz była żołnierzem Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. W 1945 r. Kazimierz Stankiewicz został wywieziony do łagru sowieckiego w Saratowie (skąd wrócił w 1949 r.) a reszta rodziny znalazła się w Warszawie.

Mieszkała na warszawskim Żoliborzu. Po wojnie pracowała w magazynie narzędzi medycznych. Pochowana 18 kwietnia 1996 r. na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Na początku lat 90. XX wieku w Londynie ukazały się wspomnienia Heleny z Zanów Stankiewiczowej pt.: “Pani na Berżenikach”, spisane przez Wojciecha Wiśniewskiego. Książka stanowiła nieformalną II część, wydanych wcześniej w Paryżu, rozmów z bratem Heleny Stankiewicz, Tomaszem Zanem (1902-1989), pt.: “Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. Publikacja, bogato ilustrowana fotografiami archiwalnymi, stanowi niezwykłe świadectwo historii ziemiaństwa polskiego na Wileńszczyźnie w II Rzeczypospolitej a potem w powojennej Polsce, w wieku XX. Jest także historyczną opowieścią o losie rodu Zanów. Uzupełnia ją korespondencja autorki z Czesławem Miłoszem.

Helena z Zanów Stankiewiczowa była także autorką wierszy, będących świadectwem losu tych wszystkich, którzy zmuszeni zostali do opuszczenia swych domów na Kresach II Rzeczypospolitej. (żródło: Wikipedia, oraz materiały rodzinne)

***
4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich – oddział kawalerii Wojska Polskiego II RP.
Pułk stacjonował w garnizonie Wilno. Święto pułkowe: 9 lipca – rocznica szarży pod Hrebionką w 1920. Utworzony w 1918 w Warszawie, przy czym poszczególne szwadrony powstawały także w Łomży, Mławie, Płocku, Włocławku i Białymstoku, Koninie i Włocławku.

Pułk 4 Ułanów Zaniemeńskich kontynuował tradycje 4 Pułku Ułanów Królestwa Polskiego.

Od stycznia 1919 Pułk brał udział w działaniach bojowych wojny polsko-ukraińskiej w rejonie Lwowa. W dniu 10 maja skierowany został do Białegostoku, gdzie został uzupełniony, a następnie już w pełnym składzie skierowano go w rejon Mosty-Lida, tam też jako pierwszy polski pułk przekroczył linię rzeki Niemen. Następnie uczestniczył w zajęciu Wilna i walkach na Białorusi. W lipcu 1920 w związku z ofensywą wojsk bolszewickich, Pułk prowadził działania opóźniające. W tym czasie stoczył szereg walk m.in. pod Hrebionką (9 lipca 1920), gdzie rozbił trzy pułki piechoty Armii Czerwonej. W walkach odwrotowych dotarł na przedpola Warszawy. Od 15 sierpnia 1920 brał udział w polskiej kontrofensywie. W czasie tych walk ponownie doszedł do Niemna, gdzie toczył walki także z wojskami litewskimi. Swój udział w wojnie zakończył na linii rzeki Berezyny, gdzie w rejonie Dokszyc zajął stanowiska do momentu zawarcia Traktatu Ryskiego w 1921.

Po zakończeniu działań bojowych Pułk skierowano do Wilna, które stało się przez cały okres II Rzeczypospolitej jego pokojowym garnizonem. W 1921 naczelne władze wojskowe zezwoliły na używanie nazwy “Zaniemeńskich”. W 1927 oficjalnie otrzymał nazwę – 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich, w celu upamiętnienia, że był to pierwszy polski pułk, który przekroczył Niemen w walkach o wschodnie granice Polski.

Kampania wrześniowa. Zmobilizowany 23 sierpnia 1939, lecz załadunek do transportu kolejowego nastąpił dopiero 30 sierpnia na stacji kolejowej Wilno i Porubanek. W związku z tym do rejonów koncentracji przewidzianej dla Armii “Prusy” dotarł 2 września, koncentrując się w lesie na północny wschód od Piotrkowa Trybunalskiego, aby następnie 3 września przegrupować się w rejon miejscowości Lubień.

W nocy z 5 na 6 września Pułk przeszedł do rejonu Sulejowa, gdzie miał organizować obronę na rzece Pilica. 7 września skoncentrował się w rejonie Przysuchy.

8 września zorganizował obronę na południe od Radomia, gdzie po raz pierwszych toczył przez cały dzień walkę z niemieckimi wojskami pancernymi. W nocy wycofał się w rejon przyczółka mostowego pod Maciejowicami, gdzie bronił się następnego dnia.

W nocy z 9 na 10 września Pułk w czasie przeprawy przez Wisłę w rejonie Magnuszewa poniósł duże straty (ciężką broń zatopiono, wielu żołnierzy, a jeszcze więcej koni utonęło), i został rozproszony. Skoncentrował się ponownie nad Wieprzem, gdzie nastąpiła jego reorganizacja. Z pierwotnego składu pozostało tylko dowództwo pułku i 2 szwadron. Do pułku włączono szwadron 13 Pułku Ułanów Wileńskich, szwadron kawalerii dywizyjnej 36 Dywizji Piechoty, 7 szwadron pionierów oraz 7 szwadron łączności. W pułku znalazło się też kilka czołgów z 61 Kompanii Czołgów Rozpoznawczych. Tak zreorganizowany pułk przemaszerował w rejon Świdnika.

Następnie wszedł w skład Brygady Kawalerii płk. Jerzego Grobickiego z Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Władysława Andersa. 20 września w zaciętych walkach opanował miejscowość Cześniki, a 22 września nacierał na Komorów.

24 września podjął wraz z pozostałymi jednostkami GO Kaw. próbę przedostania się na Węgry. 26 września Pułk zdołał przebić się przez szosę Lwów-Przemyśl, ale w nocy natrafił na oddziały Armii Czerwonej i musiał wycofać się w lasy.

27 września Pułk na czele z dowódcą złożył koło Medyki broń, uzyskując od Niemców honorową kapitulację. (Wikipedia)

***
“Lala” – Irena Augustowska (1914-2010) – żona Zygmunta Augustowskiego, urodzona 25 grudnia 1914 roku w Pelikanach na Wileńszczyźnie, wychowanka Gimnazjum im. Ks. A. J. Czartoryskiego w Wilnie, por. AK, żołnierz V Odcinka Wachlarza, ps. „Ewa”, Dama Orderu Virtuti Militari i wielu innych odznaczeń, filistrowa Konwentu Polonia, uczestniczka I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, Okręgu Wileńskiego AK na terenie Polski Centralnej. Początkowo pełniła funkcję łączniczki, przewoziła meldunki i ludzi, przechowywała broń. Następnie była komendantką oddziału łączniczek przewożących broń i materiały wybuchowe dla patroli dywersyjnych „Wachlarza”. Po likwidacji „Wachlarza” przydzielona do Ośrodka Dywersyjno-Partyzanckiego „Turmonty”, gdzie pełniła obowiązki komendantki oddziału łączności. Po wojnie prześladowana przez reżim komunistyczny – aresztowana przez UB w 1948 r. … Po wyjściu na wolność w 1951 roku pracowała jako księgowa w Spółdzielni Pracy Rybołówstwa Śródlądowego i Przetwórstwa Spożywczego “Wisła” w Warszawie.
Czekała na powrót ukochanego.
W 1956 roku rtm. Zygmunt Augustowski, po 8 latach spędzonych w “celi śmierci” wyszedł z więzienia przy ul. Rakowieckiej. Od tej chwili Ich dom nigdy nie opuściło ciepło rodzinne, szczęście i życzliwość wobec siebie oraz innych ludzi. Nie mogli przez wiele lat wyjść ze zdumienia, że przeżyli. Lala i Zygmunt cieszyli się każdą wspólną chwilą. Pomimo ogromnych cierpień i tortur w więzieniu, pomimo krzywd i niegodziwości, nie szukali okazji do zemsty, czy odegrania się. Nie chcieli wyręczać Pana Boga…

źródło: http://opsa.blog.onet.pl/2010/05/03/por-ak-irena-augustowska-zd-pelikan-1914-2010-2/