Pro Patria

Andrzej Rejman

W cyklu wspomnień rodzinnych była już wzmianka o Marcinie Woyczyńskim, towarzyszu broni, przyjacielu i osobistym lekarzu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Tym razem rozwinięcie tej opowieści autorstwa Marii Chodorek.

***

Pro Patria

Zbliża się 11 listopada, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, ale także dzień, któremu patronuje śwęty Marcin. Dzień św. Marcina jest wciąż w pewnych regionach Polski obchodzony uroczyście od lat!

Zbieżność tych świąt wydaje się symboliczna w przypadku MARCINA WOYCZYŃSKIEGO, który walczył o wolną Ojczyznę, a potem wiernie Jej służył.

Rodzina

Marcin Woyczyński (1870-1944) był starszym bratem mojej Babki, Marii. Oboje urodzili się w Woroneżu, w rodzinie Ignacego i Kazimiery (z d. Szklennik) Woyczyńskich. Swojego męża, mego Dziadka, Wacława Stankiewicza, Maria poznała poprzez brata w Petersburgu w “Kuchni Polskiej”. “Kuchnia Polska” była rodzajem studenckiego klubu ze stołówką. Organizowano tam różne uroczystości koleżeńskie, rodzinne, towarzyskie, a także konspiracyjne.

W “Kuchni” był punkt kontaktowy z Biblioteką Polską, zasobną w polską literaturę fachową, historyczną i beletrystyczną, wydawaną w Galicji lub na Zachodzie.

Księgozbiór umieszczony był poza klubem, w kilku punktach. W lokalu “Kuchni Polskiej” zbierali się członkowie nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Związku Młodzieży Polskiej ZET.

Obaj – Stankiewicz i Woyczyński należeli do wspomnianego związku i (wg mojej Babci) “sympatyzowali” z socjalistami.

Obaj pochodzili z Wileńszczyzny. Tam były ich korzenie i część rodziny.

1b_waclaw_stankiewicz 1a_marcin_woyczynski

U góry Wacław Stankiewicz
po prawej Marcin Woyczyński

Odmiennie potoczyło się ich życie rodzinne i zawodowe, ale nieodmiennie darzyli się przyjaźnią. Maria i Wacław doczekali się trojga dzieci, najmłodszą była moja Matka – Janina, a Marcin Woyczyński został jej chrzestnym. W 1895 roku adoptował chłopca o imieniu Benedykt, który przyjaźnił się potem z dziećmi Stankiewiczów i przez pewien czas w Moskwie był domownikiem tej rodziny. Nazywano go Benem. Ben Woyczyński ukończył studia filozofii i filologii klasycznej w Wilnie, gdzie w 1925 roku obronił doktorat pod opieką Wincentego Lutosławskiego (1863- 1954). Przedwczesna śmierć Benedykta Woyczyńskiego (leczonego z powodu gruźlicy w Zakopanem i we Włoszech) przerwała jego karierę naukową, a dla rodziny była ciężką strata.

marcin_benedykt

Marcin Woyczyński z matką i pierwszą żoną /Benedykt Woyczyński – “Ben”

4_marcin_woyczynski_kazik_hrebnicki_marysia_stankiewiczoOd góry: Władysław Stankiewicz, Marcin Woyczyński, Kazimierz Hrebnicki, Marysia Stankiewiczówna ok. 1933

Lekarz Marszałka

W tym czasie Marcin Woyczyński został mianowany przybocznym lekarzem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Z Marszałkiem łączyła go wieloletnia przyjaźń. Woyczyński uzyskał dyplom doktora medycyny w 1895 roku w Wojskowej Akademii Lekarskiej w Petersburgu, który nostryfikował w roku 1900 w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowany rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10.10 1914 roku lekarzem II Batalionu w składzie II Brygady pełnił służbę medyczną uczestnicząc w bitwie o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej. W listopadzie 1918 roku wstąpił do Wojska Polskiego. Od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS, podlegającej bezpośrednio Piłsudskiemu. Jednostki, w których służył i stanowiska mu przyznane, dostępne są w materiałach encyklopedycznych.

Jako lekarz sprawował opiekę nad zdrowiem Marszałka do 1935 roku. Piłsudski chorobliwie nie znosił doktorów i ich porad, a także zbyt długo zwlekał z badaniem wątroby, na które nalegał dr Woyczyński.

Bratowa mojej Matki Janiny ze Stankiewiczów tak wspomina w książce “Pani na Berżenikach”, wuja swego męża, Marcina:

“Wuj Kazimierza dr Marcin Woyczyński pochodził ze starej szlacheckiej rodziny o tradycjach wolnościowych i niepodległościowych. Jeszcze podczas studiów medycznych wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wyjeździe do Galicji był członkiem Organizacji Bojowej w ramach PPS, która skupiała najbardziej ofiarnych i ideowych ludzi. W jej szeregach było około 6000 bojowców podlegających bezpośrednio Józefowi Piłsudskiemu. Wykonywali oni zamachy na carskich policjantów i prowokatorów.

Napadali na pociągi, które przewoziły kasy rządowe i tak zdobywali fundusze. Najgłośniejszym czynem Organizacji Bojowej był napad na pociąg na stacji Bezdany koło Wilna w 1908 r.

Napad przygotował i kierował nim osobiście Józef Piłsudski. Stoczyli formalną bitwę z wojskową załogą pociągu, byli zabici i ranni. Zdobyli kilkaset tysięcy rubli dla organizacji niepodległościowej. Potem wuj był w Związku Strzeleckim i służył w 1. Pułku Legionów. Był jednym z niewielu z którymi Marszałek wypił “braterstwo” jeszcze za czasów PPS.

Piłsudski nie cierpiał lekarzy, tolerował jedynie wuja w tej roli. Miał do niego bezpośredni dzwonek z gabinetu. Często zapadał na grypę, ale nie chciał zażywać lekarstw. Wujaszek musiał mu je aplikować w posiłkach. Był niesłychanie trudnym pacjentem. Nie lubił nawet mierzyć gorączki. Wuja łączyły z Piłsudskim więzy przyjaźni. Marszałek mówił o Nim, “Mój najstarszy towarzysz z żyjących”. Dr Woyczyński jeździł z nim zawsze do ukochanego Wilna, gdzie Marszałek spędzał 19 marca imieniny z Zofią Kadenacową, starszą siostrą. Jeździł szesnaście kilometrów na północ do małego 35 hektarowego majątku Pikieliszki ze starym ogrodem. Wtedy do Berżenik przyjeżdżał na 2-3 dni wuj Woyczyński , któremu Piłsudski pozwalał odwiedzać rodzinę. Prosił jednak, żeby mu przywieźć naszej wędzonej na jałowcu polędwicy i kiełbasy litewskiej. Na jesieni zawsze brał do Wilna skrzynkę Ananasa Berżenickiego dla Marszałka.

Wuj, podobnie jak Marszałek, lubił stawiać pasjanse i przy dobrej pogodzie rozkładał karty na obrośniętym gęsto winem ganku dworu berżenickiego. Najchętniej kładł piramidkę, warkocz Wenery, ogonki Szwoleżerskiego, choinkę, grób Napoleona, prześcieradło.

Na Maderze, zimą roku 1930, podczas trzymiesięcznego urlopu, Marszałek dyktował mu swoją ostatnią pracę “Poprawki historyczne”. Wuj kupił na Sylwestra butelkę wina, a Marszałek miał pretensję , że za drogo zapłacił. Żył nadzwyczaj skromnie i prawie nie pił alkoholu…

…W maju 1931 r. kiedy wuj awansował na pułkownika, urządziliśmy skromną uroczystość rodzinną w Berżenikach…”

(fragmenty wspomnień Heleny z Zanów Stankiewiczowej , “Pani na Berżenikach, W. Wiśniewski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Kontakty z rodziną Babci Marii

Kontakty dr Marcina Woyczyńskiego z rodziną siostry Marii (Mani) nie były zbyt częste, mimo że odległość z Alej Ujazdowskich w Warszawie, gdzie mieszkał Marcin, jest niewielka.

Kiedy Stankiewiczowie przenieśli się do Anina – wówczas podwarszawskiego letniska, Marcin chwalił ich wybór. Podobał mu się ten lesisty teren.

W 1932 roku gościł tutaj na weselu moich Rodziców – Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów. Do ślubu w kościele św. Aleksandra (Pl. Trzech Krzyży) pojechali kabrioletem Marszałka wypożyczonym przez wuja Marcina.

5_slub_janiny_i_st_tyszkiewiczow

Ślub Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów

Na emeryturze (1935) Woyczyński najchętniej przebywał na Kresach. Wrzesień 1939 roku zastał go prawdopodobnie w Wilnie.

W czasie niemieckiej okupacji bywał w Warszawie i kilkakrotnie w Aninie, ale chyba nigdy u nas nie nocował.

Serdeczny, ale nie wylewny, opiekuńczy i troskliwy wobec kobiet i dzieci, potrafił słuchać i z każdym znajdował wspólny temat. Miałam wtedy (1942-44) około dziesięciu lat i Dziadek Marcin fascynował mnie! Na pewno opowiadania Mamy o jego życiu miały duży wpływ na moją wyobraźnię. Dochowałam obietnicy danej Mamie i nikomu nie powtarzałam rodzinnych “sekretów”. Jeden z nich, to wróżba Cyganki – w czasie, gdy Marcin był jeszcze studentem w Piotrogrodzie, okazała się proroczą. Był żonaty trzykrotnie, a wszystkie jego żony były kobietami nietuzinkowymi (Maria, Ludmiła, Taida).

Marcin Wojczyński zmarł 25 lipca 1944 roku w Warszawie.

W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego został pochowany na Wojskowych Powązkach. Z Anina na pogrzebie Dziadka był jedynie mój Ojciec, gdyż komunikacja miejska nie działała już sprawnie. Większość drogi przez miasto Ojciec pokonał pieszo. Mówił potem, że na pętli tramwajowej na Gocławku leżały wagony trakcyjne – zwiastun barykady i bliskich wydarzeń zbrojnych.

Dla mojej najbliższej Rodziny Marcin Woyczyński jest prawdziwym patriotą, który swoje życie podporządkował służbie Polsce. Niepodległość Ojczyzny oraz niełatwa codzienna gotowość i lojalność wobec wymagań wieloletniego druha – Marszałka, stanowiły priorytety w wyborach życiowych dr Woyczyńskiego.

Cześć Jego pamięci!

6_dr_marcin_woyczynskiMarcin Woyczyński

Maria Chodorek, Warszawa-Anin, październik 2016

Wpis o Marysi

Andrzej Rejman

Gdzie teraz jesteś Marysiu?

Często zastanawiam się nad ulotnością wszystkiego, nieuniknionym przemijaniem ludzi, rzeczy, spraw…

Była kiedyś taka dziewczynka. Marysia Stankiewiczówna.

Urodziła się w 1927 roku w Berżenikach, w domu rodzinnym, w powiecie święciańskim, w województwie wileńskim, na północno-wschodnich Kresach Rzeczpospolitej.

Dziś czytamy:

Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim. (Republika Litewska, dopisek A.R.) Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki. Wikipedia 22.10.2016

Marysia miała swoje marzenia, smutki i radości, drobne, dziecięce jeszcze plany, może wybiegała myślami w przyszłość? Czy myślała jaki świat będzie za lat osiemdziesiąt?

A świat za lat osiemdziesiąt, to świat kresu życia jej siostry Krysi, urodzonej cztery lata później. Krysia (dla mnie – ciocia Krysia) wspominała czas spędzony w Berżenikach jako kilka najwspanialszych lat swojego życia. Potem już nigdy nie było tak pięknie.

Mama obu dziewczynek – Helena Stankiewiczowa – pisze w swych wspomnieniach:

“Marysia była bardzo dobrym dzieckiem. Pomagała chorym. Stolarzowi Stanisławowi Zienkiewiczowi, który umierał na gruźlicę stawiała bańki. Pochowała na cmentarzu jego maleńką, kilkutygodniową zaledwie córeczkę Helenkę. Któż mógł przypuszczać, że w miesiąc później ją pochowamy. Marysia miała dobre serce i nigdy nie przysparzała nam zmartwień. Była już bardzo chora, gdy powiedziała:

– Mamusiu, zanieś mój złoty pierścionek do Ostrej Bramy i poproś Matkę Bożą, żebym mogła jeszcze trochę pożyć.

Modliłam się za nią gorąco. Wywiązało się zapalenie opon mózgowych na tle grużliczym. Chorobę przywlekli Sowieci, którzy wygnali nas z domu. Ale najboleśniejsze było to, że w dużym pokoju, w którym Marysia umierała, już nazajutrz Sowieci grali na harmoszce i kazali tańczyć, bo zwycięzcom się nie odmawia. Szydzili, że nie ma na co czekać, bo Polski już nie będzie. …Tłumaczyłam im, że nie tańczę, bo dopiero co straciłam ukochane dziecko. Ale oni dalej tańczyli i nie pozwalali wyjść z salonu… Nasza córeczka poszła własną drogą do stóp Matki Bożej, swojej patronki…. Odeszła, żeby zaznać szczęścia w niebie…

*** Jak Marysiu jest Ci tam w niebie? ***

Helena Stankiewiczowa wspomina dalej:

…Kiedy jechaliśmy do Dukszt saniami (grudzień1940, kilka miesięcy po śmierci Marysi, po uwolnieniu jej ojca z więzienia, przyp. A.R.) Kazimierz opowiedział mi sen, jaki miał w więzieniu. Nie mógł zasnąć w dusznej, zatłoczonej do granic możliwości celi i naraz wydało mu się że w oknie widzi Marysiutkę. A ona tak do niego powiedziała:

– Niech się tatuś nie martwi, ja proszę Pana Boga, żeby tatę wypuścili…

I wypuścili, potem znów uwięzili, ale ponownie wypuścili i wrócił do Ojczyzny, do Warszawy, do rodziny – przeżył swą pierworodną córkę o prawie pół wieku.

(fragmenty wspomnień – W. Wiśniewski, Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Pani na Berżenikach, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Marysia Stankiewiczówna zmarła w dzień swych trzynastych urodzin. Została pochowana w Duksztach obok Adama Hrebnickiego, grób niestety nie przetrwał. Będąc tam co roku, zapalamy pod murkiem znicz.

fot_11_miejsce_spoczynku_marysi_na_cmentarzu_w_starych_d

***

Małgorzata Hrebnicka (kuzynka Stankiewiczów) napisała w dzienniku czasu wojny – w sierpniu 1940 roku:

16/VIII

Od c. Julci pocztówka. Marysieńka nie żyje! Boże!

20/VIII

Pochowana 9/VIII w 13-tą rocznicę swych urodzin na rodzinnym cmentarzu w Duksztach. Biała sukienka i welon i mnóstwo mnóstwo kwiatów. Przed paru laty, pamiętam jak matka powiedziała, że własnoręcznie będzie upinać welon do ślubu na główkach swoich córek. Biedna Hala!….

 ***

fot_1_berzeniki

Berżeniki nad jeziorem Berżenickim, fot ok 1930

fot_1_berzeniki_dom_rodzinny_marysiDom rodzinny

fot_2_pierworodna_corka_marysia_z_mamaMama z pierworodną córeczką

fot_3_z_mama_i_siostraZ mamą i siostrą

fot_4_z_lalkaZ lalką

fot_5_z_mama_i_siostra_krysiaZ mamą i siostrą – trochę starsza

fot_6_na_kolanach_u_tatyNa kolanach u taty

fot_7_powazna_na_sankachPoważna na sankach

fot_8_marysia_z_ukochanym_psem_berzenikiZ ukochanym psem

fot_9_i_komunia_swPierwsza Komunia Święta

fot_10_z_wlasnego_albumu_z_podpisamiZ własnego albumu z własnym komentarzem

Fotografie ze zbiorów rodzinnych, Andrzej Rejman (c) 2016

 

 

 

Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

w archiwach rodzinnych… ciąg dalszy

klemens_zan

Klemens Zan   
podpis pismem Heleny z Zanów Stankiewiczowej (nazywanej w mojej rodzinie “ciocią Halą”): Klemens Zan, ojciec Julii, Romana, Stefana, Olgierda
dopisane w innym czasie ołówkiem: mąż Bronisławy z Moraczewskich Zanowej
i niżej, innym atramentem: Ojciec Basi Czerwijowskiej, Kazi Iłłakowiczówny

Tak, jak te dopiski, życie Klemensa Zana dopisywało rozdziały…
Kim był Klemens Zan?
Trzeba koniecznie zajrzeć do pamiętników cioci Hali.

***

czytam:

…Wypada wspomnieć o moich przyrodnich ciotkach – wnuczkach Promienistego – Kazimierze i Barbarze Iłłakowiczównych, aczkolwiek był to w rodzinie temat tabu. Żałuję, że nie zrobiłam tego, co moja rodzina winna była uczynić wcześniej, gdy Kazimiera i Barbara były jeszcze dziećmi. Trzeba było po prostu przygarnąć obie sieroty, gdy ich ojciec Klemens Zan zginął tragicznie, a potem umarła ich matka Barbara Iłłakowiczówna.

Babcia Bronia, żona stryja Klemensa, ukrywała to, o czym wszyscy w Wilnie wiedzieli, udawała, że nic się nie stało.

Barbara Iłłakowiczówna, skromna, mieszkająca na poddaszu nauczycielka, sama wychowywała dwie córki stryja Klemensa. Babunia Bronia, osoba zresztą niezwykle religijna, na pograniczu dewocji, powinna była, jak prawdziwa chrześcijanka, wziąć sieroty do swojego domu po śmierci ich matki. Może zbyt surowo oceniam moją rodzinę, ale wstydzę się tego co się stało.

Kazimiera, zwana przez przyjaciół “Iłłą”, odczuwała mocno brak ciepła rodzinnego, o czym wspomina, opisując tułaczkę po ubogich sublokatorskich pokoikach, w książce “Ścieżka obok drogi”.

O Iłłakowiczównie usłyszałam po raz pierwszy od matki, po powrocie z Warszawy, gdy wręczano jej Krzyż Virtuti Militari. Mnie przywiozła wówczas Medal Niepodległości za działalność w POW. Nie mówiąc mi, kim jest dla naszej rodziny Iłłakowiczówna, matka powiedziała tylko, że poznała ją na przyjęciu w GISZ-u. Dowiedziałam się, że to bardzo dobrze ułożona, poważna, ale niewątpliwie piękna i elegancka kobieta. Przywiozła jej tomik wierszy “Popiół i perły”. …Matka zachęcała mnie do przeczytania tych wierszy, mówiąc, że są piękne i wzruszające. Teraz, gdy o tym myślę, mam wrażenie, że matka wspominała to spotkanie zatroskana, smutna… Czyżby było to pierwsze i ostatnie spotkanie matki z odrzuconą przez rodzinę sierotą po Klemensie i – choć z nieprawego łoża – to jednak wnuczką Promienistego? Czy matka mogła nie wiedzieć, skoro Jan Henryk Rosen, największy przyjaciel Kazimiery, bywał częstym gościem w Duksztach i wisiały tam jego obrazy?

Klemens Zan poznał pannę Barbarę Iłłakowiczównę, dużo od niego młodszą, na chórze w jednym z wileńskich kościołów. Uczyła w domach prywatnych muzyki i języków. Miał z nią dwie córki: Barbarę i o cztery lata młodszą Kazimierę, która urodziła się w miesiąc po śmierci ojca, w sierpniu 1889. Po śmierci matki Kazimierą zaopiekowała się Zofia Zyberk Plater Buynowa, a Barbarą – Gustaw Wołk. Kazimiera zamieszkała w majątku Balatyno, a później w Stanisławowie. Dwa lata chodziła na słynną pensję Platerówny dla panienek z dobrych domów. Potem studiowała we Fryburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i Krakowie, gdzie w 1914 roku otrzymała absolutorium.

Ta wspaniała, niezwykle odważna, bezkompromisowa kobieta była do końca samotna i nieszczęśliwa. W autobiograficznych opowiadaniach pt. “Trazymeński zając” wiele razy wspomina matkę, ojca, Wilno, gdzie się urodziła.

…Moją ulubioną książką jest “Ścieżka obok drogi” z okresu, gdy była osobistą sekretarką marszałka Piłsudskiego, odpisywała na listy do niego adresowane, załatwiała interwencje. Podobno była jedyną osobą, której Marszałek się bał.

… Jest taki krótki fragment w Ścieżce obok drogi, wciąż niestety aktualny, który chciałabym zacytować:

“Im dłużej patrzyłam na tę niesprawiedliwość i nędzę w kraju, tym mocniej utrwalało się we mnie przekonanie, że nie jest tu winien żaden rząd i żaden ustój, ale winien każdy poszczególny człowiek w swoim kamiennym niedbaniu o drugiego człowieka, w rzucaniu wszystkiego na jakieś “odległe czynniki” i nierobieniu samemu porządku wkoło siebie”.

Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991, fragmenty … / rodzinne archiwa fotograficzne i rękopisy

helena-stankiewiczHelena Stankiewiczowa – pisze wspomnienia (fot ok. 1968-70)
po prawej: wczesne lata 70

Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

Bohema

Moja ciocia, Krystyna Stankiewicz, z pewnym pobłażliwym, ale życzliwym dystansem odnosiła się do różnej maści artystów-samouków, w tym i do mnie. Uważała bowiem, że artysta powinien być wszechstronnie zawodowo wyształcony, a jeśli ma rzeczywiście talent, to po mozolnej edukacji powinna nadejść w końcu akceptacja  publiczności i krytyki. Z pewnością miała dużo racji – zwłaszcza biorąc pod uwagę, w jakim środowisku wzrastała jej rodzina. Matce – Helenie z Zanów oświadczył się sam Karol Szymanowski.

Gdy Helena Zan (póżniej Stankiewicz) miała szesnaście lat, spędzała ferie zimowe w Zakopanem, gdzie jej babcia Antosia (Antonina Dowgiałło) miała willę “Boruta”. Któregoś  Sylwestra przybyła tam cała bohema zakopiańska – jak pisze we wspomnieniach Helena Stankiewicz

…wybór trunków był nadzwyczajny: wina, szampany, koniaki, likiery i nalewki. Jako harcerka buntowałam się przeciw takiemu pijaństwu. Poszłam spać przed północą, chociaż z dołu dochodziła muzyka i okrzyki rozbawionych gości. O drugiej w nocy ojciec zastukał do moich drzwi i chociaż nie miałam ochoty, musiałam zejść na dół. Urządzono zawody – kto szybciej namaluje portret. Miałam być modelką, a malarzem Witkacy i Kamiński. Zaspana, nieuczesana i wściekła, nie byłam w stanie się uśmiechnąć… Rozejrzałam się po salonie. Pani Stryjeńska smacznie spała na zrolowanym dywanie. Na jednej nodze miała cztery bransoletki, na drugiej zegarek.

Co chwila ktoś się o nią potykał, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jej mąż spał w wygodniejszym i spokojniejszym miejscu – pod fortepianem, na którym stale ktoś grał. Nogi trzymał w biblioteczce.

Nie pamiętam, kto zwyciężył w tych zawodach. W każdym razie pastelowy portret namalowany przez Witkacego był tak przerażający, że gdybym była delikatną panienką, powinnam natychmiast zemdleć. Podobieństwo jednak uchwycił znakomicie. Kamiński natomiast wykonał portret słodziutki jak cukierek. Tej samej nocy Witkacy namalował portret matki, Musia (brat Heleny Tomasz, przyp. AR)  i ojca, Ojciec jako Belzebub bardzo mi się podobał…

(Helena z Zanów Stankiewiczowa/Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” wyd Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991)

***

Wspomniana na samym wstępie ciocia Krystyna ofiarowała mi zdjęcie, które jak sądzę jest dosyć rzadkie i mało znane, bo archium prywatne Emila Młynarskiego spłonęło w Warszawie podczas Powstania.

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej2

Zdjęcie jest na odwrocie podpisane ręką Heleny Stankiewiczowej:
“Anna z Hryncewiczów i Emil Młynarscy”

W książce “Pani na Berżenikach” Młynarscy pojawiają się wielokrotnie.

Helena Stankiewiczowa wspomina:

Do Iłgowa Młynarskich na imieniny cioci Ani jeździło się czwórką, uprząż zdobiły gruzły i kolce, a konie były dobierane maścią. Zawsze to robiło wrażenie….

– Najbliższymi sąsiadami byli Anna i Emil Młynarscy z Ilgowa?

Tak, to byli dalecy krewni, których najczęściej odwiedzaliśmy…

…Miałam zaledwie pięć lat, gdy zawieziono mnie na pierwszy “kinderbal” do Iłgowa Młynarskich. Wuj Emil i jego żona Anna mieli trzy córki: Wandę, Alinę i Nellę, i synów – Felka i Bronka. Matkę wuja Emila, która była Niemką, nazywaliśmy Fredką i bardzo ją lubiliśmy… Rywalizowała z babcią Aliną Hryncewiczową, matką żony Emila. Modrzewiowy dwór w Iłgowie, 10 kilometrów od Poniemunia stał na wysokim brzegu Niemna.

…Młynarscy wybudowali specjalnie dla gości dziesięciopokojowy pawilon, który nazwali “Nowinka”. Właściwie był to hotel, w którym nieraz całymi miesiącami mieszkali muzyczni przyjaciele stryja.

– A wuj Młynarski uczył panią gry an fortepianie?

… wuj, który bardzo mnie lubił, sadzał na kolanach i wspólnie wystukiwaliśmy melodie. Jeśli byłam grzeczna, to w nagrodę grał mi zazwyczaj preludium Chopina.

… Miałam wówczas siedem, a może osiem lat i nie mogłam objąć dłonią oktawy.

Prawie wszystkie dzieci Młynarskich grały nieźle na fortepianie i czytały nuty.

Może najmniej Nella, która potem wyszła za mąż za Artura Rubinsteina. Byłą piękna, bardzo zgrabna, miała śliczne długie nogi, tańczyła jak baletnica i wróżono jej karierę.

Pamiętam, że imieniny cioci Ani obchodzono w Iłgowie zawsze bardzo uroczyście.

Gości witały transparenty “Niech żyje Anna” zawieszone  między drzewami w ogrodzie, lampiony, girlandy z zieleni i kwiatów.

…Ciocia Ania słynęła w całej Kowieńszczyźnie ze swoich kulinarnych umiejętności. Wspaniale organizowała takie przyjęcia…. pisał o tym obszernie  Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach, a Nella wydała nawet książkę kucharską, gdzie większość przepisów należy do jej matki….

Prócz kulinarnych zdolności ciocia Ania miała talent do wydawania pieniędzy.

Wystawne przyjęcia sporo kosztowały, szczególnie, że nieraz goście zostawali jeszcze przez kilka dni.

Największą jednak atrakcją był specjalny koncert imieniowy z udziałem Pawła Kochańskiego, Karola Szymanowskiego, Grzegorza Fitelberga, Artura Rubinsteina, którzy dopiero znajdowali się u progu kariery.

Dzieci Młynarskich też występowały, a pod koniec Nella improwizowała niczym Isadora Duncan…

…Właśnie w Iłgowie mama przedstawiła mnie Karolowi Szymanowskiemu. Była pod jego urokiem, często o nim mówiła, grała na fortepianie jego utwory.

Podczas tych imienin grał z Rubinsteinem na cztery ręce “Fantazje ” Schumanna. Ja natomiast, spełniając prośbę cioci Ani, opiekowałam się strasznie rozpieszczoną Nellą.

Z trudem nakłoniłam ją, aby coś zjadła, bo lubiła tylko lody, a kulinarną atrakcją imienin były płonące lody. Wnoszono je przy zgaszonych światłach, a wuj Emil grał marsza tryumfalnego…

Zaraz po lodach zaczynały się tańce. Wedle obyczaju, zaczynano od poloneza. Anna i Emil dostojnie i z wdziękiem prowadzili go długim wężem przez salon, szeroki hall i jadalnię. Dziś już nikt tak nie potrafi tańczyć poloneza…

Helena z Zanów Stankiewiczoa – “Pani na Berżenikach” – Wojciech Wiśniewski, LTW 2003 / zdjęcie Anny i Emila Młynarskich – archiwa rodzinne 2016 Andrzej Rejman

Śmierć Cioci Krysi

Andrzej Rejman

Ciocia Krysia

Krystyna Stankiewicz i jej rodzina miała pokaźny udział we wspomnieniach zamieszczonych na tym blogu. Autorka wspomnień – córka Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów, praprawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” zmarła w Warszawie w sierpniu b.r. (2016)

1_krysia_stankiewiczok_1935_w_berzenikach_z_ulubionym_ps

Dziś kilka zdjęć i wspomnienie o niej – jej kuzynki, Marii Chodorek z d. Tyszkiewicz. U góry mała Krysia Stankiewicz w Berżenikach z ulubionym psem

5_krystyna_stankiewicz4  2_krystyna_stankiewicz1 3_krystyna_stankiewicz2 4_krystyna_stankiewicz3

Krystyna Stankiewicz w Warszawie, w czasach pracy w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej (lata 50-te XX w.)

***

Maria Chodorek

Nie dokończyłyśmy naszych rozmów.
Pamięci Krystyny Stankiewicz.

23 sierpnia 2016 roku zmarła na warszawskim Żoliborzu Krystyna, córa Heleny z Zanów Stankiewiczowa, moja bliska krewna, starsza jedynie o dwa lata.

Wuj Kazimierz, jej ojciec, był bratem mojej Matki, Janiny ze Stankiewiczów Tyszkiewiczowej. Krystyna była ostatnią z rodziny – urodzona w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie – w miejscu, skąd wywodził się nasz dziadek Wacław Stankiewicz.*

Dziś, 30 sierpnia odprowadzamy Zmarłą po mszy żałobnej do rodzinnego grobu na Starych Powązkach. Dobrze, że upał ustąpił właśnie dziś.

Poruszam się z trudem w labiryncie teraźniejszości, wspominając przez cały mijający tydzień przeszłość.

Traktuję ją jako przestrzeń pomiędzy „od-do” z odcinkami, które z Krysią przeżyłyśmy wspólnie.

Przed 1939 rokiem chyba dwukrotnie byłam z rodzicami w Berżenikach – latem. Zapamiętałam jezioro należące do rodzinnego mająteczku, lasy na horyzoncie, sad, psy i konie.

Helena, żona Kazimierza – „Pani na Berżenikach”, matka Krysi i Ziutka została w Wilnie w nadziei że pomoże Kazimierzowi uciec, lub zdoła wykupić. Tak się nie stało, ciocia Hala przyjechała do nas latem 1945 roku, potem uzyskała mieszkanie przy ul. Krasińskiego, na warszawskim Żoliborzu. Była dzielną kobietą o wielu talentach, prawdziwą patriotką.

Krysię zobaczyłam po wojnie w 1945 roku. Siedziała przy oknie dużej anińskiej kuchni i starannie obierała ziemniaki na rodzinny obiad. Nasza wspólna babcia Mania „w cztery oczy” postawiła mi kuzynkę za wzór, ponieważ jak zwykle „wykręciłam się” od kuchennych zajęć. Krysia ze swoim młodszym o pięć lat bratem Ziutkiem (Józefem – imię nadano na cześć Marszałka Piłsudskiego) i z towarzysząca dzieciom niezrównaną przyjaciółką ich Matki – Wandą Kawalcową – została zakwaterowana w pokoju na piętrze.

Przyjechali towarowym pociągiem z Wilna do Lublina. Stamtąd mój ojciec zabrał ich do Warszawy i Anina.Podróż ta była ciężka i długa, ich rodzice zostali w Wilnie, choć wszyscy mieli razem przyjechać transportem nr 17 w lutym 1945 roku.

Tydzień przed tym terminem Kazmierz Stankiewicz został pojmany przez NKWD w nocnej brance. Do Warszawy przyjechał dopiero w listopadzie 1947 roku, o czym można się dowiedzieć także ze wspomnieniowych książek, m.in. ”Pani na Berżenikach” (Wojciech Wiśniewski) i „W łagrach na Saratowskim szlaku” (Leonard Perepeczko).

W 1945 roku poszłyśmy z Krysią do ostatniej klasy Prywatnej Szkoły Powszechnej SS Felicjanek w Marysinie Wawerskim, potem również tam ukończyłyśmy żeńskie gimnazjum uzyskując tzw. małą maturę. Dwa lata uczęszczałyśmy do szkoły ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie przy ulicy I Poprzecznej w pałacyku Więcka.

Te dwa lata były również czasem koleżeńskich prywatek w rodzinnych domach, gry w siatkówkę, wypraw „do Warszawy”, do kina lub nad Wisłę. Krysia była jedną z aninianek – „Dziewcząt od sióstr”, mieszkała przy III Poprzecznej, z nami. Na Żoliborzu bywała pod koniec każdego tygodnia. Jej Rodzice dzielnie opanowywali sztukę adaptacji w Warszawie.

Po maturze w 1951 roku nasze drogi się rozeszły…

Spotykałyśmy się jednak na świątecznych lub imieninowych, czasem jubileuszowych uroczystościach rodzinnych. W 1958 roku Krysia podawała do chrztu Piotra, mego pierworodnego syna…

Została dyplomowana pielęgniarką. W tej roli była wzorowa również jako córka i siostra.

Została sama w 2011 roku (w tym roku zmarł jej brat Józef), i wtedy zaczęły się nasze długie rozmowy telefoniczne. Wówczas dowiedziałam się wielu istotnych, radosnych i tragicznych szczegółów o Rodzinie. Miałyśmy wiele tematów odkładanych „na potem”. Od tygodnia sięgam po telefon nawykowo, by ją usłyszeć i kontynuować rozpoczęte tematy… I wracam myślą do Niej i Jej Rodziny.

Polecam ich Matce Boskiej Ostrobramskiej, Krysia zwykle nam tłumaczyła, że jest to Madonna bez Dzieciątka, więc może więcej mieć dla nas cierpliwości i miłości.

____________________________________________

*Wacław Stankiewicz 1866 – 1940

Inżynier leśnik, organizator leśnictwa.

Urodzony 23 IV 1866 w Berżenikach w pow. nowoaleksandrowskim (gub. kowieńska), był synem Jana Stankiewicza i Konstancji z Bejnarów. Jan Stankiewicz był leśnikiem i właścicielem miejscowego folwarku.

Po ukończeniu szkoły realnej w Dyneburgu studiował w Petersburskim Instytucie Leśnym, gdzie w r. 1890 uzyskał stopień «uczenyj lesowod I razriada» (odpowiednik inżyniera leśnictwa). Po studiach pracował w państwowej administracji leśnej gub. kostromskiej, potem został na trzy lata oddelegowany do urządzania lasów na Uralu, gdzie dokonywał wraz z grupą taksatorów Polaków inwentaryzacji przyrodniczo-leśnej i planował zagospodarowanie poszczególnych nadleśnictw. W r. 1894 wrócił do Petersburga i został asystentem w Katedrze Urządzania Lasu Instytutu Leśnego, kierowanej przez Polaka, Aleksandra Rudzkiego. W r. 1905 dzięki stypendium uczelnianemu prowadził badania lasów górzystych na 25 założonych przez siebie powierzchniach próbnych w środkowej i południowej części Krymu. Podczas pobytu na Krymie odkrył nieznany dotychczas gatunek sosny, który opisał W. Sukaczow i nazwał na cześć Stankiewicza «Pinus Pityusa Stev. var. Stankieviczi». W r. 1908, przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w Zarządzie Rolnictwa i Dóbr Państw, przy urządzaniu lasów w okręgach leśnych: moskiewsko-twerskim, włodzimiersko-riazańskim i południowym — obejmującym Krym i zachodnie Zakaukazie.

Wiosną 1920 Stankiewicz opuścił Rosję i osiadł w Warszawie. W maju tego roku objął stanowisko naczelnika Wydziału Urządzania Lasów w Departamencie Leśnictwa Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych. Mimo małej liczby wykwalifikowanych pracowników technicznych oraz różnic w systemach leśnych trzech zaborów, doprowadził w ciągu dwóch lat do prowizorycznego urządzenia wszystkich lasów państwowych, a następnie likwidując stopniowo braki w planach, księgach i mapach gospodarczych, organizując i szkoląc personel, a potem sprawnie kierując jego pracami w terenie, stworzył podstawy dla prawidłowej administracji i nowoczesnej gospodarki leśnej.

W r. 1931 przeszedł na emeryturę, ale nadal interesował się sprawami leśnictwa, podejmując zlecenia urządzania lasów prywatnych i zabierając głos na łamach prasy fachowej . W r. 1939, ciężko już chory i częściowo sparaliżowany, zamieszkał u córki w Aninie pod Warszawą. Tam zmarł 20 III 1940; pochowany został na cmentarzu parafialnym w Zerzni. W małżeństwie z Marią z Woyczyńskich (ok. 1873—1965) miał troje dzieci: Kazimierza, Władysława oraz Janinę (1901—1982), doktor filozofii w zakresie botaniki, zamężną za Stanisławem Tyszkiewiczem, profesorem leśnictwa. Kazimierz (ok. 1899—1972), inżynier łączności, absolwent Inst. Technicznego w Moskwie (1914), był najpierw pracownikiem Głównej Dyrekcji Telefonów i Telegrafów w Warszawie, walczył jako ochotnik w wojnie polsko-sowieckiej 1920 r., potem gospodarował w rodzinnych Berżenikach, podczas drugiej wojny światowej był aresztowany przez NKWD i zesłany na Syberię, po wojnie pracował w Biurze Odbudowy Stolicy w Warszawie; był żonaty z Heleną z Zanów (zm. 1996).

oprac.Stanisław Tadeusz Sroka

Źródło: Polski Słownik Biograficzny

 

7_waclaw_stankiewicz_and_kazimierz_hrebnicki_ok_1926_w_b

6_od_lewej_adam_hrebnicki_i_waclaw_stankiewicz_ok_1910_f

 

Adam Hrebnicki (po lewej) i Wacław Stankiewicz około roku 1910

Poniżej:

Wacław Stankiewicz i Kazimierz Hrebnicki, Raj, ok 1926

 

 

 

Szkoły, których już nie ma

Przysyłając mi ten tekst Andrzej Rejman napisał: wrzesień idzie, to o szkołach…

Andrzej Rejman

W zapiskach codziennych mojej babci Małgorzaty znajduję wpis:

1928 maj

“25-go byłam u p. Kowalczykówny w sprawie Julci*. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły. Nadzwyczaj sympatyczna…”

*Julcia (czyli moja mama – Julia Hrebnicka) pierwsze dwie klasy nauki odbyła w gimnazjum żeńskim J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Warszawie.

Znajduję w internecie – “Na mapie przedwojennego szkolnictwa Warszawy wyróżnia się Żeńskie Prywatne Gimnazjum i Liceum prowadzone przez Janinę Popielewską i Janinę Roszkowską. Szkoła działała w kamienicy przy ulicy Bagatela 15 w latach 1915-1944. W czasie okupacji właścicielki zorganizowały nauczanie konspiracyjne pod szyldem szkoły krawieckiej. Pensjonariuszki gimnazjum i liceum wychowywane były w duchu patriotyzmu i szacunku dla Ojczyzny. Wiele z nich działało w harcerstwie, a w czasie wojny w konspiracji. Niektóre z nich zginęły w czasie Powstania Warszawskiego. W 1987 r. staraniem wychowanek szkoły odsłonięto na ścianie dawnej jej siedziby pamiątkową tablicę. Widnieje na niej treść “W tym domu mieściło się w latach 1915-1944 Gimnazjum i Liceum Janiny Popielewskiej i Janiny Roszkowskiej. W hołdzie założycielkom i pedagogom oraz uczennicom poległym za Ojczyznę w latach 1939-1945. Wychowanki”. (źródło: http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/30620,warszawa-to-miescilo-sie-gimnazjum-i-liceum-j-popielewskiej-i-j-roszkowskiej.html )

Julcia uczyła się raczej dostatecznie, i otrzymała promocję do trzeciej klasy z zastrzeżeniem z arytmetyki – zdjęcie przedstawia świadectwo ukończenia drugiej klasy w roku szkolnym 1926/27.

1_Julia_Rejman_swiadectwo_szkolne_szkola_Roszkowskiej_1

Miałem podobne problemy z matematyką, jednak dopiero w klasach licealnych. Widać, że rygor ocen w tamtych czasach był stosunkowo wyostrzony, nie sądzę bowiem, żeby matematyka na poziomie pierwszych klas szkoły podstawowej była aż tak trudna!!

Następne świadectwa Julci były nieco lepsze, no i szkoła już inna – o tej właśnie szkole pisze babcia we wspomnieniu na wstępie.

Gimnazjum Żeńskie Kowalczykówny i Jawurkówny przy ul. Wiejskiej 5 w Warszawie było prywatną pensją założoną przez Jadwigę Kowalczykównę (Jadwiga Czarna) i Jadwigę Jawurkównę (Jadwiga Biała) w roku 1903 i prowadzoną przez jej założycielki do ich tragicznej śmierci w roku 1944 w czasie powstania warszawskiego.

Przeglądam zachowane świadectwa mamy;

W “Sprawozdaniu o pracy, postępach i zachowaniu Julii Hrebnickiej, uczennicy III -iej klasy” czytam:

“Półrocze I r. szk. 1928-29:

W tym półroczu Julcia pracowała chętnie, tylko jeszcze nie brała żywego udziału w lekcjach. Zachowywała się zupełnie dobrze, cicho, grzecznie. Okazała postępy dostateczne, tylko w geografii niedostateczne, a w gimnastyce – dobre.

Półrocze II r. szk. 1928-29:

I w tem półroczu Julcia nie zainteresowała się do tego stopnia lekcjami, żeby w nich brać udział, ale pracowała sumiennie.

Zachowywała się zupełnie dobrze.

Okazała postępy dostateczne we wszystkich przedmiotach, a w rysunku i gimnastyce – dobre.

Otrzymuje promocję do IV-ej klasy. ”

2_Sprawozdanie_z_nauki_w_Szkole_Kowalczykowny_2_Julia_Hr

3_Julia_Hrebnicka_Swiadectwo_maturalne2

Na świadectwie maturalnym Julci ładna buzia grzecznej dziewczynki, choć pamiętam jak mama mówiła mi, że była wtedy okropna, nieznośna i bez przerwy kłóciła się z młodszym bratem, Kazikiem…

Po latach uczennice spotkały się, wspominając “Białą” i “Czarną” Jadwigę.

4_Absolwentki_szkoly_Kowalczykowny_i_Jawurkowny_zjazd_ok

5_spotkanie_po_latach_szkola_Kowalczykowny_i_Jawurkowny

Wśród zebranych Julia Rejmanowa z d. Doktorowicz-Hrebnicka.

(późne lata pięćdziesiąte XX w.)

***

informacje źródłowe

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szkoła_na_Wiejskiej

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Kowalczykówna

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Jawurkówna

Fotografie

Andrzej Rejman

Smoleńsk, katastrofa samolotu i portrety…

Sierpień to nie tylko miesiąc Powstania, ale też półmetek wakacji, sezon wypoczynku i skupienia się na czytaniu, oglądaniu, wspominaniu.

Wbrew dosyć oczywistej (w 2016 roku), wydawałoby się sugestii w tytule co do treści niniejszej refleksji – dziś będzie krótka impresja o fotografii.

Wszyscy w rodzinie lubili robić zdjęcia. W dzisiejszych czasach nie jest to już zajęcie wymagające jakichś specjalnych zabiegów, ale kiedyś trzeba było mieć odpowiedni sprzęt, potem żmudnie zdjęcia wywołać itp.

Niektóre ze zdjęć z tamtego okresu są niezwykle czytelne, dokładne i wyraziste. Widać najmniejsze źdźbła trawy, tafla wody – jak prawdziwa, szczegóły doskonale widoczne.

Dziś przedstawiam kilka zdjęć które wpadły mi “w oko”, przy przeglądaniu szuflady z archiwaliami rodzinnymi.

Jedno z nich podpisane: Smoleńsk 1912 fot S.H. zostało zrobione z pociągu przez Stanisława Doktorowicz-Hrebnickiego

fot_1._._Smolensk._Widok_z_pociagu_1912_fot_Stanislaw_Do

Prawdopodobnie St. Hrebnicki udawał się z Moskwy do domu swoich rodziców w Raju (północno-wschodnia Wileńszczyzna), i zrobił zdjęcie z okna pociągu.

fot_2_szybowiec_po_katastrofie_przy_ul_Rakowieckiej

Podpisane na odwrocie: katastrofa szybowcowa przy ulicy Rakowieckiej (fot St. Doktorowicz- Hrebnicki)

Znalazłem w Internecie coś na ten temat:

http://warszawa.fotopolska.eu/74677,foto.html

Jak wynika z opisu w dniu 4 VI 1936 r. w Warszawie szybowiec Akademickiego Aeroklubu, holowany przez samolot, podczas przelotu nad miastem na wysokości 400 m uległ katastrofie z powodu oderwania się części skrzydła i runął na dach budynku koszar I pułku artylerii przeciwlotniczej przy ul. Rakowieckiej, rozbijając się. Pilot szybowcowy Edmund Szatkowski, student politechniki warszawskiej, poniósł śmierć.

Hrebniccy mieszkali wtedy przy Rakowieckiej 4, nieopodal znajdowało się lotnisko na Polu Mokotowskim.

W “Wikipedii” czytam:

Po odzyskaniu niepodległości już w roku 1919 to na tym lotnisku tworzył się zalążek polskiego lotnictwa wojskowego, przemysłu lotniczego i instytutów badawczych związanych z lotnictwem. Już w 1918 planowano zlikwidowanie lotniska, które znajdowało się w granicach miasta i ograniczało jego rozwój na rzecz lotnisk sportowego na Bielanach, wojskowego na Okęciu i komunikacyjnego na Gocławiu.

Od 1920 z lotniska mokotowskiego odbywały się regularne loty pasażerskie (towarzystwa: “Franco Rumaine”, “Aerolloyd”, “Aerolot” i ostatecznie PLL “LOT”), a w 1929 tu powstał polski przewoźnik Polskie Linie Lotnicze “LOT”, od 1930 oficjalnie przyjęty do IATA z kodem LO. Odbywały się stąd początkowo regularne loty międzynarodowe do Bukaresztu, później do Aten, Bejrutu i Helsinek. W 1927 założono tu Akademicki Aeroklub Warszawski.

***
Na koniec trzy piękne zdjęcia portretowe zrobione przez znanego fotografa Stefana Zyberk-Platera, znajomego rodziny Stankiewiczów, przedstawiające Helenę z Zanów Stankiewiczową oraz jej męża Kazimierza.

Helena foto3-4

Helena z Zanów Stankiewiczowa

fot_5._Kazimierz_Stankiewicz_maz_Heleny_fot_S_Zyberk_PlaKazimierz Stankiewicz mąż Heleny

W “Wikipedii” czytamy o autorze zdjęć:

Stefan Plater-Zyberk (ur. 31 lipca 1891 w Kurtowianach, gub. kowieńska, zm. 9 lutego 1943 w Auschwitz-Birkenau) – fotografik, artysta malarz. Syn hr. Ludwika Wiktora i Teresy Marii hr. Zamoyskiej. Ukończył gimnazjum w Wilnie. Podjął studia na Wydziale Architektury Politechniki Ryskiej (1912-16), w trakcie których został przyjęty do korporacji akademickiej Arkonia. Dyplom uzyskał na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
W latach 1919-20 był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej w Kownie, więzionym następnie przez władze litewskie. 22 czerwca 1934 poślubił Hannę Krystynę Gacką. Podczas II wojny światowej aresztowany przez Gestapo i przewieziony na Pawiak. Po śledztwie, 17 stycznia 1943 r. wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Rozstrzelany, zginął 9 lutego 1943 roku.

c.d.n.

Sierpień

Dziś kolejny tekst o Powstaniu Warszawskim

Andrzej Rejman  

Dzwony Pokoju

ruiny_Warszawy_fot_St_Doktorowicz_Hrebnicki_ze_zbiorow_r

Ruiny Warszawy. Fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, (ok 1947) ze zbiorów rodzinnych – oryginał przekazany dla Narodowego Archwium Cyfrowego

Tekst napisany 1 sierpnia…

Dziś kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Od rana pada silny deszcz. Może do godziny “W” się wypogodzi, jak wcześniej bywało?

Jeśli nie – oznacza to jakąś kolejną zmianę, której doświadczyć musimy.

Mimo ciągłych zmian, które nadają dynamikę światu, zawsze warto jest przypominać rzeczy podstawowe, wręcz banalne. Choćby to, że najcenniejszy, ale też najtrudniejszy do utrzymania, jest pokój między ludźmi.

Ktoś porównał wczoraj atmosferę podczas Światowych Dni Młodzieży 2016 w Krakowie do V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odbył się w Warszawie w 1955 roku. Różnice są oczywiste, jednak z pewnością atmosfera wśród młodzieży była podobna – radość, entuzjazm, chęć poznania się, pragnienie wolności i pokoju…

Zebrani na obu, oddalonych od siebie o ponad 60 lat, wydarzeniach młodzi ludzie, mieli za sobą świeże doświadczenie wojny w swoim regionie. Spotkali się ze swoimi rówieśnikami, którzy żyli od lat w pokoju i wojnę znali tylko z lektur…

***

Południe. Przejaśnia się. Jest jakaś nadzieja.

Wracam do bohaterów Powstania Warszawskiego.

Antoni Baniewicz – ps. “Wilczyński”, nazywany “Promykiem Plutonu”, poległ ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu.

To jemu matka przez następne lata pisze wiersze, przywołując go w nieustannym apelu poległych…

Jeden z wierszy – zawsze aktualny.

DZWONY POKOJU            

Salina Baniewicz

Hej, rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Ogłoście światu z mocą,
Że już nie chcemy umierać w boju,
Nie chcemy walczyć z przemocą.

Nie chcemy, by bohaterskie orlęta
Znowu daremnie ginęły
Wszak wojnę niedawna każdy pamięta,
Gdy domy i lasy płonęły.

Zgliszcza i gruzy z miast pozostały,
Szerzyło się widmo głodu,
w obozach śmierci miliony konały
Niewinnie, bez powodu.

Porozrzucane na polach kości,
Ziemia – krwią nasiąknięta…
Te barbarzyństwa i potworności –
– Każdy chyba pamięta.

Wiec rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Całemu światu donieście:
Nie chcemy być ofiarami podboju,
Pragniemy spokoju wreszcie.

Pragniemy gorliwie z zapałem pracować
Dla dobra własnej Ojczyzny;
Pragniemy żyć, by tworzyć, budować
I leczyć bolesne blizny.

Chcemy się cieszyć rodzimą przyrodą,
Hojnie darzącą nas chlebem,
Radować się odzyskaną swobodą,
Pod naszym, polskim niebem.

Żeby swe dzieci wychować bezpiecznie,
Na zdrowych, uczciwych ludzi;
Trzeba nienawiść zgnieść ostatecznie,
Sumienie w człowieku obudzić.

Rozkołysane dzwony pokoju,
Niech światu obwieszczą donośnie;
Że z naszej pracy, trudu i znoju,
Pogodna przyszłość wyrośnie

1951

 

Letni wiatr

Andrzej Rejman

na początku miał być tytuł “letni niespokojny wiatr”
chciałem uniknąć słowa samego w sobie niespokojnego…
jednak w tym wietrze było coś, jakieś echo wydarzeń…

tyle się dzieje, że nie sposób nawet komentować…
spojrzałem więc w chmury – bo człowiek chyba jednak powinien szukać spokoju…
może to kwestia wieku zresztą, albo jakichś cech wrodzonych?
są ludzie, którzy poszukują niepokoju – i może dlatego wybuchają wojny?

a może są czasy wojny i czasy pokoju?

Moje spotkania z Niemcami

Andrzej Rejman

We wrześniu 1938 roku moja mama, studentka ogrodnictwa warszawskiej SGGW, pojechała na wycieczkę do Niemiec.

Przysłała kartkę z Frankfurtu, w której pisze: “Kochani! Oglądamy cuda po prostu, tylko co zwiedzaliśmy oranżerię z gigantycznymi palmami i dwustuletnimi kaktusami itd. Coś nadzwyczajnego! … wożą nas autokarami i gościnnie przyjmują…”

Niemcy2 Niemcy11

Kartka od mamy do rodziców z 1938 roku

Po powrocie mama opowiadała ze szczegółami o uroczystych spotkaniach zorganizowanych przez Niemców dla polskich studentów – oczywiście w bogatej oprawie flag ze swastyką….

Było to w okresie, gdy polskie władze odbywały spotkania z Goeringiem w Białowieży…

Stosunki nasze z Niemcami były wtedy lepsze niż z Litwą, z którą aż do wiosny 1938 roku nie mieliśmy w ogóle normalnych stosunków dyplomatycznych.

Rok później – babcia moja pisze już w pamiętnikach “niemcy” z małej litery …

A moja mama – przez całe swoje dość krótkie i intensywne życie, wielokroć ranna w Powstaniu Warszawskim, bez stopy, którą amputowano jej w szpitalu w Milanówku po Powstaniu, nosząca w płucach odłamki granatu – odróżniała dobrych Niemców od złych.

To samo dotyczyło zresztą innych narodów… a ściślej mówiąc, rozróżnianie to dotyczyło bardziej czynów ludzi, a nie ich samych.

Niemcy miałem okazję zobaczyć pierwszy raz, gdy miałem lat niespełna jedenaście, a ojciec zabrał mnie do Anglii. Ojciec był stypendystą Instytutu Naukowego w East Malling w hrabstwie Kent i miał w Anglii wielu znajomych. Jeden z nich, były żołnierz Andersa, przysłał nam zaproszenie, co było koniecznym warunkiem do otrzymania paszportu i wizy. Na paszport czekało się co najmniej kilka tygodni lub więcej, trzeba było załatwić wizy tranzytowe, całość wyprawy była nie lada wyzwaniem, stało się w długo w kolejkach, aby wszystko pozałatwiać.

Jechaliśmy autobusem z Poznania, do granicy z Niemiecką Republiką Demokratyczną już autostradą, ze starą przedwojenną betonową nawierzchnią.

Po dwugodzinnym postoju autobusu na granicy wjechaliśmy wreszcie do NRD.

Pamiętam mijające nas trabanty i wartburgi, restauracje przydrożne MITROPA i ten inny, nieznany mi zapach…

Gdy mijaliśmy Berlin, ruch wzmógł się wyraźnie, pojawiły się rzeki samochodów na zachodnich rejestracjach, jadące do Berlina Zachodniego.

Na granicy NRD-NRF w Helmstedt staliśmy krótko. Widać było amerykańskie pojazdy wojskowe z białymi gwiazdami, czekające na tranzyt.

Po przekroczeniu granicy pojawiły się szokująco czyste, zadbane osiedla i miasteczka, potem coraz większe strumienie samochodów i olbrzymie zapełnione kolorowymi garbusami parkingi przy zakładach przemysłowych Zagłębia Ruhry.

Trasę tę pokonywałem potem jeszcze kilkakrotnie, także pociągiem.

Nie zapomnę żołnierzy wchodnioniemieckich z psami na peronie stacji Friedrichstrasse.

Nadszedł rok 1980. Sierpień. Byłem już studentem warszawskiej SGGW. Pojawiła się szansa wyjazdu na praktyki rolnicze do Niemiec Zachodnich.

W wielkim 500 hektarowym gospodarstwie Gut Siggen należącym do Fundacji Alfreda Toepfera F.V.S. przebywałem dwa miesiące. Było to dokładnie w okresie najgorętszych wydarzeń w Polsce, które miały zasadniczy i niepodważalny wpływ na losy tej części Europy na następne dziesięciolecia.

Codziennie oglądaliśmy z zarządcą gospodarstwa wieczorne wiadomości telewizyjne, w których wciąż pojawiało się nazwisko LECH WALESA.

Pamiętam z jakim niedowierzaniem, zainteresowaniem i podziwem gospodarz mój słuchał tych niezwykłych wieści z komunistycznej Polski.

Teraz, gdy niektórzy kwestionują, jakoby Lech Wałęsa miał też swoją ważną rolę w pojednaniu polsko-niemieckim, przypominają mi się te dni…

W tym samym mniej więcej okresie do gospodarstwa przyjechał dużym czarnym mercedesem Alfred Toepfer*, przedsiębiorca i filantrop, założyciel Fundacji F.V.S.

Wyraził chęć spotkania z praktykantem z Polski – po krótkiej rozmowie podał mi rękę, mówiąc: ALLES GUTE FÜR POLEN.

Dziś Gut Siggen wygląda jak wówczas. Oprócz działającego gospodarstwa jest tam piękne Centrum Seminaryjne Fundacji F.V.S.

http://www.toepfer-stiftung.de/seminarzentrum-gut-siggen/

fot_3_Centrum_seminaryjne_w_Gut_Siggen_fot_F.V.S._StiftuCentrum Seminaryjne w Gut Siggen, Szlezwig-Holsztyn, Niemcy

_________________________________________________________

*Alfred Toepfer (1894 – 1993), niemiecki przedsiębiorca, założyciel i właściciel firmy Toepfer International, jednego z wiodących po wojnie przedsiębiorstw handlu zbożem na świecie. Założyciel Fundacji Alfreda Toepfera F.V.S. Stiftung, która zajmuje się wspieraniem integracji europejskiej, nauki, kultury i ochrony przyrody. Honorowy obywatel miasta Hamburga. Działalność Toepfera jako przedsiębiorcy wpłynęła na ukształtowanie się rynków wewnętrznych tworzącej się Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Był znanym filantropem i mecenasem sztuki, zwolennikiem integracji europejskiej, położył wielkie zasługi w dziedzinie wspierania nauki i kultury europejskiej oraz ochrony przyrody.