Cierpienie zwierząt. Wladimir Kaminer.

Wie sage ich es meiner Mutter: Die neue Welt erklärt: von Gendersternchen bis Bio-Siegel 

Jak powiem to mojej matce – wyjaśnienie nowego świata – od gwiazdek genderowych do stempla bio

Wstęp od Adminki. Cytuję tu przetłumaczony przeze mnie fragment pierwszego rozdziału z książki Kaminera, rosyjskiego pisarza, od 30 lat czynnego w Berlinie, w której niby to zabawnie, jest poważnie mowa o naszym współczesnym świecie, również o tym, jak my, ludzie, traktujemy naturę, w tym zwierzęta.

Sprawiedliwość ekologiczna na balkonie

Lato było bardzo gorące. Przy wysokich temperaturach stojący na podwórzu pojemnik na odpady organiczne zmienił się w wylęgarnię muszek owocówek. Te nieznośne stworzenia setkami przylatywały na balkon, wcale nie pytając nas o pozwolenie. Przez otwarte drzwi wlatywały też do kuchni. Tak mieszkamy, pierwsze piętro od frontu, ale balkon kuchenny wychodzi na podwórki. Niech będzie pochwalone wszelkie nowe życie, pomyślała kotka mojej mamy. Początkowo bardzo jej się spodobali niespodziewani goście i ruszyła na polowanie. Po 15 minutach odechciało się jej. Zadanie ją przerosło. Nie była już taka młoda, a poza tym był upał, który ją rozleniwił i spowolnił. Zanim udało się jej pacnąć jakąś muchę, do kuchni wleciały już trzy tuziny następnych. Mama kupiła więc elektryczną packę na muchy w sklepie z badziewiem. Packa była marki Olimpia i kosztowała 4,99 euro. Packa wywołała oburzenie najmłodszego pokolenia. Babcia popełniła wykroczenie przeciwko sprawiedliwości ekologicznej, orzekły moje wnuki.

Moją mamę zdumiało, że nie wolno elektrycznie zabijać much. Ba, wydawało się jej, że packa była produktem organicznym i zgodnym z duchem czasu. Gotujemy na kuchenkach elektrycznych, mamy elektryczne rowery, dlaczego więc nie wolno elektrycznie rozprawić się z muchami, które organicznie wylęgły się w pojemniku na odpady organiczne. Przecież wszystko jest organiczne?
Miałem problemy z wytłumaczeniem jej tego. Na pewno pogłębiona wrażliwość młodego pokolenia na problemy ekologiczne była jednym ze skutków pandemii. My, ludzie okazaliśmy się niszczycielami środowiska naturalnego i naszą winą było to, że zagrażały nam teraz śmiercionośne wirusy, powodzie i pożary lasów. Wszystko spaskudziliśmy i zostaliśmy ukarani. Dlatego nie możemy już jeździć drogimi samochodami, ani jeść taniego mięsa. Dlatego w telewizji nie było już misia Colargola tylko minister zdrowia Karl Lauterbach, który ponurym głosem głośno głosił, że nie ważne, co zrobimy, przez następnych 80 lat nasze życie będzie i tak do dupy.

Poczucie winy w stosunku do natury i obawa, że cokolwiek zrobimy, to jeszcze coś spaskudzimy, stało się udziałem wszystkich pokoleń, oszczędziło tylko osiemdziesięciolatków (i tych jeszcze starszych). Oni jako jedyni wiedzieli, że 80 lat przeleci jak mgnienie oka, nie mieli wyrzutów sumienia i nie chcieli ratować świata. Ratunkiem dla świata było nie latać samolotami i nie grillować, bo tylko dzięki temu uda się może odpomopować Niederlandy. „Who the fuck is Niederlande?”, pytali osiemdziesięciolatkowie.
Ale młodzi ludzie bardzo się przejmowali katastrofą klimatyczną. Uczyli się oddychać przez nos, bo wydzielali w ten sposób mnie dwutlenku węgla, starannie sortowali śmieci, a pojęcie „bliskie loty” stały się obelgą. Moje wnuki taksowały świat, poszukując zagrażających mu szkodników, ale jedynym ich znaleziskiem była babcia, która wciąż zapominała wyłączyć klimatyzację. Molestowały ją więc, by nie puszczała wiatraka przez cały dzień i dała spokój muszkom owocówkom.

Najstarsza wnuczka odkryła też na uniwersytecie koncepcję sprawiedliwości ekologicznej. Przeczytała na ten temat jakąś grubą książkę, a może nawet dwie, co pozwoliło jej wygłaszać surowe kazania. Człowiek postępuje nienaturalnie. Naszym obowiązkiem jest dążenie do sprawiedliwości ekologicznej. Naszym. To my. W naszym mieszkaniu. W upał, 30 stopni w cieniu, na balkonie, który wychodzi na podwórze, skąd nadciągają kohorty owocówek.
Sprawiedliwy ekologicznie świat bardzo nas uwierał, zakładał bowiem, że wszystkie istoty mają jednakowe prawo do życia, chrząszcze, muchy, ludzie. Każda istota ma prawo do życia w zgodzie z tym, jak ją stworzyła natura. Tylko tak wyrobimy w sobie prawidłowy stosunek do wszystkiego, co żyje, do zwierząt i do roślin, staniemy się prawdziwą częścią natury, będziemy z nią egzystować w symbiozie. Kiwaliśmy głowami i przyglądaliśmy się owocówkom, które postanowiły wyrugować nas z balkonu. À la guerre comme à la guerre, jak powiadają Francuzi.
Prawdę mówiąc inwazję ntury zapoczątkowały wirusy. Najpierw wyrugowały człowieka z ulicy. A podczas gdy my przebywaliśmy w całkowitej izolacji w areszcie domowym, natura krok po kroku zaczęła podbijać miasta, które wznieśliśmy z takim wszak oddaniem i nie szczędząc trudów. Lisy przechodziły na czerwonym przez ulicę, bez obawy, że zostaną przejechane. Wrony i gołębie zaanektowały krzesła zamkniętych knajpek ulicznych i obkakały je z góry na dół, a sortowaniem śmieci zajęły się dziki. Jakieś nieznane białe i niebieskie kwiatki zakwitły na popękanym asfalcie.

Ale jak tylko przepisy zostały z lekka poluzowane, ludzie rozpoczęli kontrofensywę. Chcieli odzyskać utracone przestrzenie społeczne i wypchnąć naturę z powrotem tam, skąd przyszła, do lasu w Brandenburgii. Jednak natura nie dawała się tak łatwo usunąć. Popróbowała świeżej krwi i nocą wyła i jęczała pod oknem, brzęczała, ćwierkała, pchała się przez balkon i przez drzwi frontowe. (…) Od szóstej rano przez okno waliło słońce, ptasie śpiewy i owocówki. Jeśli jednak człowiek zamknął okno, mieszkanie rozgrzewało się do nieprzytomności.

(…)

Leave a comment