Dorota Cygan
Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony
Niemiecki ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać: sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym, przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich. No cóż, jak Genuss to Tarantino.
Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem dajcie się nieść obrazom.
A jak to osiągnąć?
- Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
- Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha – a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
- Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem, ja też nie lubię tego spolszczenia)).
- Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.
Dlaczego podwójnej?
Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na lekturę książki po – a nie przed filmem. Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?) z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego? Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.
A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!
Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że z tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.
A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.

Dorotko, jaki Ty masz bogaty warsztat literacki. Podziwiam Cię. Ja nawet gdybym przeczytala pięć słowników-poradników nie poukładałabym tych wszystkich wyrazów w taką całość. A do kina na film oczywiście pójdę.
…ech, bo u mnie w głowie to tylko wyrazy, przecinki i spacje… i niestety nie łączą się logicznie w żadną spójną zawodowo całość… gdybym choć lubiła sprzedawać, to może zarabiałabym tymi słowami na życie… tymczasem próbuję (dość bezskutecznie) wciskać mój warsztat inżynierom budowlanym… a oni na to, że mają lepszy… chyba spróbuję swoich sił w profesji, o której jeszcze nie słyszeliście: odwodzenie ludzi od kupna czegokolwiek… może w dobie kryzysu choć do tego przyda się ten niepotrzebny warsztat retoryczny?
W każdym razie szczerze i gorąco zazdroszczę wszystkim, którzy coś umieją: inżynierom, lekarzom, hydraulikom i kamieniarzom. Uściski – Ty Mój Jednoosobowy Fan-Klubie!!