Barataria 6 – radosny marsz

Ewa Maria Slaska

Barataria-Marsch na motywach z operetki Gondolierzy Arthura Sullivana, kompozytor: Karl Komzák.

Radosny marsz wojskowy.

Komzàków-kompozytorów było trzech, wszyscy mieli na imię Karol:
Karl senior 1823 – 1893
Karl (Karel) junior 1850-1905
Karl 1878–1924

Marsz skomponował ten zwany juniorem, który w swoim czasie nie tylko cieszył się większą popularnością niż tata i niż potem syn, ale przede wszystkim był ulubieńcem publiczności (pań?) z uwagi na miły, przychylny światu, pogodny charakter. Do roku 1896 był kapelmistrzem wojskowym, najpopularniejszym wojskowym kapelmistrzem w całej Austrii, potem – prowadził słynną orkiestrę w kurorcie Baden koło Wiednia.

Tu grała orkiesta Komzàka; pawilon istnieje do dziś na ulicy zwanej obecnie Karl-Komzák-Allee

W roku 1903 Komzàk koncertował w Warszawie.

Echo Muzyczne z lutego 1903 roku donosiło:

Karol Komzak, wielkiego talentu kompozytor i  kapelmistrz, gości w Warszawie, dokąd został zaangażowany przez  Filharmonię do dyrygowania czterema (2, 5, 7 i 8 lutego) koncertami popularnemi. Tej wielce interesującej postaci muzycznej przyjrzemy się w numerze przyszłym.

Ale jeszcze w tym samym numerze gazeta poinformowała, że:

Karnawał zaznaczył swoje piętno i na estradzie Filharmonii; w poniedziałek rozpoczął się szereg  wieczorów, poświęconych przeważnie tanecznej muzie pod dyrekcyą Karola Komzaka — w sobotę i w niedzielę bawiły uszy publiczności walce Straussa, śpiewane przez chór męzki z akompaniamentem orkiestry.
Znany walc „Nad pięknym i modrym Dunajem” (w polskim przekładzie p. Reinsteina) na 4-ro głosowy chór męzki brzmi bardzo interesująco i oryginalnie. Specyalne grono chórzystów-amatorów (przygotowane  dużym nakładem pracy przez p. Pietruszyńskiego) miało do pokonania wielkie trudności w tej niezwykłej produkcyi, która pod dyr. p. Prohazki wypadła bardzo dobrze.
Karol Komzak, popularny w Wiedniu kapelmistrz, od pierwszej chwili, ujął wszystkich swą sympatyczną postawą, oraz swobodną  rutyną, z jaką prowadzi orkiestrę, umiejąc wydobyć z niej żądane efekta lekkości, oraz tanecznego rytmu z zacięciem, a bez jednostajności.
Program pierwszego z „ karnawałowych” wieczorów, składał się, oprócz kilku poważniejszych utworów, jak: uwertura z „Mignon”, oraz Fantazya z motywów Chopina z opery „Tribut de Zamota” Gounoda, przeważnie z tańców; największem może a zasłużonem powodzeniem (powtarzany na żądanie) cieszył się walc Komzaka „Narenta”, wykonany prawdziwie z „poezyą tańca”.

W marcu Echo donosiło:

Koncerty pod dyrekcyą Komzaka przepełniły dwukrotnie w środę i czwartek salę Filharmonii. Pełen animuszu i brawury  kapelmistrz czeski, stał się ulubieńcem Warszawy. Prowadzi on niby wódz czujną na skinienie smyczka drużynę, wyprowadzając z zbiorowego ciała porywające rytmy walca, iście wojskowe zacięcie marsza, to znów pełne subtelnego cieniowania nastroje. Nowość dla Warszawy stanowią popularne w Wiedniu humoreski muzyczne: jak „Sen rezerwisty” Ziehrera, lub „Mucha” i „Kocia serenada”. W plastycznem obrazowaniu Komzaka „żarty” pełne rodzajowej charakterystyki  wykazują urozmaicony i barwny kalejdoskop muzyczny. Komzak dyryguje jeszcze w sobotę i w niedzielę po raz ostatni.

W kwietniu artysta wyjechał, o czym Echo muzyczne też poinformowało Czytelników:

Karol Komzak, ulubieniec warszawskiej publiczności, dyryguje w niedzielę i poniedziałek programem popularnym. We wtorek wieczorem opuszcza Warszawę.

komzakwwarszawie

Zmarł w roku 1905, próbując, jak Zbyszek Cybulski, dogonić uciekający pociąg. Był panem jak na owe czasy w podeszłym wieku – miał 55 lat – i ciekawe, jak to się stało, że nie zdążył na pociąg i – drugie pytanie – że zdecydował się go gonić? Co było takie ważne, tam dokąd chciał jechać? Pochowano go najpierw w Baden, ale już w listopadzie tego samego roku przeniesiono jego ciało na Cmentarz Centralny w Wiedniu.

Skomponował jedną operę, tańce (co najmniej 22 walce), pieśni i 66 marszy, w tym marsz Barataria.

***

X

X

I jeszcze jedna ciekawostka warszawska: był w Warszawie, założony w roku 1998, bar kawowy Barataria. Mieścił się na ulicy Wilczej 69, 00-679 Warszawa. W wyciągu z rejestru przedsiębiorstw czytamy:

“Bar Kawowy Barataria Radoński Arkadiusz” to restauracja typu fast food zapewniający rozległy wybór smacznych posiłków w atrakcyjnej cenie. Bar współpracuje z najlepszymi pracownikami kuchni i stara się o miłą obsługę. Możesz w tym miejscu spożyć pożywny posiłek. Dodatkowy atutem miejsca jest dogodne ulokowanie, a dodatkowo długie godziny działania. Dlatego to lokal popularny wśród gości.

Jednak w sieci nie ma żadnych dodatkowych informacji i żadnych zdjęć baru, nikt tam nie był, nie pił kawy, nie zrobił zdjęcia. Baru nie ma też na Facebooku, zapewne więc już nie istnieje. Ale może się mylę, może ktoś jednak coś wie albo po prostu tam bywa? A jak nie, to inna prośba: jeśli ktokolwiek zna Arkadiusza Radońskiego, niech zapyta przy okazji, czy bar jeszcze istnieje i która Barataria stała się patronem nazwy, ta Sancho Pansy, ta pirata Jeana Lafitte’a, ta z Gondolierów, a może ta, od której się nasze poszukiwania zaczęły, czyli – Pensjonatu Barataria Krzysztofa Lipki? Ach no i oczywiście może to być po prostu miejsce geograficzne w Nowym Orleanie… Wyspa, ulica, zatoka i wszystkie rzeczy, które jego są.

Przed nami kolejne dziwne odkrycie. Barataria to firma (label) wydająca nową muzykę kolumbijską (Ponemos en contexto los nuevos sonidos Colombianos. Transformamos ideas en música.), i jest to firma podobnie tajemnicza i (być może) nieistniejąca jak bar kawowy Barataria, czy jak opera Jesusa Garcii Leoza o piratach z Baratarii. Może to wszystko to tylko złudy tworzone przez ponowoczesny umysł zarażony pofaktyzmem. Nie na darmo barataria to po hiszpańsku taniocha i ułuda. Tyle że wydawca muzyczny w styczniu  i lutym 2017 zorganizował trasę koncertową grupy Da Pawn w Kolumbii i Ekwadorze.

Co za niezwykły znikający punkt.

Barataria 5

Ewa Maria Slaska

Wydawnictwo czyli wołanie na puszczy

barataria-marsz-2

Wydawnictwo ma siedzibę w Barcelonie i piękny profil wydawniczy. W roku 2008 otrzymało nagrodę hiszpańskiego Ministerstwa Kultury i w roku 2009 przyznawaną w Sewilli nagrodę Wolnej Książki:

— Jakiż to urząd rzuciłeś? — zapyta Rikote.
— Zrzekłem się gubernatorstwa wyspy i to takiej, że na ćwierć mili wokoło podobnej nie znajdzie.
— A gdzież jest ta wyspa?
— Gdzie? o dwie mile stąd — odpowie Sancho — nazywa się wyspa Barataria.
— Co też ty pleciesz — rzecze Rikote — alboż na stałym lądzie znajdują się wyspy?
— Dlaczegóż by nie — odpowie Sancho — powiadam ci wyraźnie, mój przyjacielu, że wczoraj jeszcze rządziłem wszechwładnie moją wyspą i rzuciłem ją jedynie dlatego, że obowiązki gubernatora narażają na wielkie niebezpieczeństwo

W słowie od wydawcy znajdzie się powyższy cytat z Don Kichote’a i wyjaśnienie.

Prowadzimy siedem działów: Barbarzyńcy, Dokumenty, Dym Południa, Inferno, Morze Czarne, Stracone Kroki i Jeden plus jeden, a ich zadaniem jest z jednej strony ratowanie narracji, ujawniającej sekretne związki z literaturą popularną i niektórymi zjawiskami społecznymi, a zatem akceptacja różnorodności, a z drugiej – poszukiwanie odniesień do naszej epoki w innych rzeczywistościach, czasem odległych, często bliskich, niekiedy obecnych w nas samych.

I to jest więc Barataria? Nieistnejąca wyspa na lądzie, wcale jednak nie tak daleka, bo przecież oddalona od nas zaledwie o dwie mile. Na wyspie mieszkają piękni ludzie, inaczej nie da się określić cudownej listy autorów, których dzieła ukazały się w edicion Barataria.

Martín Adán – La casa de cartón
Marie NDiaye – Hilda
Blaise Cendrars – Ron
Lorenzo García Vega – Vilis – Palíndromo en otra cerradura
Alberto Asor Rosa – El alba de un mundo nuevo – Historias de animales y otras vidas
Henri Sterdyniak – Manifiesto de economistas aterrados
Milton Wolff – Otra colina
Joseph Conrad – La locura de Almayer – Un paria de las Islas – El negro del Narcissus
Emmanuel Bove – La trampa
Rossana Campo – Mientras mi niña duerme
Marta Brunet – La mampara
Kyril Bonfiglioli – No me apuntes con eso
José María Blanco White – Blanco contra White
Alfred Kazin – Un paseante en Nueva York
Alexis de Tocqueville – Quince días en las soledades americanas
James Matthew Barrie – El pajarito blanco
Federigo Tozzi – Bestias
Norah Lange – Personas en la sala
O. Henry – Esto no es un cuento y otros cuentos
José Antonio Bravo – Olla de curas
Fernando Clemot – El golfo de los poetas – El libro de las maravillas
Carlo Cassola – La novia de Bube
Pietro Aretino – Casos de amor
José María Millares – Esa luz que nos quema
Pier Vittorio Tondelli – Habitaciones separadas
René Depestre – Eros en un tren chino
Leo Bassi – La revelación
Dieter Paul Rudolph – Los filántropos
Vladímir Korolenko – Sin lengua – El músico ciego
José Luis Pardo – Estética de lo peor
José María Moreno Galván – Autocrítica del arte
Eugene Izzi – La encerrona – Los canallas
Joseph Roth – Izquierda y derecha
Claudia Apablaza – Diario de las especies
Fernando Sánchez Pintado – Contrariar al zurdo – Performance
Ring Lardner Jr. – Me odiaría cada mañana
Xavier Pericay – Filología catalana, memorias de un disidente
Ludwig Bemelmans – El Danubio azul
Alessandro Manzoni – Historia de la columna infame
Pablo Manzano – El rencor de los bufones – El puente de la jirafa
Christian Karlson Stead – Recordando a O’Dwyer
Voltaire – Las preguntas de Zapata
Patricia de Souza – Erótika
Lee Seung-u – La otra cara de la vida
Williams Sassine – Ceroe, no eres un cualquiera
Yves Ravey – Cutter
Stefano Tura – No apagues la luz
César Vallejo – Escalas
Francisco Moreno Galván – Letras flamencas
Miquel Silvestre – Mariposas en el cuarto oscuro – Dinamo estrellada – La dama ciega – Spanya SA – Un Millón de piedras
Denis Diderot – Los dijes indiscretos
Pankaj Mishra – Pollo a la mantequilla en Ludhiana
Beppe Fenoglio – Un asunto privado – La paga del sábado
Roberto J. Payró – Divertidas aventuras del nieto de Juan Moreira
Elena del Amo – Un mar de lagrimas
José Luis Ortiz Nuevo – Las mil y una historias de Pericón de Cádiz – Alegato contra la pureza…

i tak dalej i tak dalej, sto książek…

Co łączy Conrada, Diderota i Aretina? Pozornie nic, naprawdę jednak humanistyczna wizja człowieka, jako istoty wolnej w każdym aspekcie swego życia – w pracy, religii i seksie.

Podobnie bliscy są sobie francuski demokrata i filozof Alexis de Tocqueville z XVIII wieku i Henri Sterdyniak, współczesny współautor Manifestu oburzonych ekonomistów.

José María Blanco White, irlandzko-hiszpański demokrata i bojownik o wolność w pierwszej połowie XIX wieku.
Pankaj Mishra, współczesny pisarz hinduski, krytyczny obserwator stosunków społecznych.
César Vallejo, poeta peruwiański, wygnaniec, więzień, prześladowany za poglądy w latach 30 ubiegłego wieku…

Wolność, demokracja, sprawiedliwość społeczna… Humanizm… Barataria, nieistniejąca wyspa na lądzie niesprawiedliwości, którą nawet dowcipny szelma nie był w stanie rządzić.

— Ileż zyskałeś z tych rządów? — zapyta Rikote.
— Co? — odpowie Sancho — jak mi Bóg miły, całego zysku dowiedziałem się tylko, że nie jestem zdatny na gubernatora i że za bogactwa, które się nabywa, rządząc krajem, płacić trzeba spokojnością, snem i apetytem nawet, bo trzeba ci wiedzieć, że na wyspach gubernatorzy to tylko jedzą, co im doktor pozwala.
— Co to jest? do stu piorunów! — zawoła Rikote — ty chyba zwariowałeś, mój przyjacielu? Dalibóg ci prawda! któż by tobie dał wyspę w zarząd? Alboż to brak zdatnych ludzi na świecie, żeby aż między chłopami szukano gubernatorów?

Barataria czyli cały świat (4)

Zauważyliście już, moi mili Czytelnicy, że temat mi rośnie pod rękoma jak ciasto drożdżowe. Dlatego, poczynając od pierwszego odcinka Baratarii, wprowadziłam nowy tag: wędrówki po kulturze. Taka wędrówka, która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Pomyślcie, omówiliśmy na razie tylko, nader pobieżnie, Cervantesa (tak pobieżnie, że pewnie przyjdzie nam jeszcze do niego wrócić), Krzysztofa Lipkę, Jesusa Garcię Leoza i pirata Lafitte’a, o piracie jednak trzeba jeszcze sporo napisać, w międzyczasie znalazłam kolejną operę, a mianowicie Gondolierów albo Króla Baratarii, marsz z tej opery w wersji stworzonej przez Czecha z KK grywają chętnie wojskowe niemieckie orkiestry dęte i Bóg jeden wie, od kiedy, kiedy i dlaczego, a również po co? Mam nadzieję, że w międzyczasie znajdę jednak przynajmniej libretto opery Leoza… Zakładam zatem, że to wszystko jeszcze potrwa.
Pamiętam z czasu, gdy uprawiałam medytację transcendentalną i zajmowałam się filozofią Zen, taki koan, który można potraktować jako poradę podczas kursów pisania kreatywnego: nie zastanawiaj się, gdzie jest początek opowieści o świecie według Zen, zacznij gdziekolwiek, a kiedyś ogarniesz cały świat. Ja zaczęłam od Baratarii.

Może zresztą nie potrzeba tu filozofii. Motywy literackie wędrują przez stulecia, a czasem tysiąclecia, często zabierając ze sobą swoje własne imię. Motywem wędrówki po kulturze w poszukiwaniu Baratarii jest sięgające Homera przekonanie, że odizolowana wyspa symbolizuje świat i że za jej pomocą można ten świat przedstawić w formie jak najbardziej pożądanej.

Perdita, jedna z bohaterek Opowieści zimowej Szekspira, autor: Anthony Frederick Augustus Sandys, 1866

Zaczęło się od Scherii,  pierwszej być może utopii literackiej, miejsca poza mapą, która powróci jako wyspa Prospera w Burzy Szekspira. Homerowa Scheria to wyspa zamieszkiwana przez Feaków, którzy z dala od reszty ludzi wiodą życie dostatnie i spokojne. Są wybornymi żeglarzami, nie znają handlu, ani wojen. Trudno się dziwić, że dla Greków, ludu zamieszkującego dziesiątki wysp, wyspa była modelem świata. Wyspą była też Atlantyda u Platona.

Barataria Cervantesa jest taką samą utopią jak Scheria i Atlantyda, jest wyspą, choć wcale nie otacza jej morze. Dziwne? Zapewne, ale czy dziwniejsze od Opowieści zimowej Szekspira, która dzieje się w nadmorskim kraju zwanym Czechy? I też jest to poniekąd kraj przykładowy, bo charakteryzuje go “wieśniacza prostota”, przeciwstawiona światowemu zepsuciu.

Wróćmy jednak do naszych baranów.

Ewa Maria Slaska

Barataria i opera Gondolierzy albo Król Baratarii

Opera Arthura Sullivana do libretta Williama S.Gilberta, ostatnie wspólne dzieło spółki autorskiej, która w latach 1871-1896 wyprodukowała czternaście oper komicznych. Operetki Gilberta i Sullivana cieszyły się międzynarodową sławą i do dziś znajdują się w repertuarach teatrów komediowych; doczekały się wielu adaptacji i parodii. Specjalnie w celu ich wystawiania powstał Teatr Savoy w Londynie. Gondolierzy mieli światową premierę w Londynie w 1889 r. Spektakl cieszył się ogromną popularnością, przez dwa lata wystawiono go ponad 550 razy i wkrótce doczekał się licznych wystawień w Europie i USA.

XXXXXX 

Gilbert & Sullivan

Spokojne i beztroskie życie weneckich braci gondolierów Marco i Giuseppe Palmierich zmienia się, gdy w czasie zabawy ulicznej losują sobie żony, które zdążą poślubić, aby zaraz potem dowiedzieć się, że nie są braćmi, a jeden z nich jest następcą tronu Baratarii i ma już żonę poślubioną mu w niemowlęctwie. Oczekując rozwiązania zagadki obaj wspólnie sprawują rządy w Baratarii, do której przybywa poślubiona następcy tronu Kasylda. Księżniczka Plaza Toro wcale nie chce poślubić prawowitego władcy, bo kocha się potajemnie wprawdzie, ale z wzajemnością, w swym mlecznym bracie. Jak to bywa w operetkach wszystko szczęśliwie się kończy.

Jednak mnie nie interesują perypetie miłosne trzech par, lecz to, czego z libretta można się dowiedzieć o wyimaginowanym państwie na dalekiej Baratarii.

Oczywiście nie wiadomo dokładnie, kiedy toczy się akcja operetki, tym niemniej napisano ją w wiktoriańskiej Anglii. A tu tymczasem księżniczka Kasylda na wieść o tym, że w dzieciństwie zaręczono ją z  synem owego wściekle bogatego króla, nie interesuje się w ogóle jego majątkiem, pyta natomiast: Married to the infant son of the King of Barataria? Was I consulted? Czy zapytano mnie o zdanie? Jednakże samodzielna panna szybko zapomina o problemach emancypacji, aby zmartwić się, że jest oto królową Baratarii i… nie ma się w co ubrać!

Obaj młodzi gondolierzy z kolei martwią się, że jeden z nich został królem Baratarii, a przecież obaj są prawdziwymi republikanami:

We are jolly gondoliers, the sons of Baptisto Palmieri, who led the last revolution. Republicans, heart and soul, we hold all men to be equal. As we abhor oppression, we abhor kings: as we detest vain-glory, we detest rank: as we despise effeminacy, we despise wealth.

Za chwilę poglądy polityczne obu młodych ludzi okażą się ważne, bo gdy dotarą do Baratarii, będą tam chcieli zaprowadzić republikańskie porządki. Król, którego może zaakceptować republikanin, musi być dobrym królem, taki król zniesie podatki,  sprawi, że wszystko będzie tanie, gondolierom będzie się świetnie powodziło, dworzanie będą wykonywali obowiązki zgodnie ze swymi umiejętnościami i zdolnościami, a wszyscy ludzie będą równi. I szczęśliwi.

The Noble Lord who rules the State –
The Noble Lord who cleans the plate –
The Noble Lord who scrubs the grate.-
They all shall equal be!

Sing high, sing low,
Wherever they go,
They all shall equal be!

Mniej więcej w tym momencie zaczynamy rozumieć, dlaczego autorzy tej komedyjki umieścili jej akcję w kraju, który nie istnieje – bo tylko to pozwoliło im ostro skrytykować  niedemokratyczną politykę Anglii i panujące tam zakłamane, snobistyczne stosunki społeczne. To zresztą musi być tak naprawdę Anglia, ta odległa wyspa Barataria, bo po południu władcom podaje się herbatę.

Na razie jednak Barataria stoi w ogniu rebelii i król musi się tam natychmiast udać, by zaprowadzić porządki. Skoro jednak póki co nie wiadomo, który z gondolierów jest królem, obowiązki przejmą obaj.

Zgodnie z geografią Barataria jest wyspą na morzach południowych, a jej król jest / będzie niesłychanie bogaty (co jest oczywiście wspomnieniem o niezmierzonych bogactwach pirata La Fitte’a). Na wyspie panuje łagodny klimat i zimą kwitną róże. Dwaj młodzi królowie i ich dworzanie, byli gondolierzy, śpiewają radośnie:

Of happiness the very pith
In Barataria you may see:
A monarchy that’s tempered with
Republican Equality.
This form of government we find
The beau-ideal of its kind –
A despotism strict, combined
With absolute equality

Bliskość Nowego Orleanu, a może zmiana ustroju, sprawiają zapewne, że w królestwie panuje nieustający karnawał. Oto radosna cachucha, “ludowy” taniec Baratarii 🙂

A zatem the Monarchy has been re-modelled on Republican principles. Jeden z władców informuje o tym wizytującego wyspę Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Oczywiście młodzi republikanie posunęli się za daleko w realizowaniu zasad demokratycznego równouprawnienia, gdyż awansowali wszystkich pod sznurek na stanowiska lordów, kanclerzy, admirałów i marszałków. Inkwizytor (postać raczej dobroduszna, ale konserwatywna) komentuje to z przekąsem:

When every one is somebody,
Then no one’s anybody!

Jeśli każdy jest kimś,
to kto jest każdym?

Ciąg dalszy nastąpi

Sally i Golly czyli śniadania dziewczyn

Ewa Maria Slaska

Są podobne do siebie, ale dopiero przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że było tak naprawdę i że Truman Capote pisząc Śniadanie u Tifanny’ego wzorował się na Pożegnaniu z Berlinem Cristophera Isherwooda. Oba opowiadania łączy nie tylko postać młodej, szalonej i seksownej dziewczyny, która się szlaja po nocnych klubach, nie ma pieniędzy, żyje z naciągania mężczyzn i zamierza bogato wyjść za mąż bądź zrobić karierę. W obu narratorem jest młody nieznany pisarz, zakochany po uszy w owej młodej pannie, który nie ma żadnej szansy. W obu wreszcie pojawia się w tytule śniadanie, którego nie ma. Sally jest o pokolenie starsza, przyjechała z angielskiej prowincji i mieszka w Berlinie w latach 30. Holly uciekła z Texasu do Nowego Jorku w 10 lat później. Jest też polski odpowiednik takiej panny i takiego opowiadania – Józef Hen, Mgiełka. To też opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, z Białegostoku, która w późnych latach 60 w Warszawie zadaje się z pisarzem. Tyle, że pisarz jest tu stary, i to on daje pannie pieniądze, a panna jak obie jej poprzedniczki, pojawia się, znika, obiecuje, nie dotrzymuje… Niestety nie znalazłam powieści na półce (choć wiem, że jest mała i ma białą okładkę, więc łatwo jej szukać), nie wiem więc, czy i panna Mgiełka je śniadanie, którego nie ma. Pisarz w każdym razie – zakochany.

Śniadanie Sally Bowles

Do pokoju przyczłapała Frau Karpf z dwiema filiżankami kawy na zaśniedziałej metalowej tacy.
Och, Frau Karpf, Liebling, wie wunderbar von Dich!
— Co ciebie trzyma w tym domu? — zapytałem po odejściu gospodyni. — Na pewno znalazłabyś sobie o wiele milszy pokój.

— Tak, zapewne.
— No to dlaczego się nie przeprowadzisz?
— A bo ja wiem? Chyba z lenistwa.— Ile tu płacisz?
— Osiemdziesiąt marek miesięcznie.
— Ze śniadaniem? — Nie… chyba nie.
—Jak to chyba — zagrzmiałem. — Przecież chyba wiesz dokładnie.
Sally przyjęła to potulnie.
— Tak, pewnie głupio mówię, ale widzisz, ja płacę tej poczciwinie tylko, jak mi wpadnie trochę forsy, więc dość trudno to wszystko wyliczyć co do grosza.
— Ale na miłość boską, Sally, ja płacę tylko pięćdziesiąt razem ze śniadaniem, a o ileż mój pokój jest ładniejszy!
Sally przytaknęła…

Śniadanie Holly Golightly

Chcę być sobą, kiedy któregoś pięknego ranka wstanę i zjem śniadanie u Tiffany’ego. Nie masz kieliszka. Nagle zwróciła uwagę na moje puste dłonie. Rusty! Przynieś mojemu przyjacielowi drinka! Wciąż tuliła do siebie kota.
Biedny przybłęda powiedziała, głaszcząc go po łebku. Biedny bezimienny
przybłęda. To trochę uciążliwe, że nie ma imienia. Ale nie mam prawa dawać mu imienia, musi poczekać, aż będzie do kogoś należał. My dwoje po prostu spotkaliśmy się kiedyś nad rzeką i wcale do siebie nie należymy. On jest zupełnie niezależny i ja też. Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem, jak tam będzie. Uśmiechnęła się i postawiła kota na podłodze. Jak u Tiffany’ego. Biżuterię mam gdzieś. Brylanty – owszem, owszem. Ale noszenie ich przed czterdziestką to bezguście, a nawet potem trzeba z nimi uważać. Tylko na starszych paniach wyglądają naprawdę dobrze. Taka Maria Ouspenska – tylko zmarszczki i kości, siwe włosy i brylanty. Też chciałabym kiedyś tak wyglądać. Ale nie dlatego mam fioła na punkcie Tiffany’ego. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się prawdziwe doły?
Chodzi ci o chandrę?
Nie odparła powoli. Chandrę masz, kiedy pada, albo kiedy przytyjesz parę kilo.
Jesteś po prostu przygnębiony i tyle. Prawdziwe doły to coś strasznego. Czujesz lęk, zlewa cię zimny pot i nie wiesz nawet, czego się boisz. Wiesz, że zaraz zdarzy się coś strasznego, ale nie wiesz co. Miewasz takie uczucie?
Dosyć często. Niemcy nazywają to angst.
Angst? Może być. Jak sobie z tym radzisz?
Zwykle pomaga mi drink.
Próbowałam tego. Próbowałam też aspiryny. Rusty uważa, że powinnam palić marihuanę, paliłam ją nawet przez jakiś czas, ale miałam po niej tylko głupawkę. Wreszcie odkryłam, co mi najbardziej pomaga: muszę wsiąść do taksówki i pojechać do Tiffany’ego. Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi, nie ze strony tych uprzejmych sprzedawców w eleganckich garniturach i cudownego zapachu srebra i portfeli z wężowej skóry. Jeśli uda mi się znaleźć miejsce, gdzie będę się czuła jak u Tiffany’ego, kupię meble i nadam kotu imię.

Tajemnicza opera Barataria (piraci) (3)

Ewa Maria Slaska

Barataria, opera (1) i piraci

Gdy przez dwa poprzednie tygodnie szukałam Baratarii Cervantesa i Lipki, znalazłam kilka innych miejsc, noszących tę samą nazwę. Ponieważ (póki co) “moja” Barataria jest mocno osadzona między muzyką a literaturą, zaczynam od mariażu obu tych sztuk. Opera Barataria Jesusa Garcii Leoza.

Niestety z góry uprzedzam, że nie udało mi się znaleźć muzyki do Baratarii. Posłuchajmy więc innego utworu tego kompozytora – Lamento de Embrujo (Lament z filmu Czar, reż. Carlos Serrano de Osma):

Jesús García Leoz. Urodzony w Olite (Navarra), 10 stycznia 1904, zmarł w Madrycie, 25 lutego 1953. Kompozytor należący do tak zwanej grupy 27. Podczas wojny domowej aresztowany, spędził sześć miesięcy w więzieniu. Tworzył muzykę opartą na motywach folkloru hiszpańskiego, pogodną, wesołą, niekiedy rozmarzoną, układał pieśni do tekstów poetów hiszpańskich, w tym do Kołysanki Albertiego i Tryptyku pieśni Lorki. Od najwcześniejszej młodości interesowało go kino i znany jest przede wszystkim jako twórca muzyki do znanych filmów hiszpańskich. Jednakże najsłyniejszym jego dziełem, wymienianym nawet w jednozdaniowych notatkach, jest opera Barataria. Napisał ją tuż przed śmiercią – jako datę powstania podaje się rok 1953. Było to jego dzieło ostatnie, nie zdążył go zresztą dokończyć, zostawił dwa gotowe akty i kilkanaście fragmentów. Autorem libretta jest Manuel Mur Oti.

Niestety opery tej (jak dotąd) nigdzie nie znalazłam (znalazłam inną, ale o niej za tydzień), nie wiem więc o czym naprawdę jest to dzieło sceniczne, póki co bawię się w grę domysłów. Załóżmy, że była to opera o piratach z Karaibów, na przykład o Jeanie Lafitte (Lafitte, Laffite). Lipka też o nim pisał, ale nazwał go Nicolaus Lafitte, a tu tymczasem był Jean i jego brat Pierre, również pirat, może nawet i znaczniejszy, ale historia zachowała w pamięci przede wszystkim Jeana.

Jean Lafitte urodził się w roku 1776 w arystokratycznym rodzie we Francji. Po wybuchu rewolucji rodzina uciekła na Hispaniolę czyli Haiti. Trafili z deszczu pod rynnę, bo szalała tam wojna domowa i miały miejsce kolejne powstania niewolników (tak – niestety i to, które niechlubnie stłumili Polacy z Armii Napoleona).

W źródłach znajduję kilka pięknych anegdot  Jeanie La Fitte, który ufortyfikował Baratarię i tam miał swoje pirackie gniazdo. W roku 1811 gubernator Luizjany, William Claiborne, postanowił zlikwidować tę piracką siedzibę położoną nieomalże u  wrót Nowego Orleanu i ogłosił, że ten, kto dostarczy mu głowę przywódcy piratów, otrzyma nagrodę w wysokości 5xtysięcy dolarów. La Fitte odpowiedział ofertą nagrody w wysokości 15 tysięcy za głowę gubernatora. Anons został  opublikowany we wszystkich gazetach stanowych, tak angielskich jak i francuskich. (Wikipedia mówi o 750 i 1500 dolarach, ale ja wolę jednak wierzyć moim XIX-wiecznym zapiskom).

Podobno jest to portret Jeana Lafitte. Nie jest to jednak pewne. I nie wiadomo, kto go namalował. Obraz znajduje się w Rosenberg Library w Galveston w Texasie. Galveston był po Baratarii drugim pirackim siedliskiem Lafitte’a.

Inna opowieść głosi, że zdobywszy statek kupiecki pełen złota i srebra, La Fitte wziął też, rzecz jasna, jeńców, w tym księdza i podróżującą damę. Oboje byli ubrani na czarno, ksiądz z racji funkcji, dama z racji żałoby, mody bądź upodobań. Zapytany, co zrobić z tym dwoma czarnoodzianymi istotami, Lafitte księdza kazał utopić, a pasażerkę odesłać (nietkniętą) do Nowego Orleanu.

Po którejś pirackiej rajzie, gdy wracał na Baratarię, został napadnięty przez brytyjski okręt wojskowy. Niestety naszym piratom zabrakło amunicji. Niewzruszony La Fitte rozkazał, by strzelano złotymi dublonami. Niecodzienna amunicja zapewniła piratom nie tylko zwycięstwo, ale i wieczną pamięć o nieprawdopodobnych bogactwach. Wiemy z lektur i filmów o piratach, że losy tych skarbów były nader zmienne. Niekiedy tonęły wraz z właścicielami w zatokach, przesmykach, morzach i oceanach, niekiedy zostały gdzieś poukrywane w bagnach, lasach i górach, niekiedy zostały odnalezione, czasem szuka się ich bez końca.

Barataria, mała wysepka bez znaczenia, jawi się z odległości geograficznej i czasowej jako miejsce romantyczne i pełne niewyobrażalnych bogactw.

La Fitte zasłużył się zresztą swojemu stanowi, bo wraz z tym samym gubernatorem bronił Nowego Orleanu w wojnie z Anglikami w roku 1815, co oczyściło go (na krótko zresztą) z wszystkich prackich win. Utworzony na polu bitwy park narodowy nosi obecnie jego imię, podobnie jak miasto Jean Lafitte w stanie Luizjana. W Nowym Orleanie znajduje się też założona w 1772 roku tawerna Lafitte’s Blacksmith Shop przy Bourbon Street.

czaplalafitta

O Jeanie Lafitte nakręcono kilka filmów, jest również jedną z postaci w grze komputerowej Sid Meier’s Pirates! Ale o tym wszystkim w następnych odcinkach, bo ten już się zrobił strasznie długi.

Ciąg dalszy nastąpi

***
Na zakończenie tylko jeszcze krótki wyskok na Haiti.

suchodolskihaiti

Polacy tłumią powstanie na Haiti. Obraz Januarego Suchodolskiego z 1845 roku w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Udział Polaków w tłumieniu powstania był przez lata traktowany wstydliwie, aktualna narracja o tych walkach, głosi jednak inaczej:

Wdzięczność rdzennej ludności wyspy wobec Polaków była dozgonna. Przez 120 lat w haitańskiej konstytucji dla każdego Polaka, który chciałby się osiedlić na dawnej francuskiej kolonii, zagwarantowane było haitańskie obywatelstwo.

Na wyspie po dziś dzień mieszkają potomkowie polskich legionistów. – Na Haiti polska legenda jest wciąż żywa – podkreśla Zofia Pinchinat-Witucka, założycielka fundacji pomocy dla Haiti, Fundacji Kombit. – Garstka legionistów przeżyła żółtą febrę i masakry, ale nigdy tak niewielu nie rozsławiło imienia Polski w tak małym i odległym kraju.

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo