Z życzeniami po raz drugi

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
przed kilkoma dniami usłyszałem dzwonek przy drzwiach do naszego mieszkania.
Poszedłem zobaczyć, kto zacz; na wycieraczce stał, nerwowo przebierając nogami, nieśmiały Дед Мороз.
Serce zabiło mi mocniej, wszak nie widzieliśmy się od 1918 roku, oczy zaszły mi mgłą i zaiskrzyły radością. Rzuciliśmy się sobie, my, bracia Słowianie, w ramiona.
Zaprosiłem дедкa do mieszkania i przystąpiliśmy do dzieła. Ponieważ jesteśmy już starsi i spirytus by nas zabił, wódka też już nie dla nas, raczyliśmy się przednimi winami włoskimi i francuskimi.

dabrowskixmas (1)
Дед Мороз spytał mnie, czy wiem co u niego? Ze wstydem wyznałem, że nie wiem. Na to on, że pozostał wierny swemu powołaniu, (mimo, iż po rewolucji w 1917 wyrzucono go z rodu Mikołajów), że nadal roznosił prezenty, białym i czerwonym, w święta katolickie, ortodoksyjne a także komunistom w Nowy Rok. Teraz, kiedy w Rosji zwyciężyła kontrrewolucja i ponownie przywrócony został kapitalizm, i to w tym XVIII wiecznym „manczesterskim” wydaniu, chciałby ponownie wrócić do Międzynarodowego Niezależnego Samorządnego Związku Świętych Mikołajów. Niestety faszyści na Ukrainie pokrzyżowali mu plany. Teraz wszyscy mają go za „putinowca” i odwracają głowy na jego widok. Roznoszenie prezentów przestało sprawiać mu przyjemność i postanowił przejść na emeryturę.
A już chciał się przeprosić z батюшкaми i nawrócić na łono cerkwi oraz zarzucić swój ateizm. Nawet po pijanemu stał się agnostykiem.
Niekiedy tylko, gdy w „ti-wi” oglądał reportaże z różnych uroczystości cerkiewnych, podczas których w jednym szeregu stali obok siebie Putin (dawny agent КГБ) oraz батюшки, którzy jeszcze nie tak dawno stali na liście płac ВЧК, НКВД oraz КГБ, (chociaż ci co współpracowali z tą pierwszą organizacją, już prawie wszyscy wymarli, tych drugich też coraz mniej, ale ci z listy płac tej trzeciej organizacji dalej są liczni i porobili kariery), dostawał odruchów wymiotnych.
Następnie dziadeczek spytał co u mnie, a ja – że u mnie powoli i też zostałem dziadkiem.
Na co Мороз, że śledził moje dzieje, jak pod koniec lat siedemdziesiątych podkładałem nogę pod rozpędzony parowóz historii dziejów, jak się szamotałem na emigracji, że czytał polskie, niemieckie i duńskie recenzje z moich wystaw i że wie, jak mnie ostatnio jedna стара блать okradła.
Ja na to, że to się zgadza, i że mnie za to nie przeprosiła, a później ponownie okradła.
Na to dziadeczek Мороз: no widzisz, pójdź za moim przykładem i tez idź na emeryturę. Następcę już masz, urodził się tobie wnuk i niech on się teraz martwi. U mienija na Syberii, nad jej świętym morzem Bajkłem, небольшaйa баня, przyjedziesz, mam шампанское и игристое i wkoło tam игривыйe девочки. Dawaj papier i coś do rysowania.
Dałem mu szary papier, piórko, pędzelek oraz tusz i Dziadeczek Mróz szybko wyczarował jedną z tych diewoczek. Na ten rysunek postawił butelkę i mówi: teraz ją wypijemy a ty się w tym czasie zastanów czy pójdziesz za moim przykładem.

dabrowskixmasNo i postanowiłem: koniec!, pierdolnę wszystko!!, niech się inni martwią!!!, i co mi tam tego!!!!
Od teraz: żadnych życzeń świątecznych ode mnie, żadnych prezentów od mnie, co najwyżej – życzenia noworoczne, które wam teraz z okazji 2015 roku już składam.

Następnie mówię do dziadka, ponieważ lubię czeską kulturę, czeskie piwo i literaturę, kocham Hrabala, czeski film, becherovkę (tu się roztkliwiłem) i pasjonuje mnie ichni surrealizm, uwielbiam Havla, (mam nawet na wydaniu jednego z jego dramatów autogram z narysowanym przez niego własnoręcznie, małym czerwonym serduszkiem – tu się wzruszyłem na wspomnienie tego naszego spotkania), może by tak spowodować aby do bani na Syberii przybył także Svatý Mikuláš, to wszakże też Słowianin. Zaprosić go, kurwa! Na co Мороз: „gute Idee!!!”

No i na tym stanęło.

Już nie Wasz Mikołaj – Ryszard – Richard – Riccardo.

P.S. Do powyższych antyżyczeń zainspirowało mnie:
– przypadkowe spotkanie w Szczecinie, w dniu 12.12.14, ze starym znajomym (E. K.), prawnikiem, który podczas festiwalu „S”, również spiskował i podstawiał nogę pod rozpędzony parowóz historii dziejów. Nie widzieliśmy się ponad trzydzieści lat i ze wzruszeniem padliśmy sobie w ramiona, my stare siwe dziadki, oraz wypiliśmy kilka kieliszków wina,
a także:
– antywstęp Jurka Jurczyka, do katalogu zbiorowej wystawy szczecińskich fotografów „old bojów”, we wrześniu tego roku, w której i ja miałem zaszczyt oraz przyjemność uczestniczyć.

Tu stwierdzam, że się starzeję i staję melancholijny; czy to wada, czy zaleta pozostawiam to Waszej ocenie.
Do tego pisma oraz zawartych w nim stwierdzeń przyłącza się i potwierdza je własnym imieniem:
Grażyna – Gracjana, w marcu 2015 roku minie 40 lat jak stoi u boku Mikołaja. Dla niej też już czas udać się na zasłużoną emeryturę.

Z życzeniami!

Dorota Cygan

24 grudnia o północy…
…przemówię do Was ludzkim głosem…
– czyli jakim?
Kochani Wszyscy?! (niewiarygodne rozszerzenie zbioru…)
Bracia i siostry?! (zbiór ograniczony do jednej opcji…)
Szanowni Klienci?! (komunikat typu spam, skrzynka przeładowana…)
Kochani i Bliscy Krewni?! (para oksymoroniczna…)
Drodzy Czytelnicy?! (Zwrot zawierający niedopuszczalne warunkowanie…)
Paniopanowie?! (uwaga, pułapka wykluczenia…)

Stawiam więc lepiej na uniwersalność:

Boscy Grzesznicy!
Jedyne, co można i trzeba dla Was zrobić tej nocy,
to rozgrzeszyć Was z:

nienapisanych listów,
nieprzeczytanych tekstów,
niesprostowanych pomyłek,
niespłaconych długów,
niewyobrażalnych niefrasobliwości,
niezmierzonych pokładów naiwności,
nieprzemyślanych złośliwości,
nierozliczonych diet,
niezamierzonych gaf,
nieprzetrawionych żalów,
niekoniecznych łgarstw,
niespuentowanych kawałów,
niezrozumiałych aluzji,
niestworzonych bredni,
nietaktownych uwag,
nierozważnych wydatków,
niekochanych kochanków,
niedosolonych zup,
niepoprawnych manier,
nieprzyjętych przeprosin,
nieprzejednanych reakcji,
nierzetelnych zleceń,
nieprzystępnych min,
niewyuczonych treści,
niezapomnianych zdrad,
niesprawdzonych tez,
niepotwierdzonych plotek,
nieposkromionych żądz,
nieprawdziwych wspomnień,
nieumiarkowanych oczekiwań,
niewesołych prognoz,
nieznacznych nieuprzejmości,
niezliczonych zaniedbań,
niedozwolonych skojarzeń,
tudzież
niewybaczalnej oryginalności,
słowem: tego,
co nam wspólne i znajome.
Myślę, że jeśli każdy z nas tę skromną listę rozszerzy i wyśle najbardziej niezrozumiałemu bliźniemu ze swojego otoczenia, to każdy z osobna, a i wszyscy razem, poczujemy w tę noc lekki powiew metafizyki.
Czego Wam i sobie serdecznie życzę.

Niech się święci!

W górę rzeki (11)

Zbigniew Milewicz

Cała prawda o dzwonku

Z mebli, które pamiętały wigilijne wieczerze na Wesołej, pozostały mi już tylko dwie sztuki. Nie posiadam ich osobiście, ale należą do najbliższej rodziny, więc jakbym je miał. Dębowy kredens z jadalni podarowałem mojej córce, Ani i dziś zajmuje on pewną część przedpokoju jej tyskiego mieszkania i służy jako schowek wszystkich możliwych rzeczy. Stojący zegar, co wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, dostał Mikołaj, mój młodszy syn, mieszkający w Monachium. Mikołaj trzyma go już od jakiegoś czasu w piwnicy, korpus i maszynerię oddzielnie, i czeka, aż znajomy zegarmistrz się nim zajmie.

Najpierw wszystkie meble i cały dom pieczołowicie się pucowało, kawałek po kawałku. Mama i dziadek byli z tego obowiązku zwolnieni, bo zawodowo pracowali, ale ciocia Irka, póki studiowała, a nawet później, kiedy wracała z laboratorium, myła ze mną klatkę schodową, pastowaliśmy i polerowaliśmy podłogi, dom i tak na co dzień czysty nabierał świątecznego blasku. Babcia Jadzia zostawiała dla siebie najbardziej strategiczne cele, takie jak okna, drzwi, klamki, sztućce, pomagała jej w tym ciocia Gryjta z ulicy Polnej, najmniejsza wzrostem z jej sióstr, ale chyba najpracowitsza, a już z pewnością najpobożniejsza. O 12 w południe zostawiała każdą pracę, czy się to komuś podobało, czy nie i na klęczkach odmawiała Anioł Pański. Kiedy pomagałem jej nieść cięższe sprawunki z miasta i przechodziliśmy obok kościoła św. Jadwigi, zawsze na wysokości ołtarza stawiała torby na chodniku, robiła wielki znak krzyża i klękała na długość Modlitwy Pańskiej i Zdrowaś Maria. Przykazywała mi dobrotliwie, żebym robił to samo, a jej z początku słuchałem, ale pewnego razu jacyś przechodnie nas obśmiali, wtedy zachowałem się podle i poskarżyłem na ciotkę przed babcią. Od tamtej pory dała mi spokój, ale dalej publicznie klękała przed Jadwiżką. W rodzinie patrzono na nią z przymrużeniem oka, ja ją jednak lubiłem, czasami jej broniłem, kiedy ktoś chciał jej mocniej dokuczyć, a dziś postrzegam ją przede wszystkim jako kobietę odważną w praktykowaniu swojego światopoglądu, choćby i ostentacyjnie.

W wigilię na Wesołej 5 nikt nikomu nie dokuczał, diabeł zaszywał się gdzieś w ciemnym kącie i po grubsze sprawunki też się już nie chodziło. Wcześnie rano maszerowałem natomiast do piekarni pani Jadasz po chałkę i bułkę francuską do makówek i do mleczarni po mleko, którym później się je nasączało. Mieliłem mak, sprawdzałem, czy karpie jeszcze pływają w wannie i biłem na alarm, kiedy przewracały się na bok. Dziadek zabijał je i sprawiał, a ja mu w tym asystowałem. Nie mogłem patrzeć, jak ogłusza ryby młotkiem, ale starałem się trzymać męski fason. Do męskich zajęć należało też ubieranie choinki w jadalni, z najwspanialszą na świecie złotą gwiazdą na górze. Zwykle była to jodła, bo świerk miał rzadsze gałęzie i wcześniej gubił igły.

Babcia z mamą w tym czasie przygotowywały wigilijne potrawy, a ciotka Irka na ogół czytała książkę, co w ogóle było jej ulubionym zajęciem. Czytała Krwawą Panią na Czachcicach, ulubionego Dickensa albo którąś z powieści Kraszewskiego. Potrafiła w ciągu jednego lub dwóch wieczorów przeczytać najgrubszą książkę, ale miała przy tym brzydki zwyczaj robienia oślich rogów, kiedy przerywała lekturę. Kiedy to obserwowałem, wydawało mi się, że tak traktowane stronice fizycznie cierpią. Ciocia czytała zwykle w małym pokoiku, który stanowił moją sypialnię i miejsce odrabiania lekcji, albo w przyległej kuchni, najcieplejszym miejscu tego domu, gdzie wieczorem było najlepsze światło. Siadała w ulubionej pozie, po turecku na krześle, z grubymi okularami na nosie i tak długo przewracała kartki, póki babcia nie miała tego vollständig dość.

Kiedy karpie smażyły się już na patelni, jeden za drugim znikaliśmy w łazience, braliśmy kąpiel w wannie, ubieraliśmy się świątecznie i czekaliśmy, aż na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazda. Zgodnie z tradycją astronomem byłem ja, najmłodszy domownik. Kiedy zaaferowany wreszcie ją dostrzegałem, w przedpokoju rozlegał się delikatny dźwięk dzwonka. Jako kilkuletni dzieciak nie wiedziałem, skąd ten tajemniczy, trochę niepokojący głos dochodzi, a dorośli tłumaczyli, że to dzieciątko przyszło i zaprasza nas do jadalni. Ponieważ od małego miałem dociekliwą naturę, dziwiłem się, że zaprasza, a nie widzę go przy stole, więc po trochu wprowadzali mnie w świat chrześcijańskiej mistyki. W którąś wigilię dziadek na moich oczach zaplątał się w sznurek przywiązany do pantofla i wtedy poznałem całą prawdę o dzwonku, ale byłem już na tyle duży, żeby docenić ten bożonarodzeniowy tyjater, stworzony przecież głównie dla mnie.

W jadalni duży, owalny stół nakryty był śnieżnobiałym obrusem i porcelanową zastawą, której używaliśmy tylko od wielkich okazji, podobnie jak srebrnych sztućców. Był to magiczny wieczór, więc pod talerzami leżały rybie łuski, które miały każdemu z nas przysporzyć pieniędzy w nadchodzącym roku, zawsze miał też swoje miejsce przy stole nieobecny wędrowiec. Zaczynaliśmy wigilijną wieczerzę od krótkiej modlitwy, którą odmawiała babcia, później łamaliśmy się opłatkiem, a życzenia które sobie wtedy składaliśmy płynęły ze szczerego serca i miały moc sprawczą. Pamiętam, że w wieku 7-8 lat nabawiłem się wszawicy, jakoś temu domowymi sposobami zaradzono, ale na wigilię byłem – podobnie jak dziś – łysy. Kiedy przy opłatku mama zapytała mnie, czego sobie życzę, powiedziałem z determinacją, że chciałbym, aby wyrosły mi ciemne, kręcone włosy, a byłem dotąd blondynem o prostych włosach. Proszę sobie wyobrazić, że moje życzenie się spełniło, może czupryna nie była w stu procentach murzyńska, ale jak najbardziej falująca. Przy okazji pokażę zdjęcie.

Na stole królowało tradycyjnych dwanaście potraw. Zaczynaliśmy kolację od postnej siemieniotki, zupy z nasion konopi, która specjalnie nikomu nie smakowała, ale po całodniowym poście udawało się ją przełknąć . Po zupie był pyszny karp, smażony na maśle, do niego chleb i duszona kwaśna kapusta w dwóch wydaniach, z suszonymi grzybami oraz grochem. Piliśmy kompot z suszonych śliwek z jabłkami i oddzielnie z gruszek, wreszcie przychodziła pora na śląskie makówki, dla mnie i babci główne danie wigilijne. Po nich trudno już było zmieścić deser, czyli rybią moczkę, pierniki i ciasta, więc zostawialiśmy je sobie na później, do herbaty i kawy, której jako dziecko oczywiście nie piłem. Babcia Jadzia sporządzała moczkę na finał kulinarnych przygotowań do wigilii. Czekała na głowy karpi, gotowała je w tartych jarzynach, aż uzyskała potrzebną żelatynę i delikatny smak ryby, które w połączeniu z resztą składników tworzyły niepowtarzalne danie. Dochodził piernik moczony w porterze oraz jasnym i słodowym piwie, miód i bakalie. Łączyła to wszystko ze sobą i kiedy wkładała łyżkę w środek, ta musiała stać, wtedy potrawa była gotowa do podania na stół.

Od wyrobu piernikowych serduszek i gwiazdek oraz marmoladowego przekładańca, który najbardziej mi smakował, rozpoczynała natomiast przygotowania do Bożego Narodzenia. Korzenne smakołyki po upieczeniu w bratrurze były twarde, jak stal z huty Kościuszko i musiały swoje odleżeć w kolorowych, blaszanych pudełkach, zanim zmiękły i nadawały się do jedzenia.

Po słodkościach, do których dorośli wypijali sobie po kieliszeczku orzechowego likieru wyrobu dziadka, był czas na kolędy i prezenty, nieodmiennie przywożone saniami przez Dzieciątko. Niestety nie udało mi się podpatrzeć tej dostawy, bo zawsze wysyłano mnie wtedy po coś do kuchni albo sypialni dziadków. Nigdy natomiast do gabinetu, który sąsiadował z jadalnią, ale nie pytałem już dlaczego, bo prezenty zawsze były wspaniałe. Dostawałem ciepły sweter, który aniołki robiły na drutach, grube rękawiczki bez palców, połączone szelką, żeby ich nie zgubić, albo skarpety, czasami nowe, zimowe buty, do tego łakocie. Po takich upominkach jeszcze lepiej mi się śpiewało kolędy, które intonowaliśmy na zmianę. Każdy tę, którą lubił i odbywało się to na głosy, babcia śpiewała sopranem, dziadek tenorem, mama altem, a ciocia Irka jak umiała. Przy swoich licznych zaletach nie miała najlepszego słuchu muzycznego, więc staraliśmy się ja zagłuszać, bo brzmiała donośnie. Osobiście, zanim przeszedłem mutację, wspierałem babcię w sopranie; pamiętam, że dobrze nam razem wychodziło Bracia patrzcie jeno, A wczora z wieczora i Lulajże Jezuniu, ale przy tej ostatniej kolędzie mama z babcią zawsze trochę płakały.

W jadalni stało czarne pianino Förstera, mamy nie trzeba było specjalnie prosić, żeby akompaniowała naszemu kolędowaniu, a trwało ono długo w ten wieczór. Później utrudzony emocjami całego dnia i senny od makówek szedłem spać do swojego pokoju, bo następnego dnia rankiem rodzina budziła mnie do kościoła. Kiedy wracałem, stół w jadalni był już znowu pięknie nakryty do świątecznego śniadania. Nie pamiętam, żebym chodził z dorosłymi na Pasterkę, pierwszy raz wziąłem w niej udział dopiero jako nastolatek. Pierwsze święto Bożego Narodzenia, podobnie jak Wigilię, spędzaliśmy zawsze w naszym ścisłym, pięcioosobowym gronie. Telewizora w domu jeszcze nie było, łączność ze światem dawało tylko radio z magicznym okiem, później doszedł telefon. Urozmaicaliśmy sobie ten świąteczny czas grą w człowieku nie irytuj się, warcaby, albo pchełki. Dorośli opowiadali różne historie ze swojego życia, albo zasłyszane, komiczne, lub tajemnicze, ja to wszystko chłonąłem, później jeszcze raz przeżywałem w wyobraźni. Oglądałem rodzinne albumy i książki z kolorowymi obrazkami, pisane niezrozumiałym dla mnie gotyckim pismem. Babcia wyjmowała z komody cytrę, słuchałem czystego dźwięku jej strun. Tę cytrę zobaczyłem niedawno w Chorzowie, u mojej kuzynki Haliny Jurczak. W swoim czasie babcia dała ją jej w prezencie, była w dobrych rękach.

Dalej kolędowaliśmy. Kiedy kończył się zwykły repertuar, babcia sięgała do ulubionych kantyczek, do pastorałek spisanych w niedużej, grubej książce o ciemnozielonej okładce – mam ją w swoim księgozbiorze w Polsce. Narodzenie Pana miało tam postać śpiewogry, z podziałem na role i ja na ogół wcielałem się w pastuszka, dziadek w Józefa a mama w żydowskiego karczmarza. Jakże to była pyszna zabawa, nigdy nie miałem jej dosyć. Z kantyczkami mogły konkurować tylko sanki i narty, ale na nie przychodził czas dopiero w drugie święto, kiedy na Wesołej zjawiała się rodzina i przyjaciele domu. O śnieg w owych czasach na ogół nie musiałem się martwić, pod koniec grudnia było go już na dworze pod dostatkiem. Z kolegami z sąsiedztwa, Leszkiem Bulandą i Lutkiem Czarneckim, szliśmy zwykle pojeździć na pobliską Hofmankę, skąd dopiero późnym wieczorem ściągaliśmy do domów – przemarznięci, zmordowani, ale szczęśliwi.

cytra babci JadziPoza cytrą nie mam niestety żadnego zdjęcia, które ilustrowałoby tę opowieść o bożonarodzeniowych tradycjach mojego dzieciństwa. Nawet najlepsza fotografia nie odda jednak tego, co w człowieku zapisze serce, kiedy jest szczęśliwy, to tam się ucieka, żeby przetrwać i nabrać sił w gorszych momentach życia. Bez takiego miejsca nie da się żyć.

 

Przed świętami

Julita Bielak

Perkal i siekierka 

Dwadzieścia po czwartej. Oparła łokcie o balustradę i spojrzała w   dół. Widok zeszłorocznych bombek na gałęziach wywołał nikły uśmiech. Coś co powtarza się rokrocznie staje się tradycją, bombki zostały wpisane do księgi tradycji – pozwoliła sobie na nutę ironii.

Póki nie pobrzmiewają w sklepach kolędy i „Last Christmas”, plastikowa choinka nie przeszkadzała jej. Rozumiała potrzebę komercji, tego wiecznego nakręcania. To handel dał nam kakao i chili, wymieszał kultury, przekonał do nowych działań.
Poprawiła bransoletkę, chociaż nie wiedziała, dlaczego czerwone serduszko powinno być widoczne. Bo z YES’a? Bo od Margerytki? Zawróciła do wyjścia. Znowu ktoś ją potrącił. Nie widzisz, że sunę? – kiedyś odważy się i wygłosi tę filmową kwestię. – Czy mnie nie widać? Blednę, wtapiam się w otoczenie? To co dzieje się z ubraniami? Też nikną?

EliotElisofon dziewczynkaNarastającą irytację wymazał powoli odsłaniający się obrazek, zawsze ten sam: dziewczynka z nieco upiorną szmacianą lalką w dłoni. W popielatej perkalikowej sukience i za dużych butach. Mysie włosy nierówno zaplecione w krótkie warkocze. Twarzy nie widać, może dlatego, że dziewczynka milczy. Ina nigdy nie malowała, ale wie, jak trudno naszkicować milczącą twarz. O jej wyrazie stanową ruch, mimika, w uśmiechu przymrużone oczy. Dziewczynka nic nie mówi – patrzy, słucha, zapamiętuje, przypomina.

Z ulgą powitała wyrafinowany wybryk swojej wyobraźni z towarzyszącą mu kolorystyką zgniłej zieleni, antracytu, paru odcieni bieli i muzyką. „Sweet thing”, najpiękniejsze, obok ciszy, dźwięki.

Uspokoiła się, że przetrwa. Przetrzyma ho ho ho ho dzwoneczki, mikołaje czy byłaś grzeczna, lampki jakież to w tym roku, co na stół, co pod choinkę, a nawet makową panienkę.

– Inusia, dzień dobry. Czarna Jola szybkim krokiem zmierzała w jej stronę, każdy zna jakąś Czarną Jolę. Ta trzymała w dłoni papierowy kubek z kawą. Tak, ten kubek, uchodzący za wizytówkę usprawiedliwionego pośpiechu i sukcesu. – Co u ciebie? Nadal ignorujesz święta? Ale do Borysów wpadniesz?
mówimy nie– Dzień dobry, kochana – uśmiechnęła się z postanowieniem, aby w uśmiechu było możliwie dużo sympatii i podziwu. Czarna Jola zadawała kolejne pytania, sama sobie na nie odpowiadała, przekazała kilka zbawiennych świątecznych rad, parę opinii i pomknęła do swoich wielkich spraw.

Nie przyzwyczaję się nigdy do tego kretyńskiego zdrobnienia. Jaka moc je przenosi? Inusia, Inulka. Wiejski głupek – zżymała się. Janina im źle brzmi.
Szybko nałożyła rękawiczki, zimno, zawsze marzły jej dłonie i ruszyła w stronę domu. Miała blisko, mieszkała w tej części miasta, która przypominała małe miasteczko. Zaczęło padać, omijała atramentowe kałuże na nierównych chodnikach wąskich uliczek.

„wielkie strachy małych miasteczek
na niebiesko upijają oczy/…/”

Pamięć podsunęła jej fragment wiersza.

Kiedy to było, gdy czytała jego wiersze, gdy pisał tylko dla niej? Oddaliła się od tamtej dziewczyny i jej marzeń o zyciu, by żyć naprawdę. W odpowiednio cynicznym podziale na minuty, godziny, lata.

Nie kupiłam kremu do twarzy, zapomniałam, do jutra wyschnę na wiór – oceniła sytuację.

Rozmowa z Jolą uświadomiła jej działanie magii przywoływania pełnego grozy obrazu milczącej dziewczynki. Uzbrojona w jej absurdalny wizerunek mogła stawiać czoło wyzwaniu gwiazdkowych spotkań, rozprawianiu o wigilii, świątecznej modzie, hołdowaniu tradycji, nowym trendom przyrządzania i serwowania. O prezentach.
Nigdy nie podjęła wysiłku, aby jednoznacznie określić moment pojawienia się wyobrażanej postaci. Może poprzedzał go tamten grudniowy poranek, kiedy obudziła ją krzątanina domowników.

To już dzisiaj, dzisiaj są Święta – uradowała się pierwszą, jeszcze senną myślą.

Nie było tych Świąt wiele w jej dotychczasowym życiu, ledwie pięć, pamiętała ostatnie. Duże pudło z kokardą, w nim strojna lalka z lokami, która mówiła „mama”. I mniejsze, owinięte w kolorowy papier, z niedźwiadkiem nakręcanym na kluczyk. Lalce nigdy nie nadała imienia, miś od początku został Mukim. Przestawiła mu mechanizm; już nie chodził dostojnie kołysząc się na boki. Biegł prędko do tyłu spełniając jej prośbę: – Idź po miłość, Muki, idź po miłość.

Ciekawe, czy tam jeszcze jest, czy karp jest jeszcze w wannie, tyle zabawy – obiecywała sobie Ina. Potem ojciec wróci z pracy, będą we dwoje ubierać choinkę: najpierw lampki, potem bombki, tylko srebrne, wata i lameta. Ojciec, małomówny, zamyślony, lubił, aby choinka stała jedynie w bieli i srebrze.

Jeśli nie naprawił siekierki, to będzie problem z ostruganiem pieńka drzewka i wstawieniem go w stojak. Użyje tasaka i znowu dostarczy mamie powodu do narzekania – niepokoiła się. Majsterkowanie nie było jego dobrą stroną, ale potrafił grać na wielu instrumentach, chociaż nigdy się nie uczył. Wypełniał skromne mieszkanie dźwiękami akordeonu czy mandoliny przeganiając monotonię codzienności.

Może przyniesie gitarę – marzyła… Tak jak marzyła o pierwszej gwiazdce wyglądanej przez okno. Dobrze, że mama zdjęła już zająca, wisiał tak, i wisiał oszroniony. Zostanie po nim tylko odrażająca łapka do ścierania kurzu.

Zatopiona w półsennych rozmyślaniach ubierała się pospiesznie i niedbale. Prezenty, czy rozerwana bibułka ukaże wytęsknioną książkę, nieźle już czytała. „Dziadek do Orzechów”, chciała, żeby to był „Dziadek do Orzechów i Król Myszy”. Na całe święta do czytania i przeglądania, wie, widziała książkę w księgarni. Wiersze pana Jachowicza stały się już takie nudne, a dzieci ze strof – Stasia, Wandzi – po prostu się bała.

Ale teraz do kuchni. Zastanawiała się, czy mama uderzyła już karpia pałką do ziemniaków. Tego nie lubiła, nie lubiła patrzeć, jak mama tłucze rybę w głowę. W rybiej egzekucji wybierała moment rozkrawania nożem brzucha. W jego wnętrzu ukazywał się idealny do zabawy skarb – pęcherz, śmieszny, składający się z dwóch części, wypełniony powietrzem jak mały balonik

Kręciła się po kuchni, zagadywała mamę, próbowała drobin surowego ciasta, zaglądała do spiżarni. Cudownie pachnie piernikiem. Może w tym roku pozwolą jej samodzielnie nakryć do stołu, talerze z niedzielnego serwisu stały na brzegu szafki. Zachwycona deseniem zastawy przesunęła po nim palcem. Nie zauważyła stojącej obok torebki z mąką, potrąciła, ta upadła i rozsypała się.

Mama, jej piękna mama, odwróciła się i ostrym tonem skarciła Inę. Po czym nagle wyszła z kuchni, mała podążyła za nią na schody prowadzące na strych. Po drodze minęły małe okienko, właśnie cicho zaczął sypać śnieg. Na szczycie schodów mama pochyliła się, podniosła z podłogi jakiś przedmiot i energicznym ruchem wręczyła Inie.

Masz od gwiazdora i nie przeszkadzaj. Że też takie dziecko nie posiedzi spokojnie – tylko tyle usłyszała. Żadnego papieru, żadnej bibułki, nic nie szeleściło. Idąc w dół ostrożnie stawiała stopy na stopniach, w nikłym świetle najkrótszego zimowego dnia niewiele widziała.

Weszła do pokoju, usiadła na dywanie ostrożnie stawiając obok otwartą z góry drewnianą skrzynkę. Znalazła w niej kilka klocków imitujących meble: buraczkowe łóżko, ciemnozielony stół, granatowe krzesło, brązowa szafa. Okno, drzwiczki z boku skrzynki. Ina nie miała lalki, która mogłaby tu zamieszkać. Nie miała lalki, która zechciałaby tu zamieszkać. Siedziała w bezruchu do zmierzchu.

Na pewno wrócił ojciec, na pewno ubierali choinkę. Siedli do kolacji, podczas której przegarniała po talerzu kawałek tłustej ryby, śliską kapustę, jakiś pieróg. Nie wie, nie pamięta. Jak spędziła tamte święta? Może ze starą porcelanową lalką, bo nie sięgnęła po skrzynkę z klockami. Nie śmiała wstawić tam nawet Mukiego.

Czy już wtedy przekonała się, że nagle dorosła? – nie zna odpowiedzi. Dowiedziała się, że za świątecznymi dniami stoi nieprawda – Mikołaj nie istnieje, karpie źle czują się pływając w wannie, a zające wisząc za oknem. Ludzie wymyślili otoczkę świąt jedynie dla rozjaśnienia krótkich zimowych dni. Przez lata z uporem tkwiła w tym przekonaniu.

Otworzyła drzwi mieszkania, powitało ją przyćmione światło lampy, zawsze zostawiała włączoną. Stal, biel, szkło, aluminium, jaskrawe poduszki, obraz, żadnych pamiątek, żadnych marzeń.

Zatrzymała wzrok na wyłaniającym się z półmroku biureczku, obok regał z płytami, zegar, stosik książek, skórzany fotel przyrzucony pledem. I nagle ogarnęło ją gwałtowne uczucie smutku i irracjonalnego szczęścia zarazem, towarzyszące świadomości przemijania. Silne przeczucie podpowiadało, że nie będzie trzymała ręki na mosiężnej klamce, że nie będzie już księżyca prześwitującego przez siatkę firanki. Jej świat, dla niej najważniejszy, pozostanie jedynie czyimś wspomnieniem. Czym podeprze się, gdy słońce przestanie zaglądać jej w oczy, jeśli nie refleksem chwili. Nawet jeśli stanowi składową ukojenia, a nie – upojenia. Powoli zdjęła płaszcz, poprawiła nierówno zagięte mankiety.

Miała sporo czasu, aby przygotować się do dyżuru. Muzyka: Sting – nie, Alicia – nie, „Usher, Usher, baby”. Yammy – zaaprobowała wbrew sobie. Cieszyła się muzyką, nie słuchała słów.

„Cul-de-Sac” pozostawiła na tamtej mglistej wyspie. Sięgnęła po notatnik: lanolina, biały wosk, masło kakaowe, olejek ze słodkich migdałów, woda różana – sprawdzała zawartość szuflady w lodówce. Podgrzać, wymieszać, dodać, dolać, miksować. Ostudzony krem nazwie Simon, a może narciarski – próbowała dokonać wyboru. Umiarkowane zadowolenie z efektu podpowiadało tezę o potrzebie i przyczynie powstawania. Nie rozwijała jej zdecydowana brać rzeczy weselej, niż tego wymagają. Zbyt długo brała je poważniej, niż na to zasługują.

Namaże się tym kremem, nabłyszczy, roztoczy wokół siebie woń migdałów. Witający ją pracowi koledzy będą pytać z nadzieją w głosie – Piekłaś, piekłaś już makowe?

Z firmowej torby wyjęła niewielkie pudełko. Dla Maksa, przeciez dzieci teraz rodzą się z umiejętnością posługiwania się wszystkimi tymi gadżetami – szukała usprawiedliwienia zakupu dla sześciolatka. Papier czy torebeczka, i papier, i torebeczka, ta w bałwanki, bibułka. Karnecik z życzeniami i datą, gwiazdka.

Nawet nie zauważyła odejścia bladej dziewczynki w popielatej sukience, nie była jej już potrzebna.

Czego nam brakuje?

Krystyna Koziewicz

Widzia(l)ni od święta     

“Żadna ludzka istota nie może przeżyć bez ludzkiej wspólnoty.”
Dalaj Lama

Grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu – rozpoczyna się nieustające święto zakupów: na Mikołaja, „na gwiazdkę”, „pod choinkę”, na Sylwestra, a potem Nowy Rok. Dawać to nie znaczy tracić, a zwyczaj wzajemnego obdarowywania się, to chwila spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia w wieku 8 lat napisała w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega Asi powiedział mamie, by „Mikołaj” wszystkie prezenty zaniósł do rodziny, gdzie zmarła matka i ojciec samotnie wychowuje czwórkę dzieci. Sąsiadka z bloku raz do roku przynosi z poczty stosik przekazów i wysyła pieniądze potrzebującym, przeważnie z Afryki. Inna znajoma (nota bene nazywam ją potocznie „świętą Marią”) napotkanym na ulicy czy w metrze bezdomnym wkłada do ręki po 10, 20 euro. Sąsiad z mojego piętra w przeszłości, jak tylko widział moje wnuczki z Polski, obsypywał je słodyczami, a św. pamięci sąsiad turecki – właściciel piekarni – koło stacji metra rozdawał ludziom w potrzebie pieczywo, nie jakieś tam czerstwe, a świeżutkie pachnące bułeczki. Moja koleżanka, Ola, zbiera ciepłe ubrania dla bezdomnych, wydzwania i prosi o puszki, kalesony, rajstopy, skarpety. Przyjaciel niemiecki opiekuje się trzema samotnymi osobami, jedna z nich, sąsiadka, porusza się na wózku inwalidzkim, druga mieszka w domu opieki – tej czyta książki i co najmniej dwie godziny poświęca na rozmowy. Trzeciego – kolegę z demencją – odwiedza regularnie pomimo braku kontaktu słownego („porozumiewamy się wzrokiem” – mówi). Utrwaliło mi się jego credo życiowe: „niepotrzebne byłyby domy starców, gdyby każdy z nas rozejrzał się i zaopiekował choć jedną samotną starszą osobą”.

Parę lat temu, gdy ciężko zachorowałam, jeden z naszych kolegów, Marek, gdy wyszłam ze szpitala, podrzucał zakupy i wcale nie wyciągał ręki po pieniądze. Któregoś razu, podczas akcji charytatywnej WOŚP-u w Berlinie, wpadł na pomysł, by przy okazji zrobić zbiórkę pieniężną, co wywołało moje oburzenie. Jednak potem, kiedy się głębiej zastanowiłam, doszłam do wniosku, że był to całkiem ludzki odruch. Byłam wtedy faktycznie, na szczęście krótko, w potrzebie, może nie finansowej, ale potrzebowałam chwilowej opieki. Z kolei Magda, pomimo iż sama nie cieszyła się dobrym zdrowiem, codziennie chodziła do śmiertelnie chorej koleżanki i nie zostawiła jej aż do śmierci. Nie zapomnę też gestu Urszuli, która na wieść, że zginął mi trzeci rower, natychmiast podarowała mi całkiem nowy, jeszcze zapakowany w folię. Także Marianna, wiedząc, że moje dzieci w Boże Narodzenie przebywają za Oceanem, zaprosiła na Wigilię, bym nie czuła się w tym dniu samotna.

W listopadzie na dworcu głównym w Berlinie pokazano wystawę – portrety bezdomnych Unsichtbaren (Niewidzialni) i ich historię. Byłam tak wstrząśnięta dramatem ludzkim, że od tej pory inaczej spoglądam na cuchnących pasażerów metra, śpiących na ławkach w parku, czy żebrzących na ulicy.

niewidzialniFoto Autorka

Wydaje mi się, że społeczeństwo niemieckie jest szczególnie zaangażowane, wiele osób wspiera tu akcje charytatywne. W Berlinie powszechnie znana jest wigilia dla ubogich, organizowana przez piosenkarza Franka Zandera. Od lat śledzę reportaże z tej bodaj największej akcji charytatywnej. Raz do roku bezdomni są gośćmi ekskluzywnego hotelu, gdzie znani artyści, politycy, biznesmeni serwują im klasyczne niemieckie danie wigilijne: gęś z kluskami i czerwoną kapustą. W tym dniu każdy uczestnik kolacji otrzymuje ciepłą odzież, może skorzystać w hotelu z prysznica, przychodzą fryzjerzy, żeby na życzenie obciąć włosy, piwo i papierosy są za darmo, podczas kolacji gra jakiś znany zespołu muzyczny. Raz do roku nie są niewidzialni. Może więc są nawet szczęśliwi.

Inna równie znana akcja charytatywna, to impreza na rzecz dzieci „Ein Herz fuer Kinder” oraz Gala Jose Carrery. Obecność znanych gwiazd show biznesu na koncercie ma zwrócić uwagę opinii publicznej na problem biedy, a tym samym wywołać większe zaangażowanie społeczeństwa w akcje zbiórek dla potrzebujących.

Na uznanie zasługuje fakt, że często są to prominenci. To przeważnie artyści pochylają się nad tragicznym losem wielu dzieci, które bez naszej pomocy nie mają szans na godne życie i na wyzdrowienie. Dzięki Bogu, że udaje się chociaż częściowo poprawić los ludzi w potrzebie, o czym donoszą media. To, co czynią artyści, czy zwyczajni ludzie, jak Marek, Ola, Ula, Helmut, jest „maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym co nadaje znaczenie twojemu życiu” – powiedział Albert Schweitzer

Gramy dla ...W polskich kręgach polonijnych od 12 lat odbywają się również koncerty charytatywne, do najbardziej popularnych zalicza się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Od trzech lat funkcjonuje też „Gramy dla…”, berliński projekt organizowany przez grupę ludzi o wielkim sercu. Impreza stopniowo zyskuje swoich zwolenników, w tym roku nie powinno być gorzej – myśleli organizatorzy. Spodziewali się większego niż w poprzednich latach zainteresowania. Specjalnie na tę okazję przyjechał wybitny muzyk Józef Skrzek, atrakcyjny repertuar piosenek przygotował berliński zespół muzyczny Harald’s Session Band. Kogo tak naprawdę zainteresował koncert charytatywny „Gramy dla…”? Nielicznych. Niewiele osób przyszło, więc i w skarbonce ledwo dno zakryte. Nie wiem, co powiedzieć? Indywidualnie potrafimy pomagać, natomiast z publicznymi zbiórkami różnie to bywa.

szklana skarbonkaFoto Autorka

Dlaczego o tym piszę? Bo lepiej by było, żeby takie akcje odbywały się przez cały rok, a nie tylko w grudniu, żeby więcej było w życiu codziennym takich osób jak Marianna, Ula, Helmut czy organizatorzy “Gramy dla…”

To wielki dar od losu, że DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi kryje się radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji wzbogacamy samych siebie, otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

***

EMS: Autorka poprosiła, bym uzupełniła jej tekst własnymi przykładami. Podzielę się dwoma refleksjami.

W tym roku dwukrotnie zbierałam pieniądze dla Ukrainy, raz dla młodej uciekinierki z majdanu we Lwowie, która bez grosza przy duszy wylądowała zimą w Warszawie, raz, by przekazać zebrane pieniądze do Krzemieńca, skąd od razu zostały wysłane dalej – na front. Zwracałam się do różnych moich znajomych, i tych dobrze, a nawet wspaniale, sytuowanych, i tych niezamożnych. Wsparcie dostałam przede wszystkim od artystów i ludzi kreatywnych, częstokroć takich, którzy sami ledwie wiążą koniec z końcem bądź żyją z zasiłku, a wręcz deklaratywnie zabrakło go ze strony ludzi zamożnych, przedsiębiorców, biznesmenów… Oczywiście, bywamy dobrzy, ale im się nam lepiej powodzi, tym mniej w nas tej dobroci. Tym częściej jesteśmy skąpi i bez serca.

Jakiś czas temu zwróciła moją uwagę notatka na Facebooku, o tym, że ktoś okazał dobre serce i kupił jedzenie bezdomnemu pod Tesco. Rzecz wydawała mi się chwytem marketingowym. Napisałam o tym TU. 9 grudnia pojawił się na Facebooku podobny wpis, tym razem z Będzina. Wpis opowiada identyczną historię, mam wrażenie, że nawet w podobnych zdaniach i z użyciem podobnych chwytów stylistycznych i słów. Podobne słowa powtarzają się też w komentarzach, zdecydowanie przeważają szacun i szacunek.

mateuszkobusTen wpis został ponad 46 tysięcy razy zalajkowany i ponad 17 tysięcy razy podzielony. Teraz już jestem pewna, że nasze spontaniczne (na pewno spontaniczne!) lajkowanie i dzielenie się tym wpisem zostało wywołane akcją jakichś agencji marketingowych na zlecenie wielkich sklepów spożywczych. Nadal tylko nie wiem, jaka tu jest opcja startowa, bo są trzy.

To może być autentyczne działanie z porywu serca, wykorzystane przez maszynę marketingową bez wiedzy i zgody osób dokonujących dobrego uczynku;

może  być to współpraca ofiarodawców ze specjalistą ds marketingu, co by znaczyło, że ofiarodawcy zostali zapytani przez koncern o zgodę na wykorzystanie ich działania i wpisu na Facebooku;

ale może to być również wspólnie zaplanowane działanie marketingowe.

Czy to ma znaczenie? Nie wiem. Ale jest mi przykro, gdy to widzę. Bo gdybyż ta akcja przełożyła się każdorazowo na kilkadziesiąt tysięcy aktów pomocy biednym, to pal diabli komercję, dokonalibyśmy w końcu jakiegoś znaczącego zrywu charytatywnego. Ale kilkadziesiąt tysięcy lajków? Po co to komu?

Pikolus

Zofia Wojciechowska

Kolęda mazurska

Posłuchajcie z weselem, z weselem, z weselem!
Co się dnia tego, casu dawnego w Betlejem, w Betlejem,
zapewnie stało, a juz podało
ludziom wsem, ludziom wsem!

Narodziuł się Chrystus Pan,
Chrystus Pan, Chrystus Pan
zubogi pany, chtóry nad pany,
panem sam, panem sam;
niniał wcesności, by wziecne włości
sprawziuł nam, sprawziuł nam.

Ach synecku jedyny, jedyny, jedyny,
coś w ludzkiem ciele ucierzpsiał wiele, bez wziny, bez wziny.
Wszystkie trzymając, a w mocy mając krainy, krainy.

Karol Małłek

Piszę list i przed świątecznie pozdrawiam z Mazur. Co roku w grudniu siadam nad tradycyjną kartką papieru i wracam do minionych miesięcy. Otwieram drzwi do wspomnień z nadzieją na nowe wydarzenia. Święta… jak zawsze czas niezwykły. Troszkę u mnie zaganiany w poszukiwaniu niekoniecznie prezentów, dość mocno napięty odnową starego przecież domu. Porządki w zbiorach zdjęć i walka o utrzymanie internetowego ładu.
Boże Narodzenie – jedyny taki dzień radośnie przepełniony religijnością. Wszyscy się cieszą, nawet czekają na zabłąkanego wędrowca. Dodatkowy talerz na stole ja także stawiam. Zapachy mieszają się stale, świerkowe gałązki, aromaty przygotowanych potraw. I jeszcze oczekiwanie na Mikołaja, oczywiście najlepiej na tego prawdziwie świętego.

fot. Zosia Wojciechowska_mazurska tradycja_GODY
Dawniej na Mazurach pojawiał się Pikolus. Hasała razem z nim zgraja dzieciaków i szelmo (siwy) koń idący na czele bogatego orszaku. Zielona choinka ze światełkami to obrazek dzisiejszych świątecznych spotkań. Na Mazurach dawniej stawiono w kącie izby snopek zboża na znak oczekiwania łaskę urodzaju w nowym roku. Cała wieś szykowała się na jutrznię czyli gody – poranną mszę wigilijną rozpoczynaną o wschodzie słońca.
Postawiłam ja także w świerkowych gałązkach 4 świece. Płonie już kolejne światełko w wieńcu adwentowym. Jest blisko do świąt. W walizkach moi rodzice – jak wielu z nas – przywieźli kresowe serwety i obrazki. Rozpakowali swoje zwyczaje. Zawieszając ozdoby na ścianach mazurskich domów wprowadzili inną codzienność. Święta w moim domu – to wigilijny barszczyk z suszonych grzybów. Rodzice stawili na stole dużą wazę, na półmiski wykładali ziemniaki z rybą i w salaterkach śledziowe smakołyki. Wszystko było inne od tego o czym czytam w historycznych książkach. Dziś prawdziwych Mazurów, myślę, że u nas chyba już nie ma. Niszczono tradycję tej ziemi, przetwarzano ją przez ponad 50 lat.

Mazurski Pikolus mam nadzieję, że nie zapomni i przyniesie niespodziankę. Ja także mam prezent – nasze gadające dachówki. Zebrane z domów mazurskich, przeleżały pod płotem swój czas, nabierając mocy by zacząć gadać. Spotykamy się, rozmawiamy o tych wsiach i domostwach, z których trafiły do nas podarowane dachówki. Otwierają stale jakieś drzwi w ludziach przynoszących dary, wracają wspomnienia mazurskich zwyczajów. Najważniejszego – pamięci – uczymy się od siebie.

pierwsza wystaw plenerowa_fot. St.CzachorowskiPierwsza wystawa plenerowa gadających dachówek, Gościniec Molo, Mrągowo listopad 2014.

Malujemy. W artystycznym recyklingu, przetwarzamy te nikomu już nie potrzebne atrybuty mazurskości, wypisujemy pędzlem nowe historie. Nadajemy QR kody i puszczamy w świat. Tak sobie myślę… Przez całe życie część z nas szuka sensu dla swego życia, jedni znajdują go szybciej a inni ciągle wędrują. W czas świąteczny, wigilijna podróż kończy się chwilą przy stole. W mazurskich domach przez wieki nie znano zwyczaju dzielenia się opłatkiem. Czytano pismo święte, dzieląc się słowem, budując wspólnie w myślach przyszłość na nadchodzący rok. W tym roku przygotujemy paczkę ze śpiewnikami od pastora z mrągowskiej świątyni do domu parafialnego w odległej mazurskiej wiosce na Syberii. Wiem z całą pewnością, że tamtejsi wierni będą z nich korzystać, tak jak mi opowiadali – w Domu Pana. Istnieje strona internetowa rodaków na Syberii, będzie więc można do nich zajrzeć przez okno.
Na ich syberyjsko-mazurskich domach nie ma dachówek, być może były zbyt drogie na kieszeń gospodarzy. U nas leżą zbędne i czasem często w śmietniskach, czekają na drugą szansę. Kultura bywa rzeczą względną… Mazurzy na Syberii pójdą na jutrznię, bo mają gody na Boże Narodzenie.

W Studio Radia WnetDzieci z mazurskiej wioski Znamienka leżącej na Syberii. Zofia Wojciechowska napisała: udało mi się sprowadzić te dzieci do Polski i byliśmy w Warszawie, na zdjęciu – podczas nagrywania mojego programu Pomost

Współcześnie dzieci na Mazurach już ślą swoje życzenia do świętego Mikołaja, a ja piszę do Pikolusa list o dzisiejszych Mazurach, o sobie i o gadających dachówkach, i ludziach spotkanych na drodze. W tym roku postawię snopek zboża w kącie mego domu i zobaczę, co będzie się działo. Dwanaście miesięcy minęło tak szybko. Każdy dzień przynosił coś nowego. Przykre i miłe rzeczy splecione niczym warkocz w cały okrągły rok. Dobrego było tak dużo – za to warto podziękować.
Dziękuję tym spotkanym ludziom – bo łatwiej jest cieszyć się z tego co jest nam dane wspólnie, małe staje się duże.

Życzę na koniec mego listu Wszystkim Wam udanych świątecznych podróży i miłych chwil.

Pozdrawiam Zofia

PS. Zaglądajcie do nas, by pogadać z dachówkami, nad dachówkami o prostych rzeczach i tych skomplikowanych też.

fot. St. Czachorowski_gadajaca dachowka z bratkami _Zosia WojciechowskaDachówka z bratkami namalowana przez Autorkę.
Jest też do niej historia:
http://gadajacedachowki.blogspot.com/2014/12/dachowka-nr-64.html
a ta prowadzi dalej:
http://www.przyroda.mazury.pl/index.php?page=nature&id=241

Akcję malowania dachówek zainicjowali profesor St. Czachorowski z Centrum Badań nad Dziedzicwem Kulturowym i Przyrodniczym na Uniwersytecie w Olsztynie i hortiterapeutka z Instytutu Hortiterapii “Zielony Promień”, a zarazem autorka wpisu,
Zofia Wojciechowska    

 

Kolędy oder…

Maria Gast Ciechomska

 …polnische Weihnachtslieder    

Das Singen von Weihnachtslieder hat seine Quelle in der römischen Feier Calendae mensis januarius. Es handelte sich um die Feier am 1. Januar. Es war im alten Rom ein besonderer Tag, denn an diesem Tag haben Konsule ihren Amt übernommen. Irgendwann wurde dieser Tag ganz offiziell zum Jahresanfang erklärt. An diesem Feiertag haben Menschen in Rom einander besucht, gaben sich Geschenke und sangen Lieder. Das Christentum hat diesen Brauch übernommen, und zwar im Zusammenhang mit Weihnachten. So wurde die Weihnachtsgeschichte zum Thema dieser Lieder.

Zunächst hat man die Motive aus Evangelien benutzt, dann auch aus der volkstümlichen Frömmigkeit, Apokryphen und auch aus der Literatur des Mittelalters.

Nach der christlichen Tradition war der erste nachgewiesene Autor eines Weihnachtsliedes der heilige Franz von Assisi, der auch die Krippe erfunden haben sollte. Das berühmteste Weihnachtslied der Welt ist natürlich Stille Nacht, entstanden 1818 und bisher 300 Sprachen übersetzt.

Auf Polnisch heißt ein Weihnachtslied kolęda (etymologisch von Calendae). In der Liturgie der katholischen Kirche werden Weihnachtslieder von der Mitternachtsmesse am Heiligabend bis zum Tag der Taufe Christi (erster Sonntag nach dem 6. Januar) gesungen. In der polnischen Tradition werden die Weihnachtslieder jedoch bis zum 2. Februar (Mariä Lichtmess) gesungen. Das älteste überlieferte polnische Weihnachtslied ist Zdrów bądź królu anielski (Gegrüßet seist Du, Engelskönig) aus dem Jahre 1424.

Die Gattung wurde sehr populär im 17. und 18. Jahrhundert, in dieser Zeit sind die wichtigsten polnischen Weihnachtslieder entstanden. Bis heute wurden über 500 Weihnachtslieder überliefert.

Eine besondere Art des Weihnachtslieds ist pastorałka (die Pastorale). Es handelt sich um ein Lied, das zu Weihnachten gesungen wird, aber nicht in der Kirche, weil es einen eher weltlichen Charakter haben. Das Thema ist meistens die Geburtsgeschichte aus dem Blickwinkel der Hirten. Es entstehen natürlich auch moderne Weihnachtslieder.

Bóg się rodzi

Bóg się rodzi (Gott ist geboren) ist das wohl berühmteste polnische Weihnachtslied. Es ist fester Bestandteil der Mitternachtsmesse und gilt fast als nationale Weihnachtshymne. Einst wurde es sogar kurzzeitig als Nationalhymne in Erwägung gezogen. Der Text wurde 1792 von Franciszek Karpiński (1741-1825) verfasst. Die feierliche Melodie ist eine altbekannte Krönungspolonaise für polnische Könige, die sich bis zum 16. Jahrhundert zurückverfolgen lässt. Der Komponist ist jedoch vom Namen unbekannt.

Das Weihnachtslied wurde zum ersten Mal in der Basilika Mariae Himmelfahrt in Białystok öffentlich aufgeführt, wo Karpiński zwischen 1785 und 1818 lebte. An diese erste Aufführung erinnert heute eine Gedenktafel an der Kirchenmauer.

Dieses Lied wurde von verschiedenen berühmten polnischen Künstlern aufgenommen. Sie wurde auch von polnischen Gefangenen in Auschwitz gesungen. Ein Bericht des Häftlings Józef Jędrych beschreibt, wie “das Singen deutscher Weihnachtslieder begann und dann wie Wellen des Meeres die machtvollen Worte des polnischen Weihnachtsliedes kamen ‘Die Macht wird schwach, Gott wird geboren’.“

Bogsierodzi-Gottwirdgeboren

Der Text der Hymne (hier von Golec Orkiestra gesungen) zeichnet sich stilistisch dadurch, dass er starke sprachliche Gegensätze verwendet. Durch solche Redefiguren wird die Bedeutung des Wunders betont, das mit der Geburt von Jesus in einem Stall von Bethlehem stattfand. Papst Johannes Paul II bezog sich am 23. Dezember 1996 in der Vatikanischen Audienzhalle auf das Weihnachtslied “Bóg się rodzi”. Er zitierte die Worte und führte hierzu aus: “Der Dichter zeigt uns das Mysterium der Menschwerdung von Gottes Sohn, indem er Gegensätze benutzt, um das auszudrücken, was für das Mysterium wesentlich ist: Indem er die menschliche Gestalt einnahm, nahm der unendliche Gott gleichzeitig die Begrenzheit eines Geschöpfs an.”

Der Liedtext enthält auch ein Zitat aus dem Johannesevangelium (Johannes 1, 14). Darüber hinaus flocht Karpiński eine patriotische Aussage zu Beginn der fünften Strophe ein. Das Lied ist gar in die Popkultur übergegangen: Eine Instrumentalversion dieses Liedes hat das “Brave New World” Expansion Pack von Computerspiel Civilisation V.

Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski und Zbigniew Łapiński waren ein legendäres Trio, eine der wichtigsten Musikgruppe in Polen in den 80er und 90er, die den Kultstatus hatte. Die Band hatte keinen Namen, trug nur die Namen der Mitglieder.

Diese drei Songschreiber, Musiker und Sänger gelten bis heute als Barden von Solidarność, weil sie sich politisch eindeutig positioniert und für demokratische Veränderungen in Polen eingesetzt haben. Viele ihre Lieder hatten zum Thema die polnische Geschichte und auch die Weltgeschichte, dabei setzten sie sich oft mit der polnischen Traditionen sehr kritisch auseinander. Das Leitmotiv war immer, die polnischen Erfahrungen aus der Zeit der Solidarność in einer historischen Perspektive darzustellen, so dass der Hörer begreift, dass es sich hier um einen Prozess, nicht um ein isoliertes Ereignis handelt. Anfang 1981 entstand das Konzertalbum Muzeum. Die Lieder dieses Albums beschreiben ausgewählte Werke der polnischen und Welt Malerei, darunter auch das Bild Heiligabend in Sibirien, ein Werk von Jacek Malczewski (1854-1929).

In seinem Bild hat der Künstler diesen wohl am meisten familienorientierten polnischen Feiertag dargestellt. Es geht um Menschen, die als Verbannte in Sibirien von ihren Familien getrennt sind. Es ist ein Bild der Einsamkeit und des Leidens, symbolisch für Polnischen Kampf um Freiheit und Souveränität, der immer leidvoll bestraft wurde. Von den acht Verbannten scheint jeder anders zu reagieren, einer betet, der andere verbirgt sein Gesicht im Teller, der dritte schaut auf die Flamme der Kerze… Durch deutliche Anspielungen an die Darstellungen des Letzten Abendmahls ist die Atmosphäre ernst und feierlich, man spürt die Stille und Erwartung. Das Lied des Trios ist die eigene Interpretation des Bildes. Es werden darin originale Weihnachtslieder zitiert und einige polnische Sitten und Bräuche zum Heiligabend sowie typische Gerichte erwähnt.

Wigilianasyberii

Beata Rybotycka, Schauspielerin und Sängerin aus Kraków, singt ein Weihnachtslied in dem es um den Brauch geht, auf dem Tisch ein zusätzliches Gedeck und am Tisch ein zusätzlicher Stuhl stehen soll. Die gängige Erklärung ist, man denkt an arme und einsame Menschen oder an einen unerwarteten Gast. Es geht aber um viel mehr. Dieser Brauch ist viel älter als das Christentum. Denn dieses Abendessen ist eine gemeinsame Mahlzeit von Lebenden und von Verstorbenen, der leere Stuhl ist der Stuhl der Verstorbenen. Ich musste immer dabei denken an einen Zitat aus dem Dialog “Phaidon” von Plato: “Die Lebenden entstehen aus den Toten nicht weniger als die Toten aus den Lebenden”. Am Heiligabend handelt es sich um diese Verbindung, diese Kette von Verstorbenen und von Lebenden, die wiederhergestellt wird. Das Lied bedient sich dieses Motivs, ist in diesem Sinne immer aktuell und ansprechend, denn in jeder Familie fehlt jemand hin und wieder am Tisch. Es bringt aber auch die christlich geprägte Hoffnung zum Ausdruck, dass wir uns alle irgendwann wieder treffen, an einem Tisch, der noch reicher gedeckt ist.

Wigiliadlanieobecnych

In diesem Blog findet man oft meine Familie. Auch hier, in diesem Beitrag, ist sie da. Das Weihnachtslied Gott wird geboren wurde vom Ur-Ur-Ur-Großonkel meiner Ur-Großmutter, Jadwiga Krynicka, geboren Karpińska, geschrieben. 🙂

Unten, nur für diejenige, die Polnisch kennen, noch zwei moderne, patriotische Versionen dieses Liedes, beide geschrieben in der Zeit des Kriegsrechtes in Polen dh. im Jahre 1981.

zaleze

Spisane z pamięci

Bardzo dawno temu, jeszcze na KURZE, zamieściłam wiersz Juliana Ejsmonda pt. Sztuba, dziś chcę go Wam przypomnieć. Pisałam z pamięci. Co jest dla mnie ciekawe w tym wierszu, jest on napisany chyba w 1922  r., a ile w nim dziś już zupełnie nieużywanych słów. Wiersz był w roku 1931 wydany w zbiorku Patrząc na moich synków, niestety wydany pośmiertnie, bo Ejsmond zginął w roku 1929 w wypadku samochodowym pod Zakopanem. Pamiętam tę książeczkę sprzed wojny, na okładce była fotografia dwóch małych
chlopców, jego synów.

Mirka

Od redakcji: Mirka to pseudonim osoby z rodziny, która chce zachować anonimowość. Witam w gronie autorów na tym blogu, spotykałyśmy się już bowiem jako autorki na innych blogach. Ciekawe, że ten uroczy wiersz skojarzył się Mirce ze świętami. Z twórczości Ejsmonda ja bym chyba wybrała Baśń o ziemnych ludkach, bo one na zimę idą spać. Ale to jest właśnie cudowne we współpracy z innymi ludźmi, że oni myślą co innego niż my, co innego mówią, piszą i mają inne skojarzenia. Nota bene był to w czasach szkolnych Mirki jej popisowy wierszyk.

Odbito 4200 egz. numerowanych
na papierze bezdrzewnym z firmy
Stefan Krygier w Warszawie
Długa Nr.26, ::: telefon 296-24.
Druk.: Piotr Pyz i S-ka, Warszawa, Miodowa 8.

(Uwaga zdjęcie z sieci – to nie my ofiarowałyśmy tę książkę mamuśce)

XXX

XXX

XXX

XXX

Julian Ejsmond, Sztuba

Czasami śni mi się w nocy
O chwilo marzeń szczęśliwa,
Że siedzę na Smolnej w klasie
I ktoś mnie nagle wyrywa.

Czasami śni mi się w nocy
Jakaś klasówka koszmarna,
Chcę ściągać, nie mam od kogo
Budzę się, w koło noc czarna

Życie jest nasze jak sztuba
Nie jeden nas dzwonek buzi
Nie jeden nas belfer nudzi,
nie jedna klasówka trudzi.

I wciąż siedzimy na ławce
W oczekiwaniu wyrwania
I ciągle, ciągle nam grozi
Dwója ze sprawowania.

Aż przyjdzie wreszcie godzina,
Godzina szczęśliwa bez miary,
Pojdziemy po dzwonku ostatnim
Do Nieba gdzieś na wagary

Będziemy psocić i broić
I gwiazdom robić kawały
I słońcom dawać kuksańce
Gdyby się z nami nie śmiały

A dobre duchy, co władną
Niebios przejrzystym turkusem
Usmiechną się do nas łagodnie
I dadzą nam piątkę z minusem.

Bóg zajrzy kiedyś w ów dziennik
I spojrzy na nasze twarze
I piątkę zostawi na wieki
A minus starannie wymaże

***
Następnego dnia po opublikowaniu tego wiersza Mirka nadesłała uzupełnienie, które natychmiast dodaję do tego wpisu:

Ewuś! mnie Boże Narodzenie kojarzy się z zupełnie innym tekstem wiersza-kolędy.
Jest to wiersz tak smutny i tragiczny, że nie chcialam od niego rozpoczynać świątecznych wspominków. Przytoczę ten wiersz do Twojej dyspozycji, jeżeli uznasz, że można – wykorzystaj, już na Altanie go podawalam.

Wiersz nie ma autora, bo był ogloszony w 1939 r w jakims piśmie konspiracyjnym.

KOLĘDA WARSZAWSKA

O Matko odłóż dzień narodzenia na inny czas
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia jak męczą nas
Niechaj się rodzi Syn Najmilejszy wśród innych gwiazd
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym ze wszystkich miast.

Bo w naszym mieście, które pamiętasz z  dalekich dni
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz, świeży od krwi
Bo nasze Dzieci pod szrapnelami padły bez tchu,
O Święta Matko módl się za nami, lecz nie chodź tu!

A jeśli chcesz już urodzić w cieniu warszawskich zgliszcz
To lepiej zaraz po urodzeniu – rzuć Go na Krzyż!

(pisane dziś z pamięci)                                              Warszawa, 15 grudnia 2014 r.

Od świętej Łucji…

Wpisem Juliczki o świętej Łucji zaczynamy świąteczny czas na blogu. Nie wiem, na jak długo starczy nam sił, żeby świętować (choć znajdą się tu i poważne wpisy), ale na razie zaczynamy. Jak nam dobrze pójdzie, to może przeciągniemy świąteczny czas aż do Trzech Króli! Juliczka pisze, że od świętej Łucji do Wigilii (a ja dodam, że i/lub od I święta Bożego Narodzenia do wigilii Trzech Króli) w całej Europie ludzie bacznie obserwowali pogodę i nadzwyczajne zdarzenia zachodzące w świecie, wnioskując z nich o powodzeniu lub nieszczęściu, jakie będzie ich udziałem w nadchodzącym nowym roku. Oczywiście zawsze mieli nadzieję, że w kraju będzie panował pokój, a im samym będzie się wiodło szczęśliwie. Tego nam życzę!

Juliczka

ŚWIĘTO ŚWIATŁA 

I.

Jest oto północ roku i północ dnia świętej
Łucji, o twarzy ledwie siedm godzin widocznej;
Słońce już zgasło, na kopule mrocznej
iskrzą się tylko gwiazd zimne diamenty

~John Donne “Nokturn na Świętą Łucję, najkrótszy dzień w roku”.

Tłum. Stanisław Barańczak

II.

Bliżej nam do Halloween zza ocaenu niż do Święta Światła przez Bałtyk. Szkoda. Orszak świętej Łucji jest daleko ładniejszy od straszydeł biegających po ulicach i pukających do drzwi: “cukierek albo psikus”.

Kult świętej Łucji wywodzi się z jej rodzinnych Włoch, do Szwecji dotarł z Niemiec. Święta Łucja, która nie chcąc porzucić swojej wiary pozbawiła się oczu, stała się patronką dnia, uchodzącego za najkrótszy dzień w roku. Wspomaga też ludzi niewidomych. W starych ludowych wierzeniach, w Polsce zachowanych jedynie w opowieściach, jest to okres szczególny. To pora “umierania” słońca, groźny i magiczny czas.

Czas czarownic, przed którymi Święta Łucja miała bronić domostwa. Modlono się do niej, a na progach chat i obór rozkładano odpowiednie zioła. Na drzwiach stajni kreślono krzyż święconą kredą. Wypowiadano magiczne zaklęcia, a ich znajomość była równie ważna jak sekrety siania i orania. Wierzono, że od 13 grudnia na wschodzie przestaje ubywać dnia, a tylko na zachodzie skraca się on jeszcze do 21 grudnia, zatem kultowy dzień był porą graniczną sprzyjającą czarom i mocom nieczystym. Dlatego okadzano tego dnia dom i obejście, pieczono placki z zielem, które podawano zwierzętom, aby czarownice podczas długiej nocy nie mogły wyrządzać szkód.

Na tej Hałeczkowej zielonej ulice
Wiliją Świętej Łucji jadą czarownice…

tak opowiada piosenka góralska o zlocie czarownic w Hałeczkowej.

Każdy gospodarz czuwał tej nocy i pilnował swojego domostwa. Wydaje się wątpliwe, czy jeszcze ktoś o tym pamięta, czy zna zaklęcia równie dobrze, jak tajniki uprawy roli.

III.

Santa Lucia - Sharon Furner s15Inaczej w Szwecji, gdzie nadal obchodzi się Święto Światła, i to hucznie. Kiedyś powodem był rozpoczynający się ścisły post, obecnie, gdy i tak Szwedzi nie objadają się, pozostała tradycja. Tego dnia odbywają się pochody dzieci w białych strojach, przewodzi im długowłosa blondynka, zwyciężczyni konkursu “na Łucję” ogłaszanego przez lokalne media. Łucji w płonącym wianku na głowie towarzyszą druhny, chłopcy w szpiczastych czapkach i jeźdzy na koniach. Pochód odwiedza między innymi szpitale i domy opieki, zacne to działanie. Stanowi doskonałą lekcję dla dzieci, że ludzie starzy i chorzy są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa i pod żadnym pozorem nie należy o nich zapominać. Ani na co dzień, ani od święta.

W szkołach, miejscach pracy, pubach częstuje się gości kawą i pszennymi bułeczkami z szafranem. W domach dzień zaczyna przed świtem śniadaniem i intonuje się pieśń
Santa Lucia.

IV.

ATC13 24Najlepiej nastrój świątecznego dnia oddaje fragment książki “Zwierzenia Britt-Mari” Astrid Lindgren:

Kochana Kajso!

/…/

Czy i w tym roku nie wybrano Cię na sztokholmską Łucję? Sądząc z fotografii, jaką mi przysłałaś, jsteś akurat tak miła i czarująca, jak można by tego wymagać od królowej światła.  Nie stawałaś do konkursu, powiadasz? W takim razie sama jesteś sobie winna, że to nie Ty wczoraj wieczorem jechałaś przez miasto w pięknym diademie i w białym futrze z królika.

W domu obchodziliśmy dzień Łucji bardzo sumiennie. Łucją była Alida, ubrana w swoją najlepszą białą koszulę z haftami. Prawdę mówiąc, wyobrażałam sobie zawsze Łucję bardziej wiotką, przynajmniej że nie powinna ważyć (napisałam: marzyć, freudowska pomyłka) ponad dziewięćdziesiąt kilo, ale może było to mylne wyobrażenie, którego powinnam się wyzbyć. W każdym razie bardzo było miło, kiedy obudziły mnie rano głębokie, choć nieco fałszywe dźwięki głosu Alidy, gdy huknęła: “Santa Lucia, świetlane zjawisko!” z taką siłą, że zdawało się, że sufit uniesie się w górę, i gdy potem podała mi do łóżka kawę, świeże bułeczki szafranowe i pierniczki. W ślad za Alidą, całkowicie w cieniu jej bujnych kształtów, dreptał jako paź Jerker, w papierowym kapeluszu  w kształcie głowy cukru. Przyznać trzeba, że równie szczerbatego pazia nikt chyba nigdy nie widział, przynajmniej na naszej półkuli. Znowu wypadły mu dwa zęby, odkąd widziałam go ostatnio. Nie wiedziałam, że dzieciom może wypaść tyle zębów naraz.

Szybko wypiłam kawę i poszłam za Alidą do sypialni, bo bardzo byłam ciekawa miny Moniki, gdy zobaczy Łucję. Sądziłam, że będzie zdumiona, jak gdyby spadła z księżyca, ale wyobraź sobie, że nie! Usiadła na łóżku, spojrzała badawczo na Alidę i powiedziała z największym spokojem:

– Masz świecę we włosach!

I to było wszystko.

Gdy Alida przebrnęła przez “Santa Lucię” mniej więcej pięć razy, wszystkim nam ogromnie obrzydła ta piosenka. Zaśpiewaliśmy wobec tego “Staffan był stajennym”, a potem czas już był najwyższy pędzić do szkoły. Ulice były ciemne, ale w każdym niemal oknie paliły się świece. Kręciło się po nich sporo ludzi z koszykami z świąteczną kawą w ręku. Nie wyobrażaj sobie zatem, proszę, że w Smastad byle jak obchodzą to święto, o nie. W szkole duża sala przybrana była świecami, a w klasach także paliły się świece.

Kajso, już wkrótce ferie świąteczne. Majken przy pomocy Alidy przewraca cały dom do góry nogami. Uważa, że nie byłoby prawdziwych świąt, gdyby wszystkie okna nie były wymyte, wszystkie podłogi wyfroterowane i każda łyżka tak wyczyszczona, żeby się można było w niej przejrzeć.

V.

Wróżba nie wróżba, przysłowie: Od Łucyi…

Od Łucyi dni dwanaście
Policz sobie do Wilii
Patrz na słonko i na gwiazdy
A przepowiesz miesiąc każdy.

Kartkę świąteczną własnej kompozycji podarowała nam Katarzyna Kulikowska.

Oczywiście ten dzień to również i ten człowiek: