Gül im Auto

Anne Schmidt

“Und jetzt habe ich Aids,”  flüstert Gül, ” dieser Junge hat mich angesteckt.”

Frau Schulz ist irritiert.

Wie weit hat Gül sich mit diesem Erol eingelassen? Es ist, als hätte Gül diese Frage gehört, denn sie beginnt, sich trotz ihrer offensichtlichen Scham zu einer Erklärung durchzuringen.

“Nach dem Abend in der Disco rief er mich täglich an. Er wollte sich unbedingt wieder mit mir treffen. Ich habe immer Ausreden erfunden, denn ich hatte Angst vor ihm; ich fühlte mich nicht stark genug, ihm zu widerstehen, sowohl psychisch als auch physisch.

Eines Tages stand er vor unserem Haus, als ich gerade zu meiner Friseurin gehen wollte. Er tat überrascht, war freundlich und zurückhaltend. Er erzählte mir, dass er jeden Tag in die Moschee gehe und darum bete, mich wiederzufinden. Dann machte er Witze über seine Freunde und brachte mich gegen meinen Willen  zum Lachen.

Er begleitete mich bis zum Frisiersalon und wartete in einem Cafe nebenan bis ich fetrig war. Dann brachte er mich wieder nach Hause und schenkte mir zum Abschied eine CD von Tarkan. Ich hätte sie nicht annehmen sollen, denn ab jetzt fühlte ich mich verpflichtet, seinen Bitten nachzugeben und ihn wieder zu treffen.

Bald trafen wir uns jeden Tag, gingen spazieren oder ins Café am Urbanhafen. Er war immer lustig und erzählte Geschichten, die mich aufheiterten. Ich kam nie auf die Idee, dass er kiffte oder drückte. Ich fand nur die Gestalten, denen wir manchmal begegneten und die er immer mit Handschlag oder sogar Umarmung begrüßte, etwas unappetitlich.

An einem kalten Regentag  kam er auf die Idee, dass es praktisch wäre, ein Auto zu haben, um damit ein bisschen herumzufahren oder auch warm und trocken einfach nur darinzusitzen. Ein Freund hätte ganz in der Nähe einen Autohandel, zu dem wir zu Fuß gehen könnten. Ich muss völlig verrückt gewesen sein, dass ich mit Erol zu diesem Freund gegangen bin. Die beiden schienen sich gut zu kennen und kicherten ständig, ohne dass ich den Grund erkennen konnte. Ich musste in mehreren Autos Platz nehmen, bekam die Vorteile jedes Typs erklärt und Preise zu hören, die völlig illusorisch waren.

Zum guten Schluss präsentierten sie mir einen knallroten Fiat mit Liegesitzen für nur 500,-Euro.  So ein Schnäppchen würde ich nie wieder angeboten bekommen, meinten sie und lachten verschwörerisch.

Ich hätte sofort gehen sollen, aber der Regen hatte sich zu einem Sturmregen entwickelt und ich hatte keinen Schirm dabei. Der Verkäufer meinte, ich bräuchte nicht alles sofort zu zahlen, ich könne den Preis in Monatsraten abstottern.

Erol hatte in der Hütte des Händlers Tee gemacht und brachte mir eine Tasse ins Auto. Der Tee war ekelhaft süß und heute weiss ich, dass der Zucker den Geschmack von einer Droge überdecken sollte.

Ich wurde schläfrig und kann mich nicht daran erinnern, dass ich einen Kaufvertrag unterschrieben habe.

Ich kann mich auch nicht erinnern, was Erol mit mir noch angestellt hat. Ich weiss nur, dass ich abends spät auf einem Liegesitz in einem roten Fiat halb ausgezogen aufwachte und mich an nichts erinnern konnte.”

Gül schlägt die Hände vor`s Gesicht.  “Ich habe Angst, dass ich jetzt Aids habe,” schluchzt sie.

Frau Schulz legt beruhigend ihre Hand auf ihren Arm.  “Hast Du gewusst, dass er HIV positiv ist?  Aber auch in dem Falle müsstest Du Dich nicht inbedingt angesteckt haben; Aids kann nur durch Blut übertragen werden. Hast Du an dem Abend geblutet?”

Gül schüttelt den Kopf. “Ich weiss nicht, was er alles mit mir gemacht hat. Ich weiss nur, dass er immer kaputt aussah und ich mich jetzt auch kaputt fühle. Was soll ich machen?”

Sie sieht Frau Schulz verzweifelt an. “Ich will nicht zu unserem Hausarzt gehen, weil ich mich schäme; ausserdem würde er vielleicht alles meiner Mutter erzählen und die würde wieder ein Riesentheater machen.”

Frau Schulz hält es für müßig, Gül an das Arztgeheimnis zu erinnern. Sie nimmt eine Serviette und schreibt Gül die Adresse von Pro Familia auf. Sie rät ihr, dort anzurufen und sich einen Termin geben zu lassen. Gül steckt die Serviette in ihre Tasche, wischt sich die Tränen ab und verabschiedet sich mit einem dankbaren Lächeln  von Frau Schulz.

Ein halbes Jahr später findet Frau Schulz einen Anruf auf ihrem Anrufbeantworter vor, den sie nicht sofort einordnen kann.

“Mir geht es gut. Was ich Ihnen wegen Aids erzählt habe, war alles Unsinn. Ich wohne jetzt bei Emine und arbeite in ihrem Laden. Ich melde mich später noch mal. Vielen Dank noch für Ihre Hilfe.”

Nach diesem Lebenszeichen hört Frau Schulz nie wieder etwas von Gül.

Reblog: Pani Irenka 3

Karolina Kuszyk

W tych ich tropikach

Długo coś pani nie było… za granicą? A gdzie? A, w Niemczech. W Niemczech to już teraz żadna zagranica, pani. A o, jak raz syn z synową w Berlinie byli, jak to wolne było przez Boże Ciało. Spali tam u takiego jednego Mietka kolegi, co aż za stanu wojennego wyjechał. Dom ten jego kolega pod Berlinem wystawił, podobnież córce, ale córka do Brukseli z mężem wyjechała, to teraz tam sami z żoną siedzą, i miejsca mają a miejsca, i już ich od lat tak zapraszali, to w końcu Mietek mówi, nie ma co, jedziemy. I pojechali.

A najbardziej ze wszystkiego to im się podobało na takim basenie wielkim, hangar tam taki ogromny pobudowany, a w środku same różności. Tropikalna wyspa, pani. Wygląda jak naprawdę gdzieś w tych ich tropikach z tymi palmami. Była pani? Nie? Niech pani jedzie koniecznie, z dziećmi najlepiej, bo tam ślicznie! Zdjęcia syn pokazywał, to wiem. Pawie sobie chodzą, pani, piękne, ogromne, z tymi ogonami, zupełnie jak na wolności, papużki też są, i te inne ptaszki, takie różowe, fikuśne, z takimi szyjkami powyginanymi, ale zapomniałam, jak się nazywają. O, właśnie, flamingi. Synowa mówi, mamusiu, jakie tam cuda, i roślinki, i rybki, i baseny najprzeróżniejsze, i plaże, i ślizgawki takie do wody, na takiej małej to nawet żeśmy się przejechali, i pojeść można, piwo wypić i nawet na zewnątrz wyjść, bo na dworze też tam teraz baseny powystawiali, coś pięknego. Tylko jak tam do tej ich sauny poszli, to im strasznie głupio było, bo zaraz tam jakiś Niemiec do nich wystartował, żeby do gołego rozbierali się, wyobraża sobie pani coś takiego? Syn coś tam nawet próbował dyskutować, że przecież stroje mają na sobie do kąpania, ale ten Niemiec tylko że nein i nein. To wyszli z tej sauny, ale potem zaraz skargę napisali przez internet, no bo kto to widział,  żeby tak ludzi zmuszać, w dodatku Polaków, prawda? Ja nie wiem, czy ci Niemcy to się tak nie wstydzą na goło latać, pani? Synowa tylko głową kręciła i mówi, no mówię mamusi, wszyscy w tych saunach porozbierani do rosołu, nawet takie starszawe, co to już w wieku mamusi, za przeproszeniem, piersi do pasa, co tam jeszcze innego do kolan, i na goło! A im, starsze tym bardziej pokazują! Ale to tylko to jedno, co im się nie podobało. Wszystko inne chwalili, a nie mogli się nachwalić. I pytałam synową szczególnie o te roślinki, co tak tam rosną, sztuczne czy niesztuczne, a ona mówi, mamusiu, prawdziwe najprawdziwsze, sama oglądałam, dotykałam!

Ja to się cieszę, pani, że syn z synową trochę urlopu mieli, odpoczęli sobie, bo teraz syn bez przerwy w niepewności, w nerwach, zwolnią go, nie zwolnią. A Dawidek co i raz biega na te demonstracje, marsze, kody nie kody… syn to się zaraz denerwuje o to, zamiast z nami do Niemiec pojechać, tropiki zobaczyć, to ten zostaje i politykuje. Ja to się tylko tak śmieję po cichu, ale nic nie mówię, bo Mietek, jak był taki dwudziestolatek jak Dawidek, to też tylko polityka i polityka, okrągły stół, wolne wybory, nowej Polski budowanie. Ja tam wszystko pamiętam, pani.

Reblog: Pani Irenka 2

Karolina Kuszyk

Targowica

Ooo, w kościele to ja już, pani, dawno nie byłam, bo ciągle mam z tym biodrem. Ale Dawidek mi opowiadał, że ludzie u nas na mszy wychodzili. Na mszy po prostu wychodzili z kościoła. Nie żeby normalnie, na papierosa czy żeby na tych tam komórkach coś napisać. Wychodzili i nie wracali. Tego to jeszcze nie było. Pani do kościoła nie chodzi? Ale tak po prostu niepraktykująca czy jakiegoś innego wyznania pani jest? A, niewierząca. No, ja przecież nic nie mówię, każdy musi po swojemu i ze swoim sumieniem. Ale też czasy teraz takie, że wierzyć trudno. W telewizji pani widziała?

Ja nastawione na jedynkę mam, chociaż syn mówi, niech mamusia już tej jedynki nie ogląda, bo to teraz inna telewizja jest zupełnie. No ale jak tu nie oglądać, jak ja przyzwyczajona jestem całe życie, prawie dzień w dzień. Kazik mój mnie tak przyuczył, zawsze mówił, Irenka, trzeba patrzeć, żeby człowiek wiedział, co się dzieje na świecie, nie tak tylko, jak to mówią, czubek własnego nosa i koniec. Patrz ze mną, aby do tej pogody, sportu już nie musisz przecież. No i ja tak przy nim zawsze dziennik i dziennik. Chociaż czasem to mi nawet ździebko się przykrzyło przy tym dzienniku, do kuchni sobie chciałam wyjść, robotę miałam czy coś, a on tylko siedź i siedź. I jak umarł, to ja już potem nie umiałam bez tego patrzenia. Bo jak sobie na dziennik siadam, to mi się tak nawet jakby ździebko zdaje, że Kazik zaraz też przyjdzie i usiądzie. Czasem to nawet co powiem do tego jego fotela starego.

Ale z tym z kościoła wychodzeniem to znowu o tą całą aborcję się rozchodzi, pani. Podobnież teraz takie ma nastać prawo, że już wcale a wcale ta kobieta nie będzie mogła usunąć, nawet jak dziewczynka taka, nastolatka, pani przecież sama wie, jak jest na świecie, różne rzeczy się zdarzają. Z tych dyskotek wracają. Gwałty nie gwałty, albo tak jest, że dziecko zagrożone albo matka. No a ta sprawa co była, jakiś rok temu czy dwa, co w Faktach o niej pisali i w ogóle wszędzie. Pani! Ja tam nie mówię, życie poczęte musi mieć uszanowanie, ale jak od początku wiadomo, że ono nie przeżyje, to życie, to na co kobiecie było rodzić? Lekarze sumienia nie mają, pani. Ale podpisują. Jak to jest – sumienia nie ma i podpisuje, że coś tam, sumienia. Jak pani mówi? Klauzulę? Niech będzie i klauzulę. Ale sumienia to w tym nie ma żadnego.

wiadomosci

I znakiem tego protestu teraz to z kościoła wychodzenie, i nawet nie że same kobiety, mężczyźni też, nie powiem, i to mi się nawet bardzo podobało, że oni tak też za tymi kobietami. No bo jaki to porządek, pani, żeby księża takie rzeczy nakazywali i jakieś baby takie stare z tej ich partii, jak ja, co już dawno po tym, jak to mówią, klimaterium, co już im się tam mało co przytrafi. Śmieje się pani, a mnie wcale nie jest do śmiechu. No, i jak ta jedna kobieta krzyczała i wyszła z kościoła w końcu, a raczej tak ją bardziej wyprosili, to taka inna wychodzi z ławki i krzyczy za nią targowica, targowica. To się w końcu syna pytam, Mietek, co to ta targowica, czy to jakieś brzydkie słowo obraźliwe jest. Bo to nie pierwszy raz słyszałam, w telewizji ostatnio ciągle targowica to, targowica tamto. A Mietek mówi, że teraz tak oni mówią na tych wszystkich, co przeciwko rządowi są. I że ta targowica to taka umowa była zdradziecka, ale aż dawno, dawno, jeszcze jak ta szlachta była, panowie i wszystko, i jak oni tym zaborcom, Ruskim przede wszystkim, i Niemcom, Polskę oddali na podzielenie, zdradzili można powiedzieć, i to się właśnie nazywało targowica. I potem od tego w Polsce zabory nastały. To ja się pytam, czy to w tym sensie, że się targowali o Polskę z tymi zaborcami, bo czego targowica. Targowica to najprędzej od targu pochodzi. I czy tu też jakieś targowanie odbywa się. Ale syn mówi, że mamusiu, to tak się to miasto nazywało, gdzie oni te rozbiory jakby podpisywali. A potem jeszcze powiedział, i od tego czasu to ja coś za bardzo spać nie mogę, mamusiu, tych zdrajców to oni potem karali przez powieszenie. Żeby z tej targowicy, pani, czasem znowu jakiego wieszania nie było. Tylko co targowica ma do aborcji, tego to już nie bardzo zrozumiałam, a pani wie może?

***
I jeszcze raz to samo? To proszę TU, na blogu o Pani Irence…

Gül, der Name der Rose

Anne Schmidt

Bekenntnis 5

Gül versinkt in Traurigkeit und Nachdenken. “Meine Mutter wollte unbedingt, dass ich von der Schule abgehe und heirate.”
Frau Schulz glaubt, nicht richtig gehört zu haben. Unvorstellbar, dass die  pummelige Frau, die in Pluderhosen und Kopftuch ihre Wohnung saugte, als Frau Schulz wegen einer Einverständniserklärung an der Tür klingelte, dass diese kleine anatolische Bäuerin ihrer großen, intelligenten Tochter die Zukunft verbauen wollte.
Frau Schulz ist entgeistert.
“Jetzt bin ich Putzfrau,” sagt Gül.
Frau Schulz hat Mühe ihre Empörung zu zügeln.
“Aber warum wollte sie, dass du heiratest?”
Gül flüstert:” Ich sollte einen Cousin aus dem Dorf meiner Mutter heiraten, dem dafür sogar Geld geboten wurde, dass er mich nimmt.” Gül fängt an zu schluchzen.
Frau Schulz hat von solchen Kuppeleien schon öfter gehört; ihre alevitischen Schülerinnen lehnten die Arrangements durch Eltern heftig ab, während die schiitischen behaupteten, Liebesheiraten seien totaler Schwachsinn, weil die sogenannte Liebe irgendwann vorbei sei und nicht mal mehr Respekt zwischen den ehemals Liebenden bestünde.
Die Eltern jedoch hätten den richtigen Weitblick und Durchblick; sie könnten in den Familien ihrer Bekannten und Verwandten besser nach dem richtigen Mann für ihre Tochter Ausschau halten. Meistens würden der Tochter ganz unauffällig und unverbindlich mehrere junge Männer vorgeführt, unter denen sie die Wahl hätte.
Aber so war es bei Gül nicht gewesen. Sie war unerwartet überrumpelt worden mit dem Befehl, unverzüglich in die Türkei zu fahren. Gül seufzt selbstvergessen. Sie habe gehofft, in der Türkei ihre Lieblingstante auf ihre Seite ziehen zu können. Ihre Schwestern und ihr Bruder zu Hause hätten sich nicht für sie eingesetzt und ihr Vater schon gar nicht.
Frau Schulz beschleicht ein böser Verdacht, als sie an die liebevolle Zuneigung dieses Klischeebildes eines stolzen Türken denkt, wie er sich bei den Elternversammlungen seiner Tochter zugeneigt hat. Sie traut sich nicht, Gül direkt nach dem Verhältnis zu ihrem Vater zu fragen, bzw. nach seinem Verhältnis zu ihr.

Gül hebt den Kopf, schaut in die Ferne und erzählt: “In der Türkei wollten mich alle, auch meine Lieblingstante davon überzeugen, dass es das Beste für mich sei, zu heiraten. Der Cousin, den ich zuletzt als Siebenjährige gesehen hatte, ist ein kleiner, unsicherer Mensch, der etwas Lauerndes in den Augen hat. Ich fand ihn sofort unsympathisch und primitiv. Ich fragte mich, warum er ausgerechnet mich heiraten wollte, obwohl er mich gar nicht kannte. Von dem Brautpreis, den er erhalten sollte, wusste ich damals noch nichts. Jeden Tag musste ich mir die Lobeshymnen anhören, die meine Großmutter auf ihn sang. Ich hatte aber erfahren, dass er nicht einmal die Dorfschule beendet hatte und den Tag damit zubrachte, den anderen beim Arbeiten zuzuschauen und im Teehaus zu sitzen. Seine Eltern hatten immer darauf gehofft, dass er eines Tages eine reiche Verwandte aus dem fernen Norden zur Frau bekommen würde, eine, die sonst keiner haben wollte, wie ich heute weiß.”
Gül fängt wieder an zu schluchzen.
Frau Schulz umfasst tröstend ihre Hände und schaut sie mitleidend an. Sie wartet, bis Gül sich gefasst hat.
“Nach einer Woche kam der Imam und vollzog das Ritual der Trauung. Er achtete nicht auf meine Tränen, die ich nicht zurückhalten konnte. Er hatte schon oft weinende Bräute gesehen; ihm war nur das Geld wichtig, das er für die Zeremonie bekam. Alle Verwandten waren von meiner Großmutter eingeladen worden und es gab ein langes Fest mit viel Raki. Meine deutsche Familie war nicht anwesend, denn sie hatte kein Geld für den Flug übrig, nachdem sie den Brautpreis und den Hochzeitsschmaus bezahlt hatte, wie ich später erfuhr.
Gül hört auf zu sprechen und Frau Schulz wagt nicht nach der Hochzeitsnacht und den weiteren Nächten im Dorf
zu fragen. Plötzlich rafft sich Gül auf: “Er wollte mich in der Hochzeitsnacht vergewaltigen und hat mich als Nutte und Hure beschimpft; ich solle mich nicht so anstellen, hat er geschrien, ich wäre doch früher nicht so zimperlich gewesen.” Jetzt bricht Gül in Tränen aus und senkt ihr Gesicht tief über den Tisch, damit die anderen Gäste im Lokal nicht aufmerksam werden. Frau Schulz lässt ihr Zeit, die Fassung wieder zu gewinnen, reicht ihr ein Taschentuch und fragt vorsichtig nach einer Pause: “War es dein Bruder?”

Gül heißt Rose (3)

Anne Schmidt

Fragen

Frau Schulz saß geschockt und völlig ratlos auf ihrem Stuhl. Wie sollte sie nach diesen Enthüllungen mit ihren Schülerinnen umgehen? Sollte sie sie alle umarmen und mit ihnen weinen?

Sie schaute auf Gül, die mit aufgerissenen Augen an ihren Haaren drehte und keinen Ton von sich gab.

War sie die Einzige, die bisher unbeschädigt geblieben war? Der Vater hatte bei Elternversammlungen bisher immer einen sehr bemühten Eindruck gemacht und sein “kleines” Mädchen zärtlich auf dem Schoß gehalten, was einen etwas absonderlichen Eindruck machte. Aber so war Gül nah an seinem Ohr und konnte ihm die Übersetzung der Lehrerinformationen zuflüstern.

Dennoch war bei Frau Schulz und ihrem Kollegen immer ein Gefühl der Befremdung zurückgelieben, wie sie sich später eingestanden.    Jetzt war Gül die Einzige, die sich nichts Belastendes von der Seele reden wollte.

Frau Schulz fragte die bedrückten Mädchen, ob sie bereit seien, mit ihr zu “Wildwasser” zu gehen, um mit professionellen Beraterinnen über das Erlebte zu reden. Jenny fand diesen Vorschlag gut und versuchte die Anderen zum  Mitgehen zu überreden. Marie klinkte sich aus mit der Begründung, dass sie keine Erinnerung an die alte Geschichte habe und mit ihrer Mutter genügend darüber geredet hätte.

Jenny akzeptierte Maries Entscheidung und wandte sich fragend an Nuren und Betty. Nuren zupfte nervös an ihrem Taschentuch und meinte, das Ganze sei eigentlich das Problem ihrer Eltern und sie wolle auf keinen Fall, dass die von ihrem “Verrat” etwas erführen.  Sie schaute unsicher zu Betty hoch, die aufgestanden war.

Betty  fing an zu stottern, wie sie es früher oft getan hatte, wenn sie unsicher war. Sie sah Jenny mit einem flehenden Gesichtsausdruck an, denn Jenny war cool und ihre Meinung war für sie maßgeblich.  Sie hatte Betty immer verteidigt, wenn einer der Jungs sie wegen ihrer plumpen Figur oder ihres Stotterns hänselte.

Jetzt nickte Jenny ihr zu und sagte: “Wir gehen nur zusammen zu der Psycho-Tante rein, keine Angst.”

Betty lächelte dankbar und versprach mitzukommen, wenn auch Nuren sich bereit erklärte; Nuren nickte.

Für alle war klar, dass Gül nicht zur Beratung mitkommen würde, denn sie hatte keine Probleme offenbart; sie war in den Augen ihrer Freundinnen das verträumte kleine Mädchen, das noch am Daumen lutschte und verschämt lächelte, wenn man es darauf ansprach.

Als Marie rief, dass die Schulstunde schon längst um sei, war klar, dass Frau Schulz bei “Wildwasser” einen Termin besorgen würde.

Glückliche Tage

Kurz vor der Klassenreise tauchte Güls Vater – nach langer Abwesenheit –  auf der Elternversammlung auf, die für die Teilnahme an der Reise wichtig war. Er hörte still den Informationen der Lehrer  und Fragen der Eltern zu und wartete zum Schluss als Letzter auf Frau Schulz. Als er sicher war, dass kein anderes Elternteil in Hörweite war, flüsterte er: “Probleme mit Gül. Gül macht manchmal Bett nachts nass. Darf sie trotzdem mitfahren?”

Auf der Klassenreise passierte nichts dergleichen. Gül war fröhlich, ging mit den anderen im Badeanzug schwimmen, machte sich abends schick für die Jungs der eigenen und der Nachbarklasse und hörte mit den anderen aus der Clique Jennys Lieblingsmusik, wenn die Nachtruhe beginnen sollte.

Alles war gut!!

Wiedersehen

Frau Schulz ist unterwegs auf der Bergmannstrasse und hat den Wochenendeinkauf gerade auf ihrem Fahrrad verstaut, als sie von einer hübschen jungen Frau angesprochen wird. Sie durchforstet ihr Gedächtnis, sieht noch einmal genau hin und freut sich: Gül steht vor ihr. Sie hatte über sie erfahren, dass sie auf ein OSZ gegangen war, das nicht weit von Kreuzberg seine SchülerInnen auf Berufe im Verkehrswesen vorbereitet.

Nun steht Gül unsicher lächelnd vor ihr und schaut auf sie herab; sie ist einige Zentimeter größer als Frau Schulz, trägt  ihre langen schwarzen Haare immer noch Schulter lang, ist kaum geschminkt und trotzdem sehr hübsch.

Frau Schulz umarmt sie impulsiv, was Gül zögernd zulässt. Sie wirkt erfreut, aber angespannt.

Frau Schulz schlägt vor, zusammen einen Kaffee in der Menagerie zu trinken, in die sie nur zu besonderen Anlässen geht. Gül zögert, was Frau Schulz auf einen schmalen Geldbeutel zurückführt. Sie wundert sich zwar, da Gül inzwischen mit ihrer Ausbildung fertig sein müsste, lädt sie aber selbstverständlich ein.

Kaum sitzen sie an einem Tisch in der hintersten Ecke, wohin gül zielstrebig gesteuert ist, als Frau Schulz nach ihrer beruflichen Karriere fragt. Gül senkt den Kopf und flüstert: ” Ich durfte meine Ausbildung nicht zu Ende machen.”  Frau Schulz wird klar, dass dieses Gespräch länger dauern wird, wenn sie die richtigen Fragen stellt und genügend Empathie zeigt.

“Wer hat Dich gehindert?”

Reblog: Pani Irenka 1

Dawno TU była,  ponad dwa lata temu, ale teraz znowu wraca… Może nawet na dłużej. Pani Irenka…

Karolina Kuszyk

Ziemia

Niech pani wejdzie, na chwileczkę chociaż, bo ja jeszcze ze świąt sernika mam, to by pani sobie spróbowała. Butów nawet nie trzeba zdejmować, bo ja jeszcze przed sprzątaniem. No, po co pani zezuła, kiedy mówię, że nie trzeba. Zaraz jakie papucie pani dam. Oj, co tu było przez te święta, pani. Dawidek z tej Norwegii przyjechał i jak nie mój wnuczek, cały zarośnięty, ta broda taka kręcona, czarna, aż mówię, Dawidek, żeby ciebie czasem za jakiego terrorystę nie wzięli, co teraz z tymi brodami latają. Albo jakiego uciekiniera z tego Iraku czy skąd. A Dawidek mówi, że babciu, nie zna się babcia, taka moda teraz. Jak moda to moda, pani. Jak Mietek na studia poszedł, to też brodę miał zapuszczoną, że coś okropnego, aż nie wytrzymałam kiedyś i mówię, synu, ogól się wreszcie, bo jak do diabła podobny wyglądasz. Ale nie ogolił. Od dziecka uparty był. Ale to jeszcze wtedy tam u nas na wiosce było, to baby gadały, że o, na studia syna wykierowała, a jemu w głowie się poprzewracało i takie tam. A teraz syn na stanowisku i dobrze sobie żyją, pani. No, ale dzisiaj to już żadnej różnicy nie ma, miasto, wieś, każdy chodzi jak chce, i to może nawet dobrze, pani. Ale Mietek to teraz zmartwienie ma, bo ta ziemia, co jeszcze lat temu trochę kupił, żeby mieli, jakby się chcieli pobudować, czy dla Dawidka, albo nawet na sprzedanie, to teraz niby tak uchwalili w sejmie, że już tak łatwo nie sprzeda. Bo podobnież, że chodzi o to, żeby obce nie wykupywali polskiej ziemi. Znaczy tak jakby tylko tym rolnikom wolno sprzedawać, ale pod budowę komu to już raczej nie, albo Kościołowi. To ja się pytam, pani, co z księdza za rolnik. I nic już z tego nijak wyrozumieć nie mogę. A tym rolnikom też teraz więcej ziemi nie można mieć jak… o, widzi pani, zapomniałam, bo tak jakoś trudno mówili w tych Wiadomościach, ale zapisane mam, to może znajdę. Oj pani, to już raz tak podobnie było, za komuny. Pani młoda, to nie pamięta, ale ja jeszcze wiem, jak był taki chłop że bogatszy, to mu wszystko zaraz chaps i że na pegeer. A te pegeery, pani, to bida z nędzą przecież. Wiem, bo u nas na wiosce jeden był, to tylko kradli, pani, pili i na zmarnowanie wszystko szło. Albo do Ruskich. Patrz pani, a teraz Ruskie, że naszych jabłek kupować nie będą. Jabłka polskie im niedobre. To jabłka teraz takie u nas tanie, że na soczki dużo przerabiają, mam nawet, naleję pani, bo mi synowa przyniosła taki pięciolitrowy, z kranikiem, widzi pani, jak elegancko zrobione? Gdzie ja te pięć litrów sama wypiję? Tu mam po tej orenżadzie butelkę, to pani wleję do domu. A nie zimno pani? Ja teraz to tego ogrzewania nawet nie odkręcam, bo na dworze ciepło, wiosna, to po co grzać? Ale takiemu chudziutkiemu jak pani to zawsze zimno, mnie pani nic nie musi mówić, bo jak młoda byłam taka jak pani, to tego samego. Nie odkręcać? Pani, a może my byśmy sobie na balkoniku usiadły, to nawet cieplej teraz jak w domu. Zobaczy pani, jakie prymulki mam ładne. Z ryneczku. W Biedronce też mieli, ale synowa powiedziała, że to pewnie jakie z Chin, niech mamusia lepiej nie kupuje. Nie wiem, czego z Chin mają być gorsze, pani, ale niech jej będzie.

A tu blog o pani Irence i serniczek:-)

domowy-sernik

Gül heisst Rose

Anne Schmidt

Bekenntnis 3

Frau Schulz will Gül nicht bedrängen und wendet sich Nuren zu, die während des – automatisch gewordenen – Kämmens mit gesenktem Kopf Sätze vor sich hinmurmelt, wie: “Ich kann keine Nacht durchschlafen, weil mein Vater meine Mutter durch die Wohnung jagt.” Betty schaut verständnislos zu Nuren hoch. Es fällt Nuren schwer, weiterzusprechen. Die anderen Mädchen rücken geräuschlos näher. “Er will jede Nacht mit ihr schlafen, aber sie hat keinen Bock. Deshalb rennt sie vor ihm weg und er rennt hinterher.”

Frau Schulz steht vor dem Abwaschbecken, traut sich jedoch nicht, jetzt Lärm zu machen. Sie muss an ihren Urlaub in der Türkei denken, als nachts im Zimmer über ihr Stunden lang Möbel gerückt wurden und ein kindliches Wimmern zu hören war. Am nächsten Morgen  erfuhr sie, dass kein Kind Ursache der nächtlichen Ruhestörung gewesen war, sondern sich ein eheliches Drama abgespielt hatte. An der Rezeption sah sie eine junge, verschleierte Frau, die von einem ernsthaften jungen Mann ihren Pass gereicht bekam. Sie schienen auf Hochzeitsreise zu sein.

Nuren erzählt weiter: “Meine Mutter droht immer damit, sich umzubringen, wenn er sie nicht in Ruhe lässt. Einmal hat sie es auch versucht und ganz viele Schlaftabletten genommen. Mein Vater hat den Notarzt gerufen, als sie morgens nicht aufstehen wollte. Seitdem bewahrt mein Vater alle Medikamente an einem geheimen Ort auf.  Aber er hört nicht auf, meine Mutter zu bedrängen. Wenn er sie endlich ins Bett gezerrt hat, höre ich die Bettfdern quietschen, auch wenn ich mir die Decke über den Kopf ziehe.”

Frau Schulz kann es nicht fassen, dass die Fünfzehnjährige immer noch mit den Eltern in einem Zimmer schläft.

Nuren bricht in Tränen aus. Betty steht auf und nimmt sie in den Arm. Sie streichelt Nuren über das Haar und zieht sie auf ihren Schoß. Ihre blauen, inzwischen malerisch betonten Augen füllen sich wieder  mit Tränen. Jenny kann ihre Empörung nicht zurückhalten: “So ein Schwein. Das hätte ich nie von ihm gedacht, dass er so ein Schwein ist. Ich dachte immer, er sei total nett. Von unserem Küchenfenster aus kann ich quer rüber in Nurens Hof schauen und Nuren kann in unseren Hof schauen. Wenn ich im Hof bin und an meinem Fahrrad etwas reparieren muss, ruft er meistens rüber, ob er mir helfen kann. Letztens hat er mir die Kette wieder auf den Zahnkranz gelegt. Ich war froh, dass er mir geholfen hat, aber jetzt will ich keine Hilfe mehr von ihm.”  Jenny lässt geräuschvoll das Besteck ins Spülbecken knallen. Frau Schulz überlegt, ob sie Nurens Vater schon mal bei einer Elternversammlung gesehen hat. Sie erinnert sich schwach an einen kleinen rundlichen Mann mit Brille, der sich am ersten Elternsprechtag in der siebten Klasse nach den Noten seiner Tochter erkundigte und ihre Erfolge in der Grundschule pries. Nie wäre Frau Schulz auf die Idee gekommen, dass dieser kleine besorgte Mann ein Vergewaltiger ist und seiner Frau und Tochter jede Nacht die Hölle bereitete.

Jetzt kann sich Frau Schulz Nurens Müdigkeit und häufige Konzentrationsschwäche im Unterricht erklären.  Was kann sie als Lehrerin tun, wie kann sie Nuren helfen? Kann sie sich in fremde Eheprobleme einmischen? Sie steht vorm Spülbecken und überlegt krampfhaft.

Bekenntnis 4

Während Frau Schulz grübelt, hört sie hinter sich eine Stimme sagen: “Ein Glück, dass sich meine Mutter von meinem Vater getrennt hat, als ich noch ein Baby war.” Betty und Nuren heben ihre Köpfe, Gül steckt ihren Daumen wieder in den Mund. Marie merkt, dass alle, auch Jenny sie anschauen und fährt fort: “Meine Mutter hat mir erzählt, dass er mich missbraucht hat, als ich noch ein Baby war. Sie hat es sehr früh entdeckt und hat ihn sofort rausgeschmissen. Sie hat mich vom Arzt untersuchen lassen und der hat ihren Verdacht bestätigt. Ich weiss nicht genau, was sie noch getan hat, um sich möglichst schnell scheiden lassen zu können; das war alles noch in der DDR . Ich bin in Tangermünde geboren und mit meiner Mutter  in meinem ersten Lebensjahr nach Magdeburg gezogen.”

Marie sagt das alles so lakonisch, als berühre sie dieser frühkindliche Missbrauch wenig. Frau Schulz weiss, dass Maries Situation in ihrer gegenwärtigen Familie nicht einfach ist; nachdem sie Jahre lang mit der Mutter allein gelebt hat, muss sie sie jetzt mit einem neuen Vater und zwei kleinen Halbbrüdern teilen.

Aber Marie erzählt immer euphorisch von den Wochenenden im Garten am Rande des Flughafens Tempelhof.

Sie machen nie Urlaub in einer anderen Umgebung , weil dafür das Geld fehlt; zwar arbeitet die Mutter als Altenpflegerin, aber für einen Urlaub ausserhalb des Schrebergartens reicht der Verdienst der Eltern nicht aus.

Frau Schulz kennt Maries Mutter von den Elternabenden als resolute und optimistische Frau, die auf ihre Tochter stolz ist und trotz aller beruflichen Belastung die schulischen Aufgaben und Leistungen nie aus dem Blick verliert.

Wahrscheinlich hat Marie es ihr zu verdanken, dass sie keine traumatischen Gefühle zurück behalten hat.

Oder ist ihr Selbstbewusstsein nur Show?

Gül, Rose ohne Dornen

Anne Schmidt

Bekenntnis 1

Gül schaute nach Innen, so schien es. Sie lutschte am Daumen und wickelte eine Strähne ihres schwarzen Haares um den rechten Zeigefinger.  Sie war 15 Jahre alt, verhielt sich aber wie eine müde Fünfjährige.

Frau Schulz bemerkte dieses Verhalten nur am Rande ihres Blickfeldes, denn ihre Aufmerksamkeitwurde  von vier Mädchen beansprucht, die mit ihr in der Schulküche Spagetti gekocht hatten und gerade dabei waren, diese zu verzehren.

Anfangs hatten sie herum gealbert und Küchenutensilien kreisen lassen, aber Frau Schulzens Frage hatte  sie während der Mahlzeit verstummen lassen.

“Kennt Ihr Mädchen, die sexuell missbraucht worden sind und Hilfe brauchen?”, hatte Frau Schulz ohne jegliche Einleitung gefragt. Die vier schauten auf ihre Teller, nur Gül schien weiter vor sich hin zu träumen.

Jenny brach als Erste das Schweigen. “Ich kenne niemanden, aber mir wäre so etwas beinahe selber passiert.”

Zögernd erzählt sie, dass ein Kollege ihres Vaters sie vom Garten im Auto mitnehmen und zu Hause absetzen sollte.   Unterwegs habe er ihr komische Fragen gestellt und seine Hand auf ihren Oberschenkel gelegt.

Sie habe ihm seine intimen Fragen teilweise beantwortet und versucht, seine Hand wegzuschieben. Aber er habe gelacht und sie kindisch und naiv genannt. Als sie merkte, dass er in eine ruhige Parallelstr. zu ihrere eigenen fahren wollte, habe sie damit gedroht, aus dem Fenster zu schreien oder aus dem Auto zu springen.

Er habe weiterhin gelacht, sie eine Zicke genannt, sie aber am Friedhof aussteigen lassen.

Jenny fängt in Erinnerung an ihre Hilflosigkeit an zu weinen.
Das Schlimmste sei für sie aber gewesen, dass ihr Vater, als sie ihm das Erlebte schilderte, ärgerlich geworden sei.  Er habe gebrüllt, sie solle sich  nicht so anstellen, es sei doch gar nichts passiert.

Jenny schnieft noch ein bisschen und sagt trotzig: “Männer halten immer zusammen; sie sind halt Schweine.”

Bekenntnis 2

Betty umarmt Jenny und meint, sie könne gut verstehen, dass das Unverständnis des Vaters für Jenny sehr schmerzhaft gewesen sei.   Sie selber sei von ihrer Mutter angeschrien worden, als sie sich die Pulsadern aufgeschnitten habe. Alle starren Betty ungläubig an und Jenny hört auf zu schluchzen.

“Du wolltest dich umbringen? Warum?”

Alle stellen gleichzeitig diese stumme Frage, nur Jenny spricht sie laut aus. Betty zögert verschämt mit ihrer Antwort; sie schaut ziellos zu Tür, als sie flüstert: “Ich war für meine Eltern völlig unwichtig. Für sie gab es nur meinen Bruder; bei ihm war ein Tumor im Kopf festgestellt worden und er musste operiert werden. Als er wieder zu Hause war nach der Operation, wurde er von vorne bis hinten verhätschelt, besonders wenn er angeblich Kopfschmerzen hatte.  Ab und zu bekam er einen Tobsuchtsanfall und alle hatten Angst, er könne jemanden angreifen oder die Wohnung zertrümmern. Einmal hat er meine Mutter mit der Gabel bedroht, weil sie ihm kein Bier geben wollte. Keine Ahnung, ob er vorher schon mal Bier getrunken hatte, aber Alkohol ist für ihn absolut tabu, immer noch. Seit diesem Ausraster bekam er so ziemlich alles, was er wollte. Mich kommandierte er immer herum, als sei ich seine Sklavin.

Meine Eltern haben mich nie in Schutz genommen vor ihm. Sie haben mich entweder gar nicht beachtet oder auf mir herum gehackt. Mein Vater war tagsüber arbeiten und kam immer so müde nach Hause, dass er früh schlafen ging. Aber meine Mutter war tagsüber zu Hause, weil sie wegen Jens ihren Job an der Kasse vom Supermarkt aufgeben musste.  Sie ging am späten Abend hin zum Regale einräumen. Wenn ich von der Schule kam, passte sie mich immer schon an der Tür ab. Meistens war ich müde und hätte mich gern auf mein Bett geschmissen, aber sie hatte immer irgendwelche Arbeiten für mich. Putzen und Bügeln schaffte sie nicht, wenn sie kochen musste. Aber meistens hatte sie auch das nicht gemacht.  Ich kam mir vor wie der letzte Dreck.”

Betty fängt in Erinnerung an ihre häusliche Hölle an zu weinen. Jenny und Marie streichen ihr beruhigend über die Haare.

“Als mich mein Vater mit blutenden Armen nachts ins Krankenhaus bringen musste, schnauzte meine Mutter mich an. Du machst Papa nur Arbeit, du solltest dich schämen.”

Die Mädchen können ihrer Empörung nur Ausdruck verleihen, indem sie Bettys Mutter mit wüsten Schimpfworten belegen. Betty scheint das ein wenig zu beruhigen, denn sie hört auf zu weinen und schaut ihr Freundinnen dankbar an.  Nuren holt einen Kamm aus ihrer Tasche und beginnt Bettys strähniges Haar zu kämmen.

Jenny bringt Eyeliner und Wimperntusche und konturiert Bettys grüne Augen, die noch nie jemandem aufgefallen sind.

Gül schaut unsicher lächelnd der Verschönerung ihrer unscheinbaren Freundin zu und nimmt sogar den Daumen aus dem Mund. Marie fragt sie, ob ihr noch nie etwas Gemeines passiert sei.   Güls Gesicht, das vorher noch Erstaunen gezeigt hatt, verschließt sich und sie schüttelt ablehnend den Kopf. Sie dreht sich um und räumt die Teller vom Tisch.

Gül heisst in Wirklichkeit anders und war eine Schülerin von mir; alles, was ich geschrieben habe, ist authentisch und mir so von den Mädchen erzählt worden.
Fortsetzung nächsten Donnerstag

Petardy na Sylwestra

Julita Bielak

Średni odświętny film

Osoby:

ELEANOR C.
ZAJAC
SZEF
CZARNA LUNA
DZIADEK
CIOTECZKA
BABCIA
MŁODY
STARSZY
MIESZANINY OBYCZAJOWE

HCartierBresson

„Sceneria przedstawia domostwo – na pół pałac, na pół dwór – wzniesione prawdopodobnie w XVIII wieku dla byłej kochanki jakiegoś arystokraty. Nie wiem zresztą dokładnie. W każdym razie dom jest ani zbyt mały, ani zbyt duży. Jest tam także stary, nieco zaniedbany park /…/”.
Mógłby być taki, jak w „Szeptach i krzykach” Ingmara Bergmana. Ale to zupełnie inny dom, zwyczajny, w mokrym od deszczu ogrodzie. Pokój na parterze wypełnia gwar, ktoś wchodzi, wychodzi, łagodny blask kominka oświetla oszczędnie przystrojoną choinkę. Z kanapy dobiega donośny głos Babci.

JChełmońskZimaBABCIA: Kot i pies, najlepsi zwierzęcy przyjaciele człowieka. Nikt cię tak wylewnie nie przywita, jak pies, ma swój rozum. Kot zbyt ceni niewygasłą w nim iskrę swobody, niezależności. Nie będzie się hołdowniczo czołgał u stóp.
ZAJĄC: Mają wrażliwość podobną do naszej, tę pochodzącą od całej powierzchni skóry. Owcy nie udomowisz, skoro wrażenia odbiera tylko przez wargi i stopy. W rezultacie otrzymuje bardzo mało dokładnych informacji z większej części powierzchni ciała. Kot lubi, aby go głaskać, ale do połaskotania świni potrzebny jest twardy, drapiący patyk. Dlatego zapewne psy i koty mogą się z nami bawić, a my z nimi bez, teoretycznie, wyrządzania sobie krzywdy.

Sylwester4Milknie na widok nagle pojawiającego się Szefa.

SZEF: (stanowczo) Kto ziemniaki, kto kaszę, kto ryż do kaczki? Macie minutę.
ELEANOR: Ja nie jem.
CIOTECZKA: Jaka kasza?
CZARNA LUNA: Bawmy się!
SZEF: (wychodzi) Czas minął.
ZAJĄC: Przechowujesz takie rzeczy? Stare zaproszenie na Noc Sylwestrową?

Sylwester1
CIOTECZKA: Przypadek. Miłe wspomnienie albo niespełnione marzenie o kuligu, powitaniu nowego roku hen, gdzieś daleko, w ciszy, w głuszy. Bo nie o polowaniu przecie. Nie o Sylwestrze w Paryżu, kiedyś, jak wieża Eiffla, szczycie marzeń. Od tragicznych wydarzeń miastem inaczej kojarzonym, żal.
MIESZANINY OBYCZAJOWE: Na Podolu lasów mało, toteż przeważały polowania na polach w kotłach. Zwykle na łagodnym zboczu. Spod małego grabowego lasku – ku niskim łąkowm na dole. Myśliwych ustawiano plecami do zagajnika, a frontem ku pochyłości. Od dołu, od potoku w łąkach, posuwała się powoli ku górze szerokim koliskiem nagonka. Na znak leśniczego zaczynała stukać patykami w blaszane puszki po konserwach i klaskać w ręce, gdy brakło puszek. Nachyleni do przodu, zaganiali przed sobą zwierzynę. Przeważnie zające. Rzadziej trafił się lis, prawie nigdy – dzik czy sarna.

Sylwester3
DZIADEK: (z kanapy) Piękna karta historii naszego kraju, z pogranicznego tygla narodowościowego. Tradycja, echo. A wiecie, że tylko z przyzwyczajenia mówimy o orle w godle? Ustawa precyzuje, co jest godłem Polski, a co nie. Mówi o wizerunku orła białego ze złotą koroną na głowie. Białych orłów nie ma, niebieskich również. Pierwowzorem naszego orła jest bielik i żaden z niego orzeł a myszołów.
SZEF: (sprawdza) Niemożliwe. A jadnak. Jastrzębiowaty, też dobrze.
BABCIA: Pytanie, czy bielik ma głowę. Łebek ma przecie.
CZARNA LUNA: Kto się ze mną bawi?
ZAJĄC: Karmicie ptaki? Jest dość ciepło, lekka zima.
BABCIA: Tak, orzechami i pszenicą. Przylatują, to nasze ptaki.

Wchodzi Młody, wszyscy siadają do stołu. Czarna Luna zostaje na dywanie pod choinką, sięga po książkę, udaje, że czyta.

MŁODY: Gdzieś była żurawina.
DZIADEK: (zadowolony) Wiesz, że naliczyłem siedemnaście rodzajów sikorek, każda inna.
BABCIA: Jakie siedemnaście? Jedenaście!
SZEF: (nie sprawdził).
CIOTECZKA: (cicho) W Polsce tylko siedem może być: bogatka, modraszka, czubatka, czarnogłówka, sza…
BABCIA: A wiecie, że pierwszego stycznia żaden ptak nie przylatuje, ani jeden. Gdzieś się chowają wystraszone hukiem sztucznych ogni.
ZAJĄC: O, psy też nie znoszą huku. Reagują lękiem albo histerycznym szczekiem.
CIOTECZKA: (cicho) Jesteś na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
STARSZY: Bólem, po prostu bólem. Subtelność słuchu psa sprawia, że dźwięki o dużym natężeniu wywołują u niego ból w uszach. Psy rozróżniają dźwięki, zapamiętują powtarzalne, świetnie kojarzą. Dźwięki o różnej tonacji i ostrości są bodźcami przynoszącymi psu różne wiadomości z otaczającego go świata. Reaguje na nie w sposób dla siebie najkorzystniejszy. O ile potrafi nad tym zapanować. Zszokowany hałasem wybuchu sztucznych ogni, który burzą nie jest, nabiera stałego urazu. Lepiej znosi burzę, zna ją z wypraw za miasto, niż huk petardy. Z niczym jej nie utożsamia, nie potrafi ustalić kierunku wystrzałów, gubi się.
SZEF: Czczenie świąt, a zwłaszcza przełomu starego i nowego roku, hałasem znane jest od wieków. Ludzie uważają, że hukiem przepłoszą złe demony starego roku. Genezy bardzo wielu z obecnych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych należy szukać w świecie starożytnego Rzymu. Warto też przewertować historię Chin. Wszystko jest smokiem…

drugidzienswiat
DZIADEK: Źródło tej wesołej hecy, w tym sylwestrowo-noworocznego hałasowania, jest więc całkowicie pogańskie.
BABCIA: Wszystko pomieszane, wszystko dla uczczenia, przypomnienia, odpędzenia złych mocy, i pogańskie, i nie: bicie dzwonów kościelnych, huk petard, bicie w bębny…
CIOTECZKA: (cicho) Wielu ludzi nie wie lub zapomina, że w czasach starożytnych tylko kobietom wolno było grać na rytualnych bębnach. Jeśli przyjrzymy się starożytnym malowidłom i wierzeniom, to w nich pełno boginek i kapłanek grających na tamburynach i bębnach.
SZEF: Nie tylko kobietom.

Cioteczka wychodzi na ganek, dłuższą chwilę stoi w ciemności. Ktoś unieruchamia jej stopę.

CZARNA LUNA: Chodź, tu jest moja buda. Pobawmy się, mam parę myszek i niezłą kolekcję kretów.

Wracają do domu.

Sylwester6

ELEANOR: Wystarczyłby odgłos otwieranego szampana, ochłodzonego, elegancko, najlepiej w srebrnym kubełku podanego, nalewanego do wytwornych kieliszków.
DZIADEK: Piwem nie można?
BABCIA: Nie! Piwem nie można.

Trójmiejska obwodnica, auto przedziera się przez gęstą mgłę, rozpryskuje kałuże.

BABCIA: Dobrze jest czasami spotkać się, pogadać. Życzyć sobie wszystkiego najlepszego.
DZIADEK: Kochajmy się. Od święta, i w zwykłe dni. Po prostu.

Die kleine große Welt

Monika Wrzosek-Müller

Baumwipfelpfad = Baumkronenweg, Beelitz Heilstätten

Sie kannte Beelitz Heilstätten schon aus der Zeit, als der kleine Michi da war. Die Neurologische Reha Klinik war teilweise in den alten Gebäuden der Heilstätten untergebracht, sie verfügte aber auch über einen Neubau. Schon damals fielen ihr die wunderschönen alten Häuser und Anlagen auf, die innerhalb der Reha-Klinik auch renoviert wurden, aber weiter draußen, auf der anderen Straßenseite vor sich hin rosteten, zerfielen, verfielen und auseinanderbrachen. Die Patienten konnten ausgedehnte Spaziergänge machen, auch im Rollstuhl, auch Querschnittsgelähmte, eigentlich nur diese traf man dort. Es gab verschiedene hölzerne Altane, wo man sich auch bei schlechtem Wetter aufhalten konnte, auch Liegehallen genannt, die früher für Liege- und Luftkuren genutzt wurden. Da der Weg aus Berlin schon etwas länger war, blieb sie jeweils länger, fast den ganzen Tag, und ging nach dem Besuch bei Michi über die Straße und fand immer neue Gebäude, neue Ruinen, neue Ausblicke, die ihr den Atem stocken ließen.

Manchmal sah sie in den Ruinen junge Fotographen, die ihre Freudinnen, oder waren das echte Models?, fotografierten; die Kulisse war atemberaubend, die Mädchen weniger: sie waren immer so extrem dünn, geschminkt und zurecht gestutzt, dass sie erschauerte und bei den Haaren manchmal Zuckerwatte vermutete. Neben hohen zerfallenden Räumen, kam noch das sich in Windeseile windende Grün des Hopfens und des Efeus, zwischen den Steinen und auf den Dächern um die Stahlkonstruktionen wuchsen fast neue Wälder mit Kiefern und Birken, an den breiten und langen Wänden und Mauern erschienen immer mehr Graffitis, die diese unheimliche Welt auf künstliche Weise belebten; ein Highlight für Castings und Shootings, sie sah immer mehr Fotografen und sogar Filmteams auftauchen (auf dem Gelände wurden Szenen für Polanskis „Pianist“ gedreht); daneben durchstreiften den Park auch unheimliche Wesen, auf der Suche nach esoterischen Erlebnissen. Zwar waren damals noch einige Gebäude fast intakt, manche sogar noch mit Fenstern, doch gingen die Zerstörung und der Zerfall sehr schnell voran. Sie wunderte sich, dass man so einen Komplex vor sich hin vegetieren ließ.

Die Geschichte der Heilstätten beginnt in 90er Jahren des 19. Jh.; es werden immer mehr Gebäude für Lungen- und Tuberkulosekranke gebaut, für Frauen und Männer getrennt, bis es 60 Häuser auf einer Wald/Parkfläche von 200 Ha sind. An dem Projekt arbeiten bis 1930 mehrere Architekten und es gibt mehrere Bauphasen; deswegen sehen wir da Häuser im historisierenden Stil und dann auch solche mit Jugendstil-Elementen, mit entsprechenden Kacheln und Stahlkonstruktionen, große Hallen mit imposanten Treppenaufgängen, die Wände gekachelt, mit schönen riesigen Fenstern, Bögen, Rundungen, kleinen Wandreliefs. Schon im Ersten Weltkrieg wird das Gelände mit den Gebäuden in ein Lazarett umgewandelt, genauso dann im Zweiten Weltkrieg. Nach dem Krieg bis 1994 befindet sich in den Räumen das Zentrale Militärkrankenhaus der sowjetischen Besatzungsmacht, die meisten Häuser sind erhalten, wenngleich in schlechtem Zustand.

Nach der Wiedervereinigung werden die Neurologische Rehabilitationsklinik, Parkinson-Krankenhaus, Rehabilitationsklinik für Kinder in den Gebäuden untergebracht. Doch der größte Teil bleibt brach liegen; die Versuche, durch Eigentümergesellschaft die Sanierung der Denkmalsubstanz voranzutreiben, misslingen.

Und dann eines Sonntag Morgens fuhren sie mit Freunden nach Beelitz Heilstätten, um auf dem gerade eröffneten Baumkronenweg spazieren zu gehen. Sie war etwas misstrauisch, diese Art von Events mochte sie eigentlich nicht, auch nicht, dass etwas so massiv Künstliches in eine Landschaft gestampft wurde, so wie die Skilifte und Skipisten in den Bergen, die sie doch immer wieder benutzte, oder wie Wasserrutschen und dergleichen am Strand, von denen sie sich immer fernhielt. Ihr Gefühl gab ihr Recht, von unten sah der Pfad monströs aus, eine zusammen geschweißte Konstruktion, riesig in den Park reingestellt. Es war kein besonders gutes Wetter und es gabt nicht allzu viele Menschen, sie gingen getrennt nach oben, denn der Hund musste draußen bleiben. Sie stieg die nicht enden wollenden Treppen, unzählige Stufen, nach oben zum Pfad, der in 24 m Höhe liegt. Es war gerade Herbst, die Bäume hatten die letzten Blätter noch auf den Kronen, die Färbung war eher gelblich braun, die letzten Momente der Pracht mit Grün durchwebt; plötzlich stand sie mittendrin, in der Stille, spürte die Bewegung der Bäume, das leichte Schaukeln der Konstruktion, da oben weht der Wind viel kräftiger, und war begeistert. Vielleicht fühlt man sich ähnlich, wenn man die chinesische Mauer abläuft. Ja, es ist ein Erlebnis, von oben auf diese zerfallene Landschaft, Architektur zu schauen; mit einer großen Anlage des Frauenpavillions, mit kleinen, eingerissenen WC-Häuschen, großen Ruheräumen, Zimmern, Korridoren. Man erkennt noch alles und doch verschwinden die genauen Umrisse, weil sich da schon das Grün seinen Weg bahnt. Es entsteht etwas neues, Übergänge, die man sich kaum erträumt hat; ein neuer Wald auf dem Dach, ein Birkenwäldchen in den Zimmern unten; das Grün nimmt alles in Besitz, was es unterwegs findet.

Dann stieg sie noch höher auf den Turm, der in 40 m Höhe wirklich die Sicht über die ganze Gegend erlaubt, bis nach Potsdam, Werder, Beelitz, ein offener Horizont im Meer der bläulich grünen Landschaft, mit wechselnden Wolkenbildern oben und sich bewegenden Baumkronen unten. Von den Bauten sieht man nur Türmchen, Kirchtürme und Hochhäuser weit weg. Sie stand verzaubert und berührt bei so viel freiem Himmel, Luft und Raum, man kann tief durchatmen, den Blick weit schweifen lassen. Und dann hörte sie Rufe, sah lachende Gesichter, die ihren Namen riefen; siehe da, es waren ihre zwei Yogaschüler aus Luckenwalde. Sie versicherten sich gegenseitig, dass der Ausblick fantastisch sei und dass es sich gelohnt hätte den hohen Eintrittspreis zu bezahlen und sie spürte wieder einmal: mit den beiden ist die große Welt etwas kleiner geworden.