Stuart 23

Joanna Trümner

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Matki

Stuart stał na lotnisku i czekał na matkę Meg. Bardzo się cieszył, że po wielu miesiącach pobytu córki w szpitalu w końcu zdecydowała się na przylot do Australii, wiedział jak bardzo jego dziewczyna czekała na tą wizytę. Równocześnie on sam łapał się na tym, że nie odczuwa zbytniej sympatii do kobiety, którą znał jedynie z fotografii. „Muszę dać jej szansę, przecież przez najbliższy miesiąc będzie ze mną mieszkała”, powtarzał sobie w duchu. Podczas wizyty w szpitalu przed kilkoma godzinami Meg prosiła go o wyrozumiałość dla matki: „To jest moja jedyna rodzina, postaraj się ją zrozumieć. Jeżeli poczujesz, że wypiła kroplę alkoholu, to natychmiast mi powiedz, odeślemy ją z powrotem do Anglii. I niech sobie sama radzi, ja już jej więcej nie pomogę”.

Stuart był tak zajęty myślami, że nie zauważył, kiedy podeszła do niego kobieta tak podobna do Meg, że patrząc na nią widział oczami wyobraźni swoją dziewczynę za dwadzieścia lat. „Liza, mama Meg”, przedstawiła się z uśmiechem nieznajoma. „Ładnie się postarzała, więc można tak przepić pół życia bez żadnych konsekwencji dla zdrowia i wyglądu”, pomyślał, odbierając od niej walizkę.

Na życzenie Lizy z lotniska pojechali prosto do szpitala, Stuart zostawił matkę z córką w pokoju i poszedł na spacer do parku. Przypomniało mu się dzieciństwo w Walton. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy z tego, że po latach będą to wspomnienia, do których chętnie się wraca. Przez wiele lat nosił w sobie żal do rodziców o to, że poświęcali mu mało czasu i nie interesowali się jego życiem czy planami. Z biegiem lat miejsce żalu zaczęły zajmować wspomnienia o wspólnie spędzanych świętach i małych, ciepłych gestach matki, którymi starła się przeprosić go za brak czasu. Nieraz w środku nocy budził go odgłos otwieranych drzwi od pokoju i czuł jak matka siada na jego łóżku i głaszcze go po głowie.

Uśmiechnął się na wspomnienie kilku niedzielnych wypraw z ojcem na ryby, możliwych tylko wtedy, kiedy pub był zamknięty.

Była taka wyprawa, że nie złapali ani jednej ryby, a po kilku godzinach wpatrywania się w spławiki, które ani razu nie drgnęły, byli zrezygnowani i bardzo głodni. Wtedy ojciec z niedowierzaniem stwierdził, że przygotowane przez matkę kanapki zostały na stole w kuchni. W bagażniku samochodu znaleźli puszkę szynki, widocznie wypadła z siatki podczas jakichś wielkich zakupów. Tyle, że nie mieli otwieracza do konserw. Obaj na zmianę zmagali się puszką za pomocą znalezionego w lesie kawałka metalu i kamienia. Po ponad godzinnej walce udało im się w końcu, w międzyczasie zgłodnieli tak bardzo, że ta szynka jest do dzisiaj we wspomnieniach Stuarta najsmaczniejszym jedzeniem, jakie kiedykolwiek spożył. Ta „męska wyprawa na ryby” była latami jedną z ulubionych anegdot rodzinnych.

Podczas innej ze wspólnych wypraw na ryby ojciec próbował uświadamiać syna. Z zakłopotaną miną i dziwnym, nieswoim głosem opowiadał mu o tym, jak zmienia się ciało mężczyzny, kiedy kocha kobietę i jak bardzo chce ją do siebie przytulić. Widząc rosnące zakłopotanie ojca Stuart uratował sytuację mówiąc: „Tato, myśmy już o tym rozmawiali w szkole”.

W porównaniu z dzieciństwem Meg miał szczęśliwe dzieciństwo, mógł być dzieckiem, nie musiał ponosić odpowiedzialności za siebie i za rodziców, nie musiał martwić się o pieniądze i tłumaczyć nauczycielom, dlaczego rodzice nie pokazują się w szkole, dlaczego nosi źle wyprane, od lat to samo ubranie, nie czuł się samotny i upokorzony. To cud, że ta dziewczyna po tych doświadczeniach jest tak pozytywnie nastawiona do ludzi. „Może właśnie dlatego tak bardzo chce mieć własne dzieci”. Stuart pomyślał, że przez kilka ostatnich tygodni nie miał ani czasu ani głowy na przygotowanie zaręczyn. „Teraz, kiedy przyjechała Liza będziemy mogli się zmieniać wizytami w szpitalu i zajmę się szukaniem pierścionka”.

Wieczór spędził na rozmowie z Lizą. Po wspólnej kolacji miał ochotę na szklankę ginu, w ostatniej chwili zreflektował się i zatrzymał się przed szafą, w której trzymali alkohol. „Przecież nie mogę na jej oczach wypić ani kropli”, pomyślał, zastanawiając się jednocześnie nad tym, że trudne musi być życie towarzyskie bez alkoholu – wyjścia do restauracji, urodziny, sylwestrowe party ze szklanką wody w ręku i dziwną dezaprobatą ludzi dookoła. I wieczne tłumaczenie się – jakby picie alkoholu było obowiązkiem jak chodzenie do pracy czy posiadanie prawa jazdy.

Następnego dnia zostawił Lizę w szpitalu, a sam wybrał się w wędrówkę po sklepach jubilerskich. Obecność Lizy po kilku dniach stała się czymś normalnym, Stuart cieszył się, że znowu wraca do mieszkania, w którym jest posprzątane, gdzie czeka obiad i wyprane ubranie. Zdarzały się jednak chwile, w których czuł niechęć do matki Meg. Kilkakrotnie zaskoczyła go pytaniami, które w jego uszach brzmiały jak pretensje: „Dlaczego nie poszukałeś szpitala, który specjalizuje się w rehabilitacji? Dlaczego nie przydusisz policji, przecież muszą znaleźć sprawcę? Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś?”

„Zachowuje się tak, jakby chciała nadrobić wszystkie te lata, przez które nie była matką”, pomyślał, obiecując sobie w duchu, że ze względu na Meg postara się nie okazywać swojej niechęci. Widział jak bardzo Meg cieszy się z obecności matki i jak pomaga jej to w powrocie do zdrowia. „Wiesz, czasami mam wrażenie, że dopiero teraz ją tak naprawdę poznaję”, powiedziała mu ostatnio. „I bardzo ją lubię. Zaczęłam ją teraz lepiej rozumieć, teraz pojmuję, jak jej było, kiedy zaszła w ciążę i była zupełnie sama, bo chłopak ją zostawił, a rodzice nie chcieli mieć z nią nic wspólnego – to wszystko ją po prostu przerosło. Ona była przecież dwudziestoletnim dzieciakiem. Wczoraj się dowiedziałam, że mój biologiczny ojciec też mieszka w Sydney. Liza chce się z nim skontaktować i opowiedzieć mu o mnie. Może więc zanim jeszcze wyjdę ze szpitala będę miała i matkę i ojca”.

Podczas kolejnych odwiedzin Stuart oświadczył się Meg i kiedy z niecierpliwością czekał na jej „tak” usłyszał otwieranie drzwi. Do pokoju weszła kilkuosobowa grupa lekarzy i pielęgniarek. Sytuacja była jednoznaczna – bukiet pięknych róż w wazonie i Stuart klęczący przed szpitalnym łóżkiem. Na szczęście gromadka wybuchnęła śmiechem. „Przy tylu świadkach nie możesz się już wycofać”, skomentowała jedna z pielęgniarek. Meg przyjęła jego oświadczyny.

Jeszcze tego samego wieczoru Stuart próbował dodzwonić się do Walton, żeby powiedzieć rodzinie o zaręczynach i planowanym za kilka miesięcy ślubie. W Walton nikt nie odbierał telefonu, udało mu się jednak dodzwonić się do Kate w Berlinie. Podzielił się z nią nowinkami z ostatnich kilku tygodni, w trakcie tej rozmowy odnosił wrażenie, że czasami w ciągu kilku dni może się wydarzyć więcej niż przez lata. Kate też miała kilka nowości, w tym największą – ich matka się zakochała. „Ty sobie nawet nie wyobrażasz jak Eve się wścieka, nie chce z nią rozmawiać. Ciągle jej robi wyrzuty. W jej pojęciu matka powinna zostać ubraną na czarno wdową, albo spalić się po śmierci męża jak kobiety w Indiach, a nie myśleć na starość o amorach. Ale mi się podoba, i dobrze, że nie jest sama. Poznała tego pana się podczas spacerów z psami na plaży, teraz spotykają się tam codziennie. W Walton nie można przecież nic innego robić. Eve jest wkurzona, bo pół miasta o tym mówi. Mama wygląda o dziesięć lat młodziej, farbuje włosy, dba o siebie. Mi się wydaje, że ona teraz żyje bardziej intensywnie niż przez ostatnich kilkanaście lat”. Po długiej rozmowie z Kate Stuart odłożył słuchawkę z uśmiechem na twarzy. „Więc w każdym wieku można się zakochać”, pomyślał przypominając sobie, że i on zawdzięcza swoją miłość wielkiemu, niesfornemu psu.

Dochodziła jedenasta, Stuart dziwił się, dlaczego Liza nie wróciła jeszcze do domu. „Co można tak długo robić w mieście, w którym się nikogo nie zna? A może znowu zaczęła pić?”, pomyślał z przerażeniem. W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu: „Chciałam Ci tylko powiedzieć, żebyś na mnie nie czekał, spotkałam się z ojcem Meg i mamy sobie do opowiedzenia trzydzieści lat, nie wiem, ile to może potrwać”. Stuart odłożył słuchawkę i pomyślał, że życie jest pełne niespodzianek.

Cdn

Stuart 22

Joanna Trümner

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Szpital

Zbudziły go głosy i śmiech ludzi opuszczających salę operacyjną. Młody lekarz, którego Stuart widział po raz ostatni przed kilkoma godzinami przed drzwiami sali, podszedł do niego z uśmiechem: „Mieliśmy szczęście, operacja się udała. Teraz potrzebny jest tylko czas i cierpliwość. Niech Pan się nastawi psychicznie na kilka ciężkich miesięcy. Jutro będzie mógł odwiedzić narzeczoną”. Po lekarzu widać było, że ma za sobą długą, dramatyczną noc i że walczy ze zmęczeniem. Stuart też się do niego uśmiechnął i podziękował pielęgniarzom i lekarzom. Nagle poczuł jak znika napięcie i niepewność ostatnich godzin, a z serca spada jakiś niewidzialny ciężar. „Najważniejsze, że Meg będzie żyła, wszystko inne powoli się poukłada” – pomyślał i patrzył na wychodzące z sali operacyjnej osoby, zastanawiając się, jak ludzie, którzy codziennie widzą tyle nieszczęść i nieraz przekazują komuś wiadomość o śmierci najbliższej osoby, potrafią o tym zapomnieć, wracać do swoich domów i prowadzić normalne życie – tak jakby wszystkie te nieszczęścia, których stali się świadkami podczas pracy w szpitalu, zostały gdzieś daleko, hermetycznie zamknięte za drzwiami tego budynku.

Nagle przypomniało mu się, że on sam za godzinę ma się zjawić w szkole i prowadzić lekcje. Zdecydował się zadzwonić do dyrektora i poprosić o kilka wolnych dni. W poszukiwaniu telefonu zszedł o piętro niżej i zapytał pielęgniarkę w dyżurce, skąd mógłby zadzwonić. Rozpoznał pielęgniarkę, z którą rozmawiał w środku nocy, ale nie zapytała go, jak przebiegła operacja. Prawdopodobnie promieniowała z niego taka radość i ulga, że i bez zbędnych pytań można było zrozumieć, że operacja się udała. Może kobieta myślała tylko o tym, że za pół godziny skończy się jej dyżur i będzie mogła w końcu po tej nieprzespanej nocy, przerywanej przyjmowaniem pacjentów w krytycznym stanie, wrócić do siebie do domu. „O ile więcej taktu miał lekarz w sali operacyjnej. A ma przecież większą odpowiedzialność i trudniejszą pracę od tych pań na dyżurce”, pomyślał Stuart w drodze do budki telefonicznej.

Wybrał numer szkoły i opowiedział dyrektorowi o przebiegu ostatniej nocy i o tym, że nie może przez najbliższych kilka dni przyjść do szkoły. Po krótkim milczeniu usłyszał po drugiej stronie słuchawki zwiastujące niezadowolenie sapanie: „W drodze wyjątku może Pan przyjść w poniedziałek, daję Panu trzy dni wolnego i weekend, ja rozumiem, że sytuacja jest wyjątkowa ale szkoła też ma swoje prawa i musi funkcjonować. Myślę, że i tak idziemy Panu bardzo na rękę, przecież to nie Pan jest chory, a narzeczona ma w szpitalu przez cały dzień opiekę i za rękę nie trzeba jej cały czas trzymać”.

Stuart z trudem ukrywał rozczarowanie słowami szefa. „Może jestem przewrażliwiony?”, pomyślał i doszedł równocześnie do wniosku, że te dziwne, obojętne zachowania obcych ludzi nie są w tej chwili ważne, najważniejsze jest to, że Meg przeżyła tę koszmarną noc.

Kiedy opuszczał szpital, poczuł tak potworne zmęczenie, że zdecydował się wrócić do domu taksówką. Miasto budziło się ze snu, zapowiadał się kolejny słoneczny dzień i Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że w jego życiu panuje pewna reguła – najgorsze przeżycia zdarzają się w pięknie, słoneczne dni, tak jakby cały świat dookoła śmiał się z panującego w jego wnętrzu nastroju.

Wrócił do domu i poczuł głód. Znalazł w lodówce resztki obiadu sprzed dwóch dni i kiedy podgrzewał je na patelni w głowie pojawiła się melodia piosenki I can see clearly now, pełnego ciepła i optymizmu utworu, który zawsze znajdował się w repertuarze jego koncertów. Po jedzeniu wziął do ręki gitarę i czuł, że każdy akord uspakaja go i pozwala odejść myślami od przeżyć tej potwornej nocy w szpitalu.

Kolejne miesiące wyznaczał rytm codziennych odwiedzin w szpitalu. Najgorsze były pierwsze tygodnie pobytu Meg w sali intensywnej terapii, czas, w którym znajdowała się w sztucznej śpiączce. Stuart spędzał godziny przy łóżku swojej dziewczyny, głaskał ją po głowie i opowiadał o tym, co wydarzyło się tego dnia. Opowiadał jej o swoich coraz większych wątpliwościach dotyczących pracy w szkole, o wizytach przyjaciół i rozmowach telefonicznych z jej matką. Kiedy zabrakło mu pomysłów na monolog milczał i wsłuchiwał się w odgłosy medycznych urządzeń w pomieszczeniu. Po trzech tygodniach Meg wybudziła się ze śpiączki i zaczęła robić małe postępy. Kroki, którymi powoli zaczęła panować nad funkcjami swojego organizmu były niewielkie i deprymujące, w dniu, w którym jego dziewczyna uśmiechnęła się do niego i powiedziała po raz pierwszy od tygodni kilka słów, Stuart zrozumiał, że osoba, która leży w szpitalnym łóżku nigdy nie stanie się osobą sprzed wypadku.

Bardzo deprymowało go to, że policja nie potrafiła znaleźć sprawcy wypadku. „Więc gdzieś po mieście chodzi bezkarnie osoba, która o mały włos nie zabiła Meg. Może nawet jest to ktoś, kogo znam”, myślał z bezsilną złością. Ten wypadek zmienił w ciągu jednej chwili całe ich życie. Jedynie muzyka pozwalała Stuartowi zachować równowagę, nie pozwalała poddawać się wątpliwościom i pesymizmowi. Z każdym dniem coraz mocniej docierało do niego, że zajęcia w szkole są kompromisem i oszukiwaniem samego siebie. Jedynym argumentem, który powstrzymywał go od natychmiastowego wypowiedzenia pracy była konieczność zarabiania pieniędzy w sytuacji, kiedy jego pensja była po wypadku Meg ich jedynym dochodem.

Na razie nie miał wyjścia, postanowił więc bardziej się do tej pracy przyłożyć. Zaczął robić konspekty lekcji, układać szczegółowe plany i poświęcać więcej uwagi uczniom, których do tej pory uważał za trudnych lub pozbawionych motywacji do nauki. Efekty nowej koncepcji nauczania widać było już po kilku tygodniach, jego uczniowie wygrali olimpiadę matematyczną w Sydney, dyrektor szkoły zaprosił go na rozmowę do gabinetu i wyraził swoje zadowolenie z jego pracy. „W przyszłym roku szkolnym porozmawiamy o podwyżce, chciałbym Panu podziękować za dobrą pracę. Mam nadzieję, że nie zamierza nas Pan opuszczać”, powiedział na zakończenie rozmowy. „Przez następny rok szkolny na pewno nie”, odpowiedział Stuart z zakłopotaniem.

Przyjaciele nie zawiedli go, co kilka dni odwiedzał go Ian, Tom albo znajome Meg. Ian wrócił do pracy w banku i ograniczył swoje eskapady z narkotykami do sporadycznego palenia trawy w soboty. Wyprowadził się od żony do jednopokojowego mieszkanka niedaleko Stuarta i zaczął chodzić na terapię u psychologa.

Po jednej z wizyt Iana Stuart pomyślał, że jego przyjaciel, który do niedawna był strzępkiem człowieka, zagubionego we własnym nieszczęściu, potrafi teraz spędzać godziny na pocieszaniu innej osoby i szukaniu pozytywnych myśli. „To tak jakby moje nieszczęście stało się dla niego terapią i ucieczką, jakby świadomość tego, jak bardzo jest mi teraz potrzebny, zmobilizowała w nim resztki chęci życia, z którą się teraz ze mną dzieli. Jakby przestał żyć tylko przeszłością i wychodzić z tego biegu wstecznego, którym szedł przez ostatnie miesiące. Coś się w nim zmieniło, ten wypadek miał jakiś sens”.

Pewnego wieczoru zaskoczył go wizytą ksiądz z kościoła, do którego regularnie chodziła Meg. „Niech on mnie zostawi z tym swoim Bogiem w spokoju”, pomyślał Stuart na widok niespodziewanego gościa w drzwiach. Rozmowa z Lucasem trwała kilka godzin, po jego wyjściu Stuart z zawstydzeniem pomyślał o swej uprzedniej niechęci. Pełna pozytywnych myśli rozmowa z Lucasem, podczas której ani razu nie padło słowo „Bóg”, przekonała go, że znalazł właśnie nowego przyjaciela, kogoś, komu jego życie nie jest obojętne i na kogo będzie mógł liczyć w przyszłości. Lucas był też pierwszą osobą, nie licząc leżącej w śpiączce Meg, której Stuart opowiedział o tym, że zdecydował się wrócić do muzyki i zrezygnować w niedalekiej przyszłości z pracy w szkole. Po wyjściu gościa zastanawiał się nad tym, dlaczego nie odważył się powiedzieć tego ani Ianowi ani Tomowi. Może dlatego, że bał się ich reakcji, bał się usłyszeć, jak absurdalne jest rzucanie pewnej, dobrze płatnej pracy w imię jakiejś mrzonki. „Może czasami łatwiej jest zwierzyć się osobom, które mało znamy?”, pomyślał.

W ciepły listopadowy dzień po raz pierwszy wyprowadził Meg w wózku inwalidzkim na spacer do małego parku przy szpitalu. Po raz pierwszy od miesięcy miał pewność, że skończyła się zła passa.

Cdn

Stuart 21

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Joanna Trümner

Szpital

W taksówce do szpitala Stuart pogrążył się w myślach o tym, co go czeka w szpitalu, tykanie taksometru brzmiało w jego uszach jak uciekający w pośpiechu czas. Miał wrażenie, że tonie w morzu niepewności i samotności, ale nie chciał się z nikim dzielić swoimi myślami i wdzięczny był kierowcy, że nie próbował nawiązać z nim rozmowy. Prawdopodobnie wieloletnie doświadczenie za kierownicą taksówki nauczyło go, że pasażerowie, którzy w środku nocy jadą do szpitala, potrzebują czasu dla siebie – czasu i ciszy, które pozwolą im poukładać myśli i poszukać wewnętrznego spokoju. Za oknami auta Stuart widział światła wielkiego miasta i pogrążony w ciemności park – jeden z tych niewielu parków Sydney, którego nie poznał podczas zwiedzania miasta wspólnie z Meg. „Musimy się tu kiedyś wybrać”, pomyślał i w tej samej chwili uświadomił sobie, że ich życie po wypadku nigdy już nie będzie biegło starym, utartym torem. Po kilkunastu minutach jazdy wysiadł i zapłacił rachunek. „Może nie jest aż tak źle jak myślisz” – taksówkarz zaskoczył go pełnymi ciepła słowami.

Stuart popatrzył na nieznajomego z wdzięcznością, zamknął drzwi samochodu i ruszył biegiem do szpitala, tak jakby Meg czekała na niego, jakby spóźnił się na umówione spotkanie. W sali przyjęć zastał dwie zajęte rozmową pielęgniarki. Nie tracąc czasu na przedstawianie się Stuart podał nazwisko Meg i zapytał: „Gdzie mogę ją znaleźć?” „Czy jest Pan członkiem rodziny?” – zapytała jedna z pielęgniarek wertując grubą księgę przyjęć pacjentów. „To moja dziewczyna, jesteśmy zaręczeni”, odpowiedział w nadziei, że to małe kłamstwo da mu prawo do otrzymania informacji o stanie zdrowia Meg.
Kątem oka zauważył na ostatniej stronie księgi przyjęć nazwisko Meg zaznaczone czerwonym markerem, na marginesie ktoś zrobił dwa wykrzykniki i napisał uwagę: „stan krytyczny”. „Nie mamy prawa udzielać Panu informacji”. „Ale przecież szpital dzwonił do mnie, dlatego tu jestem”. „W drodze absolutnego wyjątku”, powiedziała zła za pouczenie pielęgniarka, „mogę Panu powiedzieć, że operacja jeszcze trwa, Pana narzeczona doznała poważnych obrażeń wewnętrznych i sytuacja jest krytyczna”. „Czy wiadomo, jak to się stało?”, zapytał Stuart. „Prawdopodobnie ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. Więcej nie wiemy, ja Panu i tak już za dużo powiedziałam. Niech Pan się skontaktuje z policją, może tam dowie się Pan czegoś więcej.”

Pielęgniarka powiedziała mu, gdzie jest sala operacyjna z poczekalnią, w której wolno mu będzie poczekać na koniec operacji. „Ale to może jeszcze bardzo długo potrwać, może lepiej byłoby, gdyby Pan pojechał do domu i czekał na nasz telefon. Na salę operacyjną i tak Panu nie wolno wejść”.

Szedł pustym o tej porze korytarzem. Cisza panująca w szpitalu przerażała go, było w niej coś niesamowitego i nierealnego, za drzwiami każdego mijanego przez Stuarta pokoju leżeli przecież pacjenci, którzy walczyli właśnie o życie. Dotarł do małej poczekalni i usiadł na niewygodnym krześle. Po głowie chodziły mu tysiące myśli, zastanawiał się, czy wypadek Meg byłby do uniknięcia, gdyby nie spotkała się po pracy z koleżankami, gdyby wróciła do domu jak zwykle po piątej, a nie przed dziesiątą, gdyby odebrał ją z pracy.

Rozglądał się po pomieszczeniu i z ulgą zauważył, że jest tam zupełnie sam. Ostatnie, czego teraz potrzebował to zwierzenia innych ludzi, ludzi znajdujących się w tej samej sytuacji jak on, bezradnie i biernie czekających na to, co los zdecyduje. Na małym stoliku w rogu poczekalni leżało kilka wyczytanych, nieaktualnych gazet i reklamy zakładów pogrzebowych. „Dyskretnie, z szacunkiem do zmarłych, punktualnie i tanio”, wyczytał na jednej z ulotek reklamowych zakładu pod nazwą „Ogród Eden” i pomyślał równocześnie o tym, jak mało taktowne jest wykładanie ulotek informujących o usługach pogrzebowych w takim miejscu. „Każdy che jakoś zareklamować swój biznes”, skomentował pod nosem z przekąsem i złością.

Z sali nie docierały żadne odgłosy, pomyślał, że za drzwiami muszą być przecież ludzie, lekarze i pielęgniarki walczące o życie Meg i maszyny. Ta absolutna cisza była tak niesamowita, że przyszła mu do głowy myśl, że to, co teraz przeżywa, to tylko zły sen, jakiś koszmar, z którego zaraz się przebudzi i wróci do swojego normalnego życia. „Przecież młodzi ludzie tak nagle nie umierają”, pomyślał. W sekundę później przypomniał sobie śmierć kilkutygodniowego dziecka Iana i zdał sobie sprawę z absurdalności i naiwności tej myśli.

W poczekalni pojawił się starszy mężczyzna. Stuart popatrzył na niego z niechęcią, przeczuwając, że starszy, samotny pan nie zostawi go w spokoju. „Długo już czekasz?”, zapytał nieznajomy po kilku minutach. „Godzinę”, odpowiedział Stuart w nadziei, że ta lakoniczna odpowiedź zasygnalizuje mężczyźnie niechęć do rozmowy. „Ja jestem tutaj już od sześciu godzin, musiałem tylko wyjść na chwilę na świeże powietrze, coś zjeść i chociaż przez chwilę popatrzeć na coś innego”, odparł mężczyzna. „Nigdy bym sobie nie podarował, gdyby żona umarła przeze mnie. Przez głupią, niepotrzebną awanturę o to, kogo zaprosimy na nasze złote gody. Od jednego głupiego słowa do drugiego zrobiła się z tego nagle potworna awantura. Żona chce wyprawić eleganckie przyjęcie dla sąsiadów i rodziny, ja wolałbym zobaczyć Europę, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy. Teraz w końcu mamy pieniądze na taką podróż, trzeba obejrzeć świat, dopóki jeszcze jesteśmy na nogach. Nie chcę wywalać pieniędzy na przyjęcia dla darmozjadów, z którymi nigdy nie miałem wspólnego języka. Tak się obydwoje podczas tej kłótni zdenerwowaliśmy, że Betty nagle zasłabła. Na początku myślałem, że to jakiś jej żart, że chce mnie tylko przestraszyć i postawić na swoim, ale to był zawał. Ostatnia rzecz jaką jej powiedziałem, to wyrzut, że zawsze chciała się popisywać przed innymi, że dla niej najważniejsze jest i było zawsze to, żeby ludzie ją widzieli i podziwiali. Przecież ja wcale tak nie myślę. Nie wyobrażam sobie, żeby mogła odejść, nie usłyszawszy ode mnie „dziękuję” za pięćdziesiąt wspólnych lat. Nie mieliśmy dzieci, myślę, że przez to jest mi tak bliska jak nikt inny na świecie, to moja cała rodzina, mój dom, ktoś, kto słyszy jak zaczynam zdanie i wie, jaki będzie jego koniec, ktoś, w kim zawsze będę widział osiemnastoletnią Betty, śliczną, wesołą dziewczynę, która cieszy się na pierwszą randkę ze mną. Tyle się nazbierało rzeczy, których nigdy jej nie powiedziałem”.

Stuart popatrzył na mężczyznę i zrobiło mu się go żal. „Dlaczego wcześniej nie oświadczyłem się Meg? Przecież ja sobie nawet nie wyobrażam, że mogę się obudzić i jej nie będzie koło mnie.”

Ich rozmowę przerwało otwarcie drzwi od sali operacyjnej. Młody, wyglądający na bardzo zmęczonego lekarz podszedł do starszego mężczyzny i powiedział: „Tym razem mieliśmy szczęście, żona wyjdzie z tego zawału. Może Pan ją jutro odwiedzić”. Stuart popatrzył na nieznajomego i widział ulgę na jego twarzy. „A ja? Co z moją narzeczoną?” – zapytał z nadzieją w głosie. „Operacja wciąż jeszcze trwa”, odpowiedział lekarz, unikając wzroku Stuarta.

„Dlaczego ta stara kobieta ma mieć więcej szczęścia niż Meg? Meg ma przecież większe prawo do życia niż ona”, pomyślał Stuart, przerażony równocześnie bezwzględnością tej myśli.

W kilka minut później został sam w poczekalni i zasnął na niewygodnym krześle.

Cdn

Frauenblick 12

Monika Wrzosek-Müller

Glückskind mit Vater
von Christoph Hein, Suhrkamp Verlag Berlin 2016, schon 3. Auflage

Es gibt Bücher, die in die Zeit und in die Gesellschaft wie Bomben reinfallen und kräftige Reaktionen, Diskussionen und Polemiken hervorrufen. Doch es existieren auch einige andere, für mich die sogenannten stillen Bücher, die sich fast unbemerkt in die Gesellschaft einschleichen und manchmal erst allmählich einen tiefen Eindruck hinterlassen. So erging es mir bei der Lektüre des Romans Glückskind mit Vater von Christoph Hein. Den Autor kannte ich als junge Germanistin in Polen, als einen der wenigen Dissidenten, der auch eine fantastische Novelle Drachenblut veröffentlicht hat. die wir auch lesen konnten. Erst jetzt erfahre ich, dass die Novelle auch in der DDR unter einem anderen Titel erschienen war, und zwar Der fremde Freund. Schon damals war ich von Hein begeistert, wie treffend und unkompliziert er die Sachen beim Namen nennt: sachlich, konkret, schlicht die Wirklichkeit vor dem Auge entstehen lässt, ohne emotionale Zugaben.

Das Gefühl kehrt diesmal verstärkt zurück, der Roman Glückskind mit Vater erzählt fast 60 Jahre deutscher Geschichte, unaufgeregt und doch eindringlich. Die Handlung nimmt bestimmt Bezüge auf persönliche Erlebnisse des Autors, ist aber nicht autobiographisch. Es ist eine zutiefst psychologisierende Erzählung, mit der Moral, dass man seiner Vergangenheit nicht entkommen kann – im Fall von Glückskind mit Vater eben dem kriegsverbrecherischen Vater. Der Schatten des bösen Vaters legt sich wie eine dunkle Wolke über das Leben des jungen Helden, und trotz seiner sehr mutigen Versuche, ihn abzuschütteln, gelingt ihm das nicht. In allen Lebensstadien verfolgt der Vater den Jungen, obwohl er ihn nie gekannt, nie zu Gesicht bekommen hatte. Sowohl die Namensänderung als auch der erste Fluchtversuch nach Marseille enden mit der Erkenntnis, dass es keine Fluchtmöglichkeit gibt; immer wieder wird er mit den Kriegsverbrechen des Vaters und mit dessen Namen konfrontiert. Die ganze Familie, die Mutter und der Bruder, sind in die Vergangenheit verstrickt. Dem Bruder gelingt es aber daraus materiellen Vorteil zu ziehen und reich zu werden, allerdings brechen dann die Familienbande völlig auseinander.

Erstaunlich dabei ist die Tatsache, dass sich das ganze Buch nicht pessimistisch, nicht negativ liest, eher ironisch, manchmal sogar humorvoll, und es sorgt mit erstaunlichen Momenten für Überraschungen. Die negative Pointe des Buches, dass es keine Möglichkeit gibt, der Obsession mit dem verbrecherischen Vater zu brechen, zu entkommen, ist keine Sackgasse, kein sogenanntes Schicksal; der Held meistert sein Leben, obwohl er vom Glückskind zum Unheilkind wird; er findet seinen Platz in der DDR-Gesellschaft, wird sogar, zeitweilig, zum Direktor einer Oberschule. Er behauptet sich ganz munter und tapfer und durchläuft die Stationen des Lebens immer mit der Hoffnung, sich dem Einfluss des Schattens zu entziehen. Irgendwo, ganz in der Tiefe, spürt man aber doch den bitteren Geschmack und die Enttäuschung, dass er nicht frei ist sondern immer wieder davon läuft und sehr allein mit seinen Entscheidungen lebt.

Ganz bewusst versuche ich den Plot nicht zu erzählen, die Stationen des Lebens nicht aufzuzählen, die Konflikte mit dem Bruder, den Ämtern, seine Lieben, das Verhältnis zu seiner Mutter nicht zu beschreiben. Das soll jeder in dem Roman lesen und für sich die wichtigsten Momente und Stellen finden und viel über die Vorgänge in der damaligen BRD aber auch der DDR erfahren und mit eigenen Erlebnissen vergleichen können. Auf jeden Fall ist es ein Buch für die junge Generation, die die Nachkriegszeit nicht erlebt hat, aber auch für die ältere, die sich damit konfrontiert sah. Es ist eine deutsche Geschichte par excellence, das Leben und die Probleme im Nachkriegsdeutschland werden übersichtlicher und klarer durch die Lektüre.

La voix des crânes

Steve (l.) bei dem Festival Stadtsprachen mit dem Festivalorganisator Martin Jankowski
siehe auch

Steve-Léo Mekoudja

À chaque fois que je regarde Nestor, mon frère, j’ai l’impression de voir mon père. Son teint chocolat très foncé et éclatant. Son nez épaté. Sa petite taille. Sa vivacité. Ils se ressemblent à telle enseigne que, certains amis de mon père appelaient mon frère « la copie de son père ». Ils lançaient à mon père : « ton fils là te ressemble vraiment. On dirait toi en une plus jeune version. » Mon père esquissait le sourire de qui venait de recevoir un prix, un sourire fugace mais suffisamment lumineux pour que l’on puisse s’imaginer qu’il en  était fier, comme si c’était un mérite. Puis il commençait à leur raconter que lorsqu’il était plus jeune, il était aussi plein de vie que Nestor, aussi insoucieux, aussi agité. Que les gens avaient même demandé à sa mère si elle avait mangé un singe pendant sa grossesse. Ils s’esclaffaient tandis que je souriais machinalement. Machinalement parce que papa racontait toujours cette histoire, toujours de la même façon, toujours avec cet aura de  nostalgie, parlant lentement, s’arrêtant parfois comme pour essayer de se souvenir, comme s’il lui était impossible de se souvenir en parlant ou parler en se souvenant. Je connaissais cette histoire par cœur, le début et la fin et ça ne me gênait guère que mon frère ait plus de traits physiques de papa que moi. Parce que si physiquement, je ressemble plus à mon grand-père, j’ai l’intelligence de mon père. Je suis aussi impatient et  bavard que lui. Surtout bavard… La maison résonnait au rythme de ma voix. Dans le salon, je racontais à mon frère ce que j’avais lu dans les livres que papa m’avait offerts. Dans la cuisine, je complimentais ma mère sur sa nouvelle coiffure et lui suggérais d’acheter de nouveaux modèles de robes que j’avais vus à la télé. Au début, elle souriait, riait, m’écoutait sans piper mot. Peut-être espérait-elle que son silence me dissuade de parler mais il n’en était rien. Je recommençais de plus belle. Elle finissait par gronder :

-Yves, il fait chaud, je suis fatiguée !

Je sortais de la cuisine, déçu, puis jetai mon dévolu sur mon père qui lisait son journal sur la terrasse. Papa était toujours très heureux de parler avec moi, de parler avec quiconque… À quand le prochain gouvernement de Biya? Qui va gagner les prochaines élections présidentielles ivoiriennes ? Que faire contre la corruption grandissante dans notre pays? Les questions de société succédaient aux questions politiques. Papa et moi débattions, riions, nous contredisions.

Mais ce jour où nous allions dans notre village rendre visite à ma grand-mère, ce n’est pas de politique que nous avions parlé  mais de mon métier de rêve. C’était un samedi tiède. Nestor s’assit à l’arrière et moi à l’avant de la jeep, fier de prendre la place  réservée à ma mère, fier d’être assis près de papa, fier d’être son premier fils. Maman se tint près de la voiture et murmura à papa quelque chose qu’il m’était impossible de déceler. Elle avait l’habitude de lui parler de cette façon quand elle voulait lui demander une nouvelle chaussure, un nouveau sac ou un nouveau téléphone.

-Tes ignames et plantains vont salir ma voiture. Non, réagit mon père avec un léger énervement dans  la voix. Un énervement qui n’en était pas réellement un. Il disait toujours non lorsque maman lui demandait d’acheter des vivres frais sur la route du village, prétextant qu’il venait de laver sa voiture et ne voulait pas la salir ou qu’il n’avait pas de temps pour s’arrêter sur la route. Il disait toujours non mais faisait quand même la commission. Je le savais Maman aussi. C’est pourquoi elle répliquait avec un sourire flatteur :

-Tu sais très bien que les vivres sur la route de Santchou coûtent moins chers.

-On doit partir.

-Saluez votre grand-mère.

-Oui, maman. Nestor et moi répondions en chœur. Mon village Fossong-Wentcheng est  situé à quelques kilomètres de Dschang. Au début du voyage, papa ne mettait jamais la musique. Il nous posait des questions sur nos études, sur nos activités sportives. Parfois il nous parlait de ses prochains projets de construction de maisons ou d’achats de voiture. Ce samedi-là, ce n’est pas lui avait amorcé la discussion. Plutôt moi :

-Papa, que faire pour être ministre ? Concentré à conduire, il rit, me regarda, puis dit :

-Tu veux devenir ministre ? Il rit de nouveau, énergiquement à tel point que ses yeux se fermaient, ses joues enflaient. Je l’observai et je me demandais si je riais comme lui. J’essayai de me souvenir de mon propre sourire mais je n’y parvenais point. Je décidai que je me regarderai à travers le rétroviseur de la voiture lorsque je rirai pour vérifier que mon sourire était celui de mon père.

-C’est un bon projet. Mais tu sais que pour y arriver, il va falloir être brillant, être le meilleur.

Je hochai la tête. Il se retourna vers mon frère :

-Toi tu veux être ministre aussi ?

– Moi je veux être footballeur.

-Non. On ne va pas à l’école pour devenir footballeur. On va à l’école pour devenir ingénieur ou médecin. Le football c’est pour les paresseux.

Il prit un air sérieux et accéléra. Nestor garda le silence pendant quelques secondes, puis répliqua :

-Dans ce cas, je serai médecin. Cardiologue. Ainsi je soignerai le cœur de grand-mère.

Nous riions  ensemble et j’en profitai pour me regarder dans le rétroviseur de la voiture. J’avais le même sourire que mon père. J’en étais fier. Je m’endormis en écoutant  African typic collection de Samfan Thomas. Je ne me réveillai qu’à l’entrée de la chefferie de mon village.

Le chef de mon village était très grand et costaud, dix fois plus bavard que mon père. Lorsqu’il me demanda mon prénom, je baissai la tête et murmura quelque chose d’incompréhensible.

-Yves, dit mon père en riant grassement, il s’appelle Yves. Il est très timide.

C’est que le charisme du chef Fossong-wentcheng pouvait briser toute estime de soi. Sa voix était si forte que l’on pouvait l’entendre à un kilomètre. Son rire résonnait plus fort que ceux des autres. Ce jour-là, il ne portait pas de long boubou traditionnel mais une chemise blanche et un pantalon kaki. Il s’assit sur une chaise en bois et prit Nestor sur ses pieds pendant qu’il discutait avec mon père et d’autres invités. Je l’observai, immobile, fasciné, presque apeuré. Les choses traditionnelles, comme les choses religieuses m’effraient parce qu’elles sont mystérieuses. Je ne me souviens plus exactement de quoi ils avaient parlé mais je sais qu’ils avaient ri. Ils avaient beaucoup ri… Le téléphone du chef sonna et il se leva pour décrocher. Nestor qui était assis sur sa cuisse se leva puis voulut s’asseoir sur sa chaise, avant que les cris des gens alentours ne l’en empêchent :

-Non ! Non ! On ne s’assoit pas sur la chaise du chef ! Debout ! Debout !

Mon père ne dit rien et j’étais frustré de ne pas pouvoir lire sur son visage ce qu’il ressentait. Moi qui le connaissais si bien. Avait-il eu peur que Nestor s’asseye sur le siège du chef ? Avait-il honte de n’avoir pas appris à mon frère que nul ne s’assoit sur la chaise d’un chef ? Était-il en colère contre mon frère ? Nestor vint s’asseoir près de moi et je ressentis qu’il avait peur. Il ne dira rien. Il ne racontait jamais ses angoisses mais ses longs silences les trahissaient. Je me demandais ce que j’aurais fait à sa place. Je me demandais ce qu’il se serait passé s’il s’était assis sur le siège du chef. Serait-il mort ? Serait-il devenu stérile ? Malade ? Maudit ? Ces questionnements me filèrent des maux de tête et j’en voulus à mon père de ne nous avoir rien dit, de nous avoir emmené chez le chef sans nous dire que son siège n’était pas un siège comme les autres. J’espérais qu’il nous en parle, qu’il nous en parle enfin. Mais il ne fit aucun commentaire, même pas le soir autour du feu chez grand-mère.

Ce soir-là, grand-mère avait tué un poulet pour sa sauce d’arachide. J’adorais les sauces d’arachides de grand-mère. Je les préférais à celle de ma mère. Grand-mère n’y mettait curieusement pas de la tomate, du  persil et du basilic comme maman. Juste de l’oignon, de la viande et de la pâte d’arachide grillée. Quel était donc le secret de sa sauce ? Était-ce vrai que ses vielles marmites augmentaient le goût des sauces ? J’aimais beaucoup ma grand-mère mais chez elle j’avais peur. Dans son salon, j’entendais des voix, les voix des crânes. J’entendais leurs voix depuis le jour où, par curiosité, j’avais ouvert une marmite qui contenait un  crâne humain. Il y avait trois marmites dans le salon, l’une contenant le crâne de mon feu grand-père et les deux autres, ceux de mes arrière-grands-parents. C’est Rita, ma cousine qui me l’avait dit, mais elle ne m’avait pas expliqué pourquoi grand-mère collectionnait ces crânes des morts. Peut-être ne le savait-elle pas. Grand-mère préparait sa sauce en chantant tandis que les voix des cranes continuaient de m’affoler. Peut-être ne parlaient-ils pas réellement. Peut-être que c’est la peur qui me faisait entendre des choses. Pourquoi étais-je le seul à entendre ces voix ? Ces voix qui me hantaient même pendant mon sommeil.

« N’aie pas peur, dit grand-mère en souriant, les crânes ne te feront pas mal. Les crânes t’aiment. Les crânes t’éclairent. Les crânes te gardent. Les crânes te protègent. »

Taniec wilków Der Tanz der Wölfe მგლების ხორუმი

Ach meine liebe Leser, ich nehme an, ihr werdet diesen Text nicht verstehen. Sorry! Aber die Schrift ist so schön und die Autorin ebenso. Demnächst erscheint diese Erzählung (auf Deutsch) im Buch “Die Diagnose”, das dieses Jahr den Literaturpreis “Saba”,  wichtigsten georgischen Preis für das Debüt, gewonnen hat.

Die Autorin habe ich bei dem Literaturfestival Stadtsprachen kennengelernt. / Autorkę poznałam dzięki festiwalowi literackiemu Stadtsprachen – języki w mieście.

logoMoi drodzy Czytelnicy, sądzę, że niewielu z Was zdoła przeczytać ten tekst, ale to pismo jest takie piękne (autorka zresztą też), że nie mogłam się oprzeć. Opowiadanie “Taniec  wilków” należy do zbioru opowiadań “Diagnoza”, który otrzymał w tym roku “Sabę”, najważniejszą gruzińską nagrodę za debiut literacki, i w najbliższym czasie ukaże się po niemiecku.

Iunona Guruli

მგლების ხორუმი

– დეეეე, კიდე ჩაიფსა ამ ვირისთავმა. – ამრეზით დახედა საწოლზე მიგორებულ ჭყვიტინა, ხელებასავსავებულ ფუთას და მაგიდაზე გაწყობილ საუზმეს მიუჯდა.
– რანაირად ლაპარაკობ შენ ძმაზე ამხელა გოგო? – სამზარეულოდან აბუზღუნდა დედა და ორთქლადენილი ჩაი გამოუტანა. – მაგრამ შენ რას გერჩი, ბოთე მამაშენი მყავს მოსაკლავი, ასე რო გაგატუტუცა.
ამის გაგონებაზე გოგოს თვალებში ჭინკები აუცეკვდნენ.
– ტუტუცები იცი ვინ იყვნენ, დე?
– ვინ იყვნენ?
– ვინა და, თურმე ადრე, ძველ მეფეებს ჰყავდათ ვიღაცეები, ტანი რო მოეფხანათ მათთვის… – ისე ჩაბჟირდა სიცილისგან, კინაღამ ცხელ ჭიქას ჩამოარტყა ცხვირი.
– ნელა, არ დაიფუფქო, შე გადარეულო! – დედასაც სიცილი გაუკრთა ხმაში.
– ჰოდა, დე… – ხალათზე ჩამოეკონწიალა და ქვემოდან შეჰღიმა ლეკვივით. – სანამ ჩაი გაგრილდება, ხომ გახდები ჩემი ტუტუცი, ჰა? – თან სასაცილოდ გაკნაჭული ზურგი მიუშვირა.
– როდის გაიზრდები და დაჭკვიანდები ნეტა… – გრილი ხელები ზურგზე დააწყო დედამ და ნელა, დაგემოვნებით დაუწყო ფხანა.
– მმმმ… – ნასიამოვნები ხმით წაიკრუტუნა გოგომ. – მამამ თქვა, გოგო-მზეები არ იზრდებიანო.
– ეჰ, გოგო-მზეები კი არა, არც მაგათი მამები იზრდებიან და ჭკვიანდებიან, როგორც ვხედავ. – ახლა დედას გაეღიმა, მერე მზისფერ თმაზე აკოცა და საწოლისკენ წავიდა. – გიოს უნდა მივხედო. სველში წევს ბავშვი. რა დროს ზურგის ფხანებია.
– …სულ გიო და გიო… მამა მაინც მოვიდეს მალე. – აბუზღუნდა გოგო, ჩაი მოსვა, ფანჯრის შუშას მიაორთქლა და ზედ საჩვენებელი თითით მგელი მიახატა.
***
ყველაფერი უორდებოდა თვალებში. უსამდებოდა, უოთხდებოდა. კედელს მიეყრდნო. მუსიკის გიჟურ რიტმს აყოლილი გულისცემის დაწყნარებას შეეცადა. მჭახე შუქებისთვის უნდოდა გაერიდებინა როგორმე თვალი, თორემ კიდევ უფრო უარესად ეხვეოდა თავბრუ და გულიც ერეოდა. საწყალი მზერით მიმოიხედა.
„ჩვენებიდან არ დარჩა ვინმე? აუ, ცუდად ვარ. რას გვანან… მოვკვდები ეხლა. არ უნდა დამელია ამდენი. რას ვეჯიბრებოდი იმხელა სირს.“
ისევ წამოაზიდა. ძლივსძლივობით გაიკვლია გზა მგლებად ქცეულ, ერთმანეთში ათქვეფილ რუხ მასაში. ირგვლივ სხეულის სხვადასხვა ნაწილების ქნევით რიტმულად ძიძგიძებდნენ სხვადასხვა ზომის და ასაკის ორფეხზე მდგარი მგლები. გასასვლელს მიაწყდა.
ზორბა მგელმა (დაცვამ) კარი გაუღო თუ არა, გარეთ გამოვარდა. ოფლისგან გაწეპილი თეთრი მაისური ტანზე ეკვროდა, პირი მჟავე ნარწყევით ჰქონდა ამოვსებული. თმაც ოფლიანი და სახეზე მიწეპებული. გაყინულ კედელს მოტიტვლებული მხრით მიეყრდნო და სპაზმმა ორად მოკეცა. წელში რომ გაიმართა, იგრძნო, უარესად მოეკიდა სასმელი.
“მეც მგელი ხომ არ ვარ?” – გაუელვა თავში აზრმა და იქვე, შუშაში არეკლილ საკუთარ თავს შეავლო გაორებული მზერა. არა, იქიდან აშკარად გოგო უყურებდა – ჯინსებში, თეთრ უმკლავებო მაისურში, შიშჩამდგარი თვალებით.
„ქურთუკი!“ – გაახსენდა უცებ თავში განთავსებულ აზუზუნებულ სკას და სიმთვრალის მიუხედავად სიცივისგან გააკანკალა, – „არა. იქ მგლები არიან… არც მახსოვს, სად მივაგდე.“
ტაქსმა დაბარებულივით წაუჩერა ფეხებთან. ის იყო, თბილ სალონში შეიკუჭა, ქურთუკში დატოვებული ფული გაახსენდა.
– შენი დედას შევეცი! – წამოცდა ხმამაღლა.
– ვისი? შენ შიგ ხო არ გაქვს გოგო?! აბა, დროზე გადაეთრიე მანქანიდან!
ახლაღა შეამჩნია, რომ საჭესაც მგელი ეჯდა – ოღონდ ჭაღარა და მოტეხილი. თავზე კუბოკრული კეპით.
– შენი კი არა, ფული დამრჩა შიგნით.
– მაშინ მით უმეტეს გადაეთრიე! წითელი ჯვარი კი არ მაქვს აქ! – ბებერმა მგელ-მძღოლმა ამრეზით გამოხედა გოგოს და ჩამოწეული ფანჯრიდან ნახველის ამოღებით გულიანად გადაიფურთხა.
– ჰოდა, მაშინ შენი დედასაც შევეცი! – კარი მთელი ძალით მიუჯახუნა და იმის გაგონებაზე, თუ როგორ გადმოვიდა ჭაღარა მგელი მუქარიანი გინებით მანქანიდან, იქვე მდებარე პარკისკენ წავიდა არეული ნაბიჯით. უკნიდან ჯერ ვიღაც ახალგაზრდა მგლების ყმუილნარევი სიცილი მოესმა, მერე მანქანის ბრაზიანი ბღუილი გაიგონა და უფრო უმატა არეულ-დარეულ ტემპს.
„პარკი კი არა, უღრანი ტყეა. ჯანდაბა, აქ რა მინდოდა. ტრასისკენ ვერ წავედი?”
უარესად ააკანკალა. ახლაღა იგრძნო, ცრიდა. ძლივს მიყანყალებდა სველ ხეებს შორის. ბალახიც გალუმპული იყო და კედებზე ჩაფართხუნებულ ჯინსის ტოტებს უსველებდა. ოფლიან-წვიმიანი მაისური ტანზე ჰქონდა მიკრული. მხრებში აწურული და აძაგძაგებული მიფრატუნობდა.
უცებ უკნიდან ნაბიჯების ხმა მოესმა და ძალაუნებურად შეანელა სვლა. მიხვდა, ბევრნი იყვნენ და უსიამო გრძნობამ მისხალ-მისხალ ჩაუზომა ხერხემალი. უცბად მოფხიზლდა და საკუთარი გულისცემის გარდა ვერაფერი იგრძნო – ვერც წვიმა, ვერც სიცივე. ერთ მთლიან ნერვად იქცა. ფეთქავდა და ჟღრიალებდა არასწორად დაჭიმული სიმივით. წინ გზისგასაყარი დალანდა მთვარის შუქზე.
„მარჯვნივ წახვალ – გადარჩები (ტყისმჭრელი), მარცხნივ წახვალ – (შეყენება). წინ წახვალ – “, – მამის ხმით წაკითხული ზღაპარი გაახსენდა.

„ისევ არ მოსულა…“ მოწყენილი სახით გაიხედა ფანჯარაში. „უკვე მეორე კვირაა არ დადის.“ მძიმედ ამოიხვნეშა და საკლასო დაფას ცალი თვალით გახედა. „თან დღეს საკონტროლო გვაქვს იმ დებილ ქალთან.“ საერთოდ ჩამოყარა ყურები და კინაღამ იმ ლეკვივით წკმუტუნი დაიწყო, მამა რომ ჩუქნიდა და დედამ არ დაატოვებინა – ძაღლი კი არა, ჩვენ ძლივს ვეტევით სახლშიო.
მასწავლებელმა სიის ამოკითხვა დაიწყო.
– ირაკლი კიდევ არ არის? – სათვალის ზემოდან გამოხედა გოგოს.
– არა, მას… – აქ საბოლოოდ მოიშალა და აკანკალებული ნიკაპი უაზროდ გადაფურცლულ წიგნს შეაფარა.
– რა ჭირიანია ეს ბავშვი. არ გამიგია ამდენი ავადმყოფობა! – უკმაყოფილოდ აშრაშუნდა ქალი და დაფაზე საკონტროლოს თემის ფხაჭნას შეუდგა. – დღეს დავწერთ თავისუფალ თემას: “მგელი – ტყის ექიმი.”
კარზე ფრთხილი კაკუნი გაისმა. შემდეგ გაბურძგნული თავი შემოძვრა, ჯერ გოგოსკენ გააცურა ღიმილიანი მზერა, მერე მასწავლებელს მიანათა კრავის თვალები და სასაცილოდ ბოხი ხმით უთხრა:
– ქეთინო მასწ, დამაგვიანდა და შემომიშვებთ?
– ოჰ, ვაჟბატონო, რაღაი შენ გამოჩნდი… შემობრძანდი, რას დაყუდებულხარ კარებში…
– ავად ვიყავი, მასწ.
– მიდი, მიდი. მიუჯექი შენ კნეინას. ისედაც თვალები მოებრიცა კარისკენ ყურებით, და საკონტროლოსთვის მოემზადე.
ბიჭი სკამზე დაჯდა, რვეული გადაშალა და მარცხენა იდაყვით გოგოს გაჩხიკინებულ იდაყვს მიეხუტა ფრთხილად.
– იკუშ, მართლა სად დაიკარგე…
– მართლა ავად ვიყავი, გოგო-მზე… – გაუღიმა ბიჭმა.
– ოო, ნუ დაიწყე ეხლა შენც მამაჩემივით… – თავადაც გაეღიმა გოგოს.
– ხომ გადამაწერინებ?

მარცხნივ.
წამით შეანელა აბლანდული ნაბიჯი. მერე მარცხნივ გაუყვა. ფეხის ხმაც გაუჩერებლად აედევნა. მოეჩვენა, თითქოს ხრეშზე გაბევრებულ ფეხსაცმელებს ნადირის ქშენა გამოეყო და ლაწირაკი, მთვრალი ბიჭის ხმით ჰკითხა:
– სად მისეირნობ, გოგონი? – და შიშისგან თუ სიცივისგან აწურულ მხარზე ჯერ კიდევ ახალგაზრდა მგლის თათად ჩამოეკიდა.
მექანიკურად აიქნია მხარი და თვალდახუჭულმა მამის ხმის გახსენება სცადა:
„მიდის წითელქუდა უღრან ტყეში და უცებ ბუჩქებიდან მგელი გადმოუხტა…“
– შენ გელაპარაკები გოგო, რას გაშტერდი? – არ მოეშვა უშნოდ აღერღილი უცხო ხმა. ცივ და სლიკინა თევზად ქცეულმა თათმა თავისკენ უხეშად მიატრიალა. თან სველ კუდს მტკივნეულად უტყლაშუნებდა სახეში. დამძიმებული ქუთუთოები გაჭირვებით გაახილა და სამი, ჯინსის ქურთუკებში გამოწყობილი, კბილებდაკრეჭილი და ფირმა-ბოტასებიანი მგელი დაინახა. ბოტასები და კბილები თეთრად ქათქათებდნენ და მთვარეზე მეტად ანათებდნენ ჩაბნელებულ ტყეს.
– ბებიასთან მივდივარ… – მისი სათქმელი თითქოს სხვამ ჩამომარცვლა ჩავარდნილი ხმით.
– ეს მგონი ვერაა, ე!- ახითხითდა მეორე მგელი და რატომღაც გველის ორკაპი ენა გამოასრიალა დაღებული ხახიდან.
– მთლად უკეთესი! – ახროტინდა მესამე მგელი და თეთრი კბილები კიდევ უფრო წაეწვეტა.

მარჯვნივ.
წამით შეანელა აბლანდული ნაბიჯი. მერე მარცხნივ გაუყვა. ფეხის ხმაც გაუჩერებლად აედევნა. მოეჩვენა, თითქოს ხრეშზე გაბევრებულ ფეხსაცმელებს ნადირის ქშენა გამოეყო და ლაწირაკი, მთვრალი ბიჭის ხმით ჰკითხა:
– სად მისეირნობ, გოგონი? – და შიშისგან თუ სიცივისგან აწურულ მხარზე ჯერ კიდევ ახალგაზრდა მგლის თათად ჩამოეკიდა.
მექანიკურად აიქნია მხარი და თვალდახუჭულმა მამის ხმის გახსენება სცადა:
„მიდის წითელქუდა უღრან ტყეში და უცებ ბუჩქებიდან მგელი გადმოუხტა…“
– შენ გელაპარაკები გოგო, რას გაშტერდი? – არ მოეშვა უშნოდ აღერღილი უცხო ხმა. ცივ და სლიკინა თევზად ქცეულმა თათმა თავისკენ უხეშად მიატრიალა. თან სველ კუდს მტკივნეულად უტყლაშუნებდა სახეში. დამძიმებული ქუთუთოები გაჭირვებით გაახილა და სამი, ჯინსის ქურთუკებში გამოწყობილი, კბილებდაკრეჭილი და ფირმა-ბოტასებიანი მგელი დაინახა. ბოტასები და კბილები თეთრად ქათქათებდნენ და მთვარეზე მეტად ანათებდნენ ჩაბნელებულ ტყეს.
– ბებიასთან მივდივარ… – მისი სათქმელი თითქოს სხვამ ჩამომარცვლა ჩავარდნილი ხმით.
– ეს მგონი ვერაა, ე!- ახითხითდა მეორე მგელი და რატომღაც გველის ორკაპი ენა გამოასრიალა დაღებული ხახიდან.
– მთლად უკეთესი! – ახროტინდა მესამე მგელი და თეთრი კბილები კიდევ უფრო წაეწვეტა.

მარცხნივ.
წამით შეანელა აბლანდული ნაბიჯი. მერე მარცხნივ გაუყვა. ფეხის ხმაც გაუჩერებლად აედევნა. მოეჩვენა, თითქოს ხრეშზე გაბევრებულ ფეხსაცმელებს ნადირის ქშენა გამოეყო და ლაწირაკი, მთვრალი ბიჭის ხმით ჰკითხა:
– სად მისეირნობ, გოგონი? – და შიშისგან თუ სიცივისგან აწურულ მხარზე ჯერ კიდევ ახალგაზრდა მგლის თათად ჩამოეკიდა.
მექანიკურად აიქნია მხარი და თვალდახუჭულმა მამის ხმის გახსენება სცადა:
„მიდის წითელქუდა უღრან ტყეში და უცებ ბუჩქებიდან მგელი გადმოუხტა…“
– შენ გელაპარაკები გოგო, რას გაშტერდი? – არ მოეშვა უშნოდ აღერღილი უცხო ხმა. ცივ და სლიკინა თევზად ქცეულმა თათმა თავისკენ უხეშად მიატრიალა. თან სველ კუდს მტკივნეულად უტყლაშუნებდა სახეში. დამძიმებული ქუთუთოები გაჭირვებით გაახილა და სამი, ჯინსის ქურთუკებში გამოწყობილი, კბილებდაკრეჭილი და ფირმა-ბოტასებიანი მგელი დაინახა. ბოტასები და კბილები თეთრად ქათქათებდნენ და მთვარეზე მეტად ანათებდნენ ჩაბნელებულ ტყეს.
– ბებიასთან მივდივარ… – მისი სათქმელი თითქოს სხვამ ჩამომარცვლა ჩავარდნილი ხმით.
– ეს მგონი ვერაა, ე!- ახითხითდა მეორე მგელი და რატომღაც გველის ორკაპი ენა გამოასრიალა დაღებული ხახიდან.
– მთლად უკეთესი! – ახროტინდა მესამე მგელი და თეთრი კბილები კიდევ უფრო წაეწვეტა.
გოგო მიტრიალდა და გზაჯვარედინისკენ გაიქცა.
„გაიხედა წიქარამ უკან და სავარცხლის გადაგდება უბრძანა ბიჭს…“ ისევ მამის ხმა და გადაშლილი ფურცლის შრიალი მოესმა.
თავზე დანანებით გადაისვა თუ არა ხელისგული, ვიღაცის წელთან შემოხვეულმა თათმა ჰაერში აიტაცა. სხვა თათებიც წამოეშველნენ და გახშირებული ქშენით გადაათრიეს სქელი ხის ძირში. სველ ნეშომპალაზე მიაგდეს და უხეშბეწვიანი, ნადირისსუნიანი ტანებით ზედ დაეზილნენ, ბასრი ბრჭყალებით ტანსაცმელი შემოაფლითეს და დაღებული პირებიდან ღვთიურ მანანასავით გადმოცვენილი დორბლებიც უხვად დააფრქვიეს.
– პირველი მე ვარ! – თქვა პირველმა მგელმა და თვალები დააბრიალა.
– კაი, – აწკმუტუნდა მეორე. – ოღონდ დროზე რა, გიო. გასხმაზე ვარ უკვე.
***

***
– ეგაა! გავაფორმე. – კმაყოფილი ხვნეშით გადაძვრა პირველი მგელი. დარჩენილები ერთმანეთში წაძიძგილავდნენ და თეთრი, ბასრი კბილები გააელვეს გოგოს ცისკენ წაწვეტებული თეთრი ძუძუების ფონად.
– ეხლა მე! – ხმაში ხრინწი შეეპარა მეორეს და გოგოს ფეხებშორის სივრცის დაკავებას შეუდგა.
– შენ რატომ ვითომ?
– ჯერ ერთი, შენზე უფროსი ვარ… მეორეც ანბანშიც ი უფრო წინაა ვიდრე თ.
– მოიცაა, ეგ რანაირად… ა, ბ გ, დ, ე, ვ, ზ, თ, ი…
– თქვენ ხო არ გამოყლევდით? დროზე ქენით ეხლა! – აიღრინა პირველი მგელი.
„ღმერთო მწყალობელო. აბა ცოტათი მოუშვი თოკი, ამ ბრიყვსა და ავყიას ენა რომ დავამოკლებინოო! – ასძახა ცას ნაცარქექიამ, ჩუმად კი შინდის გამხმარი ჩხირი ამოიღო და დევს კისერში დააჭირა.”
– მმმ… მიკბინა ამ წაკლამ! მოგკლავ, შენი დედაშევეცი!
ჯერ თბილი ფურთხი დაეცა გათოშილ სახეზე, და მეორე მგელმა სისხლიანი დრუნჩით დაიწყო გოგოს გაფატრვა.
– თან საქმე! თან საქმე რა, იკუშ! – ადგილს ვერ პოულობდა მესამე. პირველი კი ცას შეჰყმუოდა ნასიამოვნები.
***
– მა, გოგო-მზეები თუ არ იზრდებიან და ბერდებიან, აბა რა მოსდით? პირდაპირ ბავშვებად კვდებიან?
– არა. ერთ პლანეტას რომ საკმარისად გაათბობენ, მერე სხვა პლანეტაზე მიდიან სიყვარულის დასარიგებლად.
– მეც ეგრე წავალ ხო?
– მაშ!
– დედა კიდე მეჯაჯღანება, სულ თემიკოს ნუ უსმენ, ამხელა გოგოს ზღაპრების ნუ გჯერაო…
– მოიცა რა, დედამ რა იცის… – გაეცინა მამა.
– დედამ გემრიელი ბლინების გამოცხობა იცის. ჰო, და კიდე ტუტუცივით ზურგის ფხანა. – გაეცინა გოგოსაც.
***
– ჰა, ეხლა შენ, და მორჩით ბიჭო დროზე. გათენდა!
– ჰო, ჰო, ეხლავე. მაინცდამაინც ჩემ ჯერზე ნუ აგეშლებათ კუჭი!
ის იყო მესამე მგელი ამხედრდა მზეზე, რომ გზაჯვარედინზე ვიღაცის ფეხის ხმა მოისმა.
„მმმმმმმმმმმ!“ – აზმუვლდა გოგო და ნეშომპალაში აზელილი კიდურების აკრეფვას შეეცადა.
– გააჩუმეთ, შეჩემა, გააჩუმეთ! – შიში შეეპარა გახრინწულ ხმაში პირველს.
– ჩუმად, შე დედამოტყნულო! – მთელი დაუხარჯავი ენერგიით ყელსა და პირზე დააწვა მესამე.
„მმმმმმმმმმ!“
– მოკეტე-მეთქი, ძუკნა! – მთელი ტანით დააწვა მესამე და უხეში ბეწვით ამოუტენა პირი.
„წვალობს ნაცარქექია, აფხარკალებს ფეხებს, ოხრავს, ქშინავს, მაგრამ კეცს ძვრას ვერ უშვრება… – უკითხავს მამა მშვიდი ხმით.”
– ჩუ, ჩუ!.. გაიარა ხო?
– კი, მაგის დედას შევეცი. რა უნდა ამ დროს აქ?
– ამას რა ჭირს, ე! – უცნაურად ახროტინდა პირველი მგელი.
გოგოს გარშემო დაიწყეს სუნსული და ცისკენ ახელილი თვალების ყნოსვა.
– რა ქენით, თქვე სირებო? – ხმაში ფოლადი გაერია პირველს და ბეწვი კისერთან ავად აეშალა.
– მე რა ვქენი, გიო… თემიკოს ბრალია. მე ფეხებს ვუჭერდი მარტო… – აწკმუტუნდა მეორე და კუდი ამოიძუა.
– მე რა… შენ არ იღრინებოდი, გააჩუმე, გააჩუმეო? – ყბის კანკალით მიუბრუნდა მესამე მგელი პირველს და სისხლიან-დორბლიანი ენა მიწაზე დაუშვა.
– დავაი, გავქრით აქედან. დროზე, შე ყლეო, დროზე! – პირველმა მგელმა მესამეს კბილი გაჰკრა და ღამის სიბნელეს შეერია. დარჩენილებიც მიჰყვნენ სირბილით.
***
– ეს რა არი, დე? – გამოართვა გოგომ დედას ვერცხლისფერი ბაფთით შეკრული კოლოფი.
– გახსენი და ნახავ… – უპასუხა დედამ და პაკეტიდან პროდუქტების ამოლაგებას შეუდგა.
გოგო საწოლ ოთახში გავიდა და ვერცხლისფერ ბაფთას დაქაჩა.
ცოტა ხანში, ოთახიდან გამოსულს უმკლავებო თეთრი მაისური ეცვა. მაისურზე სამი ერთნაირი მგელი იყო ამოქარგული.
– ესენი ვინ არიან, დე? – შეეკითხა გოგო დედას ღიმილით.
– შენ ვინ გინდა, რომ იყონ? – გამოხედა ხახვის ფცქვნისგან აცრემლებულმა დედამ გოგოს.
გოგომ მაისურზე დაიხედა და სახე გაუნათდა.
– ერთი მამა…
– მეორე?
– მეორე – ქვეშაფსია გიოა…
– და?
– მესამე… მესამე ირაკლი იყოს… ჩემი კლასელი…
– რომელი უფრო გიყვარს? – შეეკითხა დედა ღიმილით.
– სამივე! – დაუფიქრებლად დაახეთქა გოგომ და სარკისკენ წაკუნტრუშდა.
***
წევს ნაფურთხები, სხივებშემოძარცვული და მზეჩამქვრალი გოგო ნეშომპალიანი ხის ძირში. თან ცალი, ახალაციმციმებული თვალით ციდან დაჰყურებს პარკში ძუნძულით მიმავალ მგლებს.
– აბა, მგლებო, კბილები დაკრიჭეთ! – ამბობს უცებ დაბოხებული ხმით გოგო-მზე.
„და დაკრიჭეს მგლებმა წაწვეტებული კბილები და შიგნით ჩიჩია ჰქონდათ“, მშვიდი ხმით აგრძელებს მამა…”
ხის გვერდით თეთრი, დაფლეთილი მაისური ქათქათებს სიბნელეში.

Stuart 6

Joanna Trümner

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Musical „The Sound of Music”

Pożegnanie

Rok szkolny dobiegał końca, a wraz z nim kończyła się roczna umowa Stuarta na pracę w szkole. W tydzień po rozdaniu świadectw, w upalny czerwcowy wieczór w udekorowanej girlandami i balonami auli szkolnej odbył się bal absolwentów szkoły w Walton. Poubierani w garnitury chłopcy i dziewczęta w sukniach balowych sprawiali na Stuarcie wrażenie starszych i bardziej dojrzałych. Przypomniał mu się jego pierwszy dzień pracy, kiedy stanął przed klasą i zapisując na tablicy swoje nazwisko, powtarzał w myśli słowa „dasz sobie radę, dasz sobie radę!” oraz moment, w którym strach odjął mu na chwilę mowę. Tych kilkanaście miesięcy minęło bardzo szybko, z biegiem czasu uczniowie nabrali do niego zaufania, przychodzili do niego z prośbą o rady, opowiadali mu o problemach z rodzicami i przyjaciółmi, o pierwszych miłościach i rozczarowaniach. Podczas tych rozmów Stuart poznał tak szczere i intymne fakty z ich życia, że czuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że niedługo opuści swoich uczniów na zawsze. Kim będą ci młodzi ludzie za dziesięć lat – pod koniec czerwca 1981 roku – komu uda się zrealizować plany, złapać w ręce odrobinę szczęścia, kto odważy się wyjechać z tego śpiącego przez większą część roku miasteczka?

Myśli Stuarta przerwały dźwięki piosenki „Climb every mountain” i mimo, że nie lubił tej patetycznej, zbyt często słyszanej piosenki z musicalu, musiał w duchu przyznać, że jej słowa oddają wszystko to, czego życzył młodym ludziom w dniu, w którym zaczynają dorosłe życie.

Młodzież przygotowała dyplomy dla nauczycieli, których chciała szczególnie wyróżnić. Był wśród nich dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia, dyplom dla najbardziej sprawiedliwego nauczyciela i dyplom dla najbardziej lubianego, który wręczono Stuartowi przy dźwiękach jego piosenki „How long is soon”, śpiewanej na scenie przez jego czterech byłych uczniów. Ta prosta, wpadająca w ucho melodia – pierwszy sukces muzyczny Stuarta będzie przez wiele lat trwałym śladem jego pracy w tej szkole.

Dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia wręczono nauczycielowi angielskiego – Williamowi. Stuart nieraz zastanawiał się, jak temu cichemu, niepozornemu młodemu mężczyźnie udało się dotrzeć do młodzieży i zainteresować ją literaturą. Może w chwili, kiedy stał przed klasą i cytował zdania z tysięcy przeczytanych przez siebie książek albo recytował wiersze, zmieniał się w inną osobę? Stuart z zaskoczeniem zobaczył swoją młodszą siostrę Eve w towarzystwie Williama, byli tak zajęci rozmową i zapatrzeni w siebie, że uczucie, które ich łączyło nie było dla nikogo zagadką. Co ten chudy, nieśmiały chłopak w drucianych okularach, tak niepozorny i cichy, że Stuart przez cały okres pracy w szkole, zamienił z nim jedynie kilka słów, znalazł w jego siostrze? Jak mogły się zejść dwie tak bardzo oddalone od siebie planety – ten delikatny, nieobecny duchem chłopak, który przedkładał świat książek nad świat ludzi i głośna, dominująca, wiecznie narzekająca i bardzo przyziemna Eve? O czym potrafili godzinami rozmawiać, czym zafascynowała go ta pełna żalu do życia, losu, rodziców, Stuarta i Kate, nienawidząca swojej pracy w szpitalu i nieufna wobiec ludzi kobieta?

Z inicjatywy Williama powstało w szkole prężnie działające kółko teatralne, wystawiające sztuki Szekspira na plaży. Spektakle ściągały w lecie tłumy turystów, a za zarobione na biletach wstępu pieniądze uczestnicy kółka sfinansowali swój kilkudniowy pobyt w Londynie i zastąpili prowizoryczne, uszyte ze starych ubrań i firan kostiumy i dekoracje nowymi rekwizytami. Patrząc na swoją zatopioną w rozmowie z Williamem siostrę Stuart zrozumiał nagle, dla kogo matka spędzała teraz godziny przy maszynie do szycia.

Jego rodzinny dom zmienił się w ostatnich miesiącach nie do poznania – świeżo pomalowane ściany i nowe meble wprowadziły przytulną atmosferę, na ścianie w kuchni zawisł arkusz brystolu ze zdjęciami wszystkich członków rodziny i słowami „Każdy dzień jest jak nowe życie”. Rodzice coraz częściej wybierali się na długie spacery nad morzem, z których wracali trzymając się za ręce – matka odnajdywała siebie sprzed załamania nerwowego.

Dzień podróży do Australii zbliżał się wielkimi krokami, w dwa dni przed odlotem Stuart przyjechał do Londynu. Zatrzymał się u Stuarta-seniora i Briana. Wieczorem dołączyła do nich Kate i wspólnie spędzili kilka godzin na zakupach. W drodze do Londynu Stuart układał w głowie odpowiednie słowa, którymi chciał podziękować wujkowi i jego partnerowi za wieloletnią pomoc. Ale kiedy przyszedł ostatni wspólny wieczór przed odlotem, wszystkie ułożone w głowie słowa brzmiały tak patetyczne i wyobrzymione, że powiedział tylko: „dziękuję za wszystko”, myśląc równocześnie o tym, o ile łatwiej wymawia się rzeczy mało istotne, czy też słowa pełne gniewu i złości.

Do odlotu zostały jeszcze dwie godziny, Stuart z nudów obserwował współpasażerów podróży i młodą dziewczynę, blokującą od dłuższego czasu budkę telefoniczną, przez ściany kabiny słyszał jej podniesiony głos, który powoli zaczął zmieniać się w płacz. Gdy zapłakana dziewczyna trzasnęła w końcu słuchawką i wpuściła czekających w kolejce ludzi, Stuart poczuł nagle tak silną potrzebę usłyszenia głosu Ann, że jak w transie ustawił się na końcu kolejki. Tak bardzo chciał jeszcze raz, chociaż przez chwilę usłyszeć jej głos. Głos, od którego niedługo będą go dzielić tysiące kilometrów. Po trzecim sygnale usłyszał „Ann Warren” i jej oddech w słuchawce. „Ann Warren, kto mówi?”, a po chwili „Odkładam słuchawkę, proszę zadzwonić jeszcze raz, bo nic nie słychać””.

Teraz Stuart był gotowy do podróży na inny kontynent.

Sydney

Sydney przyjęło go przejmującym chłodem i deszczem – dlaczego właściwie był pewny, że w Australii zawsze świeci słońce, a ludzie chodzą do biur w krótkich spodenkach i T-shirtach? – Jak niewiele wiedział o kontynencie, który będzie teraz jego domem. Na lotnisku rozpoznał w tłumie Iana, trzymającego w ręku kartkę „Welcome home”. Jego przyjaciel w ogóle się nie zmienił w ciągu minionego roku – ta sama poskręcana czupryna i uśmiech, którego nie można nie odwzajemnić.

Mały pokoik Iana w schronisku młodzieżowym na George Street z piętrowym łóżkiem i wspólną dla całego piętra kuchnią i łazienką na korytarzu stał się domem Stuarta na następnych kilka miesięcy pobytu w Sydney. Pierwsza noc w nowym mieście minęła na piciu przywiezionego z Londynu ginu i opowiadaniu o minionych miesiącach. Ian zorganizował pierwszy koncert Stuarta, który miał się odbyć już za tydzień w klubie oddalonym zaledwie o kilka domów od schroniska – miejscu, które zdaniem Iana było jednym z najlepszych adresów w Sydney, prawdziwą kuźnią talentów.

Kolejnych kilka dni Stuart spędził na uregulowaniu spraw pobytowych, podczas wizyty w urzędzie zatrudnienia dowiedział się, że ze swoim dyplomem znajdzie bez problemu pracę nauczyciela w każdym zakątku Australii, ale to na razie nie było dla niego żadną opcją.

W trzeci dzień pobytu zaczął szukać sklepów z gitarami. Chodząc godzinami po ulicach Sydney, tak podobnych do zakątków znanych mu z Londynu, że gdyby nie inna roślinność i unoszący się w powietrzu zapach morza, myślałby, że wciąż tam jest, udało mu się kupić nową gitarę. Siadł na ławce w Ogrodzie Botanicznym i zagrał na niej kilka akordów, które przerwał nagle odgłos przypominający głośny, szyderczy śmiech. Śmiech tak przeraźliwy i przypominający mu o strachu przed niepowodzeniem, że długo nie mógł się uspokoić. Dopiero kiedy zobaczył siedzącego na drzewie nieznanego ptaka, przypomniał sobie, że to kukabura, kukabura chichotliwa.

Knajpa, bo trudno ją było nazwać klubem, w której odbył się pierwszy koncert Stuarta, była zadymionym i świecącym pustkami lokalem i po jednoznacznym spojrzeniu, które Ian wymienił z kelnerką, Stuart zrozumiał, że padł ofiarą wiecznego optymizmu przyjaciela, a kontakty w scenie muzycznej Sydney były po prostu kolejnymi wpisami w notesie jego zdobyczy. Mimo to koncert skończył się sukcesem, Stuart musiał kilkakrotnie bisować i pod koniec wieczoru doszedł do wniosku, że nawet przy niewielkim zarobku to wcale niezły początek. Z honorarium w wysokości 100 dolarów musiał zgodnie z umową oddać 30 Ianowi za jego „kontakty”. W miarę upływu tygodni Stuart miał więcej występów w knajpach, a w rekordowym szóstym tygodniu zarobił 600 dolarów (z czego 200 należało do Iana). Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak daleka jest jeszcze droga do sal zapełnionych tysiącami słuchaczy. Przywiezione z Walton oszczędności starczą jeszcze tylko na kilka miesięcy, ale coś trzeba będzie zmienić w życiu, tym bardziej, że denerwował go pokój z piętrowym łóżkiem i brak miejsca, w którym mógłby ćwiczyć i komponować.

Cdn.

Reblog: Lato 1980.

Radek Wiśniewski

Trans. Między apatią a apostazją.

– Kto był na mszy w niedzielę, ręka w górę – wydał polecenie ksiądz Wania, nazywany tak chyba dlatego, że często dostawał kolorów na policzkach i wyglądał wtedy jak rasowy, rosyjski mużyk z wiechciem jasnych włosów na czubku czaszki oraz kwadratową szczęką. Wszyscy na wszelki wypadek podnieśli ręce poza Benkiem. Benek siedział nieporuszony i tylko tik lewego oka zdradzał, że bardzo, ale to bardzo się boi. Benek jednak bał się całymi dniami, banie się było jego podstawowym zajęciem, a lęk podstawową formą istnienia, od której czasem się uwalniał popijając z żulami piwo albo wino na placu zabaw nad Odrą, a robił to od kiedy odkrył kojącą moc bełta, czyli od połowy szóstej klasy. W szkole bał się bo nigdy nie był przygotowany na nic poza bitką, względnie odbieranie wpeirdolu gdy siły były wystarczająco nierówne, a nierówne były zazwyczaj, bo nikt nigdy nie stawał po jego stronie, a bicie jednego w raźnej grupie zawsze było fajniejsze niż stanie z boku. Po szkole bał się, bo czuł, wiedział, że nie zdoła się przygotować na kolejny dzień do szkoły, nawet gdyby przeszedł jakiś osobowościowy przełom i tu oraz teraz usiadł z mocnym postanowieniem by nadrobić wszystkie zaległości od pierwszej chwili, kiedy przekroczył próg szkoły. Zapewne było to niemożliwe, dlatego właśnie, że jego nieprzygotowanie do konkretnej lekcji sięgało wiele, wiele lat wstecz, prawdopodobnie właśnie do tej pierwszej chwili kiedy przekroczył próg szkoły. Ale i to nie było najgorsze. Najgorsi byli wszyscy kochankowie jego mamy, rodzącej co dwa-trzy lata kolejne rodzeństwo Benka, a mimo to zachowującej widać jakiś specyficzny powab i wdzięk dla kolejnych gachów, których wymieniała w tempie jednego na rok. Niestety wszyscy oni bili Benka i bili jego Mamę, więc pomimo tego, że ostatecznie od kolejnych kłopotliwych kochanków uwalniała się raz za razem, nic się nie zmieniało w świecie Benka. Był bity, a matka była zawsze zajęta kimś lub czymś innym co było zapewne w jej mniemaniu poszukiwaniem szczęścia, zaś jej szczęście jej samej wydawało się mocno sprzężone ze szczęściem jej syna i całej czeredy młodszego rodzeństwa. Była to oczywista nieprawda, bowiem było za późno by nawet największe szczęście na jakie mogli liczyć mogło zatrzymać Benka w jego powolnym, jednostajnym ruchu w kierunku życiowej przepaści, a jemu samemu zostawały huśtawki opodal plebanii nad Odrą, park wokół starej fosy, kolejne ławki wokół stadionu miejskiego i coraz więcej taniego, słodkiego wina. Benek czuł i wiedział, że w jego wypadku istnieje coś takiego jak przeznaczenie lub los i poddawał się mu bez oporu, aczkolwiek z rosnącym lękiem i bezradnością. Wiedział o tym Benek i wszyscy naokoło. Nikt zatem nie zdziwił się zatem, że brakowało tej jednej podniesionej ręki, ręki Benka. Tak samo jak nikt się nie zdziwił, że ten brak zwrócił uwagę księdza Wani.

– Chodź no tutaj Tomkowski – ksiądz Wania schylony do tej pory nad dziennikiem wyprostował się i oparł wygodnie na krześle. Widać to było wyraźnie, bo szerokie biurko katechety stało na niewielkim podwyższeniu na lewo od tablicy.
– Ale po co? – zapytał Benek zaczepnie jakby próbował jednak jakoś się obronić, przed tym co musiało nadejść nieuchronnie – bo co, bo nie podniosłem ręki? Nie podniosłem bo nie byłem, to przynajmniej nie kłamię.
– Pozwól no tutaj, pozwól – lodowato spokojnym głosem powtórzył polecenie ksiądz i oparł szerokie, mięsiste dłonie o krawędź stołu. Benek niechętnie podniósł się z ławki na końcu salki katechetycznej i powoli po trzeszczących deskach ruszył w stronę podestu z biurkiem. Kiedy stał już obok podestu ksiądz pokazał gestem, że ma wejść na podest. Nie było tam dużo miejsca, biurko zajmowało większość podestu, więc ktokolwiek by na nim stanął wisiał piętami poza podestem.
– Opowiesz nam wszystkim Tomkowski dlaczego to nie byłeś na mszy? – zapytał z wystudiowanym spokojem ksiądz Wania.
– Bo nie i już, nie zawsze mogę być, nawet jakby chciał być.
– Myślisz że Pan Bóg to jest chłopiec na posyłki?! – Wania mówił ciągle spokojnie, chociaż czuć było, że rośnie w nim wściekłość, wszyscy to czuli – a może to jest petent dla którego możesz, ale nie musisz znaleźć czasu? Nikt się ciebie gnoju nie pyta czy ty chcesz, czy możesz! Rozumiesz?! To obowiązek jest! I masz być co niedziela!

Twarz Benka nie wyrażała zrozumienia, tylko psią rezygnację, apatię zwierzęcia, które zna ciąg dalszy sekwencji zdarzeń. To najwidoczniej nie dało satysfakcji księdzu Wani, który pożądał zrozumienia, albo czegoś innego niż wyrażała pociągła, piegowata, okolona rudymi włosami twarz Benka.

– I czego się tak gapisz koniowale?!! – ryknął katecheta – Msza święta to twój zasrany obowiązek kurwi synu, nikt się ciebie nie pyta czy możesz czy nie, masz być i słuchać! Mamusia się puszcza, tatusia nie ma w domu? Bo tak samo jak ty, synu dziwki nie chodzili i nie zawsze mogli! I zamiast chodzić do kościoła uczyli się picia, pierdolenia i palenia i tak samo chowają ciebie! Rozumiesz czy nie?!
– Ksiądz się odczepi od mojej matki – wykrztusił Benek i zrobił się cały czerwony, przez co wydawało się że zanikają piegi na jego twarzy, ale że cała twarz zamienia się purpurowy owal.
– Tyyy psia jucho ty – ksiądz Wania w jednej chwili zamachnął się lewą ręką, która wydawała się wręcz przybita na stałe do stołu i uderzył Benka z całej siły w lewą część głowy, a zrobił to tak gwałtownie i z taką siłą, że Benek bezwładnie poleciał na tablicę, odbił się od niej wzniecając małą kurzawę pyłu kredowego, który podniósł się z korytka pod tablicą i wylądował ostatecznie przed pierwszym rzędem ławek zwyczajowo zajmowanym przez dziewczyny. Czerwony na twarzy a zarazem umorusany kredą leżał dłuższą chwilę na podłodze a dziewczyny z pierwszej ławki nie wiedzieć dlaczego zaczęły się chichrać i dławić udawany śmiech. Ale czujne oko księdza już błądziło gdzie indziej i złowiło natychmiast owalną twarz Piątka.
– Ty, Piątek, taki zadowolony jesteś, wstań no proszę i opowiedz nam jakie były czytania w niedzielę na mszy…

Piątek trafiony celnie zmartwiał, ale po chwili wstał, uśmiechnął się nieśmiało i zaczął:

– No więc było z proroka Izajasza…
– Jeremiasza – szepnął teatralnie Dryla z ławki obok
– Dryla! – wrzasnął ksiądz – chodź no tutaj i ty Piątek też!
Obaj zaczęli posłusznie przeciskać się przez wąskie przejście między ławkami mijając po drodze wracającego Benka rozcierającego sobie lewe ucho, które było napuchnięte i czerwone.
– Ale nas to ksiądz nie będzie bił, co? – zapytał z ironicznym uśmiechem Piątek
– Nieee – uśmiechnął się ksiądz – was nie, chcę tylko się dowiedzieć… bliżej, bliżej – wskazał im to samo miejsce na którym przed chwilą stał z piętami w powietrzu Benek – chciałbym się dowiedzieć, który z was tak naprawdę był na mszy w niedzielę, bo a pewno nie obaj, chociaż obaj podnieśliście ręce…

Odpowiedziało mu milczenie. Dryla stał ze spuszczoną głową, tak jak to miał wyćwiczone ze szkoły, a Piątek patrzył księdzu w oczy, jakby nie wiedział, że wściekłemu zwierzęciu nie wolno patrzyć w oczy bo to je prowokuje.

– Na pewno nie obaj – powtórzył przez zaciśnięte zęby ksiądz Wania – bo czytania były akurat z Koheleta psia wasza mać – i chwycił ich obu za koszulki a potem pchnął z całej siły tak, że wprawdzie nie odbili się od tablicy wiszącej na ścianie po prawej jak Benek ale lecieli po malowanych i wyświechtanych deskach dobre dwa lub trzy metry nie potrafiąc złapać równowagi by wyrżnąć z całej siły plecami i głowami w ścianę jaka była za ich plecami przy cichym ale wystarczająco donośnym chichocie dziewczyn z pierwszej ławki.
– Kto mi powie o czym było kazanie – ksiądz uśmiechnął się przebiegle i jego wzrok padł na ciebie.

Ale w tobie coś właśnie pękało do końca, coś co było już kiedyś mocno poruszone i zetlałe. Może od tego momentu kiedy śmietnik na podwórku nie chciał się mimo twoich gorących modlitw zamienić latem ani zimą w pojazd Załogi G. A może chodziło o coś jeszcze innego, czego sobie nie uświadamiałeś do tej pory. W każdym razie podniosłeś się, nie czekając na wezwanie księdza ale wydostawszy się spomiędzy ciasno zestawionych ławek skręciłeś w lewo, w stronę drzwi wyjściowych z salki, uświadamiając sobie nagle, że cały ten odpustowy stragan przemocy działa tylko dlatego, że ktoś uznaje, że musicie przystąpić do bierzmowania, że jakieś tam rzeczy wydają się niezbędne a wcale takimi nie są. Że oprawca ma w tym wypadku tylko tyle mocy ile sam mu oddasz.

– A ty gdzie?!!! – ryknął ksiądz Wania, tak że poczułeś mrowienie w okolicy pośladków. W pierwszej chwili myślałeś że wyrwie zza biurka i będzie chciał cię dopaść. Odwróciłeś się odruchowo w kierunku zagrożenia i zobaczyłeś, że istotnie uniósł się zza biurka i stał pochylony nad nim ale nie był w stanie cię dopaść. Dzieliło was ładnych kilka metrów, podczas gdy on tkwił za biurkiem i ubrany był w grubą sutannę. Nawet gdyby skoczył przez biurko, raczej by cię nie dogonił.
– A do domu… – odpowiedziałeś głośno i wyraźnie. Ksiądz Wania uniósł brwi a jego kanciasta twarz wyrażała bezbrzeżne zdziwienie.
– Jak stąd wyjdziesz to zapomnij gnoju o bierzmowaniu! – wycharczał – zapomnij o czymkolwiek!
– Tak zrobię – odpowiedziałeś i nacisnąłeś klamkę drzwi, które przecież nie były zamknięte na klucz.

I wyszedłeś, tak jak się wychodzi z kina, sklepu, przychodni lekarskiej, kiedy powód przebywania w danym miejscu przestał być istotny. Na zewnątrz było chłodno. Październik był, może początek listopada, pełno mokrych liści na bruku starego miasteczka, w parkach, niewielkie plamy światła latarni ulicznych, z których nie wszystkie świeciły.

Stuart 3

Joanna Trümner

“He deals the cards as a meditation. And those he plays never suspect” („Rozdanie kart to dla niego medytacja, a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają” – Sting: Shape of my heart).

Los, czy też On, w którego istnienie Stuart nie wierzył, rozdawał mu przez następne cztery lata same asy i króle. Ten szczęśliwy okres w życiu zaczął się pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu, wynajmowanym przez rodzeństwo z Cardiff – Iana, studiującego ekonomię na tej samej uczelni, co Stuart i jego siostrę, Ann, studiującą literaturę angielską na innej z londyńskich uczelni.

Ten pierwszy wieczór spędzili na słuchaniu muzyki i rozmowach, popijając piwo kupione dzięki uprzejmości nie pytającego o wiek klientów Rasheeda. Mały sklepik Rasheeda, znajdujący się na parterze ich domu, który oferował klientom alkohole, papierosy, kilka podstawowych artykułów spożywczych i ostre przekąski kuchni indyjskiej, nieraz ich uratował przed pustą lodówką i przymusowym głodowaniem. Byli jedynymi brytyjskimi klientami, co sprawiło, że do końca pobytu na Greenwich korzystali z przywileju zakupów na kredyt.

W miarę upływu godzin w maleńkiej kuchni, gdzie rolę krzeseł spełniały wypożyczone od Rasheeeda skrzynki po piwie, znajdowali coraz więcej wspólnych zainteresowań, a pod koniec wieczoru ustalili, że będą wspierać muzyczną karierę Stuarta – Ann, pomagając mu przy pisaniu tekstów piosenek, a Ian szukając kontaktów czy sal na koncerty i prowadząc rozmowy o honorariach awansował do roli menadżera.

Już podczas tego pierwszego spotkania Stuart zapatrzył się w oczy Ann, ciemnoniebieskie, przypominające wzburzone morze. Była tak inna od kobiet, które znał do tej pory – od matki, sióstr, rozchichotanych koleżanek ze szkoły w Walton, jej opowiadania o przeczytanych książkach i recytowane półgłosem wiersze Emily Dickinson brzmiały jak muzyka, z każdą spędzoną wspólnie godziną tonął coraz głębiej w tych ciemnoniebieskich oczach.

Wkrótce Stuart, Ann i Ian stali się nierozłączni. Po zajęciach na uczelni spotykali się na mieście, w mieszkaniu na Greenwich, żeby wspólnie gotować dosyć nieporadne obiady, albo przed studiem na Abbey Road, gdzie wraz z tłumem innych młodych ludzi z różnych zakątków świata czekali na okazję do zobaczenia chociażby przez chwilę swoich idoli. I po kilku miesiącach wyczekiwania, pewnego deszczowego kwietniowego wieczoru, kiedy przemoknięci do suchej nitki i bliscy odejścia stali na chodniku przed Abbey Road Studios, los w końcu się do nich uśmiechnął. Otworzyła się brama studia i wyszedł z niej Paul McCartney. Wyglądał tak inaczej niż w telewizji i na zdjęciach w gazetach, tak młodo, że nie bardzo od razu mogli uwierzyć, że to właśnie on podawał im rękę na przywitanie, uśmiechając się i witając skromnym „Hi, I am Paul” – tak jakby jeden z najbardziej znanych na świecie muzyków, którego twarz znana była milionom ludzi na całym świecie, musiał się komukolwiek przedstawiać.

Paul zaprosił ich do studia, i pokazując miejsce, w którym powstawały znane wszystkim młodym ludziom piosenki, wypytywał, kim są i czym się zajmują. Stuart odważył się przyznać do tego, że też jest muzykiem i usłyszał radę: „W Europie i Stanach będzie potwornie ciężko się przebić, to walka na noże, bez pardonu, pomyśl o jakimś innym kraju”. Spędzili na Abbey Road niecałych dziesięć minut, które w późniejszych wspomnieniach wydawały im się wiecznością.

Wracając do mieszkania na Greenwich odtwarzali w pamięci każdy szczegół tego spotkania, nie bardzo wciąż wierząc w swoje szczęście. Ian, który musiał tego wieczoru pracować w jednym z klubów na Soho, opuścił ich około ósmej, a Ann i Stuart kupili u Rasheeda pierwszą w życiu butelkę francuskiego szampana, aby godnie uczcić ten szczególny dzień. Była to też ich pierwsza, wspólnie spędzona noc – początek bliskości, jakiej nie przeżyli do tej pory z innym człowiekiem. Dziecinne zafascynowanie Stuarta zaczęło przeobrażać się w pierwszą, odwzajemnioną, dojrzałą i bardzo szczęśliwą miłość, a każdy dzień w kolejną wspólną przygodę.

Wolne od nauki wieczory spędzali na pisaniu i komponowaniu piosenek lub na rozmowach o książkach, teatrze, życiu, i zmianach, które zachodziły wokół nich. Szczególnie lubili długie, deszczowe dni, które otuleni jednym kocem spędzali w łóżku, słuchając muzyki – nawet milczenie z Ann było piękne. Po latach wracał myślami do tych wieczorów, zastanawiając się, czy wszyscy ludzie na świecie chociaż raz przeżyli podobną miłość w życiu – nie tylko fascynację, seks, kilkumiesięczne zapatrzenie, ale bliskość, uczucie, że od tej pory nigdy już nie będziesz sam, bo ktoś stał się nieodłączną częścią życia. Myślał o ludziach, którzy nigdy nie kochali, o Rasheedzie, żyjącym w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie z kuzynką – on prawdopodobnie nie wiedziałby, co zrobić z taką miłością.

Ian przyglądał się temu, co zachodziło między nimi, z pewnym niedowierzaniem i ciekawością, czasami denerwował go ten nadmiar szczęścia i niewdzięczna rola obserwatora. Z pewnym pobłażaniem myślał o tym, że każdy wrażliwy muzyk musi mieć jakąś muzę, jemu samemu zaś wystarczały niezobowiązujące znajomości z ładnymi kobietami, których imiona zapisywał skrupulatnie w kalendarzyku. Wieczory wolał spędzać na tętniącym życiem Soho, poznając nowych ludzi z różnych zakątków świata i zbierając pierwsze doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Dzięki kontaktom Iana Stuart zaczął dorabiać jako ochroniarz w jednym z klubów nocnych na Soho, te dodatkowo zarobione funty umożliwiły mu kupno drugiej gitary. Stypendium z uczelni, regularne zastrzyki pieniężne Stuarta-seniora, praca w klubie i comiesięczne wizyty w Walton, gdzie nawet ojciec, dla którego był do tej pory niewidoczny, zaczął wpierać finansowo pierwszego studenta w rodzinie, pozwalały mu pobyt w tym drogim mieście.

Stuart-senior pełnił dalej rolę anioła-stróża, jego „rodzina” powiększyła się teraz o Ann i Iana. Wpadali do galerii co najmniej raz w tygodniu i podczas z którejś z wizyt Stuart-senior wpadł na pomysł, żeby odbywające się raz w miesiącu wernisaże urozmaicić występami siostrzeńca. Pierwszy publiczny występ Stuarta zakończył się bisami – ludzie potrzebowali jego pełnych radości i optymizmu piosenek.

Lata studiów były latami pełnego szczęścia, niezmąconego nawet przez fakt, że dwa letnie miesiące spędzał pracując w pubie rodziców w Walton. Bardzo brakowało mu Ann, ale wiedział, że ktoś na niego czeka i z radością wypatrywał dnia, kiedy otworzy drzwi mieszkania na Greenwich. Pisali do siebie piękne, długie listy – listy Ann kończyły się zawsze zdaniem: „Kocham Cię niesamowicie”.

W Walton nie narzekał zresztą na samotność. Godziny w pubie przepracowywał w towarzystwie młodszej o dwa lata siostry – Kate. Z tej małej dziewczynki, która jako dziecko denerwowała go pedantycznie poukładanymi w pokoju rzeczami, nielubianej w szkole prymuski, zrobiła się pewna siebie, bardzo oczytana i dowcipna, piękna młoda kobieta. Jako druga w rodzinie zdobyła stypendium na uniwersytecie w Brighton. Tak jak Ann będzie studiowała literaturę angielską i młode kobiety wkrótce zostaną najlepszymi przyjaciółkami. Kate będzie odwiedzała ich w Londynie co miesiąc i zapisana zostanie pod numerem 79 w kalendarzyku Iana. W czwórkę wybiorą się w pierwszą zagraniczną podróż – dwutygodniowy wyjazd na Cypr. Wyjazd ten, zakończony aresztowaniem przez miejscową policję i dobą spędzoną w areszcie za kąpanie się na golasa w morzu, był zwiastunem czarnych chmur, które zaczęły gromadzić się nad głową Stuarta.

Burza, która doprowadziła do końca jego związek z Ann, rozpętała się na rozgrzanej sierpniowym słońcem plaży w Walton. Ann przyjechała do niego z niezapowiedzianą wizytą i poprosiła o wspólny spacer nad morzem. To, co miała mu do powiedzenia, nie było przeznaczone dla uszu ciekawskich rodziców i klientów pubu.

Wyznanie Ann, że najprawdopodobniej jest w ciąży, było dla niego szokiem, oczami wyobraźni widział siebie w roli nauczyciela matematyki w szkole w jakimś prowincjonalnym angielskim miasteczku i koniec marzeń, którymi żył do tej pory. „To będziemy musieli się pobrać, bo chyba nic innego nie można zrobić” – powiedział cicho, nie wiedząc, że właśnie powstaje na ich związku rysa, której nie da się już naprawić.

Kiedy w kilka tygodni później, już w Londynie, dowiedział się, że ciąża Ann była fałszywym alarmem, odetchnął z ulgą i przekonaniem, że nic między nimi się nie zmieniło.

Ann, która spała przez wiele miesięcy w jego pokoju, wyprowadziła się z powrotem do swojego łóżka i coraz rzadziej spędzali wspólnie czas. Łudził się, że to chwilowa zmiana i zdecydował się przeczekać. Coraz więcej czasu spędzał z Ianem i kolegami ze studiów, poznając nocne życie Londynu. Skonkretyzował też swój plan wyjazdu – według rady Paula – to miała być Australia, bo tam rynek muzyczny nie był tak zapełniony talentami jak w Anglia, czy w USA i łatwiej można się wybić. Poza tym Stuart „anioł stróź” znał tam kogoś, u kogo mogliby przez jakiś czas zamieszkać. Kiedy nadszedł koniec studiów był tak zajęty zdawaniem ostatnich egzaminów i pisaniem pracy dyplomowej, że nie zauważył, że Ann milczy podczas rozmów o planowanym wyjeździe.

Cdn.

 

Stuart 2

Joanna Trümner

Brian

Zanim Brian przyszedł na świat w dwa lata przed wybuchem wojny jego rodzinny dom, stojący w jednej z najdroższych dzielnic Londynu – Highate wychował już kilka pokoleń lekarzy, prawników, bankierów, kupców i dyplomatów. Gdyby spoczywający na pobliskim cmentarzu w towarzystwie Faradaya, Dickensa i Galswothy‘ego Karl Marx mógł wstać z grobu i przejść się po Highgate, zdruzgotany byłby dobrobytem i „fetyszyzmem towarowym” jej mieszkańców. Ojciec Briana był kolejnym ogniwem tej nie przerwanej nawet przez II wojnę światową i naloty na Londyn rodzinnej historii sukcesów, prowadząc dobrze prosperującą kancelarię prawniczą, w której doradzał zamożnym klientom, jak nie stracić przekazywanych z pokolenia na pokolenie majątków w obliczu takich kataklizmów życiowych jak rozwód, długi lub niewdzięczne, marnotrawne dzieci. Decyzja Briana o podjęciu studiów na historii sztuki i wyprowadzenia się do wynajmowanego w centrum Londynu pokoju, postawiła co prawda pewien znak zapytania nad kontynuowaniem rodzinnej tradycji powiększania majątku i zdobywania coraz to wyższej pozycji społecznej, niemniej jednak ojciec zdecydował się na sfinansowanie tej fanaberii po poznaniu wśród swoich klientów ludzi, którym udało się zarobić duże pieniądze na handlu sztuką. Ojciec od dawna niepokoił się o przyszłość tego delikatnego, cichego chłopca, spędzającego najchętniej samotnie czas na malowaniu obrazów w pastelowych kolorach i czytaniu, tak bardzo różniącego się od swoich rówieśników. Zapewne pomógłby też Brianowi stawiać pierwsze kroki na rynku handlu sztuką, uruchomiając kontakty i pieniądze, gdyby nie doszło do tej fatalnej rozmowy podczas niedzielnego, rodzinnego obiadu w Highate, w trakcie której rodzice dowiedzieli się, że nie mogą oczekiwać od syna założenia tradycyjnej rodziny, bo nie potrafi żyć z kobietą. Rozmowa, którą dzisiaj określa się mianem „coming out” oznaczała w tamtych latach początek końca rodziny.

Następne tygodnie ojciec spędził w bibliotece Królewskiego Towarzystwa Medycznego na czytaniu artykułów medycznych o metodach leczenia „choroby” syna. Jako prawnik nie chciał, by syn dopuszczał się wykroczeń przeciwko obyczajowości, prowadzących nieuchronnie do procesu i ukarania, być może nawet do więzienia, a jako ojciec i człowiek czynu wierzył głęboko w uleczalność każdej choroby, nawet tej, która do roku 1973 figurowała na liście chorób psychicznych Swiatowej Organizacji Zdrowia. Wśród licznych terapii, przedstawianych w fachowej prasie medycznej, najbardziej przekonywało go długoterminowe lecznie, polegające na próbie usunięcia podniecenia seksualnego poprzez wprowadzenie skojarzeń między bodźcami stymulującymi seksualnie z bólem w postaci szoków elektrycznych lub środków wymiotnych. Tę „terapię behawioralną” przeprowadzić można było w kilku specjalizujących się na niej klinikach w Stanach.

W deszczowy, październikowy dzień wezwany przez ojca Brian zasiadł na ławie oskarżonych w swoim rodzinnym domu, a pełniący rolę prokuratora ojciec postawił go przed ultimatum: „Albo zgadzasz się na terapię, albo przestajesz być członkiem naszej rodziny”. Odrzucił terapię, a to oznaczało zerwanie więzi z rodziną. Na pożegnanie ojciec nie podał mu ręki, lecz kopertę, w której znajdowało się 5.000 funtów – ostatnia inwestycja w przyszłość byłego członka rodziny.

Opuszczając na zawsze dom w Highgate natknął się na schodach na zapłakaną matkę i zdążył zadać jej pytanie: „Dlaczego nie pozwolicie mi być sobą?”

Następnego dnia Brian został skreślony z testamentu ojca, a kolejne dni w Highgate minęły na zacieraniu wszelkich śladów jego bytności w tym domu, co przeprowadzono w sposób dobrze zorganizowany i skrupulatny, nawet zdjęcia roześmianego chłopca z kręconymi włosami blond i smutnymi, jasnoniebieskimi oczami spalone zostały w kominku wraz z malowanymi w samotności dziecięcego pokoju pastelowymi obrazami.

Brian dość szybko znalazł pracę w Narodowej Galerii Portretu na St. Martin’s Place. Opracowywał katalogi i tablice informacyjne o wystawianych w galerii portretach słynnych Brytyjczyków, prowadził korespondencję w sprawie nabywania nowych obrazów lub zdjęć i organizował wystawy. Im dłużej przebywał wśród obrazów opowiadających o osobach i historiach z przeszłości tym bardziej pragnął znaleźć miejsce, które mówiłoby o toczącym się dookoła, kolorowym i dziejącym się dzisiaj i teraz życiu. Marzenie o założeniu własnej galerii – miejsca, w którym odkryci zostaną młodzi, nieznani przez nikogo malarze i które w przeciwieństwie do ciszy Narodowej Galerii Portretu tętnić będzie życiem i śmiechem młodych ludzi podczas spotkań i wernisaży, dojrzewało w głowie Briana przez kilka lat.

Galeria

W Narodowej Galerii Portretu znalazł też pracę w roli dozorcy mieszkający od kilku miesięcy w Londynie Stuart. Ich znajomość zaczęła się od długiej rozmowy przed najważniejszym eksponatem muzeum – portretem Wiliama Szekspira. Po tamtym spotkaniu zaczęli się spotykać co wtorek, w kilka minut po zamknięciu muzeum dla publiczności stawali przed coraz to innym eksponatem i prowadzili coraz dłuższe rozmowy o sztuce, Londynie i otaczającej ich dookoła samotności. Po kilku miesiącach znajomość ta przerodziła się w miłość, a ponad rok od spotkania pod portretem Szekspira zdecydowali się razem zamieszkać i podjąć próbę realizacji wspólnego marzenia o własnej galerii obrazów.

Pieniądze, które Brian otrzymał na pożegnanie od ojca, pozwoliły wynająć pomieszczenie na galerię przy Green Park. Na początku wisiało w niej tylko dziesięć obrazów, kupionych od ulicznych malarzy. Ale dzięki smakowi i wiedzy Briana z biegiem czasu, po kilkunastu miesiącach przeczekanych dzięki rodzinnemu „odszkodowaniu” drogę do galerii zaczęli znajdować kolekcjonerzy sztuki i turyści. Brian i Stuart uzupełniali się perfekcyjnie – Brian zajmował się doborem wystawianych dzieł, instynktownie odgadując zmieniające się oczekiwania klientów i obserwując zmiany zachodzące w sztuce, Stuart zajmował się organizacją – to dzięki jego pomysłowości odbywały się tam często wernisaże i happeningi, wieczory z poezją i muzyką. Z biegiem czasu galeria stała się jednym z ulubionych miejsc spotkań miłośników sztuki i zaczęła przynosić dochody. Stała się tym tętniącym życiem i śmiechem młodych ludzi miejscem, o którym marzył Brian.

Londyn

Anonimowość tego miasta-molochu pozwalała im być sobą, zaczęli poznawać podobnie żyjące pary i mimo, że od marszy London Pride, pokazujących całemu społeczeństwu kulturę homoseksualistów, dzieliło ich jeszcze ponad dwadzieścia lat, wiedzieli, że znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Pojawienie się w ich życiu Stuarta-juniora zbliżyło ich jeszcze bardziej do siebie. Dla tej pary, która nigdy nie będzie miała własnych dzieci, siostrzeniec, Stuart-junior, przejął rolę syna. Prześcigali się w dogadzaniu temu dziewiętnastoletniemu dziecku, spędzając wiele czasu na rozmowach o jego planach, podsuwając mu do czytania arcydzieła literatury światowej, zabierając go na ciekawe wystawy i koncerty i kupując płyty z muzyką, której słuchała wtedy młodzież na całym świecie. To właśnie dzięki nim poznał muzykę swoich idoli – The Beatles. Ich „syn” powoli pozbywał się strachu przed hałasem wielkiego miasta i resztek nawyków z prowincji, a z pierwszej wizyty u fryzjera w Londynie wyszedł ostrzyżony „na beatlesa”. Z każdym tygodniem coraz bardziej upodabniał się do młodych mieszkańców Londynu.

Nie zapominał też o swoich obowiązkach i dobroczynnym stypendium, dzięki któremu mógł opuścić Walton. Chętnie chodził na uczelnię i słuchał wykładów z matematyki – wydawała mu się jedyną dziedziną życia, w której wszystko da się tak dokładnie i systematycznie poukładać, wyliczyć i przewidzieć. Potrafił spędzać godziny na rozwiązywaniu równań, szukaniu algorytmów, rachunkach prawdopodobieństwa, zafascynowany tym, że matematyka mogła wszystko wyjaśnić i ułożyć w całość.

Jak każdy kochający rodzic, który wie, że dzieci muszą wyfrunąć z gniazda, żeby nauczyć się latać, Stuart-senior od samego początku pobytu siostrzeńca w Londynie był zdania, że powinien on zamieszkać ze swoimi rówieśnikami oraz poznać miasto i życie, widziane oczami młodych ludzi. Przez przypadek dowiedział się od klienta o rodzeństwie studentów, szukających współlokatora do taniego mieszkania w Greenwich.

Przeprowadzka Stuarta odbyła się 12 lutego 1964 roku, w dzień po pierwszym koncercie The Beatles w Waszyngtonie, który wywołał wśród tamtejszej młodzieży ekspolzję. Trzy tysiące oszalałych fanów czekało na członków zespołu: Johna Lennona, Paula McCartneya, Geroge’a Harrisona i Ringo Starra już pięć dni wcześniej, gdy ich samolot lądował na międzynarodowym lotnisku Johna F. Kennedy’ego. W dzień przeprowadzki Stuart oglądał krótkie wzmianki o tej wizycie w Stanach, myśląc z dumą o tym, że mieszka w tym samym mieście, co jego idole i musi znaleźć drogę do zobaczenia Abbey Road Studios w Westminster i swoich idoli.

Wchodząc z wielkim plecakiem i walizką do nowego mieszkania w Greenwich nie wiedział, że właśnie znalazł dwie najważniejsze osoby w życiu – przyjaciela, z którym zdecyduje się wyjechać do Australii i swoją wielką pierwszą miłość.

Cdn.