A to Polska właśnie…

Wczoraj w wielkich bólach konwencja została przyjęta, na pytanie dlaczego w wielkich bólach, skoro chodzi o sprawę oczywistą odpowiedziała…

Aleksandra Puciłowska przy współudziale Kingi Chojnickiej

Dlaczego Polska miała problemy z ratyfikacją konwencji przeciwko przemocy domowej?

Długo proszono mnie o napisanie tekstu na temat konwencji. I szczerze mówiąc: nie wiedziałam za bardzo, co można by mądrego na ten temat napisać?
Sprawa jest w sumie jasna i prosta: czy z lewa, czy z prawa – każdy deklaruje się, iż jest przeciwny przemocy. Nie tylko zresztą wobec kobiet, ale i ogólnie. Sięgając po cytat z jednej z kultowych polskich komedii lat 80 chciałoby się więc powiedzieć: i nad czym tu deliberować…?

W Polsce jednak, jak to w Polsce, musieliśmy i z tego tak istotnego tematu zrobić swoje własne polskie piekiełko. Bo nie byliśmy sobą, gdyby tak nie było.
Okazało się bowiem w stosunkowo krótkim czasie, że w przemocy wcale nie o przemoc chodzi, a o wprowadzenie tylnią furtką jednego z głównych obecnie wrogów polskiego Kościoła, jakim jest bardziej chyba demoniczny od samego demona GENDER.
Że Kościół musi mieć wroga, bo bez niego nie będzie istniał jest już nawet nie tylko oczywiste, ale i filozoficznie poparte. Bo skoro istnieje dobro, to musi istnieć i zło, bo jak inaczej wiedzielibyśmy, czym jest samo dobro..?
To, że wróg ten dla Kościoła musi być namacalny wiemy już z Biblii, która mówi o diable. To, że diabeł ten musi być obecny w naszym życiu codziennym, byśmy jak zagubione owieczki lgnęli do Kościoła w lęku i nadziei na ocalenie, udowodniono nam już nadto. I tak się kręci ta zabawa od ponad 2 tysięcy lat.
Za wroga można sobie wziąć dowolnego przeciwnika – ważne by był, by się i żadna zębatka w tej dobrze już naoliwionej maszynie nie zacięła. Najnowszym jest gender – wciska się on nam drzwiami i oknami, by zniszczyć prawdziwą polską, katolicką rodzinę. Jak się zapieramy i nie chcemy go wpuścić frontem, to próbuje tylnym wejściem od kuchni. A w kuchni przygotowują między innymi różnego rodzaju podejrzane konwencje, co to pod przykrywką słusznych idei wpuszczają na naszą chrześcijańską enklawę w samym środku hedonistycznej Europy zepsucie, grzech i klęskę prawidłowego porządku świata.
A prawidłowy obraz świata jest taki, że jak Bóg coś złączy to człowiek tego nie powinien rozdzielać. I nieważne, co się dzieje za ścianą u sąsiada – czy mąż przyszedł tym razem z kwiatami czy z pięściami. Każdy musi dźwigać swój krzyż, jak dźwigał go Jezus. Więc i kobieta niech nosi swoje brzemię i ratuje splecione świętym węzłem małżeńskim własne piekiełko na tym ziemskim padole. Nieważna jest cena, jaką trzeba będzie za to zapłacić, istotny jest cel. A ból i cierpienie uszlachetnia, przecież tak mówili ostatnio na mszy w niedzielę. Przecież tak samo cierpiał biblijny Hiob, a Bóg mu to wszystko wynagrodził. Trzeba być silnym. Trzeba być cierpliwym.
A nie daj Boże zacząć jątrzyć i zawracać sobie głowę własnym szczęściem i poczuciem godności, ba! nawet indywidualności, a co gorzej samodzielności. Zaraz przyjdą do głowy jakieś szatańskie pomysły o niszczeniu rodziny w imię własnego egoizmu.
A właśnie temu służyć mają te europejskie pomysły pisane zapewne przez jakieś tajemnicze lobby LGBT w tajnym gabinecie w Brukseli. Bo i my – homo-, bi- i transseksualiści ponownie maczamy palce w tej rewolucji ogólnoświatowej, której głównym celem jest zagłada ludzkiego gatunku. A w obronie tego zagrożonego, znanego nam i jedynie słusznego katolickiego porządku świata, jak zwykle, dzielnie staje posłanka Beata Kempa. Zauważa ona w swoim liście otwartym do profesor Fuszary, że konwencja przeciwko przemocy wobec kobiet wcale w obronie tych kobiet nie staje. Na celu ma zaś degradację biologicznego pojęcia płci do pseudointelektualnego bełkotu o tym, iż na to jak postrzega się kobietę lub mężczyznę w danym społeczeństwie, wpływ ma kultura czy społeczne zachowania uznawane wedle tradycji za odpowiednie danej płci. Bo przecież wcale nie jest tak, że zgwałconej kobiecie ktoś wypomina, iż być może miała spódniczkę za krótką o te dwa centymetry, a faceci to przecież tacy wzrokowcy. I wcale nie jest tak, że w Afganistanie kobiety zakrywać muszą całe swoje ciało ze względu na to, że nie urodziły się mężczyznami. Choć przecież, przyznajmy szczerze, w czadorze też się jednak nie urodziły. I przecież wcale nie zdarza się tak, że od kobiety wchodzącej do polityki wymaga się jednak trochę więcej. Bo udowodnić musi ona podwójnie, że posiada kompetencje – nie posiada ich z zasady, jak niegdyś „nowa twarz” w polityce, Grzegorz Napieralski. Nikt jakoś dziwnym przypadkiem nie lustruje i nie prześwietla kandydata na prezydenta partii PSL, pana Jarubasa, tak jak to się czyni wobec kandydatki lewicy – pani Ogórek. Nikomu jakoś, dziwnym trafem nie przychodzi jako pierwsza myśl do głowy o tym, czy pan Jarubas, lub pan Duda, jest może ładny, a może jednak brzydki? Robi się to jednak wobec pani Ogórek właśnie, robiło się to niegdyś wobec pani Muchy. I robi się to również, niestety niezwykle brutalnymi i moralnie odpychającymi metodami, wobec pani Grodzkiej.
Pani Grodzkiej, która całą swoją postawą i życiową historią tak nadepnęła na odcisk sporej grupie prawej strony społeczeństwa polskiego, iż żyją nawet tym, czy chodzi ona w domu w dresie czy może piżamie. Trudno ją sprowokować osobiście, bo jest jedną z niewielu osób na polskiej scenie politycznej, która potrafi zachować niezwykle przyzwoity poziom dyskusji, więc próbuje się, pożal się Boże, pseudo-dziennikarskim śledztwem na poziomie, którego powstydziłby się chyba nawet sam portal internetowy Pudelek.
Bo to przecież o to chodzi w całej tej konwencji: nie o powiedzenie stanowczego NIE przeciwko przemocy różnej maści w imię utartych stereotypów i przekonań zagnieżdżonych gdzieś głęboko w naszych umysłach od lat. Tu chodzi o promocję hedonizmu, o degradację uszlachetniającego cierpienia i o, o zgrozo!, promocję wynaturzeń, jakimi są wszystkie te zjawiska, których nie uświęci sam Pan Bóg rękoma polskiego episkopatu. Niczego innego te przepisy wprowadzić nie zamierzają, poza społeczną degrengoladą i niszczeniem porządku świata ustalonym przy jego stworzeniu, a opisanym w Biblii. Niczego nie wnoszą poza zobowiązaniami państw je ratyfikujących do między innymi:
– stworzenia całodobowej, darmowej linii pomocy dla ofiar przemocy
– utworzenia wystarczającej ilości schronisk, które uchroniłyby te ofiary od pozostania sam na sam ze swoim oprawcą, gdy zamkną się drzwi za interweniującymi policjantami, którzy wezwani zostali do „domowe kłótni”
– przeszkolenia odpowiednich organów w ten sposób, by działać mogły szybciej i sprawniej przeciw przemocy domowej – przyjęcia ustawy penalizującej domową przemoc w różnych postaciach w tym: nękanie, przemoc fizyczną i psychiczną, genitalne okaleczenia kobiet, przymusową aborcję i przymusową sterylizację
– ścigania gwałtu z urzędu, a nie na podstawie formalnego wniosku osoby pokrzywdzonej jak praktykowane to było dotychczas.

Ale to przecież wszystko nie jest nam potrzebne, by walczyć o los pokrzywdzonych kobiet. Potrzebna jest nam silna wolna i solidny zapas różańców, by tak jak w 2013 roku walczyć w słusznej sprawie podczas całonocnej adoracji Najświętszego Sakramentu w intencji odrzucenia „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”.

Panie i Panowie! Zastanówcie się!

Tekst napisany w Berlinie 25.11.2014 i opublikowany przez Autora na Facebooku, został tego samego dnia przekazany do publikacji na blogu.

Roman Brodowski

Kolejna odsłona polskiego dramatu?

Po wielu miesiącach obserwania tego co się dzieje w naszej Najjaśniejszej, zarówno w sferze politycznej, ekonomicznej, jak i społecznej, po sposobie uprawiania polityki rządowej w naszym kraju, jak też próbach przeniesienia tej dzisiejszej parlamentarnej pełnej nienawiści, kłamstwa i oszczerstw, retoryki, na grunt europejski – zadałem sobie pytanie: Ile czasu pozostało jeszcze, by cieszyć się naszą wolną i suwerenną Ojczyzną?!

Przed kilkoma laty napisałem nieco polityczne opowiadanie, w którym opisałem moje obawy, mój niepokój związany z przyszłością mojego narodu, opowiadanie które ukazało się w tym roku na kartkach mojej najnowszej książki Sacrum – Profanum i …Kresy.

Oto jego fragment

No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie – niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy są takie same i prowadzą prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, a tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej – tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą, w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.

Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, w którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych.                       

Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS i PO, oraz ich ugrupowania statelickie), retoryce jaką w stosunku do siebie i innych, stosują, do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica i ugrupowania o charakterze czysto nacjonalistycznym, często wspierane przez instytucjexkościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem, zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Coraz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam, gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczego i społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.Stare, mądre przysłowie, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową, można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy.Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi.Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…?

To, czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Niestety ostatnie wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami – mam na myśli wybory, wypowiedzi polityków (tych przegranych i tych wygranych) przypominają mi okresy najciemniejszej polskiej historii ostatnich kilkuset lat, począwszy od Sejmu Czteroletniego, poprzez wybory pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza itd … Przykładów podziałów i niezgód prowadzących do nienawiści społecznej w naszej kochanej Ojczyźnie możnaby mnożyć. Zawsze kończyło się to tragedią.

To prawda – wiele błędów wydarzyło się podczas ostatnich wyborów, zbyt wiele, by można je traktować pobłażliwie, by przejść obok nich spokojnie. Jednak w żadnym wypadku nie może być to powodem do tego, by nawoływać do buntów społecznych. Myślę, że mądrość narodu, a szczególnie tych, którzy mają w nim coś do powiedzenia, nie zakłóci tak zwanego „miru” w naszym kraju i nie doprowadzi do kolejnej destabilizacji, a wprost przeciwnie. Mam nadzieję, że ci, dla których losy naszego kraju przedstawiają wartość nadrzędną, odrzucając wszelkie animozje, uczynią wszystko, by rozwiązać ten wyjątkowy problem w sposób pokojowy, zgodnie z prawem, w poszanowaniu wartości narodowych, a co najważniejsze na drodze kompromisów

Kilka dni temu w Parlamencie Europejskim przedstawiciele naszego kraju (PIS-u) poprosili Europę o pomoc w rozwiązaniu naszego (wewnętrznego) konfliktu, oskarżając innych przedstawicieli naszego narodu o wiele spraw (między innymi o fałszowanie wyborów) Nie potrafię zrozumieć, jakim celom przyświeca tego typu postępowanie?!

Często, kiedy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, kiedy nie potrafimy rozwiązywać naszych własnych problemów, dotyczących naszego kraju, na własnym podwórku, zwracamy się o pomoc w rostrzyganiu sporów do stron trzecich.
Czy to brak zdrowego i patriotycznego rozsądku, czy też celowe działanie na szkodę naszego kraju popycha (nie po raz pierwszy) niektórych mieniących się „prawdziwymi Polakami” (określenie często nadużywane przez parlamentarzystów) do tak idiotycznych – moim zdaniem rozwiązań – tego nie wiem.

Czyżby nasza tragiczna historia niczego nas nie nauczyła? Wielokrotnie w przeszłości korzystaliśmy z takiej pomocy i zawsze wychodziliśmy na tym źle. Przypomnijmy sobie Konrada Mazowieckiego, Bogusława Radziwiłła czy też Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przykładów takich jest o wiele więcej. Nieumiejętność roztrzygania sporów we własnym gronie, brutalna, daleko wybiegająca poza ramy kultury dyplomatycznej walka o władzę, z zastosowaniem najprymitywniejszych elementów propagandowo-filozoficznych, opracowanych w XV wieku przez Machiavellego, uzupełnionych filozofią Fryderyka Nitschego, za każdym razem razem pociągały za sobą ofiary społeczne i narodowe. Świadczyły o słabości naszego państwa i podważały jego zarówno autorytet jak i wiarygodność.

Panowie i Panie, Parlamentarzyści i Senatorowie! Działacze PIS-U, PO, SLD, SP i wielu innych ugrupowań, zarówno z prawej jak i lewej strony! Zastanówcie się nad tym, dokąd prowadzi nasz kraj wasza polityka, wasza nienawiść, wasz cynizm i pazerność władzy. Siądźcie po raz kolejny do okrągłego stołu i jak Polak z Polakiem, pokażcie swoją dojrzałość polityczną i prawdziwą troskę o naszą Ojczyznę, by w przyszłości historia oceniła was nie jak zdrajców narodu, ale patriotów.

Zamiast felietonu (3)

Zbigniew Milewicz

Święta, święta…

Głowa mnie już boli od świętowania tych okrągłych rocznic. 25- lecia pierwszych, częściowo wolnych wyborów w Polsce nie można było jednak uniknąć. Tylko na zdrowy rozum, jak może być coś częściowo wolne? Albo jesteś za kratkami, albo na wolności. Półdziewicą, czy trochę w ciąży nie można być, ale w kraju nad Wisłą wszystko jest możliwe.

Część mediów i polityków wolała powoływać się na 25 rocznicę odzyskania wolności, a przecież uczciwiej byłoby powiedzieć, że spod sowieckiego buta weszliśmy wprost pod amerykański. Pod sowieckim z rozmarzeniem śpiewaliśmy, choć pewnie nie wszyscy : ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszy cziełowiek…Teraz gotowi jesteśmy dać się pokrajać za freedom, na Bliskim Wschodzie, czy w Afganistanie, w ramach polsko-amerykańskiego braterstwa broni. Powoływał się na nie prezydent Komorowski, witając Baracka Obamę na warszawskim Okęciu. Na tle reprezentacyjnej eskadry amerykańskich samolotów F- 16, stacjonujących w Polsce, na postrach Rosji, padło filozoficzne stwierdzenie, że „F“ można tłumaczyć, jak fighter, czyli wojownik, albo jako freedom, czyli wolność. Polski przekład jest ode mnie, bo na Okęciu wszyscy pewnie znali angielski, a tłumacze już na bank.

Na uroczystościach 25- lecia, oprócz prezydenta USA, na koszt polskich podatników
gościło 50 zagranicznych delegacji, w tym kilkunastu przywódców europejskich. Był m.in. świeżo wybrany ukraiński prezydent-elekt, król czekolady Petro Poroszenko, który w międzyczasie został oficjalnie mianowany prezydentem Ukrainy i z okazji kolejnej, światowej rocznicy, w Normandii, spotkal się przecież z Putinem i sobie przez 15 minut o czymś tam rozmawiali, a który przedtem jeszcze spotkał się z Barackiem Obamą, ale założę się, że choć też przez chwilę rozmawiali, nie rozmawiali o rzezi wołyńskiej sprzed ponad 70 lat. Byłoby to nie na temat i nietaktowne wobec polskich władz, którym głównie zależy na tym, żeby sąsiednia Ukraina stała się suwerennym krajem, mlekiem i miodem płynącym, oczywiście według europejsko-unijnych standardów. Tak bardzo zależy, że o tamtych tragicznych wydarzeniach z historii raczej nie mówi się na salonach. Przywódcy skrajnych ukraińskich nacjonalistów, Stepanowi Banderze, którego ludzie wymordowali w czasie II wojny co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków, przyświecał podobny cel, a wspierały go hitlerowskie Niemcy. Przed czterema laty ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko nadał Banderze pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy, gloryfikując jednocześnie zasługi jego zbrojnych ugrupowań OUN-UPA. Przywódca pierwszego Majdanu, Pomarańczowej Rewolucji, która zwyciężyła przy czynnym wsparciu ówczesnych polskich władz, z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele, nie miał cienia wątpliwości, że to słuszna nominacja. Parlament Europejski ją skrytykował, ale przecież zaakceptował europejskie aspiracje Ukrainy. Do rehabilitacji Bandery negatywnie odniósł się wschód Ukrainy, jak i organizacje żydowskie na całym świecie; Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia miały na swoich rękach także krew tysięcy Żydów. Swój protest wyrazili wówczas również prezydent RP Lech Kaczyński oraz środowiska kresowe w Polsce. Krótko później doszło do tragedii smoleńskiej, więc temat Bandery przeniesiono do lamusa. Samostinnoj Ukrainie, o której tak marzył, polskie władze, niezależnie od politycznej orientacji, pozostają jednak wierne.

Dlaczego, czy to leży rzeczywiście w interesie polskiej racji stanu? To zależy pewnie od tego, co się przez nią rozumie. Aleksandra Kwaśniewskiego, z racji jego politycznego życiorysu, trudno byłoby posądzić o rusofobię, którą Kreml zarzuca polskim politykom. Dziś były prezydent jest prawą ręką ukraińskiego oligarchy; za radiem RMF 24 i amerykańskim portalem Buzzfeed podaję, że zasiada w radzie doradców ukraińskiego koncernu gazowego – razem z synem wiceprezydenta USA Joe Bidena. Ale skoro były kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder od lat pobiera apanaże z rosyjskiego Gazpromu, to nie ma się czego wstydzić. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że gazowy oligarcha był ministrem w ekipie obalonego prezydenta Janukowycza. Jak sam twierdzi jednak, ani nie był, ani nie jest z Janukowyczem mocno związany. Natomiast Kwaśniewski – cytuję jego wypowiedź – działa w imię uniezależnienia Ukrainy od Rosji, a zatem Polska może temu tylko przyklasnąć. Exprezydent co prawda nie chce ujawnić, jak duże profity przynosi mu doradzanie Ukraińcowi, ale zapewnia, że pieniądze te trafiają na polskie konta, a podatki do polskiego fiskusa. Firmę kontroluje związany z Janukowyczem polityk Mykoła Złoczewski, który za jego rządów sprawował funkcję m.in. ministra energetyki, czyli koło się zamyka, witamy w Moskwie.

Kreml nie odda Ukrainy, jest zbyt mądrym, zbyt przebiegłym graczem i ma militarną przewagę w miejscu, o które toczy się gra. Obawiam się, że Polska może w niej tylko stracić. A propos, znacie ten dowcip? Rosjanie grają w szachy, Amerykanie w pokera, a Polacy w durnia. W sumie niewesoły, ale życiowy. Utkwił mi w pamięci fragment telewizyjnego reportażu z drugiego, kijowskiego Majdanu. Bojownik nacjonalistycznego, prawego sektora na pytanie reportera, o stosunek do Polaków, odpowiada mniej więcej tak: kiedyś bywało między nami różnie, były polskie pany, ale czasy się zmieniły i nie musicie się nas już bać. Na youtube obejrzałem jednak inny zgoła materiał na ten sam temat, gdzie padła beznamiętna, krótka wypowiedź: teraz są nam jako sojusznicy potrzebni, wieszać będziemy później.

W prawym sektorze pamięta się o Akcji Wisła, wymierzonej przeciw OUN i UPA, przeprowadzonej po zakończeniu II wojny światowej przez polskie, komunistyczne władze. W jej wyniku zlikwidowane zostały zbrojne struktury, a tysiące zarówno ukraińskich, jak i ukraińsko-polskich rodzin z południowo-wschodniej Polski przesiedlonych zostało w inne regiony kraju, głównie na tzw. Ziemie Odzyskane. Mam nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni. W przeciwnym razie trzeba zakasać rękawy i już teraz brać za budowę ogromnej, pancernej szyby na granicę z Ukrainą. Na wzór tej, która chroniła Baracka Obamę na Placu Zamkowym, kiedy mówił, jak to smakuje mu polska kiełbasa i pierogi w Święto Konstytucji w jego rodzinnym Chicago. Polska nigdy nie będzie już samotna – przekonywał płomiennie z mównicy i zgromadzeni bili mu gromkie brawa. Ale wiz do USA nie przeklaskali, dalej są potrzebne. Tacy z nas sojusznicy, tylko do wyjmowania cudzych kasztanów z ognia jesteśmy dobrzy.

Reblog: Otylia

onetsportbannerNie po raz pierwszy sięgam po teksty napisane przez publicystów dla portali sportowych. Reblogowałam tu już teksty o boksie, dziś… dziś o pływaniu i innym sporcie.  A właściwie wcale nie o pływaniu czy piłce nożnej, tylko o nas, o Polsce, o naszej kondycji społecznej i naszej, pożal się Boże, polityce. Tekst jest świeży, z 7 maja, ale też i temat jest świeży. 

Tekst znalazłam TU i bardzo dziękuję portalowi eurosport.onet.pl, za to, że go opublikował.

Dariusz Tuzimek

Śmiejąc się z Otylii śmiejecie się z siebie

Od dawna nie było tak gło­śno o Oty­lii Ję­drzej­czak i Ma­cie­ju Żu­raw­skim. Choć za­pew­ne nie o taką po­pu­lar­ność im cho­dzi­ło. Zro­bie­nie dur­nia z dwój­ki spor­tow­ców przy­szło dzien­ni­kar­ce TVP bar­dzo łatwo.

otyliaObserwowałem to marne widowisko z zażenowaniem i wstydem, ale też było mi jakoś przykro. Ot tak, jakbym oglądał publiczne tortury na średniowiecznym jarmarku. Tępawa gawiedź się cieszy, choć przecież sama nie jest lepsza.

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Mi się jakoś z tego śmiać nie chce.

Pew­nie zaraz duża grupa za­kom­plek­sio­nych internetowych nie­na­wist­ni­ków „po­ci­śnie” że to ich (spor­tow­ców) wina, bo po cię pcha­ją do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, skoro nic nie wie­dzą. Zga­dzam się – to ich wina. Naj­więk­szą kom­pe­ten­cją jest znać gra­ni­ce wła­snej nie­kom­pe­ten­cji.

To spor­tow­ców wina, że sta­ra­ją się cho­dzić po kru­chym lo­dzie. Ale za­trud­nia­nie ce­le­bry­tów do wy­gry­wa­nia wy­bo­rów kom­pro­mi­tu­je w naj­więk­szym stop­niu li­de­rów par­tii, któ­rzy po tych­że ce­le­bry­tów się­ga­ją z całym cy­ni­zmem. To źle o nich świad­czy.

Jed­nak skoro już się­ga­ją, to zna­czy, że to dzia­ła, że to jest sku­tecz­ne. Czyli wy­star­czy wy­sta­wić na listę znane na­zwi­sko, a lu­dzie od­da­dzą na nie swoje głosy… I jak to o nas, czyli wy­bor­cach świad­czy? Śmie­jąc się z Oty­lii i „Żu­ra­wia” pa­mię­taj­my, że śmie­je­my się z sie­bie.

Ktoś wy­brał prze­cież np. se­na­to­ra Krzysz­to­fa Cu­gow­skie­go w Lu­bli­nie albo posła Jana To­ma­szew­skie­go w Łodzi, praw­da? Ten drugi za­mro­czo­ny wizją do­sta­nia się do par­la­men­tu z listy PiS skła­dał hołdy li­de­ro­wi swo­jej par­tii bez ob­cia­chu twier­dząc, że „Ja­ro­sław Ka­czyń­ski jest Ka­zi­mie­rzem Gór­skim pol­skiej po­li­ty­ki”. Nie wy­ma­ga ko­men­ta­rza.

O Otylii i Maćku Żurowskim można powiedzieć jedno: oboje, po zakończeniu kariery szukają swojego miejsca w życiu. Dokonują wyborów lepszych i gorszych. I nawet jeśli tych ostatnich jest więcej, mają prawo błądzić. Otylia próbowała bezskutecznie wrócić do pływania. Potem brała udział w „Tańcu z gwiazdami” i posmakowała życia celebrytki. Wikłała się w różne historie i widać było, że pomysłu na siebie nie ma. To samo Żurawski. Wszyscy byli nim zachwyceni gdy strzelał gole dla Wisły, reprezentacji czy dla „Celtów” w Glasgow. Później mało udany powrót do ligi, a jeszcze później Żurawski niby był skautem w Wiśle, ale jakby nim nie był. Zaangażował się w sklep z ubraniami i własną kolekcję ciuchów, ale i to okazało się niewypałem.

W przypadku sportowców pytanie: „co dalej?” jest często pytaniem bez odpowiedzi. Szczególnie jeśli jest zadane zbyt późno. Trudno w wieku trzydziestu lat przejść na emeryturę. U nas nawet największe gwiazdy nie mają menedżerów, którzy planują im karierę, inwestują pieniądze i mają na nich pomysł co robić, gdy już trzeba będzie zacząć dorosłe życie.  Agenci piłkarscy – nie wszyscy, ale w ogromnej większości – ograniczają się do handlu zawodnikami, gdy ci mają na rynku jeszcze wartość. Kasują prowizje, ale nie planują zawodnikom karier. A gdy nie da się już na nich zarabiać, wyrzucają ich jak stare zabawki i sięgają po nowe. Sportowcy zostają sami. Bez pokończonych szkół i często bez odłożonych pieniędzy. Dziwicie się, że przyjmują oferty od partii politycznych? Taki Tomasz Adamek ledwie otarł krew z rozbitej w ostatnim pojedynku twarzy a już ogłosił, że startuje do Parlamentu Europejskiego.  A jeszcze chyba miał siniaki pod oczami gdy publicznie wypowiedział się o kobiecości posłanki Grodzkiej…

Otytlia i Maciek Żurawski poszli do studia telewizyjnego nieprzygotowani. Myśleli, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Naiwne to bardzo. Media od dawna nie są przyjazne, a od momentu, gdy oboje zdecydowali się być politykami, powinni być przygotowani na to, że będą traktowani jak politycy. Czyli twardo, bo jest przyzwolenie społeczne żeby z politykami się nie cackać. To się pani dziennikarka z nimi nie cackała.

Efekt jest taki, że jak się wpisze w internetową wyszukiwarkę Google’a imię i nazwisko Otylii, to po notce biograficznej, jako drugi wynik (sic!), wyskakuje… „kompromitacja Otylii Jędrzejczak na antenie TVP”.  Z tego teraz jest najbardziej znana duma narodu sprzed kilku lat.

Żurawski i Otylia nie będą wielkimi politykami. Ale jeśli świętej pamięci Andrzej Lepper miał kompetencje żeby być wicepremierem w dwóch rządach wolnej Rzeczypospolitej, to jednak pewne rzeczy w naszym kraju są umowne.

Na pewno jednak jesteśmy mistrzami w niszczeniu autorytetów. Lech Wałęsa ma lepszą prasę na świecie niż w Polsce. I to nie jest przypadek. W Polsce nawet papieża Jana Pawła II atakowano niewybrednie tuż przed kanonizacją. Taki kraj…

Jak to dobrze, że Kazimierz Górski od lat spoczywa w spokoju i nikomu już nie zagraża, nikogo jego popularność nie będzie kłuła w oczy. Bo znaleźliby się tacy, którzy pogrzebaliby mu głębiej w biografii. I nawet jakby się niczego niedogrzebali, to twierdziliby, że się jednak dogrzebali i obrzuciliby błotem. Ciężko się później z tego obskrobać.

A zatem oplujmy wszystkich: Wałęsę, papieża, Tadeusza Mazowieckiego, Otylię, Żurawskiego. Na koniec nie zostanie nic. Jeden tylko autorytet.

Widać go, gdy się podejdzie blisko do lustra.

Wieso? Why? Dlaczego?

220px-Stroj_lowickiAlles worüber ich hier schreibe, findet man in Wikipedia. Ausser… Weißt jemand, weshalb Polen nichts zum Immaterielles Kulturerbe zugefügt hat? 

Everything I write here about, you find in Net, but… Could somebody explain me, why there is nothing from Poland in that list?

To, o czym tu piszę, każdy może znaleźć w Wikipedii. Ale nigdzie nie ma wyjaśnienia, dlaczego Polska nie dodała nic do tej listy?

Immaterielles Kulturerbe

Puppentheater, Poetry Slam, Prozessionen, Heilwissen und Geigenbaukunst – all das spiegelt die Bandbreite des gelebten Kulturerbes wider. Die Formen immateriellen Kulturerbes sind entscheidend von menschlichem Wissen und Können getragen. Sie 250px-Oscypkisind Ausdruck von Kreativität und Erfindergeist, vermitteln Identität und Kontinuität. Sie werden von Generation zu Generation weitergegeben und fortwährend neu gestaltet. Zu den Ausdrucksformen gehören etwa Tanz, Theater, Musik und mündliche Überlieferungen wie auch Bräuche, Feste und Handwerkskünste.

Damit das weltweit vorhandene traditionelle Wissen und Können erhalten bleibt, hat die UNESCO 2003 das Übereinkommen zur Erhaltung des immateriellen Kulturerbes verabschiedet. Mehr als 150 Staaten wiankisind inzwischen der völkerrechtlich verbindlichen Konvention, die 2006 in Kraft trat, beigetreten. Die drei Listen des immateriellen Kulturerbes veranschaulichen die Vielfalt lebendiger kultureller Ausdrucksformen aus allen Weltregionen.

In Deutschland ist das UNESCO-Übereinkommen 2013 in Kraft getreten. Schrittweise wird ein Verzeichnis des hierzulande gepflegten immateriellen Kulturerbes erstellt. Das bundesweite Verzeichnis soll von Jahr zu Jahr wachsen und langfristig die Vielfalt kultureller Ausdrucksformen in und aus Deutschland sichtbar machen.

lancuch_headCzym jest niematerialne dziedzictwo kulturowe?

Bardzo ważną częścią dziedzictwa oprócz zabytków, dzieł sztuki i kolekcji cennych eksponatów jest także tradycja, żywe niematerialne przejawy kultury odziedziczone po przodkach i przekazywane kolejnym pokoleniom.

  • Tradycje i przekazy ustne między innymi bajki, przysłowia, pieśni, oracje, opowieści wspomnieniowe i wierzeniowe, historie, przemowy, lamenty pogrzebowe, zawołania pasterskie i handlowe, w tym język jako nośnik niematerialnego dziedzictwa kulturowego;
  • sztuki widowiskowe i tradycje muzyczne w tym tradycje muzyczne wokalne, instrumentalne i taneczne, widowiska religijne, karnawałowe i doroczne;podlazniczka
    • praktyki społeczno-kulturowe takie jak zwyczaje, rytuały i obrzędy
    • doroczne, sytuacyjne i rodzinne, chrzciny, wesela, pogrzeby, ceremoniały lokalne i środowiskowe, zwyczaje odpustowe i pielgrzymki, gry i zabawy, folklor dziecięcy, sposoby świętowania, praktyki służące nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, sposoby składania życzeń, tradycyjne wyobrażenia o wszechświecie na przykład meteorologia ludowa;
    • wiedza i praktyki dotyczące przyrody i wszechświata; tradycyjne sposoby leczenia; zamawiania miłosne i medyczne, a także
    • wiedza i umiejętności związane z rzemiosłem tradycyjnym……wszystko to i wiele innych, niewymienionych tu zjawisk w całym ich bogactwie i różnorodności określamy jednym terminem – niematerialne dziedzictwo kulturowe.

przezogniskoUNESCO Intangible Cultural Heritage Lists

are established by UNESCO aiming to ensure the better protection of important  intangible cultural heritages worldwide and the awareness of their significance. Through a compendium of the different oral and intangible treasures of humankind worldwide, the program aims to draw attention to the importance of safeguarding intangible heritage, which has been identified by UNESCO as an essential component and a repository of cultural diversity and creative expression.

The programme currently compiles two lists. The longer Representative List of the Intangible Cultural Heritage of Humanity comprises cultural “practices and expressions [that] help demonstrate the diversity of this heritage and raise awareness about its importance.” The shorter List of Intangible Cultural Heritage in Need of Urgent Safeguarding is composed of those cultural elements that concerned communities and countries consider require urgent measures to keep them alive.

Palma.wielkanocna.AnetyThe programme was established in 2008, when the Convention for the Safeguarding of Intangible Cultural Heritage took effect. Prior to this, a project known as the Masterpieces of the Oral and Intangible Heritage of Humanity has already been active in recognizing the value of intangibles such as tradition, custom and cultural spaces and the local actors who sustain these forms of cultural expressions through a Proclamation. Identification of the Masterpieces also entails the commitment of states to promote and safeguard these treasures, while UNESCO finances plans for their conservation. Started in 2001 and held biennially until 2005, a total of three Proclamations occurred, encompassing 90 forms of intangible heritage around the world.

The 90 previously proclaimed Masterpieces have been incorporated into the Representative List of the Intangible Cultural Heritage of Humanity as its first entries, to be known as elements.Subsequent elements will be added following the assessment of nominations submitted by national governments acceding to the UNESCO Convention, termed as member states, who are each allowed to submit a single candidature file, in addition to multi-national candidatures. A panel of experts in intangible heritage and an appointed body, known as the Intergovernmental Committee for the Safeguarding of Intangible Cultural Heritage, then examine each of the nominations before officially inscribing the candidates as elements on the List.

76 more elements were added on 30 September 2009, during the fourth session of the Committee, and a further 47 in 2010.

List z kina

Katarzyna Krenz

Droga Siostro,

przecież Ty to wszystko wiesz, bo też tam wtedy byłaś…

Przez lata było nam smutno, bo nie mieliśmy filmu o naszym największym współczesnym – obok Papieża – bohaterze narodowym. Poprowadził nas drogą Wolności, został Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla i prezydentem Polski, a nie miał pomnika z wyrytym na cokole „Naród – swojemu Bohaterowi”, nie doczekał się też (chyba?) porządnej i faktograficznie uporządkowanej biografii. Film miał spełnić to zadanie, zaspokoić nasze oczekiwania. I teraz taki film – dzięki Andrzejowi Wajdzie i Januszowi Głowackiemu – już mamy. I… po norwidowsku jeszcze nam smutniej.

Dlaczego? Z kilku powodów, przy czym uzasadnienie każdego z powodów powinno zaczynać się od słów: Smutno nam, ponieważ ten film to stracona okazja…

A zatem, po pierwsze: ten film to stracona okazja, ponieważ nie powstanie już więcej, a przynajmniej bardzo długo, drugi film o Lechu Wałęsie. A obraz, który otrzymaliśmy – za życia bohatera, to prawda, ale jednak mocno spóźniony – jest z wielu powodów nieprawdziwy. Przede wszystkim dlatego, że napisany został przez scenarzystę z pozycji narratora wszystko-wiedzącego, z perspektywy czasu, z dystansu. To się widzi, a zwłaszcza czuje – zabrakło dynamiki decyzji ad hoc, gdzieś zginęła emocja, nie ujawniło się to straszliwe napięcie, które towarzyszyło naszym dniom, tygodniom, a jak się miało okazać – nie opuściło nas przez lata. Zabrakło również naszej euforii, naszej nadziei.

Omni-wiedzący scenarzysta kazał opowiedzieć bohaterowi naszej wspólnej historii wersję widzianą z pozycji już ugruntowanej, przedstawić sprawy, z których duża część już się wydarzyła – podczas wywiadu, jakiego udzielił on Orianie Fallaci w marcu 1981 roku, w swoim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. I Wałęsa – znakomity w tej roli Robert Więckiewicz – odpowiada na pytania z dystansu, już jako pewny swego i czujący moc przywódca, który pociągnął za sobą tłumy i który wygrał negocjacje z władzą. Bo jeśli nawet nie był to jeszcze koniec gry, to na pewno był to już koniec mitu – że Lenin wiecznie żywy, a komunizm nigdy nie upadnie. (Tu ciekawy zabieg: o ile słuch nas nie mylił, w scenach wywiadu słyszymy autentyczny głos Wałęsy, pochodzący z taśm nagranych podczas tego spotkania). Wywiad został przerwany, bo cała rodzina w komplecie… musiała pójść do kościoła. Co Orianę mocno ubodło. Przegrała wprawdzie z panem Bogiem, ale uznała, że Wałęsa to próżny, pretensjonalny i pewny siebie ignorant.

Sam wywiad też nie poszedł najlepiej, bo Wałęsa, zdaniem OF, okazał się ignorantem etc. Ale spójrzmy na to z drugiej strony: to ona, Oriana F.,  wciąż pyta – dlaczego zrobił to, co myślał robiąc tamto, czy nie boi się, że…? I Wałęsa, siłą rzeczy, każde zdanie musi zacząć od: JA. Zadano mu pytanie, a on odpowiada. Ja zrobiłem to i ja pomyślałem tamto, bo… ja taki jestem. Dlaczego? Tego Wałęsa już nie wie. Bo tak po prostu jest, że on – jest szybki. Nie zastanawia się, tylko działa, i innych ciągnie za sobą do działania, zgodnie z hasłem, które kiedyś (a dokładniej: właśnie wtedy) wisiało na ścianie w jednej z pracowni gdańskiego Miasto-Projektu: „Tu się nie myśli, tu się robi”. Wszelka refleksja, a więc i ocena post factum, jest z góry założonym przekłamaniem, chwytem literackim, dobrym w powieści, ale nie w życiu, ponieważ nie oddaje bezrefleksyjnej natury samego Wałęsy. Nie oddaje też impulsywnej natury odwagi ani wynikającego z tejże i równie bezrefleksyjnego – bohaterstwa. Nie tylko Wałęsy! Wszyscy wokół niego musieli działać podobnie jak on, ryzykować tu i teraz, natychmiast, bo wypadki toczyły się szybko i na gadanie nie było zwyczajnie czasu. Ale to on miał charyzmę i odwagę. To on miał błyskawiczny refleks, dzięki któremu zawsze znalazł ripostę w porę, a nie dopiero na schodach, gdy było już za późno. Po co Oriana o to pytała, skoro to było widać gołym okiem? Wałęsa porywał innych do działania, a oni szli za nim jak w dym. Dlatego nie wierzę, że jego koledzy, czekając w dniu strajku na stoczni (Wałęsa się spóźnił, bo musiał „zmylić pogonie”, stąd słynny skok przez płot), mogli powiedzieć, a choćby tylko pomyśleć: „Spóźnia się? Aha, nie przyjdzie, rozmyślił się.” Wałęsa – rozmyślić się? Pan raczy żartować, panie Januszu.

To, nota bene, dobrze wymyślona scena, metaforyczna i symboliczna: płot jest za wysoki, żeby dało się go przeskoczyć, odbijając się z ziemi, Wałęsa wspina się więc na śmietnik i z niego przeskakuje – ku przyszłej wolności. Ale, ale: czy myśmy wtedy mieli takie duże plastikowe pojemniki na śmieci? Na kółeczkach?

Po drugie: ten film to stracona okazja, ponieważ Oriana Fallaci zajęła tyle czasu ekranowego, że na wiele innych – ważnych! – spraw i wydarzeń w filmie zabrakło miejsca. A szkoda. Bo OF przyjechała, pogadała, nie spodobało jej się, więc odjechała, przepraszam za tę obcesową skrótowość, ale tyle mam miejsca w tej recenzji dla OF, więcej nie mogę jej zaoferować. A inni byli tu naprawdę – jakże wielu wspaniałych ludzi.

„Wywiad ilustrowany” to dość stary chwyt, zarówno literacki jak filmowy, ale właśnie tylko chwyt. Dziennikarka zadaje zawiłe pytania teoretyczne, Wałęsa odpowiada („Ja…”), a potem widzimy ilustrację pytania – inscenizowaną scenę lub odnośny fragment jakiejś autentycznej taśmy filmowej, telewizyjnej lub ubeckiej, wszystko jedno. To odbiera tamtym dramatycznym wydarzeniom „pazur” dramatyzmu, była już o tym mowa. Oglądając, nie boimy się, bo wiemy, że to reenactment, aktorzy tylko pokazują nam, jak było, krew nie jest prawdziwa. A myśmy wtedy naprawdę się bali. Co będzie jutro? Jakie represje spotkają nas wszystkich za to, co tam na stoczni się dzieje? Kogo wywalą z roboty, ilu zaaresztują, czy wejdzie milicja czy wojsko? A jeśli wojsko, to polskie czy ruskie? Wszyscy byliśmy wiecznie na nasłuchu, czekając na to, co powie nam Wolna Europa, po domach drukowała się bibuła, którą potem niejedna młoda matka kolportowała, rozwożąc po mieście paczki ukryte pod materacykiem w dziecięcym wózku. Wszyscy „byliśmy umoczeni”, tak jak Wałęsa, i on to wiedział. I musiał się bać tak jak my, nie tylko o żonę i dzieci, ale i o ludzi. Żadnych prób generalnych, idziemy, robimy. Nie tylko Wałęsa, sam. My również, z nim. Co prowadzi nas do trzeciego „ponieważ”.

Po trzecie: ten film to stracona okazja, ponieważ NAS tam nie ma. A myśmy wszyscy tam byli. Gdańsk, Warszawa, Poznań, Śląsk. Kraków, Zakopane. LUDZIE. Nie tylko działacze, nie tylko intelektualiści, nie tylko politycy, lecz również – my, ludzie. My, naród. I nasze rodziny, bo jak się coś robiło, a wszyscy wtedy coś robiliśmy i każdy miał coś za uszami, to wiedzieliśmy, że odpowiadać będzie cała rodzina – kogo zamkną, kogo wywalą z roboty, czyjego dzieciaka nie wpuszczą na studia, władza miała długie ręce i jeszcze dłuższą pamięć.

I naszych prywatnych domów też tam nie ma. A przecież w rzeczywistości były! Nasze prywatne mieszkania, gdzie siedzieliśmy jak w klatkach, bo gdzież tu pójść? Do kawiarni?! W tych naszych „little boxes” słuchaliśmy Wolnej Europy z uchem przy radiu, ale też pakowaliśmy paczki dla tych, co w więzieniach i obozach dla internowanych, dzieląc się kartkowym zaopatrzeniem (papierosy, papier toaletowy, kawa), rozdzielaliśmy leki i rzeczy z darów dla potrzebujących. W tych naszych małych klitkach wielu z nas ukrywało nie tylko bibułę, ale i ludzi poszukiwanych przez bezpiekę. I zawsze nakarmiliśmy każdego, kto się zjawił w progu, tym, co mieliśmy – kartkowym byle czym, bo nic innego w sklepach nie było. A w razie potrzeby rozkładaliśmy materace na podłodze, żeby przybysze mogli przenocować. I jeszcze mieliśmy siły i energię, by wymyślać genialnie celne kawały, bo może rozrywek za wiele nie było, ale inteligencji i szybkiego refleksu – i potrzeby śmiechu dla odreagowania – nigdy nam nie brakowało.

Naszych domów w tym filmie nie ma. Jest za to tłum na ulicach, ten z kronik telewizyjnych, filmowych lub ubeckich – smutny i… socjalistycznie brzydki, dla mediów zachodnich w sam raz atrakcyjny materiał. A mnie to porusza i jest mi smutno, bo to prawda, że niemal wszyscy mieszkaliśmy wtedy w blokach i te bloki były ohydnie brzydkie, a mieszkania nieludzko ciasne (norma 10 metrów kwadratowych na głowę), ale – pamiętasz, Ewo? – potrafiliśmy zrobić coś z niczego i niekoniecznie i nie wszyscy za całe wyposażenie mieliśmy wersalki, pralki Franie i meblościanki ze szklankami zamiast filiżanek. Czuliśmy się współczesnymi Europejczykami, a nie mieszkańcami skansenu absurdu, mieliśmy potrzeby estetyczne i duchowe. Staraliśmy się, by nasze życie upływało w przestrzeni może skromnej, ale estetycznej, na ścianach wisiały dobre obrazy, a nasze biblioteki uginały się od książek.

W tym filmie nas nie ma. Ani naszych miast, ani naszych domów, ani nas. Jest tylko mieszkanie Wałęsy na Zaspie, o którym Fallaci mówi z przekąsem: „Phi, walczy z komunistami, a mieszkanie od nich przyjął!” Jeśli opowiadanie toczy się post factum, w oparciu o materiały i dokumenty, to można było sięgnąć do książki Danuty Wałęsowej, gdzie opisuje ona, jak to było, gdy nagle pod ich dom na Stogach zajechały jakieś „służbowe” nyski, panowie weszli bez pytania i bez pytania zgarnęli skromny dobytek, a potem bez pytania całą rodzinę (chyba bez Wałęsy, który akurat gdzieś działał albo „siedział”) wywieźli do bloku na Zaspie, do jakiegoś  mieszkania „wygospodarowanego” naprędce, bo władza nagle oprzytomniała, że może to jednak źle wygląda, żeby człowiek o którym zaczyna być głośno za Zachodzie, mieszkał w takich warunkach. Oriana Fallaci mogła tego nie wiedzieć, bo nie słuchała dość uważnie, podobnie jak nie wiedziała, że do tamtej Polski nie za bardzo wypadało przyjechać w eleganckim futrze, a potem świecić takimi czerwonymi paznokciami na ekranie. Jak człowiek idzie na pogrzeb, to ubiera się na czarno, jak jedzie do biednego kraju, to niekoniecznie musi przyjechać w starych łachach, ale niekoniecznie też musi to być futro. Wystarczyłby kożuszek zakopiański, też ciepły.

Po czwarte: ten film to stracona okazja, ponieważ napisanie muzyki (mocnej, znakomitej) zlecono kompozytorowi, Pawłowi Mykietynowi, który ma obecnie 42 lata (rocznik ‘71) i najwidoczniej nie pamięta, że naszym bardem narodowym był wtedy Kaczmarski. To Kaczmarski, wspólnie z Gintrowskim i Łapińskim stworzyli trio i przygotowali program poetycki „Mury” (tytułowa piosenka była pieśnią innego barda – katalończyka Lluisa Llacha). To słowa Kaczmarskiego i muzyka Gintrowskiego nas ukształtowały, to tej muzyki słuchaliśmy, i to „Mury” intonowaliśmy w trudnych – i tak, również wielkich i podniosłych – chwilach. „Mury” stały się nieformalnym hymnem Solidarności i symbolem walki o wolność. A mury runą… – i runęły! Prawda, były też zespoły rockowe i wiele z ich piosenek stało się „cytatami”, którymi chętnie się posługiwaliśmy. Ale robiąc pierwszy i jedyny, jak dotąd, film o Wałęsie, odebrano głos naszemu bardowi, który ten głos wykrzyczał za naszą i waszą wolność, i umarł na raka krtani. Gdy o tym myślę, jest mi jeszcze smutniej. Bo tak się nie robi.

W tym miejscu – gdy mowa o sztuce – dodam słowo o Kościele. Bo Kościoła też w filmie zabrakło. Nie chodzi tu o zbiorową modlitwę, o wyznanie wiary, opowiedzenie się po stronie katolików, nic z tych rzeczy. Kościół w tamtych czasach pełnił inną funkcję, był naszym bastionem narodowym, pomagał nam zachować tożsamość, miedzy innymi poprzez sztukę – przedstawienia teatralne, koncerty, wystawy. Kościół pomagał nam również materialnie, bo to do kościołów w głównej mierze, jako do swego rodzaju męża zaufania, napływały transporty z darami z Zachodu. Kościół był naszą kryjówką duchową, a dla wielu działaczy również kryjówką w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Po piąte: ten film to stracona okazja, ponieważ nie pokazuje, jak to było naprawdę. Niech ktoś wreszcie powie to głośno: my, naród, nie byliśmy agentami ani współpracownikami, myśmy po prostu żyli w tym kraju. A on był tak zorganizowany, że w każdej instytucji, w każdym przedszkolu i każdej szkole, w każdej fabryce i w ogóle w każdym miejscu ktoś był „oni”, a my byliśmy „my”. To oni byli wśród nas, a nie – my byliśmy u nich. Oni z nami zaczynali rozmowy, oni nas podchodzili, oni podsuwali jakieś kartki do podpisania (to akurat dobra scena w filmie, i wydaje się dość prawdziwa: Wałęsa nie czyta, co podpisuje, bo żona właśnie rodzi w szpitalu pierwszego syna i jemu zależy tylko na tym, żeby się stamtąd wydostać). To oni nas podpytywali, kusili stanowiskami i paszportami, mieszkaniami bez kolejki i szynką ze sklepów za żółtymi firankami. Ci, co nas oskarżają o kolaborację, nic nie wiedzą albo sobie z nas kpią. Każdy z nas miał z tymi ludźmi styczność, wiedząc, nie wiedząc, podejrzewając lub nie. Zresztą „oni” byli nieźle wyszkoleni w sztuce kamuflażu, nasze podejrzenie budzili jedynie ci, którzy mogli „jakby” więcej od nas. Załatwić pralkę i mieszkanie od ręki, a choćby tylko bilet na samolot do Warszawy, ale też wyjść z zadymy bez szwanku. Czy myśmy się dawali na te gadki i podszepty brać, to już jest całkiem inna kwestia. Wiedzieć POTEM (i osądzać) jest łatwo, a wiedzieć „tu i teraz”? Kto tego nie przeżył, ten nie wie, a to znaczy również, że go „tam i wtedy” po prostu z nami nie było. Janusz Głowacki nie do końca wiedział, jak było w stanie wojennym, ponieważ stan wojenny zastał go w Ameryce.

Była jeszcze jedna drobna współzależność – poprzednie pokolenia przerabiały już ten temat w związku z wojną, dziwi więc, że ktoś z nas może o to jeszcze pytać. Z władzą nie należało wchodzić w układy (niegodne), zadzierać (niebezpieczne), snuć konszachty (współpraca agenturalna), iść na kompromisy (wszystko albo nic, ale co będzie jak wejdą Ruskie). Ale władzę można było wykorzystać. I ci, co byli bliżej „źródełek” rozmaitego rodzaju, mogli dla nas coś załatwić, uszczknąć, a choćby tylko czegoś się dowiedzieć. Przykład Gintrowskiego to wyjaśni: w latach 80 pracował jako kompozytor muzyki filmowej – stworzył muzykę do ponad 20 filmów; z czegoś musiał żyć, poza tym pisał świetną muzykę. Koncertował wyłącznie poza oficjalnymi scenami, między innymi w salach Muzeum Archidiecezji, a wykonania studyjne jego piosenek nagrywano nieoficjalnie i wydawano w drugim obiegu. W Wikipedii czytamy: „Życie codzienne Gintrowskiego było całkowicie podporządkowane działalności podziemnej, przykładem jego dyspozycyjności była gotowość do prowadzenia koncertów organizowanych ze względów bezpieczeństwa jedynie z kilkugodzinnym wyprzedzeniem.” I dalej: „W trakcie realizacji nagrań do filmu ‘Matka Królów’ nielegalnie nagrał w studio państwowej Telewizji Polskiej płytę ‘Pamiątki’, a później w podobny sposób utrwalony został program ‘Raport z oblężonego miasta’ w studio Akademii Muzycznej.”

Po szóste: ten film to stracona okazja z powodu – jakby to ująć? – grzechu zaniedbania. Gdyby Oriana Fallaci zajęła mniej czasu i miejsca na ekranie, może znalazłoby się miejsce dla innych, jak Gieremek i Mazowiecki, jak Kuroń i Mikołajska, jak…. I możemy być pewni, że aktorzy zażądaliby znacznie mniej niż Monica Bellucci, która wstępnie miała zagrać Orianę, ale projekt upadł z powodu (braku) miliona euro w budżecie producenta filmu. O Kaczmarskim już pisałam. Ale może należałoby jeszcze wyjaśnić, że tamtej nocy, 13 grudnia, do mieszkania Wałęsów osobiście przyjechali Tadeusz Fiszbach i prof. Jerzy Kołodziejski. Dwa różne buty Fiszbacha przeszły do historii, dlatego znalazły się na ekranie. Ale film nie dopowiedział, że Fiszbach należał do tych partyjnych działaczy, którzy wierzyli w ludzkie oblicze socjalizmu, tak, tacy ludzie też byli, partyjni a przyzwoici, i I sekretarz KW PZPR do nich należał. I gdańszczanie to pamiętają. Musiał to pamiętać również Wałęsa, gdy w lipcu 1989 roku proponował mu kandydowanie na stanowisko prezydenta przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, jednak Tadeusz Fiszbach tej propozycji nie przyjął.

Tamtej nocy z domów wyciągnięto i przewieziono do obozów internowania nie tylko Wałęsę. Aresztowani razem z Wałęsą działacze Solidarności to byli nasi sąsiedzi, przyjaciele, członkowie naszych rodzin. Kobiety i mężczyźni, cała rzesza. Ilu? O tym film nie wspomina. Widzimy tylko Wałęsę, tylko z jego powrotu cieszy się Danuta (cudowna Agnieszka Grochowska, urocza, mądra i absolutnie bezbłędna, oprócz… jednego anachronicznego „tak?” na końcu zdania, o które mam lekki żal, bo to dziś tak się dziwnie kończy zdania w Polsce, myśmy wtedy tak nie mówili).

Jak pamiętamy, „WRONA” działała sprawnie i z zaskoczenia. Już 12 grudnia wieczorem, w ramach akcji pod kryptonimem „Jodła” (sic?! jak w „Klossie” albo w „Czterech pancernych”?!), rozpoczęły się, wg wcześniej przygotowanych list, systematyczne aresztowania osób postrzeganych przez władze jako potencjalne zagrożenie dla ustroju. W sumie, w czasie stanu wojennego aresztowano ponad 10 tysięcy osób, w tym wiele po kilka razy. Ci ludzie są częścią wielkiego wałęsowego JA, i gdyby nie Fallaci na ekranie, może znalazłoby się dla nich miejsce. Wielu z nich jeszcze żyje, wielu z nich schorowanych, ze złamanym życiem po przebytych wyrokach, z nadszarpniętym zdrowiem po brutalnych przesłuchaniach, zmaga się z biedą, w zapomnieniu. Ten film byłby dla nich ważny, gdy oddał im przynajmniej mały hołd, gdy o wielkich hołdach, a choćby tylko o rencie kombatanckiej dla nich państwo do tej pory nie zdążyło jeszcze pomyśleć. Wie o tym najlepiej Mirosław Chojecki, który organizuje dla nich zbiórkę pieniędzy – na czynsz i leki.

Ten film zastanawia. Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego scenariusza nie napisał ktoś, kto nie tylko dowiedział się o tym, jak było, bo obejrzał kroniki i przeczytał materiały archiwalne, relacje świadków czy opracowania historyków, lecz kto – był tam wtedy z nami? Bo, prawdę mówiąc, gdy o tym teraz myślę, Mirosław Chojecki wiedziałby, jak napisać taki scenariusz. Jego również stan wojenny zatrzymał na Zachodzie, we Francji. Ale, jakby to powiedzieć: można być blisko i nic nie widzieć, można być daleko i wiedzieć bardzo dużo. Chojecki wiedział i działał, m.in. organizując wysyłkę (czyt.: szmugiel) maszyn drukarskich do kraju, był więc – blisko.

Dlaczego? Dlaczego Wajda tak wiele pominął, a poszedł w stronę wizji powierzchownej i nie do końca prawdziwej? I proszę mnie nie napominać, że temat duży i skomplikowany. Skrótowość niekoniecznie musi być powierzchowna, a metafora niekoniecznie musi być przekłamaniem. Jeśli się drąży dość głęboko, to się znajduje, i właściwe słowa, i właściwy ton, wiem, bo piszę wiersze, rzadko, ale piszę, rzadko, bo dużo czasu schodzi mi na drążenie.

I dlaczego? Dlaczego w sieci krąży tak mało recenzji na temat filmu? Nie mówię o oficjalnych „blurbach” i „zajawkach”, bo to są materiały promujące, maszyna marketingowa. Mówię o recenzjach w dawnym rozumieniu, kiedy to dziennikarz szedł do kina, oglądał film, reagował emocjonalnie, następnie przetwarzał całą rzecz intelektualnie, a potem – pisał. Wiem, to wymaga czasu. I wiem: dziś już się nie pisze „prawdziwych” recenzji, bo wszystkim tak się spieszy, że jak nie dostaną od zainteresowanego artysty tak zwanego „gotowca”, to nikt nic nie napisze. A przecież zarówno film narodowego reżysera Wajdy, jak postać bohatera narodowego Lecha Wałęsy zasługuje na refleksję, uczciwą i obiektywną, ale również osobistą i uczciwie subiektywną. Bo chociaż film mnie zawiódł i zasmucił, to przecież na uczciwą recenzję zasługuje.

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, i Lech Wałęsa na pewno nie raz już się o tym przekonał. Ale możliwe też, że film spóźniony o tyle lat, został jednak zrobiony zbyt wcześnie. Spóźnił się, ponieważ kolorowa bańka wolności dawno się rozprysła, a wraz z nią nasze ideały i wspaniałe poczucie wspólnoty, kiedy to wszyscy żyliśmy w jednakowej biedzie, ale też byliśmy braćmi w szacunku i poświęceniu dla Ojczyzny, i nikt jeszcze nie wstydził się słowa patriotyzm, które od tejże Ojczyzny się wywodzi. Tamten poryw euforii pełnej nadziei, jakże dla nas wtedy charakterystyczny i ważny, został brutalnie złamany przez stan wojenny. 13 grudnia był mróz, śnieg skrzypiał pod butami. W naszych domach zapanowała martwa, pełna przerażenia cisza.

Nie chciałabym by moja recenzja, dość surowa, przyznaję, uplasowała się gdzieś pośród tak rozpowszechnionego obecnie ogólnonarodowego tonu jadu i nienawiści. Proszę mi tego nie robić, nie bluzgam nienawiścią, szanuję wszystkich twórców, którzy przyczynili się do powstania tego filmu. Lech Wałęsa doczekał się filmu o sobie, i w pełni na to zasłużył. Miał więcej szczęścia niż Kościuszko czy Kiliński, i wielu innych naszych bohaterów narodowych. Lecz mimo wszystko trudno oprzeć się wrażeniu, że film Wajdy i Głowackiego spóźnił się, a zarazem spóźnił się nie dość i został zrobiony zbyt wcześnie. Dlaczego? Ponieważ los naszego bohatera narodowego poszedł już w zapomnienie. Dziś mało kogo obchodzi On i nasza wspólna uboga a bohaterska przeszłość. Młodzież dzisiaj biegnie, nie oglądając się w przeszłość, zajęta swoimi sprawami i swoją przyszłością. Zauważy naszego bohatera – i doceni – dopiero gdy przyjdzie jego czas. Wtedy – kiedyś, po najdłuższym życiu – ktoś postawi mu pomnik. Ktoś  inny przypomni sobie o filmie „Wałęsa, człowiek z nadziei”, sięgnie do zakurzonej filmoteki narodowej i… nie dowie się, jacy byliśmy naprawdę.

Walesa_film_set

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Film o Lechu Wałęsie, który razem z “Solidarnością” walczył o Polskę wolną od komunizmu.
gatunek: Biograficzny / Dramat
produkcja: Polska
premiera: 4 października 2013 (Polska) 5 września 2013 (świat)
reżyseria: Andrzej Wajda
scenariusz: Janusz Głowacki
muzyka: Paweł Mykietyn
zdjęcia: Paweł Edelman

Obsada

Robert Więckiewicz jako Lech Wałęsa
Agnieszka Grochowska jako Danuta Wałęsa
Iwona Bielska jako Ilona, sąsiadka Wałęsów
Zbigniew Zamachowski jako Nawiślak
Dorota Wellman jako Henryka Krzywonos
Maria Rosaria Omaggio jako Oriana Fallaci
Mirosław Baka jako dyrektor stoczni
Michał Czernecki jako wicedyrektor stoczni
Grzegorz Małecki jako funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa
Marcin Hycnar jako stoczniowiec
Piotr Probosz jako Czesław Mijak
Wiktor Malinowski jako Jarosław Wałęsa w wieku 3–5 lat
Marcel Głogowski jako Bogdan Wałęsa w wieku 8–10 lat
Kamil Jaworski jako Przemysław Wałęsa w wieku 5–7 lat
Cezary Kosiński jako Majchrzak
Ewa Kolasińska jako pracownica w stoczni
Maciej Stuhr jako ksiądz
Małgorzata Zajączkowska jako sprzedawczyni
Wojciech Kalarus jako przewodniczący
Mateusz Kościukiewicz jako Krzysiek
Barbara Babilińska jako pielęgniarka
Henryk Gołębiewski jako chłop przy blokadzie

Słowami poety

Roman Zygmunt Brodowski

Impresja chyba polityczna

Jesień, zwłaszcza ta typowo polska, przeplatana złotoczerwienią liści, zapachem brzemiennych sadów, od zawsze wywołuje we mnie nastrój nostalgicznej zadumy, melancholii czy też romantycznej wylewności, płynącej z często niezrozumiałych dla mnie samego uczuć. Natomiast chłodny, porywisty wiatr, zachmurzone niebo, brak słonecznych promieni oraz ciągle padający deszcz, stanowiące dla wielu przeszkodę dla dobrego smopoczucia zarówno fizycznego jak i psychicznego, pobudzają we mnie i tak wyostrzoną wyobraźnię. Z respektem i podziwem obserwuję zachodzące z dnia na dzień zmiany w otaczającej nas przyrodzie, gotującej się do zimowego snu.

jesien1Właśnie w taki jesienny, pochmurny dzień postanowiłem wybrać się na długi spacer, ciągnący się kilometrami nadbrzeżną alejką nad Niemnem. Rzeka o tej porze roku wygląda wyjątkowo pięknie. Odziana w tęczową barwę spadających liści, płynie powolnym rytmem w ukrytym w niezbyt wysokim wąwozie, od wieków tym samym korycie.

Zawsze, kiedy jestem w Grodnie, znajduję czas na to, by posiedzieć w ciszy nieopodal murów jednej z najstarszej budowli tego miasta, jaką jest prawosławna, Cerkiew pod wezwaniem św. Borysa i Gleba, zwana Kołożską. Nie bez powodu upatrzyłem sobie właśnie to miejsce dla moich, często wielogodzinnych, medytacji. Cerkiew ta znajduje się bowiem na stromym zboczu urwiska, pod którym płynie rzeka i jest niemym dowodem na to, że ten pozornie leniwy Niemen potrafi być niszczącym wszystko, co napotka na swojej drodze, żywiołem. Pozbawiona bocznej części muru, zabranego przez wzburzoną wodę podczas powodzi w 1853 roku, wskutek obsunięcia się skarpy, na której stała, świątynia ta swoją historią do złudzenia przypomina mi losy naszego kraju. Wielokrotnie niszczona, przechodząca z rąk do rąk, będąca własnością różnych wyznań, okradana, stoi nadal niczym nie zabezpieczona, czekając na kolejny gniew pozornie spokojnego Niemna. Po drugiej zaś jego stronie, na niewysokim wzniesieniu, widnieje zamek, pamiętający dzień abdykacji ostatniego króla Polski.

cerkiewJak zwykle usiadłem na leżącym tuż nad urwiskiem kamieniu, spoglądając to w dół, na odbijające sie w lustrze wody chmury, to w bok, na dobudowaną, butwiejącą powoli, drewnianą część cerkwi.

– Dlaczego nikt nie zabezpieczy tego obiektu przed ewentualną, kolejną powodzią, jaka może się przecież niespodziewanie wydarzyć? – pomyślałem. – Czyżby wydarzenia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat niczego nikogo nie nauczyły?

Na horyzoncie ukazał się klucz dzikich gęsi. Leciały w zorganizowanym szyku w kierunku południowym, w równych odstępach. Boczne flanki klucza i jego koniec zabezpieczały pojedyncze ptaki. Nawet one potrafią się zorganizować dla dobra i bezpieczeństwa swojego stada. A my?

Ten fascynujący widok przypomniał mi o niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Polsce. Areną ich (nie po raz pierwszy zresztą) był polski parlament. Nienawiść, jaką wykazali w stosunku do siebie członkowie różnych ugupowań politycznych podczas debaty nad dalszą przyszłością państwa, w niczym nie ustępowała tej, która w nie tak odległej przeszłości doprowadziła do rozbiorów.

Popatrzyłem w kierunku zamkowego wzgórza i… wyobraziłem sobie postać Stanisława Augusta stojącego przy otwartym oknie.
Jak w dobrym, panoramicznym filmie, ukazały mi się dziwne, wiejące grozą obrazy tamtej jakże tragicznej dla nas, narodu polskiego, epoki.
Widziałem zwolenników reform zapoczątkowanych przez króla Stasia w 1764 roku, mających wprowadzić zmiany ustrojowe państwa, walczących z wilczym zapałem, przy wsparciu wojsk carskich, z przeciwnikami tychże reform. Bratobójcza walka doprowadziła do tego, że Polska straciła, i tak osłabioną, pozycję suwerena w regionie na rzecz carycy Katarzyny II. Widziałem podpisanie traktatu „wieczystej przyjaźni”, jaki zawarty został w lutym 1767 roku, na mocy którego Rzeczpospolita stała się oficjalnie protektoratem rosyjskim. Widziałem też zawiązującą się w Barze w 1768 roku Konfederację i walczących tam pod hasłem „Wiara i Wolność” pierwszych prawdziwych patriotów tamtego okresu. Widziałem rozpoczęty w tym samym roku, wielokrotnie zrywany, trwający cztery lata Sejm, który jako pierwszy w Europie ustanowił w 1791 roku najnowocześniejszą w ówczesnej Europie Konstytucję 3 Maja. Widziałem kolejną zdradę narodową, jakiej dopuściła się część polskiej magnaterii przy silnym wsparciu kleru, a jaką był twór zwany konfederacją targowicką. Widziałem pierwszy rozbiór naszej Ojczyzny. Słyszałem głos Tadeusza Kościuszki, składającego przysięgę na krakowskim rynku: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi…” Słyszałem odgłosy walki polskich kosynierów podczas Insurekcji, pierwszego zbrojnego powstania przeciwko zaborcom, oraz płacz bezbronnego i ogłupionego narodu.
Spojrzałem jeszcze raz w stronę zamku, a tam nic. Wszystko znikło, okna szczelnie zamknięte, nie widać w nich żadnej postaci. Krzyk rybitw siedzących na parapetach i przenikliwy wiatr oraz łzy w moich oczach sprowadziły mnie z powrotem w świat naszej szarej rzeczywistości.

– No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy takie same i prowadzące prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który jednak nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, i tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.
Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych. Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS jak i PO), do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica, czasami wspierana przez instytucje kościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Co raz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczegoi społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.
Stare, mądre przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu ostatnich lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem, i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy. Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi. Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…? To czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Nie jestem historykiem, politykiem lub ekonomistą, a tylko Polakiem, poetą i marzycielem. Jako Polak mam jedno wielkie pragnienie, aby mój naród nigdy więcej nie doświadczył tego, czego doświadczyli nasi przodkowie. Aby Polacy swoją mądrością w prawdziwej jedności, odrzucając animozje, dokończyli dzieła budowy tej świątyni jaką jest niepodległa Polska.

Niemen

Powiadają, zwyczajna to rzeka,
Od wieków niezmiennie spokojna.
A dla mnie to obraz historii
To wieczność, to pokój, to wojna.

W jej nurcie, głębokim i żywym,
Wśród twardych granitu kamieni,
Spoczywa i godność, i wiara
Owoce polskości tej ziemi.

Tu nad brzegami, w szuwarach
Tysiące styczniowych rycerzy,
Walczyło o wolność, o Polskę,
O powrót do dawnej macierzy.

Wystarczy przyłożyć doń uszy
By poczuć, usłyszeć płacz wody.
W niej płacze ojczyzny niewola,
W niej płaczą ówczesne narody.

Niechaj mówią „zwyczajna to rzeka”
Lecz dla mnie to symbol wierności,
To świadek tragicznych wydarzeń,
Przestroga tragicznej przeszłości.

Berlin, 24.10. 2013

Drogi czytelniku, tekst ten napisałem, i odważyłem się go opublikować, bo od wielu lat obserwuję działania kolejnych rządów naszego kraju i, jako emigrant, zaniepokojony jestem tym, co się w mojej ojczyźnie, a zwłaszcza w polskim parlamencie dzieje. Ktoś w końcu musi (póki nie jest za późno) to powiedzieć. Niezgoda, ambicje jednostek i brak jedności już raz doprowadziły nasz kraj do upadku!

jesien2

Narodowe Święto Niepodległości

Krystyna Koziewicz

Dzień 11 listopada został ustanowiony świętem państwowym w 1937 roku. W latach 1939-44 podczas okupacji hitlerowskiej oraz w okresie od 1945 do 1989 roku, w czasie rządów komunistycznych, obchody święta były zakazane. Dopiero w roku 1989, ustawą Sejmu, przywrócono to święto i od tego roku Święto Niepodległości jest najważniejszym świętem państwowym.

Jak co roku świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości także wśród Polaków za granicą. Dla wielu to być może to dzień mądrej refleksji nad patriotyzmem, narodem, państwowością, może to być dzień radości z bycia Polakiem. W Polsce obchody Niepodległości jeszcze nie doczekały się charakteru wesołego świętowania, jak to bywa w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.  Choć…. już zaczyna się coś zmieniać. Gdy Bronisław Komorowski został prezydentem, zapoczątkował akcję z biało czerwonymi kotylionami, które w tym dniu nosi coraz więcej ludzi. Idea zdaje się być trafiona w dziesiątkę. Z kolei w tym roku z inicjatywy kustosza Muzeum Józefa Piłsudskiego z Sulejówka zainicjowano akcję wysyłania kartek „Mamy Niepodległą”. Dobrze się stało, że to sympatyczny gest ma sprawić, że udzie zapamiętają nazwisko wielkiego wodza w walce o Niepodległość Polski.

pilsudski1Tu uwaga na marginesie – muzeum w Sulejówku znajduje się w stanie wymagającym natychmiastowego remontu. Doprawdy wierzyć się nie chce, że do tej pory nie znalazła się żadna opcja polityczna, która by godnie uhonorowała miejsce pamięci bohatera Polski Niepodległej. A tylu przecież mamy polityków, którzy deklarują się jako patrioci i następcy wielkiego wodza.

pilsudskiWróćmy jednak do sprawy obchodów, bo jakoś mnie żywo ten problem obchodzi. Na Zachodzie z okazji świąt państwowych przedstawiciele rządu i parlamentu rytualnie składają wieńce pod pomnikami, oddając hołd bohaterom oraz poległym w wojnie żołnierzom i cywilom. Odbywają się uroczyste msze, koncerty muzyki klasycznej narodowych kompozytorów, ale po tej części oficjalnej organizuje się dla społeczeństwa – na koszt państwa! – festyny uliczne z muzyką i to wysokiej klasy. W tym roku w Berlinie pod Bramą Brandenburską odbywał się wielki festyn z okazji Pojednania Niemiec. Jego częścią był koncert dla miliona berlińczyków. Na scenie występował znany austriacki wokalista Udo Jürgens. W przerwach pomiędzy piosenkami opowiadał publiczności rewelacje o pani kanclerz Niemiec. I co się okazało? Pani kanclerz osobiście zadzwoniła do artysty z prośbą o udział w koncercie. Artysta myślał, że ktoś sobie żartuje, a telefon okazał się prawdziwy. Podana informacja wzbudziła wielkie zaskoczenie i radość, że na najwyższych szczeblach władzy myśli się o zwykłym człowieku.

My również mamy powody do radości, bo oto nasz obecny ambasador Jerzy Margański, a wcześniej jego poprzednicy także kroczą drogą pani Merkel i z okazji świąt narodowych organizują dla Polaków zamieszkałych za granicą koncerty, gdzie można posłuchać polskich kompozytorów w wykonaniu najlepszych muzyków. W tym roku, 15 listopada z okazji Święta Niepodległości w godzinach wieczornych Ambasada RP w Berlinie zaprasza Polonię na koncert muzyki klasycznej w wykonaniu Fair Play Quartet, który wykona utwory Bacha, Mozarta, Rachmaninowa, Bacewicz, Chopina, Lutosławskiego i Panufnika. Koncert odbędzie się historycznej auli radia RBB.

Natomiast w przeddzień święta Niepodległości w Deutsche Oper Berlin Ambasada Polska w Berlinie oraz Fundacja Fryderyka Chopina organizują uroczysty koncert chopinowski w wykonaniu pianistki Agnieszki Przemyk-Bryła i wiolonczelisty Tomasza Strahla.

Po koncercie, tradycyjnie odbędą się rauty, na których na pewno nie zabraknie zapalczywych dyskusji Polsce, Polakach, Polonii, Niemczech, rodzinie i wydarzeniach z ostatniego okresu. Ot, zwykłe Polaków rozmowy.

A tymczasem, a tymczasem w Polsce…

10 listopada w Warszawie PiS połączy comiesięczny marsz pamięci ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej z uczczeniem 95 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W Krakowie z kolei po mszy odbędzie się przemarsz z Wawelu przed Krzyż Katyński. Gorzów: godz.12.20 – 13.00 formowanie kolumny i przemarsz uczestników Mszy z Katedry pod pomnik Józefa Piłsudskiego. W Bochni o godz. 15.30 nastąpi przemarsz pod Pomnik “Poległym za wolność 1914-1920″, gdzie zostanie odśpiewany hymn państwowy, zostaną wygłoszone okolicznościowe przemówienia, zostaną złożone kwiaty oraz odbędzie się Apel Poległych. Na koniec ok godz. 17.00 w paradnym przemarszu uczestnicy obchodów przejdą do Państwowej Szkoły Muzycznej w Bochni na Wspólne Bochnian Śpiewanie “Na patriotyczną nutę”. Co w Piszu nie ma co opowiadać, bo wystarczy zdjęcie…

img-1467-192780Oczywiście nie wszędzie w Polsce tak jest. W Poznaniu głównym tematem obchodów będzie święty Marcin i słynne marcińskie rogale. W Warszawie zostanie między innymi zorganizowana rockowa jazda harleyów, a w Gdańsku parada przebierańców. To prawda, jest coraz lepiej, bo różnorodnie, ale mimo to wciąż jeszcze królują w Polsce marsze, przemarsze, parady (te na poważnie) i defilady (również na poważnie). Tak jakby czas się zatrzymał, jakbyśmy nie weszli w wiek XXI, albo jakbyśmy przenieśli się na Wschód, bo to tam spotkać jeszcze można pochody i przemarsze. W Chinach, w Rosji, w Korei.

No i w Polsce.

O motylach i innych robalach

Aleksandra Puciłowska

O motylach i innych robalach

Wiesz, bo to nawet nie o to chodzi, że się czujesz jakoś specjalnie prześladowany, czy że boisz się, że cię będą chcieli spalić na stosie… To byłoby nawet i chyba znośne – człowiek, by się poczuł przynajmniej bohaterem i podreparował trochę swoje ego. Tu idzie jednak o coś zupełnie innego, co może i na co dzień ci nawet nie doskwiera, tylko czasem wyłazi spod szafy, jak jakiś cholerny karaluch, który niebezpiecznie zmierza w twoim kierunku, by zapaskudzić ci życie.

Bo jak człowiek tak żyje swoim zwykłym trybem i zamiast zajmować się pierdołami, skoncentruje uwagę na codziennych obowiązkach, czy nawet i jakiejś pierwszej lepszej książce z regału, to się czuje – w istocie rzeczy – całkiem normalnie. Jada się śniadania, jeśli się nie zaśpi. Chodzi się na uniwerek. Odwiedza znajomych. Czasem pójdzie już nawet i na ten sport, który się opłaciło z góry, bo miało to niby motywować do regularnych odwiedzin hali sportowej. Takie tam – zwykłe życie mieszczucha, który niespecjalnie lubi wyróżniać się z tłumu. I tak sobie żyjesz tym życiem całkiem zwyczajnym – dopóty dopóki nie przyjdzie ten cholerny karaluch, co siedział do tej pory pod szafą czy jakąś komodą, udając że ciebie nie ma. Ten stan wzajemnej ignorancji utrzymuje się jednak zawsze tylko przez jakiś czas. Człowiek pod szafę nie zagląda, bo i po co? A karaluch co jakiś czas lubi jednak wyleźć spod niej. Nie zadziera głowy do góry, bo mu matka natura tejże perspektywy poskąpiła, pełza więc tak tylko po tej podłodze i szuka. Szuka, aż znajdzie. Obiektem poszukiwań jesteś ty, ale może stać się też ktoś inny. Sęk w tym, by odróżniać się od z góry założonej miary karaluchowatości. Ja wpisuję się, jako odmieniec-motyl, że niby tęczowy.

Rodzajów i maści tychże karaluchów jest całe mnóstwo. Jedne są mniej inne bardziej natarczywe. Każdy ma jednak jedną cechę wspólną – on bardzo chciałby, byś i ty wlazł do niego pod tą szafę. A to, że człowiek się pod nią nie mieści, nie pozostaje dla niego żadnym argumentem – przecież głowę można ściachać, a nóżki podkurczyć – i już będzie się wzorowym obywatelem pierwszej kategorii karaluchowatości. Człowiek zazwyczaj stara się w spory i kłótnie nie wchodzić, tyle że kiedy karaluch zaczyna się panoszyć w twojej sypialni, to przechodzi ochota na chowanie głowy w piasek. Bo sypialnia to w końcu sypialnia. Człowiek różne rzeczy w niej robi i niekoniecznie lubi się tłumaczyć z tychże czynności przed karaluchem, czy innym robalem. Niechby i mnie rozliczali z tego, czy przechodzę na zielonym albo czy uiszczam stosowne opłaty na różnego rodzaju konta bankowe. Ba, mogę też udowodnić, że potrafię dzieciaka odebrać z przeszkola, a i nawet zmiana pieluch nie pozostaje dla mnie tajemnicą. Tyle, że oni swoje. Że skoro w sypialni nie jest po karaluchowatemu, to oznacza, że dziecku czapki na uszy naciągnąć nie potrafię, a choćbym i dzieło na miarę Szekspira napisała, to to i tak będzie zamach na tradycyjne wartości i kulturę Karaluchowatej Polski. Bo jak pisać epopeje, to tylko, jako karaluch. Albo choćby w pelerynie karaluchowej. A nie, żeby jakieś gombrowicze, czy inne konopnickie kolorowymi skrzydłami małe karaluchy bałamuciły. Epopeja to epopeja, a nie żadna tęcza po deszczu.

Są karaluchy-misjonarze. Mają boga zwanego Karaluchem Wszechmogącym, który im przekazał, że jedynie karaluchy czystej maści mogą dostąpić zaszczytu życia w robalowatym niebie. I one tak bardzo chcą tam zaciągnąć i siebie i ciebie, że pozostają głuche na to, że tobie dobrze i bez nieba, i bez boga. I że wolisz nie ciachać sobie głowy, by zmieścić się pod szafą, że tobie dobrze, że dziękujesz za troskę, ale naprawdę – tobie nie trzeba…

Są też karaluchy-wychowawcy. Boją się głównie o swoje małe karaluchy. Że skoro ty paradujesz po motylowemu, a nie karaluchowatemu, to te małe też wyjdą spod szafy i będą chciały latać, jak owe zaobserwowane motyle. Tyle że żaden motyl sam się pod szafę nie pcha. Był tam w końcu – jeszcze jako poczwarka z rodziny robalowatych. Jakoś nigdy nie czuł się dobrze, a kiedy wyrosły mu skrzydła, miał dwa wyjścia – podkulić je i pozwolić by zarosły kurzem, albo je rozwinąć i wylecieć spod szafy na wolność i powietrze. Żadnemu małemu karaluchowi skrzydła do latania zdatne w końcu nie wyrosną, więc i dlaczego miałby się wzbijać w powietrze, skoro na ziemi mu dobrze i bezpiecznie..?

Bywają karaluchy-bojówkarze. To rodzina karaluchowatych, którą najmniej rozumiem. Nie lubią kolorów czy skrzydeł – trudno powiedzieć. Próbują w każdym razie, wyrwać motylom skrzydła, a kolory zapaskudzić brunatną farbą.

Są i karaluchy-moralizatorzy. Opowiadają głównie o tym, że jak ich podszafowy świat karaluchowaty długi i szeroki, nie ma tam motyli. A jeśli są to podkulają skrzydła i grzecznie znoszą swą odmienność, próbując przybrać barwy ochronne. A skoro tak było tak za dziada i pradziada, to i teraz tak musi być. I już. Dyskusję z nimi prowadzić niezwykle trudno, niestety.

Wszystkie te robale spod szafy wywołać jest niezwykle łatwo. Wystarczy zbyt głośno odstawić szklankę, mocniej tupnąć nogą, albo spróbować wywietrzyć mieszkanie. Bo jak otwierasz okno, to im wieje pod szafą. A one lubią w kurzu i bez hałasu. Kompromisów szukać też nie jest łatwo, bo zawsze ktoś pozostaje niezadowolony. Pozostaje jakoś z tym żyć, czasem wietrzyć – pomimo wszystko – nie zważając na protesty karaluchowatych i mieć nadzieję, że i oni zaczerpną trochę tego świeżego i zdrowego powietrza. Dzielimy w końcu razem to mieszkanie, a każdy z nas – koniec końców – urodził się robalem. Jakoś przyjdzie się nam w końcu dogadać. Takową żywię nadzieję – ja – przedstawicielka motylowatych.

Poprzedni tekst Oli o motylach: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/03/zwiazki-partnerskie/

Mężczyzna. Der Mann.

zieloni2004. Plakat wyborczy Partii Zielonych / Wahlposter der Grünen (Liebe ist Liebe. In die EU, damit sich etwas ändert)

Lidia Głuchowska

Mężczyzna. Zmiany obrazu

„Nikt nie rodzi się jako kobieta”, to stwierdzenie Simone de Beauvoir analizuje się często w odniesieniu do polskiej sztuki współczesnej także w związku z opresyjnymi, konotowanymi kulturowo i politycznie konstrukcjami męskości. Działania i strategie społeczno-kulturalnej interakcji obnażają „niebezpieczne związki sztuki z ciałem”, by przywołać tytuł książki Izabeli Kowalczyk (…). Demaskacja ta dokonuje się poprzez przeniesienie w nowy, nietypowy kontekst określonych gestów, póz, sformułowań i reguł etykiety. Dekontekstualizacja wywołuje efekt obcości, choćby w takich pracach jak Archiwum gestów Zofii Kulik, Krzesło 2 (2000) Katarzyny Kozyry czy Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego (2000) Artura Żmijewskiego, w którym artysta zestawia schematycznie upozowane umundurowane i nagie ciała.

Nagi człowiek jest bezbronny. Jak komentuje Artur Żmijewski w wywiadzie z Izabelą Kowalczyk, mężczyźni też są słabi: „(…) My słabi eksponujemy nasze różowe pupy i (…) zaświadczamy nimi o własnej miękkości, o własnej słabości. Nasze pośladki i nasze majtające się fiutki, są ambasadorami naszej delikatności”. Artyści wskazują więc na to, iż poza mówcy, mężczyzny w garniturze bądź w mundurze oddziałuje często jak konwencjonalna zbroja, oddzielająca sferę prywatną od intymnej.

Interesujące jest, iż to samo w odniesieniu do pozornie równouprawnionych społecznie kobiet udokumentowała w sztuce polskiej już przed laty choćby Ewa Partum w pracy Autoidentyfikacja (1980), w której na zdjęciu sceny ulicznej naprzeciw siebie pokazane zostały: kierująca ruchem policjantka w mundurze i naga kobieta w szpilkach.

Przemoc, którą instytucje totalitarne bądź działające na zasadzie surowego rygoru i hierarchii – takie jak armia, szkoła czy szpital – wywierają na sferę prywatną jednostki, ukazana tu zostaje jako oczywistość. Ponadto krytycznej analizie poddana zostaje także natura prywatnych związków heteroseksualnych. Ich charakter demaskuje np. Dorota Nieznalska w pracy Bez tytułu (1999), ukazując problem rodzinnej, nierzadko psychicznej przemocy mężczyzny nad partnerką, która w omawianym dziele utożsamiona i traktowana jest jak pies.

Cały tekst po polsku
z ilustracjami i przypisami w czasopiśmie Pro Libris 2009

Der Mann. Änderungen der Abbildung.

„Niemand wird als Frau geboren“. Diese Feststellung von Simone de Beauvoir wird in der polnischen gegenwärtigen Kunst auch in Bezug auf oppressive, kulturell und politisch bedingte Konstruktionen von Männlichkeit analysiert. Solche Verfahren und Strategien der interaktiven sozial-künstlerischen Koexistenz entblößen die „gefährlichen Beziehungen der Kunst und des Leibes“ (…). Dies geschieht, indem bestimmte Verhaltensmuster, Gesten, Posen und verbale Zeichen des traditionellen maskulinen Codes in neue Kontexte gesetzt werden. Häufig erzeugt dies einen Aufmerksamkeit erregenden Verfremdungseffekt, wie z. B. in den Werken Archiwum gestów von Zofia Kulik (Archiv der Geste, 1987-1991), Krzesło 2 (Der Stuhl 2, 2000) von Katarzyna Kozyra und Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego (Die Repräsentationskompanie der Polnischen Armee, 2000) von Artur Żmijewski, in dem wirklich oder metaphorisch uniformierte und nackte Körper zusammengestellt sind.

Nackt ist der Mensch wehrlos: „Wir, die Schwachen, Männer, stellen unseren rosa Po zur Schau und verwenden ihn als unseren Stempel. Damit bezeugen wir unsere Weichheit und Schwäche. Unsere Hinterbacken und unsere schwingenden Schwänzchen sind Botschafter unserer Zartheit“, kommentiert der Künstler Artur Żmijewski selbst. Die Pose des Redners, der Anzug oder die Uniform erscheinen dadurch als eine Art konventionelle Rüstung, welche die Sphären des offiziellen und des privaten Männerbildes voneinander trennt.

Interessanterweise dokumentierte die polnische Kunst Offenbarungen solcher Art in Bezug auf die angeblich sozial gleichgesetzte Frau bereits von vielenJahren, so z. B. in der Autoidentyfikacja (Selbstidentifikation, 1980) von Ewa Partum, wo auf einem mitten auf der Straße aufgenommenen Foto einer uniformierten Polizistin eine nackte Frau in Pumps gegenübergestellt wird.

Die Gewalt, die besonders in den totalitären Institutionen – wie etwa Armee, Schule oder Krankenhaus – auf die Privatsphäre ausgeübt wird, erscheint somit als offensichtlich. Doch auch die Natur privater heterosexueller Beziehungen wird in der Kunst der kritischen Analyse unterzogen. So entblößt z. B. Dorota Nieznalska in ihrem Werk Bez tytułu (Ohne Titel, 1999) die familiäre, nicht selten auch psychische Gewalt des Mannes über seine Partnerin, die hier, wie auch in vielen anderen Werken, als Hündin bezeichnet und behandelt wird.

Der ganze Text auf Deutsch mit Fußnoten und Abbildungen: Endfassung_Gluchowska_autoris