Zbigniew Milewicz
Ayutthaya
Turystów można podzielić z grubsza na dwie kategorie: na muzealników i naturszczyków. Tych pierwszych interesują przede wszystkim ludzkie dzieła i wszelaka martwa materia, drugich – sami ludzie i wszystko, co żyje. Mój stary kompan Edmund, a starszy jeszcze podróżnik, dodaje do tego prześmiewnie trzecią grupę: przewody pokarmowe, czyli ludzi zainteresowanych głównie gastronomią danego kraju. Ponieważ życie bez kompromisów jest niemożliwe, muzealnik Edmund także regularnie się odżywia na wycieczkach, ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ja, co się uważam za naturszczyka, czasami również coś godnego uwagi zwiedzę.
Zanim zaproszę szanownych czytelników do Ayutthayi, która przed Bangkokiem była stolicą królestwa Siam, słów kilka na temat gospodarki tego państwa, której jednym z filarów jest właśnie turystyka. Goszczę w jednym z najszybciej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej.

Na pierwszy rzut oka w tajskiej turystyce pracują amatorzy, a przynajmniej ludzie mocno roztrzepani. Agent biura, w którym kupuję wycieczkę do Ayutthayi i późniejszy przewóz do Pattayi plus noclegi w tamtejszym hotelu, zamiast wydrukować mi porządnie bilety, coś kreśli ręcznie na kartce papieru, maże to, zaczyna od nowa, gdzieś telefonuje, wyciąga nową kartkę, drapie się po głowie, kiedy ogląda moją kartę kredytową, nie wiem, czy dobrze trafiłem. Na moje szczęście mówi po niemiecku i wciąż powtarza keine Sorgen, więc próbuję uwierzyć, że wie, co robi. Faktycznie, wszystko przebiegnie sprawnie; nazajutrz kierowca osobówki odbiera mnie punktualnie rano z hostelu, jedziemy jeszcze po trzech wycieczkowiczów i na główne miejsce zbiórki. Busików stoi kilka, turystów spora grupa, przychodzi przewodniczka, młoda dziewczyna, wyławia nas kolejno na podstawie biletów, lepi na koszulkach żółte i niebieskie paski papieru, żeby nas później rozpoznać wśród innych grup i nie zgubić, i w drogę. Dwie toyoty jadą z nią do starej stolicy, reszta w jakieś inne miejsce. Jestem najstarszy w grupie, po mnie jest, na oko, chyba Salome z Ibizy. Znowu ktoś z tej niewielkiej wyspy Balearów, kto wie, może tamtejsi mieszkańcy mają jakiś zlot w Tajlandii… Reszta, zdecydowanie młodzież – z Francji, Portugalii, Włoch, w większości dziewczyny. Miła Jenny o egzotycznej urodzie siedzi obok mnie, jest z Nowej Zelandii, jutro odlatuje do domu, żeby zdążyć na Boże Narodzenie.

Na początek mamy XIV wieczną świątynię Wat Phu Khao Thong, Złoty szczyt, położoną na obrzeżach miejscowości. Jest biała, trochę w kształcie piramidy i całkiem dobrze zachowana, w porównaniu z ruinami, które zwiedzę później. Ponieważ trwa jakieś buddyjskie święto, ludzie przed budowlą odprawiają modły, celebruje je starszy człowiek ubrany w biały uniform wojskowego kroju, a więc może nie mnich, oni noszą szafranowe szaty. Przyjechała szkolna wycieczka, około setki dziewcząt, wszystkie w identycznych, granatowych fartuszkach, z włosami przyciętymi na wysokości uszu, rozkładają się biwakiem pod murami świątyni, zaczyna się lekcja historii. Profesorowie uzbrojeni w megafony, towarzystwo zdyscyplinowane, oj spodobałby się staremu belfrowi Krystianowi ten widok. Wychodzę po stromych schodach na górny podest świątyni, żeby zrobić parę zdjęć i przy okazji stwierdzam, że z moją kondycją jest dużo lepiej, niż pierwszego dnia.
Spatynowany czasem Złoty Szczyt
Kiedy wracam, ceremonia dobiega końca, służba sprząta ołtarz, zgarnia na tace ofiarne wota – kwiaty, owoce i… świńskie głowy, których wcześniej, z daleka nie rozpoznałem. Ponieważ niewiele wiem o symbolice buddyjskich rytuałów, wspomnę tylko, że zaskoczyła mnie ta głowizna.

Po nabożeństwie

Lekcja historii
Wat Phra Mahathal i Wat Ratbumana nie mamy w programie, a w przewodniku przeczytałem, że według legendy w pierwszej świątyni złożono szczątki samego Siddharthy Gautamy, czyli Buddy, a drugą postawił jeden z władców, dla upamiętnienia krwawej walki o tron, w której zginęli jego dwaj starsi bracia. Zwiedzamy ruiny starego pałacu królewskiego, Wat Phra Si Sanphet, Viharn Phra Mongkol Bopit, z jednym z największych w Tajlandii posągów Buddy z brązu i Wat Lokaya Sutha, z kultową postacią tym razem w pozycji leżącej, na niebagatelnej długości 42 metrów. Ruiny są świadectwem upływającego czasu, ale w tym przypadku przede wszystkim niszczycielskiego najazdu Birmy na królestwo Syjamu przed 250 laty.
Ayutthaya, zaliczana do dziedzictwa kultury światowej, została założona w 1350 roku i była w swoim czasie najważniejszą, azjatycką metropolią. Kiedy w 1431 roku Tajowie podbili sąsiednie imperium Khmerów z Angkoru (dzisiejszą Kambodżę) i przejęli jego kulturę, wydawało się, że stolica pozostanie niezwyciężona. W okresie swojego największego rozkwitu, w XVII w., miasto liczyło milion mieszkańców, handlarze, przybywający tu z Chin, Japonii, Niderlandów, Francji i Anglii, opisywali je jako najpiękniejsze na świecie. Jego przepych i bogactwo były dla obcych wyzwaniem i podzieliły los Angkoru.
Salome i Maria z Porto
Na Ibizie Salome pracuje w recepcji hotelowej i dobrze mówi po niemiecku, mój angielski może zatem trochę odpocząć. W drodze od ruiny do ruiny, a później do słoniego cyrku opowiada mi o tym, jak trudno jest znaleźć właściwego współtowarzysza wycieczki za granicę. Teraz mają martwy sezon na wyspie, a może by tak do Tajlandii polecieć – pomyślała któregoś dnia, jej sąsiadka miała znajomą, która nosiła się z podobnym zamiarem, więc spotkały się i parę dni później już siedziały razem w samolocie do Bangkoku. Na początku kobieta sprawiała miłe wrażenie, ale później okazało się, że jest zgryźliwa, zazdrosna o wszystko, a jeszcze nieuczciwa w finansach wspólnej podróży, więc się rozstały. Salome jest spontaniczna w podejmowaniu różnych decyzji, może aż nazbyt i czasem później ich żałuje. Stylu swojego poruszania się po świecie nie zamierza jednak zmienić, nigdy nie przygotowuje się do drogi, nie czyta przewodników, tylko leci tam, gdzie jej fantazja podpowiada i na miejscu decyduje, co dalej. W ten sposób podróżowanie staje się ciekawą i nieustającą przygodą, prawdziwym odkrywaniem świata, na nic nie przygotowana nie doznaje żadnych rozczarowań i ze wszystkiego jest zadowolona. Z elektroniką jest zaprzyjaźniona, na lotniskach są strefy wi-fi, można hotel sobie zorganizować, dalszy transport. Z nawiązywaniem kontaktów też nie ma problemu, więc sobie sama dobrze radzi, ale podróżowanie w pojedynkę ma i minusy, choćby finansowe – konkluduje. Podobnie jak Jenny pomału kończy podróż, była w Phuket, Koh Samui, Kambodży i Laosie, święta spędzi w domu z najbliższą rodziną i przyjaciółmi.
Póki co jednak trwa wycieczka, oglądamy pokaz umiejętności słoni. Zwierzęta są uważane w Tajlandii za święte, przynoszą szczęście i dobrobyt, są jej symbolem.
Na wolności żyje ich tam około 3 tysięcy, prawie drugie tyle stanowi własność prywatną, lub rządową. Wykorzystywane są głównie w celach turystycznych i do pracy, mi.in. w dżungli, przy wycince i transporcie drzew. Nie byłoby w tym nic złego, od wieków służyły człowiekowi, gdyby nie brutalny sposób, w jaki się je traktuje – najpierw przy ich tresurze, później w czasie pracy. Dlatego proceder ten został uznany za nielegalny, mimo to nadal funkcjonuje, zwłaszcza w biednych, trudno dostępnych rejonach gór północnej Tajlandii.

Przewodzi nam Pani Tempo
W przerwie podczas wycieczki wegetariański, tajski lunch i ruszmy na zwiedzanie letniej rezydencji królewskiej w Bang Pa In, co jest prawdziwym orzeźwieniem dla z-ruinowanych oczu. Rodzina królewska ponoć rzadko korzysta z tej rezydencji, więc niektóre pałacyki i apartamenty służą celom reprezentacyjnym oraz komercyjnym, jako miejsce wytwornych bankietów dla VIP-ów. Piękna kolorystyka i architektura rezydencji, przestronne, pedantycznie utrzymane trawniki parku z fantazyjnie przystrzyżonymi krzewami, wodne oczka i chłodnawe podmuchy wiatru zachęcają do rozgoszczenia się na dłużej. Nam jednak pani Tempo trąbi już wsiadanego do Bangkoku; taką ma u mnie ksywę nasza przewodniczka. Co drugie słowo mówi tempo i ja sobie najpierw myślę, że może tak, jak niektórzy Polacy co rusz powtarzają jedno słowo na literę k, to ona po angielsku w odmianie tajskiej swoje tempo, aż wreszcie bystra Salome oświeca mnie, że przecież chodzi o temple, świątynię. Podróże jednak kształcą.

Letnia rezydencja królewska

Po półtoragodzinnej jeździe, wczesnym wieczorem docieramy do celu, w jakimś niewielkim zaułku, który niczym się nie różni od sąsiednich, wszędzie tanie, tajskie kramy, garkuchnie, warsztaty rzemieślnicze, hoteli brak. Idę na czuja do najbliższej, większej ulicy i po paru metrach widzę naprzeciw elegancko ubranego gościa – biała koszula, ciemne spodnie garniturowe. Wyszedł na papierosa z biura, nad którym widzę angielski szyld, że jest to agencja turystyczna. Tak trafiam do hostelu Bed&Butler, do którego w linii prostej mam zaledwie kilkaset metrów, ale Daar, najbliższy współpracownik właściciela, na jego koszt zawozi mnie tam szarmancko firmową limuzyną. Należność za pięć noclegów reguluję u agenta; gdybyś trafił bezpośrednio do mnie, zapłaciłbyś tylko 300 bathów za noc, a tak agent skasował dodatkowo 150 za pośrednictwo – powie mi później Sharp, właściciel hostelu. Cóż, każdy chce żyć.
Wyruszam w miasto zaopatrzony w mapę, smartfona z nawigacją, wielgachny kapelusz zielonych ludzików z Kaliningradu i butelkę zimnej wody, którą dostaję w prezencie od Sharpa (po chwili i tak już będzie ciepła). Po przejściu kilkuset metrów chodnikiem postanawiam przeprawić się na drugą, cienistą stronę ulicy, tylko, jak to zrobić… Podpatruję innych, bez względu na sygnalizację świetlną wciskają się między jadące jeden za drugim motorowery, tuk tuki, samochody, te zmniejszają wtedy prędkość, albo zwiększa ją pieszy i tak metr za metrem człowiek dociera do celu. Z duszą na ramieniu podążam śladem przechodniów, ale broń Boże na czerwonym świetle, przed jakąś ciężarówką na wszelki wypadek ostrzegawczo podnoszę rękę, bo wyobraźnia pracuje, no i udaje się, cało przechodzę przez jezdnię. Najpierw do banku, wymienić pieniądze, otwierają go za parę minut, o dziesiątej. Jak miło z rozgrzanej patelni ulicy wejść do chłodnego wnętrza, gdzie po okazaniu paszportu zostaję obsłużony szybko i uprzejmie, tylko wcześniej muszę jeszcze podać swój tymczasowy adres. Pani za bankowym kontuarem kopiuje sobie moje osobiste dane, sprawdza, czy mam aktualną wizę, którą otrzymałem na lotnisku, dwa podpisy i już jest za co szaleć w Bangkoku. Obcej waluty oficjalnie nigdzie ode mnie w Tajlandii nie przyjmą, poza bankiem, albo kantorem, w którym obowiązują podobne formalności.
Aby mój kierowca nie stracił jednak zupełnie wiary w białego człowieka, dałem mu się zawieźć do większego biura turystycznego, bo tym razem ja miałem w tym swój interes, a na zakończenie kursu zamiast dwudziestaka dostał 50 bathów. W biurze znalazłem i zarezerwowałem w miarę tani i jak się później okazało całkiem przyzwoity hotel w kurorcie Pattayi oraz przewóz na 25 grudnia. Przy okazji zręczny agent sprzedał mi wycieczkę do starej, tajskiej stolicy Ayutthaya i letniej, królewskiej rezydencji Bang Pa In, o której opowiem w następnym odcinku. Odwiózł wiózł mnie prawie pod sam Bed&Butler, w którym już trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz zapisałem się na wycieczkę, a pojutrze była Wigilia. Sharp kupił z tej okazji na jakimś bazarze sztuczną choinkę i właśnie ją stawiali z Daarem przed wejściem do hostelu. Jup, dziewczyna Sharpa, z dużym wdziękiem tym dyrygowała, pracowała w tajskiej CSI, policji kryminalnej, więc drzewko musiało stać, jak należy. Sharp był ateistą, Daar buddystą, a Jup nie wiem, ale chcieli stworzyć swoim gościom przynajmniej jakąś namiastkę świąt. W związku z tym już od samego rana w hostelu było bardzo muzycznie – kolędowo, a ja właśnie tego chciałem uniknąć.
jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.


Włada poznaję w przedostatni dzień Starego Roku, w jednej z bocznych uliczek Walking Street. Stoi przed rusztem, na którym pieką się nadziane na drewniane szpikulce kawałki marynowanego kurczaka, pachną tak smakowicie, że też coś kupię. Teraz obydwaj rozglądamy się za najbliższym Family Markt, gdzie sprzedają chłodne napoje. Śpiewny angielski nieznajomego powoduje, że przechodzę na język zdecydowanie dla mnie łatwiejszy:












A co mu się kojarzy? Hoffman, Potop, Bitwa pod Warką. I Gołas-Czarniecki, wykrzykujący po genialnym manewrze taktycznym Kmicica: Tegom chciał! Za każdym razem, gdy Viator film ogląda, ciary go w tym momencie przechodzą.




Kock. Zanim dotkniemy (muśniemy raczej; ach ten okrutny czas!) wielkiej historii, najpierw mała zabawa w gender. Na rynku stoi święta figura. Z daleka trudno stwierdzić: mężczyzna czy kobieta, Chrystus czy jego Matka? Długie włosy, szaty, krzyż w dłoni pasują do obojga. Nikt z Trójki Podróżników nie był pewien odpowiedzi aż do ostatniego momentu, mimo iż obejrzeli statuę ze wszystkich stron, okrążając rynek. Dopiero z bliska widać wyraźnie, iż z niewiastą mamy do czynienia. Maryja… z takim przekonaniem opuścili miasto. Tymczasem co nagle, to po diable. Jak później doczytał Viator, w rzeczywistości była to święta Helena, mamusia cesarza Konstantyna.






Z Saszą, która mieszka w niedalekim Czerniachowsku, znamy się z internetu i przyjaźnie korespondujemy już ładnych parę lat, więc pora poznać się osobiście. Ma parę godzin wolnego czasu, przyjedzie do Kaliningradu. Wiekowo mogłaby być moją córką, ale przecież nie jest, występuje w jednym z lepszych zespołów folklorystycznych kaliningradskoj obłasti, ma rozpiętość głosu od altu poprzez mezzosopran do sopranu i w związku z tym często śpiewa partie solowe. Łączą nas więc między innymi pasje muzyczne. Z wykształcenia jest pedagogiem, pracuje w handlu, prywatnie – matka dwóch dorastających chłopców. Zapraszam ją na obiad do stylowej restauracji niedaleko centralnego Placu Zwycięstwa, pod nazwą Sało i borschch. Karmią znakomicie, głównie po ukraińsku, na odchodnym słyszymy do pobachenija, a więc rosyjski wróg publiczny nr 1 jest wszechobecny i nie zamierza się ukrywać w jakichś zakamarkach.