Nasz człowiek w Wietnamie 4

Lech Milewski

Trochę historii

Dzień rozpoczyna się wcześnie, gdyż już o 7 rano odlatujemy z lotniska w Da Nang do miasta Ho Chi Minh – poprzednia nazwa Sajgon.
W tym miejscu warto wspomnieć, że Wietnam ma ponad 3,000 km długości. Jest to pasek lądu o średniej szerokości 100 km. Powierzchnia Wietnamu jest nieco mniejsza od Polski, za to ludności ponad dwa razy więcej – ponad 90 milionów.

Nasza doba hotelowa jeszcze się nie rozpoczęła, więc zaczynamy od wizyty w Muzeum Wojny – KLIK.

Przed wizytą nasz przewodnik dziękuje australijskim turystom za zrozumienie wietnamskiego stosunku do wojny, podczas której Australijczycy walczyli po stronie przeciwnej.
Ja też dziękuję swoim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość, gdyż w tym wpisie będzie więcej komentarzy, niż osobistych wrażeń, a zdaję sobie sprawę, że moje poglądy często bywają niezgodne z poglądami większości rodaków.

Muzeum Wojny, właściwie dwóch wojen, gdyż najpierw była francuska w latach 1945-54.

Rok 1945, Japończycy skapitulowali, francuski rząd Vichy również. W tę pustkę wkracza Ho Chi Minh z wizją stworzenia niepodległego, komunistycznego Wietnamu.
W tym samym czasie na konferencji w Poczdamie ustalono, że kapitulację japońskich okupantów południowej części byłych Francuskich Indochin przyjmie dowództwo armii brytyjskiej, natomiast kapitulację w części północnej przyjmie chiński generał Chiang Kai-shek.
Chińczycy akceptują działalność Ho Chi Minha, powstaje Demokratyczna Republika Wietnamu. Brytyjczycy opóźniają rokowania z Ho Chi Minhem, czekając na reakcję Francji. Ciekawe, że w tym okresie Ho Chi Minh miał poparcie amerykańskiego Office of Strategy Services (OSS) – poprzednika CIA, ale to za mało.
23 września 1945 roku Francja deklaruje swoją zwierzchność nad Francuską Kochinchiną (French Cochinchina) i rozpoczyna się wojna partyzancka.
W roku 1949 Chiang Kai-shek zostaje pokonany przez komunistów pod wodzą Mao Tse-tunga, Chiny stają się państwem komunistycznym. W tym samym czasie Północna Korea znajduje się pod administracja Związku Radzieckiego. Wietnam staje się częścią komunistycznego bloku.

Rok 1953 – USA decydują się poprzeć militarnie Francję w walce z komunistami z Wietnamu Północnego.
Argumentacja: “Now let us assume that we lose Indochina. If Indochina goes, several things happen right away. The Malay Peninsula, that last little bit of land hanging on down there, would be scarcely defensible. The tin and tungsten that we so greatly value from that area would cease coming.” – prezydent Eisenhower, rok 1953 – KLIK.
Cyna i wolfram przeważyły – USA wspierają militarnie Francuzów – koszt 400 milionów dolarów.
Rok 1954 – bitwa pod Dien Bien Phu – komunistyczne wojska pod dowództwem generała Giapa rozbijają armię francuską. Na konferencji w Genewie Francja deklaruje całkowite wycofanie się z Wietnamu.
Pełna historia francuskiej wojny w Indochinach tutaj – KLIK.

Wojna amerykańska zaczęła się właściwie już w 1953 roku, w formie pomocy militarnej. Najpierw pomocy dla Francji, a potem dla Południowego Wietnamu pod rządami Ngo Dinh Diema, który był zażartym antykomunistą i fanatycznym katolikiem.
To pierwsze zjednało mu zaufanie Amerykanów. W 1961 roku wiceprezydent Lyndon Johnson stwierdził: Diem to Winston Churchill Azji.
To drugie ujawniło się w prześladowaniach buddystów. Wywołało to liczne protesty, których kulminacją było samospalenie buddyjskiego mnicha Thich Quang Duc.
Diem walczył nie tylko z komunistami, ale również z każdym przejawem wewnętrznej opozycji. Około 12,000 osób zostało skazanych na śmierć a 35,000 uwięzionych za przekonania polityczne. Jego popularność malała i pod koniec 1963 roku CIA skontaktowała się z wietnamską generalicją planującą zamach stanu. Przesłanie brzmiało: USA nie ma nic przeciwko zamachowi i będzie kontynuować pomoc dla nowego rządu.
Ngo Dinh Diem został zamordowany wraz ze swoim bratem 2 listopada 1963 roku.

Ambasador USA w Wietnamie – Henry Cabot Lodge – zaprosił zamachowców do ambasady, aby celebrować sukces. Prezydent J.F. Kennedy przesłał ambasadorowi gratulacje za dobrze wykonaną robotę (a fine job).
Dziwnym zrządzeniem losu 20 dni później prezydent J.F. Kennedy też już nie żył.

Następstwem zamachu była zupełna destabilizacja polityczna Wietnamu Południowego. Rządy wojskowych zmieniały się z dnia na dzień.
Konsekwencją było wkroczenie wojsk USA na teren Wietnamu.
Komentarz Ho Chi Minha: “…jeśli chcą toczyć wojnę przez 20 lat, będziemy toczyć wojnę przez 20 lat. Jeśli chcą zawrzeć pokój, zawrzemy pokój i jeszcze zaprosimy ich na herbatę“.
Operacje militarne nie przynosiły rezultatów, gdyż natura sprzyjała Wietnamczykom. Zabrano się więc za naturę. Aby utrudnić wojskom komunistycznym ukrywanie się w lesie, postanowiono przeprowadzić masową defoliację lasów (pozbawienie liści). Do projektu zaangażowano m.in. firmę Monsanto, tę samą, która obecnie wprowadza genetycznie modyfikowane rośliny.
Drugim środkiem walki z naturą i ludźmi był Agent Orange, bardzo wydajna trucizna – KLIK. Jej ofiarą padło około 4 miliony mieszkańców Wietnamu. Amerykańscy żołnierze, którzy zetknęli się z tą substancją podczas wojny w Wietnamie, otrzymali odszkodowania. Mieszkańcy Wietnamu odczuwają jej efekty do dzisiaj – KLIK.
Pełna informacja o wojnie w Wietnamie tutaj – KLIK.

Na początku tego cyklu wspomniałem, że istotnym czynnikiem, który zdecydował o wyborze Wietnamu była książka Grahama Greena – Spokojny Amerykanin. Innym istotnym czynnikiem był film Czas Apokalipsy – adaptacja książki Josepha Conrada Jądro ciemnościKLIK.

Patrząc na zlinkowany trailer przypominam sobie pobyt Johna Steinbecka w Wietnamie:
The author was impressed with American war technology, especially the helicopters and the gunship they called “Puff the Magic Dragon,” which could saturate a football field in a few seconds with .50-caliber bullets. It never occurred to him that, in an insurgency, such a wide swath of death in heavily populated areas would not enhance the winning of “hearts and minds.” He asked incredulously: “How could we lose a war against peasant rabble when we had all the modern advantages?” – KLIK.

No rzeczywiście.

Reportaże Johna Steinbecka z Wietnamu spotkały się z negatywną oceną świata kultury.

Sporo miejsca w muzeum zajmują informacje o protestach przeciwko wojnie w Wietnamie.

ZSRR, Francja, USA, Węgry. Relacji z Polski brak. Zgadza się. Nie przypominam sobie, żeby w Polsce przejmowano się tą wojną. Oficjalne informacje przyjmowano, jak zawsze, sceptycznie. Informacje o protestach w wielu krajach również. Łączono je z ogólnym rozluźnieniem obyczajów, ruchem hippisów, kwitowano komentarzem: młodzież musi się wyszumieć.

Co innego Australia. Jak wspomniałem na wstępie tego wpisu, Australia wsparła militarnie USA. W 1966 roku wprowadzono losowo-przymusową mobilizację. Losową, gdyż w wyznaczonych dniach odbywało się losowanie daty i wszyscy 20-letni mężczyźni urodzeni w tym dniu musieli zgłosić się do wojska.
W 1970 roku rozpoczęły się masowe protesty, których wynikiem było zwycięstwo Partii Pracy (Labor) w wyborach. Jej przywódca Gough Whitlam obiecał, że po dojściu do władzy natychmiast wycofa australijskie wojska z Wietnamu.

Przy wyjściu z muzeum zauważam stoisko z książkami, a tam…

Na dole, druga od lewej – Spokojny Amerykanin. A powyżej, nieco na prawo – francuska odpowiedź – Mały Książę.
Przypadek? A może sarkazm, gdyż tuż obok muzeum, za murem, znajduje się stare francuskie więzienie.

Te kraty na podłodze to sufity cel, do których upychano po kilkadziesiąt osób.

Graham Greene miał łatwo, akurat w tej wojnie Anglia była neutralna. Antoine de Saint-Exupery uniknął pułapki, zaginął pod koniec II wojny.
A gdyby żył dziesięć lat dłużej? Czy pisałby o swoich kolegach pilotach?
Pozwolę sobie zamieścić tekst Grahama Greene’a, opisujący francuskich pilotów w akcji.
Zanurkowaliśmy ponownie, z dala od rozległego lasu, w kierunku rzeki, spłaszczając lot nad ryżowymi polami, celując jak pocisk w niewielki dom pływający na żółtej rzece. Działko wystrzeliło pojedynczą serię, pływający dom rozerwał się w prysznicu iskier; nie czekaliśmy na potwierdzenie rezultatu. Samolot wzbił się na bezpieczny pułap i skierowaliśmy się do bazy.

Graham Greene – Spokojny Amerykanin – tłumaczenie autor wpisu.

Wreszcie koniec odwiedzin w muzeum. To była ciężka lekcja historii. Dobrze być znowu wśród żywych.

Jeszcze w Melbourne zauważyłem z pewnym smutkiem informację, że podczas wizyty w Ho Chi Minh City można będzie wybrać się na AO Show.
AO Show? Chyba oczywistym skojarzeniem było Adults Only Show. No tak, oczywiście, przecież blisko leżąca Tajlandia słynie z seksturystyki, więc Wietnam też nie mógł tego uniknąć. Na dodatek wszystko tutaj tańsze.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy przewodnik zaprowadził nas do stylowego budynku opery…

Opera

…i powiadomił, że możemy kupić bilety na przedstawienie baletowe pod tytułem AO ShowKLIK.
Z jednej strony ucieszyło mnie to – firma organizująca wycieczkę (Intrepid) nie obniżyła lotów. Z drugiej strony zawstydziłem się swoich skojarzeń. Z trzeciej wreszcie zasmuciłem się, gdyż najbliższe przedstawienie odbywało się w dniu mojego wylotu z Wietnamu. Gdybym był sprawdził sprawę przed wyjazdem, miałbym dodatkowe cenne przeżycie.

Dzień kończymy spacerem po centralnej dzielnicy Ho Chi Minh. Z jednej strony stylowy budynek dawnego ratusza Sajgonu, obecnie siedziba Rady Miasta Ho Chi Minh.

Z drugiej nowoczesne budynki, hotele, centra handlowe. Kosmopolityczna metropolia. Dostosowujem się do poziomu otoczenia i idziemy na obiad do restauracji LemongrassKLIK.

Dopiero w drodze powrotnej do hotelu mamy potwierdzenie, że jednak jesteśmy w Wietnamie.

Ciąg dalszy nastąpi

Nasz człowiek w Wietnamie 3

Lech Milewski

Znowu w drogę

Znowu w drogę, tym razem autobusem. Autobus mozolnie wspina się na przełęcz Hai Van.

Z jednej strony kłębią się chmury, z drugiej błyszczy w słońcu morze i złoci się plaża. Zjeżdżamy do Da Nang. To najbardziej uprzemysłowione miasto Wietnamu. Widać to – autostrady, mosty, dużo się buduje i to w japońskim, a może koreańskim, tempie.
Mafia – mówi znacząco nasz przewodnik. Wiadomo o co chodzi – Doi Moi (patrz poprzedni wpis) – kierownictwo partyjne odkryło, że zagraniczne koncerny to lepsze źródło dochodów, niż drobne datki od rodzimych przedsiębiorców.

Wkrótce jedziemy wzdłuż plaży. U podnóża najwyższej góry, nieco na prawo biała Tara – kobieca Budda – KLIK.

Czysto, drobniutki piasek – po prostu Copacabana.

Naszym celem jest Hoi An – KLIK – najbardziej przyjazne turystom miasto Wietnamu. Rzeczywiście – czysto, ładne domy, chodniki dla pieszych, sporo atrakcji.
Wieczór spędzamy w zabytkowej dzielnicy. Wiele starych, dobrze zakonserwowanych budynków, w których użytkownicy nadal uprawiają tradycyjną działalność rzemieślniczą.

Piętro wyżej możemy podziwiać jedwabne obrusy i tkaniny.
Zakłady krawieckie i szewskie, które przez noc uszyją suknię czy garnitur, zrobią buty.

Następny dzień mamy wolny. Sporo osób wybiera się na plażę. Siedmiu wspaniałych (w tym jedna wspaniała) – na wycieczkę rowerową.

Jedziemy polnymi drogami. Nareszcie można zobaczyć z bliska starannie pielęgnowane działki z warzywami, bezkresne pola ryżowe (Wietnam jest trzecim największym producentem ryżu na świecie), malownicze jeziora i kanały.

Nagle przeszkoda na drodze – bawół. Dla odważnych nie ma jednak przeszkód. Bawół zastępuje na chwilę rower. Pasażer chyba mu odpowiada, bo zwierzę się z uciechy oblizuje.

Za to pasażer w strachu. Bawół ma na grzbiecie ogromne połcie tłuszczu, które podczas marszu spływają razem z pasażerem to na lewą, to na prawą stronę. Rower jest znacznie stabilniejszy.

Chwila jazdy i kolejna atrakcja – przejażdżka okrągłymi łodziami z wikliny.

W pobliżu ktoś demonstruje taneczne możliwości takiej łodzi – KLIK. Tym razem jednak to ja jestem wioślarzem, więc płyniemy spokojnie i z godnością. Właścicielka łodzi nagradza mój wysiłek wykonanymi z trzciny okularami.Czyżbym coś przegapił?

W drodze powrotnej mijamy przepiękną pagodę Long Tuyen.

Chwila wytchnienia w hotelu i już trzeba spieszyć na lekcję gotowania. Szef prowadzi nas najpierw na bazar i pokazuje produkty, których będziemy używać (zakupy zrobił rano).

Nie jestem zbyt uważnym uczniem. Rozglądam się po sąsiednich straganach.

Ciemne bryły koło słoików to co?
Bycza krew – odpowiada nasz szef – u nas nic się nie marnuje.
Hmmm, mam nadzieję, że nasza klasa będzie wegetariańska.
Nie pytam, co robi ta mucha na mięsie. I tak dziwię się, że tylko jedna. Zresztą szef lekceważąco macha ręką na stoisko z mięsem. Ubój odbywa się o 4 rano, zakupy mięsa trzeba robić przed 7 rano.
Na marginesie dodam, że kilka lat temu, podczas wycieczki rowerowej w okolicach Bangkoku, odwiedziliśmy pływający bazar, a tam było sporo stoisk oferujących smażone owady. W Wietnamie nie napotkaliśmy tego rodzaju jedzenia.

Lekcja nie jest trudna. W programie cztery potrawy:
– makrela grilowana w liściu bananowym,
– wegatariańskie spring rolls. W wikipedii wykryłem, że polska nazwa tej potrawy to sajgonki.
– sałata z zielonej papai z dodatkiem kurczaka. Podczas pobytu w Polsce nie poznałem tego owocu. Z wikipedii dowiaduje się, że papaja to po polsku melonowiec właściwy.
– naleśnik ryżowy.

Nie były to wymyślne potrawy, więc nie będę tu podawał przepisów, ograniczę się do ciekawostek.
Makrela w liściu bananowym – liść bananowy jest bardzo twardy i sztywny. Żeby go zmiękczyć, należy przesunąć go powoli nad ogniem.

Ta ciemniejsza strefa jest już miękka.

Spring rolls – jarzyny zawijane w papier ryżowy. Ten papier też jest sztywny. Aby go zmiękczyć, należy go posmarować białkiem. Zawinąć i smażyć na głębokim tłuszczu – deep fry.

Po lekcji zjadamy, to co uwarzyliśmy. Da się zjeść, ale chyba pozostanę przy dotychczasowym repertuarze.

Uff, co za dzień. Idę wcześnie spać, bo jutro będzie jeszcze gorzej lepiej.

Ciąg dalszy nastąpi.

Dziękuję Krystynie (Powsinodze) za poprawki i sugestie zmian.

Wien im März 2017 / Wiedeń marzec 2017

Ewa Maria Slaska

Groby i muzyka / Gräber und Musik

für Deutsch bitte Bissl nach unten skrollen oder einfach die Blaueschrift verfolgen

Nie znałam tej piosenki, w życiu nie słyszałam o Wolfgangu Ambrosie, muzyka w Wiedniu to byli zmarły tajemniczą śmiercią Mozart, Haydn, stary i głuchy geniusz -Beethoven, mój ulubiony Franz Schubert, może jeszcze Johann Strauss, którego każdy zna, nawet jak nie lubi operetki, no i oczywiście Falco, którego akurat teraz wszyscy w Wiedniu przypominają, bo w lutym przyszłego roku minie 20 lat od jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Tymczasem jednak opowieść o umarłych muzykach z Wiednia zaczynam od Wolfganga Ambrosa, a dlatego że świetny piosenkarz berliński, Andrzej Klukowski czyli Andy Klukos, podsunął mi na Facebooku linka do tej piosenki. Samym Andrzejem zajmę się kiedy indziej, tu tylko powiem, że jest autorem inteligentnych piosenek antyrządowych. Podczas protestu kobiet 23 października zeszłego roku na Warschauer Brücke Andrzej śpiewał Kto się boi czarnej baby, ale posłuchajcie też takich piosenek jak Ballada o Lechu, Mam dość czy Tu przyjdą za nami miliony.

Ich war in Wien auf dem Zentralfriedhof (endlich… seit Jahren wollte ich und immer kam etwas dazwischen) und schaute mir die Musikergräber an. Passend dazu beginne ich mit dem Lied von Wolfgang Ambros, Es lebe der Zentralfriedhof. Lustiges Lied… Ambros widmete es tatsäschlich dem Friedhof zu seinem 100. Geburtstag. Es war das Jahr 1975.

Es lebe der Zentralfriedhof, und olle seine Toten.
Der Eintritt is’ für Lebende heit’ ausnahmslos verboten,
weü da Tod a Fest heit’ gibt die gonze lange Nocht,
und von die Gäst’ ka anziger a Eintrittskort’n braucht.
Wann’s Nocht wird über Simmering, kummt Leben in die Toten,
und drüb’n beim Krematorium tan’s Knochenmork ohbrot’n.
Dort hinten bei der Marmorgruft, durt stengan zwa Skelette,
die stess’n mit zwa Urnen on und saufen um die Wette.
Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, und seine Jubilare.
Sie lieg’n und sie verfeul’n scho durt seit über hundert Jahre.
Drauß’t is’ koit und drunt’ is’ worm,
nur monchmol a bissel feucht,

A-wann ma so drunt’ liegt, freut man sich, wenn’s Grablaternderl leucht’.
Es lebe der Zentralfriedhof, die Szene wirkt makaber.
Die Pforrer tanz’n mit die Hur’n, und Juden mit Araber.
Heit san olle wieder lustich, heit lebt ollas auf,
im Mausoleum spü’t a Band,
die hot an Wohnsinnshammer d’rauf.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, auf amoi mocht’s an Schnoiza,
da Moser singt’s Fiakerliad,
und die Schrammeln spü’n an Woiza.

Auf amoi is’ die Musi stü, und olle Augen glänz’n,
weu dort drü’m steht da Knoch’nmonn
und winkt mit seiner Sens’n.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.

Der Wiener Zentralfriedhof wurde 1874 eröffnet und zählt mit einer Fläche von fast 2,5 km² und rund 330.000 Grabstellen zu den größten Friedhofsanlagen Europas. Er gehört aufgrund seiner vielen Ehrengräber, der Jugendstil-Bauwerke und des weitläufigen Areals zu den besonderen Sehenswürdigkeiten der Stadt Wien.

Allerseelen 1903, Friedhofsbesucher auf der Simmeringer Hauptstraße auf dem Weg zum Zentralfriedhof

Wikipedia, von der ich die obigen Zeilen geliehen habe, berichtet noch dazu, dass zu seiner Geburtsstunde der Zentralfriedhof häufig kritisiert wurde und bei der Bevölkerung nicht sehr beliebt war. Es wurde die Trostlosigkeit des Areals bekrittelt, da im Vergleich zu heute nur eine karge Vegetation vorherrschte, außerdem verzögerte sich die Errichtung der dazugehörigen Bauwerke. Friedhofsbesucher mussten eine lange und mitunter beschwerliche Anreise auf sich nehmen, da es zu dieser Zeit noch keine direkte Bahnverbindung zum Friedhofsgelände gab. Im Oktober 1874 fasste eine Wiener Zeitung diese Stimmung in der Frage zusammen: „Eine Stunde Fahrzeit, zwischen Schlachthäusern und Heide und Bauern, und wofür?“

Heute ist der Friedhof verkehrs-technisch sehr gut erschlossen, vor allem mit der berühmten Strassenbahn Nummer 71, und bietet dem Besucher ein einmaliges Erlebnis, einen Spaziergang durch ein groszügig angelegtes Areal mit den interessanten Bauwerke, üppigem Grün und faszinierender Geschichte der hier Begrabenen.

A więc groby muzyków (na więcej nie starczyło czasu)
Also die Musikergräber (fürs mehr reichte die Zeit nicht)

Oto lista, na pewno niekompletna / Hier die Liste, ohne den Vollständigkeitsanspruch

Ludwig van Beethoven 1770–1827
Johannes Brahms 1833–1897
György Ligeti 1923–2006
Arnold Schönberg 1874–1951
Franz Schubert 1797–1828
Robert Stolz 1880–1975
Johann Strauß (Vater) 1804–1849
Johann Strauß (Sohn) 1825–1899
Franz von Suppé 1819–1895
Hugo Wiener 1904–1993
Hugo Wolf 1860–1903
Joe Zawinul 1932–2007
Falco (Johann Hölzel) 1957–1998
Fatty George 1927–1982
Hans Gillesberger 1909–1986
Ferdinand Grossmann 1887–1970
Hermann Leopoldi 1888–1959
Peter Wehle 1914–1986
Carl Zeller 1842–1898

Oczywiście na wszystkich muzyków też nie starczyło czasu, a częstokroć i wiedzy; poza tym i tak pokażę tu tylko tych, których muzykę lubię.

Natürlich die Zeit reichte gar für alle Musiker nicht, dazumal auch nicht immer das nötige Wissen vorhanden war; und sowieso zeige ich hier nur die, die ich mag.

Falco, ein Grab mit den Titeln seiner Hits wie Vienna calling, Komissar, Ganz Vien und Rock me Amadeus / Na płycie nagrobnej tytuły jego największych przebojów (koniecznie posłuchajcie! pierwszy porządny europejski rap!)

Pomnik Wolfganga Amadeusa Mozarta (grobu, jak wiemy nie ma) – do posłuchania Aria Królowej Nocy w wykonaniu Bogny Sokorskiej / Mozarts Denkmal (das Grab gibt es, wie wir wissen, nicht) – zum hinhören die Arie der Königin der Nacht

Franz Schubert – zapewne powinnam tu przywołać Pstrąga, ale zdecydowałam się jednak na Śmierć i dziewczynę. Pstrąg zaraz potem. / Das berühmteste Lied von Schubert ist zweifelsohne Die Forelle; ich entschied mich aber dafür, hier das Lied Der Tod und das Mädchen zu zittieren. Die Forelle folgt…

Johannes Brahms Wieges Lied / Kołysanka / Lullaby – najsłynniejsza melodia Brahmsa i jedna z najbardziej rozpoznawalnych melodii na świecie. Mój wnuk zaraz po urodzeniu dostał kaczuszkę, która grała mu tę właśnie kołysankę.

Ludwig van Beethoven

Cóż nie ma wyjścia, bo sprawa jest polityczna – Hymn Europy jako super Flash Mob (Oda do radości / Ode an die Freude). Łatwo się wzruszam, więc zawsze płaczę jak tego słucham… / Europa Hymne. TU słowa po polsku w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego / HIER der Text auf Deutsch

PS dla dociekliwych: Beethoven, Schubert, Strauss (ojciec) i inni umarli zanim powstał Cmentarz Centralny i ich groby zostały przeniesione /Beethoven, Schubert, Strauss (Vater) sind gestorben bevor der Zentralfriedhof gegründet wurde; deren Gräber wurden umgebettet.

Reblog: Magdalena Wosinska auf Instagram

Magdalena Wosinska zeigt auf ihren Reisefoto alles – auch von sich selbst

reblog

Aktualisiert am 31. März 2017, 16:01 Uhr / rebbloged am 31. März 2017, 17:37 Uhr

Magdalena Wosinskas liebt das raue Meer, einsame Wüstenlandschaften und hohe Berge. Sie ist gefühlt nur im Urlaub und macht die wohl ungewöhnlichsten Reisefotos auf Instagram. Denn auf denen zeigt sie einfach alles – auch von sich selbst.

Fotografin Magdalena Wosinska ist ein ganz besonderer Instagram-Star. Denn die gebürtige Polin ist nicht wie andere Influencer durch lustige Videos oder gar tolle Outfits berühmt geworden. Wosinska postet zwar immer wunderschöne Selbstportraits von traumhaften Urlaubsdestinationen. Der Grund für die Bekanntheit ihrer Bilder dürfte aber ein anderer sein, der kaum zu übersehen ist:

Auf jedem ihrer Fotos ist die junge Frau vollkommen nackt. Im Interview mit dem Magazin “Foam” erklärte die talentierte Schönheit, dass ihre Bilder “durchdacht, kunstvoll zusammengestellt und aufwändig” seien. Tatsächlich ist der künstliche Aspekt bei allen Aufnahmen sichtbar. Deutlich.

Doch auch wenn die 32-Jährige in ihren Fotos fast alles von sich zeigt, bleibt eine Sache dabei stets versteckt: ihr Gesicht. Damit erschafft sie einen kleinen Mythos um ihre Person, was die Bilder nur noch interessanter macht.

Übrigens fotografiert Magdalena Wosinska nicht nur sich selbst: Sie hat schon Werbekampagnen für große Kunden wie Urban Outfitters oder Converse geschossen und sogar eine Fotostrecke für die “Vogue” geshootet. © spot on news

Nasz człowiek w Wietnamie 2

Lech Milewski

Na cesarskim dworze

Nocny pociąg dowiózł nas do Hue – stolicy cesarskiego Wietnamu – KLIK.

Główna atrakcja to Cytadela – kompleks cesarskich pałaców i świątyń – Zakazane Miasto. Robimy sobie grupowe zdjęcie…

Cytadela

Następnie nasz przewodnik podaje trochę informacji o historii Wietnamu. Korzystne położenie geograficzne – naturalna granica wyznaczona przez góry i nieprzebytą dżunglę – stworzyło warunki do powstania samodzielnego państwa już 3000 lat p.n.e. Od roku 111 p.n.e. Wietnam był przez ponad 1000 lat zdominowany przez Chiny.
W 1292 roku Wietnam odwiedził Marco Polo. Około 300 lat później przybyli tu portugalscy misjonarze, którzy zastąpili chińskie znaki alfabetem łacińskim.
Ostatnia dynasti cesarska – Nguyen – rozpoczęła panowanie w 1802 roku. W 1858 roku Wietnam został zaatakowany przez Francję i w roku 1887 stał się kolonią francuską o nazwie Indochiny Francuskie.
Przypomina mi się lekcja geografii w szkole podstawowej. Za naszą, jeszcze przedwojenną, nauczycielką powtarzaliśmy dziwne nazwy: Annam, Tonkin, Kochinchina. A tuż obok – Siam.

Dynastia Nguyen zachowała swoją cesarską pozycję, lecz całkowicie podporządkowała się kolonizatorom. Przełom nastąpił w 1940 roku, kiedy Wietnam zaatakowali Japończycy. Teraz z kolei francuska administracja, nominalnie podległa rządowi Vichy, zmieniła się w marionetki.

Ho Chi Minh

Rok 1945 – Japończycy kapitulują, rząd Vichy upada, w Wietnamie pojawia się Ho Chi Minh – wykształcony we Francji i ZSRR, z dobrymi kontaktami w Chinach.
Oddaję głos naszemu przewodnikowi: w ostatnim roku okupacji japońskiej Wietnamu trzy miliony ludzi umarło z głodu. Ho Chi Minh zadeklarował – w niepodległym Wietnamie nikt nie umrze z głodu. Słowa dotrzymał.

Ho Chi Minh urodził się jako Nguyen Sinh Cung, kilka razy zmieniał nazwisko, to ostatnie przyjął w roku 1940.
Wietnamczycy nazywali go wujkiem Ho. Jest to wyjątek w języku wietnamskim, gdyż wietnamskie nazwiska są trójczłonowe i ostatni człon jest imieniem. Użycie pierwszego członu czyli nazwiska rodowego jest nietaktem. Co innego Ho lub wujek Ho.

Przypomniało mi się, jak w dawnych latach odwiedzałem warszawski Klub Prasy i Książki na Placu Unii i czytałem tam New York Herald Tribune, wydanie europejskie. Najbardziej podobały mi się felietony Arta Buchwalda – KLIK – dowcipne i złośliwe.
On też wspomniał o wujku Ho: …między Amerykanami a Wietnamczykami jest istotna różnica. Wietnamczycy dodają swojemu przywódcy przedrostek wujek, natomiast Amerykanie dodają swojemu (wtedy, 1970 rok, był to prezydent Nixon) przyrostek ….syn.
Oczywiście w języku angielskim w obu przypadkach był to przedrostek.

Na terenie Zakazanego Miasta mieściło się kiedyś 148 budynków. Po wojnach, francuskiej i amerykańskiej, zostało ich tylko 20. Żadna z budowli nie robi na mnie dużego wrażenia i wydaje mi się, że flaga Wietnamu w Zakazanym Mieście nie stanowi dysonansu.

Wieża Cytadeli

Następny dzień zapowiada się emocjonująco – spędzimy sześć godzin jako pasażerowie motocykli. Ten punkt programu nieco mnie niepokoił, ale na wszelki wypadek, jeszcze w Melbourne, dodałem do mojego ubezpieczenia podróżnego dodatkowe zabezpiecznie. Moje obawy podzielało wiele osób, ale po łagodnej perswazji przewodnika pojechaliśmy wszyscy.

Pasażer

Nasi kierowcy obsługują regularnie wycieczki Intrepidu. Jest to dobra praca, dbają więc o bezpieczeństwo pasażerów. Jak widać na powyższym zdjęciu, jedziemy blisko siebie. Z siodełka pasażera możemy docenić kunszt kierowców i inteligencję wszystkich użytkowników dróg. Przepisy drogowe są tylko wskazówką. Kilka razy jedziemy pod prąd, po “złej stronie” drogi, ale w każdym przypadku rozładowuje to tłok na drodze.

Głównie jednak jedziemy bocznymi drogami, przez wioski, osiedla i pola ryżowe. W wielu miejscach zatrzymujemy się. Czasami jest to przedszkole kaczek.

Kaczuszki

Rodzice obserwują swoje pociechy z drugiego brzegu

Kaczki

Innym razem wytwórnia typowych wietnamskich kapeluszy, albo kadzidełek.

Kadzidełka

Ludzie są przyjaźni, pozwalają nam spróbować własnych sił, na ogół z żałosnym rezultatem. Przewodnik zwraca uwagę, żeby nie tłoczyć się do jednego sprzedawcy/producenta, ale dać każdemu trochę zarobić.

Istotnym punktem tego dnia jest wizyta w grobowcu cesarza Tu Duc – KLIK. Nasz przewodnik kontynuuje lekcję historii Wietnamu.

Hoc

Cesarz Tu Duc osobiście nadzorował budowę swojego grobu. Nie miał bowiem potomka. Ponad 140 żon i nałożnic i nie miał syna. Nic dziwnego, że sam budował sobie grób – nie było nikogo, kto mógłby zadbać o jego pamięć. Jest to najbardziej okazały grób cesarski w Wietnamie. Budowa trwała ponad dziewięć lat i spowodowała zbrojne powstanie ludności, obciążonej dodatkowymi podatkami i obowiązkami. Powstanie zostało stłumione, Tu Duc zamieszkał na terenie swojego grobowca, gdzie oddawał się polowaniu i pisaniu poezji.
Co ciekawe, Tu Duc nie jest pochowany w swoim grobowcu. Pochowano go w nieznanym miejscu. Wszyscy pracownicy zatrudnieni przy pochówku (około 200 osób) zostali ścięci. Lokalizacja grobu nadal pozostaje tajemnicą.

Przewodnik wspomina o końcu cesarstwa. Gdy Ho Chi Minh doszedł do władzy w 1945 roku, skłonił cesarza do abdykacji, lecz jednocześnie zaproponował mu honorowe stanowisko u boku rządu. Cesarz nie skorzystał i wyemigrował do Francji.

Sam Hoc nie kryje swoich antykomunistycznych poglądów. Wujek jego matki został skazany przez komunistów na śmierć tylko za to, że był gospodarnym rolnikiem. Pytamy go o pozycję Komunistycznej Partii Wietnamu.
Myślicie, że każdy może się zapisać do partii? O nie. Do partii należy tylko 20.000 osób. Trzeba być krewnym kogoś z członków założycieli.
To nie jest prawda, wikipedia podaje, że partia liczy około 4,5 miliona członków. Wydaje mi się, że Hoc miał na myśli liczbę osób, które dzięki partii robią karierę.
Już po powrocie do domu szukam informacji o ekonomii Wietnamu. Jest – polityka ekonomiczna partii nosi nazwę Doi Moi – KLIK. No to już wiadomo towarzysze MOI kto tu kogo DOI. Wikipedia podaje, że Wietnam jest w ścisłej czołówce krajów o największej korupcji.

To chyba wskazówka, żeby nieco skorumpować naszych kierowców i zająć ich miejsce przy kierownicach pojazdów (ja w samym środku).

Motocykliści

Kolejny punkt programu to Thien Mu Pagoda – KLIK. Piękny kompleks budynków nad rzeką Perfume River.

Przy okazji Hoc, który deklaruje się jako buddysta, wyjaśnia różnicę między pagodą a świątynią (temple). W buddyzmie nie wyznajemy żadnego Boga, a więc nie jest to religia, tylko filozofia. W związku z tym nie ma kościołów, tylko są pagody.
Zamieszało mi się mocno w głowie – buddyzm nie jest religią – toż właśnie tak stwierdził kiedyś Jan Paweł II i był za to mocno krytykowany: buddyzm jest w znacznej mierze systemem ateistycznym i jako taki stanowi zagrożenie dla religijnego trzonu kultury europejskiejKLIK.
Buddyści nie mają świątyń? Informacje z różnych stron świata tego nie potwierdzają. Ciekawe, że pytanie – różnica między pagodą a świątynią jest zadawane głównie przez osoby, które odwiedziły Wietnam.

Eksponatem, który przyciaga wielu odwiedzajacych pagodę Thien Mu, jest samochód mnicha Thich Quang Duc, który dokonał aktu samospalenia w proteście przeciwko prześladowaniom buddystów przez rząd.
Rząd komunistyczny? Wprost przeciwnie, prawicowy rząd Południowego Wietnamu – KLIK.
Skomplikowany ten Wietnam.
Dla uspokojenia przesiadamy się z motocykli na statek, który rzeką Perfumową (Perfume River) dowozi nas do Hue.

Perfume River

Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Dziękuję Krystynie (Powsinodze) za pomoc w edycji tego i wielu innych moich wpisów. Jeśli mimo to są w nich jakieś błędy językowe, to wyłącznie z powodu mojej nieuwagi.

Nasz człowiek w Wietnamie 1

Lech Milewski

Na początku była książka

Azja, tak geograficznie bliska Australii, zawsze była mi obca. Nic dziwnego, że gdy przyszło mi do głowy wybrać się na pierwsze od kilku lat wakacje gdzieś nie za daleko, spojrzałem na półkę z książkami.
Nasz człowiek w Hawanie nie wchodził w rachubę, a zatem – Spokojny Amerykanin – Wietnam.

Czy nie robi ci różnicy, jeśli polecisz Malaysia Airlines? – spytała ostrożnie pani w biurze podróży. No tak, jeden samolot zestrzelony, jeden zagubiony, dziwne morderstwo na lotnisku w Kuala Lumpur.
Oczywiście, że nie zrobi mi różnicy.

A zatem w drogę, z Bogiem…

Kilkanaście godzin później, na tym samym ekranie odczytuję, że do Mekki już tylko 6,790 km. A zatem jesteśmy w Hanoi.

Spokojny Polak w Hanoi

Taksówka, która wiozła mnie z lotniska do hotelu już po kilku minutach zjechała z autostrady i znaleźliśmy się w labiryncie wąskich uliczek, otoczeni masą motocykli. Wyglądało to mniej więcej tak – KLIK.

Chodniki zajęte są całkowicie przez parkujące skutery, stragany i wszelkiego rodzaju sprzedawców. Na mnie największe wrażenie zrobiły kobiety, które potrafiły w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach przykucnąć, w ciągu kilku minut rozłożyć podręczną kuchenkę i serwować gorące posiłki.

Jedzenie nie było mi jednak w głowie. Moim pierwszym wyzwaniem było dotarcie do położonego kilkaset metrów od hotelu jeziora Hoam Kiem – KLIK.

Nie miałem wyjścia, musiałem zanurzyć się w wartki i hałaśliwy nurt pojazdów. Już po jednym kroku miałem dosyć. Cofnąłem się na chodnik i trzymałem się kurczowo jakiegoś słupa, gdyż nie było tam miejsca dla mojej osoby. Po pewnym czasie wydało mi się, że w strumieniu pojazdów jest jakaś przerwa i próbowałem kontynuować spacer. Natychmiast spłoszyły mnie sygnały klaksonów za plecami. Nie było gdzie uciec, więc tylko skuliłem się i wolno posuwałem się do przodu. A za chwilę było skrzyżowanie…

Po spacerze nad jeziorem kolejne wyzwanie – wrócić do hotelu. Przez całą drogę powtarzałem sobie adres: 14 Luong Van Can, 14 Luong Van Can. Na każdym skrzyżowaniu były porządne tabliczki z nazwami ulic, a jednak czułem się niepewnie – tabliczki jakoś nikły w gęstwinie szyldów i przewodów elektrycznych, wszystkie ulice wydawały mi się podobne.
Numer 22, to jeszcze tylko cztery domy, do licha – nie widzę mojego hotelu? Na szczęście rozpoznaję panią w fioletowej sukience sprzedającą jakieś pierogi – jest!
Rzecz w tym, że frontony budynków są tutaj bardzo wąskie i mój, całkiem porządny, hotel zupełnie nikł w sąsiedztwie kolorowych sklepików.

Po tych trzech godzinach w Hanoi jestem jak najgorszej myśli – gdzieżeś ty się dziadku wybrał? Będziesz tylko kłopotem dla swojej wycieczki.

A wycieczka właśnie się zbiera na inauguracyjne spotkanie.
Nieustraszeni – jest nas łącznie ze mną szesnaście osób – dwanaścioro Australijczyków, dwie Kanadyjki, Włoszka mieszkająca w Anglii i Amerykanka. Cztery małżeństwa w wieku lekko ponad 50 lat, pani z ojcem – weteranem wojny wietnamskiej (czyli w moim wieku), pozostałe pięć pań w wieku około 40 lat. Naszym przewodnikiem jest Hoc.

Nieustraszeni?

Tak, organizatorem wycieczki jest firma Intrepid – KLIK. Spotkałem ich kiedyś na szlaku, na wędrówce dookoła Mt Blanc i uznałem, że ich styl wędrowania powinien mi odpowiadać.
Styl wędrowania: popierać lokalne przedsiębiorstwa, korzystać z transportu publicznego, nie unikać wysiłku fizycznego.

Mój pierwszy kontakt to oczywiście Australijczycy. Poza jednym wyjątkiem wszyscy mieszkają w niezbyt dużych miastach. To się od razu czuje – szczerzy, ironiczni, dobre poczucie humoru, w razie potrzeby nie zawiodą.

Na początek ruszamy do restauracji na kolację. To okazja, aby wymienić spostrzeżenia na temat ruchu na ulicy. Zgadzamy się, że reguły gry są następujące:
Klakson oznacza – jestem większy i silniejszy od ciebie i wiem dokąd jadę. Zakładam, że ty również znasz swój cel. Kontynuujmy więc obaj swoje działania w zgodzie.
Brak klaksonu oznacza to samo.
Rezultat – nie istnieje tu “road rage” czyli agresja na szosie.

Od przewodnika dowiadujemy się, że Hanoi ma ponad 8 milionów mieszkańców i około 3 milionów motocykli i skuterów.

Nasz hotel zlokalizowany jest na starym mieście (Old Quarter nazywany również French Quarter), stąd te wąskie uliczki i niesamowity tłok.

Jest wieczór, więc wszyscy, którzy nie jadą w tej chwili na motocyklach, biesiadują na ulicy…

My biesiadujemy w niewielkiej restauracji, przy stołach o rozmiarach dla dorosłych.

Wietnamska kuchnia? Proszę o cierpliwość, w programie wycieczki jest lekcja gotowania, gdy się nauczę gotować, to napiszę.

Halong Bay

Następnego dnia rano wyruszamy w drogę autobusem. Zatłoczone ulice miasta zamieniają się w zatłoczoną szosę. Dookoła – Wietnam w ruinie – przepraszam za te polityczne skojarzenia. Popękana, dziurawa szosa, stare walące się domki. Dużo śmieci, ogólny bałagan.
Zaraz, zaraz, coś mi się przypomina – pierwsza po wyjeździe z Polski wizyta w Warszawie, 1991 rok. Wtedy wyglądało to podobnie. I jeszcze jedno podobieństwo – waluta. W 1991 roku 1 US$ był wart 10,000 zł. W dzisiejszym Wietnamie jest wart ponad 24,000 dongów. Brakuje tylko rosyjskiego bazaru na stadionie 10-lecia.

Gdzieniegdzie widać jakieś prace budowlane, ale niezbyt imponująco to wygląda – duża maszyna budowlana, a wokół niej bałagan. Natomiast ręczna budowa grobli posuwa się szybko do przodu…

Może to jest właściwa metoda budowania w bardzo ubogim i gęsto zaludnionym kraju?

Wreszcie docieramy do celu – zatoka Ha Long Bay – KLIK. To miejsce jest tak dobrze udokumentowane w internecie, że ograniczę się tylko do jednego zdjęcia, a to dlatego, że oddaje mglistą atmosferę naszej żeglugi…

Halong Bay znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO (Heritage List). Zapewne na to zasługuje, ale z drugiej strony już teraz jest tu za duży tłok. Poniżej widok statków, które przywiozły chętnych do zwiedzania groty…

Zgodnie z dewizą Intrepidu rozglądam się za lokalną działalnością gospodarczą. Podpływa nieproszona…

Kobiety wiosłują na tych łodziach cały dzień, od statku do statku. Asortyment towarów dość nieciekawy – biszkopciki, czipsy, napoje. Towar podają w siatce na długim kiju. Do tejże siatki klient wkłada zapłatę.

Noc spędzamy na statku…

W drodze powrotnej polski akcent…

Kto, skąd, dlaczego? Nie znalazłem informacji.

Przed pożegnaniem kucharz okrętowy w ciągu kilku minut wyczarowuje z marchwi kwiat i siatkę, jakimi udekorowana była podana na kolację ryba…

Przybijamy do brzegu. Zauważam zaawansowane roboty budowlane na nabrzeżu. Tu już nie ma co grymasić – duże, dobrze zorganizowane budowy. Za kilka lat będzie tutaj jak w każdym atrakcyjnym miejscu w cywilizowanym świecie.

Wracamy do Hanoi na kolację, a potem przesiadka do kolejnego środka lokomocji…

Sleeping z Hanoi do Hue – ponad 700 km, 13 godzin jazdy. W środku, znowu łza się w oku kręci, jak w pociągu z Pragi do Warszawy w 1994 roku. Tyle, że wtedy w Polsce w pociągach grasowali rabusie. Wszelkie poradniki turystyczne informują, że Wietnam to jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie.
Wiadomo – komuna.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (5)

Zbigniew Milewicz

Okruchy z podróży

taj5Prawdopodobnie najmłodszy motorowerzysta w Tajlandii

O jednym zapomniałem wcześniej napisać, drugie nie pasowało mi do wątku, trzecie było zwykłą ciekawostką, trochę się odłożyło w czasie pichcenia tego reportażu, a że nigdy żadnych resztek ze stołu nie wyrzucam, więc będzie jeszcze jeden krótki tekst z Tajlandii.

Kiedy Tajowie dowiedzieli się, że dni Ramy IX są policzone, skrzyknęli się za pomocą portali społecznościowych i we wtorek gremialnie przywdziali różowe stroje. Kilka lat wcześniej królewscy astrologowie orzekli, że kolor ten będzie pozytywnie wpływał na stan zdrowia popularnego monarchy, on sam nosił go chętnie, więc reakcja ludzi była zrozumiała. Zgodnie z tajską astrologią, opartą w dużej mierze na wpływach hinduskich, z każdym dniem tygodnia związany jest określony kolor: z poniedziałkiem – żółty, wtorkiem – różowy, środą – zielony, czwartkiem – pomarańczowy, piątkiem – niebieski, sobotą – fioletowy, niedzielą – czerwony; wywodzą się one od barw przypisywanych planetom i bóstwom, opiekujących się danym dniem. Astrolog pyta człowieka, w jakim dniu się urodził, ten odpowiada np., że w czwartek i wtedy słyszy, że pomarańczowy jest jego szczęśliwym, urodzinowym kolorem. Monarcha urodził się w poniedziałek, więc kolor żółty był królewski, z flagą monarszą włącznie. Za panowania Ramy IX żółte t-shirty w sklepach kosztowały zatem więcej, niż np. czerwone, podobnie było z owocami na bazarze, cena za żółte arbuzy przewyższała zielone. Dlaczego więc akurat wtorkowy róż miał królowi sprzyjać, tego nie wiem. Kolory w Tajlandii mają swój wymiar polityczny, ruch konserwatystów i rojalistów, zwanych żółtymi koszulami walczy ze zwolennikami odsuniętych od władzy premierów – w 2006r. Thaksina Shinawatry i w 2014r. jego siostry Yingluck Shinawatry, reprezentujących rzesze głównie rolników, spod znaku pro -demokratycznych czerwonych koszul. Czerwień symbolizuje tu ziemię, krew, ale i szczęście.

thaj4-autNa tym koniec, jeżeli chodzi o symbolikę kolorów. Policjantowi w czarnym uniformie, z którym sfotografowałem się przed Walking Street w Pattayi, tak dobrze patrzało z oczu, że nawet przez chwilę się nie zastanawiałem, czy ten kolor ma pozytywną, albo negatywną energię. Najpierw poprosił mnie rutynowo o okazanie komórki, z której robiłem zdjęcia, przejrzał pobieżnie dotychczasowe materiały i nie znalazłszy w nich niczego podejrzanego, niedbale polecił najbliższemu Tajowi, żeby zrobił nam fotkę. Tchnął z tej sceny jakiś znajomy mi, patriarchalny duch PRL-u, naród z władzą, władza z narodem, pod warunkiem, że ten niczego nie knuje… W rozrywkowych miejscach Pattayi policja jest wszędzie, ma swoje posterunki przy większych barach, dyskotekach i nadmorskiej promenadzie, gdzie kwitnie najstarszy zawód świata, ciekawostka – zakazany przez tajlandzkie prawo.

Trzymamy z władzą w Pattayi

Prostytucji nie wolno tutaj jednak uprawiać dopiero od 18 roku życia, więc młodsza młodzież robi to legalnie, a starsze roczniki trudno złapać na gorącym uczynku, bo striptease i petting w lokalach są dozwolone, a co się dzieje później, to oficjalnie wychodzi na jaw tylko w razie ewentualnego okradzenia klienta, albo pobicia czy zabójstwa którejś ze stron. Sama jednak świadomość, że gliny są w pobliżu ma z pewnością istotne, prewencyjne znaczenie.

taj58

Robotnicza sjesta

Widziałem ich w akcji, jak pomagali kolegom z tzw. policji turystycznej, przy zabezpieczaniu wysiadki pasażerów z promu na przystani w Pattayi, pełen profesjonalizm. Była wysoka fala, stateczkiem mocno bujało, wszyscy dzięki ich pomocy wydostali się na ląd szczęśliwie. Tajlandzka policja cieszy się respektem, w Sylwestra zaobserwowałem następujący obrazek: w zatłoczoną do granic możliwości miejską arterię wjeżdża policyjny radiowóz, przez megafon padają dwa krótkie zdania, w chwilę ulica pustoszeje, przejeżdża następny samochód na sygnale, za nim kolejny, po czym ulica znowu się zapełnia. Do dziś się zastanawiam nad tym, gdzie się schowały wtedy tamte wszystkie pojazdy.

taj56

Dar z hostelu trochę mi przypominał Zbyszka Cybulskiego z jego młodych lat…

Nie wiem też do jakiej szuflady włożyć inną zgoła scenę: starszy mężczyzna o europejskim, nobliwym wyglądzie idzie ulicą z tajskim chłopcem za rękę, prowadzi go do lokalu dla transwestytów… lub wieloosobową rodzinę anglojęzycznych turystów na Walking Street: dzieciaki w wieku od przedszkolaka do może trzecioklasisty za bardzo nie mają ochoty obejrzeć pokazu tabledance, ale ojciec przekonuje je, że później pójdą na lody… cóż, może jestem staroświecki.

taj57

Ciekawa reklama u jubilera

Zostały mi też jeszcze różne zdjęcia z tej podróży, częścią chętnie się podzielę. Wojaże kończę w Nowy Rok, odlatując z Bangkoku z powrotem do Europy, znowu via emiraty. A w Monachium celnik obserwuje, jak otwieram walizkę i wyjmuję zimowe rzeczy, żeby się przebrać. Mógłbym powiedzieć mu, że poza paroma podróbami markowych koszul niczego nie przemycam, ale jest tak wcześnie rano, że pewnie nie ma ochoty na rozmowę i tylko patrzy, nawet nie wiadomo, czy służbowo, czy tak sobie z nudów.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (4)

Zbigniew Milewicz

Thai znaczy wolny

thaj4-archŻycie i śmierć, syjamskie rodzeństwo, jedno bez drugiego nie może istnieć. Kiedy lecę z Monachium do Bangkoku, na lotnisku w Doha, gdzie mamy przesiadkę, telewizja pokazuje w newsach zamach na rosyjskiego ambasadora w Ankarze. Otwiera w galerii sztuki wystawę p.t. Rosja oczami Turków i ginie zastrzelony przez przez tureckiego policjanta, w odwecie za Aleppo; zamachowiec nie był na służbie, chwilę później zostaje zneutralizowany, czyli także zabity, przez interweniujących kolegów, którzy są na służbie.Kiedy oglądam telewizyjne wiadomości w hostelu w Bangkoku i później w Pattayi, śmierć pojawia się m.in. w obrazach z lokalnych wypadków drogowych. Pokazują bez retuszu zmiażdżone pojazdy i zwłoki ofiar, dużo zbliżeń, więc dobrze się zastanawiam przy wyborze przewoźników i pilnuję się przy przechodzeniu przez ulicę. Kiedy wydaje mi się, że jakoś opanowałem tę sztukę, los szyderczo puszcza do mnie oko. Zwiedzam most Ramy VIII nad stołeczną rzeką Chao Phraya i w drodze powrotnej do hostelu nieomal potrąca mnie młoda kobieta na motorowerze. Przechodzę przez jezdnię, ona nagle wyjeżdża zza zakrętu, nie widzi mnie, bo rozmawia przez komórkę, na tylnym siodełku siedzi mała dziewczynka. Instynktownie daję susa do przodu, szczęśliwie nikt tamtym pasem wtedy nie jedzie ; dopiero, kiedy mam ją z tyłu, za plecami, zauważa mnie, krzyczy histerycznie. Na szczęście nic się nie stało, w przeciwnym razie co najmniej zepsułaby mi urlop. Idę oblać to wydarzenie do pobliskiej, chińskiej kawiarni, oczywiście wodą, noworodków nie chrzci się piwem. Podobne zdarzenie przeżywam w Pattayi, kiedy jakiś mój rówieśnik – motocyklista znienacka cofa na chodniku przy wypożyczalni motorów. W ostatniej chwili uskakuję przed białym bęcwałem, rewanżując mu się jedynym brzydkim słowem po angielsku, które znam, ten mamrocze jakieś sorry, ale nie miej tu człowieku szybkiego refleksu.

thajcin

W chińskiej kawiarni na ścianach wiszą stare portrety chyba rodziców, albo dziadków obecnych właścicieli lokalu. To zamiłowanie do tradycji podkreślają stylowe, teakowe meble, ozdoby z laki i porcelany, wiekowy zegar. Klientela w kawiarni też przeważnie chińska, trudno mi odgadnąć, kto turysta, a kto mieszka w Bangkoku. Turystów z Państwa Środka na ulicach sporo, w ich kraju rozpoczynają się akurat jakieś ferie i kiedy wyjadę do Pattayi, Chińczycy opanują cały hostel, ale są i chińscy Tajowie, widziałem, byłem z Sharpem w ich Chinatown na smacznej kolacji.

thaj4-chin

Pierwsi emigranci z Chin napłynęli do Syjamu w połowie XIX w., kiedy kraj ten otworzył się na handlowe kontakty najpierw z wiktoriańską Anglią, a następnie z innymi krajami Zachodu, co stworzyło nowe miejsca pracy. Tajowie nie mieli smykałki do interesów, przybysze przeciwnie, zasymilowali się z miejscową ludnością, pokazali, że są utalentowanymi kupcami, pośrednikami, urzędnikami. Powstały nowe chińsko-tajskie elity, Syjam wkroczył na drogę modernizacji, nie tracąc jednocześnie więzi z historycznymi korzeniami, ze swoją kulturą i religią. Utarł w ten sposób nosa Holendrom, którzy chcieli skolonizować ten kraj. Słowo Thai znaczy wolny. Syjam nigdy nie był kolonią i miejscowi często to podkreślają. Reformy rozpoczął król Mongkut, kontynuowali je jego następcy, monarchowie Chulalongkorn, Vajiravudh i Prajadhipok. Zniesiono niewolnictwo, zreformowano prawo, administrację i system społeczny, wprowadzono obowiązek powszechnego nauczania. Współczesna Tajlandia ma jednak najwięcej do zawdzięczenia królowi Ramie IX.Zanim o nim trochę opowiem, oddam głos dr Marii Ochwat, specjalistce w zakresie sytuacji politycznej w Azji Południowo-Wschodniej i autorce książki pt. „Systemy konstytucyjne Tajlandii, Malezji i Singapuru”:

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną, dziedziczną. Monarcha jest głową państwa, a jednocześnie zarówno organem władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej. Odgrywa on znaczącą rolę w systemie politycznym państwa, choć nierzadko podkreśla się, że “król nie rządzi, a panuje”. W praktyce monarcha pełni przede wszystkim funkcje reprezentacyjne i ceremonialne, jednakże należy zauważyć, że jego władza w rzeczywistości znacznie wykracza poza to, co zostało określone w konstytucji. Wystarczy przypomnieć wydarzenia z 1992 roku, kiedy to monarcha (król Bhumibol Adulyadej, Rama IX – przyp. Z.M.) powierzył stanowisko premiera Anandowi Panyarchunowi, którego kandydatura nie cieszyła się poparciem większości parlamentarnej. Monarcha interweniował również w kwietniu 2006 roku w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów. W późniejszym okresie, kiedy na ulicach Bangkoku doszło do starć pomiędzy dwoma wrogimi obozami politycznymi, wezwał uczestników do natychmiastowego zaniechania walk i jak można przypuszczać – te natychmiast ustały. Można zatem śmiało stwierdzić, że monarcha jest ostatecznym arbitrem decyzji politycznych w sytuacjach kryzysowych, a tym samym podstawowym źródłem legitymizacji narodowej. Monarcha nie wyznacza polityki samodzielnie, raczej pomaga tworzyć plan działania państwa, zwłaszcza za sprawą swoich corocznych urodzinowych przemówień i aktywnie działa na rzecz rozwoju politycznego, w dużej mierze poprzez swoich pełnomocników. Pomaga także określić naturę rządów koalicyjnych, czuwa nad promowaniem określonych osób i komentuje życie polityczne. W społeczeństwie Tajlandii władza monarsza traktowana jest jako coś oczywistego i bezdyskusyjnego. Władca jest otoczony kultem, co oznacza, że w żaden sposób nie można go narażać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo czy to poprzez oskarżenia, czy działania – jest nawet chroniony przed krytyką. Monarcha jest buddystą, ale jednocześnie gwarantem swobody religijnej, zwierzchnikiem sił zbrojnych, nadaje tytuły i przyznaje odznaczenia. Co więcej – ma on prawo odmówić podpisania danego projektu ustawy i przesłać go ponownie do parlamentu w celu ponownego przedyskutowania.

thaj4-krol Podobizny króla Ramy IX są obecne wszędzie

Zasiadał na tronie przez ponad 70 lat, był najdłużej panującym monarchą na świecie. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, w Cambridge, wychował w Szwajcarii. Jako trzecie z kolei dziecko nie był typowany na przyszłego króla, tron objął po niespodziewanej i do dziś niewyjaśnionej śmierci swojego brata, 9 czerwca 1946 r. Był człowiekiem wykształconym, intelektualistą z artystyczną duszą. Marzył o karierze saksofonisty, uwielbiał jazz i fotografię, studiował w Europie, m.in. literaturę francuską i łacinę. Człowiek spokojny, zrównoważony, pogodny, bardzo zaangażowany w pracę charytatywną, głównie na rzecz ekologii i ochrony środowiska. Przez cały okres jego rządów pozycja króla nie była kwestionowana ani podważana, a władza konstytucyjna, którą sprawował, poza drobnymi poprawkami, na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nie uległa zmianie. Społeczeństwo bardzo liczyło się z jego zdaniem. Imię ceremonialne monarchy brzmiało: „Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona” – Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit.

thaj4-rzek

Widok z mostu Ramy VIII na Chao Phraya

Kiedy 13 października ubiegłego roku, po długiej chorobie zmarł w wieku 88 lat, Tajlandia pogrążyła się w smutku. Została ogłoszona roczna żałoba narodowa, odwołano w tym czasie wszystkie większe imprezy rozrywkowe. Podobiznę Ramy IX z żałobnymi emblematami widać wszędzie – na ulicach, w sklepach, barach, hotelach, zdobi ściany prywatnych mieszkań i budynków publicznych, znaleźć ją można w miejskich slumsach i na dziesiątkach ołtarzy rozstawionych wzdłuż ulic Bangkoku; widnieje na wszystkich tajskich banknotach i monetach. Obraza królewskiego majestatu tak w przeszłości, jak i obecnie uznawana jest w tym kraju za zbrodnię i grożą za nią wieloletnie kary pozbawienia wolności, w warunkach, przy których podobno nawet tureckie więzienia wydają się być luksusowymi pensjonatami. A że łatwo zostać o nią posądzonym, wszystkie przewodniki po Tajlandii odradzają turystom nawet najbardziej niewinne żarty na temat monarchy i jego symboli władzy.Ignorancja może drożej kosztować. Wolfgang z Kolonii, jedyny Niemiec, z którym w Pattayi przed powrotem do Europy uciąłem sobie krótką rozmowę, opowiadał mi o pewnym Angliku zabitym w biały dzień w jednym z barów, za znieważenie tajskiego banknotu. Był pijany, sprawców samosądu było kilku, po zlinczowaniu Anglika wyszli z lokalu, policji nie udało się ustalić ich tożsamości.Królowi w Tajlandii oddaje się niemal boską cześć, mamy tu do czynienia z niewątpliwym kultem jednostki, ale Rama IX ciężko pracował na swoją popularność. Podróże po całym kraju, tysiące spotkań z poddanymi, a przede wszystkim jego czujna obecność we wszystkich ważnych momentach tajskiej, współczesnej historii, sprawiły, że stał się kimś w rodzaju ojca narodu (jego urodziny są jednocześnie dniem ojca w tym kraju), postacią jednoczącą zwaśnionych rodaków, przynoszącą otuchę i spokój w burzliwych czasach. W minionym stuleciu Tajlandią wstrząsały liczne przewroty polityczne, zamachy stanu, potężne demonstracje. Gdy jednak sytuacja wymykała się spod kontroli na scenę wychodził król, nakazywał spokój i wszystko znowu wracało do stanu względnej równowagi; kiedy w czasie protestów w 2010 roku zabrakło jego interwencji, ulice Bangkoku spłynęły krwią.

Król chętnie poświęcał wolny czas na rozmyślania, wynikły z nich liczne koncepcje gospodarcze, programy wspierajcie rolnictwo i wyrównujące szanse dla najuboższych; w międzyczasie też Rama IX dorobił się jednego z czołowych miejsc w rankingu najbogatszych polityków świata, publikowanym przez magazyn Forbes. Wszyscy moi rozmówcy podkreślają jednak zgodnie, że nie wynosił się ze swoimi bogactwami ponad naród, że był skromny. Pewnie i za to też go ludzie kochają. Kiedy o nim mówią, często mają łzy w oczach, wielu na ubraniach nosi czarne, żałobne kokardki. W Bangkoku, w weekend zbierają się na placach i w miejskich amfiteatrach, aby wspólnie śpiewać na cześć zmarłego żałobne pieśni, ubrani w uroczyste, czarno-białe stroje. Z boku uwijają się fryzjerzy, strzygą za darmo wszystkich chętnych uczestników ceremonii, żeby schludnie się prezentowali, a wolontariusze rozdają zimne napoje.To nie są oczywiście spontaniczne uroczystości, organizują je władze Bangkoku, na telebimach pokazują Ramę IX w różnych okresach jego życia, często w asyście pięknej małżonki i dzieci. Sirikit Kitiyakara, zanim została królową, była uzdolnioną pianistką, zakochaną w utworach Fryderyka Chopina. Jej dzień urodzin jest w Tajlandii jednocześnie dniem matki. Król i królowa prowadzili przykładne życie rodzinne, bez skandali i to też ludzie ciepło wspominają.

thaj4-dzie

Turystki z Państwa Środka na ulicach Bangkoku

Tajlandia jest krajem wyjątkowo niestabilnym politycznie, od 1932 roku, a więc od chwili gdy przestała być monarchią absolutną, państwem rządzą na przemian władze wojskowe i cywilne. Od maja 2014 roku władzę ponownie sprawuje wojsko; rodzi się więc pytanie, jakim królem okaże się 63-letni Maha Vajiralongkorn, jedyny syn zmarłego, który większość swojego życia spędził w Niemczech i jest dziesiątym władcą z dynastii Chakri, panującej od 1782 r. Rama X cieszy się dużo mniejszą popularnością niż jego ojciec, niewiele o nim wiadomo, poza tym, że ma stopień generała, wykształcenie wojskowe, które zdobył w Australii oraz ekscentryczne maniery, że trzykrotnie się rozwodził i jest ojcem siedmiorga dzieci. W ostatnich latach często zastępował ojca podczas oficjalnych uroczystości, ale rzadko zabierał głos. Tajlandii potrzebny jest z pewnością monarcha światły, podobny osobowością do króla Bhumibola, dyplomata, a przy tym dobry strateg i mediator. Czy taki właśnie będzie Rama X, czas pokaże.

P.S. Życie i śmierć, syjamskie rodzeństwo… 26 grudnia pokazują w telewizyjnych newsach, wydobywanie z morza czarnych skrzynek, po katastrofie rosyjskiego samolotu TU-154, z 92 osobami na pokładzie. Tupolew rozbił się zaraz po starcie z lotniska w Soczi, nikt nie przeżył, wiózł członków popularnego Zespołu Aleksandrowa, którzy mieli dać koncert dla żołnierzy rosyjskich w Syrii.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (3)

Zbigniew Milewicz

Ayutthaya

Turystów można podzielić z grubsza na dwie kategorie: na muzealników i naturszczyków. Tych pierwszych interesują przede wszystkim ludzkie dzieła i wszelaka martwa materia, drugich – sami ludzie i wszystko, co żyje. Mój stary kompan Edmund, a starszy jeszcze podróżnik, dodaje do tego prześmiewnie trzecią grupę: przewody pokarmowe, czyli ludzi zainteresowanych głównie gastronomią danego kraju. Ponieważ życie bez kompromisów jest niemożliwe, muzealnik Edmund także regularnie się odżywia na wycieczkach, ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ja, co się uważam za naturszczyka, czasami również coś godnego uwagi zwiedzę.

Zanim zaproszę szanownych czytelników do Ayutthayi, która przed Bangkokiem była stolicą królestwa Siam, słów kilka na temat gospodarki tego państwa, której jednym z filarów jest właśnie turystyka. Goszczę w jednym z najszybciej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej.

tajl-ramka

Na pierwszy rzut oka w tajskiej turystyce pracują amatorzy, a przynajmniej ludzie mocno roztrzepani. Agent biura, w którym kupuję wycieczkę do Ayutthayi i późniejszy przewóz do Pattayi plus noclegi w tamtejszym hotelu, zamiast wydrukować mi porządnie bilety, coś kreśli ręcznie na kartce papieru, maże to, zaczyna od nowa, gdzieś telefonuje, wyciąga nową kartkę, drapie się po głowie, kiedy ogląda moją kartę kredytową, nie wiem, czy dobrze trafiłem. Na moje szczęście mówi po niemiecku i wciąż powtarza keine Sorgen, więc próbuję uwierzyć, że wie, co robi. Faktycznie, wszystko przebiegnie sprawnie; nazajutrz kierowca osobówki odbiera mnie punktualnie rano z hostelu, jedziemy jeszcze po trzech wycieczkowiczów i na główne miejsce zbiórki. Busików stoi kilka, turystów spora grupa, przychodzi przewodniczka, młoda dziewczyna, wyławia nas kolejno na podstawie biletów, lepi na koszulkach żółte i niebieskie paski papieru, żeby nas później rozpoznać wśród innych grup i nie zgubić, i w drogę. Dwie toyoty jadą z nią do starej stolicy, reszta w jakieś inne miejsce. Jestem najstarszy w grupie, po mnie jest, na oko, chyba Salome z Ibizy. Znowu ktoś z tej niewielkiej wyspy Balearów, kto wie, może tamtejsi mieszkańcy mają jakiś zlot w Tajlandii… Reszta, zdecydowanie młodzież – z Francji, Portugalii, Włoch, w większości dziewczyny. Miła Jenny o egzotycznej urodzie siedzi obok mnie, jest z Nowej Zelandii, jutro odlatuje do domu, żeby zdążyć na Boże Narodzenie.

tajl3-tempo

Na początek mamy XIV wieczną świątynię Wat Phu Khao Thong, Złoty szczyt, położoną na obrzeżach miejscowości. Jest biała, trochę w kształcie piramidy i całkiem dobrze zachowana, w porównaniu z ruinami, które zwiedzę później. Ponieważ trwa jakieś buddyjskie święto, ludzie przed budowlą odprawiają modły, celebruje je starszy człowiek ubrany w biały uniform wojskowego kroju, a więc może nie mnich, oni noszą szafranowe szaty. Przyjechała szkolna wycieczka, około setki dziewcząt, wszystkie w identycznych, granatowych fartuszkach, z włosami przyciętymi na wysokości uszu, rozkładają się biwakiem pod murami świątyni, zaczyna się lekcja historii. Profesorowie uzbrojeni w megafony, towarzystwo zdyscyplinowane, oj spodobałby się staremu belfrowi Krystianowi ten widok. Wychodzę po stromych schodach na górny podest świątyni, żeby zrobić parę zdjęć i przy okazji stwierdzam, że z moją kondycją jest dużo lepiej, niż pierwszego dnia.

Spatynowany czasem Złoty Szczyt

Kiedy wracam, ceremonia dobiega końca, służba sprząta ołtarz, zgarnia na tace ofiarne wota – kwiaty, owoce i… świńskie głowy, których wcześniej, z daleka nie rozpoznałem. Ponieważ niewiele wiem o symbolice buddyjskich rytuałów, wspomnę tylko, że zaskoczyła mnie ta głowizna.

tajl3-jedz2 tajl3-jedz

Po nabożeństwie

tajl3-ucz

Lekcja historii

Wat Phra Mahathal i Wat Ratbumana nie mamy w programie, a w przewodniku przeczytałem, że według legendy w pierwszej świątyni złożono szczątki samego Siddharthy Gautamy, czyli Buddy, a drugą postawił jeden z władców, dla upamiętnienia krwawej walki o tron, w której zginęli jego dwaj starsi bracia. Zwiedzamy ruiny starego pałacu królewskiego, Wat Phra Si Sanphet, Viharn Phra Mongkol Bopit, z jednym z największych w Tajlandii posągów Buddy z brązu i Wat Lokaya Sutha, z kultową postacią tym razem w pozycji leżącej, na niebagatelnej długości 42 metrów. Ruiny są świadectwem upływającego czasu, ale w tym przypadku przede wszystkim niszczycielskiego najazdu Birmy na królestwo Syjamu przed 250 laty.

Ayutthaya, zaliczana do dziedzictwa kultury światowej, została założona w 1350 roku i była w swoim czasie najważniejszą, azjatycką metropolią. Kiedy w 1431 roku Tajowie podbili sąsiednie imperium Khmerów z Angkoru (dzisiejszą Kambodżę) i przejęli jego kulturę, wydawało się, że stolica pozostanie niezwyciężona. W okresie swojego największego rozkwitu, w XVII w., miasto liczyło milion mieszkańców, handlarze, przybywający tu z Chin, Japonii, Niderlandów, Francji i Anglii, opisywali je jako najpiękniejsze na świecie. Jego przepych i bogactwo były dla obcych wyzwaniem i podzieliły los Angkoru.

taj-rezsalomeSalome i Maria z Porto

Na Ibizie Salome pracuje w recepcji hotelowej i dobrze mówi po niemiecku, mój angielski może zatem trochę odpocząć. W drodze od ruiny do ruiny, a później do słoniego cyrku opowiada mi o tym, jak trudno jest znaleźć właściwego współtowarzysza wycieczki za granicę. Teraz mają martwy sezon na wyspie, a może by tak do Tajlandii polecieć – pomyślała któregoś dnia, jej sąsiadka miała znajomą, która nosiła się z podobnym zamiarem, więc spotkały się i parę dni później już siedziały razem w samolocie do Bangkoku. Na początku kobieta sprawiała miłe wrażenie, ale później okazało się, że jest zgryźliwa, zazdrosna o wszystko, a jeszcze nieuczciwa w finansach wspólnej podróży, więc się rozstały. Salome jest spontaniczna w podejmowaniu różnych decyzji, może aż nazbyt i czasem później ich żałuje. Stylu swojego poruszania się po świecie nie zamierza jednak zmienić, nigdy nie przygotowuje się do drogi, nie czyta przewodników, tylko leci tam, gdzie jej fantazja podpowiada i na miejscu decyduje, co dalej. W ten sposób podróżowanie staje się ciekawą i nieustającą przygodą, prawdziwym odkrywaniem świata, na nic nie przygotowana nie doznaje żadnych rozczarowań i ze wszystkiego jest zadowolona. Z elektroniką jest zaprzyjaźniona, na lotniskach są strefy wi-fi, można hotel sobie zorganizować, dalszy transport. Z nawiązywaniem kontaktów też nie ma problemu, więc sobie sama dobrze radzi, ale podróżowanie w pojedynkę ma i minusy, choćby finansowe – konkluduje. Podobnie jak Jenny pomału kończy podróż, była w Phuket, Koh Samui, Kambodży i Laosie, święta spędzi w domu z najbliższą rodziną i przyjaciółmi.

Póki co jednak trwa wycieczka, oglądamy pokaz umiejętności słoni. Zwierzęta są uważane w Tajlandii za święte, przynoszą szczęście i dobrobyt, są jej symbolem.

Na wolności żyje ich tam około 3 tysięcy, prawie drugie tyle stanowi własność prywatną, lub rządową. Wykorzystywane są głównie w celach turystycznych i do pracy, mi.in. w dżungli, przy wycince i transporcie drzew. Nie byłoby w tym nic złego, od wieków służyły człowiekowi, gdyby nie brutalny sposób, w jaki się je traktuje – najpierw przy ich tresurze, później w czasie pracy. Dlatego proceder ten został uznany za nielegalny, mimo to nadal funkcjonuje, zwłaszcza w biednych, trudno dostępnych rejonach gór północnej Tajlandii.

tajl3-tempo2

Przewodzi nam Pani Tempo

W przerwie podczas wycieczki wegetariański, tajski lunch i ruszmy na zwiedzanie letniej rezydencji królewskiej w Bang Pa In, co jest prawdziwym orzeźwieniem dla z-ruinowanych oczu. Rodzina królewska ponoć rzadko korzysta z tej rezydencji, więc niektóre pałacyki i apartamenty służą celom reprezentacyjnym oraz komercyjnym, jako miejsce wytwornych bankietów dla VIP-ów. Piękna kolorystyka i architektura rezydencji, przestronne, pedantycznie utrzymane trawniki parku z fantazyjnie przystrzyżonymi krzewami, wodne oczka i chłodnawe podmuchy wiatru zachęcają do rozgoszczenia się na dłużej. Nam jednak pani Tempo trąbi już wsiadanego do Bangkoku; taką ma u mnie ksywę nasza przewodniczka. Co drugie słowo mówi tempo i ja sobie najpierw myślę, że może tak, jak niektórzy Polacy co rusz powtarzają jedno słowo na literę k, to ona po angielsku w odmianie tajskiej swoje tempo, aż wreszcie bystra Salome oświeca mnie, że przecież chodzi o temple, świątynię. Podróże jednak kształcą.

taj-rez123 taj-rez12 taj-rez1

Letnia rezydencja królewska

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (2)

Zbigniew Milewicz

Miasto aniołów

Chyba są za przeproszeniem z piekła rodem, skoro na ulicy nie ma czym oddychać, upał plus smog, a z kanałów tak śmierdzi, że trudno wytrzymać… Takie są moje pierwsze wrażenia z Bangkoku, zwanego wśród miejscowych Krung Thep, Miastem aniołów, kiedy opuszczam klimatyzowaną strefę lotniska, żeby poszukać przewozu na Khao San Road. Co tam znajdę, tego nie wiem; nie zorganizowałem sobie wcześniej noclegów w Tajlandii, energii starczyło tylko na rezerwację i zakup online biletów lotniczych w obydwie strony, więc teraz sprawdzam, na co mnie jeszcze stać w zakresie życiowych improwizacji. Oczywiście nikt mnie nie zmuszał do wyjazdu z Europy, chciałem uciec do Azji przed Świętami Bożego Narodzenia, ale na rzetelne przygotowanie się do tego zabrakło już chęci. Jakoś to będzie – pomyślałem po polsku.

Na lotnisku działa biuro pośredniczące w rezerwacji miejsc hotelowych, ale tych od 2000 bathów za noc wzwyż. Za 400 czegoś nie macie? – handluję. Pani w moim wieku ciężko wzdycha i wymienia z koleżanką parę słów w swoim języku. Pisze mi na kartce: Khao San Road i jak to w Tajlandii, promiennie się uśmiecha na pożegnanie. Ale czym tam dojechać? – nie daję za wygraną. Dowiaduję się, że busem i kciuk wskazuje, że mam iść gdzieś na dół. Więcej z niej nie wyciągnę, bo już ma następnego klienta. W Tajlandii za główny język obcy „robi” angielski, przy czym odmiana azjatycka z oryginalną mają ze sobą mniej więcej tyle wspólnego, co gwara śląska z góralską. O niemieckim można tutaj zapomnieć. Na szczęście mam walizkę lekką jak piórko (dzięki Edmundzie za twoje rady) i łatwo mogę się przemieszczać, gdzie trzeba i gdzie nie trzeba. Docieram na dolną platformę dworca lotniczego i niepotrzebnie wychodzę na zewnątrz, bo okazuje się, że najpierw muszę w kasie za 100 bathów kupić bilet na busa, a później poczekać ze trzy kwadranse, aż zbierze się komplet pasażerów, przyjdzie kierowca i zaprowadzi nas do swojego samochodu. Kasę stanowi kobieta w granatowym uniformie, siedząca w hallu na wysokim stołku za pulpitem, nad głową ma jakiś szyld w języku tajskim, rozkładu jazdy brak. Byłby bezsensowny zresztą, przy wiecznie zakorkowanych ulicach miasta i regule, że bez kompletu pasażerów bus nie ruszy z miejsca. Pokazuję kasjerce kartkę od pani z biura, ta potakuje, dostaję bilet i przełączam się na stand by, przy jakiejś młodej parze z plecakami, która stoi obok i cichuteńko ze sobą rozmawia.

Wyglądają dosyć nordycko, ale z tego szeptu w pewnym momencie wylatuje jakieś coś ty, a więc rodacy. Nie mam najciekawszych doświadczeń w tej podróży z Polakami, wielu spotkałem na lotnisku w Doha, koło Dubaju, gdzie było międzylądowanie; kiedy próbowałem na luzie pogawędzić sobie z nimi, nieufnie chowali się do swych skorupek. Na początku rozmowa toczy się normalnie, są studentami z Torunia i to są ich zimowe ferie. Zamierzają zwiedzić Bangkok, później pojechać na północ kraju i jak im wystarczy czasu, może do Kambodży. Na jakimś czacie poznali dwóch ludzi, którzy podróżują po Indochinach już od sześciu miesięcy i Bangkok mają opanowany, oni im znaleźli jakiś hostel na Khao San, więc teraz jadą się z nimi spotkać.

– To może i ja bym się tam załapał, jako wolny elektron… – myślę głośno i od razu widzę, żem zepsuł miły nastrój.

Mają spłoszone spojrzenia, więc zapewniam ich, że to była tylko teoretyczna opcja, ale nie odezwą się do mnie już ani słowem. Kierowca pakuje ósemkę pasażerów do niewielkiego, klimatyzowanego vana, każdy musi trzymać swój bagaż na kolanach i zaczyna się niepowtarzalna przygoda z ruchem drogowym tej wielomilionowej metropolii. Jak się jeździ w Azji, tego doświadczyłem już przed laty w Istambule, ale Bangkok wyzwala więcej adrenaliny. Może przez ruch lewostronny, albo wszechobecne motorowery i tuk-tuki, zmotoryzowane ryksze, które wcisną się w każdą lukę między samochodami osobowymi, autobusami i ciężarówkami. Światła na większych skrzyżowaniach i znaki drogowe są właściwie zbędne, ponieważ każdy jeździ stosownie do aktualnej sytuacji na drodze i własnej fantazji, kiedy trzeba, to pod prąd, w poprzek ulicy, albo w ostateczności po chodniku. Klaksonów używa się oszczędnie, kierowcy wzajemnie uważają na siebie – uczynnie zmieniają pas ruchu, zwalniają, lub przyspieszają, żeby pomóc drugiemu w ryzykownym manewrze, bo za chwilę znajdą się przecież w podobnej sytuacji.

tajl2-1Po półtoragodzinnej jeździe, wczesnym wieczorem docieramy do celu, w jakimś niewielkim zaułku, który niczym się nie różni od sąsiednich, wszędzie tanie, tajskie kramy, garkuchnie, warsztaty rzemieślnicze, hoteli brak. Idę na czuja do najbliższej, większej ulicy i po paru metrach widzę naprzeciw elegancko ubranego gościa – biała koszula, ciemne spodnie garniturowe. Wyszedł na papierosa z biura, nad którym widzę angielski szyld, że jest to agencja turystyczna. Tak trafiam do hostelu Bed&Butler, do którego w linii prostej mam zaledwie kilkaset metrów, ale Daar, najbliższy współpracownik właściciela, na jego koszt zawozi mnie tam szarmancko firmową limuzyną. Należność za pięć noclegów reguluję u agenta; gdybyś trafił bezpośrednio do mnie, zapłaciłbyś tylko 300 bathów za noc, a tak agent skasował dodatkowo 150 za pośrednictwo – powie mi później Sharp, właściciel hostelu. Cóż, każdy chce żyć.

Sharp jest trzydziestoletnim Amerykaninem tajskiego pochodzenia, prowadzi swój bizness od dwóch lat. Sam używa najczęściej określenia dom, bo to jego pasja i całe obecne życie, daje mu utrzymanie, tutaj mieszka i gości stara się traktować jak domowników. Wcześniej był szefem technicznym jednego ze szpitali w Bangkoku, praca była mocno stresująca, do tego mało opłacalna, nie żałuje, że ją zostawił. Kiedy miał 16 lat rodzice wysłali go z Bangkoku do Los Angeles i przestali się nim interesować. Pomogli mu życzliwi, obcy ludzie, w Stanach zdobył średnie wykształcenie, doświadczenie życiowe i pieniądze, które zainwestował później w kupno tej nieruchomości. Nie chciał na stałe zostać w USA. Dom był w ruinie, własnymi rękami doprowadził ją do obecnego stanu, wnętrza zaprojektował mu znajomy architekt, trzeba przyznać zgrabnie, z pomysłowym wykorzystaniem każdego centymetra kwadratowego niewielkiej w sumie powierzchni. Hostel jest przygotowany na przyjęcie maksymalnie ośmiu osób; z poziomu ulicy wchodzi się do baru i saloniku z kontuarem pełniącym funkcję czegoś w rodzaju recepcji, stamtąd idzie się na piętro z dwoma sypialniami, dla żeńskiej i męskiej klienteli. Toalety i prysznice znajdują się w suterenie, wszystkie pomieszczenia są klimatyzowane, bez tego kiedyś trzeba było żyć w tropikach, a dziś nie sposób się już obejść.

Nie ma kompletu gości. Dostaję łóżko z numerem 1, na dolnym poziomie piętrusa, szerokie i wygodne, wyposażone w lampkę do czytania, skrytkę na wartościowe przedmioty i przegródkę, w której mogę trzymać podręczne drobiazgi. Kiedy zaciągnę ciężką zasłonę, mam swoje niekrępujące pomieszczenie; reszta rzeczy zostanie w walizce, w nogach łóżka. Towarzystwo jest młode i wesołe, nade mną mieszka rockowy muzyk z Lyonu, a w sąsiedztwie chiński programista, Felix. Lucija z Ibizy i dziewczyna muzyka nocują za ścianą, ale w Bangkoku nikt nie chodzi o dziesiątej wieczorem spać, tylko ja, żeby odetchnąć po kilkunastu godzinach podróży samolotem. Wcześniej oczywiście prysznic plus mała kolacja, którą gospodarz wyczarowuje z kawałka łososia i jarzyn. Śpię jak kamień, nazajutrz rano budzę się rześki, gotów do turystycznego podboju Bangkoku. Sharp radzi to robić ostrożnie, stopniowo, wręcza mi wizytówkę hostelu, żeby w razie czego dać znać, jak się zgubię. Wtedy – mówi – znajdź jakąś taksówkę i poproś kierowcę, żeby do mnie zadzwonił i ja mu powiem, jak najlepiej dojechać do mnie, inaczej będzie cię woził po całym Bangkoku. Trochę mi przypomina kierownika schroniska z czasów moich dawnych wędrówek po Tatrach, ta sama troska o domownika, żeby wrócił cało.

tajl2-3Wyruszam w miasto zaopatrzony w mapę, smartfona z nawigacją, wielgachny kapelusz zielonych ludzików z Kaliningradu i butelkę zimnej wody, którą dostaję w prezencie od Sharpa (po chwili i tak już będzie ciepła). Po przejściu kilkuset metrów chodnikiem postanawiam przeprawić się na drugą, cienistą stronę ulicy, tylko, jak to zrobić… Podpatruję innych, bez względu na sygnalizację świetlną wciskają się między jadące jeden za drugim motorowery, tuk tuki, samochody, te zmniejszają wtedy prędkość, albo zwiększa ją pieszy i tak metr za metrem człowiek dociera do celu. Z duszą na ramieniu podążam śladem przechodniów, ale broń Boże na czerwonym świetle, przed jakąś ciężarówką na wszelki wypadek ostrzegawczo podnoszę rękę, bo wyobraźnia pracuje, no i udaje się, cało przechodzę przez jezdnię. Najpierw do banku, wymienić pieniądze, otwierają go za parę minut, o dziesiątej. Jak miło z rozgrzanej patelni ulicy wejść do chłodnego wnętrza, gdzie po okazaniu paszportu zostaję obsłużony szybko i uprzejmie, tylko wcześniej muszę jeszcze podać swój tymczasowy adres. Pani za bankowym kontuarem kopiuje sobie moje osobiste dane, sprawdza, czy mam aktualną wizę, którą otrzymałem na lotnisku, dwa podpisy i już jest za co szaleć w Bangkoku. Obcej waluty oficjalnie nigdzie ode mnie w Tajlandii nie przyjmą, poza bankiem, albo kantorem, w którym obowiązują podobne formalności.

Pierwszy dzień poświęcam na zaaklimatyzowanie i poznanie najbliższych okolic hostelu, ale i tak parę razy się gubię w plątaninie podobnych do siebie uliczek. Mapa okazuje się mało użyteczna, bo poza główniejszymi punktami opisana jest wyłącznie w miejscowym języku, podobnie mój dotykowy smartfon; kiedy znajduję się w strefie wifi, nawigacja pokazuje dokąd iść, ale poza nią już nie. Mogę liczyć tylko na swoją pamięć wzrokową, niestety nie idealną i uczynność tubylców, z którą jest dużo lepiej. Niezbyt daleko od mojego hotelu znajdują się światowej sławy buddyjskie świątynie, takie m.in. jak Golden Mount, Wat Benchamabophit, Wat Indrawichan, czy najsłynniejsza Wat Phra Kaeo, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy. Poza tą ostatnią wszystkie obejrzałem, dzięki bardzo uprzejmemu kierowcy tuk tuka, który za śmieszne 20 bathów woził mnie od przybytku do przybytku, czekał, aż skończę zwiedzanie, a w końcu dotarł tam, gdzie miał swój interes, czyli do salonu krawieckiego, szyjącego na miarę garnitury, smokingi, spodnie i koszule z najlepszych tajlandzkich materiałów. Oczywiście najtaniej w świecie. Błagam, ja z tego żyję, pomóż mi, wejdź tam przynajmniej na dziesięć minut – poprosił. Garniturów, które mam, starczy mi pewnie do końca życia i jeszcze można będzie w nich chodzić, bo od małego szanuję ubrania, smokingów nie używam, ale jak tu nie wyjść człowiekowi w potrzebie naprzeciw. Było, jak na tanich wycieczkach u tureckich szwagrów. Gostek w wytwornym garniturze dusił mnie prawie godzinę, żebym zdecydował się na jakieś zamówienie; jak magik wyciągał zewsząd bele najprzedniejszych materiałów, kazał dotykać, jakie są miękkiej, ugodowo redukował ceny, jak słabłem podawał kolejny, plastikowy kubek z zimną wodą, ale kiedy po raz setny powiedziałem, że się zastanowię, zrezygnowany zwolnił mnie i pozwolił wyjść. I tak wiem, że pan nie przyjdzie – powiedział proroczo na do widzenia.

tajl2-2Aby mój kierowca nie stracił jednak zupełnie wiary w białego człowieka, dałem mu się zawieźć do większego biura turystycznego, bo tym razem ja miałem w tym swój interes, a na zakończenie kursu zamiast dwudziestaka dostał 50 bathów. W biurze znalazłem i zarezerwowałem w miarę tani i jak się później okazało całkiem przyzwoity hotel w kurorcie Pattayi oraz przewóz na 25 grudnia. Przy okazji zręczny agent sprzedał mi wycieczkę do starej, tajskiej stolicy Ayutthaya i letniej, królewskiej rezydencji Bang Pa In, o której opowiem w następnym odcinku. Odwiózł wiózł mnie prawie pod sam Bed&Butler, w którym już trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz zapisałem się na wycieczkę, a pojutrze była Wigilia. Sharp kupił z tej okazji na jakimś bazarze sztuczną choinkę i właśnie ją stawiali z Daarem przed wejściem do hostelu. Jup, dziewczyna Sharpa, z dużym wdziękiem tym dyrygowała, pracowała w tajskiej CSI, policji kryminalnej, więc drzewko musiało stać, jak należy. Sharp był ateistą, Daar buddystą, a Jup nie wiem, ale chcieli stworzyć swoim gościom przynajmniej jakąś namiastkę świąt. W związku z tym już od samego rana w hostelu było bardzo muzycznie – kolędowo, a ja właśnie tego chciałem uniknąć.

W Bangkoku jest katolicka, renesansowa katedra p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, którą w 1984 r. nawiedził papież Jan Paweł II, w czasie pielgrzymki do Tajlandii. W Wigilię, późnym popołudniem jadę tam, żeby pokłonić się swojemu nowonarodzonemu Panu, nie mogę inaczej. Kilku rykszarzy odmawia kursu, mówią, że to niedaleko, ale droga jest trudna, trzeba się mocno nakręcić, w końcu któryś się decyduje, za 200 bathów. Tłok na ulicach jest tego dnia jeszcze większy niż zwykle, w głównej hali sportowej miasta mają się odbyć wieczorem ważne walki w thaibox, tajlandzkim sporcie narodowym, więc wielu chce je obejrzeć na żywo. Pasterka zaczyna się o 17.00, powinniśmy zdążyć, rykszarz pyta, czy jestem katolikiem, ja potakuję. A on – mówi – baptysta i pokazuje na religijny obrazek, umieszczony nad kierownicą, którego nie dostrzegłem do tej pory. Tośmy bracia chrześcijanie – kwituję. Pasterka już się rozpoczęła, siadam na zewnątrz katedry, na jednym z wolnych krzeseł, we wnętrzu komplet wiernych. Wejście do świątyni udekorowane jest girlandami pięknych, tropikalnych kwiatów, uroczystą mszę celebrują tajlandzcy duchowni, w języku angielskim. Na zewnątrz są telebimy, więc widzimy i słyszymy przebieg nabożeństwa. Wierni w eleganckich, przewiewnych kreacjach, temperatura w cieniu dochodzi dzisiaj do plus 38 stopni, taka jest tajlandzka zima. Wśród zgromadzonych na Pasterce widać ludzi o europejskich rysach twarzy, jest sporo rodzin z białym tatą, tajską mamą i kolorowymi dziećmi.

Na przekażcie sobie znak pokoju wierni zwracają się do siebie, z dłońmi złożonymi po buddyjsku na wysokości piersi i wzajemnie się sobie kłaniają. Jest to radosna Pasterka, główny celebrans przed końcowym błogosławieństwem pozwala sobie na żartobliwy ton, który wierni kwitują śmiechem, ale kiedy intonuje Silent Night, przestaję sam przed sobą udawać twardziela. Wydaje mi się, że stoję pod polską choinką, nie udało mi się więc przed nią uciec.