Kresy. Powiązania.

Andrzej Rejman

Sięgnąłem głębiej do archiwów rodzinnych.

Znalazłem dokument, a właściwie tłumaczenie dokumentu oryginalnego z 1895 roku z którego wynika, że babcia moja, Małgorzata (później Doktorowicz-Hrebnicka) została usynowiona (adoptowana) przez małżeństwo Julię i Gabriela Rodziewiczów – właśnie w 1895 roku, gdy miała niecałe 6 lat. Z dokumentu wynika także, że ojcem chrzestnym Małgorzaty był Marcin Woyczyński.

W dostępnym powszechnie życiorysie jej nowych rodziców nic o tym nie wspomniano, z pewnością jest to fakt biografom nieznany.

Kim byli Julia i Gabriel Rodziewiczowie?

01_odpis_z_wyciagu_ksiegi_metryki_urodzenia_Malgorzata_H

 Julia Rodziewicz

Urodziła się w 1863r. w Mińsku Litewskim jako najstarsza córka Kazimiery ze Szklenników i Ignacego Woyczyńskiego, który w Paryżu ukończył Szkołę Inżynierii Mostów Kolejowych. Praca przy budowie kolei powodowała, że ciągle przenosił się z rodziną z miasta do miasta. Był on znacznie starszy od żony i zmarł wcześnie. Matka Julii po śmierci męża wyjechała do Petersburga, gdzie Julia ukończyła pedagogiczne kursy z wyróżnieniem – z medalem. Po wyjściu za mąż za Gabriela Rodziewicza, studenta medycyny przyjechała do Wilna. Gabriel studiów nie ukończył, był socjalistą i za kolportaż prasy do fabryk został skazany. Przesiedział jeden rok w więzieniu, po czym był stale pod nadzorem policji. Później pracował jako buchalter w banku wileńskim do końca życia.

1_Julia_z_Woyczynskich_Rodziewiczowa4Małżeństwo Rodziewiczów było bezdzietne, ale od roku 1919 opiekowało się Benedyktem Sawrymowiczem-Wojczyńskim (ur. 1895), gdy przyjechał do Wilna z Zakopanego na studia uniwersyteckie.

Po przyjeździe do Wilna Julia włączyła się do pracy społecznej w Towarzystwie Dobroczynnym. Od roku 1910 prowadziła, jako kuratorka, ochronkę z 120 – 130 dziećmi przy ul. Rossa . Po czterech latach weszła do Zarządu Towarzystwa Opieki nad Dziećmi, które prowadziło cztery sekcje: patronat rzemieślniczy, przytułek dla chłopców, kolonie letnie i zabawy letnie (odpowiednik dzisiejszych półkolonii). Julia Rodziewiczowa była jedną z założycielek Towarzystwa “Oświata”, którego honorowym członkiem była Eliza Orzeszkowa. W momencie wkroczenia do Wilna armii niemieckiej we wrześniu 1915 roku szkolnictwo polskie było już zorganizowane.

3.Julia_Rodziewiczowa_1863_1950

Od września 1915 roku Julia współkierowała Gimnazjum Żeńskim Stowarzyszenia Nauczycieli i Wychowawców, które po dwukrotnej zmianie lokalizacji wreszcie osiadło przy ul. Orzeszkowej 8. Od roku 1921 została zatwierdzona jako kierowniczka tej placówki, na którym pozostawała do momentu przejściu na emeryturę tj. do grudnia 1930 roku.

4._Julia_Rodziewiczowa_z_tylu_napis_Nie_Zapominajcie_DroZa wieloletnią pracę w 1931 roku została odznaczona krzyżem “Polonia Restituta”. Od 1936 roku do 1939 mieszkała razem ze swoim bratem doktorem Marcinem Woyczyńskim, byłym osobistym lekarzem marszałka Józefa Piłsudskiego. Całą okupację spędziła w Wilnie sama, gdyż brat wyjechał do Warszawy. Do PRL przyjechała w ramach repatryjacji na początku 1946, do Łodzi, gdzie mieszkała w Domu Starców. Przez pewien czas mieszkała też w Aninie u siostry, skąd przeniosła się do Domu Nauczyciela Rencisty w Zielonce pod Warszawą, gdzie zmarła 13 VIII 1950 roku. (wg. Ewy Sławińskiej- Zakościelnej – Była taka szkoła. Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej w Wilnie 1915-1939. Red. E. Sławińska-Zakościelna. Londyn 1987. Odnowa.)

2_Gabriel_RodziewiczGabriel Rodziewicz

Urodzony 1862 roku w Dyneburgu. Działacz socjaldemokratyczny. Członek kółka robotniczego w Petersburgu. Szkołę średnia ukończył w Wilnie. W 1882 roku wstąpił na Uniwersytet Petersburski. W 1884 roku przeniósł się do Wojskowej Akademii Medycznej. Zwolnił się w 1887 roku z braku środków utrzymania. Pracę zawodową podjął na kolei w charakterze kontrolera. Był założycielem kółka socjaldemokratycznego w Instytucie Technologicznym w 1887, które połączyło się z kółkiem Bronisława Lelewela. Aresztowany wraz z żoną Julią 8.10.1890 roku skazany na 6 miesięcy więzienia, po czym był stale pod dozorem policji. Później pracował jako buchalter w Banku Wileńskim do końca życia. Zmarł w 1923 roku.

Benedykt Sawrymowicz-Woyczyński, późniejszy mąż Wiesławy Walickiej-Woyczyńskiej, która po śmierci męża wstąpiła w 1933 roku. do zakonu sióstr Franciszkanek, przyjmując imię Benedykty. Początkowo uczyła niewidome dzieci, później poświęciła się pracy organizacyjnej, stając się jedną z najbliższych współpracowniczek matki Elżbiety Czackiej, a w czerwcu 1950 roku jej następczynią na stanowisku przełożonej generalnej zgromadzenia. Funkcję tę pełniła przez 12 lat. W latach 1960-1962 brała udział w pracach Konsulty Wyższych Przełożonych Żeńskich Zakonów i Zgromadzeń. (z historii Zakładu Niewidomych w Laskach pod Warszawą)

Marcin Woyczyński, przyjaciel Marszałka Józefa Piłsudskiego, jego lekarz przyboczny.

Urodził się jako syn Ignacego i Kazimiery z domu Szklennik. Miał siostrę Marię. Absolwent Wojskowej Akademii Lekarskiej w Piotrogrodzie z 1895. Uzyskał tytuł doktora medycyny. W 1896 osiadł w Galicji, a w 1900 jego dyplom lekarski został nostryfikowany na Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przyłączył się do ruchu socjalistycznego, od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS. Jego pierwszą żoną była Maria, później zamężna z Józefem Mireckim (1879-1908), także członkiem Organizacji Bojowej PPS, straconym na stokach Cytadeli. W 1906 był jednym z organizatorów Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie. Po upadku rewolucji 1905 zamieszkał w Zakopanem. Od 1912 był członkiem tamtejszego Związku Strzeleckiego.

Po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Oddziałów Strzeleckich Józefa Piłsudskiego. Rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10 października 1914 został mianowany lekarzem II batalionu 3 Pułku Piechoty w składzie II Brygady, a dzień później awansowany do rangi podporucznika lekarza. 3 grudnia 1914 jego batalion został przeniesiony do 2 Pułku Piechoty w składzie II Brygady. W 1915 odbył leczenie w Szpitalu Rezerwowym nr 1 w Wiedniu. 15 grudnia 1915 został mianowany porucznikiem lekarzem, zaś 1 grudnia 1916 kapitanem lekarzem. W 1916 pracował jako lekarz w parku amunicyjnym 1 Pułku Artylerii. Po bitwie pod Rarańczą (15/16 lutego 1918) był internowany. Po odzyskaniu wolności służył w c. i k. Armii.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 wstąpił do Wojska Polskiego. Został awansowany do stopnia majora od 15 listopada 1918. W szeregach 5 Pułku Piechoty Legionów brał udział w bitwie o Lwów podczas wojny polsko-ukraińskiej. Uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Pełnił funkcję komendanta Szpitala Załogi w Radomiu (Szpital Garnizonowy Radom) w ramach Dowództwa Okręgu Generalnego „Kielce”. 1 czerwca 1921 pełnił służbę w Dowództwie miasta Wilna, pozostając na ewidencji Kompanii Zapasowej Sanitarnej Nr 2.

Zweryfikowany w stopniu podpułkownika lekarza ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 roku. Po wojnie pełnił służbę w Szpitalu Okręgowym nr 3 w Grodnie (1923), później w 1 Pułku Piechoty Legionów w Wilnie, pozostając oficerem nadetatowym 3 Batalionu Sanitarnego. Do 15 maja 1925 roku był „odkomenderowany” do Szpitala w Rajczy na stanowisko ordynatora. Z dniem 31 lipca 1925 roku został przeniesiony w stan spoczynku, w stopniu pułkownika, wyłącznie z prawem do tytułu.

W 1928 roku został ponownie powołany do służby czynnej i mianowany lekarzem przybocznym Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, marszałka Józefa Piłsudskiego. Sprawował opiekę nad marszałkiem podczas kuracji antyartretycznej w tym właśnie roku. Towarzyszył mu również podczas podróży zagranicznych – w sierpniu 1928 roku do Rumunii, od 15 grudnia 1930 do 29 marca 1931 roku na Maderę, od 1 marca do 22 kwietnia 1932 roku do Egiptu i Włoch. 22 grudnia 1931 roku awansował na rzeczywistego pułkownika ze starszeństwem z 1 stycznia 1932 roku i 1 lokatą w korpusie oficerów sanitarnych, w grupie lekarzy.

Woyczyński był wieloletnim przyjacielem marszałka. Mieszkał po sąsiedzku przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Woyczyński wykazywał zaniepokojenie stanem zdrowia Piłsudskiego, a konkretnie wątroby. 12 kwietnia 1935 roku, miesiąc przed śmiercią Piłsudskiego, ustąpił z funkcji lekarza przybocznego. Odejście ze stanowiska miało się wiązać z kontaktami jego żony z przedstawicielami ruchu komunistycznego (Stefania Sempołowska, Wanda Wasilewska) oraz zachodzącym podejrzeniem infiltracji Woyczyńskich przez wywiad sowiecki bądź nawet współpracy z nim. Z dniem 31 sierpnia został przeniesiony w stan spoczynku.

Marcin Woyczyński był żonaty z Ludwiką z Karpińskich (ur. 25 sierpnia 1872 roku w Warszawie, zm. 30 stycznia 1937 roku w Warszawie). Żona pułkownika była doktorem psychologii, odznaczona Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych i Złotym Krzyżem Zasługi. 1 lutego 1937 roku została pochowana na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach (źródło: Wikipedia, 10.12.2015)

***

I jeszcze ciekawostka

Dzięki Marcinowi Woyczyńskiemu kilka razy udało się wypożyczyć do ważnych celów samochód Marszałka Piłsudskiego…

I tak, według przekazu rodzinnego, do ślubu jechali nim w lipcu 1932 roku Janina Stankiewiczówna i Stanisław Tyszkiewicz. “Ślub odbył się 5-go w kościele św. Aleksandra w Warszawie, obiad w Wawrze”, pisze Małgorzata Hrebnicka w swoich dziennikach przedwojennych.

slub-i-auto

W innym miejscu notuje:

listopad 1932 – “…22-go umarła p. Zofia Stachowska!

Byłam na eksportacji, a więc jeździłam do Warszawy (autem Marszałka Piłsudskiego z Marcinkiem)”

Zofia Stachowska to prawdopodobnie matka Saliny Baniewicz ze Stachowskich, matki Antoniego Baniewicza, powstańca warszawskiego, o którym wcześniej pisałem.

***

To o czym dziś piszę, może wydawać się ciekawe jedynie dla genealogów lub badaczy szczegółowej historii rodów kresowych, jednak jest tu kilka, jak sądzę ciekawych wątków, wymagających jeszcze rozwinięcia.

Zdjęcia też są oryginalne i nie publikowane, więc mogą stanowić dodatek do opisów historycznych tamtych czasów.

ciąg dalszy nastąpi

Ludzie w metrze

Ewa Maria Slaska

Znowu o metrze…

Tym razem berlińskim. Metrem jeżdżę zawsze, bo Czytelnicy już się pewnie zorientowali, że nie mam prawa jazdy, ale dawniej uważałam metro za połączenie środka komunikacji i czytelni, a ostatnio nie mam ochoty czytać i wolę patrzeć na ludzi. Z tego patrzenia nic nie wynika, nie mogę na podstawie anegdotek i obrazków wyciągnąć daleko idących wniosków na temat berlińczyków.

Oczywiście każdy wie, że metro zaludniają rano robotnicy, potem dzieci i młodzież, potem urzędnicy, a dopiero po 10 kobiety, ludzie starzy i turyści. Po południu w odwrotnej kolejności wszyscy poranni pasażerowie wracają do domów. Nikt nie jest specjalnie elegancki, oprócz ludzi na delegacji i tak zwanych Di-Mi-Do. To ci, którzy mieszkają daleko poza Berlinem, często wciąż jeszcze w Bonn. Di-Mi-Do tak sobie organizują życie, żeby nie trzeba było pracować w poniedziałek ani w piątek, bo tylko taki układ zapewnia im rzeczywisty weekend w domu. Odwiedzają biura we wtorki, środy i czwartki czyli Dienstag – Mittwoch – Donnerstag. Di-Mi-Do. Berlin nie jest miastem specjalnie eleganckim, ale Di-Mi-Do pracują w urzędach zbliżonych do rządu i są przeraźliwie eleganccy. Czasem jeszcze późnym wieczorem widać eleganckich ludzi wracających z teatru.

miejscepracyDiMiDoW takich miejscach pracują Di-Mi-Do

Jak przystało na kobietę pracującą zawsze czyli nigdy czyli w domu, najbardziej lubię jeździć metrem, gdy tłumy pojechały już do fabryk, szkół i biur. Wtedy sporo ludzi czyta książki, ale większość zajmuje się elektronicznymi gadżetami. Mają tablety, smartfony, I-pody, telefony, playery i czytniki. Nie patrzą na innych, bo inni ich nie obchodzą.

Zapiski z kilku ostatnich tygodni, dwóch, najwyżej trzech…

***
Wiosna, pojawiają się piękni ludzie. Zimą może też byli piękni, ale nie było widać między czapkami i szalami. Jadę w górę schodami ruchomymi, w dół, na stację, biegnie równo jak w balecie para młodych ludzi z pięknymi smukłymi rowerami w uniesionej prawej ręce. Biegną szybko i z gracją, są piękni i wyglądają jak brat i siostra, bliźnięta. Ja bym nawet bez roweru nie potrafiła tak pięknie i lekko zbiec po schodach. I jeszcze tak równo z partnerem.

Czy istnieje kategoria tańca na rowerach? Chyba nie, bo w internecie znajduję tylko dyskotekę rowerową – goście muszą się nieźle napedałować, żeby dostarczyć prąd do konsoli didżejskiej.

***
Jadę po receptę. Obok mnie siedzi młoda, wysoka i postawna, kobieta, zajęta smartfonem. Ale mimo skupienia na ekraniku potrafi jednocześnie okazać nam wszystkim wyniosłą pogardę. Jej postawa, mina, od niechcenia odrzucane włosy, które lądują mi na twarzy, wyrażają dobitnie, że na całym świecie nie ma wspanialszej i bardziej niezależnej silnej kobiety niż ona. Wysiadamy na tej samej stacji. Idę do lekarza i do apteki, przed apteką spotykam ją znowu. Idzie w towarzystwie wysokiego przystojnego faceta. Poznaję ją po kurtce i butach, ona sama jest jednak zupełnie odmieniona. Zniknęła gdzieś zimna walkiria, po ulicy wdzięcznie podrygując i mizdrząc się, idzie, wykonując gesty jak tancerka na rurze, jakaś zapatrzona w swojego faceta dziewusia, potakująca mu cienkim głosikiem.

wmetrze1Jest tłok. W tłumie nadzwyczaj przystojny młody orientalny mężczyzna. Nie jest wysoki, ale jego twarz jest absolutnym ideałem władczego piękna. Aleksander Wielki. Patrzę na niego zdumiona, bo nawet w wielkim mieście rzadko spotyka się kogoś aż tak pięknego. A w mieście jest przecież dużo ludzi, więc i wybór jest duży.

Aż szkoda, że ma na sobie jakąś pikowaną kurtkę, a nie zbroję. Nagle Wódz chrapliwym głosem rzuca w przestrzeń jakiś rozkaz. Nie rozumiem, co mówi, ale nie ulega wątpliwości, że właśnie wysłał na pewną zgubę kohortę oddanych mu wojowników. Natychmiast z tłumu otaczającego wodza wyrywa się w jego kierunku młoda dziewczyna, która dotychczas kurczowo trzymała pałąk wózka, próbując ochronić dziecko przed plecakami i torbami współpasażerów. Ach, więc jednak wodzowi nie towarzyszą  żołnierze, lecz żona i dziecko. Służebnica pańska otwiera torebkę i hołdowniczym gestem podaje władcy… papierową chusteczkę do nosa.

wmetrze2 Na przeciwko mnie siedzi młody tęgi ogolony na łyso facet, typowy “kark”, i, przeglądając się w ekranie laptopa (tak, tak to się robi, człowiek sam siebie filmuje kamerką do rozmów na skype), starannie nakłada makijaż. Maluje oczy, rozciera róż na policzkach i kładzie szminkę na usta.

***

Do tego, że biedni i bezdomni szperają po koszach na śmieci, już dawno się przyzwyczailiśmy. Szukają przede wszystkim butelek po piwie i napojach, które w Niemczech są na kaucję. Szperacze z reguły wyglądają tak, jak w ogólnym pojęciu wyglądają biedni i bezdomni. Wczoraj jednak zobaczyłam na stacji metra, jak do kosza zagląda mężczyzna w białej koszuli bez krawata i luźnej marynarce. Jest cool. Ma okulary w czerwonych oprawkach, jakich nie powstydził by się nawet CEO jakiegoś hipsterskiego start-up-u. Może odkrył, że wnętrze kosza na śmieci to nisza rynkowa i robi badania, jak ją wykorzystać.

***
Szósta wieczorem. Stoimy na stacji. My czyli wnuk i ja. Tłok. Najwyraźniej długo nie było metra i teraz wszyscy są źli i zdenerwowani. Normalnie staram się przeczekać takie sytuacje, ale jest późno i musimy jechać. Gdy podjeżdża metro, biorę dziecko na ręce, żeby tłum go nie zdeptał. Wszyscy się pchają efektywniej niż ja, wsiadam jako ostatnia. Oczywiście wiem, że nie ma miejsca, ale przepycham się z dzieckiem na ręku aż do ławek. Wszyscy zapatrzeni w ekraniki, nikt nie patrzy na innych. Lekko szturcham faceta o dobre trzydzieści lat młodszego ode mnie. Jakbym go nie szturchnęła, to by na mnie nigdy nie spojrzał i nie mogłabym zadać mu pytania: “Czy mógłby mi Pan ustąpić miejsca?” Gostek patrzy na starszą panią z dzieckiem na ręku i pyta: “Dlaczego?”

Zdjęcia: Wikipedia, Tumielewicz, BVG (Berliner Verkehrsbetriebe), Pukański, Morgenpost         

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.