Nie ma Jaszkowic

Ciąg dalszy opowieści sprzed tygodnia

Tomasz Fetzki

7Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. (…) … prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz. Wprawne oko miłośnika klimatów sepulkralnych bez problemu wychwyci wśród sosnowego zagajnika lipową alejkę.

Aleja cmentarna

8Nagrobki, rozrzucone wśród drzew przez los…

9…przypadek, kto wie, co jeszcze; a przecież wyglądają tak, jakby …

10…układał je scenograf, godzien Oscara.

Wokół, otulone roślinnością leśnego podszytu, leżą nagrobki. Co jest bardziej egzotyczne: odczytywanie inskrypcji rytych cyrylicą gdzieś tam, u podnóża połonin, czy napisów kutych szwabachą gdzieś tutaj, pośród łużyckich borów? Trudno ocenić. Ale czytamy, i dowiadujemy się na przykład, że tu oto spoczywa, wraz ze swą małżonką, Generalmajor, Victor von Aigner. Tajemnicza postać. Tekst na kamieniu nagrobnym głosi, iż urodził się we Wrocławiu, zaś życie zakończył w Legnicy. Co więc go łączyło na tyle silnie z Jeschkendorfem, iż tu jego szczątki czekają dnia Sądu? Panowie generałowie lubią nieco bardziej prestiżowe miejsca wiecznego spoczynku; Colombey-les-Deux-Églises to raczej wyjątek, a nie reguła. Ale to nie jedyny sekret generała majora. Gdzie zdobył swoje generalskie szlify? Żył wszak w latach 1837-1907. Podczas wojny francusko-pruskiej? Trzydziestoczteroletni generał? Mało prawdopodobne, choć oczywiście możliwe. W Wielkiej Wojnie 1914-1918 von Aigner wziąć udziału już nie zdążył. Więc gdzie? Ciśnie się do głowy myśl nieprzyjemna, że niewykluczone niestety, iż Herr Generalmajor awansował w jakiejś wojence kolonialnej. Może z pruską skrupulatnością tępił Herrero i Namaqua? A może najniewinniejszy był to człowiek pod słońcem, zaś zasłużył się po prostu solidną pracą sztabową, pole bitwy znając tylko z opowiadań? Nie wiem, nie dotarłem do żadnych danych. Może ktoś z czytelników pomoże rozwikłać tę zagadkę. Zresztą nieważne: Gefreiter, Generalmajor, czy nawet Generalfeldmarschall. Ostatecznie los jednaki każdemu przeznaczon. Sic transit gloria mundi.

11Tyle zostało po generale majorze. Tak oto przemija chwała tego świata.

I tak przeminęła chwała Ježkojców, które stały się Jeschkendorfem, a nie zdążyły stać się Jaszkowicami.
Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!

12Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

13I kto może się równać z dekoratorskim kunsztem przyrody?!

Poza tym bądźmy sprawiedliwi: są i tacy ludzie, którzy nie zapomnieli. To wszyscy ci, pławiący się w smudze cienia, którzy pieszo i rowerami przemierzają łużyckie bory, w poszukiwaniu tego, co duszoszczypatjelne. Oni przystaną, pomyślą, czasem zapalą świeczkę (ach, pięknoduchy; przecież to środek lasu!).

14To nie „ustawka” – świeczkę zastałem już postawioną, zaś fotografię wykonałem kilka dni po Wielkanocy. Ktoś tu wtedy był.

Pozdrowienia ze smugi cienia! Zapraszamy na szlak. Tylko bądźcie ostrożni. Wraz z dziką przyrodą wróciły do Jaszkowic duchy z prastarych łużyckich legend. Choćby Wodnik czyli Wodny Muž, na Dolnych Łużycach zazwyczaj Nyksem zwany. Oj, potrafi on zwodzić wędrowców i zabełtać im w głowach! A że Nyksa spotkamy, rzecz niemal pewna: Złota Struga w ježkojskich lasach to siedziba piękna i ze wszech miar godna Nyksa. Czy ktoś zaprzeczy?

1516Nyks widziany oczyma jednego z najwybitniejszych serbołużyckich artystów: Měrćina Nowaka-Njechorńskiego.

Złota Struga w Jaszkowicach:
o, dobra rzeko, o mądra wodo…

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Tomasz Fetzki

Ponieważ to mój literacki debiut, najpierw skreślić muszę kilka słów niezbędnego wprowadzenia. Kocham literaturę, ale na co dzień zajmuję się tekstami naukowymi. I raz po raz stwierdzam, że ten szpagat pomiędzy nauką a sztuką to moje przekleństwo: dobrym naukowcem nie będę, bo mnie co rusz ponosi skłonność do zabawy słowem, prawie do pajacowania i w efekcie, zamiast prowadzić naukowy dyskurs, zaczynam opowiadać bajki; zaś dobrym literatem też nie będę, bo mi skrzydła fantazji pęta skłonność do systematyzowania oraz zakorzeniania wszystkiego w faktach potwierdzonych źródłowo. No trudno, artystą nie, ale może przynajmniej dobrym rzemieślnikiem mam szansę zostać – tacy też są potrzebni: ostatecznie nie codziennie je się muffinki i bezy, czasem można, a nawet należy, przegryźć uczciwego, ciemnego razowca (coś wspominałem o pajacowaniu…).
I w myśl powyższych refleksji już wiem, że mój tekst na blog to nie będzie ani rozprawka naukowa, ani misterna miniaturka prozy poetyckiej (jak mi się marzyło), a po prostu… reportaż. Chciałoby się rzec – reportaż poetycki, ale na miano autora takowego trzeba zapracować – więc zgódźmy się na „reportaż poetyzujący”. Dodam (ta skłonność do pajacowania jest silniejsza ode mnie), że jeśli tekst się spodoba czytelnikom, nie dopuszczę, aby został jedynakiem.

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Niektórzy, trudno powiedzieć czemu, nie wchodzą w smugę cienia około czterdziestki, ale tkwią w niej właściwie od zawsze. A jeszcze jak się zdarzy, że ktoś taki dorastał w jednym z miast na Ziemach Odzyskanych, to mamy nieuchronny efekt w postaci wrażliwości na wszystkie ślady dawnych katastrof dziejowych. I wyczulenia na to, co uzmysławia presję przemijania: stare niemieckie napisy (odkrywane choćby i na płytach otworów kanalizacyjnych), zatarte tablice epitafijne, pocztówki z dawno minionymi krajobrazami. I mamy skłonność do kosztowania smaczków smuteczku.

Kiedyś zdarzyło się, że ktoś taki, smugą cienia okryty, wyruszył „młodzieńcem będący” w podróż na ówczesne krańce świata, na drugi koniec Polski, w dzicz. Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych strasznego wieku dwudziestego, Bieszczady to jeszcze naprawdę była dzicz. Owszem: do Soliny czy Polańczyka dotarła jakaś cywilizacja: hotele, przystanie, ale dalej? Ale na południe od Otrytu? Pustka, bezkres połonin, dziurawe drogi i lasy, lasy, lasy… Całe zbocza pokryte szarą olszą, która, jak wiadomo, porosła dawne pola uprawne. Pola, których nie było już komu uprawiać. Bo Zmierzch Bogów, akcja „Wisła”, łuny pożarów. Zostały nazwy, brzmiące cokolwiek egzotycznie: Berehy, Rosochate, Tworylne. Tylko nazwy. Wioski umarły.

Nooo, dla tkwiącego w smudze cienia takie miejsca to gratka nie lada! Dalejże myszkować po zaroślach i szukać resztek fundamentów spalonych domostw. Odczytywać z trudem i zdziwieniem zatarte napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Rozkoszować się nostalgią. A wieczorem wzruszać niemal do łez, gdy przy ognisku ktoś z wielkim przejęciem (co do kunsztu, to różnie bywało…) zaczynał śpiewać:
W rozstrzelonej chacie rozpaliłem ogień…
I dalej tęsknie zawodził:
Święty Mikołaju, opowiedz, jak tu było
Jakie pieśni śpiewano, gdzie się pasły konie
A potem zgrzytały te słowa dziwnie nieprzyjemne:
A on nie chce ze mną gadać po polsku
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną
Starcze, nauczę twoje dziecię po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

Wtedy nie wiedziałem, ani nie rozumiałem: co za żale ma do nas Swjatyj Mykoła, że taki nieprzejednany. Potem dowiedziałem się. Ale dalej nie rozumiem. W ogóle mam wrażenie, iż człowiek z wiekiem tylko po to więcej wie, żeby więcej mieć do nierozumienia.

W każdym razie z pewnością wiem więcej. Na przykład to, że nie trzeba jechać na drugi koniec kraju, na ukraj, żeby móc się pławić w wytrawnej nostalgii smugi cienia. Bo Zmierzch Bogów miał iście kosmiczny wymiar i pozostawił ślady w wielu miejscach. Umarłe wioski można znaleźć nie tylko w Bieszczadach. Są i na zachodzie. Na Ziemiach Odzyskanych. Na Łużycach.

Między Żarami a Żaganiem też tylko lasy, lasy, lasy… Głównie bór żywicą pachnący. Ale nie pozwól, by ta woń pogrążyła twą czujność w drzemce. Nagle, nie wiadomo kiedy, wśród swojskich sosen pojawia się… no owszem, iglak, ale trochę nie z tej bajki. Ba, nie z tego kontynentu. Cyprysiki na niżu środkowoeuropejskim nie rosną. Chyba, że ktoś je posadzi. Na przykład w przydomowym ogródku. Bo tu kiedyś był przydomowy ogródek! Dom zniknął, ogródka nie ma, ale cyprysik wybujał nad podziw, w potężne drzewo.

1Cyprysik pośród sosnowego boru.

2Jaki to dokładnie gatunek? Stawiam na cyprysik Lawsona – przybysza z Kalifornii. Ale może ktoś mnie poprawi?

Teraz wystarczy rozejrzeć się dokładnie wokół. Więcej tu takich gości (ujmując fachowo – gatunków introdukowanych), choćby przybysz z Turcji, czyli poczciwy kasztanowiec. U nas już zadomowiony i pospolity, ale – dalibóg – nie w środku lasu! Wszystkie te drzewa zostały posadzone: przy drodze, w ogródku, jak to na wiosce. Bo tu była wioska! I to od dawna. Dokumenty wymieniły ją pierwszy raz w roku 1381, ale oczywiście istniała dużo wcześniej. Początkowo, jak wszędzie wokół, mieszkali w niej Serbołużyczanie, a jej nazwa w języku tych zachodnich Słowian brzmiała Ježkojce. Potem, też jak wszędzie wokół, skład etniczny ježkojczan stopniowo się zmieniał. W dziewiętnastym wieku w śródleśnej osadzie Jeschkendorf mieszkali już tylko Niemcy. Jeschkendorf zwischen Sorau und Sagan. Jeschkendorf – wioska graniczna: Żary to jeszcze Dolne Łużyce (dziś uznawane wręcz za stolicę polskich Łużyc), ale Żagań to przecież już Śląsk.

3Był Jeschkendorf – stare mapy nie kłamią.

Piękna to musiała być wioska: wszędzie wokół lasy i niewielka, choć urocza rzeczka Sochre (Żarka, częściej zwana Złotą Strugą), meandrująca w głębokich jarach. Rzekł Klasyk, iż byt określa świadomość, więc aktywność mieszkańców została zdeterminowana lokalizacją. Wydaje się, iż stosunkowo wcześnie Jeschkendorf stał się, bo stać się musiał, raczej wilegiaturą, niż wioską rolniczą. Pałacyk, jakieś wille, no i kilka młynów, poruszanych nurtem Złotej Strugi.

4Stare fotografie – pewnie nie kłamią, choć nieco koloryzują: aż tak sielsko, anielsko chyba nie było.

Przecież ze zwykłą, rolniczą wioską, nie miałby raczej związków Generalmajor, Victor von Aigner (do którego jeszcze wrócimy). Byle gdzie nie rezydowałby również najsłynniejszy chyba mieszkaniec Jeschkendorfu, Oberst Friedrich von Lindeiner-Wildau, komendant Stalagu Luft III. Tak, tak: tego stalagu od Wielkiej Ucieczki, rozsławionej filmem z kreacjami takich gigantów, jak Steve McQuinn, Charles Bronson, Donald Pleasence czy James Coburn.
Daleko do „pracy” pan pułkownik nie miał: odległość Jaszkowic od Żagania to mniej niż pięć kilometrów. Zresztą przysługiwał mu służbowy samochód. Tak naprawdę ten przekąs, ukryty pod cudzysłowem, w jaki wziąłem słowo praca, nie jest do końca sprawiedliwy: akurat Friedrich von Lindeiner-Wildau zasłynął jako jeden z najbardziej ludzkich i honorowych komendantów obozów jenieckich, o czym zgodnie zaświadczali nawet alianci. Tak czy inaczej – jeńcy uciekli (krwawe tego skutki znamy), a von Lindeiner stracił stanowisko i opuścił Jeschkendorf. Ale czym to wszystko było wobec faktu, że już niecały rok później do Żagania, Jaszkowic, Żar i jeszcze dalej na zachód dotarły hordy…, o przepraszam, wymsknęło mi się!, oddziały pokój miłującej Armii Czerwonej?
No i nastąpił ten kosmiczny niemalże Götterdämmerung. A po nim – by pozostać w konwencji – równie apokaliptyczny Völkerwanderung. Większość opuszczonych przez Niemców miast i wsi zostało powtórnie zasiedlonych, ale niektóre, z różnych powodów, porzucono.
Dlaczego taki los spotkał Jeschkendorf? Działania wojenne nie zostawiły tu zniszczeń. Ponadto przecież i położenie wobec okolicznych miast korzystne, i linia kolejowa ze stacyjką, i w tak pięknych okolicznościach przyrody… Czyżby szabrownicy działali zbyt gorliwie? A może za mało osadników przybyło w te strony? Krążą legendy (dla zachowania intelektualnej uczciwości zaznaczam, iż nie znalazłem źródłowego dla nich potwierdzenia), że saperzy Ludowego Wojska Polskiego urządzili tu sobie poligon. Ponoć najbardziej znęcali się nad młynem – bo duży, murowany, aż się prosił, żeby go zaminować i wysadzić – w celach ćwiczebnych, oczywiście! Jak mówią Włosi: jeśli nie jest to prawdą, to dobrze wymyślono.

5 Młyn jaszkowicki – ofiara adeptów rzemiosła saperskiego?

Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. Zostały ruiny młyna, tu i ówdzie zarysy fundamentów, kupki gruzu. Został też mostek, na niektórych mapach określany jako holenderski. Co w nim niderlandzkiego, trudno zgadnąć, ale mostek jest ładny sam w sobie, a jeszcze ładniej położony i romantycznie komponuje się ze Złotą Strugą, żwawo pod nim płynącą.

6Mostek, a Struga pod nim nie tylko Złota, ale i wartka.

Więcej prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz.

Ciąg dalszy za tydzień

Poezja / Czesław Niemen / Stare Wasiliszki

Nasz Autor, Zbigniew Milewicz, odwiedził w 2012 roku Stare Wasiliszki czyli – Старыя Васілі́шкі – wieś na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie szczuczyńskim, do 1945 w Polsce, w województwie nowogródzkim, powiecie lidzkim. Jest to osada z XV wieku, część miasteczka Wasiliszki, ale odrębna parafia kościoła rzymskokatolickiego. Miejsce urodzin Czesława Niemena, który chodził też do szkoły w Wasiliszkach. Od śmierci artysty – 17 stycznia 2004 roku – toczyły się dyskusje na temat utworzenia jego Muzeum w domu rodzinnym Wydrzyckich. W czerwcu 2009 roku, w czasie spotkania Polsko-Białoruskiej Komisji Konsultacyjnej ds. Dziedzictwa Kulturalnego, ze strony polskiej wyszła inicjatywa, by muzeum powstało w ramach współpracy polsko-białoruskiej, a polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nad powstaniem muzeum objęło patronat. Otwarcie muzeum i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku odbyło się 20 lutego 2011 roku. Wszystkie mądrości zaczerpnięte z Wikipedii – autor napisał o tym miejscu znacznie serdeczniej:

Zbigniew Milewicz

W Starych Wasiliszkach

17 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci Czesława Niemena – Wydrzyckiego, 16 lutego wybitny muzyk ukończyłby 75 lat. Z tej okazji pragnę podzielić się kilkoma zdjęciami, zrobionymi w Starych Wasiliszkach na ziemi grodzieńskiej, gdzie artysta się urodził i mieszkał w młodości. Odwiedziłem tę miejscowość w trakcie kolejnej wyprawy berlińskiej „Oświaty“ na dawne, polskie Kresy Wschodnie, w 2012 roku.

Nieduża, uboga wieś białoruska, zamieszkała niemal w całości przez ludzi z polskimi korzeniami, na ogół już w podeszłym wieku, szczyciła się od roku posiadaniem muzeum ich znanego ziomka, którym był dom rodzinny Wydrzyckich. W nim proste sprzęty gospodarskie, parę osobistych rzeczy młodego Czesia, rodzinne zdjęcia i największy niegdyś rodzinny skarb – lampowe radio z magicznym okiem. Rozmawialiśmy z mieszkańcami wsi o Czesławie, jego rodzicach i siostrze Jadwidze, wspominali ich serdecznie, byli jednymi z nich. Mama Anna była z domu Markiewicz, ojciec Antoni uchodził za świetnego rzemieślnika, zajmował się między innymi strojeniem fortepianów i naprawą zegarów. Czesław śpiewał w szkolnym zespole, udzielał się jako organista w kościele św. Piotra i Pawła, w rodzinnej miejscowości, później zdał egzamin do szkoły muzycznej w Grodnie. Na szkolnych występach grał na bajanie, guzikowym, rosyjskim akordeonie, ale za wagarowanie na zajęciach, po roku edukacja się skończyła. W 1958 r., w ramach ostatniej fali masowych wysiedleń Polaków z Kresów Wschodnich, rodzina Wydrzyckich wyjechała do PRL. W Starych Wasiliszkach został ich dom.

Urodziny Zosi 227  Urodziny Zosi 239Urodziny Zosi 228Urodziny Zosi 231 Urodziny Zosi 233 Urodziny Zosi 234 Urodziny Zosi 235 Urodziny Zosi 236 Urodziny Zosi 237 Urodziny Zosi 238Urodziny Zosi 244  Urodziny Zosi 240 Urodziny Zosi 241 Urodziny Zosi 242 Urodziny Zosi 243***
A ja, żeby niedzielnej tradycji stało się zadość, dodam tu jedną z rosyjskojęzycznych piosenek Niemena, najbardziej chyba znaną – czyli Bradiagę (Бродяга). Na teksty w różnych językach tym razem nie starczyło miejsca.

Słowami poety

Roman Zygmunt Brodowski

Impresja chyba polityczna

Jesień, zwłaszcza ta typowo polska, przeplatana złotoczerwienią liści, zapachem brzemiennych sadów, od zawsze wywołuje we mnie nastrój nostalgicznej zadumy, melancholii czy też romantycznej wylewności, płynącej z często niezrozumiałych dla mnie samego uczuć. Natomiast chłodny, porywisty wiatr, zachmurzone niebo, brak słonecznych promieni oraz ciągle padający deszcz, stanowiące dla wielu przeszkodę dla dobrego smopoczucia zarówno fizycznego jak i psychicznego, pobudzają we mnie i tak wyostrzoną wyobraźnię. Z respektem i podziwem obserwuję zachodzące z dnia na dzień zmiany w otaczającej nas przyrodzie, gotującej się do zimowego snu.

jesien1Właśnie w taki jesienny, pochmurny dzień postanowiłem wybrać się na długi spacer, ciągnący się kilometrami nadbrzeżną alejką nad Niemnem. Rzeka o tej porze roku wygląda wyjątkowo pięknie. Odziana w tęczową barwę spadających liści, płynie powolnym rytmem w ukrytym w niezbyt wysokim wąwozie, od wieków tym samym korycie.

Zawsze, kiedy jestem w Grodnie, znajduję czas na to, by posiedzieć w ciszy nieopodal murów jednej z najstarszej budowli tego miasta, jaką jest prawosławna, Cerkiew pod wezwaniem św. Borysa i Gleba, zwana Kołożską. Nie bez powodu upatrzyłem sobie właśnie to miejsce dla moich, często wielogodzinnych, medytacji. Cerkiew ta znajduje się bowiem na stromym zboczu urwiska, pod którym płynie rzeka i jest niemym dowodem na to, że ten pozornie leniwy Niemen potrafi być niszczącym wszystko, co napotka na swojej drodze, żywiołem. Pozbawiona bocznej części muru, zabranego przez wzburzoną wodę podczas powodzi w 1853 roku, wskutek obsunięcia się skarpy, na której stała, świątynia ta swoją historią do złudzenia przypomina mi losy naszego kraju. Wielokrotnie niszczona, przechodząca z rąk do rąk, będąca własnością różnych wyznań, okradana, stoi nadal niczym nie zabezpieczona, czekając na kolejny gniew pozornie spokojnego Niemna. Po drugiej zaś jego stronie, na niewysokim wzniesieniu, widnieje zamek, pamiętający dzień abdykacji ostatniego króla Polski.

cerkiewJak zwykle usiadłem na leżącym tuż nad urwiskiem kamieniu, spoglądając to w dół, na odbijające sie w lustrze wody chmury, to w bok, na dobudowaną, butwiejącą powoli, drewnianą część cerkwi.

– Dlaczego nikt nie zabezpieczy tego obiektu przed ewentualną, kolejną powodzią, jaka może się przecież niespodziewanie wydarzyć? – pomyślałem. – Czyżby wydarzenia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat niczego nikogo nie nauczyły?

Na horyzoncie ukazał się klucz dzikich gęsi. Leciały w zorganizowanym szyku w kierunku południowym, w równych odstępach. Boczne flanki klucza i jego koniec zabezpieczały pojedyncze ptaki. Nawet one potrafią się zorganizować dla dobra i bezpieczeństwa swojego stada. A my?

Ten fascynujący widok przypomniał mi o niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Polsce. Areną ich (nie po raz pierwszy zresztą) był polski parlament. Nienawiść, jaką wykazali w stosunku do siebie członkowie różnych ugupowań politycznych podczas debaty nad dalszą przyszłością państwa, w niczym nie ustępowała tej, która w nie tak odległej przeszłości doprowadziła do rozbiorów.

Popatrzyłem w kierunku zamkowego wzgórza i… wyobraziłem sobie postać Stanisława Augusta stojącego przy otwartym oknie.
Jak w dobrym, panoramicznym filmie, ukazały mi się dziwne, wiejące grozą obrazy tamtej jakże tragicznej dla nas, narodu polskiego, epoki.
Widziałem zwolenników reform zapoczątkowanych przez króla Stasia w 1764 roku, mających wprowadzić zmiany ustrojowe państwa, walczących z wilczym zapałem, przy wsparciu wojsk carskich, z przeciwnikami tychże reform. Bratobójcza walka doprowadziła do tego, że Polska straciła, i tak osłabioną, pozycję suwerena w regionie na rzecz carycy Katarzyny II. Widziałem podpisanie traktatu „wieczystej przyjaźni”, jaki zawarty został w lutym 1767 roku, na mocy którego Rzeczpospolita stała się oficjalnie protektoratem rosyjskim. Widziałem też zawiązującą się w Barze w 1768 roku Konfederację i walczących tam pod hasłem „Wiara i Wolność” pierwszych prawdziwych patriotów tamtego okresu. Widziałem rozpoczęty w tym samym roku, wielokrotnie zrywany, trwający cztery lata Sejm, który jako pierwszy w Europie ustanowił w 1791 roku najnowocześniejszą w ówczesnej Europie Konstytucję 3 Maja. Widziałem kolejną zdradę narodową, jakiej dopuściła się część polskiej magnaterii przy silnym wsparciu kleru, a jaką był twór zwany konfederacją targowicką. Widziałem pierwszy rozbiór naszej Ojczyzny. Słyszałem głos Tadeusza Kościuszki, składającego przysięgę na krakowskim rynku: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi…” Słyszałem odgłosy walki polskich kosynierów podczas Insurekcji, pierwszego zbrojnego powstania przeciwko zaborcom, oraz płacz bezbronnego i ogłupionego narodu.
Spojrzałem jeszcze raz w stronę zamku, a tam nic. Wszystko znikło, okna szczelnie zamknięte, nie widać w nich żadnej postaci. Krzyk rybitw siedzących na parapetach i przenikliwy wiatr oraz łzy w moich oczach sprowadziły mnie z powrotem w świat naszej szarej rzeczywistości.

– No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy takie same i prowadzące prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który jednak nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, i tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.
Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych. Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS jak i PO), do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica, czasami wspierana przez instytucje kościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Co raz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczegoi społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.
Stare, mądre przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu ostatnich lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem, i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy. Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi. Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…? To czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Nie jestem historykiem, politykiem lub ekonomistą, a tylko Polakiem, poetą i marzycielem. Jako Polak mam jedno wielkie pragnienie, aby mój naród nigdy więcej nie doświadczył tego, czego doświadczyli nasi przodkowie. Aby Polacy swoją mądrością w prawdziwej jedności, odrzucając animozje, dokończyli dzieła budowy tej świątyni jaką jest niepodległa Polska.

Niemen

Powiadają, zwyczajna to rzeka,
Od wieków niezmiennie spokojna.
A dla mnie to obraz historii
To wieczność, to pokój, to wojna.

W jej nurcie, głębokim i żywym,
Wśród twardych granitu kamieni,
Spoczywa i godność, i wiara
Owoce polskości tej ziemi.

Tu nad brzegami, w szuwarach
Tysiące styczniowych rycerzy,
Walczyło o wolność, o Polskę,
O powrót do dawnej macierzy.

Wystarczy przyłożyć doń uszy
By poczuć, usłyszeć płacz wody.
W niej płacze ojczyzny niewola,
W niej płaczą ówczesne narody.

Niechaj mówią „zwyczajna to rzeka”
Lecz dla mnie to symbol wierności,
To świadek tragicznych wydarzeń,
Przestroga tragicznej przeszłości.

Berlin, 24.10. 2013

Drogi czytelniku, tekst ten napisałem, i odważyłem się go opublikować, bo od wielu lat obserwuję działania kolejnych rządów naszego kraju i, jako emigrant, zaniepokojony jestem tym, co się w mojej ojczyźnie, a zwłaszcza w polskim parlamencie dzieje. Ktoś w końcu musi (póki nie jest za późno) to powiedzieć. Niezgoda, ambicje jednostek i brak jedności już raz doprowadziły nasz kraj do upadku!

jesien2

Ktokolwiek będziesz

Roman Brodowski

W Nowogródku

Pogoda tego poranka zapowiadała się wyjątkowo dobrze. Bezchmurne niebo, lekko szczypiący mróz oraz odbijające się na śniegu poranne promienie słońca, to bardzo dobre warunki na podróż, zwłaszcza autem.

– Sprawdźcie panowie, czy zabraliście wszystkie potrzebne wam rzeczy, bo wracać z powrotem nie będziemy – przestrzegł nas Kazimierz, zeskrobując z szyb warstwę twardego lodu.

Popatrzyłem do torby. To, co przygotowałem na ten wyjątkowy dla mnie dzień, leżało systematycznie poukładane na jej dnie. Świeżo wyprasowana koszula, pachnąca proszkiem do prania wisiała na wieszaku, a ja, przejęty jak podczas pierwszej randki, usadowiłem się wygodnie na przednim siedzeniu. Nic dziwnego, że się trochę boję, przecież dzisiaj spełnia się moje ciche, wieloletnie marzenie, jakim było zobaczenie na własne oczy miejsca związanego z Adamem Mickiewiczem. Mało tego że będę gościł w domu rodzinnym wieszcza, to dane jest mi jeszcze (polskiemu romantykowi), zaprezentować mój skromny dorobek literacki rodakom mieszkającym w Nowogródku.
Stefan jeszcze raz dokładnie obejrzał swój warsztat pracy, czyli sprzęt fotograficzny, a następnie doprowadziwszy do ładu to, co stanowiło dla niego od wielu już lat największy skarb – długi, spływający artystycznym bałaganem po plecach posiwiały warkocz, usiadł tuż za mną.
– Możemy ruszać? – zapytał Kazimierz, wkładając skostniałą od mrozu dłonią, kluczyk do stacyjki.
– Oczywiście – odpowiedzieliśmy niemalże jednocześnie.

Jechaliśmy powoli sennymi jeszcze o tej porze ulicami zimowego Grodna, rozglądając się na boki. Miasto z perspektywy jadącego samochodu wygląda o wiele ciekawiej.
Płynący leniwie wąwozem Niemen, unosił na grzbiecie kawałki przezroczystej kry, a ponad nim szybowały po bezkresie rozkrzyczane stada mew, w poszukiwaniu jakiejś nieostrożnej ryby na śniadanie. Mijaliśmy po kolei najpiękniejsze budowle miasta – Kościół Farny, do którego spieszyli właśnie ludzie na codzienną poranną modlitwę, prawosławny Sobór Pokrowski z przepiękną dzwonnicą na dziedzińcu, zabytkowy drewniany domek Elizy Orzeszkowej skąpany w błękicie, interesujący architektonicznie budynek Teatru Dramatycznego, przypominający koronę Piastów.

Na wzniesieniu górującym nad miastem widniały, niby para kochanków, mury starego i nowego zamków, przeglądające się w lustrze rzeki. Nowy zamek jest tym miejscem, w którym zakończył się ostatni akt najbardziej dramatycznej „sztuki“ z udziałem polskiego narodu, jaką był wieloletni proces rozbioru naszej ojczyzny. To tu właśnie, miesiąc po podpisaniu przez zaborców traktatu rozbiorowego, dwudziestego piątego listopada 1795 roku, nasz ostatni król, Stanisław August, abdykował na rzecz carycy Katarzyny, oddając polską koronę oraz królestwo w jej ręce.

– Dzisiaj twój, a jutro mój dzień pracy – powiedział Stefan. – Od rana będę fotografował zabytki i plenery Grodna.
– Jestem za, a nawet przeciw – zażartowałem, parafrazując znaną myśl „dumy naszego narodu“, Lecha Wałęsy. Od jutra ofiaruję ci cały wolny czas. Mogę nawet zatrudnić się w roli tragarza i nosić twój cały majdan. Zaprowadzimy cię z Kazimierzem do takich miejsc w Grodnie, z którymi będzie się ciężko potem rozstać. Odwiedzimy też galerię prowadzoną przez sympatyczną polską dziewczynę, u której oprócz stałej ekspozycji obrazòw, często odbywają się wernisaże oraz wystawy fotograficzne – dodałem.

Po godzinie na horyzoncie ukazały się zalesione, pokryte śniegiem pagórki, przypominające pejzaże bieszczadzkie, tyle, że zamiast dębów, olch i klonów, tu rosną karłowate świerki i białoszare brzozy.

– Zbliżamy się do wyżyny nowogródzkiej – wskazał przed siebie Kazimierz – te wzgórza są najwyższymi wzniesieniami na Białorusi. Im bardziej się do nich zbliżaliśmy, tym bardziej stawały się dla nas tajemnicze, dziewicze i piękne.
Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu , nieopodal porośniętego karłowatą sosną wzniesienia. Usiedliśmy na drewnianych, zbitych z brzozowych pali ławkach. Wokół panowała całkowita cisza. Wydawało się, że oprócz nas nikt inny nie korzystał dzisiaj z tej drogi.
Pięknie tu, pomyślałem, oddychając głęboko świeżym, rześkim powietrzem. Teraz rozumiem, dlaczego z tak nieudawaną miłością i tęsknotą Adam opisywał te miejsca w „Panu Tadeuszu“ , to są właśnie te „pagórki leśne… “. Poczułem się tak, jakby jakieś niewidzialne siły przeniosły mnie w tamten miniony świat, świat mickiewiczowskiej zadumy.
– No i jak pan Roman – zapytał nieco żartobliwie Kazimierz. Podoba ci się tu, prawda? Spojrzałem roztargnionym wzrokiem, nie wiedząc, gdzie jestem i co odpowiedzieć.
– Dziękuję za zaproszenie mnie w te okolice – powiedziałem, obejmując go przyjacielskim uściskiem. – Tu naprawdę można naładować pozytywną energię.
– Nie ruszajcie się, zrobię wam zdjęcie na tle tych wzgórz – zawołał do nas Stefan. Odwróciliśmy się w jego kierunku, szczerząc zęby do skierowanego na nas niby strzelba, obiektywu.
– Napijecie się czegoś mocniejszego na rozgrzewkę? – zapytał Kazik, wyjmując z kieszeni oprawną w skórę piersiówkę.
– Ładna – powiedziałem, biorąc do ręki ten piękny, inkrustowany przedmiot. Za poczęstunek dziękuję, ale na razie nie mogę pić akoholu, jestem za bardzo zdenerwowany. Może, jak już będziemy po spotkaniu. Stefan także nie skorzystał z zaproszenia. Od wielu lat nie pije alkoholu i to nie dla tego, że ma „kłopot“, ale dla zasady. Kiedyś postanowił, że będzie abstynentem i jak na razie danego sobie słowa dotrzymuje.

Kiedy szykowaliśmy się do dalszej drogi, spod rosnącego nieopodal krzewu wyszedł, mały wychłodzony kot.
– Jak on się tu znalazł? – pomyślałem. Pewno biedaczysko zgubiło się na tym odludziu. Kot podszedł do Stefana i wyraźnie zaczął prosić o coś do jedzenia. Stefan podniósł to nieszczęsne stworzenie z ziemi i głaszcząc przytulił je mocno do siebie, jakby osłaniając przed zimnym, dokuczliwym wiatrem.
– Takich jak ten, bezpańskich kotów czy psów na Białorusi są tysiące. Ludzie najpierw biorą zwierzęta do siebie, pobawią się nimi, a potem, kiedy im się
znudzą, wywożą gdzieś daleko od domu, choćby tu, do lasu – skomentował sytuację Kazik.
Nakarmiliśmy zwierzaka i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Nowogródka dotarliśmy około południa. Po wąskich uliczkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy miasta w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Większość z nich dawno już przekroczyła wiek aktywności, dźwigając na przygarbionych plecach historię swych doświadczeń. Panowała tu typowa atmosfera wschodniej zaściankowości. Na górującym nad miastem wzgórzu majaczyły resztki zamkowych murów, przypominające czasy świetności tej pierwszej stolicy wielkiego księstwa litewskiego. Obok usypany przez mieszkańców ku czci wielkiego poety w latach 1924-31 Kopiec Adama Mickiewicza, pokryty białym puchem. Niedaleko, w parku – stylowy szlachecki dworek, cel naszej wizyty, miejsce w którym mały Adaś pod okiem swoich rodziców poznawał świat. To przecież tu powstawały jego pierwsze rymowanki.

roman-mickiewicz1Stanęliśmy obok bramy, oddzielającej park od ulicy, przy płycie z płaskorzeźbą poety. Dotkąłem delikatnie chłodnej marmurowej twarzy, patrzącej od ponad wieku na przepływające obłoki i poczułem dziwne ciepło. – Jestem Mistrzu – szepnąłem do milczącego kamienia, w cichej nadziei, że mnie usłyszy.
– Wejdźmy do środka, tam na nas już czekają – powiedział Kazik. W zadbanym parku stał typowo polski, szlachecki dworek, dziś siedziba muzeum naszego wielkiego narodowego twórcy. Na progu, a właściwie w krużganku przywitał nas kustosz muzeum, wyraźnie zaskoczony naszym przyjazdem.
– Panowie już dzisiaj? – zapytał. – Przecież spotkanie ma się odbyć jutro o siedemnastej – dodał niepewny, szukając potwierdzenia w podręcznym notesie. No tak, z grodzieńskiegpo wydziału kultury otrzymałem wiadomość o spotkaniu państwa z mieszkającymi w Nowogródku Polakami, w dniu jutrzejszym – upewnił się, pokazując Kazimierzowi zapisaną odręcznie informację.
Na twarzy mojego przyjaciela pojawiły się widoczne oznaki zdenerwowania. Wyjął telefon komórkowy, zadzwonił do Grodna. Po dosyć długiej, prowadzonej oczywiście w języku rosyjskim, rozmowie, okazało się, że spotkanie miało się odbyć z okazji dnia urodzin Poety, ale nie 24 grudnia, tylko niejako w wigilię Wigilii czyli dzisiaj. Po wyjaśnieniu nieporozumienia dyrektor poprosił o dwie godziny czasu na przygotowanie spotkania, my zaś mieliśmy w tym czasie zwiedzić muzeum, a potem przyjść na skromny poczęstunek do jego gabinetu.
Weszliśmy do muzeum. Wszystkie przedmioty z tamtego czasu, meble, obrazy, dywany, nawet stojący na sekretarzyku inkaust, pachniały starością, epoką bardzo odległą, a jednocześnie – dla mnie – bardzo bliską. Zwiedzałem kolejne pomieszczenia, mając wrażenie, jakby ktoś stał za moimi plecami, jakby mnie obserwował, zapraszając do nawiązania kontaktu. Przed oczyma miałem wiersze zapisane gęsim piórem na poblakłych kartkach. Prawie wszystkie znałem, niektóre z nich na pamięć. Nie wiem, jak długo przebywałem myślami w tamtej, mickiewiczowskiej epoce, ale wiem, że przez cały ten czas szukałem w rzeczach, którymi na co dzień się posługiwał, jego geniuszu, i wiem, że go czułem, czułem tego, dla kogo tam byłem – Adama.

Tę dziwną, metafizyczną przygodę z przeszłością zakończyła młoda pracownica muzeum, zapraszając do gabinetu dyrektora. W małym przytulnym pokoiku siedzieli już w wygodnych fotelach, popijając aromatyczną kawę i podjadając ciastka, Kazimierz, Stefan oraz pan dyrektor.
– Jak się pan u nas czuje? – zapytał dyrektor po polsku, z litewskim, a właściwie wileńskim akcentem, zapraszając do suto nakrytego stołu.
– Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem – odpowiedziałem przytłumionym ze wzruszenia głosem.
– To bardzo dobrze, bo za pół godziny spotka się pan z zaproszonymi gośćmi – dodał. Wkrótce udaliśmy się do przestronnego, jasnego salonu na poddaszu. Stało kilka rzędów krzeseł. Na ścianie – kamienna płaskorzeźba z popiersiem Adama oraz nieliczne obrazy. W rogu – stary fortepian z epoki, a na nim w wazonie z porcelany bukiet świeżych kwiatów. No i podłoga – lśniący, pachnący pastą, ułożony w mozaikę parkiet.
Ku mojemu zdziwieniu w sali czekało na nas około dwudziestu osób. Jak na reprezentację prawie dwutysięcznej społeczności polskiej w Nowogródku, to niewiele, ale jak na publiczność zorganizowaną w tak krótkim czasie…, no właśnie. Bo nasuwają się dziesiątki pytań. Skąd oni się tu wzięli, kim są, w jakim języku mam do nich mówić? A jeżeli to Białorusini.

Moje obawy rozwiała młoda, może trzydziestoletnia kobieta, która zapytała po polsku, czy rzeczywiście przyjechałem do nich z Berlina? Okazało się, że prawie wszyscy siedzący na sali są Polakami. To kustosz wysłał swoich pracowników do przedstawicieli mniejszości polskiej, mieszkających w pobliżu muzeum z informacją o zmienionym terminie spotkania.

Stefan fotografował z pasją prawdziwego reportera wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego aparatu, począwszy od eksponatów, a na dziewczęco młodych, uśmiechniętych twarzach, skończywszy. Kazimierz z satysfakcją, że jednak się udało, stał obok naszego gospodarza, czekając na rozpoczęcie spotkania.

Zaczęło się. Gospodarz wyszedł na środek sali, przywitał gości, przedstawił mnie i oddał mi głos. Spojrzałem na publiczność, na kamienne oczy Wieszcza i rozpocząłem, z tremą, to, na co przygotowywałem się przez wiele lat. Opowiedziałem więc słuchaczom o silnej, emocjonalnej więzi łączącej mnie z Mickiewiczem, o tym, że wzrastałem na jego romantycznej poezji, na jego miłości do Ojczyzny, że to były wzory, które kształtowały moją osobowość, a w czasie życia na emigracji łagodziły moje zwątpienia. Opowiedziałem im też o podobieństwach, jakie nas łączyły. O jego wielkiej niespełnionej miłości do Marii, i mojej, również wiecznie platonicznej, wiernej miłości do Marii. Marie były różne, ale miłość podobna, boląca, błądząca w sferze marzeń, wierna. Towarzyszyła nam w smutnych i radosnych chwilach, czasami przeszkadzała , ale zawsze pomagała żyć.
Mówiłem o jego tęsknocie za krajem, za domem rodzinnym, który musiał opuścić,
za przyjaciółmi, którzy pozostali tylko w jego wspomnieniach. Przypomniałem
jego los tułacza, szukającego prawdy na obczyźnie, porównując z moim losem emigranta nie z własnej woli. Przyznałem też, że jednak mnie było o tyle lepiej, że po kilku latach zdjęto ze mnie, jak z tysięcy rodaków, tę banicję. Mogę bez lęku wracać, kiedy chcę i na jak długo chcę, do wolnego rodzinnego gniazda, czego niestety nie było dane doczekać Adamowi.
Po tym pełnym zwierzeń początku przeczytałem, niejako zwracając się do ducha poety, wiersz, napisany na jego cześć, wiersz, który powstał przed zaledwie kilkoma dniami, napisany na tę właśnie okazję.

„ A kiedy będziesz w Nowogródzkiej ziemi “
– Pamiętasz ? – to twoje Wieszczu są słowa.
No więc jestem, przybyłem Eraty przestrzenią
By poczuć smak epoki, by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości.
Wolność twoim słowem bliźnim rozdawałeś,
I uczyłeś naród swój prawdziwej miłości
Do ojczyzny, do Matki, którą tak kochałeś…

Wznosiłeś modlitwy do pagórkòw leśnych,
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom, jak majowe słońce…

Przeczytałem te linijki, a w sali zapanowała taka cisza, że mogłem usłyszeć swój własny oddech, bicie własnego serca. Przeczytałem jeszcze kilka innych wierszy, związanych z Grodzieńszczyzną, a na koniec, dla rozluźnienia atmosfery, bajeczki, napisane dla mojej Kasieńki. Kiedy zamilkłem, słuchający dotąd w skupieniu uczestnicy spotkania, nagrodzili mnie gromkimi brawami. Niektórzy podchodzili do mnie, dziękując po polsku za wrażenia, jakich im dostarczyłem, a ja cieszyłem się, że mogłem im podarować marne ziarno ojczyźnianej ziemi – siebie.
Na zakończenie tej pięknej przygody z Adamem wręczyłem dyrektorowi muzeum rękopis tego wiersza, wiersza od poety – dla poety.

roman-mickiewicz2Fotos: Stefan Dybowski

Nigdy Was nie zapomnę

Ten tekst powinien się tak naprawdę ukazać w Wigilię, ale z ważnych względów autor uznał, że są to naprawdę wspominki z okazji Święta Zmarłych. Pomyślmy więc i o tej, o której pisze Roman Brodowski, która odeszła dwa lata temu, 9 listopada, i o innych naszych zmarłych, tych bliskich, tych dalekich i tych nieznanych. Pokój ich pamięci!

Roman Brodowski

Wigilia w Lidzie

Zimy na Białorusi zawsze są mroźne, śnieżne, a śnieg leżący na płaskich, sięgających bezkresu nizinnych polach jest tak biały i czysty, że oczy bolą, gdy się zbyt długo patrzy.

Jedziemy powoli po pokrytej lodem drodze do Lidy, miasta położonego ponad sto kilometrów od Grodna. Aż wstyd się przyznać, ale mało wiem o tym mieście, które z punktu widzenia historii miało wielkie znaczenie nie tylko dla Litwy, ale także dla mojej ojczyzny. To tu bowiem, w stolicy księstwa lidzkiego, najprawdopodobniej rodzili się wielcy Litwy i Polski, synowie księcia Olgierda, a wnukowie Gedymina, Jagiełło (późniejszy pan na Wawelu) i Witold. To w tym mieście znajduje się, wybudowany przez Gedymina w 1325 roku, zamek, będący twierdzą obronną, chroniącą mieszkańców przed naporem wojsk krzyżackich. Ten, spalony przez Szwedów w osiemnastym wieku, niemy świadek wielu dramatów tej ziemi, został odrestaurowany i pełni obecnie funkcję muzeum narodowego. To w tym stutysięcznym mieście istnieje jedna z największych enklaw polskiej kultury na terenie Białorusi, a blisko połowa jego mieszkańców przyznaje się do polskich korzeni.

Svetlahorsk_Berezina_river_BYZdjęcie z Wikipedia Commons.

I na koniec – to właśnie w Lidzie żyje i działa od  lat na rzecz Polaków krzewicielka języka polskiego, wielka polska patriotka, pochodząca z Krzemieńca, czyli z ziemi wołyńskiej, Izabela Tyrkin.

Pani Iza jest jedną z tych osób, które jeszcze przed upadkiem Związku Radzieckiego, nie zważając na sankcje, uczyła w swoim mieszkaniu dzieci mówić i pisać poprawnie w języku polskim.

Przekazywała im to, co sama wyniosła z domu rodzinnego, czyli polskie wartości narodowe. To ona była inicjatorką budowy tego przybytku kultury, w którym znajduje szkoła polska i ośrodek kultury, gdzie odbywają się zajęcia muzyczne, plastyczne, teatralne i  który jest miejscem spotkań społeczności polskiej.

Za swoją działalność udekorowana została przez władze naszego kraju Medalem Edukacji Narodowej, a następnie nagrodzona… zakazem odwiedzania swej ojczyzny – Polski.  Historia jej życia jest tak fascynująca i tragiczna jednocześnie, że grzechem z mojej strony byłoby podczas pobytu w Lidzie  nie porozmawiać z nią, nie uścisnąć dłoni, nie schylić czoła.

Po drodze mijaliśmy nieliczne drewniane, podobne tym opisywanym piórem Tołstoja, Gogola czy Dostojewskiego, wiejskie zabudowania, za którymi majaczyły w oddali ledwo widoczne srebrnoszare kontury drzew. Takie widoki zawsze pozytywnie oddziaływały na moją wyostrzoną wyobraźnię, wprowadzając w nastrój romantycznej melancholii.

Zbliżyliśmy się do kolejnego domu, a był nim okazały, i jak po wyglądzie sądzić można było, od lat już  niezamieszkały drewniany dworek na solidnej kamiennej podstawie.

Na moją prośbę mój przyjaciel, dzięki któremu mogę poznawać piękno dzisiejszej białoruskiej ziemi, oraz tradycję i kulturę naszych byłych kresów wschodnich, zatrzymał samochód nieopodal. Stojąc vis-a-vis dwukolumnowej zmurszałej werandy niemal poczułem zapach tamtej epoki, przeniosłem się wyobraźnią w czasy, kiedy to na tych terenach kwitło zaściankowe, drobnoszlacheckie życie. Zobaczyłem świat mickiewiczowskiej zadumy, refleksji i tęsknoty, jaki znamy z “Pana Tadeusza“. Dworek ożył. Słyszałem gwar służby krzątającej się po obejściu, dzieci bawiące na podwórzu oraz dziedzica wysiadającego z bryczki, rozmawiającego z dziedziczką w zrozumiałym dla mnie polskim, kresowym języku. Obok dworku rosły krzewy bzu i jaśminu, tak jak obok mojego rodzinnego domu w Pszczółkach, a za dworkiem rozciągały się pachnące chlebem, przerośnięte chabrem pszeniczne pola, gotowe do żniw. Wydawało mi się, że widziałem młodą, piękną dziewczynę o długich, lniano-słonecznych włosach, stojącą przy drewnianej studni, trzymającą gliniany dzbanek chłodnej wody.
Niestety  moją romantyczną wizję tamtej epoki przerwała brutalnie rzeczywistość dnia dzisiejszego.
– Musimy już jechać  – usłyszałem głos przyjaciela. – Do Lidy mamy jeszcze czterdzieści kilometrów, musimy się spieszyć, aby zdążyć na wigilijną wieczerzę.

Spotkanie opłatkowe, na które zostaliśmy zaproszeni, ma się rozpocząć w „Domu Polskim” o godzinie osiemnastej, a więc za niecałą godzinę.

GE DIGITAL CAMERADo Lidy dotarliśmy o czasie, to znaczy krótko przed rozpoczęciem wieczerzy. Przed „Domem Polskim“ stało kilkanaście osób, jakby w oczekiwaniu na zaproszonych gości. Okazały budynek przypomniał mi, nie wiem dlaczego, staropolski zajazd. Jasnokremowa do połowy i ciemnoczerwona od połowy ( z dachem włącznie)  fasada budynku przy pełnym jego oświetleniu symbolizuje barwy naszej flagi. Na łagodnie zaokrąglonych schodach, tuż pod łukiem wejścia, przywitała nas młoda, sympatyczna kobieta. Nad szklanymi drzwiami polski napis informuje, iż Dom ten należy do polskiej mniejszości narodowej zamieszkującej Lidę i okolice.

W środku panował iście świąteczny nastrój. Dziesiątki odświętnie ubranych osób, przybyłych na dzisiejszy wieczór, rozmawiających w języku swoich przodków oraz pastorałki dobiegające z sali głównej, w której za chwilę rozpocznie się tradycyjna kolacja wigilijna, przypomniają mi o moich chłopcach spędzających po raz pierwszy święta u mojej kochanej, wiernej przyjaciółki Małgosi – beze mnie.

Usiedliśmy przy stole suto zastawionym typowo wigilijnymi potrawami. Przypadły nam miejsca nieopodal sceny, na której stała przygotowana na dzisiejszą uroczystość szopka z małym Jezusem. Na środku postawiono wysoką choinkę, pod którą leżały dziesiątki zawiniętych w kolorowy papier paczek, dookoła której biegały rozradowane, czekające na prezenty dzieci.

GE DIGITAL CAMERAW pewnym momencie do sali weszła, opierając się na lasce, niewysoka starsza kobieta. Wszyscy uczestnicy spotkania wstali z miejsc i powitali ją gromkimi oklaskami. Kobieta powoli podeszła do nas i przedstawiła się, witając nas ciepłym, nieco ochrypłym głosem. Była to gospodyni dzisiejszej imprezy, dyrektor Domu Polskiego i prezes obwodu lidzkiego Związku Polaków na Białorusi, Izabela Tyrkin.

Dopiero teraz, kiedy usiadła obok, zauważyłem na jej zmęczonej twarzy cierpienie.

Po chwili usłyszeliśmy dobiegający ze sceny głos młodej kobiety, tej która witała nas przed progiem, ogłaszającej oficjalne rozpoczęcie wieczoru. Wygłosiła krótką przemowę, powitała zaproszonych gości, do których i ja miałem honor należeć, po czym zaintonowała „Bóg się rodzi“. Cała kilkusetosobowa wspólnota, siedząca dotychczas w milczeniu przy stołach, włączyła się do kolędowania, tworząc niepowtarzalny jednolity chór, a w wielu oczach pojawiły się, niby małe błyszczące brylanty, łzy.

Po zakończeniu pieśni poproszono na podium panią Izę.
– Drodzy moi przyjaciele, drodzy rodacy, – rozpoczęła kierując wzrok na zebranych, a następnie na leżące w kołysce niemowlę, symbol narodzonego Jezusa – jak co roku spotkaliśmy się…
Mówiła spokojnie, z nutą nostalgii, wspominając drogę, jaką wspólnie przebyli. Wydawało mi się, że jest to mowa pożegnalna, skierowana do grona najbliższych przyjaciół. Spośród wielu słów, myśli, jakie starała się nam przekazać, na zawsze utkwiło w mej pamięci to, co powiedziała na koniec swego wystąpienia: „Przestrzegam was kochani i proszę, abyście nigdy nie zapomnieli o ziemi waszych przodków, o gnieździe, z którego pochodzicie, o naszej polskiej mowie, która jest skarbem największym oraz tradycji wyniesionej i przekazywanej z pokolenia na pokolenia, tradycji wiary. Życzę wam i sobie jednocześnie, aby Ojczyzna, którą nosimy w sercach, jak matka chroniła nas, kochała i nigdy o nas nie zapomniała“.

Pani Iza poprosiła i mnie, abym powiedział kilka słów. Podszedłem do niej, aby wziąć mikrofon i – nie wiem dlaczego – ale spontanicznie przytuliłem ją do siebie jak kochający syn przytuliłby matkę. I tak, trzymając ją w ramionach, przeczytałem jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Nie chciałem, aby inni widzieli łzy w jej i moich oczach.

GE DIGITAL CAMERA
Przełamaliśmy się tradycyjnym opłatkiem i rozpoczęła się prawdziwie wigilijna uczta, przygotowana z dwunastu potraw. Pani Iza długo opowiadała mi o swym bogatym życiu. Mówiła o trudnym, czasami bolesnym okresie jednoczenia się społeczności polskiej na ziemi lidzkiej w latach dziewięćdziesiątych, o powstawaniu pierwszych polskich zespołów kultywujących tradycyjne i patriotyczne wartości wśród mieszkających na tym terenie rodaków. Opowiadała też o budowie „Domu Polskiego“, który rychło stał się znaczącym ośrodkiem kulturalno-oświatowym, gdzie w czasach największego rozkwitu w lekcjach języka polskiego i polskiej historii uczestniczyło blisko trzysta dzieci.
GE DIGITAL CAMERAW jej wynurzeniach nie zabrakło też, niestety, przysłowiowego „dziegciu“. Usłyszałem, jak to w czasach, kiedy na całej Białorusi w nowo wybudowanych „Domach Polskich“ rozwijały się bez większych trudności regionalne stowarzyszenia Polaków, do środka tej, wydawałoby się, prężnie działającej społeczności lidzkiej, zawitała z Polski, pod postacią kilku młodych, przygotowanych politycznie osób, niewiadomego tym razem koloru, rewolucja.
Życie naszych rodaków, złączonych kulturowo, ideowo i społecznie, zostało rozdarte. Powstały dwa obozy: polsko-prorządowy tzw. „rewolucyjny” oraz zachowawczy, czyli „reżimowy“, opierający swą działalność na krzewieniu kultury i tradycji wśród Polaków, bez konfrontacji z oficjalnymi władzami białoruskimi.
– Sytuacja ta doprowadziła do tego – powiedziała pani Iza – że dzisiaj do naszej szkoły uczęszcza już mniej niż sześćdziesiąt osób. Rodzice boją się posyłać dzieci na zajęcia w obawie, że posądzeni zostaną o wspieranie białoruskiego reżimu, a co za tym idzie, ukarani wydanym w Polsce zakazem odwiedzania najbliższych mieszkających w Polsce. Wielu dawnych działaczy odeszło ze związku, a wielu którzy, tak jak ja, w nim pozostali, zostało ukaranych narodową banicją. To prawda, na Białorusi żyje się ciężko. Na każdym kroku widać niesprawiedliwość, zakłamanie i korupcję, ale to dotyczy wszystkich mieszkańców tego kraju, bez względu na narodowość. Władze Białorusi prowadzą taką samą politykę w stosunku do swojego narodu jak do wszystkich mniejszości narodowych, polskiej, rosyjskiej, litewskiej i innych. Każdy obywatel Białorusi ma prawo buntować się przeciwko decyzjom władz, przeciwko politykom, przeciwko systemowi. Tego nikt nie może zabronić. Także my, Polacy, jako obywatele państwa, w którym mieszkamy, mamy to prawo. Nie czyńmy jednak tego pod szyldem państwa polskiego, bo jest to wtedy już nie konflikt wewnętrzny, lecz międzynarodowy. Tym bardziej, że reżim nie uderza swoją polityką bezpośrednio w naszą mniejszość.
– Jak pan myśli, co zrobiłby rząd polski czy też niemiecki, gdyby na terytorium ich państw jakiekolwiek mniejszości narodowe prowadziły działalność opozycyjno-rewolucyjną przeciwko ich polityce? – zapytała. – Niech pan nie odpowiada – dodała…

GE DIGITAL CAMERAZe sceny usłyszeliśmy dźwięki polskiej muzyki ludowej: kujawiaka, mazurka, poloneza. Śpiewano tak miłe mojemu sercu piosenki jak, „Szła dzieweczka“, „W zielonym gaju“ czy „Jarzębina czerwona“, no i oczywiście polskie kolędy. Wigilijny wieczór powoli dobiegał końca. Pełen wrażeń, szczęśliwy ze spotkania, szykowałem się do powrotu. Jakże wielką radość poczułem i jak wielkiego wzruszenia doznałem, gdy wychodziłem do auta. Przed gmachem ustawił się szpaler moich nowych lidzkich przyjaciół, śpiewający mi na pożegnanie „Pieśń Legionów“.

Nigdy Was nie zapomnę – pomyślałem – ściskając szereg wyciągniętych dłoni.

Bialorus -dom6

Pani Izabela Tyrkin zmarła po długiej i ciężkiej chorobie dwa lata temu,
09 listopada 2011 roku. Pożegnana przez kilkusetosobową rzeszę przyjaciół, odeszła tak jak żyła, w spokoju i pokoju. Niestety, Polskę w Jej ostatniej drodze reprezentowała tylko jedna osoba – przedstawiciel Stowarzyszenia Pomocy „Rubież“ z Białegostoku. Nie było nikogo z oficjalnych przedstawicieli państwa polskiego czy też polskiej dyplomacji. To bardzo przykre.

W niedalekiej przyszłości postaram się napisać więcej  o „niepoprawnej“ politycznie działalności Polaków na Białorusi i o ich problemach, a także o prawdziwych powodach, jakie doprowadziły do rozbicia mniejszości polskiej w tym kraju.

 

Dlaczego Kresy?

Roman Brodowski

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, powinienem najpierw odpowiedzieć na inne, a mianowicie – czym były i czym są (do dzisiaj) dla wielu z nas, dla mnie – Kresy?
Dzisiaj, coraz częściej dla większości Polaków, zwłaszcza tych z najmłodszych pokoleń słowo „kresy“ nie oznacza niczego szczególnego, poza tym, że odnosi się do terenów przygranicznych byłej Rzeczpospolitej, leżących obecnie poza jej terytorium, zarówno na Wschodzie jak i na południu (Zaolzie), oraz że używane jest w pojęciu sensu stricto historycznym, geograficznym, politycznym oraz mentalnym. Fakt ten świadczy o małej wiedzy historycznej społeczeństwa i braku zainteresowania tymi, jakże bliskimi dla tysięcy naszych rodaków, terenami, będącymi często kolebką ich rodów, miejscem ich dzieciństwa, czy też dawno opuszczonym gniazdem, po którym pozostały tylko wspomnienia.
Pradziadkowie 2Wiedzą historyczną dotyczącą Kresów niech zajmują się historycy (ale tylko ci obiektywni, rzetelni). Politycy niech nie przeszkadzają w szukaniu społecznego porozumienia pomiędzy tymi którzy na kresach dawno temu żyli, a tymi którzy dzisiaj te tereny zamieszkują, lecz niechaj im w tym pomagają. A poeci, pisarze…, niech piszą o tej kresowej ziemi, o jej mieszkańcach, ich kulturze, tradycji, patriotyzmie. Niech utrwalają w swoich wierszach, poematach, powieściach, piękno przyrody i architektury. Niech przekażą swoim czytelnikom swoje emocje, swoje oddanie, swoje uczucia…, na pamiątkę dla przyszłych pokoleń.

Na Wołyniu byłem tylko raz, i to przed wielu laty. Pamiętam ziemię łucką jak przez mgłę. Może to i dobrze, że dzisiaj nie szukam w przeszłości tamtych emocji, towarzyszących mi podczas podróży po terenie, który czasami pojawiał się we wspomnieniach moich odeszłych już przodków, a który podobnie jak oni, dzisiaj istnieje już tylko w moich sentymentalnych emocjach.
Tak jak po moich przodkach pozostały, znaczone przez czas, kamienie na cmentarnych kopcach, tak i w dalekim, ukraińskim (od lat), pejzażu Wołynia, po starym przysiółku z drewnianym dworkiem, postawionym na kamiennej podmurówce, pozostało kilka obrośniętych mchem granitowych brył oraz resztki zmurszałej studni – niemi świadkowie dawnej świetności.

Siosta pradziadkaCzasami, kiedy zamknę oczy, wydaje mi się, że widzę tamten czas, dramat moich przodków i tysięcy im podobnych, zmuszonych do pozostawienia swoich gniazd, do ucieczki (najpierw) z zaboru rosyjskiego, do innych zaborów w obawie przed zsyłkami, potem (w okresie późniejszym) w głąb świeżo odrodzonej Drugiej Rzeczypospolitej, przed komunistami, aż w końcu w okresie wojennym i powojennym do Polski, przed ukraińskimi „sąsiadami“. Wydaje mi się wówczas, że czuję tamtą atmosferę, głosy tamtych ludzi, ich płacz i ich śmiech, ich siłę i niemoc, ich miłość i nienawiść, ich szarą uwikłaną w naszą historię, rzeczywistość.

Nasz rodowy exodus rozpoczął się już w 1906-7 roku, kiedy to mój pradziadek, wraz z młodą żoną oraz pięcioletnim wówczas dzieckiem (po latach moim dziadkiem) musiał uciekać przed carską policją, po tym, jak podczas rewizji znaleziono u niego „bibułę“ międzynarodówki socjalistycznej. Co prawda pradziadek nigdy nie należał do żadnej organizacji lewicowej, a ulotka mogła być pozostałością po jednym z gości, których zgodnie z zasadą „ gość w dom, Bóg w dom“ przewijało się wielu, to jednak za posiadanie tego typu druków (nawet nieświadomie) groziło zesłanie na Sybir. Na szczęście, podczas rewizji pradziadka nie było w domu, co uchroniło go przed katorgą, ale skazało na ucieczkę. Osiedlił się z rodziną w Radomiu, gdzie mieszkał aż do uzyskania przez Polskę niepodległości. W 1925 roku przeprowadził się do Lublina, gdzie rok później przyszedł na świat mój ojciec.

Na Kresach pozostała jeszcze jego siostra i rodzice, którzy musieli również uciekać do Polski. Tym razem przed bolszewizmem i oprawcami z czerwoną gwiazdą na sztandarach, niosącymi wyzwolonym spod kapitalizmu narodom swoją ideologię, śmierć oraz nienawiść do tak zwanych kułaków i (jak to oni nazywali) burżuazji, począwszy od najdrobniejszej szlachty zaściankowej, a na rodach magnackich skończywszy. Było to w styczniu 1919 roku, zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej i zajęciu części Wołynia przez bolszewików.

Tak – dla nas Polaków ziemia wołyńska, ostatnie (powiedzmy) dwieście pięćdziesiąt lat, począwszy od zaborów, a na rzezi dokonanej podczas ostatniej wojny na ludności polskiej, skończywszy, stała się ziemią przeklęta, ziemią użyźnioną polską krwią, polskimi łzami, polską tragedią. Tej ziemi ze względu na pamięć naszych przodków nie wolno nam nigdy zapomnieć.
Nie oznacza to jednak, że mamy wypominać i szukać pomsty. Wprost przeciwnie. Dzisiaj musimy poszukiwać tego, co łączy, a nie dzieli, co chroni, a nie naraża, co pozwala żyć w pokoju i w spokoju sumienia, a nie wyzwala nienawistne emocje.
Dlaczego o tym piszę i dlaczego tak wiele czasu poświęcam Kresom? Może dlatego, by spłacić dług wdzięczności moim przodkom, dzięki którym jestem, kim jestem. To dzięki ich informacjom, zapisanym w genach, poczułem sympatię do ich gniazda i silną więź z tymi, o których zwykliśmy mówić – Kresowiacy.
To prawda, – jestem genetycznie spłodzonym Kresowiakiem. Odnalazłem swoją kresową tożsamość i jest mi z tym dobrze.

Berlin, 2013

Tyle po nich zostało

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia
Kolejnego aktu prawdy

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi
Na której kwitło życie
Rodzi ocet w owocach.

Stary zwalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark
Trwa w pozie żebraczej

Gliniany pusty dzbanek
Leżący obok krzyża
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu

A Mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Wciąż prosi o proste psalmy
W intencji dawno odeszłych

I tylko w starym dębie
Niby duchy przeszłości
Wołają głosy sumienia
Których dziś nikt nie słyszy

Tyle po Nich zostało,
Ile pozostało ich w nas

Wiersz poświęcam miejscom na Wołyniu, w których kiedyś kwitło życie, a które pozostały dzisiaj tylko w ludzkiej pamięci
Berlin, listopad 2010

Serce dla Grodna

Stanąłem bosymi stopami
Na skąpanym w słońcu
Złotopiaszczystym brzegu
Leniwie płynącego Niemna.

W niespokojnym nurcie,
Jak w otwartej księdze,
Zobaczyłem przeszłość
Zapisaną znakami czasu.

Historię ludzkiego losu
Na wieczność połączyła,
W niezmiennym korycie,
Kresowa, wierna rzeka.

I to miasto, wspaniałe,
Jak zawsze dumne,
Nasiąknięte duchem
W sercach zrodzonej
Naszej polskiej kultury.

Na każdym rogu ulicy,
W każdej otwartej bramie,
Gościnne słowa grodzian,
Polskojęzyczne – witamy!

Odcisnąłem bosymi stopami,
Na złotopiaszczystym brzegu
Leniwie płynącego Niemna,
Znak mojego „ jestem”
Moją małą, polską tęsknotę.

Berlin 04.12. 2008

A nad Bugiem…

A nad Bugiem unosi się mgiełka
I nikt nie pyta do kogo należy
Po jednej stronie płacząca wierzba
Po drugiej zapach rosnącej macierzy.

Nad brzegami słońce leży cieniem
I nikt promieni o paszport nie prosi
Po jednej stronie ptaki wiją gniazda,
Po drugiej…, stada żubrów, łosi.

Zaś w jego lustrze niebo się przegląda
Nikt mu nie zabrania, całe lustro wolne.
Po jednej stronie księżyc srebrny płowy
Po drugiej gwiazdy, niby wojsko polne.

I tylko melodia z każdego brzegu inna
Nikt jej nie może zagłuszyć, wyciszyć
Po jednej stronie tęsknota za Polską
A po tej drugiej, polską mowę słyszysz.

Berlin, 27.09.2009

Wilno

Te małe, brukowe uliczki
Żywe w słowie wieszcza
Kamienie nieco wytarte
Po którym stąpał Adam
Ku swojej wielkiej sławie
Pachnące duchem epoki.

Ta „Ostra święta Brama”
Ostoja Panienki Wileńskiej
Schody nieco skrzypiące
Od wieków takie same,
Niosące radość wiernym
Spieszącym ku światłu.

Te polskowierne kościoły,
Domy spowite modlitwą.
Miejsca wiecznej ciszy
Gdzie czasem słychać głosy
Szeptu dawnej już historii,
W psalmach dziękczynnych.

I ten grób pośród Krzyży.
Napis na czarnej płycie
-„Matka i Serce Syna” –
Ten śpiący snem pokoju
Symbol polskiego świtu,
Twórca naszych Legionów.

Jakże znaną polszczyzną
Rozmawia historia Wilna
Karmiąc chlebem wiślanym,
Pachnąc maciejką po zmroku
Lub jaśminem o poranku.
Powtarzając z tęsknotą.
„Panno, co jasnej bronisz…”

I to jest właśnie Wilno.

Berlin, 11.03. 2009

Wrota do Grodna

faraRoman Brodowski, nie zapominając o pierwszych piątkach miesiąca, w międzyczasie wraca na Kresy.

Wrota do Grodna

Pociąg wjechał na stację graniczną  w Kuźnicy Białostockiej z dwudziestominutowym opóźnieniem. Na zasypanym świeżym śniegiem peronie stało kilkunastu żołnierzy straży granicznej.

Za każdym razem, gdy przekraczałem tę granicę poziom adrealiny podnosił się we mnie aż do granicy bólu i czułem się  jak ktoś, kto ryzykuje wszystko dla tej jednej wymarzonej chwili, nie będąc pewien czy uda mu się ją przeżyć. Typowa rosyjska ruletka.

Zaprosiłem do udziału w podróży sympatycznego kolegę z Berlina (znanego w  środowisku polonijnym fotografika Stefana Dybowskiego – i to jego zdjęcia ilustrują dzisiejszy wpis), który od dłuższego już czasu nosi się z zamiarem wydania albumu o Kresach, a więc także o Grodnie, z całą moją kochaną Grodzieńszczyzną włącznie. Wiedziałem jednak, że dla Stefana decyzja wyjazdu na teren Białorusi oznaczała jeden wielki  stres, połączony ze strachem, strachem przed wschodnim, brutalnym reżimem. Wiadomości jakie stamtąd napływają a dostępne w polskiej prasie i telewizji nie napawają niestety optymizmem.

(…) Do Grodna dotarliśmy bez przeszkód i gdyby nie fakt że Stefan przez całą drogę, (od samej granicy w milczeniu), przeżywał nazbyt emocjonalnie swój zbliżający się pobyt w państwie, o którym tak wiele złego ostatnimi czasy informowała polska telewizja, można by było powiedzieć, że podróż była bardzo udana.

grodno5(…) Spotkanie literackie wywarło dobre wrażenie. Uczestniczyło w nim kilkunastu pisarzy z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Polski oraz reprezentant niemieckiej Polonii, czyli ja. Polonia zgromadzona na sali miała możliwość wysłuchania naszych najnowszych tekstów i wierszy oraz obejrzenia programu artystycznego przygotowanego przez dzieci miejscowej szkoły muzycznej. Wszystko pilnie fotografowane przez Stefana. Najważniejszym momentem spotkania było jednak łamanie się opłatkiem oraz wspólne kolędowanie, rozpoczęte o dziwo przez litewskiego księdza, mówiącego po polsku, a pełniącego kapłańską posługę w białoruskiej katolickiej Farze.

Po zakończeniu oficjalnej części resztę wieczoru spędziliśmy w gronie przyjaciół w przytulnej kawiarence.

Następnego dnia o świcie przyjechał po nas Kazimierz, gospodarz i organizator naszego pobytu, by zawieźć nas, zgodnie z planem, na umówione spotkanie z przedstawicielami grodzieńskiej telewizji w domu Elizy Orzeszkowej.

grodno4– Dzień dobry panom – przywitała nas z melodyjnym, typowo wschodnim akcentem, młoda niewysoka kobieta. – Jestem Anna, a to moi współpracownicy, dodała,  wskazując pana z kamerą i pana z notatnikiem. – Czy ja rozmawiam z panem Romanem?
– Witam panią, tak, to ja.
– Bardzo mi miło pan Roman – rzekła, podając dłoń, którą, jak przystało na zanikający już gatunek dżentelmena, delikatnie musnąłem kącikiem ust. – Czy pozwoli pan, abym dla celów naszej telewizji przeprowadziła w saloniku u Elizy Orzeszkowej wywiad z panem, a potem nagrała w plenerze film o panu?

grodno3Stefan czuł się jak u siebie, fotografując wszystko i wszystkich z pasją, jak przystało na zawodowego fotoreportera, a Kazimierz z Leszkiem stojąc w muzealnej sieni namiętnie o czymś dyskutowali, pokazując palcami w naszym kierunku, jakby wiedzieli o propozycji nagrania filmu.
– Jestem zaskoczony – odpowiedziałem, faktycznie zaskoczony. Co prawda na udzielenie wywiadu jestem przygotowany, ale film na mój temat? O tym nie było mowy w scenariuszu. Jednak po namyśle i przy duchowym wsparciu Stefana oraz jego obietnicy uczestnictwa w tym przedsięwzięciu, wyraziłem zgodę.

Wyszliśmy ze Stefanem z muzeum i zgodnie ze scenariuszem przygotowanym przez panią Annę, mieliśmy się po niej przechadzać, gestykulując i wyraziście ujawniając zafascynowanie architekturą. Na szczęście Grodno jest naprawdę bardzo ładne, czyniliśmy to więc z przyjemnością. Gorzej było ze znalezieniem tematu do rozmowy, który dobitnie ukazywałby nasze głębokie zaangażowanie w sprawy miasta.

grodno1Na szczęście w sukurs przyszły nam dwie młode jasnowłose dziewczyny, które idąc przed nami stały się obiektem naszych rozważań jako przykłady bardzo udanego boskiego dzieła.

Po zakończeniu zdjęć udaliśmy się wszyscy pieszo do kościoła farnego, by obejrzeć nowo odrestaurowany ołtarz. Po drodze rozmawialiśmy o życiu i problemach naszych rodaków mieszkających nad brzegami Niemna.

Okazało się, że bez względu na sympatie polityczne, o jakich mówią nasze rodzime media, i bez względu na to co się dzieje wokół podzielonego Związku Polaków na Białorusi, polska społeczność lokalna nie dzieli się na pro i przeciw, lecz na tych którzy czują swój związek z Polską i tych dla których związek z Polską ogranicza się do posiadanej (często bezprawnie) Karty Polaka. Pierwsi, a jest ich ogromna większość, bo aż 90%, kultywują tradycje przodków, posługują się mową swych ojców, przekazują dzieciom wartości kulturalne i religijne, a jednocześnie, szanując przy tym wartości i prawo narodu i kraju, w którym przyszło im żyć. Nie oznacza to jednak, że popierają to, co się w tym kraju złego dzieje. Tak jak każdy obywatel Białorusi mają prawo do protestu, do walki o sprawiedliwość, o godność, o poszanowanie i to (jeżeli zachodzi taka potrzeba) czynią.

Pani Anna opowiedziała mi o ludziach, którzy walczyli na terenie Grodzieńszczyzny o to, o czym wcześniej mówiłem, a co można zamknąć w jednym słowie – „Polska“. O ludziach organizujących pierwsze po upadku komunizmu szkoły z językiem polskim, pierwsze Domy Polskie miejsca spotkań dla naszych rodaków nad Niemnem, zespoły folklorystyczne propagujące polski śpiew i taniec – i tak dalej, i tak dalej.
Ja niestety wiem, że niektórzy z tych bohaterów za swój patriotyzm, za swoją  charyzmę, za wkład pracy dla dobra polskiej mniejszości, zamiast zwykłego słowa dziękuję ze strony naszych władz, otrzymały policzek – i to za to – że nie stali po „słusznej“ stronie, a byli tylko Polakami. Z problemem  tym spotkałem się osobiście dwukrotnie. Między innymi w Lidzie.

grodno2

Mam nadzieję, że kiedyś społeczeństwo znad Wisły pozna całą prawdę o naszych rodakach  mieszkających na Białorusi, bo dzisiaj zna tylko półprawdy tworzone na potrzeby naszej polityki.

Berlin, czerwiec 2013

PS I:
“Polskojęzyczna regionalna służba informacyjna w Grodnie rozpoczęła nadawanie swoich programów w lutym 2012 roku. Codziennie o 8 rano i 21-ej wieczór nasi słuchacze mogą zapoznać się z informacją z życia naszego regionu, kraju, naszych najbliższych sąsiadów w języku polskim. Słuchać naszego radia można w obwodzie Grodzieńskim. Redakcja RSI jest wdzięczna za uwagę do naszej skromnej pracy panu Romanowi Brodowskiemu, który dał zgodę na to, aby jego dorobek literacki moglibyśmy wykorzystywać w naszych audycjach. Poeta dosyła nam swoje wiersze , a redakcja ma możliwość podarować swoim słuchaczom miłe chwile spotkania ze słowem artystycznym. Dziękujemy za uwagę do naszej skromnej pracy i dziękujemy za pomoc i wsparcie.” Anna Waszkiewicz

PS 2: “Radio finansowane jest przez Urząd woj. Grodna – wydział do spraw religii i mniejszosci narodowych.” Roman Brodowski

PS  3: “Polonia na Białorusi – oficjalnie 396 tysięcy (3,9% ludności); jednak wg szacunków pozarządowych – nawet do 900 tysięcy. W samym obwodzie grodzieńskim mieszka
294 000 Polaków (24,8% ludności).” Wikipedia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Polonia)