Lusatia alias Vita 7

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Elektrownia Boxberg rozpiera się dumnie na równinie w pobliżu Běłej Wody. Jest tak wielka i tak mocno przyciąga wzrok, że łatwo byłoby przeoczyć znajdujący się w jej bezpośrednim sąsiedztwie Park Głazów Narzutowych w Wochozach, który odwiedziliśmy tydzień temu. Byłoby, ponieważ stał się on tak sławny, a dojazd do niego jest na tyle dobrze oznakowany, że przeoczyć go nie sposób. Za to dokładnie po przeciwnej stronie kompleksu budynków elektrowni ukrywa się obiekt, który zazwyczaj i z zasady jest pomijany. Nie doczekał się godnej publicité, a szkoda. Mały, drewniany kościółek w wiosce Sprjowje (Sprey).

1 Sprey kircheKościół w Sprjowje. Stareńki, bo z początku szesnastego stulecia pochodzący. Trzyma się świetnie, jak na swój wiek.

Katolicki czy ewangelicki? Ano właśnie! W tym, jak mówią, sęk. Stereotyp głosi, że Dolne Łużyce przyjęły protestantyzm, zaś Górne pozostały przy rzymskiej wierze. A skoro to Hornja Łužica… Lecz stereotyp, jak to stereotyp: jest w nim ziarno prawdy, ale znajdzie się też spora domieszka przekłamań oraz nieścisłości. Nie całe Górne Łużyce pozostały katolickie. I tutaj nauka Lutra znalazła licznych wyznawców. A kościółek w Sprjowje jest właśnie ewangelicki.

W ogóle trzeba zauważyć, że epizod reformacyjny mocno zaważył na historii Łużyc. Viator już wielokrotnie w swych peregrynacjach prezentował spuściznę Mikławša Jakubicy. A przecież nie był on jedyny. Cała generacja pastorów Serbołużyczan, realizując luterański postulat wprowadzenia do liturgii języków narodowych, dokonała licznych przekładów Pisma Świętego i Katechizmu, stworzyła arcydzieła piśmiennictwa religijnego, położyła podwaliny pod literaturę serbołużycką. I na kilkaset lat spowolniła proces wynarodowienia Wendów. Najsłynniejszym wśród nich był z pewnością Kaspar Peuker, o którym Viator już TU wspominał. Ale przypomnijmy raz jeszcze, bo warto. Urodził się przyszły pastor w Budyšinje (dokąd wciąż konsekwentnie zmierzamy) w rodzinie bogatego rzemieślnika, który miał możliwość sfinansowania nauki syna. I tak los dał młodemu Łużyczaninowi niepowtarzalną szansę na rozwinięcie talentów, którymi go hojnie uprzednio obdarzył. Wieloletnie studia na licznych uczelniach zaowocowały ukształtowaniem jeszcze jednego człowieka renesansu: matematyk, astronom, filozof, historyk, geograf i medyk – nadworny lekarz elektorów saskich. Wybitny teolog i działacz reformacyjny. Uczeń, przyjaciel, a wreszcie zięć wielkiego Filipa Melanchtona, któremu, jako biegły w języku górnołużyckim, umożliwiał i moderował kontakty z licznymi teologami oraz duchownymi pochodzącymi z wielu krain słowiańskich. Nauczyciel Niemiec był dumny ze swego zięcia i w nim właśnie znalazł wiernego oraz skrupulatnego strażnika swej spuścizny. Stanowczo za mało znamy historię najmniejszego narodu słowiańskiego… I to my na tym tracimy, a nie Serbołużyczanie!

2 Kaspar PeukerKaspar Peuker. Czy podczas którejś ze swych licznych podróży między Budziszynem, Wittenbergą, Lipskiem, Dreznem, Zgorzelcem i tyloma innymi miastami zatrzymał się kiedyś, aby podumać w zaciszu sprjowskiej świątyni? Niewykluczone, kościółek za jego życia już stał.

Prawdą jest jednak, iż istnieją duże obszary Górnych Łużyc, gdzie ani Peuker, ani inni pastorzy nie odnieśli żadnych sukcesów. Trójkąt, którego wierzchołki wyznaczają miasta Budyšin, Kamjenc (Kamenz) i Wojerecy, czyli Hoyerswerda. To Katolska Hornja Łužica. I to jak katolska! Czy wydaje się czasem Czytelnikom, że w Polsce aż gęsto od przydrożnych kapliczek i krzyży? Wobec tego Viator zaprasza do Kulowa (Niemcom znanego jako Wittichenau), dziesięć kilometrów na zachód od Boxbergu. To już Łużyce Katolickie. A w miasteczku, nie tak znów dużym (bo zaledwie sześć tysięcy dusz liczącym) krzyż, można rzec, na krzyżu. Pobieżnie i w pośpiechu rachując, Viator naliczył ich ze dwadzieścia – po kilka na każdej ulicy. I co najmniej drugie tyle w sąsiednich wioskach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrzyż w Kulowje, jeden z wielu. Jakie jest ich przeznaczenie? Do tych danych Viator na razie nie dotarł, ale najprawdopodobniej są darami wotywnymi – wyrazem prośby lub podziękowania Bogu.

Wszystkie bardzo do siebie podobne: czarne krzyże, pozłociste postacie i szare cokoły, a na nich cytaty z Biblii lub pobożne sentencje. Na przykład taka:

Stož Božu martru
zanč nima a ju tež
njewopomina, tón nihdy
zbóžny njebudźe.
Ow wopomń wšak
to, čłowječe!

Zaiste, wielka była i jest pobożność tutejszych katolików! Mogli iść w zawody ze swymi ewangelickimi pobratymcami, do kogo bardziej odnoszą się słowa Pisma: Gorliwość o dom Twój pożera mnie! Ale, gdy w XVI wieku pastorzy tworzyli renesans łużycki, księża nie popisali się aktywnością na tym polu. Z nawiązką odrobili to zaniedbanie w wieku XIX. Wtedy, gdy całą Słowiańszczyznę ogarnął ruch odrodzenia, również Łużyce przeżyły swą drugą wiosnę. W roku 1847 utworzona została Maćica Serbska, organizacja mająca na celu pielęgnowanie języka i kultury serbołużyckiej. A po niej powstawały inne stowarzyszenia. Katolicy i protestanci działali w nich ramię w ramię.

Dziś górę wzięli papiści. Ostatnie zwarte obszary o wendyjskim charakterze językowym znajdują się już tylko na Łużycach Katolickich. Przywiązanie do tradycji też tutaj jest najsilniejsze. Koniecznie przyjedźcie do Kulowa lub do innej okolicznej miejscowości rankiem w niedzielę Paschy. Křižerjo, czyli konną procesję wielkanocną trzeba zobaczyć choć raz w życiu.

4 ProcesjaNie pomyślał swego czasu Viator, żeby uwiecznić na zdjęciu proporzec z napisem Dzwońcie dzwony. Dlatego stosowną fotkę musiał pożyczyć.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATradycje są żywe, a język łużycki wciąż pozostaje w użyciu. Dla coraz mniejszej liczby mieszkańców, to fakt. Ale jednak!
A fotka absolutnie autorska.

Wiek XIX to czas współpracy Serbołużyczan katolików i ewangelików. Wcześniej różnie się układało. Ale to przecież nie Łużyczanie obu konfesji rzucili się sobie do gardeł. Całe Rzymskie Cesarstwo Narodu Niemieckiego (plus kilka krajów ościennych) ogarnął amok, który zaczął się defenestracją praską, a zakończył dopiero pokojem westfalskim. Dlaczego Viator przywołuje te zamierzchłe czasy? Jasne, że nie czyni tego bez przyczyny. Wszak sprytna z niego bestia i nieprzypadkowo zwabił Czytelników właśnie do Kulowa! Bo tutaj kole końca tej wojny, co się trzydzieści roków ciągła (jak to w niezapomnianych Igraszkach z diabłem ujął zapchlony, wsiowski czart Karborund, grany przez Jana Prochyrę) miało miejsce brzemienne w skutki zdarzenie. Elektor saski nadał jednemu ze swych pułkowników, zasłużonemu wielce w licznych bojach, folwark Wulkie Zdźary (Groß Särchen) opodal Kulowa. Pułkownik nazywał się Jan Szadowic i był Chorwatem na służbie elektorskiej. Jako właściciel folwarku okazał się panem sprawiedliwym i ludzkim, a przy tym, jako Słowianin, bez większych problemów porozumiewał się ze swymi wendyjskimi poddanymi. Zapewne niejednokrotnie stawał też w ich obronie. Zapisał się trwale w pamięci miejscowych jako opiekun i przyjaciel prostego ludu. Z czasem legenda połączyła postać pułkownika Szadowica z innymi miejscowymi baśniami i podaniami (zaklęty młyn, młynarz czarnoksiężnik, co pakt z diabłem podpisał, biedny ale bystry parobek jako uczeń czarnoksiężnika i jeszcze kilka innych). Tak z Chorwata, czyli Kroata powstał… Krabat – dobry łużycki czarodziej. Wielokrotnie i na różne sposoby serbołużyccy (i nie tylko) pisarze starali się zaprezentować tą największą postać łużyckiej mitologii. Měrćin Nowak – Njechorński w książeczce Mistrz Krabat, dobry łużycki czarodziej z myślą o młodszych czytelnikach przedstawił wersję legendy rzeczową, z wyraźnym przesłaniem społecznym. Otfried Preussler w swym Krabacie snuje opowieść baśniową i ekspresyjną. Jurij Brězan, pisząc Čorny młyn oraz Krabat albo przemiany świata stworzył niemalże traktaty filozoficzne, w których dzieje Czarownika są metaforą ludzkiego losu.

6 Krabat ilustracjaNjechorński, poza opowieścią, wykreował też wizerunek Mistrza Krabata, który chyba najsilniej zakorzenił się w powszechnej świadomości. Nie jest to wszakże wizerunek jedyny.

Poza Czarnym Młynem wszystkie wymienione książki zostały przetłumaczone na język polski. Nic, tylko siadać i czytać – Viator nie powie ani słowa więcej! Można, rzecz jasna, obejrzeć również film Uczeń czarnoksiężnika, ale, jak to z dziełem popkultury bywa, filmowy Krabat ma tyle wspólnego z pierwowzorem, co… powiedzmy… Myszka Miki z Myszeis? Czy jakoś tak… Łużyckości w nim za grosz nie uświadczysz.

Grób pułkownika Szadowica znajduje się w kulowskim kościele, zaś na rynku stoi posąg Krabata.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrabat na rynku w Kulowje. Co oznaczają ptaki i pozostałe symbole? Przeczytajcie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXX

XXXXX

XXXX

XXXXX

XXXX

Lektura wyjaśni także, czemu na pomniku uwieczniono tę niewątpliwie sympatyczną myszkę. Z Mickey Mouse nie ma ona oczywiście niczego wspólnego!

Ufff, sporo czasu zmitrężyliśmy w Wittichenau. Ale chyba było warto? Tak czy inaczej, cierpliwości Czytelników nie można dłużej doświadczać i wystawiać na próbę. Viator obiecuje solennie, iż za tydzień już na pewno przekroczymy bramy Budyšina. Ale najpierw wspomnimy tych, którym nie było dane tego uczynić…

Lusatia alias Vita 6

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Czy może ktoś powiedzieć, iż wie naprawdę, czym jest Hornja Łužica, jeżeli nie odwiedził Budyšina? Nie może, rzecz jasna. Ruszamy przeto na południe. Już po chwili opuszczamy ostatnie, puste zazwyczaj, blokowiska Běłej Wody. Już za nami one zostały. A przed nami? Widok znajomy ten… Na horyzoncie znowu pojawiają się, i wkrótce zaczynają w nim dominować, ogromne dymiące kominy. Boxberg czyli Hamor. Kolejna elektrownia. A więc i kolejna kopalnia. Przysłowie łużyckie mówi: Bóg stworzył Łużyce, ale diabeł podłożył pod nie węgiel. Coś w tym jest…

Dopóki węgiel ten wydobywano jedynie na obszarze Łuku Mużakowa, problem nie był wielki: tam złoża kopaliny, jakkolwiek przez lodowiec wypchnięte niemal na powierzchnię i łatwo dostępne, zostały też przez aktywność glacjalną poszarpane na małe porcje. Kopalnie siłą rzeczy też musiały być małe. Wybranie do czysta złóż powodowało zapadanie się ziemi i powstawanie, wspomnianych już poprzednio, ponad dwustu jeziorek. Jak mówią geolodzy, całe pojezierze antropogeniczne, czyli ręką ludzką uczynione. Ale wokół moreny czołowej Jego Wysokość Lodowiec już tak nie narozrabiał. Węgiel zalega równomiernie na dużych obszarach i na tej samej mniej więcej głębokości. Toteż zamiast małych podziemnych szybów powstały tu wielkie odkrywkowe kopalnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATagebau Nochten. Zaiste, efekt diabelskiej działalności! A zdjęcie oczywiście pożyczone. Gdzieżby Viator był w stanie wykonać tak sugestywne ujęcie.

Zniknęły pola uprawne, lasy i jeziora. Wysiedlono mieszkańców licznych wiosek. Pozostały i wciąż się rozrastają wielkie dziury w ziemi. Tak jest wokół Chóśebuza, nie inaczej rzecz się ma na Górnych Łużycach.

Zdążając z Běłej Wody do Budyšina warto zatrzymać się w wiosce Wochozy. Ona, w porównaniu do tak wielu sąsiednich osad, miała naprawdę wiele szczęścia. Nie zrównano jej z ziemią. Otoczona kopalnią, na kształt półwyspu pośród wyrobisk, trwa. Dlaczego?

2 NochtenKościół w Wochozach, dla Niemców – w Nochten. Ocalał. Ilu, równie pięknych, już nigdy nie zobaczymy?

Wochozy istnieją, bo Wielki Przemysł też czasem musi, ze względów wizerunkowych, pokazać inną, ludzką twarz. Tak, kopiemy w ziemi koszmarne doły. Tak, stawiamy dymiące kominy. Ale na wrażliwości nam bynajmniej nie zbywa! Cóż nam szkodzi? Oszczędzimy Wochozy. Więcej: pokażemy wam coś, o czym nawet nie śniliście.

Co prawda, to prawda. Trzeba sporej dozy wyobraźni, żeby coś takiego stworzyć. Tam, gdzie się kończy Nochten, a zaczynają tereny nieczynnych już wyrobisk, stworzono obszar wzorcowej rekultywacji. Lausitzer Findlingspark Nochten. Czasem zwany po polsku dziwacznie Parkiem Znalezisk, ale nazwa Park Głazów Narzutowych jest zdecydowanie bardziej trafna. Bo i w rzeczy samej, na kilkunastu hektarach ziemi zrytej łopatami gigantycznych koparek, zgromadzono tu kilka tysięcy głazów zebranych we wszystkich okolicznych odkrywkach kopalnianych. Obsadzono je wrzosami, skalniakami, iglakami oraz rozmaitymi przerośniętymi bonsaiami, zaaranżowano stawy i strumyki szemrzące. Powstał park surrealistyczny nieco, ale przecież na swój sposób fascynujący. Do tego stopnia, że Viator odwiedził go już kilkukrotnie, zawsze wizyty swe bogato dokumentując fotograficznie. Jednak, gdy przyszło do działania i gdy zasiadł nad czystą kartą pliku Word, aby kolejny reportaż poetyzujący stworzyć, spostrzegł ze zdumieniem, że te zdjęcia albo się nie nadają do publikacji, albo kadr zawiera postacie krewnych i znajomych królika, którzy być może niekoniecznie chcieliby się na blogu pojawić własną osobą. Musiał przeto, lubo niechętnie, po raz kolejny sięgnąć do zasobów Wielkiej Sieci. Problemu z tym nie było żadnego, bo Surrealpark Nochten stał się ostatniemi czasy niezwykle popularny. Czemu się Viator, jak zaznaczono, nie dziwi. Podzielać jego przychylnej opinii nie trzeba. Wierzyć w czyste intencje Wielkiego Przemysłu nie należy. Ale zobaczyć warto.

3  kominyMoże i brzydkie nasze kominy, ale w głębi duszy tęsknimy za pięknem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA…może i zryliśmy prastarą łużycką ziemię, ale czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie…

5 ludzie…dajemy prąd elektryczny, możemy dać i estetyczny.

 Ruszaliśmy w naszą podróż, mając na sztandarach (no, powiedzmy, na proporczykach) wypisane ambitne hasło: Lusatia alias Vita. Łużyce czyli Życie. Łużyce jako życia metafora… Stańmy się więc godnymi naszych szczytnych ideałów.

Niestety, Viator czuje, że już się dłużej powstrzymywać nie zdoła: skłonność do pajacowania znów bierze w nim górę. Zasiada wędrowiec na jednym z głazów, ręką podpiera brodę (zbieżność z Myślicielem Rodina oczywiście zupełnie przypadkowa), marszczy czoło i zaczyna roztrząsać samą esencję ludzkiej natury. No bo, myśli sobie, to faktycznie wspaniała metafora! Czasem nasze życie dewastują źli ludzie, ślepy los, albo własna głupota. Potrafią je przeorać tak gruntownie i niszczycielsko, jak odkrywka kopalni pejzaże łużyckie. I co wtedy? Można siąść i płakać. Ale Park Głazów delikatnie sugeruje, że katastrofę życiową warto potraktować jako szansę. Na gruzach naszych uczuć i nadziei należy zbudować coś nowego. Coś, czego wcześniej nie byliśmy sobie nawet w stanie wyobrazić. A teraz voila! Niemożliwe staje się możliwe.

Łepetyna dymi Viatorowi, ale on się nie poddaje. Brnie dalej w tę nośną metaforę. Eksploatuje ją bezlitośnie i śmiało, jak Wielki Przemysł łużyckie złoża węgla brunatnego! Bo między tymi Łużycami i tym węglem jątrzy się bolesne rozdarcie. Jak, nie przymierzając, w duszy każdego, przeciętnie chociaż wrażliwego, człeka. Bo tu nie ma jednego oczywistego i dobrego rozwiązania. Nie będzie kopalni, będą wioski. Ale ludzie i tak z nich wyjadą za chlebem. Można być integralnym ekologiem, ale wtedy trzeba zdjąć ubrania, które produkowane są w fabrykach, wyłączyć internet, bo ciągnie energię, a i mikroprocesory też potrzebują kopalni surowców. No i trzeba zsiąść z rowerów – każdy metal powstaje w hucie. Zawsze jest coś za coś. Czysty ideał jest piękny, lecz nieosiągalny. I może o naszej wartości moralnej nie świadczy wcale fakt realizowania tego ideału, a po prostu odczuwanie bólu rozdarcia?

Ależ się wysilił Viator. A efekt rozmyślań, by użyć eufemizmu, nie poraża oryginalnością, niestety! Nie ma co, czas ruszać dalej. Przecież Budyšin wciąż trwa nie zdobyty.

Ukraina

Tekst ukazał się przedwczoraj na Facebooku.

Bożena Ptak

Raport z Krzemieńca

Od kilkunastu lat w pierwszych dniach września odbywa się w Krzemieńcu  konferencja „Dialog Dwóch Kultur”, dla której pretekstem są urodziny Juliusza Słowackiego. Biorą w niej udział naukowcy polscy i ukraińscy, muzealnicy, artyści, animatorzy życia kulturalnego i społecznego, a miejscem wymiany doświadczeń i poglądów jest Muzeum Juliusza Słowackiego oraz Instytut Pedagogiczny im. Tarasa Szewczenki / niegdysiejsze liceum założone przez Tadeusza Czackiego zwane Krzemienieckimi Atenami/.
W ubiegłym roku zostałam po raz pierwszy zaproszona na tę imprezę. Nie znałam osobiście żadnego z uczestników, ale bacznie obserwowałam wszystko i wszystkich, a w krzemienieckiej aurze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Historia od lat jest moją pasją, więc na stosunki polsko-ukraińskie w swych obserwacjach byłam szczególnie uczulona, prawie nie wyobrażałam sobie dialogu miedzy reprezentantami dwóch stron, tak mocno poranionych, sobie nie ufających. I ten brak zaufania, dystans był odczuwalny w każdym referacie i bezpośrednim kontakcie. Jakby nikt nie chciał uderzyć w bolesną strunę, gość nie chciał urazić gospodarza a gospodarz gościa. Wśród polskich uczestników było kilka osób, których rodziny bezpośrednio dotknęła rzeź wołyńska, a wśród Ukraińców pewno nie brakowało dzieci sprawców tej rzezi. Ofiary i kaci, których potomkowie uważali za patriotów, a strona polska za barbarzyńców i ludobójców. Trudny dialog, ale dla przyszłości obu narodów, szczególnie dzisiaj, dialog konieczny.
Zdarzało się, że w wystąpieniach polskich wyczuwałam zarozumialstwo, jakby traktowanie Ukraińców z góry /my cywilizowani europejczycy/ i kozacki rewanż drugiej strony. Jakby powrót historii znanej mi z dzieł Sienkiewicza i różnych dawnych podręczników czy lektur. Potępialiśmy na zapisanych kartach okrucieństwo tych samych Kozaków, których determinację dzisiaj podziwiamy. I której nadal boimy się… Nieobliczalni Ukraińcy… My i oni… My i Zachód…
A jak postrzegał nas Zachód niegdyś? Dzisiaj? Szukając odpowiedzi na to pytanie, myślę o bardzo niepopularnej w naszej rodzinie ciotce ze Szwecji, która w latach siedemdziesiątych chciała uczyć mojego wizytującego ją brata, jak posługiwać się widelcem i nożem, jak otwierać okno, spuszczać wodę w klozecie, jak otworzyć gaz w kuchence. Sama pochodziła ze Złotowa. U moich pradziadków w gdańskiej dzielnicy Oliwa już w 1918 podłączono elektryczność.
Czkawka kulturowych podziałów, które czasami dotyczyły różnych regionów tego samego kraju. Ciągle jacyś oni i zazwyczaj lepsi „my”. Prymitywy i oświeceni. Wojowałam z rodzicami, którzy przeżyli swoje w czasie drugiej wojny światowej, a ja broniłam Rosjan, ich punktu widzenia. Ile pokoleń ofiar i katów musi wymrzeć, aby stało się możliwe stworzenie wspólnej Europy? Na czym ma polegać ta wspólnota europejska? Tym bardziej, że historia wraca nie tylko w naszym regionie. Wszak wydawałoby się, że sprawy drugiej wojny światowej już jakoś udało nam się załatwić, kat uderzył się w piersi, gdy tymczasem pojawiają się w obcych mediach „polskie obozy koncentracyjne”, rosną w siłę neofaszystowskie organizacje i marzą o powrotach do niebezpiecznych ideologii. Niby jedna Europa, a czują się w niej zagrożeni Szkoci, Baskowie, mieszkańcy Bałkanów. I myślę, że niewiele wiemy o aspiracjach ludów z dalekiej Syberii i Kaukazu. Jaka siła jątrzona ambicjami Putina i asekuracyjnymi działaniami UE wygra na Ukrainie i co z tego wyniknie? Obawiam się, że trudno przewidzieć. Czasami jeden zdolny populista jest w stanie zniszczyć najpiękniejsze plany i idee. Jak pogodzić ambicje małych i większych narodów z ideą zjednoczonej Europy? Jak pogodzić przy tych różnicach nie tyle obyczajowych co ekonomicznych, kiedy każdy bogaty kombinuje, żeby na nieudolnego biedaka płacić jak najmniej podatków? Z ludzką naturą nie poradziły sobie piękne w założeniu myśli Engelsa i Marksa… O tym wszystkim myślałam przed i w czasie mojej drugiej podróży do Krzemieńca.
Na szczęście nie jestem politykiem i historykiem tylko blondynką, w dodatku ciemną i poetką podpisującą się nazwiskiem z ptasim móżdżkiem w tle. Państwo wiedzą, że poetka to takie coś, co niewiele ma wspólnego z racjonalną oceną rzeczywistości i zamiast patrzeć w przyszłość, spogląda w gwiazdy i z nich wróży? Poza „ptasim móżdżkiem” mam ludzkie odruchy i robię wszystko, aby idealizmu nie degradowano współcześnie do pojęcia infantylizmu. Wcale nie muszę rozumieć tych politycznych gdybań, bo jako kobieta, matka, żona i babcia, i jako poetka, i jako człowiek przede wszystkim jestem uczulona na przemoc, agresję, łzy, niesprawiedliwość. Dzisiaj gryzę się w język historii – co z wybaczeniem niewiele ma wspólnego – i patrzę na współczesną ambitną Ukrainę, Ukrainę krwawiącą i płaczącą, Ukrainę borykającą się z szukaniem własnej tożsamości, uwikłaną w przeszłość chlubną i wstydliwą, gdzie ciągle żywa jest pewno mentalność sowiecka, kozacka.
Nie wnikam, kto tam kombinuje, manipuluje, gra na emocjach i nacjonalistycznych wspomnieniach. Ja widziałam tam determinację i patriotyzm, a w całości zobaczyłam nadzieję na mądrą, merytoryczną dyskusję dotyczącą wspólnej historii. I co z tego, że Niemcy niegdyś uderzyli się w pierś po drugiej wojnie światowej, kiedy dzisiaj wracają ze swymi hasłami nazistowskie organizacje i „polskie obozy zagłady” w propagandzie i mediach. Tak, boję się ukraińskiego prawego sektora i pomników Bandery ale…
Patrzę na poczynania Rosji, w której dobre intencje nikt nie nauczył mnie wierzyć, a ona sama przede wszystkim. Patrzę na siebie, swój rząd i Europę, a i tu z wiarą mam problemy.
Postawiłam na siebie, ciemną blondynkę z ptasim móżdżkiem, której idealizm własne dzieci od dawna nazywają naiwnością i głupotą. Marzy mi się sąsiedztwo wolnej Polski z autonomiczną Ukrainą. Wierzę, że czasami zło wymyka się spod kontroli, a knowania polityczne nie kończą się sukcesem ich autorów. I za cholerę nie potrafię odczepić się od polskich doświadczeń historycznych…
Przed wyjazdem do Krzemieńca przekonałam kilka osób, aby mi zaufały i dały kilka groszy na ukraiński szlachetny cel. Wiedziałam, że najbardziej potrzebne są kamizelki kuloodporne, hełmy, noktowizory i takie tam frontowe rzeczy, o których zdobyciu nie miałam pojęcia. Zresztą, o czym gadać, jak uzbierałam tylko tysiąc złotych? Wzięłam więc ze sobą tę skromną kwotę, planując, że w autokarze naradzimy się, co z nią zrobić. Wiedziałam, że będą ze mną ludzie lepiej znający sytuację na Ukrainie. Byłam świadoma, że Krzemieniec od wojny daleko, ale nie miałam pojęcia, czy na przykład medykamenty lepiej kupować tam czy w Polsce? Jak wygląda zaopatrzenie sklepów?
Z medykamentami poszło łatwo, bo farmaceutka w aptece w Chełmie poinformowała nas, że „na stanie” posiada niewielkie ilości bandaży, środków dezynfekujących, przeciwbólowych i musi zamówić, a przez granicę i tak nie wolno. Na pytanie, która strona tworzy problemy, nie uzyskałam odpowiedzi. Postanowiłam zawieźć pieniądze. Pozostawał problem, komu je dać w kraju słynnym z korupcji. Księdzu? A może lepiej w cerkwi? Komuś z władz miasta? Do mojej akcji charytatywnej członkowie naszej delegacji odnieśli się z rezerwą. Doświadczenia rzezi wołyńskiej nie były udziałem mojej rodziny, która ma swoje porachunki z Litwinami, ale dla nich też kwestowałam pod kościołami w Gdańsku w 1991 roku. Nie podoba mi się ich dzisiejsza postawa wobec mniejszości polskiej, ale kwestowania nie żałuję. Taka natura ciemnych blondynek o ptasich móżdżkach.
Tylko rok minął od mojej poprzedniej wizyty w Krzemieńcu, a jakby wiek cały. Przede wszystkim zmniejszył się dystans: my – oni. Jakby więcej ufności i wiary, cieplejsze międzyludzkie stosunki. „A ty im wierzysz? Teraz nas potrzebują” – skomentował ktoś z naszych moje pozytywne refleksje. Dmytro Pawłyczko swoim proeuropejskim przemówieniem przekonał mnie do siebie już w ubiegłym roku, a w tym wzruszył, mówiąc o obecnej sytuacji Ukrainy. On płakał, ja płakałam, a tymczasem ktoś sączył mi jad w ucho: „Nie wzruszaj się, on był w UPA”. Popatrzyłam na faceta i policzyłam, ile wtedy mógł mieć lat. Podsumowałam wszystko, co zrobił w wieku dojrzałym. Przypomniał mi się nie tylko Gunter Grass, ale też chłopcy z historycznymi etykietkami, którzy zapisywali się do wszystkiego, co było w ich zasięgu, aby walczyć o wolność ojczyzny. Tak, tak, wiem, Grass inna kategoria, ale dla naszego pojednania wiele zdziałał, tak jak Pawłyczko zresztą. W język historii skutecznie ugryźć się nie da, zdaję sobie sprawę, pomagając dzisiejszej Ukrainie.

Krzemieniec – zdjęcie Dariusz Kostecki 2013

Trzymam w Krzemieńcu te kilka uzbieranych groszy i zastanawiam się, komu je dać. Spodobał mi się młodziutki polski ksiądz, ale… wyda je na parafialne potrzeby, a moi ofiarodawcy nie wszyscy może byli z kościołem katolickim związani. Od cerkwi odrzuciło mnie wyznanie spotkanej na ulicy kobiety, od której nie chciano przyjąć pieniędzy za mszę w intencji syna walczącego na wschodzie, a z jej relacji zrozumiałam, że bez Boga z Putinem nie zwycięży Ukraina. Bardzo prosiłam Mariusza Olbromskiego, inicjatora Dialogu, który serce, czas, życie poświęca idei naszego ukraińsko-polskiego pojednania, abyśmy z tą niewielka sumką zadziałali rozważnie i niezbyt pochopnie. Zainteresował mnie nowy burmistrz miasta. W ubiegłym roku był inny. Kim jest ten nowy? Skąd taki młodzik na urzędzie?
Gdzie podział się dawny mer? Jak wyglądają stare i nowe układy władzy w mieście? Moje pytania nie bez kozery, bo brały się własnych doświadczeń posierpniowych w Polsce. Na pewno nie wniknęłam w niuanse, ale dowiedziałam się, że dawny burmistrz Krzemieńca złożył dymisję, buntując się przeciw polityce Partii Regionów /plus dla dawnego/, potem Krzemieniec był pozbawiony szefostwa. Wrócili chłopcy z Majdanu z Kijowa, ale jeden w trumnie, przyjaciel i rówieśnik obecnego burmistrza i odbyły się wybory. W Krzemieńcu ceniono go nie tylko jako „gieroja z Majdanu”, bo wcześniej dał się poznać jako działacz społeczny, który założył kilka pozarządowych organizacji, organizował akcje ekologiczne /np. “Sprzątamy Krzemieniec”/. I znowu ktoś z polskiego prawego sektora szepnął mi jak diabeł w ucho, obok którego ptasi móżdżek: Czy wiesz, że to prawy sektor, banderowiec?
Kiedyś, co uwieczniłam w jednym ze swych wierszy, znany pisarz polski na mojej przepięknej imprezie z okazji sześćdziesiątych urodzin zadał mi w ucho pytanie: Czy twój ojciec był endekiem? – Zabrzmiało, jakby był wyżej kapo w obozie. Tak, z historią musimy wziąć się za bary, ale pewno nie każdy narodowiec dzisiaj chce tworzyć wyniszczającą inne narodowości politykę, nie każdy z NSZ i, mam nadzieję, z UPA był mordercą. Trzeba rozważać przyczyny i skutki. Miotam się w tej przeszłości, a chciałabym lepszą tworzyć przyszłość, czasami gryząc się w język historii.
Wierzcie mi, że ci idealiści z Majdanu, którzy objęli stanowiska burmistrzów miast i starostów, stawiają sobie za cel walkę z ukraińską korupcją. Są jej świadomi. Przyjęcie moich gównianych 1000 zł podpisał cały „pułk”. Nie ma z łapki do szufladki, mer pilnuje, a na jego biurku złoty chlebek – symbol walki z korupcją. Smutno mi tylko, że ja wiem dalej. Tacy jak on albo ulegną deprawacji, albo pójdą w nieznane. Nie ma kraju z miejscem dla idealistów…
Poznałam też kulisy wojny, która w XXI wieku toczy się tuż, tuż. Ile kilometrów dzieli dwa miasta na „L”, Lublin i Lwów? Niektórzy w Polsce nie mają pojęcia o ukraińskich przestrzeniach i żegnali mnie jak bohaterkę wyruszającą na front. Nie, tam gdzie byłam, sklepy, kawiarnie, hotele jak w Polsce. Chodniki bardziej garbate, ukraińskie flagi widoczne nie tylko na budynkach administracji, ale też w prywatnych domach, samochodach, wszyscy śledzą na ekranach telewizyjnych wieści płynące ze wschodu Ukrainy. Tyle wojny. I aż tyle. Krzemieniec na wschodzie ma swój oddział, który musi wyposażyć i utrzymać. Wysyłając chłopaka na wschód musi go ubrać i odpowiednio wyposażyć /kamizelka kuloodporna, hełm, medyczne środki, itd…/ – tylko broń otrzymują na miejscu. Jeżeli mer twierdził, że za nasze 1000 zł on wyposaży czterech żołnierzy… Największy problem z kamizelkami i hełmami. Zobowiązałam się pomagać krzemienieckiemu oddziałowi, ale zupełnie nie wiem, jak sobie Dialog z tym zobowiązaniem poradzi. Cała nadzieja, że wszystko szybko się skończy. Za 1000 złotych czterech? Jakie to jest wyposażenie? Odpowiedź otrzymałam cholernie szybko, bo kiedy siedziałam w gabinecie mera, odezwał się telefon. Został raniony w głowę jeden z krzemienieckiego oddziału. Nie miał hełmu. Szybko zapytałam, czy można w Polsce zorganizować jakąś pomoc medyczną. Nie nadawał się do transportu. Będzie operowany w Kijowie. -Może rehabilitacja w Polsce? – Może… Jak przeżyje…
– Chcecie wygrać tę próbę sił z sowietami?
– Oczywiście, innego wyjścia nie ma – odpowiada mi młody idealista, majdańczyk, burmistrz Krzemieńca.
– Europa wam pomoże?
– Na to liczymy, w tym nasza nadzieja.
– A jeżeli was zawiedzie?
– Nie będzie Ukrainy, wykrwawimy się do końca.
Wiem, że udało się znieść z tej ziemi małe nacje. Nie ma Mazurów, Słowińców i wielu, wielu innych języków, kultur. Ukraińcy, podobnie jak my Polacy, nawet gdybyśmy jedni i drudzy zdeterminowani gotowi byli się wykrwawić, nie wykrwawimy się do końca. Jednak nasze konflikty, niezapomniane krwawe długi to trele morele w stosunku do wroga wspólnego, który nijak nie chce być w naszej Europie człowiekiem, a Europa jak naiwna dziewoja w uczłowieczenie małpy wierzy. Nie, nie chcę obrażać Rosjan z małpą porównując, bo to tylko metafora, która ma pokazać, że mentalnie dzielą nas kulturowe przestrzenie. Ta ich przestrzeń pochłania moją ciekawość, ale dla mnie, ciemnej blondynki, ptasiego móżdżku jest otchłanią nie do pokonania. Pozostawia mnie bez złudzeń.

Lusatia alias Vita 5

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczamy budzącą ambiwalentne uczucia makietę średniowiecznego grodziska Raduš, żegnamy pełnym otuchy spojrzeniem, a może nawet miłym słowem, potężnego byka, wypracowującego dobrobyt dawnych mieszkańców osady i ruszamy na południowy wschód.

 1 byk radduschByk biorący udział w cywilizowaniu Łużyc. Aż by się chciało z zapałem zawołać: Oto symbol serbołużyckiej krzepy i pracowitości! Prasłowiański ci on! Tylko co zrobimy z sienkiewiczowskim germańskim turem w Quo Vadis? Lepiej poprzestańmy na stwierdzeniu, że zwierzątko jest sympatyczne i fotogeniczne.

 Już z daleka znów widać na horyzoncie potężne, dymiące kominy. Im bliżej, tym bardziej wielkość całego przedsięwzięcia przytłacza wędrowca. Schwarze Pumpe, czyli po serbołużycku Carna Plumpa, w pobliżu miasta Grodk (Spremberg): elektrownia spalająca, rzecz jasna, węgiel brunatny z miejscowych złóż. Przecież cały czas znajdujemy się na obszarze Łużyckiego Zagłębia Węgla Brunatnego. Uczucia – znowu ambiwalentne. Z jednej strony elektrownia urodą nie grzeszy, a okoliczne wyrobiska kopalni odkrywkowej Welzow-Süd wręcz przerażają. Ale z drugiej strony ten przemysł to praca i utrzymanie dla tysięcy ludzi. Poza tym trzeba przyznać, że tutaj robi się sporo dla ochrony środowiska: Schwarze Pumpe posiada instalację, wyłapującą niemal cały dwutlenek węgla ze spalin. Dymy nad kominami to głównie para wodna.

2 schwarze pumpeTylko z lotu ptaka można właściwie ocenić ogrom Carnej Plumpy. Dlatego Viator pozwolił sobie pożyczyć zdjęcie.

 Kopalnie i elektrownie spotkamy na trasie naszej wędrówki nie raz. Będzie okazja jeszcze o nich opowiedzieć. Tymczasem odwiedźmy Grodk. Miasto poważnie zniszczyły walki w maju 1945 roku. A potem niszczyła je odbudowa w stylu socjalistycznych blokowisk. I dlatego teraz niszczy się blokowiska, tym bardziej, że niemal jedna trzecia mieszkańców wyjechała za chlebem na zachód. Grodk wyludnił się, ale i wypiękniał. Kryje też małą ciekawostkę.

Był czas, gdy w centrum Europy rozpierało się i potężniało państwo o nazwie Cesarstwo Niemieckie (już po swym upadku nazwane II Rzeszą). Kajzerowscy geografowie wyliczyli, że jeśliby poprowadzić dwie linie, łączące skrajne punkty tego państwa – Memel (Kłajpedę) i Lörrach oraz Emden i Pless (Pszczynę), to przetną się one jak raz właśnie w Grodku. Ale już chyba nie dodawali zbyt głośno, że sam środek Cesarstwa zamieszkany był w większości wcale nie przez Niemców…

3 mittelpunktŚrodek Niemieckiej Rzeszy. Oczywiście w czasach, gdy faktycznie nim był.

Rację, po stokroć rację miał Heraklit: panta rzeczywiście rhei i nieraz bywa tak, że centrum staje się peryferią. Ale peryferie też potrafią być urocze. Na przykład wioska Sljepo (dla Niemców – Schleife), jakieś 10 kilometrów na wschód od Grodka. Przy ścianie sljepiańskiego kościoła wkopano w ziemię kilka pokutnych kamiennych krzyży. Kto i kiedy to zrobił – nie wiadomo. Ale ponieważ wszystko na tym świecie musi mieć swój sens i porządek, miejscowa ludność przechowuje podanie o tutejszym, bo pochodzącym z sąsiedniego Mulkecy (Mulkwitz) mocarnym gospodarzu, który walczył ze zbójami, zabijał ich i z tego powodu krzyże kamienne nosił. Viator nie ma jednak zamiaru przedstawiać całej historii czytelnikom. Lepiej niech sami do Sljepo przyjadą i odwiedzą ośrodek kultury serbołużyckiej. Tam dowiedzą się dokładnie, kim był Sylny Lysina, poznają też bohaterów innych wendyjskich podań i baśni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADer Starke Lysina ze sljepiańskiego ośrodka serbołużyckiego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMożna tu znaleźć więcej postaci z wendyjskiego bestiarium. Jest zmijowy kral

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…jest też plon, czyli smok.

 Smoki różnego rodzaju zajmują w mitologii Serbołużyczan miejsce szczególne. Nie może być inaczej w krainie, gdzie ziemia płonie ogniem. A płonie, bo dawno temu Jego Wysokość Lodowiec, rozpychając i ugniatając łużyckie równiny, wypchnął z głębin pokłady węgla brunatnego niemal na powierzchnię. A one utworzyły wychodnie, które często ulegały samozapłonowi. Takie zjawiska najłatwiej było zaobserwować tam, gdzie lodowiec zostawił najwyraźniejsze ślady, czyli na morenach czołowych.

Tak się składa, że kilka kilometrów na wschód od Sljepo leży taka morena. Ponoć jedna z największych na świecie: Łuk Mużakowa. Można nie skorzystać z takiej okazji? Pytanie retoryczne.

7lukmuzakowaPasmo wzgórz polodowcowych w kształcie rogala o długości 40 kilometrów. Tutaj najwcześniej na całych Łużycach odkryto i zaczęto wydobywać węgiel brunatny. Po kopalniach, już dawno nieczynnych, pozostało ponad dwieście jeziorek i stawów – na mapie widać je wyraźnie po obu stronach granicy. A tam, gdzie Nysa przełamuje się przez środek Łuku Mużakowa, na malowniczych tarasach i wzniesieniach książę Hermann von Pückler stworzył swe Zielone Królestwo.

 Wstąpmy przeto na wzgórza morenowe. Bliskość Parku Mużakowskiego i jego inspirujący wpływ czuje się tutaj wyraźnie. Czuł je niewątpliwie niejaki Friedrich Rötschke, gdy pod koniec XIX wieku obsadził niemal dwieście hektarów swej posiadłości w Kromoli (Kromlau) azaliami i rododendronami. Coś pokombinował z bazaltowymi słupami. Dwa brzegi śródleśnego stawu spiął łukiem mostu Rakotz. Efekt? Sławny Rhododendronpark Kromlau.

8 kromlau

Rakotzbrücke w parku różaneczników. Ze zrozumiałych względów najlepiej pojechać tam w maju.

 Nacieszywszy się do woli pięknem parku ruszamy dalej pasmem moreny czołowej. Po przebyciu kilku zaledwie kilometrów docieramy do miasta o poetycznej nazwie Běła Woda, szerzej znanego jako Weisswasser.

9 weisswasserDwujęzyczny napis na budynku dworca kolejowego. Wszystko jasne, tylko co znaczy to O/L?

 Ani się spostrzegliśmy, że po drodze, gdzieś w okolicach Sljepo, wjechaliśmy na Górne Łużyce. Przypomni nam o tym napis na dworcu kolejowym. O/LOberlausitzBěła Woda na Łużycach Górnych.

10 kanalisationDla porównania: mała retrospektywa z miejsca, gdzie zaczęła się nasz podróż. Sorau N/L to oczywiście Sorau Niederlausitz. Takich płyt zachowało się w mieście sporo. Dekady minęły, granice przesunęły się, a one trwają na posterunku.

Przywitała nas Hornja Łužica moreną czołową oraz krzewami rododendronów. I odtąd, wiadomo, napięcie będzie rosnąć.

Lusatia alias Vita 4

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Jako się rzekło tydzień temu, pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji, sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Ale ruchliwe i gwarne centrum to nienajlepsze miejsce do snucia takich refleksji. Kierujemy się przeto na zachód i, mijając zieloną oraz spokojną dzielnicę Žylow (po niemiecku Sielow), docieramy na peryferie stolicy Dolnych Łużyc. Horyzont znaczony jest wielkimi kominami potężnych elektrowni, spalających węgiel brunatny z miejscowych bogatych złóż. My jednak, przynajmniej na razie, poniechamy tych obiektów. Przyjdzie czas i na nie, lecz dziś naszym celem jest leżąca wśród łąk i lasów niewielka wioska Dešno, przez Niemców nazywana Dissen.

Zwykle bywa tak, że gdy język związany ze słabszą kulturą wypierany jest przez mowę i cywilizację silniejszą, a przy tym ekspansywną, najdłużej opór takim procesom stawiają regiony wiejskie. Dlatego, o ile w Chóśebuzu ciężko byłoby nam spotkać kogoś, z kim można porozmawiać po serbołużycku, w Dešnje jest to całkiem prawdopodobne. Ba, jeszcze w połowie ubiegłego wieku większość mieszkańców wioski porozumiewała się w tym właśnie języku! Ślady serbskiej spuścizny można spostrzec bez najmniejszego problemu. W centrum osady ma swój pomnik pastor, językoznawca i działacz społeczności wendyjskiej, Bogumił Šwjela. Tutejsza świątynia ewangelicka kryje szereg serbołużyckich inskrypcji. Tuż obok kościoła znajduje się niewielkie, ale naprawdę interesujące muzeum regionalne, zaś wiejska świetlica nosi nazwę Serbski dwór.

spreewald (1)Jeden z licznych napisów na emporze dešanskiego kościoła. Forma cokolwiek germańska, ale treść jak najbardziej serbołużycka!

Mieszkańcy Dešna, podobnie jak wielu innych okolicznych wsi i miasteczek, mają zazwyczaj świadomość swych serbołużyckich korzeni, kultywują noszenie strojów regionalnych i celebrują stare obyczaje oraz święta. Niestety, w zdecydowanej większości nie potrafią się już posługiwać językiem przodków. Pokolenie czterdziesto – pięćdziesięciolatków niekiedy jeszcze sporo z tej mowy rozumie i potrafi ułożyć w niej kilka zdań, ale młodsi, w jakikolwiek sposób znający język serbołużycki, to prawdziwy rarytas. Czemu tak się dzieje? Ano dlatego, że historia była dla tego ludu wybitnie mało łaskawa, a i współczesność nie jest dużo lepsza. Wiele czynników złożyło się na to, że na przestrzeni wieków Serbołużyczanie powoli, ale systematycznie podlegali procesowi wynarodowienia. Przede wszystkim znaczna przewaga demograficzna, polityczna, militarna, gospodarcza i kulturalna sąsiednich narodów, zwłaszcza Niemców, ale również Czechów i Polaków. To ona sprawiła, że Łużyczanie (o czym już Viator wspominał) nigdy nie stworzyli swego państwa. Dodajmy do tego epizody zupełnie oficjalnej, zarządzanej przez władze państwowe germanizacji, na przykład w czasach Bismarcka, ale zwłaszcza w okresie III Rzeszy, gdy proces ten przybrał wyjątkowo brutalną i krwawą postać. Nie można też zapomnieć o zalegających pod niemal całymi Łużycami złożach węgla brunatnego, którego eksploatacja, prowadzona zwykle metodą odkrywkową, spowodowała zniknięcie z powierzchni ziemi wielu wendyjskich wsi. O tym dramatycznym aspekcie dziejów Łużyc opowie jeszcze Viator znacznie dokładniej. Na koniec wspomnijmy o innej pladze, która dotyka w ostatnich latach nie tylko Łużyce, ale całą Saksonię i Brandenburgię: bezrobocie, które spowodowało masowy odpływ ludności, zarówno niemieckiej jak łużyckiej, do zachodnich landów.

Wygląda na to, że wszystko się przeciw nim sprzysięgło, ale Serbowie nie składają broni. Do końca. Po serbołużycku wciąż ukazują się książki i prasa, stacje radiowe nadają programy, w Budyšinje działa teatr wystawiający sztuki w języku górnołużyckim. Od pewnego czasu w kilku tutejszych przedszkolach prowadzony jest projekt Witaj, mający na celu naukę i przywrócenie mowy najmniejszego słowiańskiego narodu. Na przykład źěśownia (przedszkole) Mato Rizo, znajdująca się w Žylowje, wspomnianej już dzielnicy Chóśebuza, gdzie Viator miał okazję oglądać wzruszający obrzęd Ptaškowej swajźbyPtasiego Wesela, o którym opowie, gdy przyjdzie na to czas, czyli pod koniec stycznia.

Także w Dešnje, podczas jednej ze swych licznych wędrówek, mógł się Viator przyjrzeć działaniom pasjonatów, walczących o przetrwanie języka serbołużyckiego. Serbski dwór gości od czasu do czasu imprezę nazwaną malowniczo Pójsynoga (czyli nasza swojska Powsinoga). Na jedną z nich trafił niegdyś wędrowiec. Całkiem spora sala była wypełniona szczelnie; niestety, zdecydowana większość zgromadzonych prezentowała wiek, by tak rzec, mocno emerytalny. Na szczęście były też jaskółki zwiastujące zmiany.

spreewald (2)Zespół śpiewaczy na Pójsynodze. Istotne jest nie to, że ci młodzi mężczyźni pięknie śpiewają tradycyjne pieśni serbołużyckie. Znacznie ważniejszy wydaje się fakt, iż także między sobą swobodnie i w sposób całkowicie naturalny porozumiewają się w tym języku.

spreewald (3)

Dziecięce zespoły folklorystyczne zawsze są przyjmowane na Łużycach bardzo ciepło. Dla porządku musi Viator dodać, iż te dzieci przyjechały z innego regionu etnograficznego. W Sljepo, na pograniczu Górnych i Dolnych Łużyc, skąd pochodzą, nosi się zupełnie inne stroje niż w Dešnje. Ale cierpliwości, odwiedzimy i Sljepo.

Wielu ciekawych opowieści miał okazję wysłuchać Viator, rozmawiając działaczami łużyckich organizacji. Dla większości z nich na przykład język serbołużycki jest drugim. Był czas, że wendyjscy rodzice, chcąc ułatwić swym dzieciom start w dorosłe życie i awans zawodowy, uczyli ich od najwcześniejszych lat mówić wyłącznie po niemiecku. Jednak, jak widać, jakaś tajemnicza siła i piękno muszą tkwić w hornjoserbšćinje oraz w dolnoserbskeje rěcy, skoro oni dobrowolnie, bez żadnych utylitarnych korzyści do nich powrócili i przyjęli za swoje.

Rzecz w tym, by znaleźli jak najliczniejszych naśladowców. Inaczej język serbołużycki umrze, jak tyle innych przed nim. Byłaby to niepowetowana strata. Przykład Zielonej Wyspy świadczy co prawda o tym, że można być gorącym irlandzkim patriotą, nie znając ani słowa po gaelicku, ale z kolei Walijczycy udowodnili, że umierający język może zmartwychwstać.

kajakispreewaldJeden z tych przebudzonych Serbołużyczan rzekł kiedyś Viatorowi podczas wspólnej wizyty w Dešnje: Weź łopatę i zacznij tu gdziekolwiek kopać; po wykopaniu drugiej porcji ziemi spójrz – dołek napełni się wodą, bo grunt tutaj nabrzmiały jest wilgocią jak gąbka. Nic dziwnego: kilka kilometrów na zachód od wioski zaczyna się niezwykła kraina, jedyne takie miejsce na świecie. Błota, czyli Spreewald.

Swe istnienie zawdzięczają Błota wielkiemu kreatorowi pejzażu, Jego Wysokości Lodowcowi. To on poszarpał koryto Szprewy i zmienił je w sieć kanałów, strumieni i odnóg rozmaitej szerokości, biegnących w różnych kierunkach, krzyżujących się ze sobą i tworzących prawdziwy labirynt wodnych dróg. Można po nich pływać na dystansie niemal tysiąca kilometrów.

Aż tyle Viator nie pokonał, ale swoje przepłynął i zobaczył. Płynął wśród trzcin i zarośli. Mijał gęste lasy. Widziane z perspektywy kajaka odkrywają zupełnie inne, nieznane, nieprzewidywane nawet, oblicze.

Kiedy kanał wpływa na teren wioski lub miasteczka, na brzegu, podobnie jak na poboczach dróg, znajduje się tablica z nazwą miejscowości. Zresztą, do niektórych z nich aż do lat trzydziestych XX wieku można się było dostać jedynie łódką. Związek osad z wodą jest niemal organiczny, co znajduje swój wyraz w architekturze: rzadko ma się okazję oglądać domostwa tak harmonijnie i pięknie wkomponowane w krajobraz. Całe szczęście, że zachowało się jeszcze tak wiele spośród tradycyjnych, drewnianych chat Serbów Łużyckich z Błot.

spreewald (4)Płynie wśród nich Viator i myśli sobie, że właściwie bez żalu można pożegnać ten potencjalny polski zamek królewski w Chóśebuzu, o którym była mowa tydzień temu. Ale Błot naprawdę szkoda… Czarodziejska kraina, Arkadia, gdzie śluzy obsługuje młodzież gimnazjalna, chcąca sobie zarobić podczas wakacji kilka centów. Żal, że zdobycz Chrobrego nie okazała się trwała!

A jeśli chcemy sobie wyobrazić, co takiego właściwie zdobył książę Bolesław, po wizycie w Spreewaldzie koniecznie musimy się udać kilka kilometrów na południe, w okolice miasta Wětošow (Vetschau), gdzie w szczerym polu stoi replika średniowiecznego serbołużyckiego grodu: Slawenburg Raddusch.

spreewald (5)Serbołużycki Raduš z czasów Chrobrego tak właśnie musiał wyglądać. Typowe dla Słowian zachodnich grodziszcze: wał ziemno-drewniany o konstrukcji hakowej. Pani Archeolog, czy Viator czegoś nie pomieszał?

Na zewnątrz wrażenie jest duże, ale gdy zdobędziemy fortyfikacje, musimy się przygotować na zawarcie niezbędnego kompromisu z wymogami współczesności.

spreewald (6)

Imponujące obwarowania to właściwie skorupa, kryjąca nowoczesne wnętrze, służące działalności edukacyjnej oraz eventowej. Cóż, lepiej już tak, niż w ogóle.

I tak nadeszła chwila, gdy trzeba pożegnać Dolne Łużyce. Kierunek południe! Hornja Łužica czeka ze swymi tajemnicami. Jak to mówią różni zachwalacze: Naprawdę warto! Naprawdę!

Lusatia alias Vita 3

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczając brühlowskie Brody kierujemy się na zachód. Znowu bór, aż do samej Nysy Łużyckiej. Kilkanaście kilometrów lasów i ani jednej wioski. Ale nawet gdybyśmy natknęli się na jakąś osadę, na pewno nie spotkalibyśmy w niej żadnego Serbołużyczanina. Czasem można spotkać się z opinią, że na prawym brzegu Nysy, przynajmniej w jej dolnym, północnym biegu, już od końca XIX wieku nie było Wendów – zasięg słowiańskich języków łużyckich na przestrzeni wieków powoli, ale nieubłagalnie się kurczył. To prawda, lecz nie do końca. Jeszcze w roku 1937 młody student (późniejszy słynny górnołużycki historyk oraz etnograf) Frido Mětšk, w relacji z wyprawy rowerowej stwierdził, że na obszarze pomiędzy miastami Muskau, po łużycku Mužakow oraz Triebel, czyli łużyckim Trjebula (współcześnie Trzebiel), około 20 km na południe od miejsca, gdzie się znajdujemy w naszej podróży, wciąż żyli ludzie mówiący po serbołużycku. Niestety, po roku 1945 kochana Władza Ludowa, z delikatnością słonia w składzie porcelany wszystkich Serbów, jako obywateli III Rzeszy, hurtem wysiedliła za Nysę. Podobnym wyrafinowaniem zabłysnęli zresztą nowi włodarze także wobec Warmiaków, Mazurów czy Słowińców. Efekty znamy.

A mogło być inaczej! Mało kto słyszał o fascynującym epizodzie z dziejów polskich Łużyc, czasem nazywanym Akcją „Mužakow”. Z inicjatywy wysiedleńców, reprezentowanych przez organizację Domowina, przy wsparciu polskich środowisk sorabistycznych, w latach 1946-47 prowadzono intensywne działania mające doprowadzić do powrotu niesłusznie wysiedlonych i utworzenia w Polsce serbołużyckiej gminy ze stolicą w Mużakowie, czyli współczesnej Łęknicy. Sprawę rozpatrywano już na szczeblu ministerialnym i to w kilku ministerstwach na raz. Pomysł był całkowicie realny. Zabrakło… czego? Determinacji? Zrozumienia decydentów? Przysłowiowego łutu szczęścia? Nie wyszło. Szkoda…

Tak sobie dumamy, aby zająć myśli podczas długiej podróży przez las. Gdybyśmy skierowali się kilka kilometrów w lewo, dotarlibyśmy do ukrytego wśród drzew tajemniczego miasteczka ruin. System kilkudziesięciu budynków, połączonych siecią utwardzonych dróg. To pozostałości potężnego zakładu chemicznego, Deutsche Sprengchemie GmbH, produkującego przede wszystkim na potrzeby wojskowe, wojenne właściwie. Mimo tego że zbudowano go na uboczu, wśród lasu, jego lokalizacja nie była dla aliantów żadną tajemnicą. W pewnym momencie także zasięg anglosaskich bombowców przestał być problemem. A jednak ta fabryka śmiercionośnych materiałów wybuchowych nigdy nie stała się celem nalotów! Przyczyny tego nie są ani strategiczne, ani taktyczne, ani romantyczne nawet, a jedynie do bólu prozaiczne: w przedsiębiorstwo był zaangażowany amerykański kapitał. Armia bała się ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. Nieprawdopodobne? Ależ skąd. Taki Henry Ford na przykład (postać może i zasłużona dla racjonalizacji procesu produkcyjnego, ale w sumie persona szemrana i ponura) uzyskał od rządu USA wielomilionową rekompensatę za swą fabrykę zniszczoną podczas wojny w Niemczech. A że tam ginęli amerykańscy chłopcy? Sorry Winnetou, biznes jest biznes. Ale ta Ameryka… powiedzcie sami: fantastic country!

Jednak my fabryki nie odwiedzimy, choć pokusa jest silna. Miejsce to bowiem niebezpieczne i pochłonęło już wielu poszukiwaczy oraz badaczy różnej maści. Kilkanaście lat temu głośno było o dwóch studentach geografii, którzy w zdradliwych ruinach znaleźli śmierć. Lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że naszym oczom ukazują się jakieś zabudowania.

Miastem leżącym najbliżej fabryki jest Forst, czyli serbołużycki Baršć. Od wieków rozciąga się na lewym brzegu Nysy, ale w roku 1921 zbudowano od podstaw dzielnicę prawobrzeżną, czyli Berge. Urbaniści odpowiedzialni za to zadanie wykazali się dobrym gustem: zaraz za mostem zaprojektowali plac (nie ich wina, że po kilkunastu latach nadano mu nazwę Horst Wessel Platz) z którego, na kształt gwiazdy, rozchodziło się kilka ulic.

cottbus (1)Forst – Berge, Horst Wessel Platz. Nie tylko układ przestrzenny, ale i architektura są tu przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.

Odwiedzimy to urocze miejsce? Désolé! Jeszcze raz mamy możność delektowania się dokonaniami Władzy Ludowej. Całe Berge, do fundamentów, zostało rozebrane w pierwszej dekadzie powojennej: wszak Stolica dźwigająca się z gruzów potrzebowała cegły! A znajdująca się tu dziś wioska Zasieki to kilka domów oraz stacje benzynowe i mały bazar, nastawiony na gości zza rzeki. Tą samą drogą, którą oni tutaj przybywają, my udamy się tam: przejeżdżamy zbudowany kilkanaście lat temu most, a następnie mijamy pozostałości przejścia granicznego – świadectwo słusznie minionej w dziejach Europy epoki.

Forst, miasto nazwane w XIX wieku Małym Manchesterem, równie dobrze mogłoby nosić miano Małej Łodzi: intensywny rozwój przemysłu włókienniczego przyniósł okolicznej ludności dobrobyt, ale też pozostawił, łatwo dostrzegalny miejscami i dzisiaj, typowy krajobraz industrialny.

cottbus (2)Czy można było niektóre sceny Ziemi Obiecanej nakręcić tutaj? Czemu nie!

Mówią, że pieniądze to nie wszystko. Coś w tym stwierdzeniu musi być. Mieszkańcy Forstu mieli pracę, a więc i zapewniony byt. Ale, jako się rzekło, nie samym chlebem człowiek żyje! Gdy nie ma lęku o chleb i dach nad głową, człowiek zaczyna tęsknić za pięknem. Bo tak do głębi i naprawdę (przyczyny bezpośrednie były trochę inne, ale bez drobiazgowości!) tylko w ten sposób można wytłumaczyć fakt, że szare i surowe miasto przemysłowe stało się siedzibą czarodziejskiego ogrodu, czyli sławnego Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego.

cottbus (3)Ostdeutsche Rosengarten Forst (Lausitz): 16 hektarów zieleni, ponad 800 gatunków róż, pergole, fontanny i rzeźby, niektóre naprawdę wysokiej klasy artystycznej (Viator osobiście proponuje odwiedzić posąg Żurawi). Oaza pośród przemysłowej pustyni.

Gdy uda nam się już wyplątać z pułapki, jaką do wzroku i powonienia jest różany ogród (bo w ogrodzie rośnie pnącze, w krzewach róży świat się plącze…), kierujemy się znowu na zachód. Przed nami dumny Chóśebuz. Stolica i centrum Dolnej Łužycy. Gdzie, jeśli nie tutaj, szukać Serbołużyczan!

cottbus (4)-5Oto najszybciej rzucające się w oczy świadectwo tego, że znajdujemy się na Łużycach: tablice z nazwami miast oraz ulic są dwujęzyczne.

Byłoby o czym opowiadać. W mieście znajduje się łużyckie centrum kulturalne z bogatą biblioteką (Viator nie raz miał okazję korzystać z jej zasobów), Muzeum Wendyjskie oraz gimnazjum serbołużyckie. Ale jaki w tym sens: każda z wymienionych instytucji prowadzi stronę internetową, gdzie Czytelnicy tego reportażu poetyzującego uzyskają informacje o wiele bardziej profesjonalne, niż te, których może im dostarczyć Viator – li i jedynie amator.

Z tego samego względu nie opowie wędrowiec o zabytkach wielowiekowej historii: niewiele się ich zachowało po alianckich nalotach – w Cottbus amerykański kapitał najwyraźniej nie inwestował – ale są i warto je odwiedzić. Wspomni jedynie Viator o pięknym, nowoczesnym gmachu biblioteki Uniwersytetu Technicznego (niech Czytelnik powędruje TU – warto!). Ale dwóch refleksji sobie nie podaruje!

Na wschodnim krańcu Starego Miasta, na niewielkim wzgórzu, wznosi się kompleks budynków sądowych. Nie zawsze jednak tak było. To przecież Góra Zamkowa, niegdyś wznosił się tu najpotężniejszy serbołużycki zamek. Gdy Bolizavus Luzici denuo occupat, obsadził fortecę na kilkanaście lat polską załogą. Co więcej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, tutaj właśnie wstąpił Chrobry w związek małżeński z margrabianką Odą Miśnieńską.

cottbus (6)Wzgórze Zamkowe. Kto wie, gdyby historia Łużyc potoczyła się inaczej, może stałby tutaj zamek królów polskich? Pomarzyć zawsze można…

Drugą refleksję snuje Viator przede wszystkim z myślą o tych Czytelnikach, którzy wytrwale, z podziwu godnym samozaparciem, śledzą regularnie jego teksty. Jakiś czas temu, gdy opowiadał historię księcia Hermanna von Pückler oraz Dzieweczki z Abisynii, nieszczęsnej Machbuby (TU i TU), pozwolił sobie na taką uwagę: aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być”. I oto nadszedł czas by zmięknąć i pofolgować rozświerzbionemu jęzorowi! Na peryferiach Stolicy Dolnych Łużyc, w dzielnicy Branitz (czyli Rogeńc po serbołużycku), znajduje się, kolejne po Parku Mużakowskim, dzieło Zielonego Księcia: Branitzer Park. Tam osiadł Książę po mużakowskim bankructwie, tam, niepoprawny marzyciel, stworzył kolejny park krajobrazowy i tam, dokonawszy żywota, został pochowany wraz z żoną – nieżoną Lucie von Pappenheim. I to gdzie!

Piramida – wyspa na stawie w Parku Branitz. Tu spoczywa Zielony Książę. Najefektowniej miejsce to prezentuje się jesienią. Jako, że Viator nie dysponuje taką fotografią, pozwolił sobie skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci.

 Pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Jednak, by nie zanudzać Czytelników, opowie o niej Viator za tydzień. Zaprosi też wytrwałych w miejsce całkowicie wyjątkowe, można powiedzieć: łużyckie Crème de la Crème!

Łużyce wciąż czekają!

Tomasz Fetzki

Lusatia alias Vita 2
reportaż poetyzujący

Kierunek północny zachód! Po prawej stronie widać w oddali wieżę lubanickiej świątyni. Ale o niej, o pastorze Mikławšu i jego serbołużyckim Nowym Testamencie już kiedyś Viator TU opowiadał, dlatego tym razem się tutaj nie zatrzymamy. Jasne, nie ma Łużyc bez Serbów Łużyckich! Ale cierpliwości, będą jeszcze Serbowie. I to nie raz.

A wokół lasy i lasy. Bory sosnowe zazwyczaj, bo takie się na piaszczystych glebach łużyckich najlepiej udają. Gdzieniegdzie wśród tych borów wiją się mniejsze i większe strumyki, potoki i rzeczki. Zaraz za Lubanicami można się natknąć na jedną z nich. Jakiś czas powędrujemy wzdłuż jej nurtu. Nie tylko z tego powodu, że jest ładna. Raczej dlatego, że odegrała istotną rolę cywilizacyjną. Brzmi to może nieco górnolotnie, ale rzeczywiście tak było. Przekonamy się już niedługo.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALubsza, niekiedy Lubicą zwana.

Idzie Viator borem lasem. Żywiczne zapachy wdycha. Meandrującą Lubszę obserwuje. Zamyśla się: meandry, meandry… bieg historii Łużyc zaiste był meandryczny! Plemiona serbołużyckie nigdy nie znalazły w sobie dość siły i determinacji, aby stworzyć odrębny, samodzielny organizm polityczny. Tym bardziej, że nie były jednorodne, nawet językowo. Mówimy o Dolnych i Górnych Łużycach, ale przecież te Górne to tak naprawdę ziemia ludu Milczan. Każdemu, kto choć w miarę uważał na lekcjach historii, gdzieś tam z tyłu głowy pozostał związek frazeologiczny: Milsko i Łużyce. Dolnołużyczanie posługiwali się językiem zbliżonym do polszczyzny, zaś Górnołużyczanin, czyli Milczanin, znacznie łatwiej porozumiałby się z Czechem. Na szlaku naszej podróży jest zarówno Dolna Łužyca (w tej chwili na niej się właśnie znajdujemy) jak i Hornja Łužica, więc będzie jeszcze okazja przyjrzeć się sprawie dokładniej.

Nigdy przeto nie powstało państwo łużyckie, a ziemia ta na przestrzeni wieków wielokrotnie zmieniała swą przynależność polityczną. Często i w różnych konfiguracjach była Lusatia poprzecinana wzdłuż i wszerz granicami księstw, królestw, a nawet cesarstw. Powoli, ale nieubłagalnie, podlegali też Wendowie procesowi wynarodowiania. Dziś już naprawdę niewielu ludzi mówi którymś z języków serbołużyckich. A co będzie za kilkadziesiąt lat? Dlatego przemierzamy Łużyce, póki nie jest za późno.

Ale zmiana granic i języków, jaką przyniósł za sobą rok 1945, to jednak coś całkowicie innego. To metamorfoza radykalna. Granica na Nysie rozdarła Łużyce bardziej dotkliwie, niż wcześniejsze kordony. Teraz ta rana zaczyna się zabliźniać, obie części krainy zrastają się, choć inaczej, niż kiedyś; rodzi się zupełnie nowa jakość. Taki Viator na przykład – Polak, a równocześnie czuje się Łużyczaninem. Kiedyż wcześniej ludzie tak się identyfikowali? Litwo, ojczyzno moja…

Przypadł więc Polsce wąski pas Łużyc. Historia niechcący wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego: na niewielkim obszarze możemy, jakby w miniaturze, obejrzeć efekty różnych procesów dziejowych. Cywilizacyjnych, jako się rzekło. Dlatego właśnie ruszyliśmy z biegiem Lubszy. Panie, Panowie: oto Miasto w Trzech Odsłonach!

Najlepiej byłoby rzecz ująć chronologicznie. Ale cóż poradzić! Jako pierwszy spotykamy na naszym szlaku gród drugi pod względem wieku. Lubsza wpływa do Jasienia – miasta, które właśnie rzece zawdzięcza swe istnienie. Początkowo była tu tylko serbołużycka wioska Gaśyn. Ale przyszła Wojna Trzydziestoletnia, okolica wyludniła się. A w tym samym czasie ze Śląska masowo uciekali protestanci, prześladowani przez arcykatolickich Habsburgów. Co więc mamy? Rzekę, mogącą poruszać młyny, tartaki i inne warsztaty, świetnie wykwalifikowanych rzemieślników, gotowych przybyć i się osiedlić oraz granicę tuż obok (gdy ją będziemy przekraczać, opowie i o niej Viator), a więc perspektywy lukratywnego handlu. Grzechem by było nie skorzystać. Toteż właściciel tej ziemi, Rudolf von Bunau, wykorzystał szansę, lokując nowe miasto – Gassen.

Odsłona Pierwsza: prywatne miasto gospodarcze. Z woli arystokraty powstało, na jego dobrobyt pracowało i jemu całkowicie było podporządkowane. Żadnych samorządów. Żadnej zażyłości z Panem. I żadnych funkcji obronnych. Znalazło to odzwierciedlenie w układzie przestrzennym: pałac wraz z folwarkiem w pewnym oddaleniu od osady, sieć ulic nie odzwierciedlająca żadnej szczególnej koncepcji urbanistycznej oraz brak jakichkolwiek fortyfikacji. Natomiast rynek bardzo ciekawy, w rzadko stosowanym kształcie trójkąta. Najlepiej spojrzeć na to z góry.

Lubsza (2)

Ambicją Viatora jest używanie wyłącznie własnoręcznie wykonanych zdjęć. Ale czasem się po prostu nie da. Oto Gassen z lotu ptaka (do współczesnej fotografii Viator nie dotarł). Trójkątny rynek widać jak na dłoni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARaz jeszcze Lubsza przyczyniła się do rozwoju miasta dwa wieki później, w epoce industrialnej. Korzystając z jej pracowitego nurtu niejaki Theodor Flöther założył kuźnię, która rozrosła się potem w sporą fabrykę. To był początek jasieńskiego przemysłu.

Tablica upamiętniająca dwusetną rocznicę miasta Gassen. Data 1660 to rok lokacji, zaś 1855 to narodziny przemysłu. Jak widać, mieszkańcy w nim upatrywali swą świetlaną przyszłość.

X

X

Po roku 1945 Gassen stał się Jasieniem. Ale ślady dawnych czasów można tu bez problemu odnaleźć. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie. Viator wie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPrzed wojną, jak głosi napis, była tu siedziba miejskiej straży pożarnej. I tak zostało do dziś.

Rzeka dalej zdąża na północny zachód. A my wraz z nią. Jasień i kolejne nadlubszańskie miasto dzielą tylko trzy kilometry. Ale przez kilkaset lat to były inne światy. Od 1482 do 1815 roku obie osady dzieliła granica państwowa. Mieszkańcy Jasienia byli poddanymi elektorów saskich, zaś Sommerfeld przynależał do Brandenburgii. Dopiero Kongres Wiedeński zmienił ten stan rzeczy. Saksonia, ukarana za alians z Napoleonem Bonaparte, utraciła Gassen (jak również Sorau, z którego wyruszyliśmy) na rzecz sąsiedniej Brandenburgii, de facto Prus.

Sommerfeld, czyli serbołużycki Žemŕ (albo Zemsz), także zawdzięczał swe istnienie Lubszy, ale z innego powodu. Jakiego?

Odsłona Druga: średniowieczne miasto lokacyjne. Powstało na miejscu starego plemiennego grodu, wykorzystującego wody oraz bagniska Lubszy dla wzmożenia swych walorów obronnych. Zgodnie z zasadami lokacji na prawie magdeburskim, Sommerfeld został ciasno otoczony murami obronnymi (zaś Lubsza ze swymi odnogami pełniła rolę miejskiej fosy), ulice, dla ekonomicznego wykorzystania niewielkiej przestrzeni, tworzyły regularną siatkę, zaś w centrum wytyczno rynek, na którym wzniesiono siedzibę miejskiego samorządu i symbol autonomii prawnej – ratusz. Jasień takowego nie posiadał.

Lubsza (5)

Serce Viatora jako ptak ku górze wzlatuje, ale reszta za nim podążyć niezdolna. Drugi raz trzeba więc było zapożyczyć zdjęcie. Widać na nim wyraźnie, jak Lubsza wpłynęła na układ przestrzenny miasta. Widać też, w centrum, ratusz i kościół farny.

Ten ratusz i kościół to jeden z najciekawszych historycznych zespołów architektonicznych, jakie miał okazję oglądać Viator. Popatrzmy razem: w świątyni, wzniesionej wedle reguł stylu gotyckiego, dominują linie pionowe, wertykalnie ku Bogu kierujące. Zaś ratusz, w czasach renesansu zbudowany, eksponuje linie poziome, horyzontalnie i humanistycznie wiodące do Człowieka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAInne style, inne epoki, inne ideały. A całość, mimo to, zadziwiająco harmonijna.

Po II Wojnie Światowej zamierzano powrócić do serbołużyckiej nazwy Zemsz. Ostatecznie jednak, ze względu na rzekę domową, miasto nosi nazwę Lubsko.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATyle pozostało po dawnym mianie.

My zaś żegnamy się z Lubszą, ale nie odchodzimy daleko. Po pokonaniu niecałych dziesięciu kilometrów stajemy przed bramą kolejnego miasta.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABramy były trzy. Ocalała jedna.

Odsłona Trzecia: barokowe miasto rezydencjalne. Stanowiło aneks do rozległego zespołu pałacowo – parkowego. Miało olśniewać i głosić chwałę Właściciela. Stąd bramy tryumfalne, stąd też szerokie ulice, zamknięte dominantą widokową.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWszystkie drogi prowadzą do… pałacu.

Na realizację takiego przedsięwzięcie trzeba było sum astronomicznych. Ale twórca i władca Pförten miał dość pieniędzy. Hrabia Heinrich von Brühl (świetnie znany czytelnikom powieści Kraszewskiego) był zausznikiem, faworytem i złym duchem Augusta Mocnego, jego pierwszym ministrem oraz kolekcjonerem stanowisk i tytułów, który sztukę korupcji opanował w stopniu mistrzowskim. Kanalia, przy której większość współczesnych polityków jawi się jako banda niezdarnych amatorów, nie miała żadnego problemu z dostępem do funduszy, tak legalnych, jak i zdefraudowanych. Koszty nie grały roli, a efekty widać do dziś.

Lubsza (10)Raz jeszcze musiał skorzystać Viator z zasobów Wielkiej Sieci, ale chyba warto było. Tylko tak barokowy układ przestrzenny jawi się w pełnej krasie.

Mimo tego, że pałac popadł po wojnie w ruinę, park zarósł, a gród (nazwany przez Polaków Brodami) utracił prawa miejskie, wizja von Brühla i kunszt architekta, Johanna Christopha Knöffela, nadal nie pozwalają przejść obojętnie.

W drogę, Łużyce wciąż czekają!

Łużyce czyli Lusatia

Tomasz Fetzki
… alias Vita 1
reportaż poetyzujący

Niektórzy to mają dobrze: na warsztat biorą sobie Camino de Santiago. A tam? Aż gęsto od znaczeń i kontekstów. Roją się egzotyczne persony, krajobrazy zmieniają jak w kalejdoskopie. Pielgrzymka jako metafora, życie jako wędrówka… po kres, po Cabo Finisterra… Czego więcej może chcieć literat?

Viatora wysyłają tymczasem na pustkowia oraz bezdroża. I każą pisać. O Łużycach. Zaś Łużyce, wiadomo, to kresy kultury, pobocze historii i dzikie pogranicze. Piachy albo, do wyboru, błota. Trudne zadanie dostał wędrowiec, lecz nie bez przyczyny. Ci, którzy go pchnęli w tę podróż wiedzą, że Łużyce to jego kraina rodzinna, którą kocha i wciąż od nowa odkrywa. A tym, co odkrywa, mógłby się podzielić – zasugerowali ci tajemniczy Oni.

Właściwie dlaczego nie? Ale jak sprostać temu wyzwaniu? Zaryzykujmy, niebezpiecznie zbliżając się do grafomanii, taką oto przenośnię: peregrynacja po szarych i przaśnych Łużycach jako droga do własnego wnętrza – pozornie znanego i nieefektownego, a przecież pełnego niespodzianek i zadziwień. Ba, czasem nawet człowiek się natknie na perłę, którą gdzieś tam w głębi, nie wiedząc o tym nawet, piastuje! Może być? Metafora zużyta co prawda, ale widocznie nośna, skoro tak intensywnie używana…

Niech przeto nie spodziewa się Czytelnik systematycznego wykładu geografii, historii czy kultury Łużyc – od tego ma Wielką Sieć i coraz bogatszy wybór książek. Niech nie oczekuje bedekera, kompetentnie i wyczerpująco opisującego atrakcje turystyczne rozsiane między Kwisą i Łabą, a przy tym zachęcającego namolnie do ich odwiedzenia. Tego Czytelnik tu nie uświadczy. Cóż więc „uświadczy”?

Viator zaprasza na wspólną wyprawę do miejsc, które są dla niego, z różnych skądinąd powodów, bliskie i ważne. Ich wybór jest, jak mówią, autorski, może więc zaskoczyć obecnością tego, a brakiem tamtego. Trudno – wszak sama Ewa Maria orzekła niedawno: no risk, no fun!

A teraz szczypta patosu: kto gotów, niech rusza z Viatorem, aby przez kilka najbliższych wtorków, po obu stronach granicy, penetrować tajemnice Łużyc: ojczyzny kilku ludów i języków, krainy rzekomo bliskiej, a przecież osobliwej, niby prozaicznie przewidywalnej, a wciąż zaskakującej – jak dusza każdego z nas! Ufff, wystarczy… na wysokim diapazonie łatwo sobie zedrzeć gardziołko, a tyle jest do opowiedzenia.

**********************************

Na początek Żary. Tu rozpoczął Viator swą ziemską wędrówkę i tutaj jest jego miejsce pod słońcem. A ma to miejsce tradycję długą, bo ponad tysiącletnią! Tak przynajmniej świadczy notatka, jaką umieścił w swej kronice Thietmar.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATablica na żarskim ratuszu, głosząca, iż roku pańskiego tysięcznego i siódmego Bolesław Chrobry na nowo zajął (…) kraj Żarowian.

 Nie wspomina co prawda biskup Meresburga o mieście Żary, lecz o terytorium serbołużyckiego plemienia Zara, jednak, o czym zgodnie świadczą znawcy tematu, plemię takie musiało mieć siedzibę obronną, gród będący protoplastą współczesnego city. Zresztą miasto, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, też ma bogatą, siedemset pięćdziesięcioletnią historię. Żary lokowano na prawie magdeburskim zaledwie trzy lata później niż Kraków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOd kilkuset lat nad miastem czuwają średniowieczne wieże. Niemcy zwali je Die Drei Getreuen. Jak to przetłumaczyć: Trzech Strażników? Trzech Opiekunów? A może – Trzy Piastunki?

 Ale w ciągu tego millenium dziejów miasto nigdy, aż do roku 1945, nie było językowo (bo politycznie różnie się plotło: Bolizavus denuo occupat…) polskie. Początkowo mieszkali tu Serbowie Łużyccy (specjaliści żachną się, dowodząc, iż teren plemienia Zara to obszar przejściowy, pograniczny, dolnołużycko-lechicki; niech i tak będzie, lecz język ewidentnie polski zakrólował tu dopiero po ostatniej wojnie), ale z czasem, dość szybko, samo miasto stało się niemieckie; jednak w okolicznych wioskach jeszcze długo brzmiała mowa słowiańska.

Inna sprawa, że Polacy docierali i tutaj: choćby kilkadziesiąt rodzin z Pszczyny, których w XVIII wieku do Żar sprowadził hrabia Erdmann II von Promnitz – właściciel obu tych miast. Zostały po nich ślady w nazewnictwie obiektów miejskich. Najsłynniejszy z nich to Kornaczewskihaus – najstarsza zachowana kamienica mieszczańska i jedna z pierwszych, wzniesionych extra muros z trwałych materiałów, nie z drewna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARenesansowa Kamienica Kornaczewskich. Ród przybyły ze Śląska zamieszkiwał ją aż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. A w tle: dwie Piastunki.

Tyle, że te polskie akcenty to epizody, dodatki, aneksy. A trafiały się też żydowskie, francuskie, zdarzył się nawet szkocki. Lecz „rdzeń” pozostawał teutoński, był trwały i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale czyż masz coś trwałego na tym łez padole? Przyszedł pamiętny dzień 17 lutego 1945 roku i dzieje Sorau dobiegły kresu. Jednak zanim w Żarach (krótko po wojnie, o czym mało kto wie, na pewien czas – w Żórawiu) na dobre zagościła polszczyzna, najpierw miasto zostało zdominowane przez innych przybyszów, także posługujących się słowiańskim językiem. Oni także zostawili po sobie ślad.

Każdy Żaranin wie, gdzie się znajduje cmentarz żołnierzy radzieckich. I prawie każdy jest przekonany, iż pochowano na nim tych, którzy polegli podczas zdobywania miasta. Viator też tak myślał jeszcze do niedawna. Tymczasem prawda jest znacznie bardziej złożona. I zaskakująca. Przyjrzyjcie się czterem płytom nagrobnym: zostały dobrane jako zestaw typowy i reprezentatywny. A jednak pewien szczegół, niewyrażony wprost, winien zwrócić naszą uwagę. Ktoś już wie?

SAMSUNG DIGITAL CAMERA SAMSUNG DIGITAL CAMERAIleż to razy odwiedził wędrowiec tę nekropolię, zanim zauważył, że coś tu się nie zgadza: walki o Żary zakończyły się, jak wspomniano, 17 lutego, zaś większość dat śmierci to kwiecień i maj, a trafiają się nawet te z końca czerwca. W Sorau Sowieci założyli potężny szpital polowy i zwozili tu rannych z innych pól bitewnych. Kto wie, może nawet z walk o Berlin? I tutaj, jeszcze długo po klęsce III Rzeszy, żołnierze umierali z ran.

Ale to nie wszystkie tajemnice radzieckiego cmentarza. Jeśli spojrzymy jeszcze dokładniej, dotrze do nas, iż są tu pochowani tylko oficerowie (plus kilku sierżantów, nic poniżej). Taka oto demokracja panowała w robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej! Szeregowcy spoczywają gdzie indziej, w masowych grobach. Nazwijmy rzecz po imieniu – w dołach. Kiedyś to miejsce uhonorowano kilkoma obeliskami, ale już od wielu lat nikt się o te pomniki nie troszczy. Toteż wyglądają tak, jak wyglądają.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA kiedyś były stosowne napisy i gwiazda czerwona na szczycie. Kiedy?

 To jest drugi żarski cmentarz radziecki. Spytajcie jednak kogokolwiek spośród mieszkańców miasta, gdzież on się mianowicie znajduje! Możecie być pewni, że popadnie w głębokie zdumienie. Jaki drugi cmentarz. Jest taki? Viator dowiedział się o jego istnieniu po czterdziestu paru latach życia w Żarach. I powiedzcie teraz, że nie warto wciąż od nowa…

Miejsce wiecznego spoczynku nieszczęsnych sowieckich szeregowców utonęło w niepamięci. Za to, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, Żaranie intensywnie odkrywają na nowo niemiecką, a nawet serbołużycką przeszłość miasta. Bo też innej nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATak zwana Kaczarka, czyli po prostu Serbołużyczanka w zrekonstruowanym (różne mądrale twierdzą, iż nieprecyzyjnie) stroju łużyckim regionu żarskiego.

Dlatego figura Kaczarki, choć świeżej daty, wrosła już na stałe w krajobraz Żar. Czasem zimą jakaś litościwa dłoń założy jej szalik, niekiedy wiosenną porą ktoś w jej dłonie włoży bukiecik kwiatów… Taki żarski Manneken Pis: ktoś swojski, bliski, tutejszy i bardzo lubiany.

Na razie jednak żegnamy Cię, miła Kaczarko! A za kilka tygodni, gdy wrócimy z podróży, będziemy rozumieć znacznie lepiej, kim naprawdę jesteś. I pogawędzimy o NASZYCH Łużycach.

Kresy na Warmii i Mazurach

Autor i Edmund Nowak, autor zdjęć, biorą udział w polsko-niemieckim projekcie Śladami Poetów – Ernst Wiechert i Konstanty Ildefons Gałczyński.

Zbigniew Milewicz

Gdzie Wilejka łączy się z Krutynią…

Nikt ich tutaj specjalnie nie zapraszał, chcieli, to mogli przyjechać, nie chcieli, zostawali w swojej Oszmianie, Poniewieżu, Lidzie, Grodnie, Wilnie. Ryzykowali, że przyjmując status obywateli sowieckich, narażają się na szykany za polskie pochodzenie, za szlacheckie korzenie, że wywiozą ich na białe niedźwiedzie, a w najlepszym razie ograbią, albo spalą im majątek. Wielu zatem skorzystało z układów repatriacyjnych, jakie Polska już pod koniec wojny zawarła z ZSRR.

mragowowystawa (5)O tych trudnych decyzjach, o ich motywach i następstwach opowiada wystawa Polacy z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach, zorganizowana staraniem Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Zwiedzamy ekspozycję mrągowskiego oddziału muzeum, mój stary kompan od podróży, Edmund i ja. Robi wrażenie. Dokumenty repatriacyjne, stare metryki, szkolne i uczelniane dyplomy sąsiadują ze zdjęciami z albumów rodzinnych i miejsc świętych dzieciństwa i młodości, kiedy świat był jeszcze piękny, radosny, z balów, wesel i wycieczek na łono natury. Często cudem uratowane z wojennej pożogi domowe precjoza kresowian sąsiadują z tym, co zastali w swoich nowych domach. Ze skromnym wyposażeniem, jeżeli takie w ogóle jeszcze ostało się przed szabrownikami.

mragowowystawa (4)

Fala niemieckich uchodźców z Warmii i Mazur pozostawiała, podobnie, jak oni na Wschodzie, praktycznie w pełni wyposażone domy, ale rabusie niemal zawsze byli szybsi od repatriantów. Mienie pozostawione na Kresach rekwirowała w ramach tzw. sprawiedliwości dziejowej Armia Czerwona, na stacjach kolejowych – mówi kierownik mrągowskiej placówki, p. Dariusz Żyłowski – piętrzyły się stosy fortepianów, kredensów i innych mebli salonowych, które z czasem diabli brali. Tutaj szabrownicy potrafili rozebrać w miarę dobrze zachowany dom prawie do fundamentów, a przyjeżdżali głównie z centralnej Polski. Nie zdążyli czegoś zabrać za pierwszym razem, wracali, kiedy na miejscu byli już nowi właściciele i wtedy dochodziło często do dramatycznych sytuacji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Oczywiście, była milicja, która starała się w takich sytuacjach pomóc repatriantom – wspomina pan Żyłowski – ale rabusie byli też uzbrojeni i nie wahali się przed przemocą.

Na miejskim cmentarzu w Mrągowie znajduje się kwatera dziesięciu mrągowskich milicjantów, którzy polegli po II wojnie w walce o tzw. utrwalanie władzy ludowej na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jest ona bardzo zaniedbana, na płytach nagrobnych nie napisano, od czyich kul zginęli, jest tylko imię, nazwisko i stopień służbowy. Tablicę mosiężną w czole alei, na której były inne dane, ktoś zdemontował i pewnie przetopił na gorzałę. Chociaż zginąć mógł wtedy nawet jakiś jego krewny, niekoniecznie z rąk szabrowników, sowieccy sołdaci i hitlerowscy maruderzy byli po tych samych pieniądzach.

mragowowystawa (3)Wystawa obejmuje tysiące eksponatów, w tym szereg dokumentalnych nagrań i filmów z rozmów, przeprowadzonych ze świadkami powojennego exodusu, których grono w miarę upływu czasu nieuchronnie maleje. Przejmujące są to relacje. Mówią o niepewności, czy decyzja o wyjeździe jest słuszna, czy w nowym miejscu zapuszczą korzenie, o żalu pożegnania z rodzinnym domem, o dramatycznym wyścigu z czasem. Do nielicznych szczęśliwców należeli ci, którym pozwolono spokojnie się spakować – osoby wyjeżdżające z terenu Związku Radzieckiego do Polski teoretycznie miały prawo zabrać ze sobą odzież, obuwie, pościel, produkty żywnościowe, sprzęty domowe, wiejski inwentarz gospodarczy i inne przedmioty codziennego użytku o łącznej wadze do 2 ton na rodzinę – ale często musieli to zrobić w kilka minut. Brali więc ze sobą jedynie to, co było pod ręką. Sowieci nie wypuszczali zwykle do Polski osób, które przekroczyły 16 rok życia i tych, które nie miały jeszcze 59 lat, więc często fałszowano dane w podaniach o repatriację, a wpadka groziła poważnymi konsekwencjami. Latem 1945 roku ruszyły pierwsze większe transporty kolejowe zza Bugu do Polski. Przesiedleńcy podróżowali wagonami towarowymi, odkrytymi węglarkami, osobowe składy trafiały się rzadko. Do 1950 roku przyjechały do Polski ponad dwa miliony repatriantów z dawnych Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej. Istniał rozdzielnik, Kresowianie z Galicji Wschodniej i Wołynia, z terenów dzisiejszej Ukrainy kierowani byli głównie na Dolny Śląsk, a z Kresów Północno-Wschodnich na Ziemię Lubuską oraz Warmię i Mazury.

mragowowystawa (2)Nowe życie, w nowym miejscu początkowo nie układało się po różach, kolców było zdecydowanie więcej. Po wojnie tutejsze ziemie zamieszkiwały cztery podstawowe grupy ludności: rodzimi autochtoni, wcześniej obywatele niemieccy, po weryfikacji narodowościowej uznani za Polaków, osadnicy z województw Polski centralnej, Podlasia i Lubelszczyzny, Kresowiacy oraz osadnicy ukraińscy i Łemkowie, przymusowo przesiedleni w 1947 roku z Rzeszowskiego i Lubelskiego na Warmię i Mazury, w ramach tzw. Akcji „Wisła“. Warmiaków i Mazurów z niemieckimi korzeniami systematycznie ubywało, w ramach przesiedleń, albo łączenia rodzin odbywali swój także niełatwy exodus w głąb Niemiec, ale sporo czasu minęło zanim przybysze na dobre zapuścili korzenie nad Krutynią. Owszem, adresy łatwo dawało się wówczas zmieniać, nie pasowało jedno gospodarstwo albo pole, dawali przydział na inne, ale sąsiedzi bywali różni. Z jednym można się było zgodzić, z innym znowu nie, więc na początku ludzie starali się osiedlać w nowych miejscach całymi wsiami, gromadami krewnych i znajomych z dawnych czasów, żenili się tylko między sobą, z czasem przywykli jednak do tej kulturowej inności, do innej mowy i zwyczajów, do tego, że wszędzie ludzie są tacy sami, tylko dobrzy albo źli, i o tym też opowiada ta wystawa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPiękny album do niej napisała Pani Kinga Raińska, autorka scenariusza ekspozycji, nad którą muzealnicy i miłośnicy regionu Warmińsko-Mazurskiego pracowali żmudnie przez pięć lat, zanim otwarła podwoje. Często darczyńcom trudno było się rozstać z cennymi, rodzinnymi pamiątkami, część dokumentów została zresztą tylko wypożyczona do digitalizacji, ale przeważyła myśl, że w sumie stanowią one narodowe dziedzictwo i ta pamięć lepiej przetrwa w muzeum.

Zdjęcia: autor i Edmund Nowak

Wielka Wojna (3)

Tomasz Fetzki

Kriegerdenkmal przydrożny II
reportaż poetyzujący

Opuściwszy Złotnik rusza wędrowiec na zachód. Przejeżdża przez Lubanice. Tak, Lubanice Mikławša Jakubicy. Ale tym razem nie ma po co się tu zatrzymywać: bryła Pomnika Wojennego stoi co prawda, ale jego treść istotna jest całkowicie zatarta: właściwie nie ma na nim żadnej treści.

Jeszcze kilka minut jazdy przez las, bo lasy tutaj są wszędzie, i Viator dociera do Łukaw – przedwojennego Hermsdorfu. Wieś nie ma żadnej przesiedleńczej specyfiki (jak to było w wypadku Złotnika), repatrianci tutaj osiedleni doświadczyli hitlerowskiej okupacji z wszystkimi jej „atrakcjami”, doskonale wiedzieli, na co stać dzielnych aryjskich chłopców, a niemieckie emblematy budziły w nich zrozumiałą odrazę. Jakim więc cudem niezwykłym, jakim trafem nieprawdopodobnym ostał się tutejszy Kriegerdenkmal? Owszem, zdewastowano tablicę z nazwiskami hermsdorferów poległych w bitwach Wielkiej Wojny, ale sam monument stoi. A jaki zadbany! Trawa wokół wykoszona, eleganckie ogrodzenie… Nie ma się co dziwić. To jedyny zabytek w wiosce, bo nawet kościoła tu nie ma; na msze jeździ się do Lubanic. Stoi więc pomnik i bije po oczach swą symboliką: niezwykle czytelną, a przy tym jeszcze obrosłą wtórnymi znaczeniami.

 fetzkipmoniki_6Łukawski Kregerdenkmal: nie tylko przetrwał, ale prezentuje się znakomicie.

Tak jak w Złotniku, obelisk wieńczy Eisernes Kreuz, zaś poniżej umieszczono klasyczną dla obiektów tego typu płaskorzeźbę skomponowaną z miecza, dębowych liści i hełmu. Jest jednak pewna istotna różnica. O ile hełm z pomnika złotnickiego to po prostu wojskowe nakrycie głowy o dość uniwersalnym kształcie, w Łukawach nie ma mowy o wieloznaczności: Viator widzi sławetny (ponurą, rzecz jasna, sławą) niemiecki Stahlhelm.

fetzkipmoniki_7Tak wyrazisty, że nawet my się wzdragamy, nieprawdaż?

Łukawskim repatriantom na pewno często się zdarzało w latach Wojny Drugiej zobaczyć oficera Wehrmachtu, albo i esesmana, na którego szyi pysznił się Krzyż Żelazny. A bandziory w hełmach o charakterystycznym, łamanym obrysie, to była codzienność. Koszmarna codzienność, przeto i koszmarne skojarzenia związały się z tymi akcesoriami. Wygnańcy z Kresów nie musieli koniecznie wiedzieć, że mają one znacznie dłuższą historię: Eisernes Kreuz ustanowiono już w epoce napoleońskiej, zaś hełm stalowy powstał właśnie podczas Wielkiej Wojny; latem 1914 roku cesarscy żołnierze ruszali w bój zdobni jeszcze w Pickelhauby, ale już dwa lata później szturmowali Verdun chroniąc czerepy Stahlhelmami.

Krzyż Żelazny w Łukawach nie zawiera znaku swastyki – jest „pierwszowojenny”. Takoż hełm z płaskorzeźby: widać na nim charakterystyczne wypustki (według legendy miały przypominać pragermańskie rogi à la Wiking, w rzeczywistości służyły do mocowania dodatkowej płyty pancernej chroniącej czoło). Hełmy armii Hitlera owych wypustek już nie posiadały. Ale to nie ma żadnego znaczenia. I hełm i krzyż pozostaną na zawsze symbolami nazistowskiego okrucieństwa. Wojna Druga usunęła Pierwszą w cień.

Viator patrzy na Kriegerdenkmal, a jedna myśl nie daje mu spokoju. Jak to w końcu było? III Rzesza to logiczna konsekwencja setek lat historii niemieckiej, jak chcą niektórzy, czy też aberracja i wybryk tego procesu, jak głoszą inni? Czy istnieje linia rozwoju, wychodząca od Krzyżaków, wiodąca przez zniszczone w 1914 roku belgijskie Leuven i kończąca się na Einsatzgruppen? Czy to był ten mityczny Sonderweg? Ech, za głupi jest Viator, żeby znaleźć odpowiedź… Ale pomyśleć warto. Byle nie za długo, w drogę!

Grabig, czyli po prostu Grabik. I tutaj Kriegerdenkmal uchował się mimo piętna Żelaznego Krzyża, przycupnąwszy gdzieś na uboczu, w zapuszczonym parku. I tutaj dziś stoi odświeżony, przeniesiony w inne, bardziej eksponowane miejsce, ponadto zaopatrzony w tabliczkę z tłumaczeniem wzruszającej niemieckiej inskrypcji. I przy nim ktoś postawił znicz. To może nie warto dublować wrażeń?

fetzkipmoniki_8Wy, którzy walczyliście i polegliście bohaterską śmiercią, nigdy o Was nie zapomnimy! Jeśli jednak ludzie przestaną kiedyś o Was mówić, to ten kamień nigdy nie zamilknie. Rzeczywiście – nie milczy.

Chwila, moment! Popatrzmy, poczytajmy. Ale przede wszystkim – policzmy. Dokumenty mówią, że w przededniu Wielkiej Wojny Grabig liczył około siedmiuset dusz. A Kriegerdenkmal krzyczy, iż wojna zabrała z tego grona czterdziestu czterech poległych i dwóch zaginionych. Jak to mówiono? Rzeźnia? Maszynka do mielenia mięsa? Chcecie maszynkę – macie maszynkę!

Obelisk każe pomyśleć o jeszcze jednym epizodzie Wojny Pierwszej. Ona tak naprawdę nie skończyła się w wagonie pod Compiègne. Rozszalałego żywiołu nie można uspokoić pstryknięciem palcami, ot tak! Walki tu i ówdzie toczyły się jeszcze kilka lat: rosyjska wojna domowa, rumuńska interwencja w Węgierskiej Republice Rad, Powstanie Spartakusa, Bitwa Warszawska, wojna turecko-grecka, Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, zduszenie Bawarii Radzieckiej… Wymieniać można bez końca. Długo musiała nieszczęsna Europa czekać na upragniony spokój. Śmierć ostatniego żołnierza wymienionego na obelisku z Grabika nastąpiła czwartego czerwca 1919 roku. Gdzie? Może w walce z Polakami? Może w jednej z setek bitew, jakie na ulicach niemieckich miast prowadziły ze sobą Freikorpsy i oddziały Czerwonych? A może zostawmy te pytania daremne i jedźmy dalej.

Na przykład do Sieniawy Żarskiej, niegdyś znanej jako Schönwalde. W centrum osady stoi dawny Kriegerdenkmal, jednak jest całkowicie „spolszczony”, dlatego dziś go uwagą nie zaszczycimy. Ale w lesie za wsią, na tyłach boiska piłkarskiego znajdziemy, o ile to określenie jest na miejscu, prawdziwy cymes. Pomnik, jaki swoim poległym w Wielkiej Wojnie kolegom wystawili członkowie Towarzystwa Gimnastycznego Sieniawa.

fetzkipmoniki_9Kriegerdenkmal, a właściwie Denkmalanlage.

Ten dowód pamięci sieniawskich sportowców jest godny uwagi i pochwały, ale przyznajmy, smak artystyczny fundatorów monumentu był… powiedzmy, taki sobie. Szczególnie w wypadku dwóch patetycznych postaci, trzymających straż po obu stronach pomnika. Widać je, choć niewyraźnie, na starych fotografiach. Germańscy wojownicy, a może aniołowie, dzierżący miecze. Rzeźby wykonano z nietrwałego materiału, toteż do dziś się nieco „rozpłynęły”

fetzkipmoniki_10Statua „roztopiła się”, ale miecz widać wyraźnie.

Z tyłu, za pomnikiem, jeszcze jedna niespodzianka. Ku czci każdego z poległych kolegów gimnastycy posadzili dąb i postawili kamień upamiętniający miejsce jego śmierci. Odczytać można jeszcze dwa napisy: Reinhold Dalitz 6.4.16 Charkow oraz Adolf Klaus 15.6.16 Lippica.

fetzkipmoniki_11Charków – jasne. Ale gdzie leży Lippica?

Gdyby zachowały się pozostałe inskrypcje, być może otrzymalibyśmy panoramę wszystkich krain, w których walczyli i ginęli mieszkańcy Łużyc. Galicja, Francja, Rosja, Turcja, afrykańskie kolonie, trzy oceany. Może jeszcze gdzieś indziej? Viator miał kiedyś trzech kolegów Ukraińców. Mieszkali po sąsiedzku, w promieniu dwudziestu kilometrów. Ale zaszczytną służbę czerwonoarmisty jeden pełnił w Magdeburgu, drugi za kręgiem polarnym, trzeci nad Amurem. A każdy niebiosom dziękował, że nie w Afganistanie. Imperia tak już mają.

Wspomina sobie Viator dawne czasy, mknąc (jakżeby inaczej) przez las. Gdy już przez niego przebrnął, na dalekich przedmieściach Żar, w miejscu, gdzie kiedyś była strzelnica sportowa, odnajduje jeszcze jeden, by tak rzec, „korporacyjny” Pomnik Wojenny. Głaz postawiony przez członkowie tutejszego towarzystwa strzeleckiego na pamiątkę kolegom strzelcom, którzy z Wojny nie wrócili.

fetzkipmonikiTen pomnik nie miał szczęścia. Dźwignięty kilka lat temu z ziemi i ustawiony na cokole, powtórnie został obalony. Przez „nieznanych sprawców”.

A ornamentem są oczywiście miecze, hełmy i dębowe liście. To już jest irytujące! Nie z powodu monotonii, ale hipokryzji. Tam – ropiejące rany, szczury, wszy, bebechy na wierzchu i szczątki miesiącami gnijące na ziemi niczyjej. Tutaj – listki, wieńce i oręż paradny. I tak sobie myśli Viator, kierując się już ku domowi, że dopóki potomstwo bohaterów wojennych podczas uroczystości rocznicowych będzie słuchać bicia dzwonów i oglądać poczty sztandarowe, ale nie będzie miało okazji, choćby na chwilę, powąchać trupiego smrodu, to nic, ani Pierwsza, ani Druga, ani żadna Wojna nie nauczy ich rozumu. Amen.