Przy Kresowym Stole

Roman Brodowski
napisał do mnie list

Droga Pani Ewo,

pytasz mnie (nie Ty pierwsza), dlaczego tak wiele miejsca w mojej twórczości poświęcam naszym byłym polskim „ Kresom ”, zwłaszcza tym leżącym dzisiaj za naszą wschodnią rubieżą? Dlaczego właśnie te ziemie, pozostałe po zmianie granic naszego kraju w 1945 roku poza Polską, czyli na Białorusi, Litwie i Ukrainie, stanowią tak ważne miejsce w moim życiu?
Jak wiesz, urodziłem się nieopodal Gdańska i tam spędziłem moje spokojne dzieciństwo. O pochodzeniu moich przodków, o moich korzeniach, zwłaszcza tych po mieczu, wiedziałem bardzo mało. Ojciec mój, o sobie i swojej rodzinie rzadko kiedy nam opowiadał. Nawet na zadawane pytania odpowiadał lakonicznie. Widać było, że piętno wojny dawało o sobie znać, był zamknięty i małomówny. Z dokumentów i z tego, co udało nam się od niego usłyszeć, wiedziałem, że urodził się na Zamojszczyźnie, że w 1942 roku, jako młody , niespełna szesnastoletni chłopak, wysłany został na roboty przymusowe do Rzeszy i że w 1944 roku po ucieczce z kopalni soli w Salzburgu wraz z kilkoma innymi więźniami dotarł do armii partyzanckiej generała de Gaulle’a, stacjonującej w Alpach, w której dotrwał zakończenia wojny. Jako repatriant z Francji do kraju powrócił w 1946 roku. W Gdańsku, a właściwie w Gdyni poznał moją mamę, i tam, kierowany wielkim do niej uczuciem, postanowił założyć nasze rodzinne gniazdo.
Szczerze mówiąc, w tamtym odległym już dla mnie okresie dzieciństwa, późnego dzieciństwa i wczesnej młodości, nie przejawiałem potrzeby poznania odpowiedzi na pierwszą część filozoficznego pytania, a mianowicie – Skąd pochodzę?, interesowała mnie bardziej jego druga część, czyli – Dokąd zmierzam?
Dopiero rok 1975 zaważył na tym, że to, skąd pochodzę?, skąd pochodzą moi przodkowie, nabrało dla mnie szczególnego znaczenia. Wtedy zaczęła się
moja własna historia związana z Kresami, wielka życiowa pasja odkrywania księgi pokoleń mojego skromnego zaściankowego rodu.
Pewnego letniego popołudnia poznałem moją ciocię Lidzię. To od niej dowiedziałem się o moich korzeniach, o pochodzeniu i losie moich antenatów i dzieciństwie mojego Ojca.
Z ciocią Lidzią, mieszkającą od 1963 roku w Uradzie, koło Brzegu Dolnego, która jako repatriantka z Syberii, otrzymała tam mały domek z ogródkiem, spotkałem się kilka razy. Za każdym razem wyjeżdżałem od niej wzbogacony o kolejną opowieść, dotyczącą jej syberyjskiego losu, nigdy niezapomnianych przez nią Kresów oraz przedwojennego tam życia.
To właśnie dzięki jej wspomnieniom i na ich podstawie powstały moje pierwsze utwory poświęcone tamtym, kresowym i syberyjskim klimatom.

Spotkania te zrodziły we mnie potrzebę dokładnego poznania mojego rodowodu. Poszukiwania rozpoczęłem od miejsca urodzin mojego ojca, jego ojca, i tak dalej, czyli po nitce do… Z relacji moich krewnych żyjących w Zamościu i Krasnymstawie oraz wpisów w księgach parafialnych kościołów w Lublinie i Radomiu wynikało, że moi pradziadowie przyjechali na te tereny na początku XX wieku z ziemi łuckiej, okolic Włodzimierza Wołyńskiego, czyli z Wołynia.

Niestety, po raz pierwszy (pomimo wcześniejszych starań) ziemię wołyńską odwiedziłem dopiero w 1983 roku. Tak się złożyło, że pracowałem wówczas w kopalni „ZMP”, w Żorach, a było to miasto partnerskie Łucka! Kopalnia i miasto w ramach wymiany kulturalnej zorganizowały wycieczkę do Łucka. Tak udało mi się pojechać do stolicy Wołynia. Oczywiście organizatorzy zaplanowali nam pobyt, ale mieliśmy też czas wolny i poświęciłem go na poszukiwanie śladów mojej rodziny.
Nie było to łatwe i wydawało się, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Informacje posiadał specjalny urząd, do którego trzeba było wystosować odpowiednie pismo, a po ziemi łuckiej poruszać się można było tylko za zgodą tak zwanego „Propuska” od milicji.
Mimo to pobyt na Wołyniu wywarł na mnie niezwykłe wrażenie. Poczułem coś, co mnie jak magnes ciągnęło w tamte strony. I do dzisiaj mnie ciągnie.

Od tamtej pory minęły lata. Zdążyłem wyjechać do Niemiec, założyć rodzinę, nieco się postarzeć. Ot takie zwyczajne koleje losu. Jednakże o Kresach nie zapomniałem. Kiedy w 2004 roku,po zmianie systemu na Wschodzie, po powstaniu państwa ukraińskiego , bez przeszkód mogłem przekroczyć granicę i swobodnie poruszać się po ziemi wołyńskiej, uczyniłem to natychmiast.
Spełniło się moje marzenie. Z bagażem informacji wyruszyłem w poszukiwaniu gniazda moich przodków. Z pomocą pewnego mnicha, mieszkającego w łuckiej parafii kościoła katolickiego odnalazłem siedzibę rodziny. Po tym co zobaczyłem, co zastałem, nigdy więcej nie odważyłem się tam pojechać. Opisałem to natomiast w jednym z wierszy.

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia,
Kolejnego aktu prawdy.

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi,
Na której kwitło życie,
Rodzi ocet w owocach.

Stary, powalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark.
Trwa w pozie żebraczej.

Gliniany, pusty dzbanek
Leżący obok krzyża,
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu.

I mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Proszący o proste psalmy
W intencji odeszłych.

I ukryte w starym dębie
Wieczne dusze przeszłości
Wołające o głos sumienia,
Dusze, których nikt nie słucha.

Tyle po Nich pozostało,
Ile pozostało ich we mnie

***
Kresy.

To ciekawe, że Kresy i Ukraina to właściwie to samo, bo nazwa Ukraina pochodzi od rosyjskiego słowa „Okrajna” – skraj, pobocze czy też rubież państwa. Po raz pierwszy tereny wschodniej Rusi, a więc po części dzisiejszej Ukrainy nazwane zostały tak przez Cara Iwana Groźnego.

Ten sam świat, tyle że ich „Okrajna” leżała na Zachodzie imperium carskiego, nasze „Kresy” na Wschodzie Polski.

***

Od wielu lat utrzymuję ścisły kontakt z kresowianami mieszkającymi na Grodzieńszczyźnie, na Białorusi.

Tak… nie potrafię ani tobie, ani sobie odpowiedzieć na pytanie – co sprawiło, że tamte, kresowe tereny, ludzie, ich kultura, ich mentalność, wywierają na mnie tak wielki wpływ? Może geny? Jedno jest pewne. Zawsze, kiedy tylko przebywam na Kresach, czuję się, jakbym był w domu, w moim rodzinnym ciepłym gnieździe.

Serdecznie pozdrawiam

zaproszenieKresy

Kresy. Powiązania 2.

Andrzej Rejman

Wątek białoruski

Matka mojej babci Małgorzaty (później adoptowanej przez małżeństwo Rodziewiczów – patrz TU), Paulina Szklennik, miała dwie siostry i brata.

1_z_lewej_Maria_Gabriela_Karol_Paulina_Szklennikzdjęcie z ok 1870 roku- od lewej: Maria, Gabriela, Karol i Paulina Szklennikowie (ze zbiorów rodzinnych)

Jedna z jej sióstr – Gabriela Szklennik wyszła za mąż za Franciszka Bohuszewicza.

Kim był Franciszek Bohuszewicz?
Gdybyśmy to pytanie zadali dziś uczniom w dowolnej szkole na Białorusi – niewątpliwie odpowiedzieliby bez trudu i bez wahania.

Bohuszewicz jest bowiem postacią dobrze znaną na Białorusi i choć niektóre źródła utrzymują, że sam uważał się za Polaka, jednak wiadomo, że pisał głównie po białorusku, i to często w łacińskiej transkrypcji tego języka, będąc prekursorem takiego zapisu.

Życie i działalność Franciszka Bohuszewicza jest wiąże się z czasami w których żył i z miejscacmi na pograniczu przenikających się kultur narodów – Polaków, Białorusinów, Rosjan, Litwinów.

2_Franciszek_BohuszewiczFranciszek Bohuszewicz, zdjęcie z lat 1880 (ze zbiorów rodzinnych – A. Rejman/M.Pretkiel).
Na odwrocie napis:
“Roku 1896 d. 3 grudnia, Julii i Gabrysiowi Rodziewiczom – Fr. Bohuszewicz, Wilno”
Dopisek: mąż Gabrielli – siostry Pauliny Szklennik – ojciec Tomasza, architekta, który wypadł z pociągu)

Bohuszewicz miał z Gabrielą Szklennik pięcioro dzieci. Jednym z nich był syn Tomasz – który zginął nieszczęśliwie w roku 1929.

Znalazłem wpis mojej babci Małgorzaty o tym fakcie w “Kalendarzu Marjańskim” z 1929 roku, w którym notowała codziennie ważne wydarzenia.

22 lutego 1929 roku – ” Zmarł śmiercią tragiczną Tom Bohuszewicz! Wracał z Warszawy od d-ra Wojnowskiego i wypadł z pociągu 1/2 km od stacji Marcińkańce na drodze do Wilna” – prawdopodobnie jest to jedyne źródło historyczne tak precyzyjnie o tym fakcie zaświadczające.

2b_Kalendarz_Marjanski2xKalendarz Marjański z 1929 roku – Małgorzata Hrebnicka – notatki dzienne

Znalazłem też wspomnienie potomków Fr. Bohuszewicza, którzy mieszkali na Pomorzu:

Tomasz Bohuszewicz, syn Franciszka i Gabrieli zmarł w lutym 1929 r. Osierocił trzy córki: Stanisławę, Gabrielę i Konstancję, …potem latem zmarła jego matka Gabriela z d. Szklionnik (Szklennik, przyp. mój), kobieta wszechstronnie uzdolniona. Władała kilkoma językami w tym niemieckim, angielskim, włoskim. Była strażniczką rodowej tradycji, lubiła muzykę, zresztą sama grała na fortepianie. Głównie ulubione utwory męża. Nosiła stale przy sobie klucze do tajemniczego kuferka. Wszyscy myśleli, że przechowuje tam jakieś skarby. Po latach okazało się, że były to listy od przyjaciół, między innymi od Elizy Orzeszkowej, a także ważne dla rodziny dokumenty, z których najcenniejsze posiadały podpisy króla Stanisława Augusta. W kuferku były też rękopisy jej męża, Franciszka Bohuszewicza. Dzięki niemu, gdyż był on powstańcem styczniowym, otrzymywała od „Związku Powstańców 1863 r.” niewielka pensję. Razem z córką Konstancją opiekowała się dziećmi syna. Tomasz Bohuszewicz ożenił się ponownie z Marią Piwnicką. Po jego śmierci druga żona wstąpiła do zakonu, zmarła w 1970 r. w Bochni.

(źródło – http://www.choszczno.info.pl/2009/01/05/roscin-rodzina-poety.html)

“Nie pakidajcież mowy
naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”.

(F. Bahuszevič)

“A-a-a, luli – luli,
Usie dzietki pasnuli.
Tolki adzin Franuś nie spić, nie hulaja,
Z katkom razmaulaja,

A ty, katok, nie burczy,
A ty, Franuś, spi, mauczy.
A ty, katok, won-won:
Na Franusia – son-son…”

(Ze świrańskiej kołysanki)

3_z_prawej_Kazimiera_Woyczynska_z_d_Szklennik_Paulina_Sz

Siedzą: po prawej Kazimiera Woyczyńska z d. Szklennik, obok Paulina Szklennik matka Małgorzaty
potem
Doktorowicz-Hrebnickiej, i Gabriela Szklennik żona Franiciszka Bohuszewicza.

Słusznie powiadają: “Tam strona rodzinna, gdzie matka narodziła”. F. Bohuszewicz jako prawdziwy chrześcijanin odczuwał tę prawdę i mocno jej przestrzegał.

Franciszek Bohuszewicz lub Boguszewicz (biał. Францішак Бенядзікт Багушэвіч, Franciszak Bieniadzikt Bahuszewicz; ur. 21 marca 1840 w folwarku Świrany, w powiecie wileńskim, guberni wileńskiej, zm. 28 kwietnia 1900 w Kuszlanach) – białoruski i polski pisarz, poeta, adwokat, uczestnik powstania styczniowego. Zapoczątkował nurt realizmu krytycznego w literaturze białoruskiej, w twórczości inspirował się folklorem białoruskim.

Franciszek Bohuszewicz został ochrzczony w kościele w Rukojniach, zachował się o tym zapis w księgach kościelnych.

W 1846 roku rodzina Bohuszewiczów przeniosła się do folwarku Kuszlany na Oszmiańszczyźnie. Franciszek spędził tu dzieciństwo, zbliżył się do wiejskich dzieci, ujrzał piękno miejscowej przyrody, zapoznał się z życiem ludu.

Bohuszewicz ukończył w 1861 roku gimnazjum w Wilnie i w tym samym roku wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego. W rodzinie Bohuszewiczów, jak i wśród większości szlachty, wiele uwagi poświęcano nauce języków. Prócz “tutejszej mowy”, czyli języka białoruskiego, w którym rozmawiał zwykły lud, w rodzinie używano języka francuskiego, nie mówiąc już o polskim. Biblioteka domowa liczyła wiele powieści w języku francuskim, w tym utwory poety Pierre’a Jeana Berangera. Wszystko to następnie wpłynęło na kształtowanie się F. Bohuszewicza jako poety. Na przykład, jego kołysanka stanowiła naśladownictwo wiersza Pierre’a Berangera “Chrzciny Woltera”.

…W 1861 roku, gdy Bohuszewicz był na pierwszym roku studiów, władze carskie zniosły pańszczyznę. Ale reforma ta wcale nie przyniosła chłopom ulgi, jak też rozczarowała młodzież, jeśli chodzi o prawa demokratyczne.

Za udział w zamieszkach studenckich, skierowanych przeciwko caratowi, F. Bohuszewicz został wydalony z uniwersytetu. Wrócił on na Białoruś. We wsi Dociszki, w powiecie lidzkim, uczył dzieci. Tu zastał go wybuch Powstania Styczniowego 1863 roku, któremu tu przewodzili K. Kalinowski i Z. Sierakowski. Nauczyciele przyłączyli się do powstania i aktywnie uczestniczyli w walce przeciwko caratowi. Podczas bitwy z wojskiem rosyjskim w Lasach Augustowskich Bohuszewicz został ranny. Od śmierci uratowali go włościanie.

Po stłumieniu powstania przyjaciele z Wilna i Petersburga uratowali go przed zesłaniem na Sybir. Bohuszewicz opuścił strony rodzinne i udał się na Ukrainę, gdzie przy pomocy polskiego uczonego Jana Karłowicza w 1865 roku wstąpił do Nieżyńskiego Liceum Prawa. W ten sposób wydalony student, powstaniec i nauczyciel został studentem Liceum Prawniczego na Ukrainie.

Franciszek Bohuszewicz, który poszukiwał prawdy w studenckich rozruchach w Petersburgu, z bronią w ręku podczas powstania, teraz zaczął jej szukać w księgach prawniczych, w kanonach sprawiedliwości, ugruntowanych przez wieki przez Cezara w Rzymie, przez Napoleona, a na ziemi ojczystej w Statucie Litewsko-Białoruskim, który w rocznicę jego powstania został zniesiony dekretem cara Mikołaja I, kiedy w ogóle zakazano używania imienia Białoruś.

Następnie w przedmowie do Dudki białoruskiej napisał: “Może ktoś zapyta, gdzie jest teraz Białoruś?” Tam, bracia, jest ona, gdzie żyje nasza mowa: jest ona od Wilna do Mozyrza, od Witebska niemal do Czernihowa, gdzie Grodno, Mińsk, Mohylów, Wilno oraz wiele miasteczek i wsi…”

W 1868 roku Bohuszewicz zakończył naukę i od 1869 r. pracował w różnych instytucjach sądowych, głównie na Ukrainie. Chociaż w ciągu 20 lat pobytu poza ziemią ojczystą odwiedził też inne prowincje Rosji, pracował na ziemi briańskiej, wołogodzkiej. Najdłużej zatrzymał się jednak w mieście Konotop na Ukrainie, gdzie ponad 10 lat był śledczym sądowym.

Dopiero w 1884 roku, po ogłoszeniu amnestii dla uczestników powstania 1863 r., powraca do kraju, gdzie obejmuje stanowisko adwokata przy Wileńskim Sądzie Okręgowym. Powrócił na Ziemię Wileńską właśnie w Dniu Zwiastowania – 25 marca 1884 roku. Był to radosny powrót do stron rodzinnych, gdzie się urodził i uczył.

Ale niespełna po roku napisał do Jana Karłowicza: “Jakiś dziwny nastrój przygniata mnie: dopóki byłem daleko od stron rodzinnych i od swoich, chciałem niby zbawienia, być tutaj, a dzisiaj… Nie widzę swoich i szukam ich we wspomnieniach. Co to? Gdzie jest to, czego szukałem, gdzie te brzegi, do których nie będzie sięgać myśl. Skąd ten niezrozumiały nastrój duszy?… Powinno to oznaczać, że nie potrafię żyć rzeczywistością albo nie chcę do tego się przyznać!… Zawsze uświadamiałem sobie, a dziś się cieszę z tego przekonania, że nie chcę i nie zostanę egoistą… I dlaczego nie chcę się przystosować, zniknąć niczym kropla w morzu, a zanurzam się jak ostrygi w occie, w którym je spożywają? Tak, łaskawy panie, porzuciłem służbę, chociaż mnie nie wypędzano, a trzymano. Zrezygnowałem tam, chociaż z niewielkiego, ale pewnego kawałka chleba dla nieznanego losu tutaj. Wiem, że pod względem materialnym nie będzie mi tu najlepiej, po pierwsze, z powodu tego, że nigdy za tym nie uganiałem się, po drugie zaś, że nie mam skłonności pijawki, w które tak szczodrze są obdarzeni niektórzy adwokaci. Jednakże, żyć mogę i będę, bo muszę, mając żonę i dzieci”.

W takim nastroju był F. Bohuszewicz na samym początku 1885 roku, jak też w latach następnych. Dosłownie po trzech miesiącach opuścił Wilno i wyjechał do Rosji, gdzie dawano mu posadę prawnika.

Takie były jego nastroje wileńskie. Dlaczego tak się stało, że Wilno go nie zadowalało?

Przyczyn należało szukać w jego działalności adwokackiej. Zaczęto go nazywać adwokatem chłopskim, który w sądzie występował głównie w obronie uciskanych po reformie wieśniaków. Był on obrońcą ludowym i jego opinia budziła zaniepokojenie przełożonych. Dlatego w służbie awansował bardzo powoli, chociaż był człowiekiem o nieprzeciętnych zdolnościach oraz wysokich zaletach moralnych i obywatelskich. Dostrzegano w nim osobę niepewną względem istniejącego ustroju: z wielkim zaangażowaniem podejmował się spraw, dotyczących interesów zwykłych ludzi, chłopów.

Bohuszewicz cieszył się sławą ludowego orędownika, obrońcy. Chętnie podejmował się prowadzenia takich spraw, w których mógł dopomóc biednym i ciemiężonym ludziom, pisywał im podania. Ludzie szli do niego po radę i pomoc jak do swojego. Współcześni Bohuszewiczowi chłopi wspominali: “Był to dobry człowiek, bardzo dobry. Lubił nas, wieśniaków. Chętnie z nami rozmawiał po białorusku”.

Są świadectwa współczesnych mu ludzi, że był on nieprzekupny, gdy miał prowadzić sprawy znajomych ziemian i ci proponowali mułapówki.

Bohuszewicz przyznawał szczerze: “Nie lubię miasta. Zbyt wielka tam ciasnota i smród”. Mieszkając w Wilnie, starał się znaleźć wśród kamienic jakiś zielony zakątek. Po powrocie z Ukrainy upodobał sobie należący do lekarza Kozłowskiego przytulny drewniany domek z dziedzińczykiem przy ul. Końskiej. W sąsiedztwie był rynek. Dawniej sprzedawano tam siano, konie, więc nazywano go Końskim. Za czasów Bohuszewicza był to już rynek zbożowy. W tym okresie mieszkanie jego łatwo było rozpoznać, ponieważ, szczególnie w dni rynkowe, kręciło się tam wielu wieśniaków.

Sąsiedztwo z rynkiem pozwalało mu prowadzić różne obserwacje. Widział, jak z wieśniaków ściągano podatek tzw. “bramowy” albo “kopytkowy” i to budziło w nim wielkie oburzenie. Ale też spotykał tu furmanki spod Smorgoń i Kuszlan, co uspokajało jego serce i tęsknotę do stron rodzinnych.

Tematy do swych wierszy i opowiadań będzie czerpał z praktyki sądowej. Kiedy w 1887 roku zaczęto mówić w Wilnie o budowie torów tramwajowych, wówczas poeta żywo zareagował na tę wiadomość. Pisał on: “Wreszcie miejscowe władze ostatecznie zatwierdziły umowę z przedsiębiorcą w sprawie przeprowadzenia w Wilnie linii tramwajowej. Jak każda nowość w komunikacji fakt ten jest dodatni, jednakże są duże wątpliwości, czy tramwaj przyniesie miastu korzyści: uliczki są wąskie i kręte, więc nie wszędzie tramwaje mogą kursować. Wilno jest miastem niewielkim – od jednego krańca, na przykład od Żelaznego Mostu, do drugiego – Wilenki – można przejść w ciągu 16 minut. Niby dalej jest położone Zarzecze, ale ze śródmieściem łączy je tylko jeden most, więc linia tramwajowa nie jest w stanie skrócić tej odległości. W takich warunkach tramwaje przyniosą nam niewiele korzyści i udogodnień. Natomiast brak tego rodzaju komunikacji niezbyt jest odczuwalny. Za to tramwaje pozbawią kawałka chleba wielu dorożkarzy. Ale mieszczanie, którzy dotychczas chętnie zażywali krótkich spacerów, poniosą swe pieniądze do kieszeni przedsiębiorcy. Prócz tego, na ciasnych, krętych i pagórkowatych ulicach będzie wiele nieszczęśliwych wypadków! Na pewno będzie!”

Zapewne, podobne zdanie mieli o tramwajach również inni wilnianie, myśl bowiem F. Bohuszewicza była słuszna. W ten sposób miasto pozostało bez tramwajów do dnia dzisiejszego.

Franciszek Bohuszewicz był ściśle związany z twórczością Adama Mickiewicza. Dla niego – to nie tylko poeta polskojęzyczny. Uważał go za piewcę ziemi białoruskiej, wiedząc, jakie były źródła natchnienia i twórczości Mickiewicza.

Kiedy powstała kwestia uwiecznienia pamięci Adama Mickiewicza w związku ze stuleciem jego urodzin, F. Bohuszewicz od razu został członkiem komitetu jubileuszowego, który zawiązano latem 1897 roku z inicjatywy wileńskiego dziennikarza Lucjana Uziembły. Od pierwszych dni poeta przystąpił do zbiórki pieniędzy na budowę pomnika Adama Mickiewicza. Do tego komitetu wciągnął również Elizę Orzeszkową.

Latem 1897 roku F. Bohuszewicz zorganizował wyjazd do Kowna, gdzie po ukończeniu uniwersytetu dłuższy czas mieszkał Adam Mickiewicz. Z okazji jubileuszu chciał przejść się śladami ulubionego poety. W mieście pokazano mu gimnazjum, gdzie Mickiewicz był nauczycielem, źródełko na lewym brzegu rzeczki Girstupis, z której poeta częstował swych gości prawdziwą źródlaną wodą, mówiąc: “Pijcie, przyjaciele, niech wasze serca będą takie czyste jak woda z tego źródełka”. Bohuszewicz zajrzał też do kowieńskiego domku o niewielkich okienkach, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz. Przy migotliwym blaskuświec napisał on tu szereg swych wspaniałych utworów.

Z Kowna Bohuszewicz wrócił pełen nowych wrażeń i z zapałem zabrał się do dalszego zbierania pieniędzy na pomnik wielkiego poety. Ofiary składali nie tylko przedstawiciele inteligencji, ale też ludu. Co prawda, sumy nie były duże. Zebrano ogółem 4648 rubli. Bohuszewicz z wielką niecierpliwością czekał na odsłonięcie pomnika. W jego mieszkaniu, w domu Kozłowskiego, omawiano list od krakowskiego artysty Rusieckiego, który komunikował, że projekt pomnika jest już gotowy.

Ale wiosną 1898 roku Bohuszewicz zachorował i musiał z rodziną przenieść się z Wilna do Kuszlan na Białorusi. Tam nadal również interesował się losem pomnika. Ciągle miał nadzieję, że zdoła się wyleczyć i wziąć udział w jego odsłonięciu. Ale, niestety, uroczystość odbyła się bez niego, przy tym bardzo skromnie. W tym czasie bowiem władze carskie wystawiły pomnik Murawjowa-Wieszatiela i  przesłoniło to jubileusz Wieszcza.

Ale mimo wszystko, udało się, chociaż skromnie, uczcić 100-lecie Wielkiego Adama. Wszystko to mocno cieszyło F. Bohuszewicza.

Pomnik ten teraz znajduje się w tym samym kościele św. Jana, został on odnowiony z okazji 400-lecia Uniwersytetu Wileńskiego. W jego jasnoróżowym marmurze również teraz odczuwamy ciepło duszy naszego piewcy, Franciszka Bohuszewicza.

Tak, był on piewcą ludu, Białorusi, obrońcą języka białoruskiego.

Adam Mickiewicz w swych wykładach, które wygłaszał w Paryżu o literaturach słowiańskich, mówił: “Spośród wszystkich narodów słowiańskich Rusini, a więc wieśniacy z guberni pińskiej, częściowo mińskiej i grodzieńskiej, zachowali najwięcej cech ogólnosłowiańskich. Ich bajki i pieśni zawierają wszystko. Zabytków piśmiennictwa mają mało. Tylko Statut Litewski napisany jest w ich języku, najbardziej harmonijnym, najmniej zmienionym wśród wszystkich języków słowiańskich.

W języku białoruskim, który nazywają rusińskim albo litewsko-rusińskim, rozmawia około10 milionów ludzi, jest to najbogatsza i najczystsza mowa, powstała ona dawno i wspaniale się rozwinęła…

Bohuszewicz w swej przedmowie do Dudki białoruskiej jak gdyby czerpie z wypowiedzi A. Mickiewicza o Białorusi i języku białoruskim.

Porównajmy to. F. Bohuszewicz pisze: “Czytałem wiele starych papierów, które dwieście, trzysta lat temu na naszej ziemi pisali wielcy panowie w naszej czystej mowie, jakby to zostało napisane wczoraj…

… Nasza mowa jest taka sama ludzka i pańska, jak francuska albo niemiecka albo jakaś inna… Nasza mowa dla nas jest święta, bo została nam dana od Boga, podobnie jak i innym dobrym ludziom…

Poeta pisał w ojczystym języku, języku swego narodu. Zaczął to robić, gdy jeszcze był na Ukrainie, ale działalnością literacką zajął się dopiero po powrocie do Wilna.

Za życia Franciszka Bohuszewicza z druku wyszły dwa zbiory jego wierszy i poematów. Zostały one wydane za granicą: Dudka białoruska (Kraków, 1891) i Smyk białoruski (Poznań, 1896)

Bohuszewicz przygotował do wydania również zbiór wierszy Opowiadania białoruskie, ale z druku on nie wyszedł, a tekstów nie odnaleziono dotychczas. Przez długi czas jego utwory były wydawane nielegalnie, rozchodziły się w rękopisach. Jego 13 wierszy wydrukowano tylko w zbiorze Pieśni, wydanym nielegalnie w 1903 roku.

Należy odnotować, że po upadku powstania lat 1863-1864 na Białorusi do roku 1905 zakazany był druk białoruskich książek. Dlatego Bohuszewicz, Ciotka oraz inni białoruscy pisarze i poeci musieli publikować nielegalnie swe utwory w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, co było związane z wielkimi trudnościami. Dlatego nie wszystkie utwory mogły ujrzeć światło dzienne.

Franciszek Bohuszewicz napisał nader interesujący utwór Śpiew. Jego historia jest następująca.

Jak już mówiliśmy, latem 1897 roku Bohuszewicz odwiedził Kowno. Wśród inteligencji kowieńskiej rozpisano konkurs na najlepszą pieśń turystyczną dla młodzieży. Wziął w nim również udział Franciszek Bohuszewicz. Poeta też go wygrał. Jego utwór został uznany za najlepszy. Jakiś muzyk skomponował melodię i młodzież kowieńska chętnie śpiewała tę pieśń do słów białoruskiego poety. Miała ona charakter patriotyczny, autor wzywał, aby poznawać swój kraj i jego wspaniałych synów, często nieznanych lub zapomnianych. Wspomina też nazwiska Czeczota, Poczobutta, Tomasza Zana…

Jest to również aktualne obecnie, gdy nauczyciele Wileńszczyzny zapominają lub po prostu nic nie wiedzą o naszych znakomitych ziomkach, takich jak właśnie Franciszek Bohuszewicz.

W swej twórczości literackiej Bohuszewicz używał pseudonimów Maciej Buraczok i Symon Rewka spod Borysowa. Jeśli mieszkaniec Kuszlan przyjmował postać Macieja Buraczka jako sąsiada ze swej wsi, to w Symonie Rewce widział dalszego już sąsiada, podobnie jak dalszym niż Smorgoń było miasto Borysów za Mińskiem, z którego pisał się Symon Rewka. W ten właśnie sposób poeta afirmował demokratyczną i patriotyczną ideę dudki i smyczka, jedność pieśni, ojczyzny i historii.

Właśnie historii, F. Bohuszewicz bowiem, jak ongiś na początku XVI wieku, w epoce Odrodzenia Franciszek Skoryna, obydwie swe książki poprzedził przedmowami, w których budził pamięć historyczną narodu, szacunek do języka ojczystego. Takie poczucie historii, języka jako duszy narodu wśród ludu budził Bohuszewicz – inteligent, głęboki demokrata, pisarz autentycznie ludowy.

Pod wieloma względami Bohuszewicz był pierwszy wśród twórców nowej literatury białoruskiej z przełomu XVIII i XIX wieków. Był on na przykład pierwszym autorem całkowicie białoruskiego tomu poezji, pierwszym autorem przedmów do zbiorów poetyckich.

Skoryna i F. Bohuszewicz – to białoruscy narodowi luminarze, chociaż nie kanonizowały ich ani wschodnia cerkiew, ani zachodni kościół, a tylko Franciszek Skoryna, jako drugi po Czechach Słowianin wydrukował Biblię w ojczystym języku białoruskim, bo go “Bóg z tego języka puścił na świat”. Franciszek Bohuszewicz zaś dotychczas nam przypomina: “Nie porzucajcie naszej rodzinnej mowy białoruskiej, aby nie umarła!”

Franciszek Bohuszewicz jest uważany za ojca realizmu białoruskiego, za twórcę narodowych tendencji romantycznych w literaturze (poezji) białoruskiej. Spod jego pióra wyszły pierwsze opowiadania nowej literatury białoruskiej: opowiadanie socjalno-psychologiczne Tralalonoczka, wydane w osobnej książeczce w 1892 r., ludowe humorystyczne nowele Świadek, Polesowszczik, Diadina, opublikowane w gazecie “Nasza Niwa” w 1907 roku, już po śmierci poety. A gdzieś w żandarmskich archiwach dotychczas nie znaleziono osobnego zbioru opowiadań F. Bohuszewicza, zatytułowanego Opowiadania białoruskie.

Osobnym rozdziałem twórczości F. Bohuszewicza jest jego publicystyka w języku polskim z lat 1885-1891, gdy był korespondentem polskiego czasopisma “Kraj”. Była to publicystyka wysoce obywatelska, o bardzo aktualnej tematyce, poświęcona głównie socjalnym zagadnieniom wsi i miasta po reformie.

Poezja F. Bohuszewicza – to osobny, niepowtarzalny pod względem brzmienia i kolorytu rozdział białoruskiej literatury i w ogóle poezji.

Znajduje to wyraz w jego wierszach Zachwyt, W sądzie, Pobyt w piekle, Będzie źle i in. Poezja Bohuszewicza jest poezją chłopską.

Prócz wierszy i nielicznych opowiadań, ze spuścizny literackiej zachowały się jego wystąpienia publicystyczne w wileńskich i petersburskich gazetach oraz czasopismach, listy do przyjaciół – Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza. Można z nich dowiedzieć się, z jakimi trudnościami poeta borykał się w pracy literackiej i życiu codziennym.

“Marudnie, bardzo marudnie powstają pieśni” – skarżył się poeta swemu przyjacielowi Janowi Karłowiczowi. Były do tego podstawy. Bohuszewicz nie mógł całkowicie poświęcić się swej ulubionej działalności literackiej. Dużo czasu pochłaniała praca w sądzie, troska o rodzinę. Wiersze, które pisał, nie tylko nie dawały korzyści materialnych, ale odwrotnie, wymagały środków pieniężnych i wielkich kłopotów przy ich wydawaniu. Ale byli ludzie, którzy mu pomagali.

Więc pisał. We wszystkich swych utworach – poetyckich, prozaicznych, publicystyce, listach do przyjaciół Bohuszewicz występował jako płomienny obrońca ludu, chłopski demokrata, zdecydowany walczyć do końca. Ci, którzy znali poetę, wysoko cenili go jako pisarza i działacza społecznego.

Do Bohuszewicza, jego poezji skłaniali się wszyscy, którzy żyli interesami ludu, którzy chcieli pomóc ludowi.

Uważali go za swego nauczyciela, zasięgali w myślach jego rady ówcześni białoruscy pisarze-demokraci: Adam Hurinowicz, Olgierd Obuchowicz…

Poezja Bohuszewicza nie tylko przedstawiała czytelnikowi prawdę o życiu ludu, ale też budziła protest przeciwko carskiemu samowładztwu. Władze obawiały się utworów poety. Na przykład, w roku 1908, nie wiedząc, że poeta już nie żyje, urządzono ściganie sądowe jego zbiorów Dudka białoruska i Smyk białoruski.

Franciszek Bohuszewicz zmarł 28 kwietnia 1900 roku w swych rodzinnych Kuszlanach (Białoruś). 1 maja 1900 roku, około godziny 10 żałobnie zaczęły bić dzwony kościoła w Żupranach. Wszyscy wiedzieli, że to chowają Franciszka Bohuszewicza, słynnego Macieja Buroczka. Droga od kościoła żuprańskiego, gdzie odbywało się nabożeństwo żałobne za duszę zmarłego, na cmentarz była krótka. A dzwony ciągle biły, odzywając się bolesnym echem w sercach tych, którzy szli za trumną – krewnych i bliskich, mieszkańców miasteczka i dwóch delegacji z Wilna – jednej od adwokatów i drugiej – od wielbicieli talentu poety: rzemieślników, dziennikarzy, przedsiębiorców.

Rodzinna ziemia przyjęła swego syna.

Odtąd minęło już 100 lat, a jego dudka obudziła i budzi naród białoruski do życia narodowego, do niepodległości, do kultywowania swego ojczystego języka. W ciągu tych 100 lat wiele się zmieniło. Obecnie na grobie poety ustawiona jest stela z kruszywa marmurowego z miedzianą płaskorzeźbą.

Imię Franciszka Bohuszewicza uwiecznione jest w wielu nazwach. Nosi je Oszmiańskie Muzeum Krajoznawcze, w Żupranach ustawiono jego pomnik. Biblioteka w Kuszlanach, mieszcząca się w domu, gdzie żył poeta, też została nazwana jego imieniem. Można też spodziewać się, że i na Wileńszczyźnie, gdzie się urodził i został ochrzczony, jego imię także będzie godnie uwiecznione. Na przykład, z inicjatywy Towarzystwa Języka Białoruskiego im. F. Skoryny Ziemi Wileńskiej,  ulica we wsi Sawiczuny, gmina Rukojnie, w rejonie wileńskim nosi imię poety. W miejscowej bibliotece powstaje dział książki białoruskiej, a sama placówka otrzyma imię F. Bohuszewicza, na budynku zaś zostanie umieszczona tablica pamiątkowa ku czci poety. Są też plany utworzenia tam muzeum F. Bohuszewicza. Wszystko to zależy od inicjatywy tych ludzi, którym drogie jest imię naszego pieśniarza, jak też od możliwości finansowych strony litewskiej i białoruskiej. Do biblioteki nasze towarzystwo przekazało już 50 książek białoruskich. Początek już jest.

Autorem wpisu o Bohuszewiczu jest Władimir Sodol, poeta z Mińska, bada twórczość Franciszka Bohuszewicza. Jest on autorem kilku książek, kilkudziesięciu artykułów, szkiców, esejów na ten temat.

… Co roku w dniu imienin Franciszka Bohuszewicza (2 kwietnia) w wileńskim kościele św. Bartłomieja i w kościele w Rukojniach będą odprawiane msze św. za duszę poety.

(źródło: http://archiwum2000.tripod.com/511/bogusz.html)

4_Paulina_Szklennik_siostra_Gabrieli_zony_Franciszka_BohPaulina Szklennik siostra Gabrieli, żony Franciszka Bohuszewicza ze zbiorów rodzinnych (ok 1880)

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój:

Po świętach o świętach

Roman Brodowski

Wigilia w odchodzącej w zapomnienie starej polskiej wsi na obrzeżach Puszczy Białowieskiej. Po raz pierwszy uczestniczyłem w obchodach uroczystości Świąt Bożego Narodzenia w Ostrowie, oddalonej o trzydzieści kilometrów od Słonimia, umierającej powoli, wyludnionej wiosce. Mimo pustych, opuszczonych chat we wsi kwitnie nadal stara ojczyźniana tradycja kolędowania, o czym przekonałem się na własne uszy i oczy.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w Ostrowie żyło około 800 mieszkańców. Była tam szkoła, przedszkole, poczta, świetlica i społeczna „bania”. Dzisiaj po tych instytucja pozostał jedynie duch tamtej epoki – gnijące ściany, powybijane okna i pachnące pustką zmurszałe, nie domykające się drzwi. We wsi jest jeszcze mały sklepik, do którego dwa razy w tygodniu dostarcza się świeże pieczywo. A mimo to żyje tu mała, niespełna stuosobowa społeczność czekających swojego czasu starszych ludzi.

Piękno tej wsi oraz jej tradycję zapisałem w fotografii oraz filmiku, do którego obejrzenia zapraszam.

ostrow (10) ostrow ostrow (1) ostrow (2) ostrow (3) ostrow (4) ostrow (5) ostrow (6) ostrow (7) ostrow (8)

 

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 2

Roman Brodowski

Przeprowadzka na Kresy

Po kolacji jak zawsze mój wnuk oglądał program telewizyjny, córka krzątała się po kuchni, a ja po wieczornej toalecie, udałam się na zasłużony odpoczynek.

Światło wiszącej tuż nad głową lampki łagodnie oświetlało otwarte stronice książki, wydobywając z mroku tajemniczą ich zawartość. Syciłam się kolorowymi i czarno-białymi fotografiami pięknych pejzaży zarubieżnej dzisiaj krainy. Każdy z nich, szczegółowo opisany, przypominał mi czasy mojej młodości.

Coraz częściej zamykałam oczy, balansując na granicy „byłam i jestem”, coraz częściej zauważałam to, co wówczas nie miało dla mnie znaczenia, a co dzisiaj nabrało wręcz sakralnej mocy. Drobne epizody, pojedyncze myśli, twarze, przedmioty, słowa sprawiały, że powoli odnajdywałam się poza tą granicą, byłam bardziej tam i wczoraj, aniżeli tu i dzisiaj.

Nagle usłyszałam dobiegający z dala donośny głos taty.
– Wstawaj kwiatuszku – powiedział. – Wstawaj. Musimy się szykować. Niebawem przyjadą furmanki.
– Furmanki? Jakie furmanki? – pomyślałam – No tak przecież dzisiaj wyjeżdżamy do Zdołbunowa – przypomniałam sobie, powoli wydobywając się z sennej jeszcze rzeczywistości.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tato stał obok łóżka, wpatrzony w świat za oknem. Nie wiem dlaczego, ale spontanicznie wyskoczyłam z pościeli i rzuciłam się mu na szyję. – Nie bój się tatusiu – szeptałam mu do ucha. – Będzie dobrze, nie bój się, będzie dobrze.
Ojciec uwolnił się z mego uścisku, postawił mnie na podłogę i delikatnie poklepał po ramieniu.
– Musi być dobrze, Zosieńko. Dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Masz rację, będzie dobrze, córeczko – odrzekł z wyraźnie udawanym spokojem.

Tato był już od kilku miesięcy bez pracy i bez szans na jej zdobycie, postanowił więc poszukać jakiegoś stałego zajęcia z dala od Parzymiechów i z dala od leżącej niedaleko, borykającej się z wysokim bezrobociem, Częstochowy.

Po długich naradach z mamą i z jej aprobatą wyjechał w nieznane, w poszukiwaniu nowego miejsca do założenia przytulnego i dostatniego rodzinnego gniazda.

Wrócił do domu po kilku dniach.

Jakież, niczym nie tłumione emocje targały mamą, gdy usłyszała o tym, że mielibyśmy się przenieść z centralnej Polski na Wschód, tam, gdzie do dzisiaj  panuje, jak mówiła, duch rosyjskiego zaborcy. Nie wiem dlaczego, ale tych terenów mama bała się najbardziej.

Przez kolejne trzy dni w domu panowała atmosfera niezgody, kłótni i płaczu. Aż w końcu udało się ojcu przekonać mamę do wyjazdu. Zapewniał, że tam, na Wschodzie, żyją tacy sami Polacy jak my, przyjaźni, ciepli, posiadają taką samą, katolicką kulturę i podobne naszym, polskie tradycje.

Poza tym w Zdołbunowie obiecano mu interesującą pracę na kolei, dobre zarobki oraz to, co dla niego było najważniejsze, dach nad głową dla całej naszej rodziny. Dzisiaj nadszedł czas przesiedlenia w dalekie i obce dla nas miejsce. Zaczynało się nowe życie, na które patrzyliśmy pełni obaw.

Na podwórze zajechał pierwszy wóz zaprzężony w dwa konie. To kolega taty przyjechał nieco wcześniej, by pomóc przy wynoszeniu mebli.

Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Mama pakowała do drewnianych skrzyń ostatnie garnki, naczynia i drobny sprzęt kuchenny, ja – moje rzeczy osobiste, książki i zabawki. Najwięcej pracy miał tato, który wraz z naszymi najbliższymi sąsiadami, układał na furmankę szafy, stoły i spakowane już wcześniej skrzynie i walizki. Około południa nadjechał drugi wóz. Tym razem ciągnął go jeden koń, a drugi spokojnie przywiązany do woza, maszerował z tyłu. Woźnicą był wynajęty gospodarz z pobliskiej wsi, który za opłatą zgodził się zawieźć nas do celu.

Jak zawsze w takich sytuacjach wokół transportu pojawiła się spora gromadka gapiów. To sąsiedzi przybyli, by nas pożegnać. Niektórzy przynieśli nam drobne podarunki na drogę, jaja, kiełbasę, owoce. Inni, bardziej zżyci z naszą rodziną, rzeczy mające nam ich przypominać. Najbardziej wzruszył nas moment, kiedy to pan Franek, mieszkający w suterynie, zaczął zbierać od mieszkańców naszej ulicy, pieniądze, na nasz, jak to powiedział, dobry początek. Każdy starał się nam pomóc najlepiej, jak tylko potrafił. Pomiędzy dorosłymi stali też moi najbliżsi przyjaciele, Josik, Ania i Kaziu.

Josik czyli syn naszego żydowskiego karczmarza. Ma takie śmieszne, lokowate ogonki, opadające na wiecznie zatroskane policzki. Codziennie rano przybiega pod nasz dom w tej swojej czarnej sukmanie, przynosząc dla nas ciepłe, słodkie ciasteczka. Zawsze trzy, bo jest nas troje. Ania pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma czterech braci i dwie siostry, wśród nich najmłodszy jest Franek, ma czternaście lat, za dużo, by miał czas, by się z nią pobawić. Mama Ani ciężko pracuje w miejscowej pralni, starsze rodzeństwo także, więc Ania całymi dniami jest bez opieki. Gdyby nie to, że ma nas, a zwłaszcza Josika, którego bardzo lubi, byłoby bardzo samotna i pewnie smutna. Jednak najbardziej żal mi Kazia, będzie mi go brakowało. Mieszkamy obok siebie i często do późnego popołudnia bawimy się tylko we dwoje. Z tego powodu czasami inni nasi koledzy wyśmiewają się z nas, wołając, że Zosia i Kaziu to para zakochanych.   Ale ja sobie z tego nic nie robię, bo przecież to prawda, że Kaziu jest moim ulubionym towarzyszem zabaw i przyjacielem.

Wozy były już prawie załadowane. Miejsca do siedzenia na obu furmankach wymoszczone baranimi kożuchami, a na załadunek czekały tylko ostatnie trzy krzesła ustawione pośrodku opustoszałej izby, po której niespokojnym krokiem przechadzała się babcia.     Tylko ona, ta, która codziennie się mną opiekowała, moja kochana babcia, pozostanie w naszym starym, pamiętającym czasy zaborów, mieszkaniu.

Czas usiąść przed czekającą na nas drogą, powiedział nagle tato. Usiadł na jednym z krzeseł. Usiadły też mama i babcia, ja usiadłam na babcinych kolanach. Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, po czym babcia zaczęła głośno wymawiać słowa, które powtarzałam z nią codziennie przed snem – „Ojcze nasz”. Po zakończeniu modlitwy podeszła do nas, pobłogosławiła i ucałowała kilkakrotnie w czoło, najpierw tatę, potem mamę, a potem mnie. Tak wyprawieni na drogę, wyszliśmy na podwórko. Tato podziękował sąsiadom i przyjaciołom, towarzyszącym nam w naszym dotychczasowym, parzymiechowskim życiu.

Po kilku minutach, płaczu, uścisków, obietnic trwałych przyjaźni, pisania listów i składania sobie przysiąg pamięci, siedzieliśmy na wozach. Tylko Kaziu stał przez cały czas w milczeniu. Dopiero jak ruszaliśmy, podbiegł do mnie i podał mi zrobioną własnoręcznie szmaciankę. Płakał i trzymał mnie mocno za rękę.

Konie powoli ruszyły z miejsca. Nasz stary dom, stojąca na progu babcia i tłum przyjaciół zebrany na placu, wszystko się oddalało, stawało coraz mniejsze, aż w końcu zniknęło za zakrętem naszej drogi do „jutra”. I tylko te ostatnie słowa, mojego małego przyjaciela, ostatnie jego wołanie – „ja nie chcę, Zosiu, nie chcę” – wciąż jeszcze brzmiało mi w uszach.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Zmęczone konie wyprzęgnięto z wozów i zaprowadzono do biegnąca wzdłuż traktu rzeczki. My zaś rozłożyliśmy koc na miękkiej, soczystej trawie, żeby zjeść zasłużony i nieco spóźniony obiad. Popołudniowe słońce uśmiechało się do nas ciepłymi promieniami wczesnego lata, a w powietrzu unosił się śpiew krążących ponad polami, skowronków. Wydawało mi się, że jesteśmy na niedzielnej majówce.

Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Tato siedział w pierwszym wozie, obok woźnicy, a mama i ja w drugim. Pod wieczór dotarliśmy do małego zagajnika.

Wjechaliśmy na polanę osłoniętą od drogi wysokimi świerkami, z dala od innych domostw. Konie zatrzymały się pod wiekowym, rozłożystym dębem, a my zeskakując z wozów, zaczęliśmy rozciągać obolałe niewygodami podróży, kości.

– Szanowna rodzinko, i wy dostojni goście – zażartował tato. – Przybyliśmy do tego raju, by spędzić tu naszą romantyczną noc pod gwiazdami. To właśnie tutej rozpocznie się liczenia gwiazd… – Nie mędrkuj, tylko powiedz gdzie rozpalimy ognisko – przerwała mu mama – Muszę ugotować herbatę i upiec kartofle na kolację – dodała. Wybuchnęliśmy śmiechem. Po ustaleniu bezpiecznego miejsca dla rozpalenia ognia, zabraliśmy się za zbieranie chrustu.

Wieczór rzeczywiście był piękny. Ognisko strzelało milionami złotych iskier ku niebu, a języki ognia tańczyły niby tancerze po płonącym drewnie w rytm wiatru. I chociaż my, odziani w ciepłe wełniane swetry, zaczęliśmy odczuwać wieczorny chłód, to wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo, siedzieliśmy cierpliwie do późnych godzin nocnych. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Ciąg dalszy za miesiąc

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej

Roman Brodowski

Echo Wołynia

W tym roku maj był wyjątkowo ciepły i piękny. Po raz pierwszy od wielu lat natura obdarzyła nas tak wielkim bogactwem kwiecia, ptactwa i słońca jednocześnie. Za oknami kwitły kasztany, moje ulubione krzewy liliowego bzu,  a na trawniku obok domu kąpały się w słonecznych promieniach żonkile, stokrotki i spóźnione, ostatnie tulipany. Nawet ptaki, pogubiwszy się w tej pogodzie, wcześniej niż zwykle rozpoczęły godowe trele. Takie wiosny zdarzają się bardzo rzadko.

Osobiście pamiętam tylko jedną tak piękną i tak romantyczną jak ta. Było to w 1939 roku, a więc krótko przed rozpoczęciem wojny. Jednak, w tamtym jakże odległym już dzisiaj czasie, moje pojęcie piękna miało zupełnie inny wymiar. Byłam młodą, atrakcyjną dziewczyną, szukającą swojego miejca, swojego szczęścia na ziemi. Wypełniona marzeniami, zakochana w poezji, przytulałam każdy otrzymany od chłopca kwiatek do ust, a w każdym promyku słońca odnajdowałam nadzieję na spełnienie moich dziewczęcych pragnień. Wsłuchiwałam się w rodzącą się do życia przyrodę, w śpiew ptaków, w szumiący w gałęziach drzew wiatr i w szmer przepływającej leniwie przez Zdołbunowo rzeki. Wówczas jeszcze nie wiedziałam że moją biologczną wiosnę, tak szybko, bez okresu przejściowego, przerwie upalne lato kilkuletniej pożogi. Może właśnie dlatego tę wiosnę, ostatnią wiosnę wolności, a co za tym idzie ostatnią wiosnę mojego beztroskiego dzieciństwa, wspominam szczególnie.

Korzystając z tej wymarzonej na spacery pogody, postanowiłam wybrać się na długi rekonesans po moich spokojnych uliczkach wciąż jeszcze restaurowanych Zbrosławic.

Szczerze mówiąc od wielu dni obiecuję sobie wypad do jedynej na naszym osiedu, księgarni. Zbiża się czas zakupu kolejnej książki z serii „Historia polskiej literatury”. Tym razem powinno ukazać się wznowienie „Lalki”, a przyznam, że od wielu lat nie czytałam tej powieści. Nawiasem Prus jest jednym z moich ulubionych pisarzy.

Po przekroczeniu progu księgarni, ze smutkiem stwierdziłam (nie po raz pierwszy), że ta najwierniejsza przyjaciółka człowieka, książka, ta drukowana, od wieków towarzysząca nam skarbnica wiedzy, rozrywki i przygody, ta pachnąca celulozą i farbą drukarską mądrość, powoli odchodzi do lamusa. Wynalazek Gutenberga ustępuje, wypiera go, coraz szybciej, elektronika. Dobrze, że ten jeden z największych wynalazców naszej epoki nic nie wie o schyłku swojego dzieła, pomyślałam. Półki wypełnione po sufit tysiącami czekających na kupca woluminów, a sklep prawie pusty.

Rozejrzałam się dookoła. Po lewej stronie od drzwi stały dwa potężne regały z napisem „Literatura Polska”. To pewno tu, pomyślałam. Po kilkunastu minutach poszukiwań w końcu „Lalki”. Obok stał czterotomowy komplet książek w pięknej, przykuwającej wzrok, obwolucie. „Bolesław Prus – Dzieła wybrane”. Nie namyślając się długo, (zwłaszcza, że cena kompletu była adekwatna do moich finansowych możliwości), postanowiłam kupić wszystko za jednym razem.

Zapłaciłam i wychodziłam już, gdy wzrok mój przyciągnęły leżące na stole albumy. Na jednym z nich widniało słowo Wołyń. Ogarnął mnie dziwny niepokój. Z bijącym sercem zbliżyłam się do stołu i powoli, z niedowierzeniem zaczęłam czytać, „Wołyń naszych przodków. Śladami życia – Czas zagłady”. Zamarłam. W jednej chwili przed oczyma przemknęło całe moje dzieciństwo, moja młodość, moja radość i mój dramat.

– Czy mogę w czymś pani pomóc? – usłyszałam ledwo dochodzący do mojej świadomości głos. – Czy pani się źle czuje? – pytał ktoś z boku, potrząsając mną delikatnie. Ocknęłam się. Obok stała młoda dziewczyna – ta sama ekspedientka, która kilka minut wcześniej obsługiwała mnie przy kasie.

– Nic mi nie jest. Dziękuję drogie dziecko – odpowiedziałam – To tylko ten album. Tyle lat czekałam na tę chwilę, tyle lat modliłam się o to, by ktoś głośno zaczął mówić o wołyńskiej ziemi, by ktoś upomniał się o historyczną pamięć ofiar polskiego narodu. Pragnąłam, by ktoś wydobył spod ziemi na światło dzienne tę gorzką prawdę o zbrodni ludobójstwa dokonanej na bezbronnej ludności Wołynia, Polesia, Galicji.

– Pani stamtąd pochodzi? – zapytała sprzedawczyni. – Pani musi stamtąd pochodzić – powtórzyła, po czym nieco zmieszana odeszła, pozostawiając mnie sam na sam z czekającym otwarcia albumem. A ja…, położywszy na stół nabyte wcześniej książki, delikatnie uniosłam tę poświęconą mojej ziemi księgę.

I wtedy zauważyłam spadające na stronę tytułową, przezroczyste jak kryształ, kropelki. Tak, to były moje łzy. Dla mnie album ten był jak dzieło sztuki, prawdziwy obraz mojej utraconej, małej ojczyzny, moim sacrum.

Kremowobiała obwoluta, duży format, kredowy papier i masa zdjęć, zarówno z tamtego czasu jak i dzisiejszych, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Prawdziwym cudem tej książki były mapki wołyńskich powiatów, ukazujące w najdrobniejszych szczegółach wszystkie, nawet najmniejsze miejscowości, pojedyncze domy stojące pośród brzemiennych w porze żniw pól, przydrożne, od dawna nieistniejące już kapliczki i drogi prowadzące do zmurszałych już dziś domostw.

Tak- dla kogoś, komu słowo „Wołyń” brzmi jak modlitwa, album ten jest świętością, która pomaga w powrocie do przeszłości, do tamtych, jakże tragicznych dla naszego wołyńskiego narodu, czasów.

Co prawda nie urodziłam się na tej wyklętej i częściowo dzisiaj zapomnianej przez wielu rodaków ziemi i nie płynie w mojej krwi rodowe przywiązanie do niej, ale pomimo to jest moją wielką miłością, najpiękniejszą częścią mojego życia, jest moim dzieciństwem.

Kiedy obładowana wracałam do domu, słońce powoli skłaniało się ku zachodowi. Zapach przesyconego wiosennym wiatrem powietrza i stojące przy wybrukowanej drodze kasztany, obok których przechodziłam tysiące razy, dzisiaj wydawały mi się jakieś inne, dziwnie znajome treścią innej epoki. Nawet mijający mnie przechodnie, których znam, wydawałoby się, od zawsze, pozdrawiający mnie przyjaznym „dzień dobry”, nagle stali się nierozpoznawalni i obcy. Byli obok, a jednocześnie gdzieś bardzo daleko, w jakimś innym czasie. Niby tacy jak zawsze, mili, życzliwi, wtopieni w scenografię mojego życia, a jednak nieodkryci i tajemniczy.

Ja także, mimo osiemdziesięcioletniego doświadczenia, poczułam się o kilkadziesiąt lat młodsza, piękniejsza i jak wówczas, przed wojną,romantycznie naiwna. Czułam, że ten ciężar, który dźwigam w torbie, ten album sprawił, że, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przed oczyma mojej wyobraźni, ponownie ukazał się świat tamtej młodej dziewczyny, cudowny obraz przedwojennego Wołynia.

Zmęczona i nieco już głodna dotarłam do mieszkania. W progu, pomrukując, przywitał mnie, zniecierpliwiony moją długą nieobecnością, stary przyjaciel, kot.

Feliks mieszka z nami od dziesięciu już lat. Pamiętam dzień naszego pierwszego spotkania. Było to wczesną wiosną, bodajże na początku marca. Na dworzu było jeszcze chłodno, ale na gałązkach rosnącej nieopodal naszego domu wierzby pojawiły się srebrzyste bazie.

Jak zawsze rankiem udałam się do pobliskiej piekarni, po świeże pieczywo. Wracając z zakupami, ujrzałam leżącą pod drzwiami małą szaroczarną kuleczkę. To był on, skulony, trzęsący się z zimna mały kotek. Patrzył na mnie smutno. W jego zielonych oczach była samotność, było cierpienie i prośba, taka prawdziwa, szlachetna prośba o przytulenie. Wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć Podniosłam go z ziemi i włożywszy do wielkiej kieszeni palta zaniosłam do mieszkania.

Na początku myślałam o tym by go ogrzać, nakarmić i przetrzymać kilka dni, do momentu aż się na dworzu ociepli, ale już następnego dnia wiedziałam, a właściwie wiedzieliśmy wraz z wnukiem, że kot zostanie z nami.

Co prawda pomysł ten nie bardzo przypadł do gustu mojej córce, ale z czasem i ona przywykła. Teraz kot jest już stałym członkiem naszej rodziny.

Spojrzałam na wiszący w przedpokuju zegar. Dochodziła szesnasta. Kot kręcił mi się między nogami, a ja, zajęta przygotowywaniem obiadu dla córki i wnuka, wracających o siedemnastej z pracy, z niepokojem zerkałam w kierunku sypialni. Nie mogłam zapomnieć o leżącej na łóżku lekturze, o czekającej tam na mnie wieczornej przygodzie, o możliwości powrotu do wciąż żywej tęsknoty, jaką jest ziemia wołyńska, żyzne pola okaljące Równe i zielone przestrzenie mojego małego Zdołbunowa.

                                                               Ciąg dalszy nastąpi

 

Zaduszki Kresowe

Roman Brodowski

Zaduszki

Szarojesienny, wilgotny wiatr
Tańczący w alejkach cmentarnej,
Zamkniętej ludzką historią,
Unoszonej zapachem niebytu, ciszy

Krzyże wpatrzone w płonące znicze
Białe, żółte kwiecie chryzantem,
Świeżo zerwane gałązki świerku
I ledwo słyszalny głos przemijania.

Melancholia stojąca przy grobach
Zmarznięte dłonie splecione pokorą
I modlitwa za spokojny sen bliźnich
Wysłana nadzieją zmartwychwstania.

I Oni, – przywołani mrokiem pamięci,
Powracający jesienną mgłą tęsknoty,
By odejść z nastaniem chłodnej nocy
– Jak dobrze mieć wspomnienia –

Mateńko

Drzwi do raju jeszcze daleko.
Moje jestestwo nadal płynie,
A ja już czekam, Mateńko
Kiedy obudzisz się ze snu.

Pamiętasz?

Przytulony do twojej piersi
Do twojej matczynej miłości
Karmiłem się mlekiem prawdy
Płynącym z twojego wnętrza

A gdy wyrosły mi skrzydła
Wyfrunąłem w bezkres świata
W celu poznania sensu bytu,
Poznania drogi przeznaczenia

Pamiętasz?

Dałaś mi palto na pożegnanie
Uszyte siłą twojej wiary
Talizman na ciężkie chwile
By chronił moje zwątpienie.

Błądziłem po nieboskłonie
Szukając przystani na wieczność.
Pływałem po morzach bezsensu
Po dogmatycznych tajemnicach…

Pamiętasz?

Szukałem Boga pośród ludzi,
Szukałem w ludziach Jego światła,
A gdy nie znalazłem, odszedłem
Niespełniony jak syn marnotrawny…

Tyle już czasu minęło, Mateńko,
A ja nadal nie pojmuję nadziei,
Codziennie modlę się o wczoraj.
I szukam Ciebie… wśród zniczy.

Ojczyzno

Położyłem bukiet kwiatów,
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.

Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.

Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.

Tylko ziemia milczała,
Tuląc matczynym ramieniem
Śpiącą, przerwaną historię.
Milczące dziecię narodu.

Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

– Dobrze że jesteś – Ojczyzno!

Do Adama

„Ktokolwiek będziesz w Nowogròdzkiej ziemi…“
Pamiętasz? –  to twoje Wieszczu są słowa,
No więc jestem! – tu w twojej  przestrzeni
By poczuć smak epoki… by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości
Wolność żywym słowem bliźnim rozdawałeś
I uczyłeś naród nasz czystej miłości
Do ojczyzny, do Matki którą tak kochałeś.

Wznosiłeś modlitwy do pagórków leśnych.
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom jak majowe słońce.

Tak Mistrzu Adamie – mój Ty przyjacielu
To w twoich marzeniach Polska się rodziła
W „Stepach Akermańskich“, w „Panu Tadeuszu“ ,
W „Dziadach“ twych, w Sonetach, patriotyczna siła.

Więc pozwól, że dzisiaj będąc w Nowogròdku
Ja skromny poeta w wolnej już ojczyźnie,
Szczęśliwy, że mogę odwiedzić twe progi,
Hołd złożę za Ciebie twojej Grodzieńszczyźnie.

Bo choć ona daleko i granica dzieli
To zawsze ta sama, pachnąca Świtezią
I po wieczne czasy, dzięki twej poezji
Połączona myślami z prastarą macierzą.

Elegia

Kiedy odejdę, starym kalendarzom,
Zapiętym klamrą niespełnienia
Zamilkną usta spraw codziennych
Czekając swego przebudzenia.

W szufladzie usną żółte kartki.
Pokryte kurzem i tęsknotą,
Nie przeczytane jeszcze wiersze.
I to pytanie – komu, po co?

A na pianinie, od lat już niemym
Chopina zagra ktoś nokturny.
Lecz tej melodii nie usłyszą
Prochy mej szklisto czarnej urny.

I tylko pamięć gdzieś zapuka,
W sercu przypadkiem się obudzi
Chwilkę zabawi w swym niebycie.
Pośród bytowych jeszcze ludzi.

Tyle zostaje nas dla innych
Ile nas w myślach swoich noszą,
Jakaś elegia, krzyż lub kamień
I to pytanie – komu, po co?

Kiedy odejdę starym kalendarzom
Odziany w zgrzebny strój przeszłości
To pozostawię w pustym miejscu…,
Tak! te pytania dla potomności.

Sen o Wołyniu

Tylko jeden wtulony w mech krzyż
Na ziemi pszennokrwistej ofiary
Jedno powolne konanie człowieka
Pustka w przestrzeni nowego czasu

Tylko jeden krzyk zabrany w drogę,
W daleki świat innego jestestwa
Garstka zmurszałej wołyńskiej ziemi
Dotykana ciepłotą spragnionych ust

Tylko jeden dzień wołający z niebytu
Jeden tlący się w zbłąkanej duszy znicz
Cierpienie szukające odkupienia
W chłodnych kamieniach zapomnienia

Ziemio wołyńskiego przemijania
Dlaczego tulisz w swojej czeluści
Szlachetne ziarna polskiego ludu?
Ścięte przedwcześnie sierpem nienawiści

Dlaczego nie znaczysz swojej tajemnicy
Zagonami krzyży pośród śnieżnych brzóz
Ziemio wołyńskiej, staropolskiej pieśni…
Nie odchodź – jeszcze nie czas na sen

– P A M I Ę T A M –

Berlin 19.10.2015

2 listopada 2015
w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. Zbigniewa Herberta
w Gorzowie Wielkopolskim
odbędą się
„Zaduszki Kresowe”

W programie
Inscenizacja II i III części Dziadów Adama Mickiewicza
Recytacja wierszy Romana Zygmunta Brodowskiego
Program muzyczny przygotowany przez młodzież gorzowską
Marsz żałobny i dwie sonaty Fryderyka Chopina w wykonaniu Filipa-Amosa Brodowskiego, syna poety
Przekazanie gorzowskiej młodzieży symbolicznego ognia pamięci
Przesłania wygłoszone przez wicewojewodę lubuskiego, Jana Świrepo, radną sejmiku a zarazem organizatorkę spotkania, Grażynę Wojciechowską oraz kresowego poetę z Berlina, Romana Brodowskiego.

Imprezę zorganizowała Gorzowska Fundacja „Czysta Woda”, Biblioteka Wojewódzka oraz Towarzystwo Wilna i Okolic, a patronat objęła Wojewodzina Lubuska, Katarzyna Osos.

Wieczór Kresowy poświęcony jest pamięci tych, którzy odeszli, naszych bliskich, naszych przyjaciół, oraz tych, dla których Kresy stanowiły sens i misję życia. W spotkaniu wezmą udział przedstawiciele organizacji kresowych, działających na terenie Ziemi Lubuskiej i Pomorza Zachodniego, kombatanci, Sybiracy, młodzież szkół gorzowskich oraz przedstawiciele władz wojewódzkich i miejskich.

Zaduszki Kresowe rozpoczynają się o godzinie 17°°

Zapraszamy

Powrót na Kresy

Andrzej Rejman był na blogu regularnie przez wiele miesięcy. Przyzwyczailiśmy się już do jego pięknych tekstów wspomnieniowych, z dawnych polskich Kresów, z rajskich sadów Pradziadka Adama, z Powstania Warszawskiego… Czasem pisał o sprawach współczesnych, o wyborach, właściwych i niewłaściwych, o odchodzącym Prezydencie… Publikowałam teksty Andrzeja przez wiele poniedziałków, po czym nagle autor zamilkł. Kto wie, co się działo, czy pochłaniała go muzyka czy polityka? Teraz wraca. Dziś jest czwartek, ale następne teksty będą z powrotem w poniedziałki…

Z berżenickiego albumu

Dziś znów trochę wspomnień.

Kresy Rzeczpospolitej. Wileńszczyzna. Lata trzydzieste ubiegłego wieku.

Czarno-białe zdjęcia, ludzie którzy odeszli, sprawy, które nie są już ważne, lecz wciąż to wszystko pozostaje w pamięci i w sercu.

Wikipedia: Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim.* Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki.

*: dla poprawności historycznej należy uzupełnić: w czasach II Rzeczpospolitej – w powiecie święciańskim, województwie wileńskim, obecnie Republika Litewska, rejon Ignalino, okręg Utena. (przyp. mój)

jezioronaczwartekJezioro Berżenickie fot. ze zbiorów rodzinnych

***

Krystyna Stankiewicz – córka Heleny z Zanów Stankiewiczowej (1904-1996) wspomina swoje dzieciństwo w Berżenikach.

 

 

 

 

Natione Polonus, gente… origine…

Tomasz Fetzki

Przeznaczeniem Pielgrzyma jest wędrówka. Ciągła pielgrzymka czasoprzestrzenna. Ale niekiedy pewne rejony odwiedza bardziej intensywnie. Latem na przykład, co zrozumiałe, można się skoncentrować na podróżach po przestrzeni. Tak też czynił Viator przez dwa ostatnie miesiące. Sporo przewędrował: niekiedy były sentymentalne wizyty w miejscach odwiedzonych już lat temu kilkadziesiąt, kiedy indziej rejsy dziewicze w rejony dotąd nieznane.

Dokumentował Viator swe podróże skrupulatnie i cząstkę tych zbiorów chciałby dziś przedstawić. Wszystkiego pokazać nie sposób, przeto fotografie dobrane są według klucza. Dość oczywistego, żadnych subtelności doszukiwać się tutaj nie warto. Tym bardziej, że i tytuł nie pozostawia pola do przesadnej interpretacji. Intencja jest jasna i nieszczególnie oryginalna. Po cóż przeto ten pokaz? Bo ujęcie znanego tematu osobiste? Bo obserwacje przepuszczone, jak mówią, przez pryzmat wrażliwości Wędrowca? Tym bardziej szału nie ma i spodziewać się go nie należy. Dlaczego więc? Aby wprowadzić Czytelnika w odpowiedni nastrój. To sztafaż, entourage, który pozwoli lepiej zrozumieć i, kto wie – może nawet intensywniej przeżyć – historie, które Viator będzie snuł przez kolejne wtorki. Opowieści o tematyce, by tak rzec, nekropolitalnej, częstej ostatnio na łamach blogu, bo też w rzeczy samej dającej duże pole do popisu. Zaczynamy. Na dzień dobry – Dobrodzień.

SSAMSUNG DIGITAL CAMERA
SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Podróż do piekła. Na placu przed dworcem

Nagle, niespodziewanie od strony torów kolejowych dobiegł do nich dziwny hałas, przypominający nieco dźwięk turlających się po bruku drewnianych beczek. To żołnierze rozsuwali na oścież drzwi czekających tam wagonów. Do każdego z nich przystawiono zbite z desek podesty w kształcie równi pochyłej, po których najpierw pojedynczo wchodzili wojskowi, by sprawdzić ich ponure wnętrza. Lidzia, tak jak i inni, mimowolnie odwróciła głowę w tamtym kierunku. Widok otwartego wagonu, po którego ciemnobrązowych ścianach tańczyły snopy światła zapalonych latarek, oraz przesuwające się po ich wnętrzu cienie ludzkich sylwetek, nie wiadomo czemu, ale przypominiał jej niedawno omawianą na lekcjii religii, biblijną przypowieść o Jonaszu, którego połknął wielki wieloryb. Wówczas nie całkiem rozumiała jej znaczenie. Nie mogła pojąć, dlaczego Bóg posłał swojego sługę do Niniwy, miasta, w którym oprócz pogan nie było nikogo. Nie rozumiała też postawy samego proroka, człowieka zananego z bezgranicznie silnej wielkiej wiary, który nie wykonał polecenia i zamiast do wskazanego przez swojego Pana, miejsca, skierował swoje kroki do Tarszyszu. – Teraz już wie, na czym polegał błąd pobożnego sługi: pozwolił by strach, przed obcym, wrogim dla Izraelitów narodem, owładnął nim na tyle, że zatracił bezgraniczną dotychczas ufność w moc swojego niebiańskiego ojca.

– Za chwilę i my znajdziemy się we wnętrzu naszej wielkiej „Ryby” – pomyślała. – Boże, dodaj mi sił, spraw, by moja wiara w Ciebie pozwoliła mi i moim najbliższym przetrwać to, co nas czeka. Pomóż bym nigdy nie zwątpiła w Twoją miłość. Pokieruj tak, bym tam, dokąd mnie wysyłasz, wypełniała tylko Twoją wolę – modliła się swoim dziewczęcym bogactwen myśli.

Zakończyła konwersację z Najwyższym, wypowiadając sakramentalne Amen, i spojrzała na Anię. – Ciekawa jestem – zapytała ją – czy w pierwszej klasie tego pociągu, będą łóżka do spania, prysznic i świeża, pachnąca kołderka? Chociaż, szczerze mówiąc, chce mi się tak bardzo spać, że nawet bez wygód, na zwykej drewnianej ławce mogła bym zasnąć, byleby tylko się do kogoś przytulić. – I ja marzę, o tym samym. moja droga przyjaciółko. Zamknąć oczy i śnić o wiosennych, ukwieconych łąkach – odpowiedziała Ania, wysilając się na odrobinę szczerego uśmiechu.

Kiedy ostatni żołnierz zakończył kontrolę i opuścił wagon, nastąpiło coś czego nikt się nie spodziewał. Pod budynek dworca podjechały trzy wielkie,wojskowe samochody, z których wyskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych w karabiny odzianych po cywilnemu, mężczyzn. Okrążyli plac i stojących na nim ludzi. Czekali na czyjeś rozkazy.

W pierwszej chwili w sercach wysiedleńców pojawiła się nadzieja. Byli przekonani, że to partyzanci z pobliskich lasów rozpoczęli akcję, w celu ich uwolnienia. Zdezorientowani, rzucali się sobie w ramiona, dziękowali za ocalenie, płakali. Niestety radość ich była przedwczesna, a nadzieje bardzo szybko okazały się płonne. To nie byli partyzanci, a ochotniczy odział lokalnych komunistów, współpracujących z okupantem, złożony z Ukraińców mieszkających na terenie powiatu włodzimierskiego. Do nich miała należeć ochrona terenu przed ewentualnymi próbami ucieczek wśród przeznaczonych do transportu Polaków.

– Ja ich znam – krzyknął ktoś z tłumu, wskazując palcem na stojących z wycelowaną w nich bronią, cywili. – Jeden z nich, ten wysoki brunet oparty o drzewo, w pilotce na głowie, to szczególny oprawca. Mieszka z rodziną niedaleko mojej wsi – kontynuował – Powiadają, że jesienią wydał Sowietom swojego sąsiada, który powrócił po wrześniowej demobilizacji do domu. Ponoć sam uczestniczył w wymordowaniu całej jego rodziny. Okazało się, że i inni rozpoznawali wśród stojących osoby, które lepiej lub gorzej znali. Im więcej słychać było opowieści, tym większy był strach przekształcający się w panikę. Matki zaczęły osłaniać dzieci przed ewentualną strzelaniną, przytulając je mocno do siebie. Ludzie krzyczęli, przeklinając swój los, chwytali się za ręce, w geście pożegnania. Niektórzy próbowali głośno błagać o litość.

Rosjanie widząc, co się dzieje, nie mogąc okiełzać narastającej fali niepokoju, wystrzelili kilka serii ostrzegawczych z karabinów maszynowych. Kiedy ucichły, wszyscy usłyszeli prawie-że krzyczącego do nich tłumacza. Zapewniał, że nikomu, nic się nie stanie, a ci którzy ich okrążyli, nie przyjechali po to, by dokonać egzekucji, tylko po to, by godnie pożegnać odjeżdżających na „polarną wycieczkę” przyjaciół. W jego głosie było tyle cynizmu i pogardy, że być może w innej sytuacji niejeden słuchający najchętniej by go za te słowa zabił. Ale nie teraz. W chwili, gdy wielu skazańców przekonanych było o tym, że za chwilę dokona się koniec ich żywota, słowa te były błogosławieństwem, uciszeniem i balsamem. Na wielu zmęczonych, zmarzniętych policzkach, ledwie trzymających się na nogach kobiet, mężczyzn i dzieci pojawiły się łzy. Jak na ironię, tym razem nie były to łzy bólu, a łzy ulgi. Bo jak inaczej nazwać łzy, które pojawiają się w momencie, gdy dowiadujesz się, że twój czas nie nadszedł, że masz jeszcze przed sobą tak zwaną przyszłość.

Słońce niemrawo przebijało się przez poranny horyzont. Wrony, niby teatralna publiczność, rozsiadły się na drzewach rosnących wokół dworcowego placu. Kracząc przeraźliwie, oberwały, co się dzieje.

Rozpoczął się końcowy akt preludium do dzieła, jakim jest jednoaktowy dramat pod tytułem „Zsyłka na Sybir”. Wywoływani w alfabetycznej kolejności skazańcy podchodzili do stołu „komandira” i po oddaniu dokumentów tożsamości podpisywali listę, po czym w asyście żołnierzy udawali się po przydział żywnościowy na dwa dni: 900 gramów razowca oraz coś podobnego do margaryny, co jednak śmierdziało naftą. Woda do picia znajdowała się w beczkach stojących w wagonach. Potem ci sami żołnierze odprowadzali deportowanych do wagonów.

Lidzia kurczowo trzymała Antka za rękę i oparta o matkę czekała na ich kolej. – Bigocki! czetery czeławieka! Wychadit! – usłyszała donośny głos wywołującego. Ania, jakby szukając pomocy, spojrzała na Lidzię. Uśmiechnęła się przez łzy. – Będę na Ciebie czekała. Policzyłam Lideczko. Jesteśmy dopiero drugą rodziną w tym wagonie, do którego nas prowadzą. Będę czekała. Będziemy razem, nie bój się – powiedziała, dodając sobie otuchy, po czym rodzina Ani ruszyła w kierunku przeznaczenia. Lidzia długo nie mogła wydobyć z siebie słowa, w końcu krzyknęła do znikającej za plecami Ani. – Nie boję się siostrzyczko, nie boję się, czekaj!

Ciąg dalszy za miesiąc