Reblog z Gazety Wyborczej

Co powiedziałabym sobie samej przed emigracją?

Agnieszka

29.01.2015 , aktualizacja: 30.01.2015 21:33

W Meksyku mieszkam od 4,5 roku. Krótko i długo jednocześnie. Gdybym mogła usiąść na kawę z samą sobą sprzed tych kilku lat, oto co bym powiedziała:

1. Nauczysz się wiele o swoim kraju. Będziesz musiała odpowiadać na najróżniejsze pytania: o liczbę mieszkańców, średnie zarobki, geografię, historię, muzykę, system monetarny… Żeby nie wyjść na błazna, będziesz musiała mieć tę wiedzę w jednym palcu.

2. Poznasz dużo różnych ludzi, przez co z cierpliwością nauczysz się odpowiadać stale na te same pytania: Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak długo? Jak się tu znalazłaś? Gdzie jest Polska? W końcu będziesz miała tak opanowane odpowiedzi, że bez zająknięcia wszystko wyrecytujesz. To lekcja cierpliwości.

3. Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.

4. Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni.

5. Poznasz ludzi z całego świata, różnych kultur i języków. Będziesz miała znajomych we wszystkich zakątkach globu. Zawsze będziesz miała kogo odwiedzać i kogoś, kto cię przenocuje, kiedy znajdziesz się w nocy na lotnisku na drugim końcu świata.

6. Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.

7. Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!

8. Nabierzesz nowych stereotypów i wyzbędziesz się starych. To zadziwiające, jak szybko będziesz się przyzwyczajać i odzwyczajać. Przejmiesz zwyczaje i w jakimś stopniu myślenie kraju, w którym się znajdziesz i ludzi, z którymi się spotkasz.

9. Będziesz tęsknić. Za rodziną, za przyjaciółmi, za jedzeniem, za ulubioną gazetą i programem w radio/telewizji, nawet za narzekaniem.

10. Staniesz się ekspertem w wyszukiwaniu połączeń i lotów. Odbędziesz podróże do domu, które nie przekroczą 24 h. Może będziesz musiała spać na lotnisku, może na dworcu. Spóźnisz się na lot, zgubią twój bagaż, poznasz na wskroś lotniska i żadna podróż nie będzie ci już straszna.

11. Zawsze przyjeżdżając do Polski, będziesz myślała: “Następna walizka będzie lżejsza”. Będziesz snuła plany, że do podręcznego weźmiesz już tylko 1, a nie 3 książki, a może nawet tylko gazetę. Nie będziesz chciała stresować się nadbagażem. Nigdy ci się to nie uda.

12. Przy każdej wizycie w Polsce przytyjesz. Nieważne, czy zostaniesz tydzień czy dwa miesiące. Zawsze przytyjesz.

13. Zorientujesz się, że mylą ci się słowa “przyjechać” z “wyjechać” i “wracać” z “jechać”. Będziesz mówiła “jadę do domu”, zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Będziesz “wracać” także w obie strony. “Dom” stanie się pojęciem bardzo względnym.

14. Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.

15. Tym samym będziesz się ciągle z kimś rozstawać. Będzie trudno. Ale dobre jest to, że zawsze ktoś gdzieś będzie na ciebie czekał. Przyjedzie po ciebie na lotnisko i będzie szczęśliwy, że “już wróciłaś”.

16. Nauczysz się większego dystansu. Zwłaszcza do rzeczy. Nigdy nie będziesz mogła zabrać ze sobą wszystkiego. Nauczysz się wartościować i pewne rzeczy zostawiać. Nie przywiązywać się za bardzo, bo może znowu będziesz musiała się przeprowadzić. W pewnym sensie wyzwolisz się od rzeczy materialnych.

17. Będziesz musiała się nauczyć także wyzwolenia od ludzi, co jest dużo trudniejsze. Otoczysz się ludźmi różnych narodowości, którzy, tak jak ty, będą jeździć po świecie, pojawiać się i znikać. Nauczysz się żegnać z bliskimi znajomymi i przyjaciółmi. Dowiesz się, że wszystko dzieje się etapami, przychodzi i odchodzi. Będzie ciężko. Każdy zostawi coś w tobie i ty też zostawisz coś w innych. Zobaczysz, że jesteś tu, gdzie jesteś, bo inni też ciebie potrzebują. Jeśli to zrozumiesz, doświadczysz niesamowitych relacji z ludźmi.

18. Zawsze gdzieś cię nie będzie. Nie będzie cię w Polsce, gdzie będą działy się ważne rzeczy. Ominą cię śluby, narodziny dzieci, ważne momenty z życia najbliższych. Będziesz się bała, czy zdążysz wrócić do Polski, żeby spotkać się jeszcze z chorą babcią, dziadkiem, a nawet matką i ojcem (nie mówiąc już o ukochanym psie czy kocie). Najbliżsi będą odnosić sukcesy, kiedy ciebie nie będzie; będą przeżywać porażki, kiedy ciebie nie będzie; będą żyć dalej, kiedy ciebie nie będzie; będą też umierać, a ciebie nie będzie. To chyba będzie najtrudniejsze.

19. Pomimo cierpienia, tęsknoty i wszystkiego złego, co cię spotka, nauczysz się życia w bardzo przyspieszonym tempie. Będziesz silna, będziesz zaradna, będziesz cierpliwa. Może nie wszystko przyjdzie szybko, na pewno nie łatwo, ale w końcu przyjdzie. Będziesz starała się wykorzystać każdą chwilę. Będziesz wszystkim, co cię spotkało i każdym kogo spotkałaś. Będziesz umiała porozumieć się w każdym języku i bez słów. Będziesz lepsza, niż byłaś

20. Po 4,5 roku powiesz: Nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

***
List pochodzi z akcji Gazety Wyborczej  “Polki bez granic” zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu “Księga emigrantów”. Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Z konkursu “Jeden dzień”

Joanna Trümner

Auf Deutsch: Dzien pod Stocznia_de

Dzień pod Stocznią

„Proszę otworzyć walizkę!“ – stanowczym głosem zwrócił się do mnie młody cywil na peronie. Stał przy nim milicjant, jakby czekając na to, co zrobię. „Jakie mam wyjście?” – pomyślałam w duchu, z przerażeniem przypominając sobie o ulotce, którą wcisnął mi bez słowa do ręki jadący ze mną z Warszawy chłopak z przedziału. „Po cholerę to wzięłam? Może nie zajrzą do torebki?” – przeszło mi przez głowę, patrząc jak cywil grzebie w moich spakowanych wczoraj byle jak w hotelu brudnych skarpetach, majtkach i stanikach. „Ale obciach, czegoś takiego jeszcze nie było, czego oni szukają?” – na szczęście przechodzący obok nas ludzie nie zatrzymywali się, zapewne zadowoleni, że przyczepili się do kogoś innego. „Może Pani już zamknąć, jesteśmy gotowi, proszę iść dalej!” „Byle tylko dojechać do domu” – pomyślałam. Po prawie trzech tygodniach pobytu w Jugosławii i 24 godzinach powrotnej podróży marzyło mi się tylko ciepłe, czyste łóżko.

W drodze do Orłowa myślałam o ostatnich trzech tygodniach – o plaży, białych górach, winie, turkusowym morzu i budzącym mnie codziennie i pozostającym ze mną aż do zmroku słońcu. O Adamie – poznanym trzy dni przed wyjazdem Albańczyku. Miał prawie dwa metry wzrostu i przepiękne brązowe oczy, będziemy do siebie dzwonić, pisać, może się niedługo spotkamy, mówił przecież, że chętnie zobaczy Polskę. Myślałam o tej wspaniałej nocy przegadanej na plaży w pełnej małych nieporozumień mieszaninie angielskiego, serbsko-chorwackiego i polskiego, o pocałunkach, obietnicach, rozgrzanym jeszcze słońcem piasku i przepięknych gwiazdach na niebie.

A tu: zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! W końcu, kompletnie mokra i zmęczona, dotarłam do naszego mieszkania.

„Dobrze, że już wróciłaś” – powitała mnie mama – „Słyszałaś, co się dzieje w stoczni?” „Jasne, ludzie z wycieczki słuchali co wieczór Wolnej Europy, potem latali po plaży i opowiadali – strajk w stoczni, jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie”. „Tym razem nie przyjdą, może ten jeden raz się uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć” – popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, zaskoczona jej optymizmem. „Nie byłaś pod stocznią, nie wiesz jakie tłumy ich popierają. Będziesz nieraz jeszcze kiedyś o tym myślała. Muszę zaraz iść do pracy, jak pojedziesz pod stocznię daj im tę kopertę i przygotowałam dla nich ciasto. A jak było w Jugosławii?” „Super, opowiem jak będziesz miała trochę więcej czasu, może wieczorem. Ale muszę przedtem iść pod prysznic i trochę pospać. W pociągu jakiś chłopak dał mi ulotkę, chcesz przeczytać?”. „Jasne, pokaż”. Ulotka informowała o tym, że aktualnie strajkuje 2000 zakładów Trójmiasta i o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Gdańskiej Stoczni im. Lenina. Zapewniała o tym, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek. Kończyła się słowami: WYTRZYMAMY!!!

Powróciły obrazki z dzieciństwa: na placyku przed naszymi oknami we Wrzeszczu tłumy młodych ludzi biły się w marcu 1968 roku z milicjantami, w powietrzu latały petardy – my z bratem, przyklejone twarzami do okien, przestraszone dzieci nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Potwornie się bałam, że tłumy rozbiegną się po naszej klatce schodowej, wtargną do naszego mieszkania i będą bić się dalej. Przypomniało mi się, jak kilka lat później do domu wpadł blady i rozstrzęsiony ojciec „Strzelali do nas na moście w Stoczni” i syna sąsiada, który w grudniu 1970 stracił prawą rękę odrzucając petardę w stronę milicji.

Położyłam się i zasnęłam jak kamień.

W trzy godziny później wyszłam, objuczona torbą z ciastem ledwie wepchałam się do pełnej kolejki. Ale przy wysiadaniu na przystanku Gdańsk-Stocznia nie było żadnych przepychanek, idąc później razem z tłumem pomyślałam „Jak ja się dostanę do głównej bramy?” Brama tonęła w kwiatach, wisiały na niej zdjęcia Papieża, wielki krzyż i obraz matki Boskiej Częstochowskiej. Popatrzyłam na zdjęcie Papieża, miał na nim pogodną, pełną spokoju twarz, przez chwilę wydawało mi się, że on jest tutaj, teraz z nami. Na murze siedzieli młodzi mężczyźni: „Dziewczyny, pomożemy wam przejść przez mur, mamy dobre jedzenie” – uśmiechnął się do mnie jeden z nich. Podeszłam do bramy i podałam kopertę i torbę z ciastem. „Proszę iść dalej!” – odezwał się ktoś z tłumu. Nagle zauważyłam, że za mną stał Darek, kolega z ogólniaka. „Co ty tu robisz?” „To co wszyscy, starego szlag trafi, zostawiłem mu zresztą kartkę, że jadę pod stocznię, żeby nie miał wątpliwości, po której jestem stronie”. Ojciec Darka był emerytowanym lotnikiem, terroryzującym rodzinę. Darek na szczęście studiował w Warszawie, więc te wieczne awantury w domu musiał przeżywać tylko podczas wakacji. „Panie” – wtrącił się do rozmowy stojący obok mnie starszy pan – „Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę. Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!” Tak wiele w tym tłumie było nieznanych twarzy, z pewnością niejeden przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

bramastoczniNagle nad naszymi głowami zaczął krążyć helikopter. „Będą strzelać czy co?” – odezwał się ponownie starszy pan. Nie strzelali, w kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na nas ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Gdybym wzięła wtedy jedną z nich do ręki, dowiedziałabym się, że Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku, nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie płaty papieru pozostawione same sobie na ziemi wypełniały kałuże.

„A gdzie się tak opaliłaś, chyba nie u nas na plaży?”- spytał Darek. „Nie, wróciłam dzisiaj z wycieczki do Jugosławii, coś tam ludzie opowiadali, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tu taka zadyma”. Od rozpoczęcia strajku spotykaliśmy się w Jugosławii wieczorami na prywatnej kwaterze pana Staszka, który prawie wszystkie dni od rozpoczęcia strakju spędzał na słuchaniu nie zagłuszanej przez nikogo Wolnej Europy. Wielu uczestników wycieczki prowadziło potem długie dyskusje, wypiliśmy niejedną butelkę Kadarki, siedząc w piątkę, szóstkę albo dziesiątkę w tym jego maleńkim pokoju. Nagle cała ta Jugosławia, plaża, słońce, Adam wydały mi się tak bardzo dalekie. Idąc razem z tlumem pomyślałam, że dobrze, że tu jestem i znowu w tym moim mieście dzieje się coś niezwykłego.

Wróciliśmy razem pełną po brzegi kojejką, Darek wysiadł w Sopocie, w drodze zdążył mi jeszcze opowiedzieć, że studiuje na politechnice w Warszawie i boi się, że jego dziewczyna jest w ciąży. Była. Darek przeniósł się później na studia do Gdańska, ożenił się z Ewą i dzielił los wielu młodych polskich rodzin, skazany na mieszkanie z rodzicami. Poddał się po roku, przerwał studia i wyjechał z żoną i dzieckiem do Australii. Ewa nigdy nie mogła się w Brisbane odnaleźć, czuła się potwornie samotna, nie znała języka, tęskniła za Polską i zaczęła pić. Darkowi udało się tam skończyć studia, dostał niezłą pracę, rozwiedli się. Wychowywał sam syna, którego nigdy nie nauczył mówić po polsku.

Kiedy dojechałam do domu, byłam kompletnie mokra i przemarznięta.

W domu była już mama, ojciec, brat i dziadek. Zjedliśmy razem kolację, podczas której opowiedziałam kilka zdań o wycieczce, o przepięknych krajobrazach, turkusowej wodzie, długich jazdach autobusem i okropnym jedzeniu. Miałam wrażenie, że nikogo te moje relacje nie interesują, ich myśli kręciły się tylko wokół tego, co dzieje się w Stoczni i w całym kraju. Ojciec próbował znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Dziadek i rodzice byli repatriantami z Wilna, przeżyli kilka lat w kraju władzy radzieckiej i zanim razem z setkami innych rodzin po wielodniowej odysei dotarli w 1946 roku pociągami do Gdańska, zdążyli znienawidzić ten oparty na sowieckich wartościach system. Z Wilna repatriowały się wtedy całe ulice Polaków, na mecie – w Gdańsku można było więc spotkać krewnych, sąsiada lub kolegę z klasy. Dziadek – kolejarz dostał z przydziału mieszkanie „poniemieckie”, w którym oprócz starych, ciężkich dębowych mebli stała działająca do dzisiaj maszyna do szycia „Singer”. W naszym domu rozmawiało się stale o polityce, chodzenie co niedzielę do kościoła i bojkotowanie pochodów pierwszomajowych było rodzinnym obowiązkiem. Nie zapomnę konsternacji rodziców, kiedy przyniosłam ze szkoły ulotkę Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej – do dzisiaj myślę, że był to jeden z grzechów głównych mojego dzieciństwa.

Tego wieczoru najbardziej zaskoczył znany z pesymizmu dziadek. „Po raz pierwszy myślę, że to się może udać. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna.” Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że dał się jak wszyscy ponieść zbiorowej euforii. Mimo 16 przeprowadzek, które czekały mnie w nowych miejscach zamieszkania, nie wyrzuciłam jego pisanych kulfoniastymi literami listów z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Wróciłam pod Stocznię jeszcze kilka razy, byłam tam też w dniu podpisania porozumień, kiedy robotnicy opuszczali stocznię witami oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie.

W czasie strajków na mojej uczelni w Poznaniu byłam na spotkaniu z Jackiem Kuroniem, który opowiadał nam o życiu opozycjonisty w PRL-u. Słuchaliśmy jego historii z zapartym tchem: te aresztowania na 48 godzin, podsłuchy, obserwacje – to działo się jakby w jakimś innym, oddalonym od nas o lata świetlne wszechświecie Podkreślał kilkakrotnie, że nie jest sam, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie. Nie wiedziałam, w jakim ci ludzie żyją od lat napięciu. A przecież większość z nich miała rodziny, narażali więc nie tylko siebie samych lecz również swoje żony, dzieci, rodziców.

Gdy wyjeżdżałam z Polski w czerwcu 1981 roku z zamiarem spędzenia roku w Anglii nikt nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności – przyzwyczailiśmy się do codziennych pogróżek i manifestacji siły tracącej swoją pozycję władzy i do pustych sklepów. Znalazłam w Londynie pracę jako au-pair i spędziłam wiele miesięcy na poznawaniu tego kolorowego i pulsującego o każdej porze dnia i nocy miasta, tak bardzo różnego od miast, które znałam z Polski. Mój plan powrotu do domu pokrzyżowało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Oglądane na BBC informacje były koszmarem – przemówienie Jaruzelskiego, czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy, aresztowania, kopalnia Wujek, przerwane połączenia telefoniczne z Polską…. Margaret Thatcher drżącym głosem zamartwiała się w telewizji o los Polski i „tego biednego narodu”. Równocześnie brytyjski Home Office nie przedłużał nam wiz, skazując nas na pobyt nielegalny lub też na powrót do kraju. Jedynym miejscem na świecie, do którego mogłam się udać bez wbitej w paszport wizy był Berlin Zachodni. I tak zaczęła się moja ponad trzydziestoletnia przygoda z tym miastem.

Czytałam kiedyś, że podświadomie powtarzamy błędy naszych rodziców, które tkwią w nas jak zapis DNA lub też jak gen, przekazywany z jednego pokolenia na drugie – podobnie jak przekazuje się niebieskie lub zielone oczy czy choroby. Może więc te marzenia o prawdzie i życiu w kraju, z którego można być dumnym, wszystkie te sny wielu pokoleń, sny strajkujących wtedy w stoczni są genem, którego brakuje innym narodom. Opuszczając swój kraj nie wiedziałam, że ten rok tak pełen nadziei skończy się wojną z własnym narodem, nie wiedziałam też, że zapłacę cenę, którą płaci każdy emigrant – tracąc kraj z którego wyjechałam – i że gdy odwiedzę Polskę po ośmiu latach pobytu za granicą, znajdę się w zaniedbanym mieście, pełnym nieznanych twarzy – obcym, nie moim.

Czekało mnie wiele rozmów na temat naszego zrywu z mieszkańcami krajów, w których mieszkałam. Rozmów pełnych arogancji, z ludźmi żyjącymi w dobrobycie, w systemie szanującym swoich obywateli, wynagradzającym pracę godziwymi zarobkami, pozwalającym na wypowiadanie myśli bez retuszy i wykreśleń, szczęśliwców mających możliwość obejrzenia całego świata i mieszkania we własnym mieszkaniu oraz perspektywy na tak samo dobre a może nawet lepsze życie dla swoich dzieci.

Próbowałam opowiadać moim dzieciom o tamtym dniu. Ale nie da się tego, czego wtedy tak bardzo pragnęliśmy, wytłumaczyć pokoleniu, które nie widziało tych obsikanych klatek schodowych, nie funkcjonującej komunikacji miejskiej, niedogrzanych mieszkań, wiecznych kolejek przed sklepami, w których nie było nic i mieszkania razem z rodzicami i dzieckiem w M-3.Nie da się im wytłumaczyć mojego uczucia obcości w nowym miejscu zamieszkania, dla nich to przecież dom. Cieszę się, że chętnie jeżdżą do Polski na wakacje. Bo dla nich jest to już tylko kraj wakacji – wesołych, beztroskich dni.

Myślę często o kobietach, w których wieku jestem teraz, o mojej nieraz zrezygnowanej, przepracowanej mamie, z tą jej zmarszczką rezygnacji w kąciku ust. O wiecznie zmartwionych twarzach zaniedbanych starszych pań i panów, o studentach stojących za pieniądze godzinami w kolejkach po mięso albo papier toaletowy, o dramacie jakim było zgubienie kartek na cukier albo mięso. Myślę o godzinach, które moja mama, podobnie jak tysiące innych polskich mam i babć, spędziła na wystawaniu w kolejkach, o wyjazdach na wieś w poszukiwaniu jedzenia, o krajobrazie pustych sklepów z octem na półkach. Nikt im tego czasu nie zwróci, nie zdążyłam mamie podziękować za tą inwestycję we mnie.

Atmosferę tamtego dnia pod stocznią udało mi się przeżyć jeszcze kilka razy w Berlinie. Podczas demonstracji przed Misją Wojskową chodziliśmy po grudniowym mrozie z naszymi transparentami – łatwiej było nam razem znieść przerażenie tym, co dzieje się w Polsce. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek jeszcze będziemy mogli zobaczyć nasz kraj, co dzieje się z naszymi rodzinami, co nas czeka w tym obcym mieście. Pomagaliśmy później naszym rodzinom oraz ludziom walczącym w podziemiu o wolne słowo i prawdę, co odważniejszym udało się przemycić do Polski nawet sprzęt drukarski. Jesteśmy takimi samymi cegiełkami tego nowego, wspólnego domu jak ci odważni i zdesperowani stoczniowcy i inni strajkujący w całej Polsce.

Żyliśmy w tym mieście „jak u Pana Boga za murem” – jak w ciepłej poczekalni, bo większość z nas czekała na wyjazd do Australii, Kanady albo USA lub też nie wiedziała, co przyniosą dalsze lata w tym mieście, które oficjalnie tylko nas tolerowało. Dostawaliśmy świadczenia społeczne, nie mieliśmy prawa do podejmowania pracy, wielu z nas straciło te lata bezpowrotnie na czekaniu. Byliśmy i jesteśmy w tym mieście miniaturką Polski, przeglądem wszystkich warstw społecznych – od dziennikarzy, nauczycieli, lekarzy i historyków, poprzez kucharzy, rzemieślników, mechaników samochodowych po złodziei samochodów.

Rodziny przyjeżdżające do nas od lipca 1983 roku, opowiadały nam o walce z pałkami milicyjnymi i ZOMO. Z tych historii najbardziej utkwiła mi w pamięci wzruszająca historia ojca kolegi (musiał mieć już dobrze po siedemdziesiątce) o bitwie, jaką stoczył razem z innymi kolegami-rencistami z milicjantami na jednym z placyków Wrocławia – „Pani, to był kawałek wolnej Polski”. W jego oczach zobaczyłam atmosferę tamtego dnia pod stocznią, nadzieję, że i jego życie, które przecież dużymi krokami zbliżało się do końca, nabrało nowego sensu i na kilka chwil wróciła do niego młodość. O tym samym kawałku wolnej Polski mówił przecież pod stocznią starszy pan z Białegostoku.

Witaliśmy internowanych, przyjeżdżających od roku 1983 z paszportami w jedną stronę, ze smutnymi i pełnymi niepewności oczami. Wprowadzaliśmy ich do naszej poczekalni, dla nas w międzyczasie już mniej obcej. Spotkałam kilku uczestników tamtych dni, usłyszałam, jak bardzo chwilami się bali – nie wytrzymaliby tylu dni strajku bez świadomości, że przed bramą stoją tłumy, które na nich liczą i których nie można zawieść.

Zaczęliśmy wrastać w to miasto, wychodzić z poczekalni, uczyć się języka, z poczekalni zrobił się z niego dom, bardzo kolorowy, ciepły, wygodny i bezpieczny dom, stojący na szczęście blisko Polski. Przeżywaliśmy miłości, romanse, małżeństwa, urodziny dzieci, rozwody i rozczarowania, wpadaliśmy w nałogi, chorowaliśmy, traciliśmy pracę, niektórzy nie wytrzymywali psychicznie, tracili kontakt z rzeczywistością lub popełniali samobójstwa. Pełna gama ludzkich losów, ciekawe jak te życiorysy przebiegłyby w Polsce. Wielu z nas poleciało do innych krajów świata – z pewnością w państwach, w których prawie każda rodzina miała w życiorysie historię wielotygodniowej podróży statkiem w poszukiwaniu innego życia, było im łatwiej niż nam – pozostających w Europie pełnej uprzedzeń, nieprzychylności lub też po prostu obojętności dla przybyszy z zewnątrz. Ja zostałam w tym mieście, latami poznawałam jego każdy zakątek i prawie każde dziwactwo jego mieszkańców, zrozumiałam sposób ich myślenia, nauczyłam się nie wychylać i płynąć z prądem.

Przestało mnie dziwić rozczarowanie na twarzy rozmówcy, pytającego o mój trudny do umiejscowienia akcent, w chwili gdy dowiadywał się, że jestem z Polski. Zdarzały się zresztą również reakcje euforii: „Solidarność, Walesa!” – i to jak bumerang powracające zdanie „Za dużo chcieliście, to nie mogło się udać”. Przestała mnie dziwić drobiazgowość i powierzchowność, złość na spóźnienia i niedociągnięcia, nierzetelnych rzemieślników, psujące się urządzenia – te grzechy główne w kraju, w którym wszystko funkcjonuje z tą jedyną na świecie i godną do naśladowania niemiecką perfekcją.

Bundesarchiv_Bild_183-1989-1118-028,_Berlin,_Grenzübergang_Bornholmer_Straße

Tamten dzień pod stocznią był ze mną w tamtą okropnie zimną noc 9 listopada 1989, kiedy dużą polską grupką wybraliśmy się na Bornholmer Strasse, aby zobaczyć, czy ten odwiecznie stojący mur naprawdę runął. Patrzyłam na twarze ludzi przychodzących z tamtej strony muru, twarze pełne nadziei, pogody i ufności w lepsze jutro, bo ten mur nagle przestał istnieć: Bez tamtego, mojego dnia nie spełniłyby się i ich marzenia.

Musiałam też myśleć o tym dniu podczas podróży do Brazylii. W okolicach Iguazu zwiedzałam kopalnię opali „Wanda” w miasteczku założonym przez polskich osadników. Nasz przewodnik z dumą opowiadał legendę o Wandzie, o tym jak jego dziadkowie karczowali dżunglę, aby zbudować sobie dom, podejmując walkę z dziką i pełną niebezpieczeństw przyrodą. Zbudowane przez jego dziadków i innych polskich emigrantów miasteczko składało się z biednych, małych i rozpadających się domków, a w oknach wisiały tonące w kwiatach obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej i ta pogodnie uśmiechająca się twarz naszego Papieża, którą widziałam wtedy na bramie stoczni. Skąd ci ludzie na drugim końcu świata mieli taką tęsknotę za Polską? Żyli tam już w drugim lub trzecim pokoleniu, wyglądali jak smagli tubylcy – bez niebieskich oczu i słowiańskiego uśmiechu, zgubili gdzieś do niczego im tam niepotrzebny język, ale pamiętali o Matce Boskiej Częstochowskiej i o kraju, z którego przyjechali ich rodzice lub dziadkowie. Wszyscy ci smagli i czarnoocy Dąbrowscy, Gąsiorowscy i Nowakowie stali tamtego dnia razem z nami pod stocznią.

Od tamtego dnia pod stocznią minęło ponad trzydzieści lat, w Polsce urodziło się nowe pokolenie, które jeździ po świecie, zna języki i nie ma tych wszystkich tamtych naszych potwornych kompleksów prowincji Europy. Myśląc o Polsce, myślę często o tamtym dniu, ale też i o tym, jak daleko jest młodość, Polska, którą znałam, rodzice, których już nie ma. Myślę o przyjaźniach, które nie wytrzymały próby czasu i pękły jak bańka mydlana i o przyjaźniach, które wytrzymały odległość i nadal trwają. O tym, co jeszcze chciałabym przeżyć i zobaczyć, i jak wiele na świecie udało mi się poznać. Myślę o tym, czy moje wnuki, tak jak wnuki emigrantów z Brazylii, będą znały legendę o Wandzie, Matkę Boską Częstochowską i Papieża, i o tym, czy będę mogła z nimi rozmawiać po polsku. Wszystkie te myśli piętrzą mi się w głowie podczas spacerów wzdłuż plaży z Orłowa do Sopotu. Morze – tak jak przed laty – uspakaja, wycisza wszystkie małe tęsknoty za tym, co było. Tylko ono się nie zmieniło w ciągu tych ponad trzydziestu lat.

***
Joanna jest finalistką konkursu dla Polaków na emigracji, zatytułowanego “Jeden dzień”. Lista nagrodzonych i pełna lista finalistów znajduje się TU.

Reblog: Jetzt bin ich also Deutsch

Jetzt bin ich also deutsch

Beitrag ausgezeichnet mit dem Deutsch-Polnischen Journalistenpreis 2014

Warum entscheiden sich Menschen anderer Nationen für die deutsche Staatsbürgerschaft und wie fühlen sie sich mit der neuen Nationalität? Daniel Tkatch, 33, und Karolina Golimowska, 28, berichten von ihren Erfahrungen.

Daniel Tkatch

Ich hätte auf meinem Reisepass lieber einen Bären als den Bundesadler. Nicht den Bären von der Berliner Flagge – mit den roten Krallen, Zähnen und herausgestreckter Zunge –, sondern so einen patinagrünen, wie den kleinen bronzenen auf dem Mittelstreifen der A115 am ehemaligen Grenzkontrollpunkt Dreilinden. Wie angenehm lässt es sich ihn doch grüßen, wenn ich Berlin verlasse oder hier wieder ankomme. Was stört mich eigentlich an dem armen Bundesadler? Ich gucke ihn an und muss dabei an meine russische Großmutter denken. In unserer Familiengeschichte hat im Zweiten Weltkrieg keiner unter den Deutschen direkt gelitten. Sie aber, die 1931 in einem Dorf in Inguschetien geboren wurde, musste als Kind vor der sich nähernden Kaukasusfront evakuiert werden, und ihr Vater wich dem Krieg aus, indem er sich seine rechte Handfläche mit einem Gewehr durchschoss. In meiner Erinnerung hat der Urgroßvater immer ein Taschentuch um die rechte Hand gewickelt. Meine Großmutter bemühte sich, mich zu einem weltoffenen Menschen zu erziehen: Feind ist mir jeder böse Mensch, jeder gute aber ist mir wie ein Bruder, und mag er auch ein Tschetschene oder gar ein Deutscher sein, hat sie ihren eigenen Großvater immer zitiert. Auch deshalb würde ich mich über mein Deutschwerden sehr gerne mit meiner Großmutter unterhalten. Leider war sie neun Jahre vor dem Frühling gestorben, in dem ich mir ein Retourflugticket nach Deutschland kaufte und die Rückflugkarte verfallen ließ. So muss ich mich dem Thema Adler allein stellen, und ich für meine Person finde ihn zu heraldisch, zu patriotisch.

Deutschsein. Fast lieber wäre es mir, ein europäischer Staatsbürger zu werden. So wäre ich von Anbeginn von der Idee eines jeden Nationalstaats befreit. Die „europäische Idee“ ließe für mich eine Identifikation mindestens oberflächlich leichter zu. (…)

Witerlesen hier: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch/

Daniel Tkatch wurde 1979 in Kasachstan geboren und wuchs in Israel auf. Er studierte Physik am Technion in Haifa sowie Kunstgeschichte und Philosophie an der FU Berlin. Neben seinem Studium in politischer Philosophie und Ästhetik an der KU Leuven ist er als Author und Redakteur u.a. für cafébabel, The European tätig.

Karolina Golimowska

(…)

Deutschland ist für mich vor allem Berlin. Hier habe ich studiert, von hier aus habe ich ein Stipendium nach London bekommen, hierhin kam ich zurück. Hier arbeite ich an meiner Promotion, hier sind meine Freunde, hier ist mein Leben. Berlin bedeutet Stuck an den Decken, große Parks, Frauen mit unrasierten Waden. Berlin ist Straßendemos und Flohmärkte, Ost-West-Kontraste, Sonntagsbrunchs und Weißweinschorle. Berlin ist Fahrrad, mein erster Job, mein erstes Geld, meine erste Mietwohnung. Berlin bedeutet auch die ersten Diskriminierungserfahrungen und kritischen Blicke auf Polen von außen. Und Berlin ist tolle Bäckereien und riesige Joghurtauswahl in den Supermärkten.

Berlin und Warschau verbindet ein Zug – der Berlin-Warszawa-Express. Er fährt zwischen meiner Kindheit und dem Erwachsensein hin und her, drei Mal am Tag, sieben Tage die Woche. (…)

Weiterlesen: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch-teil-2/

nagroda-karol-daniel
Karolina Golimowska wuchs in Warschau auf, studierte u.a. Anglistik und Neuere deutsche Literatur in Berlin und London. Sie arbeitet als Autorin und Journalistin und ist Doktorandin und Lehrbeauftragte am Institut für Anglistik und Amerikanistik der Humboldt Universität zu Berlin.

Konkurs dla Polaków na emigracji

logo konkursuFavoryta.com wraz z honorowanymi patronami:
Konsulem Generalnym RP w Sydney,
Stowarzyszeniem Wspólnota Polska,
Muzeum Emigracji w Gdyni,
oraz patronem medialnym TVP Polonia,
ogłaszają:

KONKURS LITERACKI
dla Polonii na Świecie
“Jeden Dzień. Polska jaką, pamiętam.”
W 25-lecie
Wolności

Patronat Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego

Konkurs będzie trwał
od 1 MARCA do 1 MAJA 2014

ZGŁOSZENIA SĄ BEZPŁATNE

Zgłoszenia prosimy wysyłać na adres:
office@favoryta.com

Prace wszystkich Finalistów
zostaną wydane w antologii emigracyjnej

Dla każdego z nas, Polaków mieszkających poza krajem, Ojczyzna oznacza coś innego, inne przeżycia, inne obrazy, inne historyczne i życiowe doświadczenia… inny dzień.
Dla jednych mógł to być dzień ślubu (a może rozwodu?), dla innych dzień ukończenia szkoły, dzień narodzin dziecka, dzień w którym byliśmy świadkami historycznej chwili, a może był to po prostu jakiś zwykły powszedni dzień podobny do wielu innych dni.
Kiedy wspominamy Polskę z czasu sprzed emigracji, często nasze wspomnienia biegną do takiego właśnie jednego dnia, i dla nas emigrantów, ten Jeden Dzień staje się dniem szczególnie bliskim.
Uchwyćmy ten dzień i tym samym uchwyćmy to, jaka jest Polska, którą pamiętamy!

JURY
(w porządku alfabetycznym nazwisk):

Dr Anna Habryn jest założycielką Mt Kosciuszko Inc. Autorka scenariusza filmowego, szuki teatralnej i słuchowiska radiowego o Strzeleckim oraz współautorka książki pt. “Ballad of an Explorer or Life and Deeds of Sir Paul Edmund de Strzelecki”. Autorka powieści oraz zbiorów poetyckich i nagrodzonego wyróżnieniem w konkursie Paperback in Your Hand tomiku “The Dance of Looks”. Mieszka w Australii.

Krystyna Kierebinski jest absolwentką wydziału Historii Sztuki Uniwersytetu w Sztokholmie. Główna pomysłodawczyni tematu konkursu literackiego ‘Jeden Dzień. Polska jaką pamiętam’. Mieszka w Szwecji.

Dr hab. Jan Lenczarowicz jest historykiem, absolwentem Wydziału Historyczno-Filozoficznego UJ. Był członkiem Komitetu Badań nad Migracjami Ludności i Polonią przy Prezydium PAN (2007-2010), obecnie jest członkiem Komitetu Badań nad Migracjami PAN, Międzywydziałowej Komisji Polskiej Akademii Umiejętności do Badań Diaspory Polskiej oraz European Association for Studies of Australia. Mieszka w Polsce.

Prof. dr hab. Anna Nasiłowska jest absolwentką polonistyki UW. Od 1987 – pracownik naukowy Istytutu Badań Literackich PAN, od 2010 roku profesor zwyczjny. Od 1990 roku – w redakcji dwumiesięcznika “Teksty Drugie“. Od 2007 kierownik studium creative writing (pracowni literackiej) przy IBL PAN. Debiutowała w prasie literackiej w 1977 roku, cyklem wierszy ogłoszonym na łamach miesięcznika “Nowy Wyraz”. Od 1978 – publikuje teksty krytyczno-literackie. Mieszka w Polsce.

Dr Janusz Wróbel jest absolwentem polonistyki i lingwistyki UJ w Krakowie. Pracował w Instytucie Badań Polonijnych UJ oraz na kilku amerykańskich uniwersytetach (ostatnio jako profesor i szef wydziału polonistyki oraz studiów wschodnio-centralno-europejskich w Madonna University). Jest licencjonowanym psychologiem i psychoterapeutą. Autor wielu publikacji naukowych, oraz tomiku poetyckiego “Cztery Pory Tutaj”. Mieszka w USA.

NAGRODY

Zostanie wybrany jeden Zwycięzca.
Zostaną przyznane dwa Wyróżnienia:
– Wyróżnienie dla pracy prozatorskiej
– Wyróżnienie dla pracy poetyckiej

Zwycięzca otrzyma:
Nagrodę Główną ufundowaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych:
pokrycie kosztów tygodniowego pobytu w Polsce obejmujące koszty hotelu, podróży po Polsce oraz koszty wstępu do muzeów.
Nagroda nie obejmuje pokrycia kosztów podróży do i z Polski.
Nagrodę ufundowaną przez organizatora:
możliwość nieodpłatnego opublikowania własnej książki w oficynie niezależnych autorów Favoryta (pakiet wydawniczy).

Autor najlepszej pracy z Australii otrzyma:
Nagrodę Specjalną Konsula RP w Sydney – iPad oraz lunch/kolację z Panią Konsul Generalną w jednej z sydneyskich restauracji (gdyby laureatem został ktoś spoza Sydney, Konsulat ufunduje również bilet lotniczy do Sydney).

***

31 maja 2014. Czas mija – poniżej lista finalistów i lista osób nagrodzonych:

Z 60 utworów nadesłanych w ciągu 2 miesięcy z 12 krajów, jury konkursu wybrało 31 Finalistów (w kolejności przysłanych zgłoszeń). I, proszę Państwa, świat jest mały – wśród finalistów są tylko dwie osoby z Niemiec, z tego jedna – to moja koleżanka z pracy.

Edward Wójciak (Kanada)
Beata Gołembiowska Nawrocka (Kanada)
Marika Biber (Australia)
Stanisław Tremtiaczy (Australia)
Adam Lizakowski (USA)
Maria Challot (Francja)
Joanna Trumner (Niemcy)
Bożena Helena Mazur-Nowak (Wlk Brytania)
Danuta Dagair (Wlk Brytania)
Jerzy Krysiak (Australia)
Krzysztof Deja (Australia)
Maryla Rose (Australia)
Aleksandra Tomasik (USA)
Tomasz Zackiewicz (Australia)
Anna Sawińska (Korea)
Patrycja Estrada (USA)
Piotr Maciejewicz (USA)
Kazimierz Wierzbicki (USA)
Anna Nassif (Australia)
Joanna Piotrowicz (Wlk Brytania)
Agnieszka Koltun Colla (Australia)
Linda Jakubowska (Hiszpania)
Paweł Waryszak (Australia)
Marta Bielewicz (Wlk Brytania)
Aleksandra Wójtowicz (Australia)
Monika Moj (Niemcy)
Irena Lucewicz (Australia)
Krystyna Morawski (Australia)
Lenke Ritter (Węgry)
Anna Nejman (USA)
Jacek Wąsowicz (Wlk Brytania)

A oto nagrodzeni:

Z W Y C I Ę Z C Y
K o n k u r s u
L i t e r a c k i e g o !

Zwycięzcą konkursu JEDEN DZIEŃ
został ADAM LIZAKOWSKI (USA) za poemat pt.
“Niedziela siódmy dzień tygodnia”.

Wyróżnienie w kategorii proza otrzymuje Monika Moj (Niemcy) za utwór pt. “Przyrzeknij mi, mamo.”
Wyróżnienie w kategorii poezja otrzymuje Maryla Rose za tryptyk “Wiosna w czerwieni i błękicie”.

Nagrodę specjalną Konsula RP w Sydney dla najwyżej ocenionej pracy z Australii, otrzymuje Jerzy Krysiak za utwór pt. “Rozmowa z Rudą”.

Gratulujemy serdecznie WSZYSTKIM finalistom