Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Ewa Maria Slaska

Być może myślicie, że ten wpis spóźnił się o tydzień, albo, jak to się okaże w trakcie czytania, pojawia się o kilka tygodni za wcześnie, ale, o! nie, to wpis świadomie z niczym nie związany. Oczywiście wzoruję się tu na postlogice, którą “wujaszek google” serwuje nam od lat, gdy jego śmieszne doodle zachęcają nas, byśmy na przykład dziś obchodzili 198 rocznicę premiery opery Hermiona Gioacchino Rossiniego.

Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Gdy Dobry Król Sancho Pansa rządzi na Wyspie Baratarii i feruje wyroki, rządzi i sądzi przez dziesięć dni, a liczba dziesięć pojawia się zarówno w tym, co głoszą oskarżeni, jak i w decyzjach sędziego.

— Tak, jasny panie — odrzekł Sancho — byłem wielkorządcą na wyspie Barataria, sprawowałem tam rządy przez dziesięć dni; w usta, prawda, lej co chcesz, ale straciłem tam spokojność, rozum, tuszę i nauczyłem się pogardy wszystkich rządów, toteż nie opuściłem tej władzy, ale uciekłem od niej.

Przypomnijmy sobie, jak sądził Sancho Pansa.

— Jaśnie wielmożny panie! Przed niedawnym czasem pożyczyłem dziesięć sztuk złota temu człowiekowi, z warunkiem, że mi je odda na pierwsze moje żądanie. Nie upominałem się czas jakiś, nie chcąc mu czynić przykrości, lecz widząc nareszcie niedbałość dłużnika, prosiłem go o zwrot pożyczonych pieniędzy; on zaś nie tylko, że mi ich nie chciał zwrócić, lecz oświadczył nadto, że pieniądze te już dawno mi oddał. Obydwaj nie mamy świadków; niech więc wasza wysokość rozkaże mu wykonać przed Bogiem przysięgę, a będę zadowolony.

Sancho nie sądzi tylko siedząc na paradnym krześle w swym urzędzie, sądzi wszędzie, również podczas przechadzki. Dziwaczne są to sądy z naszego punktu widzenia, ale w zamkniętym światku Baratarii jak najbardziej logiczne. W sporze o pieniądze, jakich świadek oszustwa zażądał od oszustwa za milczenie, Sancho nie zajmuje się wcale tym, że właśnie dwóch spotkanych na spacerze młodzieńców przyznało się do oszukańczej gry na pieniądze i koncentruje się zgodnie z prośbą pokrzywdzonego, na rozważeniu, kto komu i czy w ogóle miał coś zapłacić.

— Oto — rzecze Sancho — ten, co wygrał, złym czy dobrym sposobem, ma dać drugiemu sto realów, a trzydzieści na szpital niech zapłaci. Ten drugi, który nie ma żadnego zatrudnienia, niech mi od jutra wynosi się z miasta i przez lat dziesięć nie powraca tu wcale, gdyż spotkawszy go raz jeszcze, natychmiast powiesić każę.

Sto i dziesięć. Sto czyli – każde dziecko wie – dziesięć razy dziesięć.

Spotkana pod drodze, przebrana za chłopaka “młoda dziewica”, wypłakuje się władcy, że:

— Od dziesięciu już lat, to jest od śmierci mojej matki, ojciec trzyma mnie w surowym zamknięciu i oddzielonej od świata, nawet mszy słuchać każe w domowej kaplicy. Od tego czasu, prócz mego ojca, brata i Pedra Pereza, o którym wspominałam, nikogo więcej nie widziałam na oczy. Taka samotność i zakaz wychodzenia z domu nawet do kościoła, smuciły mnie nad wyraz. Pałałam chęcią zobaczenia czegoś na świecie. Mój brat opowiadał mi niekiedy o rozmaitych rozrywkach i zabawach publicznych, a to bardziej jeszcze podniecało moją ciekawość, dlatego prosiłam brata… O! bodaj by słowa wówczas zamarły mi na ustach.

Dziesięć dni to bardzo istotna miara wszystkiego, w tym czasu,  wprowadzona w starożytnym Rzymie, ale oparta na znacznie starszych wyliczeniach. Tydzień księżycowy, ten który i my dziś stosujemy, trwa siedem dni i jest zależny od faz księżyca. Rzymska dekada, zastosowana potem również przez wzorującą się na Rzymie rewolucję francuską, została matematycznie wyliczona w starożytnej Chaldei. Ci, którzy interesują się astrologią, wiedzą że Krąg Zodiaku trwa 360 dni, podzielonych na 12 znaków Zodiaku po 30 dni. Każdy znak jest z kolei podzielony na trzy dekady, podporządkowane kolejnym władcom planetarnym, oprócz jednej, od 12 do 22 kwietnia, nie należącej do nikogo i zwanej ciemną gwiazdą. Była groźna, zwiastowała wojny i nieszczęścia, była też klasycznym czasem rozpoczynania wojen. No cóż, można by powiedzieć, że co nas to obchodzi, było minęło, ale jednak…  w tej wiosennej dekadzie urodzili się i Hitler, i Stalin. No, ale gwoli sprawiedliwości dodajmy, że również Leonardo da Vinci i Charlie Chaplin.

Liczba dziesięć jest oczywiście nie tylko matematyczna, ale i ludzka. Wszystkie inne miary wywodzą się ze świata zewnętrznego, dziesięć nosimy ze sobą zawsze i wszędzie. Dziesięć to podstawa matematyki, miara najbardziej praktyczna ze wszystkich, ale tym samym i najbardziej symboliczna. Sancho nie mógł rządzić dłużej, bo i on, i jego władztwo mają znaczenie symboliczne. Dziesięć dni władał karnawałowy król, dziesięć dni niemądry giermek szalonego rycerza może rządzić światem, stosując swój własny dekalog czyli dziesięć zasad.

Ciekawe, że Wikipedia pisząc o liczbie 10 informuje rzecz jasna, iż jest podstawą najczęściej stosowanego systemu pozycyjnego – dziesiętnego. I dodaje, że przyczyną był prawdopodobnie fakt, iż posiadamy 10 palców u rąk. Zastanowiło mnie słowo prawdopodobnie, wydało mi się przesadnie oględne i zastrzegające, bo autor hasła nie podaje, jakie miały by być inne podstawy systemu dziesiętnego, chroni się tylko przed (nie)prawdopodobnym atakiem kogoś, kto tę zasadę by mógł znać.

No ale za to Wikipedia wymienia najważniejsze dziesiątki kulturowe, w większości wywodzące się z Biblii, a więc dziesięć przykazań, dziesięć plag egipskich czy dziesięć zaginionych plemion. Są jednak równieś dziesiątki buddyjskie czyli dziesięć złych uczynków  i dziesięć paramit, no i oczywiście pochodne tych symbolicznych dziesiątek, jak Dekameron Giovanniego Boccaccia, Dziesięciu małych Murzynków Agaty Christie czy wreszcie Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem Johna Reeda, film 10 Blake’a Edwardsa czy płytę Dziesięć ważnych słów Marka Grechuty z roku 1994. I jakie to one były, te ważne słowa naszego barda?

  1. Ojczyzna
  2. Wolność
  3. Władza
  4. Prawo
  5. Praca
  6. Wiedza
  7. Solidarność
  8. Natura
  9. Sztuka
  10. Miłość

Ojczyzna jako numer 1, miłość – numer 10. Mało znana (chyba) i nie z Top Ten (kolejna dziesiątka). Miłość.

Barataria 10: a cóż to za pomysł z tą wyspą?

Ewa Maria Slaska

Wyspy dalekie i mistyczne

Na wyspach są raje i piekła, pałace szczęśliwości i miejsca zesłania. W czasach odkryć geograficznych świat powiększył się nadzwyczajnie, a pierwszymi wysłannikami Nowego były wyspy. Karaiby, Indonezja, Filipiny, Polinezja, Japonia… Tahiti i Haiti, Kuba, Bali, Tasmania, Dominikana. Miejsca pełne egzotycznych kwiatów i owoców, zamieszkane przez piękne nagie kobiety, swobodnie uprawiające seks, dostarczające nieznanych rozkoszy i zamieniających pojęcie grzechu w ogród rozkoszy ziemskich. Wyspy pełne ptaków, ryb, muszli, jeleni, piratów i skarbów. W pojęciu ówczesnych tak wyglądał biblijny raj. Ale i my, ludzie żyjący pięćset lat później, chętnie wyjeżdżamy na wyspę, która jest przeciwieństwem nudy i żmudy codzienności. Malediwy i Azory, Kanary, Ibiza, Lanzarota, Teneryfa, Madera, wakacyjne raje skonstruowane ze słońca, kolorów i obietnic, czas spędzony na popijaniu kolorowych koktajli w towarzystwie pięknych młodych tubylców płci dowolnej.

Gdy Wikingowie płynęli do Ameryki, nie wiedzieli, co ich czeka. Wrócili z opowieściami o Grenlandii i Winlandii, zielonych wyspach rodzących wino. Wzorem były oczywiście niepoliczalne wyspy  greckie, każda tworząca zamknięty, odrębny świat. Najpiękniejszą i najbardziej bajkową wyspą grecką była Atlantyda, ewidentnie raj na ziemi. Oczywiście pierwszą  rajską wyspę poza Europą w sposób udokumentowany zobaczył Kolumb, a ściślej jeden z jego marynarzy, Rodrigo da Triana. Była to Wyspa Watlinga (zwana przez Indian Guanahani) w archipelagu Bahama. U krajowców zauważono złote ozdoby, co wsparło tezę przyświecającą wysłaniu wyprawy, że płynąc na Zachód można dotrzeć do leżących na Wschodzie złotodajnych Indii.

W ulubionej mojej powieści Czaszka w czaszce Piotra Wojciechowskiego, dentysta Japończyk, ewidentnie szpieg a może nawet agent wpływu utopijnego Imperium Rosyjskiego, znieczula bohaterowi ząb jakimś odurzającym zielem i zabawia go rozmową o specjalnym charakterze ludów wyspiarskich. Potem okaże się, że podczas tej pogawędki ten nieudacznik Dymitr Łazur wypaplał Japończykowi wszystko co wiedział o Gwidonie-Mesjaszu i jego ukrytej w głębi czaszki koronie z kości.

Gdy rodzony w koronie Gwidon obejmuje władzę, Dymitr ląduje, który to już raz, na jakimś obrzeżu historii, gdzie jedynym zajęciem niespełnionych uczestników Dziejów jest zakładanie tajnych związków.

Tak, wyspy, świat w miniaturze, wygotowują ze swoich wnętrz nowe idee, kostne korony skryte w czaszkach szalonych królòw, które raz opuściwszy wyspiarskie brzegi, zamieniają się w utopie, miejsca bez geografii, w kolejne złudy, baratarie…

Ta wyspa Sancho Pansy nie wzięła się zresztą znikąd. Od pierwszego rozdziału rycerz mami giermka obietnicą, że kiedyś podaruje mu królestwo na wyspie, bo nie godzi się, by mu po kramarsku wypłacał pensję, ale za to nagroda, jaka go czeka, przewyższy jego najśmielsze oczekiwania. Słowo wyspa  bezustannie powtarza się w rozmowach pana i jego giermka, ba, we wszystkich rozmowach. Sancho informuje o swym przyszłym wyspiarskim władztwie każdego, kto chce go słuchać, cyrulika, księdza, żonę, córkę, sąsiada, spotkanego po drodze wędrowca.

Zdaniem Don Kichota wyspa stanowiła najwłaściwszą nagrodę dla wiernego giermka już w średniowieczu, ale w świecie odkryć geograficznych pojawiły się niezliczone nowe możliwości. Człowiek renesansowy wiedział, że świat jest pełen niezwykłych, egzotycznych wysp.

Jak pisze J. A. Święcicki, autor wstępu do Don Kichota po polsku, o ile w prologu I części Cervantes wyraźnie mówi, że pragnął tylko „obalić znaczenie i popularność, jaką zdobyły w świecie księgi rycerskie”, to przy zakończeniu części drugiej dodaje: że „miał jedyny zamiar obrzydzić ludziom urojone i niedorzeczne historie ksiąg rycerskich” . A o ile w pierwszej części głównym tematem opowieści są przygody ostatniego błędnego rycerza, o tyle o 20 lat późniejsza część druga, jest przede wszystkim historią włdztwa Sano Pansy na wyspie Barataria. I z tą właśnie ułudą rozprawia się Cervantes w II części swej powieści. Bo mimo iż świat jest pełen czarodziejskich wysp, zwykły normalny człowiek nie powinien się karmić złudami. Barataria – złuda i oszustwo…

Nie dostaniemy Baratarii, nie będziemy królami, non omnis Saturnalia, a jeśli  zostaniemy królem, to będzie to tylko na chwilę i zapłacimy za to śmiercią. Los nic nam nie da oprócz ułudy, a mimo to musimy się w tym, co nam przypadnie, być dobrym królem Salomonem…

Ten rozsądny i pragmatyczny Sancho Pansa powienien się był natychmiast poznać na tym, czym są obietnice szalonego rycerza… Ale cóż, nie poznał się… I cóż, my też się nie poznajemy…

Don Kichot tymczasem namawiał sobie po kryjomu sąsiada chłopka, bardzo uczciwego człowieka, ale biednego i któremu także jakoś klepki w głowie brakowało. Po długich gadaniach i wielkich obietnicach, doszedł nareszcie do tego, iż go skusił i namówił na giermka do siebie. Mówił mu między innymi, żeby się niczego nie bał, że jak pójdzie z nim na wyprawę, wielki los zrobić może, a przecież nic nie straci, zamiast nędznej strzechy i gnojowiska, z którego go wyciąga, da mu kiedyś przy boskiej pomocy, namiestnikostwo wyspy jakiej rozległej. Sancho Pansa (takie było imię chłopka) dał się ułudzić pięknym obietnicom, porzucił żonę i dzieci i przystał na giermka do swego sąsiada.

Na zakończenie przypomnę jeszcze moje własne wyspy. Było ich kilka. Jako młoda studentka archeologii pracowałam na wyspie na jeziorze Komorowskim  i na wyspie Ostrów Lednicki. Jezioro Komorowskie odsłoniło przed nami w gęstwie pokrzyw faktorię kupców rzymskich, przywożących z południa szkło i narzędzia żelazne, które wymieniali na bursztyn. Na Ostrowie Lednickim, gdzie rezydował ksążę Mieszko, mieściło się najstarsze w Polsce paladium  i najstarszy kościół, dwa budynki stanowiące pierwszy ośrodek władzy Polan, z którego rozeszła się po okolicy idea państwa plemiennego. Przeciwnik i poprzednik Mieszka, król Popiel, też zresztą mieszkał na wyspie, nawet niedaleko, na jeziorze Gopło. Pomiędzy Gopłem a jeziorem Lednickim ukształtował się kraj zwany Polską

Gdy już zakończyłam przygodę z archeologią i zajęłam się pisaniem (i opieką nad uchodżcami), przebywałam kilka razy na stypendium w Centrum Tłumaczy i Pisarzy na Wyspie Rodos i raz w takimżeż centrum w Visby na Gotlandii. Obie wyspy pojawiły się w mojej twórczości. No ale bo przecież wyspy…

Jednak wyspą, która odegrała najważniejszą rolę w moim życiu, był… Berlin Zachodni. Taka wyspa jak Barataria Sancho Pansy, wyspa na lądzie, a przecież wyspa. Dopóki w roku 1989 nie upadł Mur Berliński, wszyscy mieszkańcy tego dziwnego miasta z lubością używali pojęcia wyspa, dla określenia naszej własnej sytuacji. To nie my, mieszkańcy Berlina Zachodniego, zbudowaliśmy mur wokół naszego miasta, zrobili to mieszkańcy NRD, którzy w pewnym momencie postanowili zignorować fakt, że w środku ich kraju znajduje się enklawa rządzona przez innych i to, co gorsza, wrogów. Gdy kupowało się w Berlinie Wschodnim mapę Berlina, w miejscu gdzie był Berlin Zachodni znajdowała się autentyczna biała plama na mapie.

Na tej to wyspie założyliśmy z kolegą Grzegorzem Ziętkiewiczem polsko-niemiecki program telewizyjny, który nazwaliśmy Magazyn Wyspa – Magazin Insel.  Oczywiście nie mieliśmy w ogóle pieniędzy na takie pomysły i nikt nam nie płacił za to, co robiliśmy. Korzystaliśmy z jednego z niezliczonych osiągnięć społecznych Berlina Zachodniego czyli tzw. Offener Kanal (Kanału Otwartego). Kanał nauczył nas za darmo, jak obsługiwać kamerę i jak montować filmy, pożyczał nam za darmo sprzęt czyli kamery, statywy, akumulatory, mikrofony i lampy, dawał do dyspozycji miejsce montowania gotowych filmów oraz bezpłatny czas na nadawanie tego co wyprodukowaliśmy. Doprawdy wyspa barataria, złuda i nieprawda, dzięki której wyprodukowaliśmy kilkanaście nadawanych co miesiąc magazynów, i spotkaliśmy wszystkich ważnych ludzi z Polski odwiedzających Berlin, w tym Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwoje biednych Polaków słabo mówiących po niemiecku prowadziło w roku 1985-1986 magazyn, o którym wiadomości znajdzie się w każdym opracowaniu dziejów Polaków w Berlinie… Zresztą poczytajcie sobie TU. Jest tam również film Helgi Reidemeister o mnie, pokazujący jak to sobie żyjemy na tej wyspie…

Uwaga. Opuszczacie Państwo Berlin Zachodni. Tablice na granicy pomiędzy Berlinem Wschodnim a nami.

Barataria 9 Sancho Pansa jako Król Salomon

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Król Salomon

Wikipedia pisze: Salomon, Człowiek Pokoju (ur. około 1000 p.n.e., zm. około 931 p.n.e.) – prorok biblijny oraz Koranu, król Izraela, syn i następca króla Dawida. Wielki budowniczy. Swój dwór uczynił ośrodkiem kultury, głównie literatury. Na lata jego panowania przypada największa świetność monarchii hebrajskiej.

Jest najmądrzejszym i najsprawiedliwszym królem nie tylko w Biblii, lecz w całej naszej historii i mitologii. Mądrość jego i sprawiedliwość pochodziły od Boga.

W Gibeonie Pan ukazał się Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: «Proś o to, co mam ci dać». A Salomon odrzekł: (…) «Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny?» Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: «Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie.»

Ci co przyszli po nim, nie musieli już pertraktować z Bogiem, wystarczyło, że uczyli się od niego, co nie było aż tak skomplikowane, bo Biblia, zwłaszcza  aż roi się od przykładów salomonowej mądrości i sprawiedliwości. Biblia online podaje, że mowa jest o nim w 276 miejscach, w Księgach Królewskich i Księgach Kronik. Jest też autorem Księgi Koheleta, Pieśni nad pieśniami i Księgi Przysłów.

Stał się bohaterem niezliczonych apokryfów, mitów i legend, zwłaszcza hiszpańskich.

Po lewej: Sąd Salomona – autorstwa Ingobertusa (880); domena publiczna

Najsłynniejszy wyrok salomonowy dotyczył oczywiście dwóch kobiet i ich dziecka:

Potem dwie nierządnice przyszły do króla (…). Jedna z kobiet powiedziała: «Litości, panie mój! Ja i ta kobieta mieszkamy w jednym domu. Ja porodziłam, kiedy ona była w domu. A trzeciego dnia po moim porodzie ta kobieta również porodziła. (…) Syn tej kobiety zmarł w nocy, bo położyła się na nim. Wtedy pośród nocy wstała i zabrała mojego syna od mego boku, (…) położywszy przy mnie swego syna zmarłego. Kiedy rano wstałam, aby nakarmić mojego syna, patrzę, a oto on martwy! Gdy mu się przyjrzałam przy świetle, rozpoznałam, że to nie był mój syn, którego urodziłam». Na to odparła druga kobieta: «Wcale nie, bo mój syn żyje, a twój syn zmarł». (…) Wówczas król powiedział: (…) «Przynieście mi miecz! (…) Rozetnijcie to żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej i połowę drugiej!» Wówczas kobietę, której syn był żywy, zdjęła litość nad swoim synem i zawołała: «Litości, panie mój! Niech dadzą jej dziecko żywe, abyście tylko go nie zabijali!» Tamta zaś mówiła: «Niech nie będzie ani moje, ani twoje! Rozetnijcie!» Na to król zabrał głos i powiedział: «Dajcie tamtej to żywe dziecko i nie zabijajcie go! Ona jest jego matką». (…) Kiedy o tym wyroku sądowym króla dowiedział się cały Izrael, czcił króla, bo przekonał się, że jest obdarzony mądrością Bożą do sprawowania sądów.

Było to w sierpniu 1612 roku, gdy Sancho Pansa objął rządy na wyspie Barataria. Od razu pierwszego dnia musiał, tak jak to było powszechnie w zwyczaju, zająć się sądzeniem sporów.

Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria. Skoro tylko do bram miasta przybyli, mieszkańcy zbrojnie, przy odgłosie parafialnych dzwonów, wyszli na spotkanie gubernatora, podskokami i wrzaskiem objawiając radość niezmierną. Zaniesiono go na rękach do katedry miejscowej, gdzie po skończonym Te Deum, podano mu klucze miasta. Następnie wykonano przysięgę na wierność.

Gęsta mina, szeroka broda, pękata figura i orszak nowego gubernatora, zadziwiły wszystkich. Po wyjściu z kościoła zaprowadzono go do pałacu sprawiedliwości.

Gdy zasiadł na tronie, intendent księcia rzekł:
— Mam zaszczyt zawiadomić waszą dostojność, że wedle dawnego zwyczaju, gubernator nowo obejmujący rządy wyspy, powinien rozstrzygnąć dwie trudne sprawy, aby dał próbę swojego rozumu, a z sądu jego poddani złą lub pomyślną rokują sobie przyszłość.

Przez dziesięć dni sprawowania władzy Sancho rozsądza kilka spraw, ukartowanych przez złośliwego księcia, a radzi sobie z nimi tak dobrze, że mieszkańcy miasta-wyspy zaiste przyrównują go do Salomona.

Następnie przybyli dwaj starcy, z których jeden opierał się na grubej lasce — drugi rzecze do Sanchy:

— Jaśnie wielmożny panie! Przed niedawnym czasem pożyczyłem dziesięć sztuk złota temu człowiekowi, z warunkiem, że mi je odda na pierwsze moje żądanie. Nie upominałem się czas jakiś, nie chcąc mu czynić przykrości, lecz widząc nareszcie niedbałość dłużnika, prosiłem go o zwrot pożyczonych pieniędzy; on zaś nie tylko, że mi ich nie chciał zwrócić, lecz oświadczył nadto, że pieniądze te już dawno mi oddał. Obydwaj nie mamy świadków; niech więc wasza wysokość rozkaże mu wykonać przed Bogiem przysięgę, a będę zadowolony.
— Cóż odpowiesz na to? — zapyta Sancho oskarżonego.
— Jaśnie wielmożny panie! Wyznaję, że człowiek ten pożyczył mi dziesięć sztuk złota, lecz gotów jestem przysiąc, że mu je w całości oddałem.

Gubernator rozkazał mu podnieść rękę, a starzec, oddawszy przeciwnikowi do potrzymania laskę, wykonał uroczystą przysięgę. Wielki gubernator zapytał wierzyciela, co ma jeszcze przeciwko temu? Skarżący odrzekł, że znając swego dłużnika jako pobożnego i bogobojnego człowieka, przysięgę jego za ważną uznaje, chociaż nie przypomina sobie wypłaty zaciągniętego długu. Dłużnik odebrał swoją laskę i szybko oddalił się z sali.

Sancho, podziwiając cierpliwość oskarżyciela i dostrzegłszy pospieszne odejście dłużnika, zastanowił się przez chwilę i nagle, ukąsiwszy się w koniec palca, rozkazał przyprowadzić sobie oskarżonego.
Gdy wypełniono rozkaz, rzekł Sancho do starca:
— Oddaj mi swoją laskę.
— Oto jest, jaśnie wielmożny panie — odrzekł zawezwany.
Sancho wziął kij i podając go wierzycielowi, rzekł mu:
— Teraz już odebrałeś swoją należność.
— Jak to, wasza wysokość, alboż ta laska warta dziesięć sztuk złota?
— Bez wątpienia — rzecze gubernator — albo ja jestem największym głupcem, jakiego widziano na świecie. Zobaczycie zaraz, czy zdolny jestem do rządzenia państwem. Niech rozłamią tę laskę — dodał. Wykonano rozkaz, kij rozłamano na połowę i dziesięć sztuk złota wypadło z niego na ziemię.

Wszyscy podziwiali mądrość gubernatora, porównywając go z Salomonem. Starcy odeszli, jeden z radością, drugi ze wstydem, a historyk, opisujący czyny Sanchy, po pilnym rozpatrzeniu się, nie wiedział, jak go uważać: za głupca, czy za rozumnego człowieka.

Sancho Pansa, podobnie zresztą jak Salomon, sprawują sądy w sposób dziś zupełnie niedopuszczalny, ba, po części nawet niezrozumiały. Nieważne są przyczyny sporu, nie potrzeba dowodów ani świadków, liczy się tylko bystrość osoby sądzącej, która okazuje się sprytniejsza niż oszust, zastawia na niego pułapkę i w okamgnieniu rozwiązuje problem.

Uczeni cervantyści są zdania, że właśnie w rozdziałach poświęconych Baratarii pisarz konfrontuje się z aktualną polityką. Już tydzień temu pisałam o tym, że nauki, jakich Don Kichot udziela Sancho Pansie, są zestawem zaleceń dla władcy, którego rządom przyświecać ma idea sprawiedliwości społecznej. Opowieść o Baratarii prezentuje jednak nie jeden, a dwa modele idealnego króla. Don Kichot jest rycerzem, klasycznym przedstawicielem władców zachodnich, natomiast opowieść o gubernatorstwie Sancho Pansy w Baratarii została skonstruowana w oparciu o model wschodni. Obaj są władcami symbolicznymi. Don Kichot jest waleczny, nieustraszony i wierny zasadom rycerskości, Sancho Pansa, tchórzliwy i niezbyt mądry, jest sprawiedliwy i przebiegły, a wyroki feruje w oparciu o poczciwą znajomość natury ludzkiej, o której zdanie ma nienajlepsze, ale którą karać będzie równie poczciwie jak osądzać.  Don Kichot jest śmiesznym naśladownictwem Króla Artura, Sancho Pansa – króla Salomona.

Oczywiście Cervantes jest dzieckiem swej epoki. Idealny władca renesansowy nie uznaje despotyzmu czyli władzy opartej o strach; jest już samo przez się zrozumiałe, że władca ma być dobry i sprawiedliwy, jednak wciąż jeszcze jest jedynowładcą i nie musi dzielić władzy z nikim. To zaproponuje dopiero Oświecenie. Monteskiusz w księdze O duchu praw z roku 1784 powie, że nie cechy charakteru polityka zapewniają sprawiedliwy ustrój społeczny, lecz regulacje prawne. Tak narodzi się nowoczesna koncepcja trójpodziału władzy.

Przypomnijmy ją, bo dużo o niej ostatnio mówimy, uważając i słusznie, że trójpodział władzy, to największe osiągnięcie europejskiej myśli politycznej, właśnie na naszych oczach staje się frazesem:

Sprawowanie władzy skłania do jej nadużywania i łamania praw obywatelskich, a zatem warunkiem zachowania wolności politycznej obywateli jest podział władz między różne, niezależne, wzajemnie dopełniające, hamujące i kontrolujące się podmioty:

Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela.

— Monteskiusz, O duchu praw (Wikipedia)

 

 

Barataria 8 Sancho Pansa jako Mądry Władca

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Mądry Władca (“ludzkie pany”)

W zeszłym tygodniu dywagowałam sobie na ten temat, że Sancho Pansa to typowy Król Karnawałowy, wybrany przez Księcia żartownisia ku uciesze gawiedzi. Ale wbrew oczekiwaniom Księcia i jego małżonki, lubujących się w niewyszukanej rozrywce kosztem  naiwnych głupców, obaj, Sancho Pansa i Don Kichot, okazali się znacznie wyżsi moralnie i godniejsi stanowiska, jakie nieoczekiwanie stało się udziałem giermka, niż można się było tego spodziewać, pamiętając owce, wiatraki i pogiętą miednicę.

Stefan Rasalski, Don Kichot, 1961

Tak, obaj. Bo chociaż władzę w Baratarii obejmował Sancho Pansa, jego pan przygotował go solidnie do pełnienia tej funkcji. Przez dwa rozdziały Cervantes ustami Don Kichota wykłada nam swoje poglądy na temat idealnego władcy. Pobrawszy te nauki i stosując się do nich Sancho Pansa będzie prawdziwszym Księciem, niż ten znudzony złośliwiec, który go władcą mianował.  Wzorem jest tu na pewno Niccolò Machiavelli (1469 – 1527). Książę (Il principe, napisany został w roku 1513, wydany jednak dopiero w roku 1532). Przypomnijmy, że książka była w czasach Cervantesa (1547 – 1616) dobrze znana, czytana i wielokrotnie wydawana. Ale na rynku księgarskim mnóstwo też było, wzorujących się na Machiavellim, podręczników sprawowania władzy. W samej Hiszpanii napisano ich w Złotym Wieku kilkanaście. Najsłynniejszy, autorstwa Antonio de Guevara, był czytany w całej Europie, a Cervantes wspomina o nim w prologu do Don Kichota: honor is the praise of virtue, and infamy is the pain of vice (honor jest nagrodą cnoty, hańba boleścią podłych). To wszystko utopie, miejsca poza mapą, tak jak Barataria, gdzie nie ma zła, nędzy, korupcji, oszustwa, zbrodni i wojny.

Rozdział X

W którym opisane są mądre rady Don Kichota, dawane Sanchy z powodu objęcia gubernatorstwa na wyspie, etc., etc.

(…)

— Dziękuję niebu, przyjacielu Sancho, że ciebie pierwej niż mnie obdarzyło pomyślnym losem; kiedy starałem się zapewnić sobie potęgę przez wielkie przedsięwzięcia, aby wynagrodzić twoje usługi, ty niespodzianie, wypadkiem szczególnym zaczniesz używać dostatków i władzy. Prawdziwe snać to zdanie, że na świecie nie zasłużony, ale szczęśliwy wszystko bierze. Ty, co w porównaniu ze mną jesteś tylko nędznikiem i leniwcem, zostałeś gubernatorem wyspy jedynie z powodu, że otarłeś się cokolwiek o błędne rycerstwo. Mówię ci to, mój drogi Sancho, nie dlatego, ażebym wyrzucał ci lub też zazdrościł twojego szczęścia, lecz chcę cię objaśnić, żebyś losu swojego nie uważał za skutek swojej osobistej wartości i żebyś za obecną pomyślność tylko Panu Bogu i błędnemu rycerstwu cześć składał. Teraz, mój synu, słuchaj pilnie rad swego pana, nauk swego Katona. One będą ci służyć za gwiazdę przewodnią wśród burzliwego rządów oceanu.

Najpierw, moje dziecko, zachowaj w sobie miłość, bojaźń Boską, gdyż to jest początkiem mądrości, a mędrzec nigdy nie błądzi. Pamiętaj zawsze o przeszłym stanie swoim, to ochroni cię od próżności i nie będziesz, jak owa nadęta żaba, która chcąc wołu dorównać, pękła wreszcie. Strzeż się dumy, bo ona nawet wielkim nie przystoi panom, na ciebie zaś ściągnęłaby wyrzuty i przypomnienie, że kiedyś pasałeś świnie.

— To czysta prawda — odpowie Sancho — pasałem je w dzieciństwie, gdy większy urosłem, dawano mi barany i krowy do pasienia, ale to nic nie szkodzi. Nie wszyscy gubernatorzy książętami się urodzili.

— Masz słuszność — rzecze Don Kichot — to też ci, których ród niższy od dostojeństwa, powinni być za to bardziej grzeczni i oświeceni, aby nie narazić się na obmowę ludu.

— Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Jeżeli cnota przewodniczyć będzie twoim postępkom, nie potrzebujesz zazdrościć nawet królom ich urodzenia, bo szlachectwo nabywa się dziedzictwem, a cnotę pracą całego życia.

Jeżeli przypadkiem który z twoich krewnych przyjdzie odwiedzić cię na twojej wyspie, nie pogardzaj nim, owszem, przyjmij uczciwie, a tym sposobem woli nieba i sercu swemu uczynisz zadość.

Jeżeli żona twoja mieszkać z tobą będzie, nie pozwalaj jej brykać, ani z wielkim pokazywać się splendorem, bo chociaż rozsądny mąż największe nagromadzi skarby, głupia żona nieładem łacno je roztrwoni.

Jeślibyś wdowcem został, a wzgląd na dzieci zmusił cię powtórnie zawrzeć śluby, strzeż się brać kobiety płochej, która wszystkim podaje ręce, bo za taką na sądzie Boskim odpowiadać będziesz.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

Nie znieważaj słowami człowieka skazanego na śmierć, bo tylko podły i niesprawiedliwy bezbronnych i nieszczęśliwych ciemięży. Dlatego sądząc zbrodniarzy, miej zawsze na uwadze słabość ludzkiej natury, która więcej do złego, niż do dobrego ma popędu. Miej dla nich litość i łagodność, bo i sam Bóg bardziej jest miłosierny niż sprawiedliwy.

Postępując wedle tych zasad, mój Sancho, przeżyjesz długie lata na ziemi, a wieczność w pamięci ludzkiej. Będziesz szczęśliwym i niebo błogosławić ci będzie.

Rozdział XI

W którym opisany jest dalszy ciąg rad udzielonych Sanchowi przez Don Kichota.

Każdy zapewne osądzi z tej rozmowy, że Don Kichot był nie tylko człowiekiem uczciwym, ale i przy najzdrowszych zmysłach. Sąd jego we wszystkich rzeczach powszednich był nader sprawiedliwy, jedna tylko kwestia błędnego rycerstwa tak dziwacznie oddziaływała na jego umysł, że opuszczał granicę rozsądku, dzikie mary biorąc za rzeczywistość.

Sancho bacznie słuchał wszystkich rad swojego pana, zgromadzał je w pamięci, aby je później na dobry obrócić pożytek.

Don Kichot tak mówił dalej:

— Staraj się urządzić swój dom przede wszystkim. Badaj troskliwie, ile prawych dochodów dostarczyć ci może twoja posada. Jeżeli będziesz w stanie ubrać swój dwór zbytkownie, zaprowadź w nim tylko czystość i wygodę, pieniądze zaś na to przeznaczone rozdaj ubogim.

Te są moje rady dla ciebie, przyjacielu Sancho. W ciągu twego urzędowania udzielę ci ich więcej, jeśli korzystać zechcesz.

— Wszystko, co mi powiedzieliście, panie, jest bardzo piękne — odpowie Sancho — jedna jest tylko przeszkoda w wypełnianiu rad waszych, że oprócz tego, co mówiliście o zbieraniu pieniędzy i powtórnym ożenieniu się, nic a nic więcej nie pamiętam, napiszcie mi to lepiej, a każę mojemu spowiednikowi odczytywać co dzień, abym się tych wszystkich maksym na pamięć nauczył wreszcie.

— Przekleństwo Boskie! — zawołał Don Kichot — jakaż to rzecz obmierzła patrzeć na gubernatora, nieumiejącego ani czytać, ani pisać. Słyszałeś, co mówią o mańkutach i nieukach, że są ludźmi z najgorszej klasy i najtępszego pojęcia. To wielki błąd, mój przyjacielu, i pragnąłbym, abyś choć podpisać się umiał.

— Nauczono mnie podpisywać moje imię, gdy byłem jeszcze stróżem przy bractwie w naszej parafii, a potem mogę udawać kalekę i kto inny za mnie podpisywać się będzie; oprócz śmierci, wszystkiego uniknąć można, a panu wolno i diabła zjeść. Pójdzie to jakoś.

— Co to, to nie prawda — zawołał Don Kichot — głupi zawsze jest głupi; ale zostawmy to na potem. Dałem ci rady, jakie za najlepsze uważam, teraz rządź swoją wyspą i niech cię Bóg prowadzi!

— Panie — odpowie Sancho — jeżeli sądzisz, że nie mam zdolności do tego, porzucę natychmiast moje gubernatorstwo, będzie mi również dobrze żyć w domu o chlebie i wodzie, a z czystym sumieniem, niż gdybym, gubernatorem będąc, jadał kapłony i kury indyjskie. Bo na koniec, jeśli sądzicie, że diabli mogą mnie porwać na tym urzędzie, wolę, żeby Sancho poszedł do nieba, niż gubernator do piekła.

— Zaprawdę, przyjacielu Sancho, ostatnie słowa, które powiedziałeś, czynią cię godnym zarządu stoma wyspami. Z natury masz dobre serce, a bez tego nauka nie przyda się na nic. Pamiętaj tylko, że niebo wspiera zawsze dobre cele (…)

Porady te dałoby się z powodzeniem zastosować i dziś. Na przykład, gdy Don Kichot mówi: Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Czy nie zdałoby się, żeby i dzisiejsi władcy wzięli sobie do serca taką poradę, zamiast wynosić się nad swój lud, że przypomnę wypowiedź pana posła K. w debacie na temat votum nieufności dla marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego: Nie użyliśmy siły w Sejmie, choć były wszelkie przesłanki, by jej użyć. I nie użyjemy jej. Tak, jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami w przeciwieństwie do niektórych…

I znowu nie zdążyłam porównać Sancho Pansy do króla Salomona. Ale w następnym tygodniu…

Barataria 7 (i tak do końca roku) Karnawałowy Król

Dziś ostatni poniedziałek karnawału, zwany w Niemczech Rosenmontag – Różany poniedziałek, dziś  zaczyna się zabawa, którą zakończy skruszone posypywanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Opowiem Wam więc o karnawałowym królu.

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569) Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
The Yorck Project: 10.000 Meisterwerke der Malerei (domena publiczna)

Ewa Maria Slaska

Karnawałowy król czyli Sancho Pansa w Baratarii

Karnawałowy król, król na rok, na miesiąc, na dziesięć dni, na jedną noc… A król, bo według Jadwigi Żylińskiej, największej polskiej znawczyni matriarchatu, to mężowie władczyń neolitycznych byli pierwszymi ofiarami. Ginęli, gdy spłodzili dziecko i  gdy się ono urodziło. Czyli po roku. Jest takie piękne opowiadanie  Żylińskiej o Ur, Mieście Królewskiej Pszczoły, w którym królowa proponuje mężowi, że go oszczędzi, a zabije się w ofierze karnawałowego króla. On się nie zgadza, będzie ostatnim księciem-małżonkiem, który zginie tańcząc na cześć życia i miłości. Piękne opowiadanie, świetna pisarka, może najlepsza… Nie ja jedna tak uważam, Grażyna Plebanek w Córkach rozbójniczki (wyd. WAB 2010) też się do niej odwołuje (Najchętniej stworzyłabym kult Żylińskiej).

Siła systemów religijnych polega na tym, że zagospodarowują potrzeby duchowe i oferują sferę sacrum, mamiąc decorum. Książki docierają do nas nie dzięki perswazji, ale sztuce. Opowieść Żylińskiej, poetycka, pełna niezwykłego piękna, poruszyła we mnie uczucia, które mogła zagospodarować religia. (…)
Moc kobiety. Świat, którym opiekuje się Wielka Bogini, a z kręgu jej kapłanek wyłania się Królową, która co roku bierze nowego męża, zwycięzcę Wielkich Igrzysk. Spośród jej dzieci wybiera się następczynię (musiała być najlepsza). Świętego Króla (co roku innego) kapłanki składają w ofierze, jego krwią skraplają pola, by rodziły. Odejście króla nie jest końcem, a przejściem do innego świata, powrotem na łono Matki, Wielkiej Bogini. Z czasem zamiast króla zaczęto składać jego zastępcę, potem świętego byka. Walki hiszpańskich torreadorów to echo ostatniego tańca Świętego Króla pod postacią byka.

Jadwiga Żylińska nadaje mitycznym bohaterkom imiona (…). Jedną z królowych nazywa Kuropatwą – to ta, która przeciwstawiła się zwyczajowi zabijania Świętego Króla. Miała przeciw sobie starszyznę kapłanek, które zaczęły opowiadać poddanym, ze zasiewy nie wzeszły, bo zabrakło świeżej krwi Świętego Króla. Kuropatwa w dniu uroczystości kazała przyprowadzić skazańca matkobójcę i to jego złożyła w ofierze zamiast Świętego Króla. W następnym roku zamiast skazańca kazała ofiarować Wielkiej Bogini białego byka. Kuropatwa była artystką, namalowała nowy rytuał na ścianie najstarszej części Miasta-Ula. ,,Stworzyłaś coś nowego, coś, czego nikt przed tobą nie odważył się dostrzec ani namalować” – pochwaliła ją poprzednia Królowa.

Składanie Świętego Króla w ofierze a dzielenie się ciałem Jezusa (…), umieranie i odradzanie się, postać kobieca, choć w wersji wykastrowanej z mocy, czyli zredukowana do roli matki (…) religie pożyczają od siebie (…). Robert Graves pisze w Białej Bogini: „pogańskie święta (…) schrystianizowano, lekko retuszując rytuał”.

Tak się kończy matriarchat. Powoli. Książę małżonek zachowuje życie, najpierw  towarzyszy żonie-władczyni, potem z nią współrządzi, potem… ach przecież wszystkie wiemy, jak będzie potem. Zresztą tu nie o tym, tu o karnawałowym królu, który włada przez jeden dzień, albo przez dziesięć dni a potem zginie lub inaczej zostanie ukarany za to, że był królem.

A jednak mimo że kultura matriarchatu odeszła w niepamięć, karnawałowy król-ofiara pojawia się ciągle, również w czasach współczesnych, np w pięknej książce Toma Robbinsa, Perfumy w rytmie jiteburga, o ludziach szukających idealnych perfum i nieśmiertelności. Książka kończy się w dniu Mardi Gras, czyli w karnawałowy wtorek w Nowym Orleanie (tak jest, w Nowym Orleanie, a tam przecież, w zatoce o tej samej nazwie leży nasza wyspa Barataria).

Jutro zaczyna się post, dziś wciąż jeszcze szaleństwo zabawy, a bohaterowie spotykają się z Panem, ostatnim bogiem żyjącym wśród ludzi. To zresztą drugi karnawał w powieści, pierwszy nie jest jeszcze wcale zabawny. Bohaterem powieści jest żyjący wiecznie, a w każdym razie długowiecznie, germański (a może słowiański) król Alobar, jasnowłosy król jasnowłosego plemienia o niebieskich oczach. Rzecz, przynajmniej na początku, dzieje się w Czechach. In those days the Earth was still flat, and people dreamed often of falling over edges.

Alobar dwukrotnie unika śmierci. Raz, gdy w owych pogańskich Czechach pierwsza żona pomaga mu uciec przed rytualnym mordem na królu, który się zaczyna starzeć. (…) Following a full day of chanting, singing, and frenzied dancing by painted figures in animal suits, the execution took place at twilight. Alobar przeżył, ale oczywiście nie był już królem.

Druga śmierć nadeszła wkrótce potem, kiedy Alobar mieszkał już jako chłop w wiosce chrześcijańskiej.

The traditional winter festival, which among Alobar’s folk as well as many other Europeans was celebrated during the twelve days that separated the end of the lunar year (353 days long) from the end of the longer solar year (365 days), and whose purpose it was to equalize the two different celestial years, had been appropriated by the Christians and transformed into a religious holiday called “Christmas.” As far as Alobar could determine, Christmas was the same winter festival of yore, except that the profound emotionalism annually precipitated by moon/sun influences, the priest here attributed to the natal anniversary of “Christ,” a Semitic man-god whose exact relationship to the One God, Alobar could never quite get straight.

Podczas wioskowych obrzędów Alobar dostał fasolkę w zapiekance, co oznaczało wybór na karnałowego króla.

a huge roar went up in the lodge. “The bean! The bean! The bean! The bean!” they cried, men and women together, and the villagers advanced on him, slapping his back, mussing his hair, hugging him, and squeezing his private parts. A wooden chair, a rickety imitation of a throne, was fetched and placed beneath a rack of antlers recently nailed to the wall. Alobar was led to the throne and made to sit on it, whereupon, amidst a deafening cacophony of whoops and hollers, belly laughs and sniggers, purposeful belches and equally intentional farts, a lopsided crown of mistletoe was laid atop his head. (…) “Viva Fabarum Rex!” he seemed to hear them shout, as if through curtains of snow and cake. “Viva Fabarum Rex! Long live the King of the Bean!”

Takie wybory karnawałowego króla poprzez migdały, fasolki i pieniążki w świątecznym cieście, uprawia się do dziś, że przypomnę chociażby rozdział z Dzieci z Bullerbyn i mojego własnego  greckiego Sylwestra. Oczywiście współczesne wybory karnawałowego króla już dawno nie kończy się krwawo. Ale jeszcze w powieści Shirley Jackson Loteria to losowanie… No cóż, sami przeczytajcie. Za czasów Alobara wyglądało to tak:

According to custom, the King of the Bean had absolute license. For twelve days following his chance selection, he reigned supreme, ordering his fellows about and indulging his passions. He was allowed to wallow in every pleasure, however sinful. No door nor bed was barred to him. At any hour, he might enter another’s house to eat and drink his fill. If he wanted a neighbor’s wife, she was his; likewise any daughter. Obscene behavior, such as urinating on the altar of the church, not only was permitted, it was encouraged. Wherever he went, whatever he did, the Bean King was attended by a rowdy entourage, adjusting his mock crown (so that it always set askew), pulling at his mock robes (so that they revealed his buttocks), plying him with song and cider, cheering him, jeering him, egging him on. (…)

Then the peasants explained to him the rest of the custom. At the end of his twelve-day rule, on the Day of the Epiphany, the usual restraints of law and morality were abruptly restored. Still wearing his crooked crown, the King of the Bean was led to a certain meadow outside the village, where his throat was cut.

Po zakończeniu Saturnaliów fasolowego króla czeka śmierć. Alobarowi uda się uciec, przedtem jednak oceni swoje dotyczczasowe życie, jako bezsensowną konfrontację ze śmiercią z najbłahszych powodów na świecie, raz z powodu siwego włosa, raz przez fasolkę. First a  hair and than a bean!

Gdy minie dziesięć wieków, takim karnawałowym królem zostanie Sancho Pansa jako gubernator Baratarii. Ale to już nie będzie obrząd ku czci bóstw płodności, lecz tylko żart. Taka jest bowiem kolej rzeczy, że sacrum traci moc, staje się legendą, żartem, dziecinną zabawą. Karnawał to tylko zabawa, karnawałowy król rządzi, bo tak sobie dla żartu życzą Książe i Księżna. Oboje przecież przez całą drugą część powieści zabawiają się kosztem głupca rycerza i jego błazeńskiego giermka. Ale dzięki temu nikt też już naszego błazenka nie będzie próbował zabić.

***

Alobar był królem, który na wygnaniu został chłopem, podobnie jak biblijny król Salomon, Sancho Pansa, był chłopem, który został władcą. Karnawałowi władcy muszę przejść i takie rytuały. Ale o tym opowiem za tydzień. Miłej zabawy jutro, czy będzie to wielkopolski podkoziołek czy gdański śledzik, czy wreszcie niemiecki Fasching – dzień przebierańców.

Barataria 6 – radosny marsz

Ewa Maria Slaska

Barataria-Marsch na motywach z operetki Gondolierzy Arthura Sullivana, kompozytor: Karl Komzák.

Radosny marsz wojskowy.

Komzàków-kompozytorów było trzech, wszyscy mieli na imię Karol:
Karl senior 1823 – 1893
Karl (Karel) junior 1850-1905
Karl 1878–1924

Marsz skomponował ten zwany juniorem, który w swoim czasie nie tylko cieszył się większą popularnością niż tata i niż potem syn, ale przede wszystkim był ulubieńcem publiczności (pań?) z uwagi na miły, przychylny światu, pogodny charakter. Do roku 1896 był kapelmistrzem wojskowym, najpopularniejszym wojskowym kapelmistrzem w całej Austrii, potem – prowadził słynną orkiestrę w kurorcie Baden koło Wiednia.

Tu grała orkiesta Komzàka; pawilon istnieje do dziś na ulicy zwanej obecnie Karl-Komzák-Allee

W roku 1903 Komzàk koncertował w Warszawie.

Echo Muzyczne z lutego 1903 roku donosiło:

Karol Komzak, wielkiego talentu kompozytor i  kapelmistrz, gości w Warszawie, dokąd został zaangażowany przez  Filharmonię do dyrygowania czterema (2, 5, 7 i 8 lutego) koncertami popularnemi. Tej wielce interesującej postaci muzycznej przyjrzemy się w numerze przyszłym.

Ale jeszcze w tym samym numerze gazeta poinformowała, że:

Karnawał zaznaczył swoje piętno i na estradzie Filharmonii; w poniedziałek rozpoczął się szereg  wieczorów, poświęconych przeważnie tanecznej muzie pod dyrekcyą Karola Komzaka — w sobotę i w niedzielę bawiły uszy publiczności walce Straussa, śpiewane przez chór męzki z akompaniamentem orkiestry.
Znany walc „Nad pięknym i modrym Dunajem” (w polskim przekładzie p. Reinsteina) na 4-ro głosowy chór męzki brzmi bardzo interesująco i oryginalnie. Specyalne grono chórzystów-amatorów (przygotowane  dużym nakładem pracy przez p. Pietruszyńskiego) miało do pokonania wielkie trudności w tej niezwykłej produkcyi, która pod dyr. p. Prohazki wypadła bardzo dobrze.
Karol Komzak, popularny w Wiedniu kapelmistrz, od pierwszej chwili, ujął wszystkich swą sympatyczną postawą, oraz swobodną  rutyną, z jaką prowadzi orkiestrę, umiejąc wydobyć z niej żądane efekta lekkości, oraz tanecznego rytmu z zacięciem, a bez jednostajności.
Program pierwszego z „ karnawałowych” wieczorów, składał się, oprócz kilku poważniejszych utworów, jak: uwertura z „Mignon”, oraz Fantazya z motywów Chopina z opery „Tribut de Zamota” Gounoda, przeważnie z tańców; największem może a zasłużonem powodzeniem (powtarzany na żądanie) cieszył się walc Komzaka „Narenta”, wykonany prawdziwie z „poezyą tańca”.

W marcu Echo donosiło:

Koncerty pod dyrekcyą Komzaka przepełniły dwukrotnie w środę i czwartek salę Filharmonii. Pełen animuszu i brawury  kapelmistrz czeski, stał się ulubieńcem Warszawy. Prowadzi on niby wódz czujną na skinienie smyczka drużynę, wyprowadzając z zbiorowego ciała porywające rytmy walca, iście wojskowe zacięcie marsza, to znów pełne subtelnego cieniowania nastroje. Nowość dla Warszawy stanowią popularne w Wiedniu humoreski muzyczne: jak „Sen rezerwisty” Ziehrera, lub „Mucha” i „Kocia serenada”. W plastycznem obrazowaniu Komzaka „żarty” pełne rodzajowej charakterystyki  wykazują urozmaicony i barwny kalejdoskop muzyczny. Komzak dyryguje jeszcze w sobotę i w niedzielę po raz ostatni.

W kwietniu artysta wyjechał, o czym Echo muzyczne też poinformowało Czytelników:

Karol Komzak, ulubieniec warszawskiej publiczności, dyryguje w niedzielę i poniedziałek programem popularnym. We wtorek wieczorem opuszcza Warszawę.

komzakwwarszawie

Zmarł w roku 1905, próbując, jak Zbyszek Cybulski, dogonić uciekający pociąg. Był panem jak na owe czasy w podeszłym wieku – miał 55 lat – i ciekawe, jak to się stało, że nie zdążył na pociąg i – drugie pytanie – że zdecydował się go gonić? Co było takie ważne, tam dokąd chciał jechać? Pochowano go najpierw w Baden, ale już w listopadzie tego samego roku przeniesiono jego ciało na Cmentarz Centralny w Wiedniu.

Skomponował jedną operę, tańce (co najmniej 22 walce), pieśni i 66 marszy, w tym marsz Barataria.

***

X

X

I jeszcze jedna ciekawostka warszawska: był w Warszawie, założony w roku 1998, bar kawowy Barataria. Mieścił się na ulicy Wilczej 69, 00-679 Warszawa. W wyciągu z rejestru przedsiębiorstw czytamy:

“Bar Kawowy Barataria Radoński Arkadiusz” to restauracja typu fast food zapewniający rozległy wybór smacznych posiłków w atrakcyjnej cenie. Bar współpracuje z najlepszymi pracownikami kuchni i stara się o miłą obsługę. Możesz w tym miejscu spożyć pożywny posiłek. Dodatkowy atutem miejsca jest dogodne ulokowanie, a dodatkowo długie godziny działania. Dlatego to lokal popularny wśród gości.

Jednak w sieci nie ma żadnych dodatkowych informacji i żadnych zdjęć baru, nikt tam nie był, nie pił kawy, nie zrobił zdjęcia. Baru nie ma też na Facebooku, zapewne więc już nie istnieje. Ale może się mylę, może ktoś jednak coś wie albo po prostu tam bywa? A jak nie, to inna prośba: jeśli ktokolwiek zna Arkadiusza Radońskiego, niech zapyta przy okazji, czy bar jeszcze istnieje i która Barataria stała się patronem nazwy, ta Sancho Pansy, ta pirata Jeana Lafitte’a, ta z Gondolierów, a może ta, od której się nasze poszukiwania zaczęły, czyli – Pensjonatu Barataria Krzysztofa Lipki? Ach no i oczywiście może to być po prostu miejsce geograficzne w Nowym Orleanie… Wyspa, ulica, zatoka i wszystkie rzeczy, które jego są.

Przed nami kolejne dziwne odkrycie. Barataria to firma (label) wydająca nową muzykę kolumbijską (Ponemos en contexto los nuevos sonidos Colombianos. Transformamos ideas en música.), i jest to firma podobnie tajemnicza i (być może) nieistniejąca jak bar kawowy Barataria, czy jak opera Jesusa Garcii Leoza o piratach z Baratarii. Może to wszystko to tylko złudy tworzone przez ponowoczesny umysł zarażony pofaktyzmem. Nie na darmo barataria to po hiszpańsku taniocha i ułuda. Tyle że wydawca muzyczny w styczniu  i lutym 2017 zorganizował trasę koncertową grupy Da Pawn w Kolumbii i Ekwadorze.

Co za niezwykły znikający punkt.

Barataria czyli cały świat (4)

Zauważyliście już, moi mili Czytelnicy, że temat mi rośnie pod rękoma jak ciasto drożdżowe. Dlatego, poczynając od pierwszego odcinka Baratarii, wprowadziłam nowy tag: wędrówki po kulturze. Taka wędrówka, która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Pomyślcie, omówiliśmy na razie tylko, nader pobieżnie, Cervantesa (tak pobieżnie, że pewnie przyjdzie nam jeszcze do niego wrócić), Krzysztofa Lipkę, Jesusa Garcię Leoza i pirata Lafitte’a, o piracie jednak trzeba jeszcze sporo napisać, w międzyczasie znalazłam kolejną operę, a mianowicie Gondolierów albo Króla Baratarii, marsz z tej opery w wersji stworzonej przez Czecha z KK grywają chętnie wojskowe niemieckie orkiestry dęte i Bóg jeden wie, od kiedy, kiedy i dlaczego, a również po co? Mam nadzieję, że w międzyczasie znajdę jednak przynajmniej libretto opery Leoza… Zakładam zatem, że to wszystko jeszcze potrwa.
Pamiętam z czasu, gdy uprawiałam medytację transcendentalną i zajmowałam się filozofią Zen, taki koan, który można potraktować jako poradę podczas kursów pisania kreatywnego: nie zastanawiaj się, gdzie jest początek opowieści o świecie według Zen, zacznij gdziekolwiek, a kiedyś ogarniesz cały świat. Ja zaczęłam od Baratarii.

Może zresztą nie potrzeba tu filozofii. Motywy literackie wędrują przez stulecia, a czasem tysiąclecia, często zabierając ze sobą swoje własne imię. Motywem wędrówki po kulturze w poszukiwaniu Baratarii jest sięgające Homera przekonanie, że odizolowana wyspa symbolizuje świat i że za jej pomocą można ten świat przedstawić w formie jak najbardziej pożądanej.

Perdita, jedna z bohaterek Opowieści zimowej Szekspira, autor: Anthony Frederick Augustus Sandys, 1866

Zaczęło się od Scherii,  pierwszej być może utopii literackiej, miejsca poza mapą, która powróci jako wyspa Prospera w Burzy Szekspira. Homerowa Scheria to wyspa zamieszkiwana przez Feaków, którzy z dala od reszty ludzi wiodą życie dostatnie i spokojne. Są wybornymi żeglarzami, nie znają handlu, ani wojen. Trudno się dziwić, że dla Greków, ludu zamieszkującego dziesiątki wysp, wyspa była modelem świata. Wyspą była też Atlantyda u Platona.

Barataria Cervantesa jest taką samą utopią jak Scheria i Atlantyda, jest wyspą, choć wcale nie otacza jej morze. Dziwne? Zapewne, ale czy dziwniejsze od Opowieści zimowej Szekspira, która dzieje się w nadmorskim kraju zwanym Czechy? I też jest to poniekąd kraj przykładowy, bo charakteryzuje go “wieśniacza prostota”, przeciwstawiona światowemu zepsuciu.

Wróćmy jednak do naszych baranów.

Ewa Maria Slaska

Barataria i opera Gondolierzy albo Król Baratarii

Opera Arthura Sullivana do libretta Williama S.Gilberta, ostatnie wspólne dzieło spółki autorskiej, która w latach 1871-1896 wyprodukowała czternaście oper komicznych. Operetki Gilberta i Sullivana cieszyły się międzynarodową sławą i do dziś znajdują się w repertuarach teatrów komediowych; doczekały się wielu adaptacji i parodii. Specjalnie w celu ich wystawiania powstał Teatr Savoy w Londynie. Gondolierzy mieli światową premierę w Londynie w 1889 r. Spektakl cieszył się ogromną popularnością, przez dwa lata wystawiono go ponad 550 razy i wkrótce doczekał się licznych wystawień w Europie i USA.

XXXXXX 

Gilbert & Sullivan

Spokojne i beztroskie życie weneckich braci gondolierów Marco i Giuseppe Palmierich zmienia się, gdy w czasie zabawy ulicznej losują sobie żony, które zdążą poślubić, aby zaraz potem dowiedzieć się, że nie są braćmi, a jeden z nich jest następcą tronu Baratarii i ma już żonę poślubioną mu w niemowlęctwie. Oczekując rozwiązania zagadki obaj wspólnie sprawują rządy w Baratarii, do której przybywa poślubiona następcy tronu Kasylda. Księżniczka Plaza Toro wcale nie chce poślubić prawowitego władcy, bo kocha się potajemnie wprawdzie, ale z wzajemnością, w swym mlecznym bracie. Jak to bywa w operetkach wszystko szczęśliwie się kończy.

Jednak mnie nie interesują perypetie miłosne trzech par, lecz to, czego z libretta można się dowiedzieć o wyimaginowanym państwie na dalekiej Baratarii.

Oczywiście nie wiadomo dokładnie, kiedy toczy się akcja operetki, tym niemniej napisano ją w wiktoriańskiej Anglii. A tu tymczasem księżniczka Kasylda na wieść o tym, że w dzieciństwie zaręczono ją z  synem owego wściekle bogatego króla, nie interesuje się w ogóle jego majątkiem, pyta natomiast: Married to the infant son of the King of Barataria? Was I consulted? Czy zapytano mnie o zdanie? Jednakże samodzielna panna szybko zapomina o problemach emancypacji, aby zmartwić się, że jest oto królową Baratarii i… nie ma się w co ubrać!

Obaj młodzi gondolierzy z kolei martwią się, że jeden z nich został królem Baratarii, a przecież obaj są prawdziwymi republikanami:

We are jolly gondoliers, the sons of Baptisto Palmieri, who led the last revolution. Republicans, heart and soul, we hold all men to be equal. As we abhor oppression, we abhor kings: as we detest vain-glory, we detest rank: as we despise effeminacy, we despise wealth.

Za chwilę poglądy polityczne obu młodych ludzi okażą się ważne, bo gdy dotarą do Baratarii, będą tam chcieli zaprowadzić republikańskie porządki. Król, którego może zaakceptować republikanin, musi być dobrym królem, taki król zniesie podatki,  sprawi, że wszystko będzie tanie, gondolierom będzie się świetnie powodziło, dworzanie będą wykonywali obowiązki zgodnie ze swymi umiejętnościami i zdolnościami, a wszyscy ludzie będą równi. I szczęśliwi.

The Noble Lord who rules the State –
The Noble Lord who cleans the plate –
The Noble Lord who scrubs the grate.-
They all shall equal be!

Sing high, sing low,
Wherever they go,
They all shall equal be!

Mniej więcej w tym momencie zaczynamy rozumieć, dlaczego autorzy tej komedyjki umieścili jej akcję w kraju, który nie istnieje – bo tylko to pozwoliło im ostro skrytykować  niedemokratyczną politykę Anglii i panujące tam zakłamane, snobistyczne stosunki społeczne. To zresztą musi być tak naprawdę Anglia, ta odległa wyspa Barataria, bo po południu władcom podaje się herbatę.

Na razie jednak Barataria stoi w ogniu rebelii i król musi się tam natychmiast udać, by zaprowadzić porządki. Skoro jednak póki co nie wiadomo, który z gondolierów jest królem, obowiązki przejmą obaj.

Zgodnie z geografią Barataria jest wyspą na morzach południowych, a jej król jest / będzie niesłychanie bogaty (co jest oczywiście wspomnieniem o niezmierzonych bogactwach pirata La Fitte’a). Na wyspie panuje łagodny klimat i zimą kwitną róże. Dwaj młodzi królowie i ich dworzanie, byli gondolierzy, śpiewają radośnie:

Of happiness the very pith
In Barataria you may see:
A monarchy that’s tempered with
Republican Equality.
This form of government we find
The beau-ideal of its kind –
A despotism strict, combined
With absolute equality

Bliskość Nowego Orleanu, a może zmiana ustroju, sprawiają zapewne, że w królestwie panuje nieustający karnawał. Oto radosna cachucha, “ludowy” taniec Baratarii 🙂

A zatem the Monarchy has been re-modelled on Republican principles. Jeden z władców informuje o tym wizytującego wyspę Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Oczywiście młodzi republikanie posunęli się za daleko w realizowaniu zasad demokratycznego równouprawnienia, gdyż awansowali wszystkich pod sznurek na stanowiska lordów, kanclerzy, admirałów i marszałków. Inkwizytor (postać raczej dobroduszna, ale konserwatywna) komentuje to z przekąsem:

When every one is somebody,
Then no one’s anybody!

Jeśli każdy jest kimś,
to kto jest każdym?

Ciąg dalszy nastąpi

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo