“Zwykła przeciętność nie całkiem przeciętnych uczuć, czyli:” 

Teresa Rudolf

“A ty ptaszku, gdzie swe gniazdo masz?”

Kiedyś pomyślałam, żeby napisać krótko o jednym ze zjawisk, które spotykam w sobie, a nie wiem jak to jest u innych. 

Nie piszę tu o koneserach, znawcach muzyki, zajmujących się nią zawodowo lub z zamiłowania. Chcę napisać o zwykłych ludziach, mających jedynie może bardziej wrażliwe ucho, połączone (zależnie od nastroju) z jakąś emocjonalną percepcją.

Możnaby porównać to z odbiorem zjawiska przyrody lub dzieła sztuki (np. zachwyt nad jakimś obrazem). Muzyka jest w tym przypadku jedynie bodźcem, “dziubiącym” nagle duszę. A “dziubać”, lub “gonić mnie”, może wszystko, tak jak to już napisałam.

I  choć trudno mi, ale rozumiem niektórych ludzi (ich gust znajduje się nieraz poza moim progiem wrażliwości), że akurat lubią i śpiewają sobie niektóre piosenki z Disco-Polo (byle nie po pijaku i nie za głośno) lub jakieś inne szlagiery, a czasem i wśród nich znajdzie się nagle coś, co za mną “pobiegnie”, najczęściej z tych tzw. wpadających w ucho, przy których na dodatek bardzo dobrze się tańczy.

Czasem się więc coś do człowieka przyczepi, ale na szczęście dużo mniej szkodliwie niż kleszcz…

Nie mogę tutaj nie wspomnieć o Jerzym Pilchu, który był akurat miłośnikiem dobrej muzyki, który w opowiadaniu “Żółta sukienka” (w książce “Pod nocnym Aniołem”) napisał o tym, jak na okrągło (zanim znów musiał sięgnąć po alkohol), słuchał kiedyś melodii skomponowanej przez Karela Svobodę, a zagranej na saksofonie przez niejakiego Felixa Slovaćka.

Przeczytałam to i natychmiast znalazłam tę melodię w sieci, a potem nie opuszczała mnie na długo, bo saksofon też mnie czasem nieźle… goni.

A tytuł jej: “A ty ptaszku  gdzie swe gniazdko masz”

Renowacja domków tkaczy w Chełmsku Śląskim

Kochani, Dobrzy Ludzie!

Chełmsko Śląskie –

wieś leżąca w województwie dolnośląskim, w powiecie kamiennogórskim, w gminie Lubawka, kiedyś Schömberg. Jest to charakterystyczne miejsce w Sudetach, gdzie zachowały się drewniane domy tkaczy lnu, wybudowane przez Cytersów w roku 1707. Niezapomniany klimat tej miejscowości tworzą swoją unikatową architekturą ponad trzystuletnie budynki. Pierwotnie Chełmsko było miastem, dzisiaj nie posiada już praw miejskich.

Domów było pierwotnie dwanaście. Nazywano je apostołami, każdy dostał imię jednego z towarzyszy Jezusa. Kiedyś jeden spłonął. Akurat ten, który nosił imię Judasza.


Po kilku przypadkowych wizytach w tej miejscowości – w ramach poszukiwania miejsca, w którym mogłabym już na stałe zapuścić korzenie – wzywana przez echo tożsamości jako urodzona w Świdnicy wnuczka przesiedleńców ze Lwowa, pewnego znaczącego dnia zobaczyłam ogłoszenie o przetargu na wynajem jednego z domków tkaczy. Przeznaczenie dało o sobie znać natarczywą i pulsującą intuicją, nasunęło mi myśl, że po latach wędrowania po świecie – Chełmsko Śląskie jest tym miejscem, którego szukam. Miejscem do życia, pracy, działania i rozwoju, a także do niesienia pomocy, współpracy, realizacji celów i sięgania po więcej, według swoich przekonań, w dobrych intencjach.

Założona przeze mnie rok wcześniej Fundacja Fames Artis w pierwotnym zamiarze miała jedynie POMAGAĆ Uniwersytetowi Lwowskiemu, prowadząc siostrzany kierunek pisania ikon w Pustelni Złotego Lasu, w pokamedulskim, 400-letnim klasztorze. Jednak bardzo szybko działania Fundacji zaczęły dotykać potrzeb w innych miejscach i środowiskach, nie tylko kulturalnych. Jako autorka, scenarzystka i działaczka kultury stopniowo, przez lata, odkryłam w sobie misję społecznikowską, którą traktuję bardzo poważnie, odpowiedzialnie i etycznie pod każdym względem. Pole działania Fundacji  rozszerzało się stopniowo o malarstwo i teatr. Fundacja reaguje na każdą zgłaszaną potrzebę, pełni wiernie swoją misję, organizuje akcje, angażuje się.

I tak z dnia na dzień trzystuletnie domy, na drodze przetargu, rozpoczęły z Fundacją… drogę-pracę! Fundacja, której siłą jest  rodzina, a tym samym trzy kobiety-artystki, jest świadoma, że zabiera się za bardzo trudną misję. Pragnie zbudować miejsce żywej kultury, które miałoby charakter kliniki dla artystów – tych wykluczonych, niedocenionych, niezauważonych; dla tych, którzy nie zostali jeszcze odkryci, i dla tych już niechcianych. Jest w tym wyzwaniu siła trzech kobiet, które postanowiły walczyć o miejsce, o przestrzeń, o przyszłość tak niezwykłej szansy. Wiemy, że same niczego nie dokonamy!, że ludzie muszą działać razem. Nie jesteśmy sami na świecie, budujemy piękne przestrzenie  razem i chociaż brzmi to socjalistycznie, być może jest to jakaś droga.

Historia naszych ludzkich rodzin mówi nam, że nie chcemy syndromu odciętej ręki. Moja prababka, z domu Treffler, przed I wojną światową przybyła wraz z rodzicami jako Niemka w okolice Lwowa, gdzie jako kolonijna rodzina, otrzymali majątek oraz ziemię do uprawy. Tak to stali się obywatelami Polski. Mąż i ojciec rodziny objął służbę komendanta policji w Bóbrce. Kiedy jednak wybuchła wojna, nie podpisał listy Volksdeutschów i poszedł wraz z polskimi żołnierzami na front walczyć pod Monte Cassino. Babka została sama w majątku z trójką dzieci i jakby miała mało problemów, przygarnęła jeszcze trzech Żydów i ukrywała ich na strychu. Została wydana przez sąsiadów i tylko dlatego, że była Niemką, okupanci nie zabili jej, lecz wysłali do obozu koncentracyjnego na Śląsku. Po wojnie tylko kilka osób wiedziało, że babka jest Niemką. Najstarszy syn, który został pułkownikiem, zabronił jej komukolwiek mówić, że ma syna w Niemczech. Moja babcia pisała więc w tajemnicy listy po niemiecku do swojego syna, otrzymywane od niego paczki ukrywała przed sąsiadami, a sama nigdy nie przyznała się do swojego pochodzenia. Do końca swoich dni mieszkała w skromnym pokoiku, w domu najmłodszego syna. Dopiero po jej śmierci odkryłam jej tajemnicę.

Z tego powodu bez wahania postanowiłam nie zacierać śladów kultury niemieckiej w Chełmsku Śląskim. Jestem przekonana, że to, co wydarzyło się w przeszłości i tworzyło to miejsce, ubogaciło i wypełniło to nowe, które nadchodziło, nowe, czyli polskie. Widzę w tym miejscu ruch trzech kultur, polskiej, niemieckiej, ukraińskiej. Z chwilą, kiedy pozwolimy tym trzem wiatrom hulać po myślach, snach, drogach, marzeniach, śladach przeszłości, możemy przeżyć wiele cudownych doświadczeń. To miejsce jest prawdziwym rezerwuarem energii do życia!

Przejęliśmy trzy domy po tkaczach. Okazało się, że są w stanie uniemożliwiającym pracę twórczą i jakąkolwiek inną. Zdewastowane, zaniedbane przez różnych lokatorów, w końcu krzyknęły do nas: „Ratunku!” Fundacja przeznaczyła wszystkie prywatne środki na odnowienie dwóch pokoi w jednym z tych domów.

Bardzo dbam o to, by odtworzyć pierwotny charakter tych domów, zachować ich naturalność, nie ingerować w drewno i charakter architektury. Chcę doprowadzić je do stanu jak najmniej komercyjnego. Powoli udaje się przeprowadzić ten proces w pierwszym budynku. Efekty są niezwykle motywujące i podkreślają zbawienne dla istnienia tych domów działanie fundacji.

Docelowo chcemy odnowić trzy domy. Wiedziałam od początku, że jeden z nich poświęcę nobliście, Gerhartowi Hauptmannowi, twórcy dramatu Tkacze, który dobitnie rozumiał niedolę tytułowych tkaczy w owym trudnym dla nich czasie. Nie ma większego autorytetu literackiego w tych domach. Jeśli ktoś powie: „Dlaczego nie Polak? Czemu wracamy do Niemców? Budujmy swoją kulturę!”, takie stwierdzenie uznam za infantylne. Gdyby nie tkacze, Cystersi nigdy nie wybudowaliby tu takich domów. To właśnie śląscy tkacze swoją historią sprawili, że pisarz Hauptman się wybił. Tu, w tej kulturze i na tej ziemi.

Tuż za płotem, w Rudzie, mieszka nasza współczesna noblistka, wybitna Olga Tokarczuk. Czy to nie symboliczne? Zatem pierwszemu domowi patronuje Gerhart Hauptmann. To dom pisarza i dom aktora, dawna przestrzeń tkaczy wykluczonych. Niech stworzony przez nas nowy dom też będzie schronieniem, pomocą, kliniką dla artystów prowincjonalnych, niezauważonych, niedocenionych, odrzuconych, słabych, ale i tych, którzy potrafią jak zbuntowani tkacze odszukać w sobie siłę, wartość. Niech z tej kliniki wychodzą nobliści, siłacze sztuki!

Jako fundacja od teraz nie spoczniemy, dopóki nie zbudujemy w tym miejscu fabryki kultury. W projekt angażują się cudowni ludzie, co jest bardzo wzruszające. Chcemy stworzyć serię wydawniczą, którą już nazwaliśmy i zorganizowaliśmy proces jej ukazywania się. Pragniemy stworzyć miejsce pobytu dla pisarzy i chcemy, abyście to Wy zgłaszali nam potrzeby tych najskromniejszych, najcichszych, ale i zdolnych , którym potrzebna jest pomoc.

Stworzyliśmy Teatr Sudecki, który pozwoli nam pokazywać to, co odchodzi już w zapomnienie, co starsi pamiętają jeszcze gdzieś z przekazów, a co jest bogactwem tego miejsca. Niech więc Teatr Sudecki przejmie tę nader ważną misję, by tak jak słowo pisane, tak i mówione stało się częścią tej duchowej, niematerialnej wartości Sudetów.

Mam wizję tego miejsca jako domu szeptuchy, stojącego w starym sudeckim lesie, domu który posiada w sobie mądrość wielu pokoleń tych ziem… Niech dom pisarza i aktora –  gromadzi mądrość pokoleń, serdeczność i ciepło gościnności; wiarę w to, co każdy nosi w sercu, przy równoczesnej tolerancji dla odmienności.

Jednak nie poradzimy sobie sami z wyremontowaniem tych domów. Są one w naprawdę złym stanie. Aby funkcjonowały w sposób, który pozwoli Was w nich ugościć, Kochani, potrzeba 500 tysięcy złotych.

Liczymy, że są na tym świecie osoby, które zapragną mieć w swoich dokonaniach – jako jeden z życiowych sukcesów – postawienie na nogi domu pisarza czy domu aktora, z kameralną sceną im. Gerharta Hauptmanna w Chełmsku Śląskim. Ożywmy go w miejscu, gdzie jego tkacze każdego dnia w urokliwych domkach tworzyli charakterystyczną dla tego regionu kulturę i tradycję, dając światu piękny, naturalny len; len, o którym można by opowiadać w nieskończoność. Będziemy darczyńców reklamować na całym świecie i na każdej planecie!

Tak mówiąc o tkaczach i lnie, nie sposób nie wspomnieć, że jest w Chełmsku Śląskim wiele wspaniałych osób, pięknych ludzi, którzy z pasją już od wielu lat tworzą historię. Pomóżcie nam odbudować trzy domki tkaczy, w których będzie miejsce dla literatów, aktorów, przewodników, historyków i malarzy. Znacie doskonale Kazimierz nad Wisłą. Niechaj pozostanie Kazimierzem. Ale wypromujmy też podobnie Chełmsko , niech też stanie się wyjątkowym i dostrzegalnym miejscem, o którym będzie się mówić z dumą i nostalgią; miejscem, gdzie artyści będą chcieli zamieszkać, budzić się rano, pić kawę w kawiarni na rogu; gdzie będą mogli zamówić miód i ser u pana Heńka, a wieczorem u noblisty będą dyskutować o tym, jak pomóc Wandzie, która ma takie a nie inne problemy. I niech przyjeżdża Warszawa, niech Poznań wykupuje mieszkania, razem z Sokołowskiem, Mieroszowem. Pokażemy światu, że nie trzeba jechać do Toskanii, by emocje drgnęły. Aż w końcu tak Chełmsko zalśni, że Boguszów-Gorce przestanie wyprzedawać mieszkania za bezcen i przyjmie wracających studentów, którzy po zdobyciu dyplomu nie wyjadą, lecz zostaną, aby tworzyć te niedopisane studnie, oceany niewiarygodności, magii Dolnego Śląska.

Jak Nowa Ruda ma swoje Góry Literatury, oczywiście Olgę cudną i Karola, i tylu pięknych wariatów, tak pomóżcie mojej fundacji, aby miała swoją klinikę. I podobnie jak w sztuce kręconej w Chełmsku Śląskim przez znanych aktorów, Krystynę Jandę i Jurka Stuhra, niech fundacja będzie taką panią, która przychodzi z ratunkiem dla uśpionego i smutnego terenu, dla którego nie ma lekarstwa – niech zabije  miejscową dulszczyznę, stereotypy i lenistwo. Przyznajmy, że choćby z tego powodu warto!

Powiem na koniec tak: jak będą domki wyremontowane, to będzie dom pracy twórczej, to będą zlecenia dla potrzebujących artystów. Będzie galeria z ich dziełami, ba!, nawet kilka galerii. Będzie księgarnia, będzie teatr i wystawiane sztuki dla kameralnej widowni. Będą wystawy i warsztaty. Będą nagrywane filmy dokumentalne. Będą spotkania z ludźmi na miarę Nobla i w literaturze, i w miłości do świata. Będzie wydawnictwo i będzie wino. Będzie kawa i będzie piernik. Będzie loteria z wielką wygraną i pomoc dzięki tej loterii dla kogoś, kto stanie na nogi. I będziemy blisko z artystami ukraińskimi, szczególnie z tymi, którzy zostali tam – tam, gdzie zamienili pióro na karabin. I dla nich, i dla ich rodzin zawsze będzie u nas miejsce. A wszystko to będzie “megawartościowe”:)

I temu, kto teraz powiedział: „No, zobaczymy…”, odpowiadam jako prezeska tej fundacji: „No zobaczymy, zobaczymy!”:)  Kochani! Odbudujcie z nami trzy domki. Będą służyć światu, zareklamują WAS, PODKREŚLĄ Waszą rolę w tym, co dzisiaj jest, a czego jutro może już nie być.

I jeszcze jedna ważna zasada – i fundacji, i domów Hauptmanna. Prosimy o to, aby szanować nasze zasady, bo my szanujemy Was takich, jakimi jesteście. Nie róbmy sobie tego, czym sami nie chcemy być dotknięci. Przyświeca nam dewiza: Kochaj i rób, co chcesz! W życiu i w świecie jest tyle stresu i bólu, nie wolno nam produkować kolejnych… Może komuś z Was jest po drodze z nami. Zapraszamy! W Chełmsku Śląskim jest jeszcze tyle pięknych, niezagospodarowanych uliczek😊

Czekamy na Was i na Waszą pomoc.

Fundacja Fames Artis

Agata Patralska-Obarewicz

Proszę zobaczyć rekomendacje😊
https://youtu.be/j5U0LD https://youtu.be/j5U0LDu-bAQ https://youtu.be/4JK9NNaG9aI https://youtu.be/II4JDjGOILM https://youtu.be/-GvHIi9bcCM

P.S.

Oczywiście składamy projekty o dofinansowanie remontów, ale by nie stać w miejscu, kiedy brak odpowiedzi pozytywnych z miejsc obdzielających zabytki, podciągamy rękawy i szukamy pomocy sami!

***

Jeśli chcecie dokonać wpłaty:

Fundacja Fames Artis                      
PL 64114020040000310283375932
Tytuł wpłaty: renowacja domków tkaczy w chelmsku slaskim

Kontakt:

apoliterat@wp.pl 

Transsyb (0)

To już było tu, ale tylko fragment

Zbigniew Milewicz

W sierpniu 2007 roku, w polsko-rosyjskiej polityce wiało chłodem, nie jakuckim mrozem, jak dzisiaj, ale już nie było letnio. Ociepliło się dopiero w listopadzie, kiedy resetowy Donald Tusk doszedł do władzy; ja wtedy odpoczywałem już po wojażach transsyberyjskich w domu i nawet jeszcze nie zabierałem się do pisania. Dlaczego tam pojechałem? Chciałem zobaczyć na własne oczy, jaka jest Rosja i jej mieszkańcy. To mi się częściowo udało, jednak swoje wrażenia opublikowałem na tym blogu dopiero w styczniu 2013 r. Świat wyglądał wtedy już inaczej, niż parę lat wcześniej – po rosyjskiej napaści krwawiła Gruzja, w Polsce opłakiwano ofiary tragedii smoleńskiej, liczono pokłosie I i II wojny w Czeczenii. Dzisiaj świat wygląda jeszcze gorzej, bo Rosjanie mają na rękach także krew syryjską i ukraińską. Za naszą wschodnią granicą ta wojna, którą wywołał Kreml, trwa niestety nadal. Z medialnych doniesień wynika, że mimo fatalnej prasy Federacja Rosyjska nie narzeka jednak na brak zainteresowania ze strony zagranicznych turystów. Prym wiodą wśród nich Chińczycy, sporo jest Niemców, ale podobno nie brakuje też Polaków. Fake newsy to – Made in Russia – czy prawda?

Wobec tego zapraszam na podróż do czasu przeszłego dokonanego tego kraju. Jego polityczna geografia już się w międzyczasie trochę zmieniła, ale rzeki, tajga, góry i miejscowości, przez które przejeżdżałem, pozostały tam, gdzie były. Z ludźmi jest inaczej, bo są zmienni, niezależnie od szerokości geograficznej. Pokazuję takie twarze, jakie zapamiętałem. Twarze nie idealne, ale przeważnie ludzkie. Wśród oprawców z Buczy i Mariupola takich nie znajdziecie, choć przecież nie wiem, czy na przykład pocieszny handlarz Miszka, albo Igor z Władywostoku też tam nie byli.

Zasada pierwsza – wierz, ale sprawdzaj

PS od Adminki: To ja zaproponowałam autorowi, żebyśmy wrócili do jego starej, już tu kiedyś w skrócie opublikowanej, relacji z podróży koleją transsyberyjską. Skłoniło mnie do tego kilka powodów. Pierwszy wydawał mi się najważniejszy – myślałam, że nigdy już tam nie pojedziemy. My, Polacy. Nie tylko dlatego że teraz tam wojna, myślałam bowiem, że nawet jak ta cholerna wojna kiedyś się skończy, to Rosja jeszcze przez dziesiątki lat będzie wrogiem i przecież nie jeździ się turystycznie do oprawcy. W każdym razie nie od razu, co dla mnie oznaczało, że nigdy. I pomyślałam, że od lat chciałam przejechać przez Syberię tą koleją, a moje chęci wzmogła jeszcze lektura Lodu Jacka Dukaja, którą to powieść uważam za jedną z najlepszych we współczesnej literaturze polskiej i często w myślach do niej wracam, ale nigdy tego nie zrobiłam, a teraz też i nie zrobię.

Napisałam do autora, wyłuszczyłam powody (że nigdy i że Dukaj) i spytałam, czy chciałby może wrócić do tych tekstów.

W międzyczasie Facebook, który jak wiadomo czyta wszystko, co piszemy, podsłuchuje, o czym mówimy, a czasem, tak mi się wydaje, czyta w myślach, podsunął tę niewiarygodną, tak mi się wydawało, informację, że turystyka w Rosji kwitnie i ma się lepiej niż przed wojną. I to mimo sankcji nałożonych na Moskwę za inwazję na Ukrainę, które spowodowały zawieszenie lotów z większości krajów europejskich. W zeszłym roku sytuacja rosyjskiej turystyki była dramatyczna. Pandemia, brak wiz elektronicznych, brak możliwości płacenia kartami bankowymi i brak bezpośrednich lotów spowodowały ogromny spadek liczby turystów. Podawano nawet, że o 95-97%. I nagle, po roku wojny radykalna zmiana. Napływ turystów wzrósł o 130 % (naprawdę tak się liczy?).
Jak już napisał autor, najwięcej turystów przyjeżdża do Rosji z Chin, druga w kolejce jest Turcja, Niemcy są na trzecim miejscu, Polacy w pierwszej dziesiątce.
Nie mamy wstydu, czy nie myślimy? Czy może Rosja stała się po prostu tania?
Kto i dlaczego jeździ do Rosji?

Nie wiem, ale jednak nie jedźmy, kochani moi Czytelnicy, do Rosji. Poczytajmy fajny opis podróży przed kilkunastu laty i pomyślmy, że to dziś dla ludzi wrażliwych takie samo fantasy jak Lód Dukaja.

Zaczynamy za tydzień (zawsze we wtorki)

Jan Buck Hommage

Lidia Głuchowska

for English & Polski scroll down / zeskroluj

Film

FILM „Hommage an Jan Buck (II): Nach der Kohle… Gesichter und Landschaften der Lausitz“
Fotoausstellung, Symposium und Exkursion

Noch bis zum 27.08.2023 ist in der Alten Segeltuchfabrik/ Stara płachtowa gótnica in Cottbus/ Chósebuz die Fotoausstellung „Nach Kohle… Gesichter und Landschaften der Lausitz“ mit Werken von Frank Höhler, Thomas Kläber, Jürgen Matschie/ Maćij und Carla Pohl zu sehen.
Organisiert wurde sie im Rahmen des Projektes „Hommage à Jan Buck“ (II) unter der wissenschaftlichen Leitung von Dr. Lidia Głuchowska vom Institut für Visuelle Künste der Universität Zielona Góra, als zweite – nach der Ausstellung „Hommage an Jan Buck (II): Wir haben den Ort gesehen“. Den Film zu der letzteren haben wir am 9. Juli 2023 präsentiert.

Siehe HIER

Continue reading “Jan Buck Hommage”

Poniemieckie, pobabcine, podziadkowe, porodzinne

Ela Kargol

Przyznaję, też uległam modzie na poniemieckie. Choć poniemieckość interesowała mnie już dużo wcześniej. Poniemieckość była na wyciągnięcie ręki, mimo że Poznań i Wielkopolska, skąd mój ród ze strony matki, niepodległość uzyskała po Powstaniu Wielkopolskim, a poniemieckość według słownika PWN dotyczy „mienia, ziemi: pozostałych po Niemcach, którzy do II wojny światowej mieszkali na zachodnich terenach dzisiejszej Polski“ czyli ziem tzw. „odzyskanych”. Moje znaczenie poniemieckiego mocno rozszerzam, dla swoich potrzeb.

Urodziłam się w Poznaniu w szpitalu zaprojektowanym przez niemieckiego architekta Heinricha Grüdera. Szpital do dziś jest szpitalem, jak kilka innych szpitali poniemieckich w Poznaniu. W poznańskim Pałacu Kultury, dawnym Zamku Cesarskim – wybudowanym dla cesarza, przebudowanym dla Führera – chodziłam co roku na baliki noworoczne i na zajęcia taneczno-plastyczne. Na poznańskiej Cytadeli bawiliśmy się w poniemieckich fortyfikacjach, na poczcie przy Kościuszki, której budynek zaprojektował ten sam niemiecki architekt, który projektował Zamek Cesarski w Poznaniu, pracowała moja ciocia. A Dąbrówka, (VII Liceum Ogólnokształcące im. Dąbrówki w Poznaniu) za kilka lat będzie obchodzić jubileusz 200-lecia istnienia szkoły, szkoły założonej w roku 1830 jako Luisenschule, najpierw prywatnej, a potem przejętej przez pruski system oświaty. Szkołą polską stała się w roku 1919.

Nie pamiętam niemieckich cmentarzy w Poznaniu. Ten, na którym powstało w latach 60. ubiegłego wieku Osiedle Wielkiego Października, później Pod Lipami, poznałam dużo później, już nie jako cmentarz, ale park, a ten naprzeciwko poniemieckiego szpitala (Evangelische Diakonissen-Krankenanstalt) Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Poznaniu, jeszcze później.

Ale pamiętam inny cmentarz niemiecki, w Sośnicy koło Pleszewa, na który chętnie biegaliśmy i wśród znikających poniemieckich nagrobków uczyliśmy się zaciągać pierwszmi kradzionymi u wujka papierosami. A gdy zabrakło papierosów, skręcaliśmy je z cmentarnej trawy i zdziczałych roślin nagrobnych opakowanych w jakąś PRL-owską gazetę.

Michu, kundel przychodził z nami. Czasem musiał udawać Szarika, a my pancernych. Niemcy leżeli w grobach. Wyobraźnia podpowiadała różne rozwiązania wygranej walki, ba, wojny. Odznaczenia też mieliśmy poniemieckie, prawdziwe, z prawdziwej wojny, tej pierwszej, tej wielkiej, tej dziadkowej w pruskim mundurze. Brat dziadka był za młody, został w domu, w tym domu, niedaleko cmentarza, domu, którego już nie ma, zostało po nim kilka kamieni, które mam sobie odebrać, bo zbieram ślady. Brat dziadka zginął w Powstaniu Wielkopolskim, gdzieś pod Gnieznem, a dziadek wrócił do Polski z żelaznym krzyżem i z Błekitną Armią Hallera.

Ktoś z przytomnych rodziców pozbierał te odznaczenia, te krzyże żelazne, oddał dziadkowi. Dopiero kilka lat temu przepadły.

Moi dziadkowie urodzeni w zaborze pruskim posługiwali się równie dobrze językiem polskim jak i niemieckim. Nawet mama urodzona przed wojną, tą drugą, w Polsce, pracując u Niemca w czasie wojny, nauczyła się języka.

Poniemiecki język bardzo się przydał, gdy ja jeszcze go nie znałam. Posługiwano się nim jak szyfrem. Wszystkie ważne sprawy, które chciano w mojej obecności przemilczeć, omawiane były w języku właśnie poniemieckim, no bo jak go inaczej nazwać? A ja siedziałam jak na tureckim kazaniu. Gdy już zaczęłam uczyć się niemieckiego w szkole, zauważyłam w domu poniemieckie książki, encyklopedie Brockhausa, leksykony Meyersa, powieści, bajki. Nawet Mein Kampf między dziełami Lenina i starymi rocznikami Przekroju był odłożony na piwniczną półkę. Dzieła Lenina oddałam na makulaturę. Przekroje i dzieło Adolfa zostały, tak jak poniemiecki elementarz mojej mamy.

W pierwszej klasie mama uczyła się pisać rysikiem na tabliczce. To było jeszcze w polskiej szkole, w Nowym Tomyślu. W drugiej klasie, w roku 1939, dostała elementarz, który zachował się do dnia dzisiejszego: Die Fibel für den Reichsgau Wartheland Hirt’s Schreiblesefibel. Ferdinand Hirt był prężnym wydawcą. Wydawnictwo działało we Wrocławiu od 1847 roku. W czasie wojny musiało współpracować z reżimem, skoro ukazywały się takie właśnie elementarze z nazistowskimi treściami i ilustracjami.

Na okładce jest zdjęcie Zamku Cesarskiego w Poznaniu, zamku poniemieckiego, o którym już wspominałam. Obok ratusza to jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Architektem był Franz Schwechten, ten od Poczty Polskiej w Poznaniu, od Kościoła Pamięci w Berlinie, od ruin Anhalter Bahnhof tamże i ruin Wieży Quistorpa w Szczecinie, ten od budynków poniemieckich i niemieckich, które są i których już nie ma, ten od ruin.

Kilka lat temu odwiedziliśmy z moją mamą jej starą szkołę w Ośnie Lubuskim (dawniejsze Drossen), szkołę, w której mama zdała w roku 1951 maturę, szkołę z czerwonej cegły, dawne Królewskie Ewangelickie Seminarium Nauczycielskie (Das Königliche Lehrer – Seminar). Mama opowiadała o poniemieckich cyrklach i mapach. Myślę, że pomocy naukowych mogło być dużo więcej. Ostatnio takie poniemieckie szkolne skarby, mapy, tablice, filmy, zwierzątka w formalinie oglądałam w szczecińskim liceum, dawnym Stadtgymnasium, obecnie I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Szczecinie.

Jest jeszcze worek na kartofle. Ja go tak pamiętam, długo po wojnie był u nas w domu używany właśnie do przechowywania ziemniaków. Kojarzyłam go z pocztą. Niedawno dowiedziałam się, co znaczy skrót widoczny na worku, że był to tzw. Heeresverpflegungssack (worek zaopatrzenia armii).

Mieliśmy też naczynia, sztućce, niektóre ze swastyką. Przepadły albo zmieniły właściciela. Oprócz jednej popielniczki wmurowanej w filar podpierający taras naszego poznańskiego domu. Była i jest dla niektórych solą w oku. Dla mojego ojca, twórcy tej niezwykłej mozaiki, żartem poniemieckim, wśród skorup chodzieskiej porcelany.

Tak jak żartem jest okładka nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek: Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind, skrywająca w sobie dość intymny pamiętnik mojego taty. Pamiętnik / książkę znalazłam dopiero po jego śmierci.

Tata był również budowniczym domu, tego z popielniczką ukrytą w mozaice. Fundamenty mojego rodzinnego domu stoją na poniemieckiej cegle. Po cegłę jeździłam z ojcem do któregoś z pruskich fortów poznańskich na Winiarach.

Najcenniejszą dla mnie pozostałością poniemieckich czasów jest karmel, karmel ze Zbąszynia, z roku 1940 lub 1941. Cukier dostała babcia od Wilhelmki, jednej z tych „dobrych Niemców”, w tym wypadku Niemki.

Gdy dom w Nowym Tomyślu zajęli Niemcy, a inni Niemcy wyrzucili dziadka z magistratu, to „dobry Niemiec” znalazł dziadkom pracę i mieszkanie w Zbąszyniu. Tam mieszkali jakiś czas w pięknym “pałacyku”. W pałacyku był bank, w którym dziadek pracował, a babcia sprzątała. W pałacyku mieszkała też Niemka Wilhelmka, której mąż był na froncie, syn inwalida, rozczarowany wojną i Hitlerem mieszkał z matką, a drugi syn, wielbiący Hitlera, podczas urlopu odwiedzał brata i matkę. Była jeszcze córka Inga, studiująca w Poznaniu, a gdy weszli Rosjanie chowała się razem z moją mamą pod materace. Babcia razem z Wilhelmką robiły czasem karmelki, z „niemieckiego” cukru. Wilhelmka dzieliła się z wszystkimi wszystkim, co miała.

Nakrętka jest mocno powojenna, ja pamiętam, że butelka miała korek.

Jest jeszcze walizka, która, prawdopodobnie tak jak wyżej wspomniana popielniczka, przyjechała do Poznania z Nowego Tomyśla. Mama opowiadała, że z tą walizką uciekali we wrześniu 1939 z Nowego Tomyśla do Poznania. Inne walizki zostały na dworcu. Była najlżejsza i przy Hände hoch ojciec mamy mógł ją udźwignąć do góry. Resztę musieli zostawić.

W Nowym Tomyślu miałam kuzynki. Każde lato spędzałam kilka tygodni u nich i nigdy nie przyszło mi do głowy, że gospodarstwo ich dziadków stało się ich własnością dopiero po wojnie. Pamiętam poniemiecki piec chlebowy i smak chleba już polskiego, i duże liście chrzanu, w które był zawijany. Dom i zabudowania gospodarcze stoją do dzisiaj. Niedawno pozbierałam stare kafle zburzonego już pieca, kafle produkowane w Fürstenwalde.

Te wszystkie sprzęty wracają pomału do Berlina.

A więc przestają być poniemieckie, stają się znowu niemieckie?

Heim ins Reich, chciałoby się rzec, ale chyba nie do końca.

Chichot historii? Prędzej.

Ja w końcu też wybrałam Berlin, wtedy jeszcze murem podzielony. Poniemieckie historie zostawiłam w Polsce, wybrałam niemieckie.

Powrotne książki zajmują miejsce w szafie Martina, naszego sąsiada, byłego żołnierza Wehrmachtu, którym opiekowaliśmy się w Berlinie aż do jego śmierci, a któremu Polacy zaraz po wojnie uratowali życie. Szafę z książkami i kilka innych mebli zapisał nam w testamencie.

W mojej berlińskiej piwnicy znalazłam właśnie niekompletny miśnieński serwis do kawy. Nie wiem, czy należał do Martina? Córki wstawiły już zdjęcie filiżanek do sprzedaży na ebayu.

Kilka lat temu odkryłam Szczecin i jego stettińską historię. Dzięki szczecińskim pasjonatom, takim jak Michał Rembas, Monika Szymanik, Siłaczka Wiesia, Artur Skiwski, Zuzanna Gonera, Dorota Pundyk i wielu innych szukam śladów, śladów poniemieckiej przeszłości.

Ten krótki mój tekst ukazał się kiedyś na stronie stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V.

Ponieważ stronę przebudowano i linka do tekstu znaleźć nie mogę, cytuję go tu:

W Muzeum Historii Szczecina stoi rower, piękna zielona damka wyprodukowana na licencji szczecińskiej fabryki Stoewer-Werke AG. Aż chciałoby się wsiąść i pojechać, tym bardziej, że wypożyczenie roweru miejskiego przekracza moje możliwości, a właściwie umiejętności i mój stan posiadania gadżetów typu dobry smartfon, aplikacje, online banking itp.

A więc z tęsknotą i zachwytem spoglądam na rower z zakładów Stoewera.

Fabryka ta bardzo dobrze prosperowała przed wojną, produkując nie tylko rowery, ale także maszyny do szycia i pisania, a przede wszystkim szeroko pojęte automobile. Podczas wojny fabryka uległa prawie całkowitemu zniszczeniu. Po odbudowie stała się Szczecińską Wytwórnią Sprzętów Metalowych, później Szczecińską Fabryką Motocykli, a przed upadkiem Fabryką Mechanizmów Samochodowych POLMO.

Rower jest częścią stałej wystawy Hans Stettiner i Jan Szczeciński. Życie codzienne w Szczecinie w XX wieku.

Życie Hansa i Jana ukształtowała wojna. Hans opuszczał w pośpiechu Szczecin, swoją fabrykę lub inne miejsce pracy. Jeśli miał „szczęście”, to został i pomagał Janowi uruchamiać miasto, by w końcu i tak wyjechać. A Jan uczył się miasta od podstaw, zajmując mieszkanie Hansa, które uniknęło cudem alianckiego bombardowania.

Był jeszcze Iwan, który wywoził z miasta co cenniejsze, a potem na długie lata został i pilnowal porządku przez siebie ustanowionego.

Jeżeli zaś, nazwijmy go, Jankiel, jakimś cudem przetrwał wojnę w Szczecinie lub po wojnie do niego przybył, długo tu nie zagościł. Emigrował dalej.

Mogło być tak, jak u naszego kuzyna, którego matka Jadwiga osiadła w Szczecinie, szukając szczęścia i męża na ziemiach odzyskanych. Nie wszystko jej się udało, ale poniemieckie mieszkanie, które przypadło im w udziale, było porządne, jak na tamte czasy. Jan mieszka w nim do dziś. Po śmierci brata stoczniowca, który zginął w grudniu 1970 roku, Hans zacząl wysyłać Janowi paczki z żywnością i lekarstwami. Niedawno wnuk Hansa, szukając śladów dziadka, stanął przed kamienicą przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego, dawnej Beringstraße. Zapukał do drzwi mieszkania Jana, drzwi z otworem na Listy/Briefe, które pamiętają z pewnością jeszcze Hansa.

Szczecin i jego przedwojenna i powojenna historia pochłonęły mnie bardzo.

Wiem, że może tego nie powinnam robić, ale spacerując po Arkońskim Lesie (dawniejszym Eckerberger Wald) w Szczecinie, podchodząc do ruin Wieży Quistorpa zabrałam do plecaka cegłę, których jeszcze tu dużo. Cegłę Schwechtena, której architekt prawdopodobnie nigdy nie miał w ręku. Kiedyś może zamiast kwiatka położę ją na jego berlińskim grobie.

Poniemieckie było z nami tak długo, jak żyli rodzice, uszczuplone przez wojenne tułaczki, przeprowadzki, przez zbieraczy i naciągaczy, przez nas samych, którzy obrastamy w rzeczy i często pozbywamy się tych, których może pozbyć się nie powinniśmy.

Dzisiaj, gdy stoję krótko przed sprzedażą rodzinnego domu i przed pozbyciem się sprzętów, tych, co przetrwały obie wojny, nie tylko tych poniemieckich, ale tych pobabcinych, podziadkowych, porodzinnych i innych, chciałabym je wszystkie zatrzymać, albo umieć zatrzymać te ważne, tak jak zrobili to dziadkowie i rodzice.

Prawdopodobnie niektóre z nich ocalę od zapomnienia, ale kto ocali je potem?

***

Ilustracje

1. Budynki Schwechtena w Poznaniu, Berlinie, Szczecinie


2. Poniemiecki cmentarz w Sośnicy

3. Poniemiecki elementarz, worek, karmel, mozaika…


4. Poniemieckie gospodarstwo w Nowym Tomyślu, tam gdzie bawiłam się z kuzynkami

5. Poniemiecka szkoła mojej mamy w Ośnie Lubuskim


6. Szczecin


7. Szafa Martina 

Kronos / Saturnus

Wie ich schon erwähnte /2017- Jahr des Kronos/Saturnus/ vollzog sich das Geburt des neuen Jahres unter schwierigen Zeichen, da an der östlicher Himmelsseite Venus und Mars gemeinsam standen.

Januar und Februar sind jetzt also  doppelt von Capricorn (Steinbock) beeinflusst, da sie schon von Natur durch Saturn (Kronos) beherrscht werden. Erst Wasserman (20.01) bringt etwas milde in die entstandene Konfigurationen.

Continue reading “Kronos / Saturnus”

Wegetarianie

Wegetarianin to indiańskie określenie łowcy nieudacznika.

*

Roger McGough (ur. 1937)

Wegetarianie

Wegetarianie to okrutni i bezmyślni ludzie.
Każdy wie, że marchewka krzyczy na tarce,
że rozrywana palcami brzoskwinia krwawi.
Wierzysz, że pomarańcza nie czuje
kciuków, które się w niej zanurzają?
że pomidory rozlewają swe mózgi bezboleśnie?
A kartofle, żywcem obierane ze skóry i gotowane,
te homary podziemnego królestwa?
Nie opowiadaj, że nie boli,
gdy odrywa się groch od strączka,
obłupia brukselkę,
szatkuje kapustę i ćwiartuje cebulę.

Odrzuć chochlę.
Odstaw motykę.
Nie koś,
wyzwól moje plemię!

znalezione na Facebooku bez podania autora tłumaczenia i tak też tu umieściłam; po czym nie zrozumiałam komentarzy – PRZEPRASZAM
spolszczył Tibor Jagielski!


Z Twittera: A rare photo of baby carrot clinging to their mommy before being eaten by a vegan. Stop this cruelty now! / Rzadkie zdjęcie dziecka marchewki, przytulonego do mamy, zanim zostanie zjedzone przez weganina. Skończmy z tym okrucieństwem.

Wielki Nieobecny 2

ciąg dalszy z wczoraj

Zbigniew Milewicz

Nie obiecywałem w poprzednim wpisie, że to będzie wszystko na temat Sławomira Mrożka, w dziesiątą rocznicę jego śmierci. Znalazłem jeszcze wywiad z pisarzem, zamieszczony w Polityce, 28. 06. 2010, którego autorką jest krytyczka literacka, pisarka i dziennikarka, Justyna Sobolewska. Tak się on rozpoczyna:

Rozmowa ze Sławomirem Mrożkiem. I bez.

Mrożek w PRL objaśniał nam rzeczywistość i ratował przed schizofrenią. I teraz przydałoby się nam trochę Mrożka – jego przenikliwości, humoru i krytycyzmu.

Problem polega jednak na tym, że nie ma już jednego języka, który docierałby do wszystkich tak jak kiedyś język Mrożka. I dlatego z okazji osiemdziesiątych urodzin pisarza postanowiliśmy przeprowadzić z nim rozmowę, inną niż wywiady, których udzielał ostatnio, wyczerpującą i obszerną. Okazało się, że Mrożek mówi przenikliwie nie tylko o minionej epoce, ale i o dzisiejszym świecie. Kulisy powstania tej niezwykłej rozmowy wyjaśniamy na końcu tekstu.

Justyna Sobolewska: – Strach zadać pytanie, bo znany jest pan z małomówności.

Sławomir Mrożek: – Nie lubię opowiadać, wolę słuchać. Wychodzę z założenia, że opowiadając, nie dowiem się niczego, czego bym nie wiedział, a słuchając – wiele mogę się dowiedzieć. Po powrocie (do Krakowa z Meksyku – JS) oczekiwano, żebym zabrał głos w „sprawach zasadniczych”. Sprawy zasadnicze dotyczyły tego, o czym większość Polaków pisała i mówiła, nie mając w gruncie rzeczy pojęcia, o co chodzi. Gadali jednak nieustannie, ponieważ nie mieć opinii, uważane jest za brak kultury, ogłady i w ogóle za coś niedemokratycznego.

Małomówność i mizantropia stały się pana strategią niedługo po wyjeździe na Zachód w 1963 r. Nie przeszkadzały jednak panu w zawieraniu ciepłych, ale milczących znajomości z ciekawymi postaciami: Henrym Kissingerem czy Jaques’em Tati. Pomilczał pan podobno również z Beckettem…

Do zabierania głosu zawsze odczuwałem wstręt. Podczas emigracji dostawałem propozycje, żeby pojechać tu i ówdzie na jakiś zjazd, konferencję czy publiczną dysputę, i nigdy nie miałem na to ochoty. Z drugiej strony chciałem wyjeżdżać, kiedy tylko się dało, na różne kontynenty, a przynajmniej chciałem się poruszać po Europie. Kończyło się tak, że przyjmowałem zaproszenie, a na miejscu nie mówiłem ani słowa. Z początku dziwiono się i oczekiwano, że coś powiem, a potem machano ręką. Wyrzuty sumienia koiłem świadomością, że żaden z pozostałych uczestników spotkań z publicznością nie stosował mojej metody. Wszyscy przemawiali z wielką werwą.

Wielokrotnie sportretował pan Polaka za granicą, który nie wie, kim jest. Jan Błoński pisał, że nasza tożsamość jest bardziej zbiorowa niż jednostkowa i dlatego ten Polak musi udawać heroicznego bohatera prześladowań. Dzisiaj żyjemy w innym świecie, ale znowu nasze cierpienia wystawiamy na pokaz. Tak jak na pana rysunku, na którym jedna postać skacze po drugiej krzycząc: Ja cierpię!

W opowiadaniu Moniza Clavier pojawia się postać (Polak), której jedynym argumentem jest to, że został pobity. Obchodzi towarzystwo, „O, o, wybili, panie tu wybili, trzonowego też wybili, ja panie, zaraz pokażę”. Otwiera się okno, ta głowa w oknie się ukazuje, do wnętrza, palcem dziąsła podważa, „wybili, wybili” powtarza, nudzi. Tamci na fortepianie grają, dyskusje prowadzą, a on wiecznie „O, o, wybili, tu wybili, o, o”.

Czuł się pan kiedyś sam jak bohater Monizy Clavier?

Miałem teorię „natężania się”, którą później sparodiowałem w Monizie Clavier. Polegała ona na tym, że Polak, kiedy mu nie idzie, przystępuje do natężania się i wtedy od razu idzie mu lepiej. Oczywiście cały proces odbywa się za pomocą alkoholu. Gdybym brał pod uwagę to, co zdarzyło się pewnego lipcowego dnia w domu ówczesnego profesora Harvardu, Henry’ego Kissingera, to uwierzyłbym w historyczną rolę jednostki i tą jednostką byłbym właśnie ja. Zaczęło się od cocktail party, a ja przystąpiłem do natężania się za pomocą alkoholu. Przesadziłem i wynik był żałosny. Obraziłem się na cały świat, już nie pamiętam z jakiego powodu. Wkrótce, nie żegnając się ani z gośćmi, ani z gospodarzem i jego żoną, ukradkiem wyruszyłem pieszo w drogę powrotną. Przeliczyłem się i zgubiłem drogę. Zaczął się koszmar. Na wpół pijany szedłem przez bogate osiedla i nie spotkałem żywej duszy. Aż dziw, że ktoś nie zadzwonił po policję. Nadmieniam, że było to jeszcze przed rewolucją obyczajową, kiedy taki widok był skandalem.

Bohater Monizy nie wie, kim jest, więc dla bezpieczeństwa podaje się za Rosjanina. Kieruje nim lęk. Czego Polacy pana zdaniem bali się i boją się nadal?

Boją się niewątpliwie, wszyscy razem i każdy z osobna, w różnych odcieniach i nasileniach, od niepewności do obawy, od strachu do paniki. I nie czują się dobrze. Od niezadowolenia do rozgoryczenia, stamtąd do nienawiści i amoku. Od rozdrażnienia do histerii. Jeżeli więc nie ma obiektywnego powodu, żeby aż tak się bać i aż tak się źle czuć, to jakiś powód ku temu musi jednak być. Powód poważny i nieukojony. Otóż Polacy boją się samych siebie i siebie nawzajem. I słusznie, że się boją, więc ja też się boję.

Pan tego swojego bohatera Polaka obserwował z oddali, ale jednocześnie wszystkie jego fobie znał z autopsji?

Polak dzisiejszy cierpi na utratę czy też nadwątlenie tożsamości. W tym mi brat! Ja również na to cierpię, choć z innych niż on powodów. Ja także już nie wiem, kim jestem i jakie jest moje miejsce w kosmosie, nie wiem nawet, czy kosmos jeszcze istnieje, i podejrzewam czasami, że już tylko chaos nami rządzi. Więc pisząc tylko o sobie, nie dla żadnego samorozkochania, lecz po prostu dlatego, że na niczym innym już się nie znam, być może będę mógł się podłączyć do ogólnej, społecznej rozterki.

Nawet w teorie spiskowe (namnożyło się ich po 10 kwietnia) próbował pan uwierzyć…

Chciałbym uwierzyć w Spisek, żeby nareszcie wiedzieć, na czym to wszystko polega. Wiedzieć, że ktoś to wszystko jednak kontroluje. Nawet przeciwko mnie, ale kontroluje. Odetchnąłbym z ulgą, wiedząc, że to nie chaos mną rządzi, ale ktoś czy coś. Raźniej by mi było. Dlaczego więc nie mogę uwierzyć w Spisek? Bo widzę, że tego świata kontrolować się już nie da. Świat coraz bardziej przypomina wielorodzinne mieszkanie komunalne ze wspólną kuchnią, korytarzem i łazienką. Wszyscy wiedzą, co się gotuje w cudzym garnku i co kto robi w ubikacji. Niech ktoś spróbuje dzisiaj mieć swoje sekrety! Ale nikt nawet nie próbuje, przeciwnie – każdy od razu leci do telewizji, żeby tam wszystko opowiedzieć i pokazać. Zgadzam się, że Spisek jest nam potrzebny psychicznie, a nawet ze względów praktycznych przydałby się jak nigdy. Toteż kto tylko może, weń wierzy. Cóż, kiedy ja nie mogę.

Ciąg dalszy wywiadu i jego zaskakujące zakończenie znajduje się w linku pod wpisem. Ze swojej strony chciałbym tylko dodać, że choć do rozmaitych teorii spiskowych także podchodzę z założenia nieufnie, to jednak o 10 kwietnia mam swoje zdanie. Wierzę bowiem, że tragedia pod Smoleńskiem jest skutkiem zamachu i spisku, przygotowanego nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie bardzo starannie. Jako wierzącemu wolno mi w to wierzyć, nawet, jak bym nie chciał. Cytując klasyka: nie chcem, ale muszem. Wielki, nieobecny mistrz paradoksu by to zrozumiał.

Dalej można albo czytać, albo słuchać, ale jeśli słuchać, to od początku, bo niestety nie da się (to znaczy ja nie umiem) usunąć z tego wywiadu tego, co już było wyżej na piśmie.

Wasza Adminka

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1506738,1,rozmowa-ze-slawomirem-mrozkiem-i-bez.read

Wielki nieobecny

Zbigniew Milewicz

Mija dziesiąta rocznica śmierci Sławomira Mrożka. Dramatopisarz, prozaik, satyryk, jeden z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Urodził się 29 czerwca 1930 w Borzęcinie, zmarł 15 sierpnia 2013 w Nicei. Mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Meksyku, w roku 1996 wrócił do Polski, do Krakowa. W roku 2008 ponownie wyemigrował z Polski i zamieszkał w Nicei, we Francji.

Tak zaczyna swoją opowieść o Nim publicystka z Culture.pl*, akcentując, że był twórcą wyjątkowo wszechstronnym, swobodnie poruszającym się w rozmaitych formach wypowiedzi. Jej relacja o Sławomirze Mrożku jest zręcznie skonstruowana i zawiera sporo ciekawych faktów, ale z uwagi na znaczną objętość materiału pozwoliłem sobie umieścić go w załączniku do tego wpisu. Mnie fascynował Mrożek przede wszystkim jako mistrz absurdu i krótkich form literackich, usiłowałem go naśladować w swoim pisaniu, ale nigdy nie udawało mi się choćby nadepnąć mu na piętę. Jak On wspaniale operował słowem. Nie wiem, czy to Państwo znacie:

Chcę być koniem

 Mój Boże, jak bardzo chciałbym być koniem…

Gdybym tylko zobaczył w lustrze, że zamiast rąk i nóg mam kopyta, z tyłu ogon i autentyczną końską głowę – natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego.
– Proszę o nowoczesne, duże mieszkanie – powiedziałbym.
– Niech pan złoży podanie i czeka na swoją kolej.
– Ha, ha! – zaśmiałbym się. – Czy panowie nie widzą, że ja nie jestem zwyczajnym, takim sobie, szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym, kimś ekstra!

I zaraz otrzymałbym nowoczesne, duże mieszkanie z łazienką.

Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć, że jestem niezdolny. Nawet wtedy, gdyby moje teksty były niedobre. Przeciwnie.

– Jak na konia, to znakomite – chwalono by mnie.
– Ten ma łeb – mówiliby inni.

Nie mówię już o korzyściach, jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie, uśmiać się jak koń, koń ma cztery nogi i też się potknie…

Oczywiście,  b y c i e  koniem miałoby pewnie strony ujemne. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Pisząc do mnie anonimy, zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan jest kucyk!”

Kobiety interesowałyby się mną. – Pan jest taki inny… – mówiłyby.

Idąc do nieba, otrzymałbym, siłą faktu, skrzydła. Stałbym się wtedy pegazem. Skrzydlaty koń! Czy może być coś piękniejszego dla człowieka?

Sławomir Mrożek, (w:) Opowiadania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s.14

Albo znakomity Artysta:

_________________

*Krystyna Dąbrowska, wrzesień 2009, aktualizacja sierpień 2013

Ciąg dalszy jutro

Wiem

Teresa Rudolf

Mgnienie oka

Tu słowo,
tam spojrzenie,
tu melodia;
mgnienie oka,
a nagle jakby
świat cały…

taki czysty,
bez kontroli,
bez  gierek,

przelot 
pszczoły?
czy ważki?
może ptaka?

czasem wiesz,
czasem nie wiesz…

Chaos uczuć,
chaos myśli,
chaos, chaos…

Tu słowo,
tu spojrzenie,
i nagle spokój;

była to pszczoła?
a może to ważka?
czy też może ptak?

Co mogę ci powiedzieć…

Powiedziałaś mi, 
“kiedy teraz 
ze świata odszedł, 
tak bardzo,
tak bardzo tęsknię”…

Co mogłam ci powiedzieć?

A Ty wciąż mówiłeś:
“tak bardzo 
się boję, że choroba
mi ją zabierze”

I zabrała, zabrała…

Co mogłam Ci powiedzieć?

A Ty ostatnio mówiłeś
“już nie mogę
z nią dłużej wytrzymać,
tak wykańcza”,
odszedłeś w pół słowa…

Co mogłam Wam powiedzieć?

mówiłam, bo powinnam,
bo widziałam, słyszałam,
wiedziałam, cierpiałam,

bo przyjaźń nie zawsze
ma prawo  milczeć…
Mimo bezsilnej bezsilności…

Mówiłam wam wszystkim, 
że jestem, że jestem,

że tak mało mogę,
ale wciąż jestem,
nie zostawię.

Cóż mogę nam powiedzieć?

Że, że, że…
Los człowieka…
jest jakby skórą…

I jak ona
leży tak dokładnie,

tylko na Tobie
tylko na nim,
na mnie,
na nas…

…a to wszyscy
już wiemy….