Książki z bloga, czyli…

Zbigniew Milewicz

W górę rzeki

Przyszła wczoraj pocztą. Książka z bloga! Nawet nie wiecie, jaka to radość dla adminki, jak się takie dzieła ukazują. Było ich już kilka, czasem o nich tu pisałam, kto chce, niech sobie poszuka, a ja tymczasem zajmę się moim kolejnym dzieckiem. Oczywiście, to nie moje dziecko, to Zbych Milewicz napisał tę książkę, ale, jak słusznie zauważył w dedykacji, to ja byłam akuszerką tego dziecka.

Continue reading “Książki z bloga, czyli…”

Namiestnik… beauty

Komentarz od Adminki: cóż, pisałam już o tym, nawet całkiem niedawno – skoro jesteśmy za dialogiem w kwestiach politycznych, a nie odgórną cenzurą, publikuję tu tekst, o którym musiałabym napisać znane zdanko, oznaczające umywanie rąk: poglądy autora nie odzwierciedlają poglądów Redakcji.

Szable w garść, Panie i Panowie, podyskutujmy!

Zbigniew Milewicz

Powinienem go tytułować premierem, ale namiestnik brzmi mi jakoś trafniej. Gdybym głosował na jego partię, to dodałbym również, że i dostojniej. W końcu reprezentuje on – nawet jeżeli dotąd tylko nieoficjalnie – interesy wielkiego państwa niemieckiego, a jemu należy się czołobitność. Pomimo, że to bratnie, unijne państwo, zalega Polsce z wypłatą gigantycznych odszkodowań za II wojnę światową. Namiestnikowski minister spraw zagranicznych sugeruje swojej niemieckiej odpowiedniczce, aby podejść do kwoty 6 bilionów złotych w sposób konstruktywny… Co to słowo oznacza, wszyscy wiemy, chodzi o zgrabne obejście problemu – na przykład wybudowaniem w ramach rzeczonych odszkodowań jakiegoś pomnika w Warszawie, ku czci ofiar nazizmu (nie hitlerowskich Niemiec, broń Boże), albo nawet Pałacu Saskiego. Byłoby po sprawie.

Continue reading “Namiestnik… beauty”

Alojz Mruk

Zbigniew Milewicz

Jednym z dobrodziejstw zawodu dziennikarskiego jest stały kontakt z ludźmi, poznaje się ich całą masę, różnych, różnistych, którzy są czasami upierdliwi, ale zawsze ciekawi, zróżnicowani i przez to żurnalista też staje się bogatszy. W sensie wiedzy o człowieku, bo jeżeli chodzi o wierszówkę, to już niekoniecznie. Pracując w latach 70-80 w redakcji katowickiego Dziennika Zachodniego, później rozgłośni Polskiego Radia, a następnie w Wieczorze, od czasu do czasu dostawałem zlecenia na tzw. produkcyjniaki. Trzeba było pojechać w teren – do kopalni, huty, PGR-u i pokazać, jak tam proletariat ciężko pracuje, żeby – zgodnie z popularną maksymą – Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatniej.

Continue reading “Alojz Mruk”

Gdzie jest Stańczyk?

Zbigniew Milewicz

Zgodnie z tradycją powinienem wymyślić jakąś szopkę noworoczną, ale do tego trzeba mieć głowę satyryka, jak nie przymierzając najnowszy marszałek polskiego parlamentu. Hołowa to nawiasem mówiąc po ukraińsku głowa (nie mylić z głowizną). Chętnie poopowiadałbym natomiast co nieco o błaznach, bo to też śmieszne i mam nadzieję, że nikt tego osobiście do siebie nie weźmie.

Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska – obraz Jana Matejki z 1862 roku

Continue reading “Gdzie jest Stańczyk?”

Transsyb (12)

Zbigniew Milewicz

Największy humanista wszechczasów…

Nazajutrz rano po tajfunie nie ma już śladu, niebo jest pogodne, ale czuć już chłód jesieni. Spod dworca morskiego łapię autobus na lotnisko. Edmunda jeszcze nie widzę, lot do Moskwy mamy dopiero za parę godzin. Przyjeżdża następnym autobusem, pełen wrażeń i wyraźnie zmęczony. Sam też czuję się nieszczególnie, jakby grypowo. Chwali się, jakie obiekty i muzea zwiedził, ile zdjęć strzelił.

– A jak z panienkami ? – pytam.
– Żadnej – odpowiada.
– To tak, jak ja – pocieszam go.
– A Larissa?
– Z przyjaciółmi nie romansuję.

Continue reading “Transsyb (12)”

Transsyb (10)

Zbigniew Milewicz

Za syna dygnitarza, do Czeczenii

W zgniłym zaułku leżą ci, którym się nie udało, albo tacy co za ostro grali, miejscowi i przybysze. Oficjalnie jest to „Cmentarz Morski“, mikrorejon, w którym się on znajduje ma jednak tak paskudną aurę, że częściej używa się pierwszej nazwy. Jak na każdym zwykłym cmentarzu grzebie się tam także zwykłych zjadaczy chleba. Na gniłnyj ugołok pojedziemy dopiero jutro.

Dzisiaj oglądamy centrum, m.in. jedyną w mieście cerkiew prawosławną, p.w. św. Mikołaja i kaplicę z pietą, poświęconą poległym, miejscowym stróżom prawa, oceanarium z ciekawymi okazami flory i fauny Pacyfiku, a na koniec miasto z lotu ptaka. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na starówkę i nowe dzielnice, port i zatoki. Ziemia we Władywostoku jest skalista i terenów dogodnych pod zabudowę już brak. Aby stawiać nowe domy, trzeba wyburzać stare, albo wysadzać skały, więc grunty budowlane nad Złotym Rogiem są dosłownie na wagę złota i gdzie to możliwe, tam konstruuje się wysokościowce, żeby zaoszczędzić na miejscu. Do pejzażu należą też niestety kominy elektrowni i innych zakładów przemysłowych miasta, z niektórych wali dym, który osiada w dole. Na redzie stoi kilka handlowych jednostek z jakimiś egzotycznymi banderami, wojennych nie widzę, albo nie umiem rozpoznać. Portowe dźwigi odpoczywają, wychodnoje, ale jest ruch w Złotym Rogu i sąsiednich zatokach. Uwijają się po nich motorówki, są też łodzie żaglowe i amatorzy surfingu, ale nie ma wiatru, flauta. Ciepłe powietrze jakby stało w miejscu, jest duszno i parno. Za redą widać kilka wysepek, to jeszcze nie Japonia, jest na dalszym planie – to niewyraźny z powodu mgły górski łańcuch.

Pora coś zjeść. Zjeżdżamy do miasta, zakupy i do Igora. Po drodze oglądam piękną rezydencję z pamiątkową tablicą, poświęconą najsłynniejszej w swoim czasie łysinie hollywoodzkiego kina – Yulowi Brynnerowi, który tutaj urodził się (1920) i mieszkał jako Julij Borisowicz Briner. Był synem Rosjanki, córki lekarza i szwajcarsko-mongolskiego odkrywcy, a jednocześnie konsula Szwajcarii w Rosji, więc luksus miejsca jest zrozumiały. Kawalerskiego, dwupokojowego mieszkania Igora w starej kamienicy pilnuje spory dog, którego najpierw trzeba wyprowadzić na spacer. Dziewczyny w międzyczasie przygotują obiado-kolację. Igor nie jest zbyt gadatliwy, po kawałku wyciągam od niego historię, z której można byłoby z pewnością nakręcić film.

Skończył technikum przetwórstwa ryb i zaraz poszedł do poboru. W ramach zasadniczej służby wojskowej wysłali go do Afganistanu. Pierwszy dzień służby, wszyscy w plutonie nowi, na przywitanie i żeby pokonać tremę przed nieznanym ostro popili. W nocy wsiedli na skoty i pijani ruszyli na patrol; transporter Igora wjechał na minę, jeden kolega zginął, innych poraniło, jemu urwało kawałek lewej pięty. Ta mina paradoksalnie uratowała mu życie, bo tylko paru jego kolegów z plutonu wróciło z Afganistanu do domu. Ze szpitala polowego odleciał z powrotem do kraju, do wojska już się nie nadawał. Chirurg, który go we Władywostoku operował, zastąpił ubytek w stopie kawałkiem platyny. Platynowa pięta zdaje egzamin do dziś.

Nikt nie pozna – demonstruje – że z tą noga jest coś nie tak. Kiedy wydobrzał, wstąpił do milicji. Na początku był w brygadzie do walki z narkotykami, później przerzucili go do sektora tropienia przestępczości wśród „nowych ruskich“ i tam pewnie doczekałby emerytury, gdyby nie pewien feralny dzień. Przyskrzynił pijanego gówniarza, który w biały dzień chodził po mieście z rewolwerem w dłoni i strzelał, gdzie popadnie. Pacan nie chciał po dobroci oddać broni, więc dostał w dziób i oczywiście trafił do milicyjnej celi. Chwile później w komendzie rozdzwoniły się telefony, zwierzchnik wezwał Igora i mu powiedział, że tamten jest synem znanego, miejskiego kacyka. Igor będzie więc musiał beknąć za użycie siły wobec zatrzymanego, pójdzie za kratki, chyba, że dobrowolnie… woli pojechać do Czeczenii. Wybrał Czeczenię, ale o tamtym rozdziale życia nie chce mówić.

Trauma ciągle trwa, mimo upływu czasu. Aby zgłuszyć strach przed śmiercią, która czyhała na każdym kroku – pił, jak inni. Po powrocie na Primorije pił dalej, żeby zapomnieć o tym, co przeżył. Zaliczył alkoholowe dno, ale udało mu się podnieść. Od 11 lat jest abstynentem, dorabia do swojej kombatanckiej emerytury remontami mieszkań, a w wolnych chwilach jeździ w tajgę. Jego sunia Zorija może się wtedy do woli wyszaleć, a on poluje… fotoaparatem, taką ma pasję, od kiedy nie pije.

Stół już zastawiony. Jemy okroszkę – chłodnik na jogurcie, rybę pangę na ciepło, w smaku przypominającą wigilijnego karpia i różne sałatki, których w rosyjskim menu nie może zabraknąć. Wszystko pyszne, tylko majonezu mam chyba dosyć na kilka najbliższych miesięcy. Do picia jest zimny kwas chlebowy, po którym nie ma kaca.

Nocować będziemy z Larissą u jej znajomych, niedaleko centrum, z Irina i Igorem spotkamy się nazajutrz. Natasza z Griszą i dziećmi mieszkają w oficynie kamienicy, która kiedyś należała do carskiego generała. Na parterze była kuchnia, spiżarnia i pomieszczenia dla służby, dziś dzieli je kilka rodzin. Nasi gospodarze zajmują trzy pokoje, dostaniemy z Larissą największy. Żyją raczej skromnie, ale mają modny telewizor z panoramicznym ekranem, a na stole w kuchni leży nowy laptop, widać, że oczko w głowie całej rodziny. Wylewnie dziękują za torcik, który przynieśliśmy w prezencie i stawiają na stół makaron po fłotskij, czyli z tuszonką. Na nic nasze wymówki, że właśnie jesteśmy po kolacji, przynajmniej musimy spróbować.

Grisza był celnikiem w tym samym urzędzie co Larissa. Nataszę, która z wykształcenia jest historykiem, poznała później, kiedy ta straciła pracę, podobnie jak jej mąż i obydwoje potrzebowali pomocy psychologa. Nie posiadają stałych dochodów. On miewa czasami zlecenia na remonty łodzi wyścigowych, w swoim czasie pływał na nich wyczynowo, ona jest gosposią na telefon u nowych ruskich. Okna naszej „sypialni“ wychodzą na podwórze, przegrodzone betonowym murem, który zwieńczony jest drutem kolczastym. W sąsiedztwie mieści się konsulat amerykański, usytuowany w nowym budynku-plombie, jego zaplecza strzegą masywne, metalowe drzwi z mnóstwem zamków i obiektywy kamer, słowem – mysz się nie prześlizgnie. Grisza nie chce do USA, z chęcią wyjechałby jednak do Kanady. Tam ma przyjaciół z Primorija, którym się bardzo dobrze żyje, a zarabiają właśnie na remontach ścigaczy.

Kustosz muzeum cytadeli, otwierającej nasz niedzielny program, nigdzie się nie wybiera. Jest patriotą rosyjskim a ponadto miejscowym i kontynuuje dzieło swojej mamy, która wcześniej przez wiele lat zarządzała tym wzgórzem. Lubi sam oprowadzać zwiedzających i opowiadać im o bohaterstwie obrońców twierdzy. Na przestrzeni historii wielokrotnie odpierali z miasta różnych najeźdźców, co upamiętniają saluty artyleryjskie oddawane tutaj codziennie o godzinie 12. Kustosz zamienia się wtedy w kanoniera i trzykrotnie odpala w linię horyzontu jedno z dział na dziedzińcu, co słychać daleko. Przez moment sam nic nie słyszę. Kanonier ma szykowny mundur na sobie i dziarską postawę, co na turystkach robi „wrażenie“, a mężczyznom żal, że nie są na jego miejscu.

Z daleka można pozazdrościć miejscowym, że mają takie piękne plaże nad zatokami, ale z bliska… tylko współczuć. Plaże są piaszczyste, jednak brudne i zaniedbane, worków za śmieciami chyba od dawna nikt stąd nie wywoził. Szaszłykarnie, bary i place zabaw dla dzieci – chaotycznie przemieszane. Powietrze lepsze niż w mieście, ale dalej stęchłe. We Władywostoku znajduje się około 80 zakładów przemysłowych różnego rodzaju, w sąsiedztwie miasta fedrują kopalnie, dymią elektrownie, są stocznie, garbarnie skór. Z raportu specjalistów ochrony środowiska wynika, że dwie trzecie przedmieść są tak skażone, iż stanowią zagrożenie dla zdrowia mieszkańców. W próbach pobieranych z powietrza, ziemi i wody znajdują się wysokie stężenia kadmu, kobaltu, arsenu i rtęci, atakujących drogi oddechowe i centralny układ nerwowy. Większość domów mieszkalnych usytuowana jest w niecce i żadna cyrkulacja powietrza nie wywieje stamtąd skażonego powietrza; śnieg też nie związuje zanieczyszczeń, bo zimy są łagodne i pada rzadko.

Ojciec Igora pracował w stoczni i przeżył swoje życie znojnie. W czwartą rocznicę jego śmierci Igor kupuje kwiaty, znicze i jedziemy całą czwórką na morskoje kładbiszczie na Wzgórzu Czurkina. Igor chce być sam z ojcem, poczekamy w samochodzie. Za chwilę wraca, z dużego zwiedzania cmentarza chyba nic nie wyjdzie, bo zaczyna padać. Zdążę tylko zobaczyć fragment głównej alei, gdzie po jednej stronie leżą mafiosi, a po drugiej stróże prawa, którzy z nimi walczyli. Grobowce tych pierwszych, wykonane z najdroższego marmuru, niektóre ze złoceniami, prezentują portrety zmarłych nadnaturalnej wielkości, w pozach, jak z filmów o Al Capone. Pomniki naprzeciw są skromne, zwyczajne. Sprawdzam wiek tych z portretów, nie mają więcej niż 25 lat, urzędnicy są starsi, ale rzadko po 40. Niestety nie udaje mi się zobaczyć symbolicznych, zbiorowych mogił załóg okrętów, które zatonęły u tutejszych wybrzeży, np. krążownika Warjag z czasów wojny rosyjsko-japońskiej, ani miejsc upamiętniających katastrofy rosyjskich, atomowych łodzi podwodnych, np. Kurska. Trzeba stąd uciekać, poza ulewą dopada nas bowiem horda zdziczałych psów. Wyglądają, w strugach deszczu i z wyszczerzonymi kłami, jak z horroru, a wyobraźnia pracuje.

– My Rosjanie kochamy symbole – mówi Igor. – To, co widziałeś w głównej alei, ma świadczyć, jak żyli i kim byli jedni i drudzy. Bratki żyły dobrze, ale krótko. Ktoś inny powie, że krótko, ale dobrze i też się weźmie za lewe interesy. Primorije to żyła złota, a Władywostok szczególnie, świat przestępczy jest więc bardzo aktywny. Tu masz kontrabandę narkotyków z Chin, które stąd idą dalej w świat, przesiadkę tanich, chińskich prostytutek, japońskie używane auta. Rodziny mafijne dzielą między sobą strefy wpływów, ale często żrą się wzajemnie. Wewnątrz grup też trwa walka, bo chodzi o duże pieniądze i jedni drugich eliminują. Codziennie znajduje się gdzieś postrzelane zwłoki, niestety giną wtedy również niewinni ludzie. Wraca temat korupcji, wszechobecnej na wszystkich szczeblach administracji w mieście i regionie oraz wśród stróżów prawa. Bez niej walka z przestępczością zorganizowaną byłaby dużo łatwiejsza.

Od Larissy dowiaduję się, że powstała koncepcja zagospodarowania kilkudziesięciokilometrowego pasa nieużytków między Ussuryjskiem i Władywostokiem. Miałby tam powstać gigantyczny kompleks rozrywkowy, z kasynami gry, restauracjami, klubami nocnymi, saunami, salonami masażu i Bóg wie jeszcze czym, ale Jego nie powinno się raczej w ten interes mieszać. Projekt ma już akceptację burmistrza i, jeżeli wypali, da wiele miejsc pracy – głównie młodym, bezpruderyjnym dziewczynom, barmanom oraz wykidajłom. Będzie też znakomitą pralnią mafijnych pieniędzy, bo o to pewnie przede wszystkim chodzi.

Irina świetnie prowadzi samochód, zręcznie lawirując między głębokimi kałużami, przewróconymi koszami na śmieci i innymi przedmiotami z pobocza, które wichura wyrzuciła na jezdnię. To było tylko lekkie muśnięcie tajfunu, obyło się bez połamanych drzew i zerwanych dachów. Parkujemy przy nadmorskim bulwarze, chcemy napić się kawy, zrobić parę zdjęć i trzeba się będzie pomału żegnać z Larissą, Iriną i Igorem.

Ostatni wieczór i noc w Primoriju spędzam w pogeneralskiej kamienicy. 15-letnia Wiera i o rok starszy Losza, dzieci moich gospodarzy, które poznałem rano, szykują podręczniki. Jutro 3 września, pierwszy dzień szkoły po wakacjach. Rano spieszyli się do kina, teraz mama goni do łóżka, bo muszą być jutro wyspani, ale chwilę możemy porozmawiać, na przykład o planach na przyszłość. Wiera chciałaby tańczyć w balecie, lubi muzykę. W domu jest pianino, skrzypce, mandolina, na wszystkim już próbowała grać. Od niej dowiaduję się, że jej miasto nazywają muzycznym Liverpoolem Rosji, mówi, że tu powstała na przykład popularna grupa rockowa Mumi Troll. Wiera chętnie uczy się też języków obcych, na przykład chińskiego, który ma od pierwszej klasy. Najchętniej wyjechałaby z Rosji, tu nie widzi dla siebie przyszłości.

Na przykład do Chin? – pytam.
– Czemu nie, tam ludzie nie są tak leniwi i potrafią wspólnie do czegoś dojść – odpowiada rezolutnie.

Losza lub przedmioty ścisłe. Chciałby pójść do wojska, tak jak jego starszy brat, ale na razie przecież chodzi jeszcze do szkoły i mogą mu się zmienić plany. O wyjeździe z Rosji raczej nie myśli, podobnie, jak jego mama.
– Kto by mnie chciał za granicą i co by tam robiła? – zastanawia się Natasza. Ma większe zmartwienie, nie wie co jutro państwu przygotować na obiad, są tak kapryśni i wymagający, że trudno to sobie wyobrazić.
– A daj im słonego śledzia i kartofle, pewnie dawno nie jedli – radzi Grisza i wszyscy śmiejemy się z tego pomysłu.

Odcinek następny i ostatni we wtorek za tydzień

A tu jeszcze P.S. nadesłane kilka dni temu:

P.S. Pisząc o swojej wyprawie na Daleki Wschód, korzystałem – poza kajetem z notatkami – z różnych pomocy, takich m.in., jak atlasy, przewodniki, historyczne dokumenty, wspomnienia budowniczych transsyberyjskiego szlaku, ale też z żywej wiedzy jednego człowieka, do której odwoływałem się wiele razy. Mianowicie – Krystiana Cichowskiego, który był z wykształcenia geografem i pedagogiem. Mógł więc fachowo skorygować moją zapamiętaną mapę podróży, cierpliwie tłumaczył różne zjawiska klimatyczne w poszczególnych strefach czasowych oraz ich związki z funkcjonowaniem układu słonecznego. Pytałem go – pamiętam – na przykład o to, dlaczego sklepienie niebieskie nad Ussuryjskiem i Władywostokiem emanuje jakby innym, silniejszym światłem, niż nad Europą. Z grubsza wytłumaczył mi wtedy, że kąty nachylenia słońca są tu i tam różne i stąd to może wynikać.

Mieszkałem wówczas w Berlinie, niedaleko Krystiana, on na Weddingu, ja w Reinickendorf. Dzisiaj obydwa adresy są już nieaktualne, bo mnie przyszło wrócić do Monachium, a Krystianowi, w maju tego roku – niestety odejść na zawsze. Zdecydowanie za wcześnie. Piszę o tym dlatego, ponieważ jutro jest Wszystkich Świętych, zaczyna sie listopad, miesiąc zadumy nad ludźmi, którzy już odeszli z naszego życia, ale pozostali w pamięci. W czasie pogrzebu mojego licealnego kolegi i przyjaciela w Chorzowie, w którym uczestniczyło mnóstwo osób – ze Słowaka zwłaszcza, naszej kochanej budy, gdzie później przez dwadzieścia lat sam uczył geografii – ktoś zacytował nad urną z prochami słowa noblisty, Heinricha Bölla, że mianowicie, cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć. Bez wątpienia, Krystian był jednym z nich, ale za życia należał do osób nad wyraz skromnych, więc wyobraziłem sobie, jak słysząc te słowa, uśmiecha się z zażenowaniem i mówi: no, bez przesady kochani…

***

Uwaga od Adminki: w Zaduszki to ogłoszę, ale, korzystając z okazji, dziś zapowiadam: jak już od kilku lat, z inicjatywy Krystyny Koziewicz organizujemy w listopadzie Wieczór Wspomnień, spotkanie, w którym przypomnimy tych, co w tym roku odeszli. Autor wpisów o Transsybie, którego wszyscy tak chętnie czytacie, też przyjedzie na ten wieczór i będzie opowiadał o Krystianie. Macie więc, kochani Czytelnicy, rzadką okazję, żeby spotkać się osobiście ze Zbigniewem Milewiczem.

Sprachcafé Polnisch w piątek 17 listopada o godzinie 19!

Więcej informacji za dwa dni tu na blogu!

Transsyb (09)

Zbigniew Milewicz

Rosyjskie San Francisco

Ostatni, prawie stukilometrowy odcinek zaplanowanej trasy, do Władywostoku, pokonuję samochodem Iriny. Nowa Honda ma kierownicę z prawej strony, bo sprowadzono ją z Japonii, w której obowiązuje ruch lewostronny. Irina jest przyjaciółką Larissy i uprzejmie służy nam w ten weekend czasem i pojazdem. Podróż trwa godzinę, w dzień roboczy jechalibyśmy przynajmniej dwa razy dłużej, ze względu na korki. Na rogatce dosiada się Igor, partner Iriny. Urodził się tutaj i zna każdy kamień, będzie naszym przewodnikiem, przy okazji skorzysta i Larissa, bo nigdy nie miała okazji dobrze zwiedzić miasta. Najpierw jednak kierujemy się do sklepu meblowego, aby zamówić kanapę do nowego mieszkania, którą Irina kupuje na raty. Sklep czynny jest w soboty tylko do 13, trzeba się spieszyć. Przyjaciółka Larissy – wesoła, piegowata kobieta o sportowej sylwetce – jest z zawodu neurochirurżką, ale zawodu już nie wykonuje, także z powodów finansowych. Teraz prowadzi własny zakład kosmetyczny i póki co nie narzeka. Igor, emerytowany milicjant, jest chudym mężczyzną około czterdziestki o pobrużdżonej twarzy, ubranym w polowe ciuchy. Załatwianie formalności związanych z zakupem na raty przeciąga się w nieskończoność. Sklepowa księgowa nieufnie bada każdy papierek, który przynieśli Igor i Irina, zadaje podchwytliwe pytania, wreszcie sprawdza, czy nie są zadłużeni i łaskawie stawia pieczątkę. Sklep dostarczy towar po niedzieli, jesteśmy wolni.

Continue reading “Transsyb (09)”

Transsyb (8)

Zbigniew Milewicz

Czerepacha przyjmuje życzenia

Popularnym zajęciem niezamożnych Rosjan jest w Ussuryjsku rola „człowieka-mrówki“. Miejscowe biura podróży oferują jedno lub kilkudniowe wycieczki do Chin, wizę można załatwić w ciągu jednego dnia. Chiński biznessmen kupuje Wani bilet na podróż autokarem, do przygranicznego Harbinu, albo samolotem, bo czasami trzeba udać się w głąb kraju, na miejscu dają mu torbę ważącą 10 kilogramów, bo tyle wolno przewieźć przez granicę i człowiek wraca. Oddaje komu trzeba towar i ponownie rusza do Chin. Nie wie nawet, co przewozi. Sam ma z tego interesu tyle, co na sobie. W Harbinie kupuje kilka kurtek albo par spodni, to wszystko nakłada na siebie i przewozi przez granicę. Jak dziennie zrobi jeden kurs, to coś tam uzbiera, bo za bilet nie płaci.

Continue reading “Transsyb (8)”

Transsyb (7)

Zbigniew Milewicz

Malarz Sława zbiera na bilet

Jak na kurort przystało, są w Listwjance hotele i pensjonaty dla turystów, droższe restauracje i tańsze bary, butiki z pamiątkami, drogowskazy do wyciągów narciarskich, bo okolica jest górzysta, oraz przystanie statków pasażerskich i łódek. Przy centralnej kei – plansze z mapami jeziora i jego opisem, po rosyjsku i angielsku, żeby każdy wiedział, gdzie się znajduje. Jesteśmy więc nad największym zbiornikiem słodkiej wody na świecie, o długości 636 kilometrów i szerokości od 27 do 80 kilometrów. Bajkał zajmuje powierzchnię 31500 km2, co odpowiada mniej więcej wielkości Belgii. Ma rekordową głębokość 1637 metrów i jeżeli wierzyć Maszy, wodę najczystszą na świecie. Masza chodzi w marynarskim podkoszulku (plus piercing w nosie i stylowe tatuaże) po nabrzeżu i namawia turystów na rejs łódką ze szklanym dnem, przez które widać całe podwodne bogactwo. To jest jej wakacyjna fucha, bo na co dzień studiuje prawo w Irkucku.

Continue reading “Transsyb (7)”

Transsyb (6)

Zbigniew Milewicz

Polskie ślady

Do Irkucka jedziemy niecałą dobę, jak panowie, pełną gębą, bo sypialną klasą lux. Innych biletów nie było. Mamy do własnej dyspozycji przedział dwuosobowy, zamykany na klucz, z umywalką, szafką na ubrania, kryształowym lustrem, dywanem i tapicerką w kolorze bordo, wszystko w dobrym stanie. Tylko ja mam powłoczkę na kołdrę trochę dziurawą, ale kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi. Prowodnica jest miła, wagon restauracyjny za ścianą, w nim pyszna soljanka i zimna wódeczka, aż nie chce się w Irkucku wysiadać. Pora zresztą jest zabójcza, trzecia z minutami nad ranem i niewielu pasażerów opuszcza pociąg.


Continue reading “Transsyb (6)”