Zimowe, dusznickie śpiewanie

Zbigniew Milewicz

W rocznicę urodzin Chopina, który jak (nie) wiadomo urodził się 22 lutego, a może
jednak dziś czyli 1 marca 1810 roku

Doroczne, Międzynarodowe Festiwale Chopinowskie w Dusznikach Zdroju zbliżają się pomału do siedemdziesiątki. Okrągły jubileusz wypadnie na początku sierpnia b.r., w 190 rocznicę przyjazdu młodego kompozytora do „wód szlązkich“. Jest to najstarszy w świecie, nieprzerwanie organizowany festiwal pianistyczny i zarazem najstarszy polski festiwal muzyczny. W miejscowym Centrum Informacji znajdują się szczegółowe opisy, dotyczące pobytu Fryderyka Chopina w uzdrowisku.

Tak więc wiemy, że szesnastoletni Fryderyk wybrał się wraz z matką do kurortu w Reinerz po ukończeniu ostatniej klasy w Liceum Warszawskim i droga zajęła im około tygodnia. Dziś z Warszawy jedzie się parę godzin. Był wątłego zdrowia, więc przyjechał tutaj, żeby je wzmocnić. W pobliskiej Kudowie przebywali już hr. Fryderyk Skarbek, ojciec chrzestny kompozytora, wraz z rodziną oraz Ludwika Chopin, najstarsza siostra, której zawdzięczał swoje pierwsze lekcje muzyki. Reinerz zatrzymali się w Domu Bürgla, pensjonacie, jak na owe czasy wygodnym i nowoczesnym, oferującym swoim gościom poza noclegami także pełne wyżywienie, o porach dostosowanych do zalecanego rytmu kuracji wodami zdrojowymi.

W liście do swojego przyjaciela, Wilusia Kolberga, Fryderyk detalicznie relacjonuje plan dnia w uzdrowisku, nie szczędząc ironii w opisie miejscowych tradycji : Rano, najpóźniej o godzinie 6, już wszyscy Chorzy przy zrzedle; tu dopiero kiepska dęta muzyka – z kilkunastu karykatur w rozmaitym guście złożona, (…) przygrywa wolno spacerującym Kur-gästom; (…) Taka promenada po ślicznej alei łączącej Anstalt z miastem trwa zazwyczaj do ósmej, stosownie do kubków, ile kto ma rano wypić, potem udają się (każdy do siebie) na śniadanie. – Po śniadaniu idę zazwyczaj przejść się, chodzę do 12, o której obiad jeść trzeba dlatego, że znów po obiedzie idzie się do Brunu. Po obiedzie (…) znów muzyka paskudzi, a tak chodzi się już do samego wieczora. Jak ja, ponieważ tylko dwie szklanki Lau-Brun piję po obiedzie, więc wczas idę do domu na kolacją, po kolacji spać.

Nudę kurortowego życia i codzienny obowiązek picia wód ze źródła Laubrunn (z dodatkiem serwatki z koziego mleka i ziół) rekompensowały mu wycieczki w okoliczne góry. Ubolewał nad tym, że nie pozwalano mu na wędrówki w Sudety, wymagające większej tężyzny fizycznej. O wspólnej z rodziną Skarbków wyprawie do pustelni na górę Einsiedelei (według Fryderyka zwanej Wzgórzem Rozalii) oraz innych wydarzeniach lata 1826 r. dowiadujemy się z zapisków panny Ludwiki. Poza talentem muzycznym miała i literacki, jej mentorem był tutaj hr. Skarbek, ekonomista, historyk, polityk i pisarz w jednej osobie, autor dziennika „ Podróż do wód szlązkich i (miast?) okolicznych w lecie 1826 r.” Dzięki siostrze i ojcu chrzestnemu kompozytora wiele możemy więc dowiedzieć się o pobycie towarzystwa w kurorcie.

Najważniejszym wydarzeniem był oczywiście występ Fryderyka, wielokroć opisywany, więc dam sobie spokój ze szczegółami. Godną pochwały tradycją śląskich uzdrowisk była zawsze obecność muzyki, której poziom wykonawczy niestety często pozostawiał wiele do życzenia. Wreszcie zdarzył się cud, w osobie czternastoletniego Feliksa Mendelsohna, który dał brawurowy recital w dworku, położonym w centrum dusznickiego Parku Zdrojowego, gdzie skupiało się życie kulturalne uzdrowiska. Młody pianista zrezygnował z akompaniamentu półamatorskiego zespołu i zdecydował się improwizować solo na tematy z Mozarta i Webera. Trzy lata później olśnił tam swoim talentem młody Chopin, choć instrument, na którym przyszło mu zagrać przegrywał z dobrą jakością. Istnieją hipotezy dotyczące nawet dwóch recitali. Występy zarówno Feliksa Mendelsohna, jak i Fryderyka Chopina miały charakter koncertów dobroczynnych. Kuryer Warszawski w numerze 22 sierpnia 1826 r. pisał : „gdy kilkoro dzieci przez śmierć ojca do wód na kurację przybyłego sierotami stały się, P. Chopin, ośmielony przez osoby talent jego znające dał 2 koncerta na dochód tychże, co jemu wiele chwały, a tym nieszczęśliwym wsparcie przyniosło”.

Pobyt wybitnego artysty w Dusznikach upamiętnia obelisk, pomnik, zdrój nazwany Pieniawą Chopina i wreszcie Dworek jego imienia, z początku XIX w., w którym wystąpił i gdzie odbywają się słynne festiwale pianistyki. Mimo szacownego wieku, ten lekki w swoim architektonicznym stylu i – co najważniejsze – obdarzony znakomitą akustyką „kursal“, pulsuje młodzieńczym wigorem przez okrągły rok.

onaspiewawdusznikach

Foto. Zbigniew Milewicz

Mam niebywałe szczęście, bo kiedy w pierwszej połowie lutego spontanicznie postanawiam spędzić w Dusznikach kilka dni, jak to mówią, dla zdrowotności, w Dworku akurat trwa XXXIV Zimowy Kurs Wokalny, zorganizowany przez wrocławską Akademię Muzyczną i Polskie Stowarzyszenie Pedagogów Śpiewu. W kursie uczestniczą studenci i absolwenci uczelni muzycznych, uczniowie i absolwenci klas śpiewu solowego szkół muzycznych II stopnia, osoby uczące się śpiewu prywatnie oraz przygotowujące się do egzaminów wstępnych na wydziały wokalne. Rozpiętość muzycznej wiedzy i możliwości wykonawczych wśród uczestników jest więc ogromna i to widać na wieczornych koncertach. Nieszczęśni nowicjusze idą na sceniczne podium często jak na stracenie, dla wielu jest to pierwszy kontakt z szerszą publicznością. Jeszcze nie potrafią radzić sobie z tremą przed występem, dławi im ona całkiem dobre głosy, plącze ruchy, wykrzywia twarze. Minie jeszcze trochę czasu, zanim nauczą się ładnie uśmiechać do jednego człowieka na widowni, który wyda im się przychylny, nim uzmysłowią sobie, że do nich należy scena i to oni rządzą publicznością, kiedy wreszcie dadzą z siebie wszystko, na co ich stać. Ale to kosztuje lata mrówczej pracy nad sobą i muzycznym tworzywem, bez której żaden talent nie może w pełni rozbłysnąć i nie wszyscy jej podołają.

Szlifierze artystycznych diamentów obowiązkowo obecni na widowni. Są m. in. profesorowie Eugeniusz Sąsiadek, nestor PSPŚ i twórca tych kursów, Bogdan Makal, ich kierownik, Izabela Kłosińska, Eytan Pessen… Uciekły mi niestety trzy pierwsze koncerty, w tym poświęcony sztuce bel canto w rzymskiej Arkadii i koncert w 205 rocznicę urodzin Ferenca Liszta, ale przecież zdążyłem na bardzo udany wieczór wokalny młodych talentów Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Najbardziej utkwiła mi w pamięci profesor Izabela Kłosińska, która siedząc w pierwszym rzędzie, z ogromnym zaangażowaniem niemo podpowiadała swoim uczniom, jak otwierać usta i budować ekspresję poszczególnych fraz. Jakże piękna to była suflerka.

Kolejny wieczór stał pod znakiem wyjątkowo nie klasycznej, a estradowej, jazzowej i musicalowej muzyki. Ładnie zabrzmieli Miłosz Gałaj w Something new in my life Michela Legranda i Dagmara Dorda w Cheek to cheek Irvinga Berlina, gromkie brawa dostała Iza Zając za Love you madly „Duke‘a“ Ellingtona, ale mnie najbardziej spodobała się Małgorzata Gąś, która wspólnie z Michałem Bojarskim zaśpiewała pięknie nastrojowy utwór p.t. Czas rozpalić piec, skomponowany przez Włodzimierza Nahornego do tekstu Jana Wołka. I gdybym później nie usłyszał Patrycji Rutkowicz w znanym przeboju J. Petersburskiego, Ja się boję sama spać, to pewnie Małgosia zdobyłaby całą moją sympatię.

Patrycja Rutkowicz, zdjęcie z jej profilu na Facebooku

Później do Dworku wróciła klasyka. Przez dwa dni żółtodzioby artystyczne prezentowały się na zmianę z bardziej doświadczonymi wokalistami, w trzecim, ostatnim wystąpili najlepsi. W programach koncertów stawiałem sobie kreski przy nazwiskach wykonawców, cztery były moją najwyższą, subiektywną oceną. Większość artystów stanowili Polacy, śpiewający głównie utwory kompozytorów języka niemieckiego, włoskiego i angielskiego, w oryginale. Kilku Rosjanom, bądź Ukraińcom, którzy wystąpili na podium, przypadło w udziale zaśpiewanie polskich kompozycji. Mój przyjaciel Edmund, towarzyszący mi w kuracji i na koncertach, był zdania, że za tymi językowymi wyborami stoi polityka. A może tylko komercja? – spekulowałem. Polscy artyści próbują robić karierę na Zachodzie, na ich miejsce przyjeżdżają za chlebem muzycy z Kijowa i St. Petersburga… Jednym niemiecki i angielski potrzebny, drugim polski.

Dworek Chopina

Spodobał mi się m.in. sopran Natalii Piątkowskiej z Łodzi, baryton Piotra Danieluka z Białegostoku, bas Sławomira Brosia z Krakowa i niepomiernie – mezzosopran Natalii Orłów z Warszawy. W końcowej Gali Młodej Wokalistyki musiałem sięgnąć po zapasowy długopis, bo zwielokrotniłem ilość kresek przy nazwiskach. Widownia była zachwycona m.in. występem Pawła Trojaka z Warszawy, w recytatywie i arii Janusza z opery „Halka“ St. Moniuszki, Agaty Chodorek z Wrocławia i Aleksandry Bałachowskiej z Poznania. Obydwie panie miały piękne soprany, ale sam przy goleniu śpiewam basem, więc stronniczo powiem tak : gdybym był bogaczem (if i were a rich man…), to ufundowałbym trzy równorzędne, pierwsze nagrody dla Dominika Kujawy i Pawła Kołodzieja z Wrocławia oraz Sławomira Brosia z Krakowa, mimo że ten ostatni trochę się potknął w wykonaniu arii Waregi z opery Sadko M. Rimskiego-Korsakowa i poprosił akompaniatora o powtórkę, ale czapki z głów proszę Państwa. Klasa!

***
PS administratorki: Niestety w sieci nie ma ani jednego nagrania – ani z konkursu, ani wykonań ulubieńców autora czyli Patrycji Rutkiewicz i Sławomira Brosia. Trochę to zaskakuje w epoce, kiedy prymitywnego nagrania można dokonać przy pomocy komórki. Dziwne więc, że ani organizatorzy konkursu, ani młodzi ludzie, szykujący się do kariery profesjonalnego muzyka, nie zadabali o odrobinę autoreklamy. Na pociechę więc ulubiona piosenka Autora, Ja się boję sama spać Petersburskiego, wielki przebój Zuli Pogorzelskiej, w wykonaniu Kasi Sobczyk.

Merry Christmas

Były święta. Jeśli zdążyliście już zapomnieć, to Zbychu przypomina.
Piękna opowieść, chciałoby się samemu też tam dotrzeć na ten
merrychristmasandahappynewyear

Zbigniew Milewicz

NY z głowy

Znowu poniosło mnie za ocean, drugi wnuk mi się tam urodził, więc poleciałem zobaczyć, czy podobny do dziadka. Pierwszy – Kanadyjczyk, drugi – obywatel USA, może kiedyś i Chińczyka będę miał w rodzinie. Familia mieszka teraz w Nowym Jorku, na południowym Brooklynie, kilkadziesiąt metrów od nabrzeża cieśniny East River. Z okien mieszkania widać Statuę Wolności, po drugiej stronie wody Dolny Manhattan z jego słynnymi drapaczami chmur, za nimi Hudson, który opływa wyspę od zachodu. To miasto w dużej mierze jest wyspiarskie, co ma znaczący wpływ na jego gęstość zaludnienia (10636 osób na km. kw.), poza Manhattanem ma jeszcze Staten Island i Long Island. Na długiej wyspie leży Brooklyn, Williamsburg, Green Point i Queens.

NY2015-2016 (1)

Samoloty rosyjskiego Aeroflotu odprawia się na amerykańskim lotnisku jak nabardziej “nierestrykcyjnie”

Przylatuję na lotnisko J.F. Kennedy`ego dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. W hali odpraw paszportowych tłum pasażerów w ślimaczym tempie drepcze w stronę bramek, przy których służby graniczne bez pośpiechu sprawdzają dokumenty, odciski palców, fotografują ludziom źrenice i zadają standardowe pytania, w stylu: po co, do kogo i na jak dugo przyjechali? Wyruszyłem w tę podróż ze Stuttgartu, w Paryżu była przesiadka, nieco zamieszania (przez roztargnienie jednego z porządkowych dostałem się do niewłaściwego terminalu, ale przecież zdążyłem na czas na swój boarding) i ze względów bezpieczeństwa, szczególnie skrupulatna odprawa pasażerów. Skutkiem tego wystartowaliśmy do NY z godzinnym opóźnieniem. Urocze stewardessy Air France wykąpały nas za to później w znakomitym bordeaux i taaaką miały klasę, że znowu bym poleciał ich liniami. Po trzech godzinach czekania na odprawę paszportową w hali nowojorskiego lotniska, pozbawionej najprostszych wynalazków cywilizacji, takich, jak sanitariaty i wentylacja, usłyszałem wreszcie: welcome.

Nowy Jork powitał mnie parnym oddechem, 16 stopniami C i butelką wody mineralnej, którą starszy syn wręczył mi na powitanie. Do jego domu mieliśmy teoretycznie około 40 minut jazdy samochodem, ale wielu nowojorczyków właśnie kończyło pracę i przyszło nam przemieszczać się w korkach, co miało ten plus, że dotarliśmy w sam raz na kolację.

NY2015-2016 (4)No i co, nie podobny do dziadka?

Dom był pełen ludzi, poza gospodarzami z dwójką synów, gościli już teściowie oraz szwagier syna i nazajutrz, do wigilijnego stołu zasiedliśmy w ósemkę, choć najmłodszy Leo nie dosłownie. Polskiej tradycji stało się zadość i w czytaniu Pisma, i w łamaniu opłatkiem, i w potrawach. Kto chciał i mógł, pojechał później na Pasterkę do pobliskiego, polskiego kościoła, p.w. św. Kazimierza. Wyszedłem z niej trochę rozczarowany słabą oprawą muzyczną i apatycznością wiernych. Później świętowaliśmy suto, nadmiar kalorii tracąc w spacerach ze starszym wnukiem Gabrielem wzdłuż East River, w stronę Mostu Brooklyńskiego. W poświąteczną niedzielę odwiedziłem w Queens przyjaciela z lat studenckich, Adasia Sówkę.

Ostatni raz widzieliśmy się dwa lata temu i teraz jakby trochę zmarniał. Ula, jego żona trzyma dalej dzielnie fason, po dawnemu pracuje w branży hotelowej, gdzie odpowiada za serwis pokojowych, a Adaś już dwudziesty piąty rok na azbestach. Walczy o odszkodowanie za World Trade Center, gdzie porządkował gruzowiska, ale ciężko to idzie. Schorzeń ortopedycznych nie uznają, podobnie, jak kardiologicznych, a płuca ma, o dziwo, czyste. Stwierdzono tylko, że w 50 procentach obarczony jest depresją, co może mieć związek z wydarzeniami 11 września. W związku z tym posłano go na badania psychologiczne, które zdał na piątkę z plusem. Pani psycholog pogratulowała mu wyników i retorycznie zapytała, jak by one wypadły, gdyby nie cierpiał na depresję? Wtedy może okazałoby się, że jestem drugim Einsteinem – odparł pogodnie Adaś. Za to poczucie humoru go lubię.

W domu syna wiele rozprawia się o interesach, o giełdzie, na czym kompletnie się nie znam. Dlatego wolę sobie jeździć metrem po Nowym Jorku, zwiedzać znane mi już miejsca, które lubię, na przykład Małą Odessę na Brighton Beach oraz te nowe, znane słabo, lub tylko ze słyszenia. Pomaga mi w tym stronka internetowa, pt. Free Tours by Foot, oferująca piesze zwiedzanie miasta i jego osobliwości, w zamian za wolne datki dla przewodników. Jest ona aktywna w wielu miejscach USA a także Europy, m.in. w Berlinie. Wystarczy wysłać maila, potwierdzić uczestnictwo i dotrzeć pod wskazany adres.

NY2015-2016(7)

Mar ze swoją grupą w Bushwick

Zaczynam od Bushwicku na Brooklynie, dzielnicy znanej z fantazyjnych graffiti, murali, street artu. Malowidła zdobią ściany miejscowych kamienic, opuszczonych lub nadal czynnych fabryk, barów i kafejek, ożywiając cokolwiek surowe oblicze tej dzielnicy. To najwspanialsze miejsce na świecie – przekonuje Mar, nasz przewodnik – niekonwencjonalne, trochę zwariowane. Grupa liczy około dwudziestu turystów, z Europy, Japonii, Ameryki Łacińskiej, Chicago i Nowego Jorku. Niestety mój angielski nie pozwala wszystkiego zrozumieć z tego, co mówi Mar. Pocieszam się, że jestem tutaj głównie dla sztuki, a tej nie trzeba definiować, wystarczy, że się podoba, że się ją przeżywa. Autorami graffiti są znani, ale i początkujący artyści, w większości bardzo młodzi. Ich prace świadczą przede wszystkim o kreatywności, jest w nich bunt przeciw społecznym i politycznym stereotypom, liryka, ironia, nie dostrzegam rażących obsceniczności. Przypomina mi się berliński Prenzlauer Berg i dzielnica Mitte z ich muralami i sztuką uliczną. Bushwick zasiedlają głównie latynosi, dumni ze swoich korzeni, pod domami powiewają ich narodowe flagi. Od pewnego czasu dzielnica jest modna także w zamożnych kręgach, bogatą klientelę przyciągają coraz to nowe galerie, bary i restauracje ze smaczną, latynoską kuchnią. Później kupują sobie np. poddasze w którejś z kamienic, odpowiednio je urządzają i zamieszkują. Dzielnica na tym oczywiście tylko zyskuje.

NY2015-2016 (6)

Williamsburg, w drodze do synagogi

Skład etniczny pobliskiego Williamsburga jest mieszany, ma on trochę mieszkańców z niemieckimi korzeniami, latynosów, Włochów, Polaków, Afroamerykanów, ale najwyraźniej widać ortodoksyjnych Żydów, zwłaszcza w Szabas. Drugi dzień świąt wypada akurat w sobotę, więc jedziemy wraz z synem i jego teściem na wycieczkę do Williamsburga. Jest pewnie pora nabożeństwa w synagodze, gdyż na ulicach widać odświętnie ubranych mężczyzn, w czarnych chałatach i kapeluszach, albo okazałych, futrzanych czapkach. Niektórzy zakrywają kark tałesem, którym w czasie modlitwy odzieją głowy, białe koszule i pończochy dopełniają stroju. Kobiet mniej, ubrane są skromnie, na czarno, niektóre w perukach, które uważane są za nakrycie głowy. Oczywiście robię zdjęcia, miejsce mam dobre, obok syna – kierowcy, który prowadzi volwo, no i w pewnym momencie dochodzi między nami do sprzeczki. Dowiaduję się, że jestem tani papparazzi, że w każdej chwili mogę wyjść z samochodu i fotografować sobie kogo chcę na własną odpowiedzialność. Bronię się wolnością mediów, ale syn nie odpuszcza, więc dla świętego spokoju daję za wygraną. Ciekawi mnie, czy chodzi mu o bezinteresowną ochronę danych osobowych naszych starszych braci po wierze, albo też raczej o banalny fakt, że poruszamy się jego służbowym samochodem i ktoś mógłby zapamiętać numery rejestracyjne. Myślę, że ta druga opcja wchodzi w grę, więc nawet go nie pytam.

Green Village, SoHo, Little Italy, Chinatown i Harlem zwiedzam z przewodnikami Free Tours by Foot. Każda dzielnica ma swoją historię i odrębny charakter, w różnym stylu pracują przewodnicy, ale wszyscy z zapałem i sporą dozą humoru. Energiczna, starsza pani, która oprowadza grupę po chińskiej i włoskiej dzielnicy ma po swoich dziadkach polsko-rosyjskie korzenie, spod Białegostoku. Czasami specjalnie dla mnie wtrąca jakieś pojedyncze, polskie słowa. Na jednej z uliczek Chinatown ktoś wskazuje na chodnik, zalecając ostrożność przed psią miną przeciwpiechotną; pani przewodnik zwraca się do mnie i mówi: gówno, tak? Sure – potwierdzam.

Na każdej wędrówce są Australijczycy, czasami stanowią nawet połowę składu grupy. Na ogół sympatyczni, kontaktowi, skorzy do śmiechu. Wiekowo przeważa młodzież. Harlem jest nie tylko z buta, główna atrakcja to koncert muzyki Gospel, w National Black Theatre. Jest to arcyciekawe, bardzo energetyczne przeżycie artystyczne, które ekstra odpowiednio honorujemy. Przewodnicy nie mają z góry ustalonych stawek, wynagradzamy ich trud indywidualnie, na zasadzie co łaska, ale dać poniżej dziesięciu dolarów nie wypada.

NY2015-2016 (5)

25 Grudnia 2015, grillowanie nad East River

Podobnie, jak w Europie, w dzień na nowojorskich ulicach szaro. Po Nowym Roku temperatura spada do 4-5 stopni, w nocy lekki przymrozek, ale na śnieg się nie zanosi. Można go zobaczyć na kolorowych reklamach w dzień i w nocy rozświetlonego Times Square, pod napisem Happy Holiday. Amerykańskie Boże Narodzenie w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie świeckie i komercyjne, Merry Christmas funkcjonuje tylko w kościołach i prywatnie, w niektórych, chrześcijańskich domach. Na ulicy obcy sobie ludzie życzą sobie więc zwyczajnie wesołych świąt, bez akcentowania, z jakiego powodu znajdują się one w kalendarzu. W amerykańskiej tradycji świątecznej nie istnieje coś takiego, jak polska Wigilia. Kolację poprzedzającą Boże Narodzenie spożywa się najczęściej w restauracji. Popularnym napitkiem w tym dniu jest tzw. eggnog, czyli napój z rumu, mleka, cukru i ubitych jaj – czytam w Camp America. Boże Narodzenie trwa w USA tylko jeden dzień, 25 grudnia, następnego dnia idzie się już do pracy. Dlatego ludzie śpieszą się ze świątecznym fetowaniem, ma ono bardzo rodzinny charakter, przemierza się wiele mil, żeby spotkać najbliższych, dać im prezenty, zjeść szynkę, lub indyka i wieczorem ruszyć w powrotną drogę.

NY2015-2016 (2)

Świąteczne Rockefeller Center

Jadę metrem na Rockefeller Center, żeby zobaczyć słynną ślizgawkę i choinkę, tego olbrzyma, pod którym stał Kevin, sam w Nowym Jorku… I rozczarowanie, w Monachium, na Marienplatz, stawiają na Boże Narodzenie dwa razy większe jodły, ale czego nie może kamera; w reklamie i kinematografii Amerykanie są przecież mistrzami.

Sylwestra spędzam z Adasiem na Green Point, w niegdysiejszej, bardzo polskiej dzielnicy. Ulka, jego żona pracuje, więc we dwójkę przemierzamy pryncypialną Bedford Street, która od paru lat jest bardzo modna, za przyczyną świetnie urządzonych barów, jazzowych klubów i dyskotek, do których lgnie klientela. W jednym z lokali pijemy dobrze schłodzony brooklyn beer o smaku jałowca, niewinnie flirtujemy z panienkami przy barze, które mogłyby być naszymi wnuczkami, po czym idziemy na swojski bal.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, przy Metropolitan Avenue od pewnego czasu cienko przędzie, bo ubywa polskich wiernych, więc trzeba ją wesprzeć. Wstęp 120 dolarów od osoby, ruscy na Brighton Beach biorą tyle samo, ale nasza chata z kraja… Adaś pokazuje amerykańską klasę, zapłać połowę, ja dołożę resztę – mówi. I wchodzimy do usytuowanej w podziemiach kościoła sali zabaw. Jest polonez na rozpoczęcie, kapela, która uznaje wyłącznie polskie przeboje, polska szynka, flaki i dobra wódeczka na stole, kumple Adasia od azbestów wraz z żonami, więc szafa gra. Średnia wieku 50-60 lat, my z Adasiem ją trochę zawyżamy, ale cicho sza, dinozaury potrafią się bawić. Księża i rada parafialna siedzą oddzielnie, w takim miejscu, z którego widać całą salę. Są usatysfakcjonowani, sylwestrowy bal przebiega bez większych zakłóceń, dyskretnie nie widzą tych paru gości, którzy zasnęli, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany…

Na zakończenie pobytu w Nowym Jorku funduję sobie nocny rajd przez knajpki, bary i dyskoteki East Village, dzielnicy wyspecjalizowanej w bawieniu gości. Syn uprzedza mnie, że będę pewnie najstarszy w grupie, ale to mi nie przeszkadza. Chcę tylko zobaczyć, jak bawi się światowa młodzież i… jestem pod wrażeniem. Robi to w dobrym stylu, choć wali wódę chyba mocniej, niż moje pokolenie ileś tam lat temu. Chapeaux bas!

NY2015-2016 (3)

Idę z życzeniami do swojego starego kumpla, Donalda…

P.S. W Amsterdamie, przez który wracałem z NY do Monachium, przez roztargnienie zostawiłem notatki z podróży, więc relacja została spisana z głowy, czyli jak to mówią, z niczego.

Z zapisków stróża (4)

Zbigniew Milewicz

Leniwa niedziela

W niedziele stróże z domów handlowych nie pracują. Włączam telewizor, od kiedy zrezygnowałem z nudnej, jak flaki z olejem TV Polonia, mam tylko niemieckie programy. Mój stary Grundig, który 6 lat temu zniósł przeprowadzkę z Monachium do Berlina, a później drogę powrotną, startuje z programu NDR. Lubię północ Niemiec, ale mieszkam na południu, a tu dzieje się a dzieje. Bawarska telewizja transmituje na żywo sceny z monachijskiego dworca kolejowego z tłumem uchodźców z Bliskiego Wschodu, policją, kierującą ich w zależności od potrzeb – do punktów medycznych, wolontariuszy rozdających jedzenie i napoje, autobusów, które zawiozą przybyłych na razie do namiotów na Messagelände.

Monachium, stolica najbogatszego kraju związkowego Niemiec, jest największym punktem przyjęć uchodźców, podkreśla reporter, na drugim miejscu znajduje się Badenia – Wirtembergia. Pierwsze pociągi z nimi przyjeżdżają z Austrii, ci, którym nie udało się dostać do wagonów i mają w sobie jeszcze siły, idą pieszo w stronę Niemiec. Porażające obrazy z węgierskiej granicy – zdesperowani ludzie, stłoczeni, jak bydlęta na ciasnej przestrzeni przed żelazną kratą, która co jakiś czas przesuwa się zaledwie na tyle, żeby przepuścić pojedynczego człowieka. Dookoła kordon żandarmerii w pełnym uzbrojeniu, pałki nad głowami nakazują nieszczęśnikom, że mają nie pchać się do wyjścia. To jest reportaż z obozu koncentracyjnego. Uciekają z Syrii, Afganistanu i innych krajów Bliskiego Wschodu ogarniętych wojną, do jeszcze w miarę bezpiecznej Europy. Prawie wszyscy chcą znaleźć się w bogatych i ustabilizowanych Niemczech. Każdy ma prawo do lepszego życia, sam z niego w swoim czasie skorzystałem.

Ponad ćwierć wieku temu uciekłem z PRL-u do Niemiec, podobnie, jak wielu innych mieszkańców Europy Wschodniej. Tylko, że pojęcie bytu w sensie nie lingwistycznym a praktycznym paradoksalnie bardziej jest związane z mieć, niż być i w tym pierwszym przypadku poprawiłem sobie życie, a w drugim nie do końca. Życie tłustsze wcale nie musi być lepsze, ale o tym się na początku zwykle nie myśli. Człowiek pragnie mieć tylko bezpieczny dach nad głową, pełen brzuch, chce zmyć z siebie podróżny kurz, założyć czyste ubranie i wiedzieć, że dotarł do celu. Kiedy przyjechałem do Monachium, siostra zakonna w katolickiej misji na Hauptbahnhofie najpierw postawiła przede mną kubek z gorącą kawą i talerz z kanapkami, a później w dobrej wierze dała adres Polskiej Misji Katolickiej przy Hesstrasse, którą kierował wtedy ks. Galiński. Spojrzał na mnie spod okularów i nie czekając na wyjaśnienie, po co do niego przychodzę, grzecznie posłał mnie do diabła.
– Jestem tu prywatnie – wyjaśnił krótko.
Gdyby trafiło na człowieka małej wiary, to może przystałbym wtedy do Świadków Jehowy, jednak doszedłem do wniosku, że skoro uciekłem do Niemiec, to nie mam co liczyć na życzliwość miejscowych rodaków. Spotkałem się z nią nie raz, tyle, że później, kiedy już byłem z grubsza urządzony. Miasto Monachium dało mi zakwaterowanie, na początek w 70-osobowej sali dawnego biurowca, przy Dworcu Wschodnim, darmowe wejściówki do łaźni, pieniądze na jedzenie i ciuchy z Caritasu, posłało na kurs nauki języka niemieckiego. Później to sobie odebrało z podatków, które zacząłem płacić, kiedy poszedłem do pracy, ale bez jego pomocy humanitarnej na starcie, świadczonej zarówno z urzędu, jak i spontanicznie przez życzliwych monachijczyków, byłoby mi bardzo trudno. Nie chcę powiedzieć, że pani kanclerz Merkel pomaga syryjskim uchodźcom z wyrachowania, że kiedyś to sobie odbierze od nich podwójnie, ale kiedy oglądam znowu swój ulubiony NDR, to mnie oświeca pewna myśl: planowanie u Niemców to proces długotrwały, żmudny i z potocznego, polskiego punktu widzenia, nudny. My jesteśmy mistrzami improwizacji. Nasz sąsiad natomiast, jak sobie coś wbije do głowy, umyśli, to nawet za kilka generacji, metodą drobnych kroczków i kiedy trzeba, to różnych objazdów, doprowadzi rzecz do końca.

Pokazują piękne krajobrazy Kilońskiego Fiordu, zadbane gospodarstwa agroturystyczne. W jednym stary młyn z nowoczesną maszynerią, w drugim hodowla bydła. Młyn wybudował dziadek obecnego właściciela, dobroduszny pan z wąsem z portretu w jadalni domu, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy inny, mniej sympatyczny wąsik sięgnął po władzę w Niemczech. Drugi dom także od początku w rękach jednej rodziny. Jakaś grupa miejskich dzieci z zachwytem obserwuje pasące się na łące krowy i cielaki, przy korycie czyściutkie świnki, są i puchate owieczki z dzwonkami na szyjach, gospodarz pozwala je dzieciom pogłaskać. Idylliczny obrazek mąci dopiero zdanie reportera, że gospodarz jest wyuczonym rzeźnikiem i pojawia się kadr ze sklepu mięsnego, usytuowanego na parterze domu. Prawie czuję z telewizora smakowity zapach tych wędlin, schludnie ułożonych w sklepowych witrynach, brakuje mi tylko napisu: Die Schweine von heute sind die Schinken von morgen. Oczywiście nie ma w materiale zdjęć z domowej rzeźni, pokazujących, jak zwierzęta zabija się i oprawia, mogłyby zmniejszyć dochody sklepu.

Nazajutrz, w drodze do Domu w centrum, idę na dworzec, aby zobaczyć, jak przebiega akcja przyjęcia zapowiedzianych, kolejnych składów z uchodźcami z Bliskiego Wschodu. Na razie jest pełen stan gotowości, policja i służby porządkowe czekają, ruch kołowy przy Arnulfstrasse częściowo wstrzymany. Nie mam zbyt wiele czasu, ale zanim rozpocznę pracę, widzę sznur karetek pogotowia ratunkowego, jadących na sygnale w stronę dworca. To znaczy, że do Monachium przyjechali nowi ludzie, z nadzieją na lepsze życie.

Z zapisków stróża (3)

Zbigniew Milewicz

Fetysze

W portierni wraca temat kradzieży wśród sprzątaczek. Franz uważa, że mają dobrą okazję, aby wynieść coś z Domu przed otwarciem, albo po zamknięciu interesu. Brak personelu, klientów, nikt im nie patrzy na ręce, tylko kamery, a okazja czyni złodzieja. Na szczęście większość kobiet z niej nie korzysta, ale nikomu nie można wierzyć na ładne oczy.

– Kilka lat temu – mówi – pracowała tutaj niejaka Eryka, kobieta około pięćdziesiątki. Sprzątała stoiska z drogimi kosmetykami, zawsze uprzejma, rozmowna, sama otwierała przed ochraniarzem torebkę, pokazywała, co w niej ma, nigdy nie było zastrzeżeń. Domowi detektywi, sprawdzający nagrania kamer pewnego dnia nabrali jednak podejrzeń, że kradnie. Zatrzymali ją przy wyjściu z Domu, poddali osobistej kontroli i okazało się, że mieli rację. W szerokiej spódnicy miała wszyte od środka kieszenie, a w nich flakony z perfumami za kilka tysięcy euro. Kiedy kripo zrewidowało jej dom, w piwnicy znaleziono prawdziwy magazyn luksusowych pachnideł, którymi można byłoby zapełnić dużą perfumerię.
– Handlowała nimi pokątnie? – pytam.
Franz nie wiedział, co z nimi robiła, ale pewnie sprzedawała je ludziom po dobrej cenie. Pamięta natomiast, że zawsze ubierała się w takie obszerne ciuchy, jak Cyganka.
– Była Cyganką?
– Nie, rdzenną Niemką. – Zatrudniała ją renomowana putzfirma, w której pracowali sami Niemcy, obsługiwała ona markowe perfumerie, między innymi Louisa Vuittona przy Maximilianstrasse, Diora, Gucci`ego i im podobne. Chyba w trzech z tych miejsc pracowała i Eryka. Poszła siedzieć, wytoczono jej proces, ale nie wiem, jak się zakończył. Udowodniono jej w każdym razie, że kradła od lat.

Dla czytelników spoza Monachium: handlowa Maximilianstrasse przy operze, uchodzi za najdroższą, najbardziej snobistyczną ulicę w tym mieście. Zanim Erykę umieszczono w areszcie, została dyscyplinarnie zwolniona z pracy, co przyjęła jako rażącą niesprawiedliwość. Przynajmniej tego Vuittona mógł mi pan zostawić – powiedziała z wyrzutem szefowi.

Na grubszą skalę kradł w Domu kierownik działu remontów. Za firmowe pieniądze wyposażył swoją willę pod Monachium w marmurowe posadzki i luksusowe wnętrza, płacił rzemieślnikom za robociznę ze służbowego konta, ale to już także stara historia. Franz, w czasach, kiedy pracował jako kierowca i konwojent w browarze Spatena, również mógł się nieuczciwie wzbogacić. Procedury wydawania towaru z magazynów były znacznie prostsze niż obecnie, przy bramie wyjazdowej nikt specjalnie nie kontrolował ładunku, niektórzy koledzy z tego korzystali, on nie umiał. Okazja czyni złodzieja, ale nie z każdego. Poza tym, jak kraść, to miliony, mówią. Były dyrektor Spatena wyciągnął je z nielegalnych prowizji, uzyskanych od dzierżawców nieruchomości browaru – restauracji, kawiarń, dyskotek. Miał władzę nad nimi i z niej korzystał, a ponieważ prywatnie był mężem córki właściciela browaru, sprawie ukręcono dyskretnie łeb.

Fetysze mają nad człowiekiem władzę. W pierwszym rzędzie są to pieniądze, w drugim obecnie, na bank, smartfony i iphony. Jadę metrem do pracy, albo wracam z niej i wszędzie widzę to samo, bez względu na wiek i płeć: twarze bez wyrazu, pochylone nad elektronicznymi modlitewnikami, w uszach słuchawki, zero kontaktu z otoczeniem, aktywne tylko kciuki. Po co im dziesięć palców u rąk ? – zastanawiam się. Wystarczą przecież dwa. Jeżeli świat pójdzie w swoim rozwoju dalej w tym samym kierunku co teraz, to może przyszłe pokolenia będą dwupalczaste, ale za to każdy urodzi się już z osobistym telefonem komórkowym najnowszej generacji. Ludzi z książką, albo gazetą w ręku w metrze jak na lekarstwo. Kto siedzi i tylko myśli sobie o tym albo owym, jest już dziwadłem, a to właśnie moje ulubione zajęcie w metrze. Pewnie znacie ten stary dowcip, ale jeżeli nie wszyscy, to go przypomnę:

– Baco, co najchętniej robicie, jak macie wolny czas? – pyta turysta górala.
– Ano, wtedy sobie siedzę na przyzbie i myślę.
– A jak nie macie czasu?
– To se tylko siedze.

Siedzę sobie kiedyś i ja, nie na przyzbie, a w wagonie, w drodze na wieczorną zmianę, na Schwabingu, aż tu wsiada może dwudziestoletni, śniady chłopak, o zdecydowanie nienordyckich rysach twarzy. Ubrany jest w dżinsy, koszulkę polo, w ręce smartfon, albo iphon, a więc norma. W metrze o tej porze pustawo, chłopak siada w środku wagonu, twarzą do mnie i zaczyna robić coś, czego nie rozumiem. Mianowicie wkłada telefon do ust i zaczyna nadgryzać go, jak pies kość. Wykonuje przy tym tak idiotyczne miny, że mam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale się powstrzymuję, bo nie wiem, jak wtedy tamten zareaguje. Jeżeli jest psychicznie chory, to może zrobić coś nieobliczalnego. Po chwili wyjmuje telefon z ust i jego mimika normalnieje, ale za moment ponownie pakuje gadżet między zęby i mam wrażenie, że zaraz zacznie szczekać. Może wyprodukowano telefony smakowe, a ja nic o tym nie wiem… Nieomal przegapiam stację, na której zwykle wysiadam.

Swój telefon komórkowy, jak zwykle, zostawiłem w domu, nie pamiętam, kiedy ostatni raz z niego korzystałem, nie ma nade mną władzy, ale to się może lada dzień skończyć. Słyszałem, że Bundestag, podobnie, jak parlamenty innych krajów Unii Europejskiej, pracuje pilnie nad ustawą, zabraniającą obywatelom poruszania się po mieście (i po wsi także) bez telefonu komórkowego. Kiedy znajdziesz się w domu, on także będzie musiał ci towarzyszyć. Ma to bezpośredni związek z postępującą inwigilacją społeczeństwa przez władzę, z rosnącym brakiem zaufania do obywateli. W internecie krąży filmik, pokazujący, gdzie w każdej baterii Samsunga umieszczony jest chip podsłuchowy, jednocześnie lokalizujący właściciela telefonu. Można go podobno usunąć i telefon dalej działa. Czy tak jest faktycznie, nie wiem, nie sprawdzałem i mało mnie to obchodzi. Przyzwyczaiłem się do myszy i karaluchów w swojej pracy, to jedną pluskwą nie będę sobie zawracał głowy. Jeżeli jednak wszyscy jesteśmy zapluskwieni, to jest już pewien problem.

Z zapisków stróża (2)

Zbigniew Milewicz

Władza

Dwa domy, w których pracuję, różnią się od siebie pod każdym względem. Na Schwabingu nie obowiązuje mnie żaden uniform, zwyczajnie mam zamknąć albo otworzyć wszystkie drzwi, żeby personel przygotował się do pracy, czasami nocą przypilnować rzemieślników, którym zlecono jakąś przebudowę bądź remont, zdarza się, że towarzyszę jakiejś inwentaryzacji. Dom w centrum miasta stawia mi dodatkowe wymagania: muszę nosić czarne spodnie, białą koszulę, firmowy krawat plus identyfikator ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem oraz napisem Wachmann. Zanim rano zabiorę się za uruchamianie podjazdów na piętra, sprawdzanie wind i otwieranie portali, z tysiąc razy powiem też guten Morgen.

zbychSłużę pomocą portierowi, który jest zajęty innymi obowiązkami i nie ma czasu sprawdzać, czy każdy wchodzący do Domu wejściem służbowym, dysponuje takimi uprawnieniami. O tym zaś decyduje elektronika, czytnik kart osobistych – kiedy zapala się zielone światełko, człowiek może wejść do pracy, kiedy czerwone, coś jest z nim nie tak i wtedy kieruję go do kolegi-portiera. Poddają się tej procedurze bez szemrania, w kapitalizmie każdy chce pracować, bo musi, a często tak mu się do tej roboty śpieszy, że nie kasuje karty, tylko korzysta z otwartych drzwi i stróż musi mu nogę podstawić, żeby się cwaniak wykopyrtnął i nie wdarł bezprawnie do środka. Żartuję oczywiście, nie jestem bramkarzem w jakiejś tam podrzędnej spelunie i obowiązuje mnie pełna kultura. Zastawiam zatem brzuchem wejście i grzecznie pytam panią X albo pana Y, dlaczegóż to nie wypełnili swojego podstawowego, pracowniczego obowiązku o poranku. Prawda, nie zawsze zdążę to zrobić, w Domu pracuje w większości młody i gibki personel, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby któryś z delikwentów pokazał mi, znikając na horyzoncie, środkowy palec. Jest więc ogólnie pozytywnie na tym stanowisku pracy.

Wieczorem pracownicy wychodzą stąd tą samą drogą, każdy uruchamia jokera, zainstalowanego przy drzwiach, elektroniczny przycisk losowego wyboru ludzi do kontroli. Przy zielonym światełku można bez sprawdzania wyjść na ulicę, czerwone nakazuje pokazać zawartość torebki albo plecaka, do osobistych kontroli nie jesteśmy upoważnieni. Tylko ludzie z brygad sprzątających Dom wyłączeni są z tej zielono-czerwonej gry losowej, stoją najniżej w hierarchii personalnej i wszyscy bez wyjątku muszą pokazać przed wyjściem na zewnątrz zawartość podręcznego bagażu. Na ogół są to kobiety, cudzoziemki, słabo mówiące po niemiecku, zaglądam do ich torebek, albo plastikowych siatek i nigdy nie znajduję żadnych drogocennych pereł ani perfum od Coty`ego, czasami tylko jakieś butelki po coli, które ktoś wyrzucił do śmietnika. Dyrekcja Domu jeszcze przymyka oko na to, że je wynoszą na zewnątrz, ale i to się już niebawem skończy. Parę dni temu za usiłowanie wyniesienia używanego kartonu z kontenera w magazynie starsza Etiopka w trybie natychmiastowym straciła pracę. Przestępny czyn zarejestrowała kamera, do akcji natychmiast wkroczyli miejscowi detektywi, przyjechała policja i nazajutrz od jej koleżanek, zawsze rozszczebiotanych, jak papużki, wiało już tylko wielkim smutkiem.

Parę osób na mocy niepisanych praw ma tutaj wolny wjazd. Należą one do ścisłego kierownictwa Domu, a dwie urzędniczki są tak mikrego wzrostu, że nie sięgają ręką czytnika. Z rozpoznaniem tych pań nie miałem problemu, ale skąd w pierwszym tygodniu pracy mogłem wiedzieć, że facet w zmokniętym kombinezonie motocyklowym, zaciągający się łapczywie ostatnim dymem, któremu stanąłem na drodze, to główny boss.

– Nie przejmuj się, Sibi – pocieszył mnie Franz – on na pewno się ucieszył, że dobrze pilnujesz drzwi.

Franz jest w Domu portierem z kilkuletnim stażem, miałem nadzieję, że się nie myli. Wcześniej pracował w browarze Spatena jako kierowca i konwojent, dostarczał popularne, monachijskie piwo do sklepów, restauracji i dyskotek, dopóki nie wysiadło mu zdrowie. Jak na rdzennego Bawarczyka przystało, miał muzyczny talent i w czasie wolnym od pracy grywał na gitarze w knajpianych kapelach, pod golonkę, pod nóżkę, ale to już też historia. Nie pamięta, kiedy ostatni raz miał gitarę w ręce, a wszystko z powodu jednej jego zakochanej fanki i zazdrosnej żony. Zmienił muzyczne hobby na zbieranie ziół; koło pobliskiego Freisingu, gdzie mieszka, są piękne, czyste łąki, na których wiosną kwitnie np. czosnek niedźwiedzi. Jakże on jest pyszny, dostałem od Franza po koleżeńsku pęczek, nie mogłem nie zrewanżować mu się później papierosami z Polski.

Thomas, zmiennik Franza, pochodzi z Chemnitz. Miał ukończone studia uniwersyteckie na wydziałach historii i anglistyki w Heidelbergu oraz lata pracy zawodowej, spędzonej głównie w szkolnictwie. Ten belfer wychodzi z niego przy różnych okazjach, ale ogólnie tworzymy zgrany zespół. Najlepiej w centralnym Domu orientuje się Albrecht, z racji najdłuższego stażu stróżowania, zna tu wszystkie zakamarki i tajne przejścia. Jest najbardziej techniczny z nas wszystkich, w domu posiada warsztat mechaniczny, którego mogą mu pozazdrościć profesjonaliści i jednocześnie nie wyobraża sobie życia bez muzyki. Gra biegle na kilku instrumentach klawiszowych, stara się uczestniczyć we wszystkich ważniejszych koncertach muzyki poważnej w mieście, wiecznie rozpacza, że tak rzadko na nich bywamy, więc nie dokuczamy mu zbyt mocno za jego słabość do własnej płci, której się zresztą nie wypiera. Wszyscy lubimy żarty, bez tego w branży ochraniarskiej nie da się normalnie pracować. Najweselszy jest Abdel, Tunezyjczyk, mierzący ponad dwa metry wzrostu, z generacji mojego młodszego syna, który wnosił zdecydowanie ożywczego ducha do naszego grona seniorów. Miał żonę Niemkę i w perspektywie uzyskanie niemieckiego obywatelstwa, do tego czasu miał zamiar się dorobić. Przynajmniej raz w kwartale chwat ciągnął za sobą do Tunisu ze dwa samochody lepszej klasy, kasował za nie pieniądze i inwestował w następny zakup. Jeszcze dziesięć lat temu okazjonalnie bawiłem się w to samo, a kiedy po powrocie z Polski ledwo zwracały mi się koszta, to się cieszyłem.

w przedpokojuNic tak jednak człowieka nie dowartościowuje, jak przynajmniej odrobina władzy. Mogłem nie wpuścić do Domu samego dyrektora albo powiedzieć pracownikowi uprzejmie, lecz stanowczo: proszę jeszcze raz skasować kartę, bo światełko się nie zapaliło. Kiedy indziej występowałem w roli łaskawcy i przymykałem oko, kiedy śliczna brunetka z Prady zostawiła swój identyfikator w innej torebce, ale za to jakim uśmiechem dziękowała mi później za wyrozumiałość… Miałem władzę nad klientami, przestępującymi z nogi na nogę przed drzwiami wejściowymi, aż nadejdzie upragniona dziesiąta, mogłem im w przypływie dobrego humoru skrócić ten czas o parę sekund (a przy okazji trochę zwiększyć dochody Domu), albo i nie. Kiedy tupnę w posadzkę w magazynie, na Schwabingu, uciekają przede mną myszy, albo i nie, muchy przeganiam Bildem ze swojej kanciapy, gdybym nie miał nad nimi władzy, zignorowałyby go przecież i dały się zabić.

Tylko karaluchy mają mnie w nosie (choć nie wiem, czy posiadają taką część ciała), zauważyłem to w czasie pewnej wizytacji z Centrali. Było po jakiejś większej ulewie, goście poprosili mnie, bym otworzył im podziemny parking, bo zamierzali już odjechać i wtedy dranie zaatakowały nas całym szwadronem. Miały pod górkę, my przeciwnie, ale to ludzie dali za wygraną. Kobiety stanęły jak wryte w miejscu i zaczęły z przerażenia piszczeć, mężczyźni uskoczyli pod ścianę, kto wie, może to była tylko konkurencja, przebrana za karakony, ale zamach stanu się udał. Nie musisz być powabny ani przyjemny w obejściu, jak masz waleczny szwadron, cel do osiągnięcia i wolę zwycięstwa, to je zdobędziesz.

Z zapisków stróża (1)

Zbigniew Milewicz

Stary człowiek i myszy

Emeryt bez jakiegoś konkretnego zajęcia szybko dziadzieje, a mieszkając w tak drogim mieście jak Monachium musi dorabiać do emerytury, bo jest ona skromna. Koszta życia w Niemczech rosną w szybkim tempie, za mocarstwowe ambicje polityków płacą najwięcej przeciętni obywatele tego kraju i kiedy ich już nie stać na piwo z Aldiego, dołączają do śmieciarzy, grzebiących w koszach na chodniku, albo muszą gdzieś dorobić do socjalu, pensji albo renty.

Piwo z Aldiego nie smakuje mi, wolę beczkowego Augustinera, którego cena na dorocznym Oktoberfest przekroczy 10 Euro, więc jak tu dalej nie pracować. Od prawie dwóch lat zasilam personel firmy ochroniarskiej, która pilnuje mienia jednej z niemieckich sieci domów handlowych. Zanim mnie zatrudnią, muszę przedstawić świadectwo niekaralności i zdać branżowy egzamin w izbie handlowo-przemysłowej, później krok po kroku zostaję wtajemniczony w arkana pracy stróża-klucznika. Do moich obowiązków należy wstępnie poranne otwieranie Domu w centrum i wieczorne zamykanie Domu w dzielnicy Schwabing, później odwrotnie. Nigdy nie ciągnę dwóch zmian pod jednym adresem, generalną zasadą pracy w ochronie jest brak zaufania, nawet w stosunku do samego siebie. Gdybym na przykład zapomniał przekręcić klucz w jakichś drzwiach wieczorem, to rano już nie musiałbym ich otwierać, z czego mógłby skorzystać włamywacz. Teoretycznie, bo przecież był jeszcze system alarmowy, który aktywowało się w obiekcie po jego zamknięciu. Rano stróż wyłączał to elektroniczne zabezpieczenie, kontrolując dokładnie czas. Przyspieszenie procedury nawet o minutę – dwie ściągało mu na kark policję, o czym w pierwszym dniu pracy jeszcze nie wiedziałem. Rejonowy komisariat znajdował się nieopodal, podjechali w mgnieniu oka, ale skończyło się na rutynowych pytaniach, typu: kim jestem i skąd mam klucz do Domu.

Na czterech piętrach Dom handlował wszelakimi artykułami codziennego użytku, a w podziemiach żywnością i napojami, była kantyna i bar, więc roiło się tutaj także od myszy. Gryzonie, jak wiadomo, są stworzeniami inteligentnymi i w dzień spały sobie pod sklepowymi regałami i paletami w magazynach, żeby nie straszyć dwunożnej klienteli, ale po zamknięciu interesu ruszały na polowanie, ignorując gniewne przytupywania sprzątaczy i stróża. Personel Domu wyrzucał codziennie do kubłów na odpady masę żywności – resztek z kantyny, produktów, którym kończył się termin ważności, albo coś się rozbiło, zmieniło kolor, straciło dawną jędrność, stworzenia miały więc w czym ucztować. Pracowników obowiązywał zakaz wynoszenia czegokolwiek na zewnątrz, wszędzie były kamery, aktywne przez całą dobę, kto je ignorował, ryzykował w najlepszym razie dyscyplinarne zwolnienie z pracy i zakaz wstępu do Domu. Dlaczego nie przeceniano produktów, którym kończył się termin ważności, nie rozdawano ich dobroczynnym instytucjom w mieście, karmiącym ludzi ubogich i bezdomnych? Trudno było mi uwierzyć w to, że na przeszkodzie stoją przepisy podatkowe, które obciążają darczyńców wysokimi opłatami.

– Skoro tak, to dlaczego nie zamawiacie mniej towarów, żeby ich później nie marnować? – zapytałem któregoś dnia głównego zaopatrzeniowca.
– Klient Domu musi mieć wrażenie, że jest w krainie obfitości, że na niczym nam nie zbywa – odparł.

Podobno w porównaniu ze swoim Wielkim Bratem w centrum miasta, który chętnie odwiedzali bogaci Arabowie i Rosjanie, Dom był na plusie, jeżeli chodzi o dochody. W centrum masę pieniędzy inwestowano w make up, w przepych wystroju wnętrza, miał dużo wyższe ceny niż na Schwabingu i w sumie przynosił straty. Tutaj oszczędzano nawet na podstawowych remontach, przez co od strony zaplecza Dom nieciekawie wyglądał.

Stróż miał swoje miejsce w kanciapie magazynierów, przyjmujących dostawy towarów, przeszklonym kiosku, ustawionym wśród pras do zgniatania plastiku i kartonów, stosów palet, wózków widłowych, przeróżnych skrzyń i kubłów wypełnionych odpadami spożywczymi. Zimą dawało się tutaj wytrzymać, latem roiło się od much, od śmietników ciągnął niesamowity odór, a myszy wypełzały ze wszystkich możliwych zakamarków. Ze względu na sprzedaż artykułów spożywczych w Domu, gryzoni nie można było tępić trutkami, zamiast tego posadzkę wykładano czasami wieczorem, po zamknięciu, deseczkami, posmarowanymi zapachową, bardzo kleistą substancją. Miały one zagorzałych przeciwników wśród obrońców praw zwierząt, ale były bardzo skuteczne. Pamiętam kiedyś, na rannej zmianie, niechcący wdepnąłem butem w taką łapkę i przez dobry kwadrans tańczyłem na jednej nodze, żeby się pozbyć świństwa. Dobrym pomysłem był także niedawny remont jednej ze ścian w magazynie przyjęć towarów, w której myszy lubiły sobie zakładać gniazda i przez pewien czas wydawało się, jakby dały za wygraną. Może te stare już sobie odpuściły. Zresztą, filozoficznie rzecz biorąc, myszy żyją dużo krócej od ludzi i nie zdążą tyle naniszczyć w swoim życiu, co człowiek. Widzę jednak, że mysia młodzież jest w pełni sił i naciera.

Patrzę na nowego, młodego prezydenta kraju, z którego pochodzę. Przychodzi objąć swój urząd z czterema programowymi przemówieniami, na początek, uśmiecha się zwycięsko do milionów ludzi, zgromadzonych przed telewizorami, pręży muskuły, taki jest przywilej młodości. Nie życzę mu źle, bo będzie reprezentował Polskę, nie chciałbym, aby jej interes ucierpiał, trzeba mu także dać czas na przekucie pozytywnych deklaracji w czyny. Odchodzący prezydent wygląda na zmęczonego, rozumiem go, jest raptem tylko parę lat młodszy ode mnie i nie z banalnymi, niemieckimi myszami miał do czynienia w czasie swojej pięcioletniej kadencji, a z milionami Polaków. A Polak potrafi zmęczyć, oj i to jak. W starszym wieku człowiek powinien się bardziej szanować, bo już nie ta forma, co kiedyś, nie to zdrowie. Mój niedościgniony mistrz poetyckiej satyry, Tadeusz Żeleński-Boy, ponad 100 lat temu opublikował w swoich Słówkach następujący wierszyk, który zacytuję na zakończenie w całości:

Gdy się człowiek robi starszy,
Wszystko w nim po trochu parszy-
wieje;

Ceni sobie spokój miły
I czeka, aż całkiem wyły-
sieje.

Wówczas przychodzą nań żale,
Szczęścia swego liczy zale-
głości.

I mimo tak smutne znamię,
Straszne go chwytają namię-
tności…

Z desperacją patrzy czarną
Na swe lata młode zmarno-
wane,

W wspomnień aureolę boską
Pręży myśli swoje rozko-
chane…

Z żalem rozważa w swej nędzy
Każde “nicniebyłomiędzy-
nami”,

Każdy nie dopity puchar,
Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-
kami…

Wspomni z jakąś wielką gidią
Swe gruchania, ach jak idio-
tyczne,

I czuje w grzbiecie, wzdłuż szelek,
Jakieś dziwne prądy elek-
tryczne…

Jakąś gęś, z którą do rana
Szukali na mapie Ana-
tolii,

Jakiś powrót łódką z Bielan,
Jakiś wieczór pełen melan-
cholii…

Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,
Dziergana w rozkoszy ara-
beski.

Gdybyż bodaj raz, ach gdyby
Sycić swą CHUĆ jak sam Przyby-
szewski!…

…I wdecha zwiędłe zapachy
Nad swych marzeń trumną nachy-
lony,

I w letnią noc, w smutku szale
Łzami skrapia własne kale-
sony…

„Podhalem” na Śródziemne (5 i koniec)

Zbigniew Milewicz

fosfatyMasyw Olimpu widać z pokładu dosyć wyraźnie. II mechanik nalewa bogom do Zatoki Salonickiej trochę swojego okocimia, smakuje im polskie piwo i pozwalają wejść do portu. Jest sobota po południu, kiedy cumujemy przy nabrzeżu siarkowym. W poniedziałek rano dokerzy mają zacząć rozładunek „Podhala“, termin zostaje dotrzymany, ale pod koniec dnia pracy kapitan otrzymuje wiadomość, że pilnie musimy wycofać się na redę.

Na miejsce „Podhala” ma wejść grecki statek, z ważniejszym od siarki ładunkiem amoniaku i dopiero po nim przyjdzie nasza kolej. Przyjętą rzeczą w pracy portów na świecie jest to, że pierwszeństwo w załadunku i rozładunku mają statki rodzimych bander. Podobnie dzieje się w przypadkach remontów statków w stoczniach. Na przykład w ZSRR zwyczaj ten jest bardzo konsekwentnie przestrzegany, natomiast u nas funkcjonuje dokładnie odwrotny system. Przypływa statek obcej bandery, to Polaka wyganiają z kei, albo ze stoczni. Zwłaszcza, jeżeli zagraniczniak jest ze strefy dolarowej. Dwa dni czekamy na ponowne podejście do greckiego nabrzeża. Później, prawie dwa tygodnie, aż ostatnie tony siarki zostaną wybrane z ładowni. Z powodu awarii taśmociągu w porcie rozładunek statku odbywa się bowiem przy pomocy dźwigów oraz samochodów, które przewożą żółty puder z kei do fabryki, a to w sumie długo trwa. Otrzymane od policji przepustki na ląd upoważniają załogę i pasażerów „Podhala“ do poruszania się tylko w obrębie Salonik, ale dzięki temu mogę je poznać dokładniej, niż niejeden turysta bawiący tutaj tylko przelotnie. Są drugim po Atenach miastem Grecji, stolicą greckiej części Macedonii. Stanowią ważny ośrodek przemysłowy, gospodarczy i kulturalny kraju, znany z corocznych, międzynarodowych targów jesiennych i międzynarodowych festiwali filmowych. Miasto ma bogatą, wielowiekową historię, obfitującą w szereg dramatycznych wydarzeń, często dlań niepomyślnych – krwawe najazdy obcoplemieńców i wojny domowe. W Thessalonikach mieszkał na wygnaniu Cycero, używał życia pisarz Lukian, nawracał pogan apostoł Paweł z Tarsu, który założył tutaj siedzibę gminy chrześcijańskiej. W mieście, którego nazwa brzmiała wtedy Soluń, urodzili się i rozpoczęli działalność słudzy Boży Cyryl i Metody, twórcy rytu słowiańskiego w chrześcijaństwie, czczeni w kościele katolickim i prawosławnym jako święci.

Wielbiciel Grecji klasycznej nie ma właściwie w Salonikach nic do szukania, natomiast fascynują one bogactwem pomników Grecji bizantyjskiej, głównie sakralnych. Najstarszy z kościołów na planie krzyża greckiego – Hagia Sofija, główna świątynia Salonik, stanowi jakby próbę generalną konstantynopolitańskiego kościoła Mądrości Bożej. Hagios Georgios – niegdysiejsze rzymskie mauzoleum Galeriusza, poźniej przez wieki bazylika, a następnie meczet, dziś jest muzeum sztuki bizantyjskiej, obfitującym w bezcenne skarby. Nie brak ich również w Hagia Ekaterini, Hagia Apostoli, Hagios Pantelejmon, Hosios David, Hosios Profitis Ilias i Panagia Chalkedon. We wnętrzach tych kościołów można podziwiać wspaniałe, stare ikony, freski i mozaiki, zaliczane przez historyków sztuki do najwybitniejszych osiągnięć artystycznych budownictwa cerkiewnego. Prawdą jest jednak, że wiele zabytkowych świątyń w Salonikach wymaga pilnej odnowy. Skłamałbym również, gdybym stwierdził, że nie razi mnie widok starej, szacownej cerkwi przydepniętej przez nowoczesne budynki mieszkalne, użyczającej ogrodzenia na reklamę papierosów, czy dziedzińca hałaśliwemu supermarketowi. Najpopularniejszym kościołem w Salonikach jest Hagios Dimitrios. Stoi na rozległym tarasie jednego ze wzgórz salonickich, wysoko ponad dachami ludzkich domostw. Jest świeżo odrestaurowany i właściwie prawie w całości nowy. Dwukrotnie bowiem doszczętnie spłonął – w VII w. i w 1917 roku. Jego patron ma w Salonikach takie znaczenie, jak w Krakowie św. Stanisław. Św. Demetriusz, zabity w salonickim więzieniu 26 października 306 roku, już w 323 r. uczczony został kaplicą, którą po stu latach obudowano kościołem, tak, że kaplica zamieniła się w kryptę. Dzień jego męczeństwa stał się głównym świętem cerkiewnym w Salonikach.

Pomniki kultury bizantyjskiej sąsiadują w tym mieście ze śladami blisko pięciowiekowego panowania osmańskiego. To przede wszystkim meczety, które jednak nie są zbytnio szanowanymi tutaj zabytkami. Mieszczą się w nich sklepy, urzędy, kawiarnie. Przy jednej z cerkwi stoi nie zburzony minaret, do którego przylega cmentarz turecki. Są kioski, gdzie można kupić kasety magnetofonowe tylko z nagraniami tureckiej muzyki. Miesza się ona z grecką nutą, płynącą z otwartych okien i drzwi mieszkań, tawern i warsztatów rzemieślniczych; obydwie tworzą koncert dźwięków, którymi rozbrzmiewa salonicka ulica. Sporo z zapachów i stylu orientu zachował także ruchliwy bazar położony blisko odos Egnatia, jednej z głównych ulic miasta. Chyba najmocniej jednak utrwalił się Wschód w karnacji, rysach twarzy i czerni włosów mieszkańców tej ziemi. Przedstawicieli typowo helleńskiej urody – jasnookich blondynów o kręconych włosach i jasnej cerze widuje się tu rzadko, podobno najczęściej wówczas, kiedy przyjeżdżają orbisowskie wycieczki.

Rejon Salonik, tak jak znaczna część całego obszaru Bałkanów, bywa nawiedzany przez trzęsienia ziemi. 5 października 1984 r., pod koniec pobytu w tym mieście, mam okazję osobiście to poczuć. Pora popołudniowej sjesty, ulice prawie wyludnione. Od kilku dni jest bardzo parno, temperatura w cieniu nie spada poniżej 26° Celsjusza, nieruchome, przesycone samochodowymi spalinami powietrze ma konsystencję waty. Wspólnie z Ewą i Makisem, polsko- grecką parą znajomych z Salonik, popijamy kawę na ocienionym parasolami tarasie kafejonu przy placu Demokracji, kiedy nagle grunt pod nogami zaczyna przesuwać się – najpierw poziomo, później w górę. Wszystko trwa może 3-4 sekundy, ruch ziemi jest nieznaczny i przynajmniej w naszym najbliższym otoczeniu nie pozostawia po sobie trwałych śladów, ale czuć jego siłę. Mnie, mieszkańcowi Śląska, przypomina to „tąpnięcie” w kopalni. Ewa patrzy na zegarek, mówi, że jeżeli w ciągu pół godziny zjawisko powtórzy się, to będzie sygnał, że w nocy może trząść porządnie. Trzy lata temu przeżyła w Salonikach silne trzęsienie ziemi; kilkakrotnie uciekała wtedy wraz z innymi ludźmi z domu na pobliski plac, bo nie zabudowany teren jest najpewniejszym schronieniem. Przez kilka nocy spała przy otwartych drzwiach wyjściowych z mieszkania, ze śpiworem pod głową, aby w razie niebezpieczeństwa móc szybko wybiec na zewnątrz. Twierdzi, że najważniejsze w takiej sytuacji jest zachowanie zimnej krwi. Kiedy na przykład trzęsienie ziemi zastaje człowieka w domu, wtedy trzeba stanąć we framudze drzwi – jej stalowa konstrukcja daje największe prawdopodobieństwo przetrwania. Mija pół godziny, zupełnie spokojnie. Następnego dnia miejscowa prasa podaje do wiadomości, że epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w odległości 60 km od Salonik, na Morzu Egejskim, a jego siła wynosiła 5,5 stopnia w skali Richtera, nie należało więc ono do najsilniejszych.

Znacznie gorzej znoszą niektórzy nagłe trzęsienie, które 5 października rano robi na statku grecka „czarna brygada”. Celnicy nicują „Podhale” od siłowni po mostek kapitański, ale nic godnego uwagi nie znajdują i w południe schodzą ze statku. 8 października dokerzy kończą wybieranie resztek siarki z ładowni, czyli tzw. trymerkę, uzupełniamy zapas paliwa, słodkiej wody oraz warzyw i owoców i odbijamy od salonickiego nabrzeża. Kurs – port Tartus w Syrii. „Podhale” płynie pod balastem i do celu dociera po trzech dniach podróży. Tartus jest drugim po Latakii portem syryjskim, stąd mamy wziąć fosfaty do kraju. Na drzwiach messy ochmistrz wywiesza karteczkę z informacją, że za wykryte przypadki handlu papierosami i alkoholem grozi w Syrii więzienie. Ale w ogóle nie handlować tutaj nie sposób.

Podobizny Prezydenta Syrii, Hafiza al - Asada sa w miescie wszechobecne.Podobizny prezydenta Syrii Hafiza al-Asada są w mieście wszechobecne

Zaraz po odprawie celnej, na statek wchodzą arabscy robotnicy portowi i wszystkich po kolei pytają: ,,krema, perfuma, masz?” Gotowi są zresztą kupić wszystko i nie można im niczego nie sprzedać, bo tak długo będą człowiekowi wiercić dziurę w brzuchu, aż wydębią od niego choćby starą koszulę flanelową, za którą dadzą ćwierć liwra. Oczywiście, obowiązkowo trzeba się targować. Bodaj nazajutrz po przybyciu do Tartus, podczas jednego z takich handlowych nalotów, przeżywam pewien dosyć ciekawy moment. Do kabiny wchodzi dwóch Arabów, starszy i młodszy, pytają w międzynarodowym slangu portowym, czy mam coś do sprzedania. Na odczepnego pozbywam się starych sandałów. Nagle starszy dostrzega na półce nad koją kolorowe zdjęcie Jana Pawła II, najwyraźniej się do niego zapala, prosi, abym mu je dał. W pierwszym momencie przychodzi mi na myśl, że mój gość należy do kościoła koptyjskiego, ale temu zaprzecza, jest mahometaninem. Z ciekawości pytam więc, po co mu podobizna katolickiego papieża? Składa ręce, jak do modlitwy i daje do zrozumienia. że umieści zdjęcie na ścianie w swoim mieszkaniu i będzie to dla niego duży zaszczyt. Rzecz jasna, chętnie mu je daję.

TakiewidokinienalezawTartusdorzadkosciTakie widoki nie należą w Tartus do rzadkości

W czasie wypadów do miasta próbuję fotografować, również ludzi. Większość ubrana po europejsku, w arabskich strojach paraduje głównie starszyzna. Niektórzy chętnie pozują do zdjęć, inni zasłaniają twarze rękami, lub bardziej nerwowo reagują na widok fotoaparatu i muszę przyspieszać kroku, co nie należy tutaj do łatwych czynności. Powietrze w Tartus jest jak w parowej łaźni, a temperatura w pierwszej połowie października, w cieniu, sięga 30° Celsjusza. Wygląd ulicy zmienia się w zależności od dzielnicy. Blisko portu – wąskie, wyboiste trakty, pełne nieczystości, z zapuszczonymi, niewysokimi domami mieszkalnymi. Handlowa część miasta, czyli suk – pełen gwaru i otwartych na oścież sklepików oraz warsztatów rzemieślniczych. W bogatszych sklepach klimatyzowane wnętrza, zwłaszcza u złotników, gdzie można dostać zawrotu głowy od nagromadzonego bogactwa. W nowej dzielnicy mieszkaniowej – sporo betonu , wysokościowce, kilka bogato wyglądających rezydencji, w bujnej zieleni ogrodów.

chetnychdozdjecjestsporoChętnych do zdjęć jest sporo

W drogę powrotną do Polski wyruszamy 16 października. Sztorm na Morzu Śródziemnym i dłuższa naprawa silnika w Gibraltarze opóźniają nasze tempo podróży, na gdyńskiej redzie stajemy 5 listopada, w 60 dniu rejsu. Odprawa celna i WOP ma odbyć się dopiero nazajutrz, załoga cieszy się z tego – 61 dni w morzu, to już wyższa, trzecia strefa w dodatkach dewizowych, jakie płaci im armator. W drugiej, niższej, marynarz otrzymuje za dzień rejsu 1,35 dolara, a oficer – 2,25. Znam na lądzie lepiej zarabiających „dolarowców”. Część załogi wraz z pasażerami odpływa z redy statkiem białej floty, czyli tzw. ferą, do portu. Schodzą na urlop, reszta zostaje na ,,Podhalu”. Po wyładunku fosfatów weźmie inny ładunek, na statek zamustrują do kompletu nowi członkowie załogi i popłyną w kolejny rejs, nie wiadomo jeszcze dokąd. Takie przeznaczenie statku i marynarzy.

P.S. Reportaż ten pisałem w czasie, kiedy PRL-owska cenzura miała się bardzo dobrze, stąd ani słowem nie wspomniałem w tekście, że u syryjskiego nabrzeża widziałem statki zaprzyjaźnionej, radzieckiej floty wojennej a w porcie paradnych matrosów na przepustce, bo by nie przeszło. Dzisiaj odwaga staniała, więc niniejszym uzupełniam brakujące informacje i zdjęcia, które mi się ostały w domowym archiwum.

Radzieccy marynarze na przepustce...Radzieccy żołnierze na przepustce

„Podhalem” na Śródziemne (4)

Zbigniew Milewicz

Podhalem4-winietaPłyniemy wzdłuż brzegów afrykańskich, kursem na wchód, w kierunku Sycylii, do której mamy z Ceuty mniej więcej trzy doby drogi. Później jeszcze trzy dni i powinniśmy być już na miejscu, w Salonikach, jeżeli oczywiście w międzyczasie nic nie zakłóci biegu podróży „Podhala”.

Za czasów cesarza Augusta i Antoniusza, w okresie wypraw krzyżowych, czy nawet wówczas, kiedy królowały na nim flotylle Filipa II, morze to było wielokrotnie rozleglejsze niż dziś, w epoce statków o sztucznym napędzie, coraz to szybciej przemierzających wodne szlaki. Dawne żaglowce, zdane na łaskę kapryśnych wiatrów, potrzebowały co najmniej tygodnia na drogę z Marsylii do Algieru i dwóch miesięcy na przepłynięcie z Gibraltaru do Stambułu. Jak na gust armatora poruszamy się jednak jeszcze zbyt wolno, bo następnego dnia po wyjściu z Ceuty nadchodzi z kraju drogą radiową polecenie, aby skrócić „przelot” do Salonik. W myśl pierwotnych założeń statek powinien tam dotrzeć w niedzielę, 23 września, teraz mówi się o czwartku, praktycznie wszystko zależy od okrętowego silnika, którego stan techniczny daleki jest od doskonałości. Ostatecznie „Podhale” zwiększa prędkość z l3,5 do 14,5 węzła i to jest górna granica jego możliwości.

zbyt wolno...Jak na potrzeby armatora poruszamy się zbyt wolno

Gdzieś na wysokości Tunisu, w czasie poobiedniej sjesty, podrywają mnie z koi dzwonki – osiem krótkich i jeden długi. Alarm szalupowy. Morze jest gładkie jak stół, nic nie wskazuje na to, aby ze statkiem działo się szczególnego, ale postępuję zgodnie z instrukcją. Łapię pas ratunkowy, po drodze jakiś sweter i wybiegam na pokład łodziowy pod szalupę nr 2, w której mam wyznaczone miejsce na wypadek tego typu akcji. Cichnie maszyna, „Podhale” staje w dryfie, na miejscu zbiórki meldują się ostatni maruderzy. III oficer pokładowy, Ryszard Prusik sprawdza stan liczebny załogi i pasażerów – są wszyscy. Już wiadomo, że uczestniczymy tylko w ćwiczebnym alarmie szalupowym, mającym wykazać, jakie jest przygotowanie ludzi i środków technicznych do sytuacji, w której zachodzi potrzeba nagłego opuszczenia statku w morzu. Przy okazji trochę odpocznie okrętowy silnik, bardzo zgrzany pracą na najwyższych obrotach. Zgodnie z przepisami bezpieczeństwa, obowiązującymi w polskiej flocie, takie sprawdziany przeprowadza się na statku co najmniej raz w miesiącu, podobnie, jak alarmy „człowiek za burtą” i przeciwpożarowy. R. Prusik, czuwający nad sprawnym wykonaniem ćwiczeń, będzie musiał odnotować w raporcie, że zablokowało się urządzenie dźwigowe przy szalupie nr 2, co nie pozwala na opuszczenie jej na wodę. Jedynka z grupą marynarzy na pokładzie już zjeżdża w dół, drugą łódź udaje się uruchomić dopiero po kilkudziesięciu minutach. W międzyczasie okazuje się, że pierwsza ma zepsuty motorek i może poruszać się tylko na flamingu – ręcznym napędzie śruby, przy którym ludzie w szalupie szybko ,,puchną”. Odchodzi więc od statku tylko na odległość 100-200 metrów, po czym wraca i z powrotem wciągają ją na pokład. Chwała Bogu, że jest to tylko ćwiczebny alarm.

Część załogi i wszyscy pasażerowie pozostają na pokładzie. Korkowe pasy, które mamy na sobie, wyposażone są w torebki z proszkiem w kolorze pomarańczowym, co po rozpuszczeniu w morskiej wodzie ma ułatwić znalezienie rozbitka. Służą temu również lampki wpięte w troki, ale brakuje do nich bateryjek. W opinii marynarzy główną wadą tych pasów – powszechnie używanych na polskich statkach – jest ich zła konstrukcja oraz nieelastyczność. Przy skokach do wody z dużej wysokości ryzykuje się w nich połamanie kręgów szyjnych. Przed utonięciem w morzu mają chronić również pneumatyczne tratwy i kola ratunkowe, w które „Podhale” jest kompletnie wyposażone, tyle że pochodzą one z różnych statków, o czym świadczą firmowe napisy na sprzęcie.

Zwłaszcza między rejsami wiele rzeczy ginie ze statków – tłumaczy mi ,,trzeci”. – O nowe trudno, zwykle stosuje się wtedy przerzuty brakującego sprzętu z innych jednostek armatora, które, dajmy na to, czasowo wyłączone są z eksploatacji. Bywa jednak, że następuje przyspieszenie terminu rozpoczęciu kolejnego rejsu, nie zdąży się uzupełnić tych braków i statek wychodzi w morze na przykład z niekompletnym wyposażeniem ratowniczym. Cieszmy się więc z tego, co mamy.

Dzwonki, koniec alarmu. Telegraf na mostku przekazuje maszynie „całą naprzód” i „Podhale” rusza w dalszą drogę, odbijając trochę w prawo od dotychczasowego kursu. Bliżej tunezyjskiego wybrzeża, które w pewnym momencie ostro wrzyna się w morze skalistym palcem – to przylądek Bon.

Marynarskie rodzinyMarynarskie rodziny na pokładzie

Panowie Stanisław i Jerzy z Krakowa, moi współtowarzysze podróży, wspominają przeszłość. Służyli w czasie wojny w Armii Polskiej na Wschodzie. Pod rozkazami gen. Stanisława Kopańskiego, czyli w Brygadzie Strzelców Karpackich, sformowanej w 1940 roku, w obozie Hims w Syrii. Pan Jerzy był w piechocie, a pan Stanisław w artylerii, gdzie dosłużył się stopnia kapitana. Po upadku Francji wywędrowali do Palestyny, gdzie brygada dołączyła do wojsk brytyjskich. Brali udział w walkach na Wschodzie i Zachodzie. Przerzuty wojsk odbywały się głównie drogą morską, zatem szlak, którym płynie teraz ,,Podhale”, znają dość dobrze. Teraz przemierzają go w celach relaksowo-turystycznych, ale przecież i dla odświeżenia- dawnych wspomnień. Panu Jerzemu towarzyszy w tej wyprawie żona Krystyna, jego wojenny kompanion podróżuje sam, ale dzięki temu – jak twierdzi – ma więcej czasu na uporządkowanie swego „karpackiego dziennika”, pisanego na gorąco przed czterdziestu z górą laty. Chciałby go przekazać kiedyś w spadku synowi.

Wachta na mostkuWachta na mostku – III oficer Ryszard Prusik i st. marynarz Jan Śwityj 

Wieczorem 19 września widać już zarysy Sycylii, mijamy wyspę w odległości około 10 mil. W messie oficerskiej i załogowej gromadzi się przed szklanymi ekranami mnóstwo luda, bo włoska telewizja sypie kryminałami, filmami przygodowymi i programami rozrywkowymi jak z rękawa, a w domu tego nie ma. Bariera językowa stanowi pewne utrudnienie w odbiorze i nie wszystko może się podobać, ale widownia pozostaje pełna aż do późna w nocy. Bo co tu robić z wolnym czasem na morzu, zwłaszcza wieczorem? Dla pasażera sam rejs może być fascynującą, życiową przygodą, dla marynarza statek i morze są jego chlebem powszednim i chciałby go jakoś okrasić. „Podhale” – tak jak obecnie już wszystkie statki pływające pod znakami armatorskimi PZM – wyposażone jest w urządzenie wideofoniczne, ale zestaw kaset, którymi dysponuje ochmistrz nie jest najlepszy. Kompozycja wydaje się najzupełniej przypadkowa: mamy ,,Kobrę” z wczesnych lat siedemdziesiątych, parę wywiadów Ireny Dziedzic, koncert ,,Warszawskiej Jesieni”, kilka odcinków „Świętego”, serial „Dom”, „Przygodę w Acapulco” i program oświatowy o życiu pierwotniaków. Jest też na statku projektor kinowy i trochę filmów fabularnych, których się jednak nie wyświetla z powodu uszkodzonej aparatury.

Te braki w realizacji „programu szerzenia kultury wśród załóg pływających” nadrabia częściowo statkowa biblioteczka. Posiada ona około stu tytułów książek z różnych dziedzin. „Cegieł” tam raczej niewiele, więc czytelnictwo na „Podhalu” kwitnie jak w najlepszych sferach intelektualnych. Największym powodzeniem cieszą się wszak książki z prywatnych zbiorów, zwłaszcza: kapitańska – ,,Cienka, czerwona linia”, asystenta radiooficera, „Raz w roku w Skiroławkach”, kucharza – „Podstawowe zasady radiestezji” i moja „Astrologia i polityka”. Nawiasem mówiąc, radiestezyjne wahadełko jest na statku bezużyteczne, bo za dużo tu metalu, ale gwiazdy wiszą nad Śródziemnym tak nisko i tak wyraziście świecą, że gołym okiem mogę z nich wyczytać, co czeka moje spodnie, jeśli nasz kucharz Jerzy Kostro nie zacznie gorzej gotować.

Kuchnia na statku jest najważniejsza, jedzenie to mimo wszystko główna uciecha marynarza w morzu. Od zdolności kulinarnych kucharza zależą w dużej mierze nastroje załogi, a te z kolei nie pozostają bez wpływu na przebieg rejsu. Posiłki wyznaczają tu rytm dnia, a czasowo sprzężone są ze zmianami wacht. W morzu śniadanie jest o 7.30, obiad o 11.30, podwieczorek – 15.00, kolacja – 17.30. W portach spożywa się posiłki w trochę innych porach.

W Gdańsku załadowano do chłodni m.in. tonę mięsa i kiełbasy, 1,5 tony mleka, taką samą ilość ziemniaków, 150 kg masła, 30 kg smalcu, 40 kg wędzonego boczku, ponad 300 kg mąki, 9 skrzyń po 360 sztuk jaj, 400 słoi kompotów, 200 kg owoców i kucharz Kostro pitrasi z tego różne potrawy dla 52 osób, cztery razy dziennie, starając się, żeby przynajmniej do Salonik ani razu nie powtórzyć obiadowych dań. Dzień pracy Jerzego Kostro rozpoczyna się przeważnie o 6.00 ,a kończy około 20.00. Kiedy do śniadania mają być podane świeże chrupiące bułeczki, wstaje już o 3 nad ranem Chleb piecze wieczorem, raz na trzy dni; średnio 28 bochenków. Wieczorem też ustala wspólnie z ochmistrzem jadłospis na następny dzień i sporządza tzw. nocne porcje, które umieszcza się później w lodówkach pentry załogowej oraz oficerskiej, aby ludzie z nocnych wacht i cierpiący na bezsenność pasażerowie mieli coś na ząb. Jego „prawą ręką” w kuchni jest Marek, pomocnik kucharza. Do skrobania ziemniaków awaryjnie przychodzi młodszy steward, Włodek, ale powszechnie na statku wiadomo, że szef większość prac w swoim królestwie lubi wykonywać sam.

Po półgodzinnym pobycie w kuchni jestem mokry jak po kąpieli. Na sześciu płytach elektrycznych i dużej patelni gotuje się i smaży obiad dla kilkudziesięciu głodomorów, od podłogi grzeje siłownia, z zewnątrz słoneczko, a pomieszczenie nie posiada urządzenia klimatyzacyjnego. Otwarte na oścież bulaje i drzwi nie potrafią go zastąpić. Kucharz Kostro liczy sobie 37 lat, z tego 22 już pływa. Zaczynał na „Darze Pomorza” od szorowania kotłów, jako praktykant Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, która kształciła kucharzy okrętowych. Teraz tej specjalności już nie ma, na morze idą na ogół ludzie nie obznajomieni w tych wszystkich sztukach kulinarnych, które szef kuchni na statku powinien mieć w małym palcu. Tutaj trzeba być jednocześnie kucharzem, garmażerem, cukiernikiem i piekarzem, bo tylu specjalistów nikt na statku handlowym nie zatrudni – stwierdza Jerzy Kostro, zwany wśród załogi żartobliwie „Chińczykiem”, bo rzeczywiście ma w wyglądzie coś z Chińczyka.

Pozuje na dowodce wachty...Pozuję na dowódcę wachty

„Podhalem” na Śródziemne (3)

winietazbych3Zbigniew Milewicz

Niedziela w Ceucie

W kanale La Manche ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Na szczęście widzialność jest dobra, w promieniu kilkunastu mil ani śladu mgły, tak typowej dla tego rejonu żeglugi. Drzemie również Zatoka Biskajska, po której cięciwie płyniemy, groźna dla statków i żeglarzy przez znaczną część roku z powodu silnych wiatrów zachodnich i północno-zachodnich, wiejących z głębi Atlantyku w stronę lądu.

Słońce operuje coraz intensywniej, na zawietrznej części głównego pokładu, między ładowniami i na pokładzie szalupowym ,,Podhala“ pojawiają się leżaki a na nich pasażerowie obojga płci i amatorzy opalania się spośród członków załogi, którzy czas pomiędzy wachtami wolą spędzać na świeżym powietrzu a nie w czterech ścianach swoich kabin. Leniwy bezruch dorosłych przerywają dzieci, przynosząc wiadomość, że chief znalazł koło ładowni latającą rybę. Wszyscy więc spieszą ją zobaczyć. Nikt nie ma pod ręką linijki, ani krawieckiego centymetra, żeby zmierzyć skrzydlatego pływaka, ale chief Jasiński twierdzi, że okaz jest stosunkowo duży. Widział już wiele ryb latających i wszystkie były jakoby mniejsze od tej. Chyba pierwszy raz spotyka rybę latającą w tak znacznej odległości od wód strefy równikowej, w których żyje ten gatunek. Co do sposobu, jakim trafiła ona na pokład, przypuszcza, że najpewniej wyrzuciła ją tu jakaś silna fala. Ciekawscy dotykają długich i szerokich płetw piersiowych, wzmocnionych twardymi promieniami i po- dobnie zbudowanej płetwy ogonowej, dzięki którym stworzenie to może utrzymać się w powietrzu ponad 10 sekund i przelecieć w tym czasie ponad sto metrów, zaś Ola, siedmioletnia córka państwa Jasińskich pilnie baczy, czy robią to na tyle delikatnie, żeby go nie uszkodzić. Tata obiecał bowiem zasuszyć rybkę i dać jej, żeby mogła pokazać koleżankom i kolegom w klasie.

rybazbych3Im bliżej Gibraltaru, tym częściej w rozmowach na statku pojawia się pytanie: jak będzie z bunkrowaniem w Ceucie i zejściem na ląd. Do portu w tym mieście, stanowiącym główną część niewielkiej, hiszpańskiej enklawy na północnym wybrzeżu Maroka często zawijają po paliwo polskie statki, które idą na Wschód lub z przeciwnego kierunku, bo jest ono tutaj stosunkowo niedrogie. O wiele tańsze na przykład niż na Majorce, choć oczywiście nam bardziej opłacałoby się wziąć je w Gdańsku, za złotówki. Teoretycznie taka możliwość istniała: „Podhale” płynące z Gdańska do Salonik, z blisko 15 tysiącami ton siarki w ładowniach, ma wystarczająco pojemne zbiorniki, aby pomieścić w nich tyle ton lekkiego i ciężkiego paliwa (mazutu), ile potrzeba na pokonanie całej tej trasy, ale jedna komora wyłączona jest w tym rejsie z eksploatacji z powodu pęknięcia. Dziurawa jest również inna – niestety napełniona – co jednak wychodzi na jaw dopiero na morzu, w czasie kontroli studzienek ładowni, która ujawnia w pierwszej z nich obecność paliwa lekkiego. Fakt ten zostaje odnotowany w dzienniku okrętowym, ale przy pasażerach wiele się o tym nie mówi, chyba że pół żartem w stylu: „na takim paskudztwie jedziemy, że nawet z siarką się nie zapali” albo: „nie ma się czym martwić, statek jest ubezpieczony na wypadek pożaru. Jedynym sposobem usunięcia łatwopalnej cieczy z zenz ładowni jest odpompowanie jej do morza. Cóż, kiedy pech chce, że mamy zablokowaną zasuwę tunelu, biegnącego wzdłuż dna statku, do którego przecieka paliwo z uszkodzonego zbiornika i mija sporo czasu, zanim ludziom z maszyny udaje się ją uruchomić. W dziesiątym dniu rejsu, ,,Podhale” z Bożą pomocą dociera do końca pierwszego etapu podróży. Wchodzi w Cieśninę Gibraltarską i w samo południe staje na redzie Ceuty. Z prawej burty, w odległości 2-3 mil mamy niewielki, grecki kontenerowiec. Nieco dalej, za rufą widać bliźniaczą jednostkę pod banderą tunezyjską, poza tym na redzie pusto. Jawi się więc nadzieja, że „Podhale” nie zapuści tu korzeni, ale kto wie – kraczą pesymiści – czy nabrzeże paliwowe jest wolne. W rezultacie mają rację statkowi optymiści, gdyż po dwóch godzinach oczekiwania podpływa do nas motorówka z pilotem, a później holownik i wchodzimy do portu.

Autor udaje kapitana...Część załogi i pasażerów ma z tego powodu dosyć kwaśne miny. Jest bowiem niedziela, wszystkie sklepy w mieście pozamykane, można co najwyżej pooglądać wystawy. Byliby zadowoleni, gdyby „Podhale” spędziło niedzielę i noc na redzie i w handlowy poniedziałek, z samego rana podeszło do nabrzeża, ale jeszcze na sto procent nie wiadomo, czy w ogóle otrzymamy pozwolenie zejścia na ląd. Kapitan Rzeczewski ma informację, że w tym mieście obowiązują od ubiegłego roku za- ostrzone rygory policyjne, wprowadzone w związku z nasilającym się ruchem miejscowej ludności arabskiej na rzecz zjednoczenia Ceuty z Marokiem.

Na zdjęciu: Autor udaje kapitana

Po trapie wchodzi postawny mężczyzna w granatowym mundurze, z budzącym respekt rewolwerem dużego kalibru, za nim skromniejszej postury cywil z walizeczką, stanowiącą nieodłączny rekwizyt chyba wszystkich celników na świecie. Najpierw składają kurtuazyjną wizytę kapitanowi, później roboczą – ochmistrzowi i siedzą u niego aż do kolacji. Na statku bowiem ochmistrz załatwia formalności paszportowo-celne w portach. U niego też zdeponowane są, od początku do końca rejsu, wszystkie paszporty pasażerów. Żadnemu z nas nawet nie śni się więc o tym, aby zejść samowolnie na ląd. Do zejścia ze statku na obcy ląd upoważniają zresztą wyłącznie przepustki, które lud „Podhala” jako wolny od podejrzeń o zamiary negatywnej działalności na terytorium królewskiej Hiszpanii, wreszcie otrzymuje. Niemal wszyscy pasażerowie idą do miasta, z załogi tylko niektórzy. Na statku zostają ci, którzy będą obsługiwać bunkierkę, albo mają wachty pokładowe, a także tacy, którym się nie chce stąd ruszać, głownie starsi wiekiem członkowie załogi. To jest typowe zjawisko. Starszy marynarz Jan Śwityj pełni służbę przy trapie, ale nawet gdyby miał wolny czas, to też nigdzie by go nie poniosło. Owszem, przez pierwsze lata pływania „nosiło”, ale później mu przeszło. Stwierdził, że w gruncie rzeczy wszystkie miasta portowe na świecie są do siebie podobne i teraz, kiedy nie ma na lądzie niczego konkretnego do załatwienia, to woli siedzieć na statku. Tutaj przynajmniej nie ciągnie go, żeby tracić „zielone” na różne głupstwa, bo, jak mówią, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Śpieszno mi po raz pierwszy w życiu postawić stopę na afrykańskiej ziemi. Po dziesięciu dniach przebywania na wodzie, ląd trochę się kołysze, kiedy po nim stąpam, ale trwa to tylko chwilę. Na wiszącej przy trapie tablicy wypisana jest kredą liczba 20, co znaczy, że o tej porze wszyscy muszą być z powrotem na statku. Taki przepis. Zbliża się 16.00, myślę, że za cztery godziny zdążę wdrapać się na jedno z czerwonawych, skalistych wzgórz na obrzeżach miasta i zobaczyć, jak prezentuje się ono w całości, a po drodze zwilżyć sobie gardło w jakiejś kawiarnianej oazie. Słońce przypieka bowiem dosyć mocno jak na popołudniową porę i drugą połowę września. Z pocztówkowego błękitu nieba praży rozczochrane czuby palm, rosnących wzdłuż szerokiego bulwaru, dachy białych i żółtych kamienic w bocznych uliczkach, pomiędzy którymi suszy się na sznurach bielizna i ludzi włóczących się w czasie sjesty po mieście. Są to niemal wyłącznie hiszpańscy żołnierze na niedzielnej przepustce i obywatele z „Podhala”. Szanujący się mieszkańcy Ceuty wypoczywają o tej porze w chłodnych wnętrzach swoich domów, za zaciągniętymi przed słońcem żaluzjami okien.

Wybieram złą drogę. Kamienista uliczka na peryferiach miasta, wijąca się w górę pod kątem 19 stopni ( informuje o tym tablica dla zmotoryzowanych, umieszczona na poboczu ) kończy się ślepo. Za murem są koszary. Jakiś żołnierz w fezie, którego pytam o drogę na wzgórza, macha dłonią w przeciwnym kierunku. Tędy nigdzie nie przejdę dalej, bo zaczynają się tereny wojskowe. Rezygnuję więc z dalszej wyprawy w góry i zadowalam się widokiem Ceuty z niskiego lotu ptaka. W górnej części miasta, do której do- tarłem, żyje głównie ludność arabska. Sporo tutaj rozsypujących się starych domów i skleconych z byle czego bud, w których ludzie mieszkają, ale przez uchylone okna widać odbiorniki kolorowej telewizji, a przed ruderami – samochody nie najgorszych marek. lm niżej, tym zamożniej. Coraz więcej dobrze utrzymanych budowli w stylu kolonialnym i nowoczesnej architektury, harmonizującej z naturalnym otoczeniem. Na samym w dole miasto zatrzymuje się na bulwarze z ciągiem dyskotek, barów i sklepów z pamiątkami, dalej jest już morze.

Enklawa Ceuty obejmuje półwysep o powierzchni 19 km. kw., połączony z lądem wąskim przesmykiem i liczy około 90 tysięcy mieszkańców, z których większość mieszka w mieście. W starożytności była to kartagińska, a następnie rzymska kolonia. Od około 711 roku, przez siedem wieków, władali nią Arabowie, później na ponad 160 lat przyłączona została do Portugalii. Do Hiszpanii należy od 1580 roku. W XVII i XVIII wieku stanowiła ważny ośrodek handlowy, między innymi w obrocie żywym towarem. Dziś Ceuta jest atrakcyjna kupiecko dla przybyszów z zewnątrz, m.in. z powodu dużej obfitości stosunkowo taniego sprzętu elektronicznego w sklepach, sprowadzanego z Dalekiego Wschodu. Za niezbyt wygórowaną cenę można również „wejść” w hiszpańską skórę, nabyć owoce cytrusowe, bakalie różnych odmian, miejscowe trunki i przyprawy. Poza portem handlowym funkcjonuje tutaj port rybacki, wojenny, pasażerski, przemysł stoczniowy. Z racji swojego naturalnego piękna Ceuta dobrze zarabia także na turystyce, choć stała obecność armii w tym mieście przypomina, że leżąc nad Cieśniną Gibraltarską stanowi dla Hiszpanii przede wszystkim ważny strategicznie punkt.

W drodze powrotnej na statek udaje mi się trafić na wieczorne nabożeństwo w niedużym, XVII-wiecznym kościółku przy jednej z głównych ulic miasta. Mimo, że nie znam ani w ząb hiszpańskiego, czuję się dosyć swojsko, bo tłoczno tutaj i w modlitewnym nastroju żarliwie jak w polskim kościele. Pod koniec Mszy świętej wierni tradycyjnie zapalają świece przed rzeźbą Piety w bocznym ołtarzu, bardzo sugestywną w wyrazie. Matka Boska Bolesna cieszy się wśród mieszkańców Ceuty szczególną estymą. Na ulicy, ale już daleko poza kościołem, dwie młode Hiszpanki w modnych kreacjach, witają się znakiem krzyża, ten szczegół również wydaje mi się godny odnotowania. Tym bardziej, że w chwilę później mam okazję być świadkiem kolejno jeszcze dwóch, podobnych scen.

Żegnamy się z Ceutą na krótko przed północą. Mruga ku nam „morsem” swoimi światłami, nadając: „do zobaczenia w drodze powrotnej, tym razem w dzień handlowy”. Tak w każdym razie odczytuje to mruganie Kazio Przychodzień, asystent radiooficera, który alfabet Morse’a zna jak własną kieszeń.

24 lutego 1985

„Podhalem” na Śródziemne (2)

Zbigniew Milewicz tekst2-winieta

Trzeci dzień podróży, niedziela.

W soboty o 22 i w niedziele o 13 czasu Greenwich z kościoła św. Elżbiety w Gdańsku nadawane są na falach krótkich msze święte dla polskich marynarzy i rybaków będących poza krajem. Nabożeństwa te, od czterech lat transmitowane, przez Polskie Radio, stanowią jedyną okazję do wspólnej modlitwy dla wiernych – ludzi morza, rozproszonych po wodach całego świata. Ilu z tej możliwości korzysta? Chyba sam Pan Bóg tylko wie, bo kościołów na każdym statku jest tyle, ilu jest praktykujących katolików. Każdy z nich w czterech ścianach swojej kabiny tworzy własny, odrębny kościół i fakt jego istnienia zachowuje najczęściej dla siebie. Dlatego trudno tutaj o statystykę.

Płyniemy przez Cieśniny Duńskie, morze nadal spokojne. Dopiero za Skagen, kiedy wychodzimy na Morze Północne, zaczyna trochę kołysać. Powoduje to martwa fala, która bierze „Podhale” pod boki i zrazu delikatnie, a później coraz gwałtowniej przegina go w poprzek, raz na lewą, raz na prawą burtę. W poniedziałek po południu siła wiatru wzrasta raptownie do 7, a następnie do 8 stopni w skali Beauforta, co znaczy, że wieje on z szybkością od 17,2 do 20,7 metrów na sekundę. To już jest prawie sztorm. Wcześniej zarządzona przez chiefa pokładowego kontrola sztormowa statku wykazała, że wszystko jest należycie zabezpieczone – beczki z olejem i paliwem między ładowniami powiązane, bulaje na dolnym i głównym pokładzie pozamykane, podobnie jak włazy do ładowni i drzwi magazynków na baku. Tylko skrupulant cieśla – Michał Bussler, którego wiecznie widać krzątającego się przy różnych pracach na pokładzie, raz jeszcze idzie sprawdzić, czy rzeczywiście wszystkie pomieszczenia na dziobie są dostatecznie dobrze uszczelnione przed dostępem wody. Nie podobają mu się tylko kluzy kotwiczne, niezbyt dokładnie przykryte metalowymi pokrywami. Poprawia je i wraca do swojej kabiny, po drodze rozglądając się jeszcze, czy któryś z marynarzy pracujących przy konserwacji pokładu i pokładowych urządzeń, na tzw. dejmance, nie zostawił jakiegoś kawałka łańcucha, stalówki, albo narzędzia pracy, bo porwane przez falę mogłyby narobić dużo szkody. Te czynności sprawdzające należą do obowiązków cieśli Busslera. Inna sprawa, że dobrze zdaje on sobie sprawę z tego, jak silne potrafi być morze, jak bezbronnym wobec niego bywa wówczas statek i człowiek.

statkizbycha (1)Rodzina na nabrzeżu

W dużym sztormie fala potrafi na przykład wyrwać z pokładu stalowy pal polera do obkładania lin, o rozmiarach najgrubszego zderzaka kolejowej cysterny, i cisnąć nim jak pudełkiem zapałek w mostek. U nas na szczęście jeszcze nie jest tak źle, po kilku godzinach sztormowania „Podhale” ma na razie tylko trochę wgnieciony prawy reling na głównym pokładzie. Żywioł napiera na statek od strony dziobu i prawej burty. O 23 kierujący wachtą na mostku III oficer, Ryszard Prusik, wpisuje do dziennika okrętowego: „Podczas wachty silne przechyły boczne statku, fala i bryzgi fal zalewają pokład i pokrywy ładowni”. Żyropilot – „michałek” w takich warunkach zawodzi, trzeba sterować ręcznie. Marynarze Jan Śwityj i Sławomir Eljaszewicz zmieniają się przy sterze co godzinę, podobnie pełnić będą następne wachty ich koledzy. Jeden przy sterze – pilnuje kursu, który podał mu dowódca, drugi „na oku” – przez lornetkę obserwuje morze, czy jakiś statek nie zbliża się do nas od strony dziobu, albo z boku i nie grozi kolizja, zaś oficer to samo sprawdza na ekranie radaru. Wyjątkowo bowiem mroczna jest ta noc. Nie widać dalej niż na 3-3,5 mili i bez sprawnie działającego radaru statek płynąłby przed siebie jak ślepiec. Coraz więcej wolnych miejsc przy stolikach w messie. Sztorm daje się we znaki kolejnym pasażerom, podobno choruje również ktoś z załogi. Radiooficer, Stanisław Sacharuk, wszystkich pociesza, że tylko patrzeć , jak pogoda się poprawi, że takie są aktualne, radiowe prognozy meteorologiczne. Sprawdza się to, co mówi, bo już przed południem morze się trochę uspokaja.

Około 12 kapitan przekazuje mi otrzymaną z Polski za pośrednictwem „Szczecin-Radio” wiadomość, że nagle zmarła moja matka. W tej sytuacji postanawiam przerwać dalszą podróż i wrócić do kraju pierwszym polskim statkiem, który będzie nas mijał na kursie. W praktyce okazuje się to jednak niewykonalne. W godzinach popołudniowych kpt. Rzeczewskiemu, który zapowiada, że zrobi wszystko, co tylko można w mojej sprawie, udaje się wprawdzie przez radiostację znaleźć taki statek, są to „Gliwice II”, ale po rozmowie z kapitanem oznajmia, że niestety nie mogę tam przejść. Przyznaje, że jest już po sztormie, ale morze nadal wzburzone i z tego powodu nie zaryzykuje opuszczenia szalupy. Nie może nakazać swoim ludziom aby przewieźli mnie na inny statek, bo jest odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Poszedłby na podobne ryzyko tylko wówczas, gdyby zachodziła potrzeba ratowania czyjegoś zdrowia lub życia, a przecież w moim przypadku – zaznacza – taka sytuacja nie ma miejsca. Dowiaduję się też, że na pewno dodatkowo zapłaciłbym za powrót „Gliwicami II” do kraju, bo przecież jest to firma zarobkowa a nie dobroczynna.

Ponieważ w cenie biletu na statek mieści się także dostarczanie pasażerom rozrywki, więc cztery dni poźniej „pierwszy po Bogu” wydaje w oficerskiej messie wieczór kapitański z tańcami, na który także i ja otrzymuję zaproszenie. Za taktowność najwyraźniej kapitanowi nie płacą, ale z ciekawości uczestniczę w oficjalnym otwarciu imprezy. Wypełnia je krótka mowa powitalna do pasażerów oraz pokaz kultury towarzyskiej przy tradycyjnej lampce wina, kawie i ciastku. Nazajutrz mój współmieszkaniec, 61-letni pan Staszek z Krakowa, szczegółowo relacjonuje mi część artystyczną wieczoru. Mówi, że się dobrze bawił. Statek jest jak dom. W jednym mieszkaniu jest nieszczęście, w drugim wesoła zabawa, w trzecim, czwartym i dziesiątym nie dzieje się nic szczególnego.

Kiedy człowiekowi, w jego domu na lądzie coś nie odpowiada, to zawsze może z niego wyjść. Na statku, w morzu, jest to niemożliwe i pod tym względem bardziej on przypomina więzienie. To prawda – zamieszkiwane dobrowolnie, bywa, że luksusowe i przyjemne dla oka, ale więzienie. Największą jego dolegliwością jest odcięcie od najbliższych. Pierwszy elektryk Andrzej Czepulowski i jego żona Anna mają wieloletni staż małżeński, ich córeczka Klaudia chodzi już do trzeciej klasy, a Szymon ma sześć lat, jednak dopiero po raz drugi, płyną tak sobie razem.
– Czy to firma nie pozwala zbyt często zabierać żony w rejs? – pytam.
– Raczej życie – odpowiada pan Andrzej. – Owszem armator ma w tych sprawach głos decydujący, bo liczy się opinia jaką pracownik ma w przedsiębiorstwie i to, czy statek, na którym pływa, może przewozić pasażerów. Bywa też, że chętnych na zabranie rodzin w rejs jest zbyt wielu i trzeba swoje odczekać w kolejce. Głównie jednak inne sprawy decydują, że człowiek pływa zwykle w pojedynkę – dom, który żona musi sama prowadzić. Dzieci – albo są zbyt małe, by brać je na morze, aIbo już chodzą do szkoły i nie mogą przerywać nauki. Wreszcie sprawy finansowe, ale to już zupełnie odrębny temat. Pani Ania nie widzi powodu, żeby go przemilczeć. Jako żona członka załogi płaci za każdy dzień pobytu na statku 500 zł, za Klaudię połowę tej sumy. Szymon (sześciolatek) płynie za darmo. Mieszkają oczywiście w kabinie męża. Koszt miesiąca rejsu „Podhalem” wynosi dla nich ponad 20 tysięcy złotych. Jest więc trzykrotnie większy od podstawowej, miesięcznej pensji taty, oficera nawiasem mówiąc.
Mąż wspomniał o domu i dzieciach – mówi pani Anna. To zrozumiałe, że wszystkie obowiązki domowe i związane z wychowaniem dzieci spadają na mnie, kiedy mąż jest w morzu… Na początku, w pierwszych latach naszego małżeństwa było mi niełatwa samej radzić sobie z nimi, o wszystkim samodzielnie decydować, ale później jakoś okrzepłam. Do samotności można się przyzwyczaić, co nie znaczy, że się za mężem nie tęskni. Chyba najbardziej jednak tęsknią dzieci. Wprawdzie staram się, aby za bardzo nie odczuwały braku ojca, ale przecież zastąpić go nie potrafię. W zamyśleniu stwierdza, że dziwne jest to ich życie. Nie ma chłopa te dwa-trzy miesiące, później znów jest, taka huśtawka. Pan Andrzej słucha wywodów żony z wyraźnym zadowoleniem, co nie umyka jej uwadze. Aby więc zbić go trochę z tropu, zwierza mi się żartobliwie, że kiedy on schodzi ze statku na urlop, to na początku dom staje się za ciasny. Później jednak znów wszystko biegnie swoim torem – dodaje skwapliwie, widząc, że osiągnęła zamierzony cel.

Jak wygląda taki marynarski urlop? Dla p. Ewy Jasińskiej – żony chiefa pokładowego – pobyt męża w domu oznacza święto. Wtedy zapraszają przyjaciół, chodzą z dziećmi na spacery, do kina, w gości. W tym czasie pani Ewa nie wykonuje w mieszkaniu żadnych cięższych prac, inwestycji, przemeblowań, bo tym zajmuje się, kiedy mąż jest w morzu. Nie obarcza go również żadnymi sprawami z dziedziny tzw. „sztuki załatwiania”, bo przecież nie poradziłby sobie. Pani Ewa podziela tu popularną opinię, że ludzie morza, nawet bardzo dobrzy w swoim rzemiośle, często nie potrafią radzić sobie choćby z najprostszymi problemami życia na lądzie.

Pan Mundek, marynarz pokładowy z „Podhala”, nie przepada specjalnie za życiem towarzyskim. Jest typowym domatorem. Większość czasu na urlopach spędza w kręgu najbliższej rodziny, swoich książek i myśli, które przelewa na papier. Zanim został marynarzem, był nauczycielem i jeszcze paru innych zawodów się imał, ale zawsze ciągnęło go pisanie. Nie nazwałby tego twórczością literacką, są to tylko jego refleksje o życiu, zapisywane w formie chyba najbliższej esejowi. Wiele stron poświęcił życiu na statku i jeżeli chcę – proponuje – to możemy spotkać się kiedyś w Szczecinie i pokaże mi te teksty.

Pan Konrad z maszyny, jest miłośnikiem wędkarstwa, amatorsko pisuje wiersze teksty piosenek, gra na gitarze, śpiewa, którymi to zajęciami można znakomicie wypełnić wolny czas zarówno no na morzu, jak i podczas urlopu na lądzie, pod warunkiem, że człowiek nie ma większych zmartwień. Niestety od kilku lat pan Konrad przeżywa poważne kłopoty rodzinne, związane ze starszym synem. Zaczęło się od wypadku, długo po nim chorował. Później zaimponowało mu towarzystwo szpanującej młodzieży, złapał styl i szkoła, dom przestały się liczyć. Matka robiła, co mogła, żeby wyrwać lekkomyślnego chłopaka z tego kręgu. Podobnie ojciec, ale będąc nim jedynie „z doskoku”, miał praktycznie niewielki wpływ na syna. – Parę miesięcy temu – mówi pan Konrad – wdał się z kolegami w chuligańską rozróbę i teraz ma sankcję prokuratorską. A ja jestem w morzu, nie wiem, jak na bieżąco toczy się sprawa i gryzą mnie różne myśli. Jedno panu powiem, w zawodzie marynarskim nie powinni pracować ludzie, którzy mają żony oraz dzieci zwłaszcza dorastające. Za rozłąkę z rodziną płaci się bowiem prędzej lub później haracz. To są rodziny w swoisty sposób rozbite, a takie nie mogą być w pełni szczęśliwe.

Żona chiefa pokładowego, która ma jeszcze małe dzieci, póki co nie nastręczające kłopotów wychowawczych, przedstawia mi sprawę rozłąki w rodzinie marynarskiej bardziej optymistycznie. Uważa, że takie przerwy w byciu razem cementują małżeństwo. Nie grozi mu nuda, jak winnych stadłach. Minusem życia z mężem, który pływa jest natomiast to, że nigdy niczego nie można zaplanować. Na przykład – wyjazdu z całą rodziną gdzieś na urlop.

Mam więc dwa różne punkty widzenia tego samego problemu. Fakt, że większość ludzi pracujących na morzu stanowią mężczyźni żonaci i posiadający dzieci, świadczy jednak o tym, że przyjmuje się tu rozłąkę z najbliższą rodziną, z wszelkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, za mniejsze zło od samotności. Na „Podhalu” wszyscy członkowie załogi są żonaci. Najkrótszy staż małżeński posiada Sławek Eljaszewicz – sympatyczny marynarz z pokładu, liczący 23 lata i prawie dwa metry wzrostu, którym zapracował sobie wśród załogi na pseudonim „Maluśki”. Jest świeżo po wojsku, ma rocznego syna Adriana i mimo młodego wieku – bardzo poważny stosunek do życia, który jego zdaniem wynika z twardej szkoły życiowej, jaką otrzymał w Liceum Morskim w Szczecinie. Ma ambicje w miarę szybkiego osiągnięcia wysokiego standardu bytowego. Jego rękojmią w rodzinie marynarskiej – twierdzi – jest dobra żona, a taką właśnie ma, więc wierzy w powodzenie swoich planów.

Ryszard Prusik, III oficer pokładowy, z którym pełni wachty „Maluśki”, przyznaje rację swojemu podkomendnemu: – Dobra żona właściwie zagospodaruje pieniążki, człowiek nie roztrwoni ich na lądzie i przynajmniej jest szansa, że razem dojdą do czegoś. Dlatego większość ludzi naszego fachu żeni się dosyć młodo, aby wcześniej osiągnąć ten cel. Poza tym im człowiek jest starszy, tym mniejsze ma szanse na znalezienie dla siebie odpowiedniej partnerki życiowej. Mówi się później, że „marynarz szuka żony”, a na takie hasło wiadomo nie zawsze idą najporządniejsze panie. „Trzeci” uważa, że do mitycznego obrazu marynarza – wolnego ptaka, który ,,w noc się bawi”, rzuca forsą w portowych tawernach i nie dba o jutro, pasuje niewielu. Przeważają rozsądni ciułacze i on chyba też do nich należy. Takie życie.