Pieredwiżniki I

Tomasz Fetzki

Odszedł za wcześnie. Sześćdziesiąt dwa lata to nie jest wiek na umieranie (inna sprawa, że trudno stwierdzić, kiedy ten wiek nadchodzi – jednak na pewno nie wtedy). Kto go znał, wiedział, z jakim gigantem ducha i intelektu (mimo formalnie skromnego wykształcenia) i z jakim wielkim sercem ma do czynienia. Niewielu go jednak znało – szkoda, ich strata. Skromny i dobry (po prostu – dobry) jako człowiek, dyskretny i nienachalny był także jako ojciec. Właśnie: BYŁ, znacznie bardziej, niż działał. BYŁ, a nie kształtował. Ale to całkowicie wystarczyło. Patrzę na siebie i bez fałszywej kokieterii, bez szczypty kabotyństwa stwierdzam: efekty takiego wychowania okazały się być bardziej, niż zadowalające. Co jest oczywiście zasługą wychowującego, nie wychowywanego.

A dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd już nie mamy okazji spojrzeć sobie w oczy i pogadać o czymś ważnym, lub choćby ciekawym. Bardzo mi go brakuje. Ojciec. Tato…

Dziesięć lat temu wyszedłem na ulicę. I co? I nic. Ciemność nie zaległa całej ziemi, choć powinna. Nie zaćmiło się słońce i nie rozdarła się zasłona świątyni na dwoje, mimo, że był powód. Ziemia się nie zatrzęsła i skały nie popękały, chociaż tak należało. Samochody jeździły jak przedtem, ludzie chodzili, jakby nigdy nic. Oczywiście, nie ma niczego oryginalnego w tej konkluzji, nie ja pierwszy doświadczyłem takiego zdumienia. Co gorsze, nie ja ostatni również… trzymajcie się, moi przyszli młodsi bracia i siostry w przykrym zaskoczeniu.

Wtedy nikt niczego nie zauważył. Tym bardziej dziś, gdy czarną dziurę drąży nieubłagalny czas. A co mi tam – nieubłagalny czy ubłagalny – trochę z nim powalczę! Tylko jak wspominać, żeby nie popaść w banał, ale też i nie wystawiać na widok publiczny intymnych części duszy? No, jak?

************************

Co mi po nim zostało? Fascynował się malarstwem, sam czasem chwytał, z interesującymi efektami, za pędzel. I namiętnie gromadził albumy z reprodukcjami. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego kupić dobry album nie było wcale tak prosto. A On kupował. Na przykład luksusowe (jak na owe czasy), eksportowe wydawnictwa radzieckie.

Od zawsze (od mojego zawsze, rzecz jasna) leżały na półkach. Nikt nie bronił do nich dostępu, mimo ryzyka, jakim było znalezienie się, drogiego bądź co bądź, woluminu w rękach kilkulatka, który już to okładki nie uszanuje, już to wzbogaci reprodukcję własną kredkową twórczością, już to… strach nawet pomyśleć, co jeszcze. A malec brał album, coś tam faktycznie uszkodził, ale czego się napatrzył i nachłonął, to mu zostało na resztę życia.

Dziś część tych zbiorów należy do mnie. Szczególny sentyment czuję do jednego z tomów. The Itinerants. Pieredwiżniki. Towarzystwo Objazdowych Wystaw Artystycznych. Wydawnictwo Aurora, Leningrad, rok 1974. Jeżeli tu i ówdzie rozlegną się ciche pomruki zdegustowanych miłośników awangardy i nowoczesności, odpowiadam im po prostu: tylko jedno kryterium liczy się przy ocenie sztuki. Ona dzieli się wyłącznie na dobrą lub złą. Styl nie ma tu nic do rzeczy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWygląd obwoluty to efekt grzechów dzieciństwa. Gdyby tak człowiek wiedział wtedy to, co wie teraz… Wnętrze przetrwało na szczęście bez strat.

Wielokrotnie i od dziecka oglądane obrazy, zwłaszcza wybitne, muszą jakoś kształtować osobowość. A w moim albumie co reprodukcja, to arcydzieło. Niektóre bardzo znane. Inne mniej, albo i wcale – na nich chciałbym się skupić. Ale zacznę niekonsekwentnie, od pracy dość popularnej. Bo zawsze, ilekroć na nią patrzyłem, robiła na mnie kolosalne wrażenie. Największe spośród wszystkich zamieszczonych w książce.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Nikołajewicz Kramskoj, Chrystus na pustyni

Możliwe chyba tylko w rosyjskiej duszy pomieszanie boskiego i ludzkiego. Coś tutaj niepokoiło mnie od zawsze, ale dopiero gdy dorosłem, potrafiłem ten niepokój nazwać: toż to nie Jeszua, ale Dostojewski z twarzą napiętnowaną epilepsją i z głęboką znajomością mroków ludzkiej natury. I ta Pustynia Judzka, skalista oraz zimna! Zmrok, a może przedświt. Samotność, która aż boli.

A teraz dwa obrazy znacznie mniej znane. Każdy z nich przykuwa uwagę z osobna, ale zestawione ze sobą (jam to, nie chwaląc się, sprawił, w albumie znajdują się daleko od siebie) przemawiają jeszcze głośniej. Za jakość fotografii przepraszam: jeśli czytelnik zechce, znajdzie w Wielkiej Sieci reprodukcje lepszej jakości. Ja też mogłem, ale wtedy to by już nie była TA KSIĄŻKA…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Pietrowicz Bogdanow, Nowicjusz

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAntonina Leonardowna Rżewskaja, Wesoła minutka
(a może lepiej byłoby Chwilka wytchnienia?)

Bieda biedą, ucisk uciskiem, opresja opresją, a przecież ostatecznie zawsze decydujące jest to, co człowiek ma w sobie. Prawda? I niech ktoś spróbuje jeszcze pleść bzdury o tym, że Pieredwiżniki byli protoplastami realizmu socjalistycznego.

Na koniec jeszcze jeden obraz. Car Iwan Groźny solidnie zapracował na swój przydomek. Grozę roztaczał także wśród swych najbliższych. Zdarzyło mu się na przykład pobić brzemienną synową. Gdy zaś jego własny syn, następca tronu, carewicz Iwan stanął w jej obronie, został przez rozwścieczonego Groźnego zakatowany na śmierć. Temat sam w sobie mroczny, a gdy jeszcze dodatkowo za jego przedstawienie weźmie się Mistrz nad Mistrze… Studium miłości, nienawiści i szaleństwa. A wszystko to skupione jedynie w oczach cara.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIlia Jefimowicz Riepin, Iwan Groźny i jego syn Iwan
16 listopada 1581 roku

Zaiste, przewrotnie przywołałem ten obraz! Nie ma tu bowiem żadnej aluzji. Przeciwnie: uświadamiam sobie, że z moim Tatą nigdy się nawet tak na serio nie pokłóciłem. Nie mówiąc już o konflikcie pokoleń, wybijaniu się na niezależność, czy wyrywaniu spod przytłaczającego autorytetu. Nie było takiej potrzeby, On zawsze szanował moją wolność.
I dlatego tak bardzo mi Go brak…

Za tydzień wspomnień serdecznych ciąg dalszy.

Ptaškowa Swajźba

Tomasz Fetzki

Sprawozdanie niepoetyczne

Brudno, chłodno, ciemno i smutno. I tak od wielu tygodni. Jak długo to jeszcze potrwa? Mam dla was dobrą wiadomość! Już niedługo. 25 stycznia minęła połowa zimy. Skąd to wiem? Od Serbołużyczan. Przez całe stulecia, jako naród w przeważającej mierze rolniczy, żyli blisko przyrody i uważnie się jej przyglądali. Spostrzegli, że właśnie pod koniec stycznia ptaki, które nie odleciały do ciepłych krajów, zaczynają zaloty. Łączą się w pary. Obchodzą gody. I ani się spostrzeżemy, gdy w gniazdach zaczerwienią się lub błysną intensywną pomarańczową barwą dzioby nigdy nienasyconych piskląt. Wiosna już właściwie czeka za progiem.

Jakże nie wykorzystać takiej okazji do świętowania i radości? Toteż i od wieków Serbowie znad Szprewy i Nysy obchodzą uroczyście w ów symboliczny dzień środka zimy, 25 stycznia właśnie, łużyckie Ptasie Wesele.

Dawniej było ono szczególnie popularne na Górnych Łużycach, gdzie nosi nazwę Ptači kwas. Z czasem stało się, by tak rzec, specjalnością dolnołużycką, przyjmując tutaj miano Ptaškowej swajźby. Bawią się na nim wszyscy, ale organizuje się je głównie z myślą o maluszkach w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym.

Każdego roku świętowanie wygląda trochę inaczej, choć pewne jego elementy są niezmienne. Trochę tak, jak w naszych Jasełkach: musi być stajenka, Dzieciątko, Józef, Maryja, pastuszkowie i kolędy, ale mnogość potencjalnych scenariuszy, scenografii oraz tekstów do wygłoszenia przyprawić może o zawrót głowy. Takoż rzecz ma się z Ptaškową swajźbą: wiele szczegółów się zmienia, ale zawsze muszą być dzieci przebrane za ptaki, starosta weselny i Młoda Para z korowodem drużbów i druhen, odzianych w tradycyjne regionalne stroje. I musi zabrzmieć stara, tradycyjna pieśń. Jest ona tak piękna, że polubili ją również Niemcy zamieszkujący Łużyce. Oni także niejednokrotnie świętują dzień ptasich godów.

********************

Na prawym brzegu Nysy Łużyckiej pieśń o ptasich zaślubinach przestała rozbrzmiewać już dawno temu. Tym bardziej, że po 1945 roku zamieszkali tu ludzie, dla których to całkiem obcy zwyczaj. Jak zresztą i inne serbołużyckie tradycje. Ale własnych tradycji, jako przesiedleńcy, nie mają. Cóż stoi na przeszkodzie, by przygarnąć i uznać za swoje, stare obyczaje łużyckie? One są naprawdę piękne, a skoro mieszkamy na Łużycach…

Takimi przesłankami kierowałem się, gdy w zeszłym roku postanowiłem przywrócić Żarom dawny obrzęd. Sprawa była o tyle prosta, że pracuję jako nauczyciel. W szkole specjalnej, co nie jest bez znaczenia, gdyż Ptaškowa Swajźba, poza walorami zabawowymi i edukacyjnymi (poznawanie zwyczajów ptaków, ich nazw, przemian w przyrodzie nastających wraz z odwiecznym cyklem pór roku etc.) może być też wykorzystana w charakterze rewalidacyjnym, czyli terapeutycznym: bo to ziarenka rozsypane trzeba wyszukać i starannie wyzbierać, bo ciszę i skupienie zachować podczas obserwacji ptaków odwiedzających karmnik, słowem – czynić szereg rzeczy, które dziecku niepełnosprawnemu intelektualnie przychodzą z trudem…

Zacznijmy jednakże, tak jak się godzi, od początku. Najpierw zbudowaliśmy karmnik, a potem regularnie karmiliśmy skrzydlatych gości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAZiarno sypaliśmy do karmnika codziennie. Tak jak u Serbołużyczan, te dzieci, które w tej czynności były najbardziej systematyczne i gorliwe, zostają w nagrodę Panią Młodą i Panem Młodym.

Ptaki chętnie odwiedzały karmnik. Mogliśmy podziwiać liczne ich gatunki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAByły wróble. Jak widać, wcale nie są szarobure.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAByły też sikorki modraszki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAChętnie i tłumnie pojawiały się sierpówki czyli synogarlice tureckie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAle zdecydowanie najwięcej przylatywało sikorek bogatek. Niektóre napełniały jakimś dziwnym niepokojem, jak choćby ta na fotografii. Przyjrzyjcie się dokładnie…

SAMSUNG DIGITAL CAMERACapo di tutti capi, prawdziwy sikorkowy boss.

Dzień zaślubin zbliżał się wielkimi krokami. Trzeba się było do niego przygotować.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADzieci same wykonały weselne stroje.

A gdy nadszedł, o poranku ptaki odwdzięczyły się dzieciom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERANa parapecie przy karmniku czekały różne słodycze, zwłaszcza tradycyjna serbołużycka drożdżowa sroczka.

I już można było uroczyście świętować.

Azyl dla Nyksa

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Był taki czas, początek lat dziewięćdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego, gdy Viator na szlaku swych wędrówek po literaturze zetknął się z twórczością Isaaca Bashevisa Singera. Nie był w tym szczególnie oryginalny, właśnie wtedy wydano w Polsce większość dzieł syna Batszeby (historię Jaszy Mazura znał wędrowiec, rzecz jasna, znacznie wcześniej; i też nie było to niczym wyjątkowym).

W roku 1992 ukazał się zbiór opowiadań Singera, zatytułowany Krótki Piątek. Czemu przytacza Viator tak dokładną datę? Bo uświadomił sobie, że ostatni raz sięgnął do wspomnianych tekstów właśnie wtedy, przeszło dwadzieścia dwa lata temu! A mimo to tkwią mu one w głowie do dziś. Zwłaszcza jeden z nich, który drzemał sobie snem płytkim i niespokojnym w pamięci wędrowca. Teraz, z okazji pracy nad słowami, które Czytelnik ma przed oczyma, obudził się i zmusił do powtórnej lektury.

Ostatni demon. Opowieść o żydowskim diable, który, wysłany przez Asmodeusza z Lublina, przybywa do miasteczka Tyszowce, by sprowadzić na manowce pokuszenia młodego, pobożnego rabina. Od tamtego dnia minęło już wiele lat: cała wieczność plus jedna środa. Demon trwa na posterunku, choć w Tyszowcach, po wielkiej katastrofie, nie ma już ani jednego Żyda, nie pukają już o świcie do przedsionka synagogi. Siedzi sobie nieszczęsne diablisko na poddaszu, rozpamiętuje przeszłość, tęskni i żywi się kurzem oraz literkami z jakiejś książeczki, którą znalazł na tym swoim stryszku. Książeczka jest błaha, właściwie nawet bluźniercza, ale napisana po żydowsku. Demon wysysa litery, to jest jego strawa. A kiedy już zniknie ostania litera, ostatniemu z diabłów przyjdzie czas umierać.

Dlaczego z mocą wrócił do Viatora ten, dawno przeczytany i ciągle gdzieś w podświadomości obecny, tekst?

Bo tu jest podobnie. Na obrzeżach Łużyc, zwłaszcza na prawym brzegu Nysy, już od dawna nie słychać serbołużyckiej mowy. Nikt nie kultywuje starych obrzędów, nie obchodzi pradawnych świąt. Tak jest na obrzeżach. A w centrum? Po serbołużycku rozmawia już mało kto. A przy tym rejwach i zamieszanie. Równiny łużyckie pocięte transeuropejskimi autostradami, zryte odkrywkami kopalni węgla brunatnego. Przez Spreewald, Park Mużakowski i Branitzer Park przewalają się tłumy turystów. Gdzież mają się podziać łużyckie demony, duszki i chochliki? Viator ma pewien pomysł…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOto wieża kościoła w Kunicach, jednej z dzielnic Żar. A w tle Wzniesienia Żarskie – morena polodowcowa, najwyższy punkt Województwa Lubuskiego, a przed wojną całej Brandenburgii – 226 m. n. p. m. U podnóża Wzniesień przebiega najstarsza na terenie Polski linia kolejowa, o której Viator już TUTAJ wspominał. Budując w tak pofałdowanym terenie, musieli inżynierowie wznieść liczne nasypy i wydrążyć rowy, aby tor biegł na równym poziomie. W trakcie tych prac odkryto złoża węgla brunatnego, gliny, piasków tudzież innego kruszywa. I tak, od połowy XIX wieku, przez kilkadziesiąt lat cała okolica żyła z kopalni węgla, cegielni, fabryk ceramicznych i hut szkła. Większość tych zakładów już dawno nie istnieje. Pozostały ruiny budynków, słupy kolejki linowej dostarczającej urobek do miasta oraz kilkadziesiąt stawów i jeziorek. Dawne wyrobiska zalane wodą. A wszędzie wokół znów rośnie las.

Duchy z łużyckich legend, bajek i baśni, czarty, rusałki i inne stworzenia! Przybywajcie i zamieszkajcie właśnie tutaj! Tu nikt was nie będzie niepokoił! Tu będziecie bezpieczne!

Kto odpowie na to wezwanie? Kto zaludnia (czy raczej zabaja) serbołużycką mitologię? Nie chciał Viator udawać swego czasu historyka wojskowości ani lingwisty. Teraz nie będzie pozował na etnografa. Nie oczekuj Czytelniku systematycznego wykładu zagadnienia. Poprzestańmy na takim stwierdzeniu: postacie z mitów, legend i bajek Serbowie Łużyccy mają zasadniczo wspólne z całą Słowiańszczyzną. Choć niektóre są w ich tradycji szczególnie obecne. Ot, choćby Wodnik, znany na Górnych Łużycach jako Wódny Muž, zaś na Dolnych jako Nyks. Nie może być inaczej w krainie Szprewy, Nysy i Spreewaldu.

SAMSUNG DIGITAL CAMERANyks, czyli Wódny Muž widziany oczyma artystów z ośrodka serbołużyckiego w Sljepo, opodal Weisswasser.

Wyrobisko-znowu-wyrobiskoJak sądzisz Czytelniku? Chyba w tych cichych, śródleśnych jeziorkach (dawnych wyrobiskach piasku i gliny) Nyks będzie się czuł dobrze?

Bagno znowu bagnoZ jeziorkami ręką ludzką uczynionymi sąsiaduje bagnisko. Całkowicie naturalnego pochodzenia. Kto zamieszka na tych bagnach?

SAMSUNG DIGITAL CAMERARzecz jasna Błudnički, czyli Błędne Ogniki. Często pojawiają się w łużyckich opowieściach. A ten facet z butelką? Viator zna kilku takich, którzy mogliby zostać uznani za jego pierwowzory, takich, co to w stanie bliskim lewitacji przemierzali las między Kunicami a Szczepanowem. Ale cicho, sza! Ochrona danych osobowych…

Gdzieś pomiędzy tymi stawami, jeziorkami i bagnami, w gęstych zaroślach, może znaleźć spokojną siedzibę liczna i różnorodna gadzina z mitów serbołużyckich: żmijowi królowie, jaszczury i smoki. Dobre i błogosławieństwo niosące smoki czyli Plony. Bo te złe, ogniem ziejące, to raczej wpływ bajek niemieckich.

Gad znowu gadCzy to w wizji Měrcina Nowaka – Njechorńskiego, czy też artystów sljepiańskich, baśniowe gady wyglądają strasznie, ale w gruncie rzeczy są dobroduszne i pomagają biednym ludziom. Oczywiście, o ile się je traktuje z należytym szacunkiem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA jeśli szanowne smoki zechcą, mogą wziąć w posiadanie prawdziwe zamczysko – ruiny Wieży Bismarcka (ot, taki paradoks dziejów) na szczycie Wzgórz Żarskich. Bo niby czemu nie?

Zaś na śródleśnych polanach i na łąkach wokół lasów na pewno chętnie zamieszka Připołdnica, czyli, znana także wśród innych Słowian, Południca. No właśnie, czy rzeczywiście taka znana? Może kiedyś. Dziś o niej raczej zapomniano. Ale nie na Łużycach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Serbołużyczanie wciąż darzą respektem tą Panią. Pojawiała się około południa na polach. Biada temu, kto się na nią natknął, a przy tym nie umiał odpowiedzieć na podchwytliwe pytania, które stawiała Připołdnica. Taki nieszczęśnik niechybnie tracił głowę, uciętą sierpem upiornego gościa. Ponoć w ten sposób tłumaczyli sobie prości ludzie przypadki śmierci od słonecznego udaru.

Duchy z łużyckich bajek! Gdzie wam będzie lepiej, niż tu. Zostańcie!

Tak prosi od dawna Viator. I chyba został wysłuchany. Kto inny, niż serbołużyckie Duszki, mógłby aż tak zaczarować widok, znany z pierwszego zdjęcia? No kto?

12 Pejzaz wieczorny

Gustav Theodor Fechner – odkrywca nowych lądów

Po kilku miesiącach podróży przez Łużyce ciężko jest tak po prostu opuścić tę niezwykłą krainę. Viator ma nadzieję, że ciężko jest nie tylko jemu, ale i Czytelnikom. Dlatego pozwala sobie przedstawić tutaj kolejny łużycki tekst, który kilka lat temu zamieścił w jednym z periodyków regionalnych. Tekst udowadniający, iż niezwykła kraina rodziła niezwykłych ludzi.

A swoją drogą: to, co Czytelnik za chwilę przeczyta, jeszcze raz udowadnia prawdę, którą Viator wyraził na samym początku swej przygody z blogiem Ewy Marii – szpagat między nauką i sztuką skutkuje takimi właśnie produkcjami – miał być artykuł naukowy, a wyszły z tego bajki. Skoro zaś jesteśmy przy bajkach… Za tydzień zaprezentuje Viator ostatni tekst łużycki. I będzie to właśnie spotkanie z postaciami z bajek serbołużyckich.  

Tomasz Fetzki

Syn pastora

O takich jak on pisał Conrad: Urodził się na plebanii. Wielu dowódców pięknych statków handlowych pochodzi z tych przybytków spokoju i pobożności. (…) Mały kościółek na wzgórzu przypominał w swej omszałej szarości skałę za postrzępioną zasłoną z gałęzi. Stał na tym miejscu już od stuleci, a drzewa wokół niego pamiętały zapewne chwilę, gdy kładziono kamień węgielny. Poniżej jaśniał ciepłą barwą (…) front probostwa wśród trawników (…). Probostwo należało do rodziny już od pokoleń.

Zadziwiająca zgodność panuje między tym opisem, a wyglądem rodowego gniazda naszego bohatera. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia fakt, że nie był on, jak Lord Jim, marynarzem. Bowiem i on także odbył podróż – fascynującą, długą i niebezpieczną. Jedno się tylko nie zgadza: ojciec Gustava był zupełnie inny, niż ojciec Jima, który posiadał ową wiedzę o Niewiadomym, stworzoną dla bogobojnych mieszkańców chat i nie mącącą spokoju ducha tym, którym nieomylna Opatrzność pozwala mieszkać w pałacach. Wprost przeciwnie! Chyba po ojcu właśnie odziedziczył młody Fechner odwagę i ciekawość nowego.

1. KosciolKościół w Żarkach Wielkich

Wiele lat temu biograf Gustava Theodora napisał następujące słowa: Niedaleko Muskau, na dolnych Łużycach, należących niegdyś do elektoratu saskiego, a dziś Prus, leży wioska Groß-Särchen. Tam, 19 kwietnia 1801 r., na plebanji przyszedł na świat Gustaw Teodor Fechner. Już dziadek jego był tu proboszczem od połowy XVIII stulecia; opiekował się on troskliwie swojemi parafianami, sam zajmował się rolnictwem i udzielał porad lekarskich. Jego następcą na urzędzie był syn, ojciec naszego Fechnera. Tymczasem duch oświaty zaczął z wyżyn przenikać do szerszych warstw ludności. Ojciec Fechnera wyprzedzał całą okolicę w szerzeniu nowych idej. On pierwszy kazał zaopatrzyć wieżę kościelną w piorunochron, dawał dzieciom swoim szczepić ospę i przemawiał z kazalnicy bez peruki, co tak rozdrażniło chłopów, iż wójtowi udało się dopiero uspokoić ich przez wskazanie na to, że Pan Jezus też wygłaszał kazania bez peruki. Niestety, syn niedługo pozostał pod kierunkiem takiego ojca, stracił go bowiem już w piątym roku swego życia. Matka (…) przeniosła się do miasteczka Triebel, jej synowie zaś, Teodor i jego starszy brat Edward, który został później malarzem, wkrótce potem zamieszkali w domu Wuja, diakona Fischera z Wurzen i wraz z nim przenieśli się do Ranis w Turyngji, gdy ten ostatni otrzymał tam probostwo. Mając lat czternaście Teodor wstąpił do gimnazjum w Żórawiu, lecz gdy wkrótce potym jego matka osiedliła się w Dreznie, wrócił do rodzinnego domu, ażeby skończyć studja gimnazjalne, po czym przez pół roku uczęszczał do akademji medyczno-chirurgicznej w Dreznie, a następnie zapisał się na uniwersytet w Lipsku, ażeby poświęcić się medycynie; liczył wówczas dopiero 16 lat (K. Lasswitz, Gustaw Teodor Fechner, Warszawa 1903). Fechner nie interesuje nas jednak tylko ze względu na wybitne uzdolnienia, które zaprezentował w tak młodym wieku; nie on jeden wcześnie zaczął zdradzać zadatki na osobę wybitną. Przyjrzyjmy się dokładnie powyższemu tekstowi. Dolne Łużyce już dawno nie są ani saskie, ani pruskie. Po 1945 roku dostały się po części Niemcom, a po części Polsce. Muskau nazywa się dziś Łęknica (część niemiecka tego granicznego miasta to oczywiście Bad Muskau), Groß-Särchen noszą miano Żarek Wielkich, Triebel jest Trzebielem, a tajemniczy Żóraw to nic innego, jak Żary. Gustav Theodor Fechner był synem Ziemi Żarskiej. Jednym z najwybitniejszych. Jego zasługi dla rozwoju nauki, zwłaszcza psychologii, są niekwestionowane. Dlatego warto, aby obecni mieszkańcy tej ziemi lepiej wiedzieli, kim był ich wybitny, dziewiętnastowieczny ziomek.

2. PlebaniaPlebania – miejsce narodzin G. T. Fechnera

Wszechstronny naukowiec

Czas studiów medycznych to dla młodego Gustava okres kłopotów materialnych. Aby zarobić na utrzymanie, zajął się tłumaczeniem francuskich opracowań, głównie z zakresu chemii i fizyki. Ta działalność wpłynęła rozstrzygająco na cały kierunek jego studiów, bo dzięki nim porzucił medycynę i zwrócił się do fizyki (tamże). To jednak nastąpiło nieco później, póki co skończył medycynę, zdał bakalaureat i egzaminy doktorskie (1822), lecz nie doktoryzował się. Więcej nawet, począł odczuwać do medycyny niechęć, a przy tym nie wierzył we własne uzdolnienia w tym kierunku. Według J. E. Kuntze – jego siostrzeńca i wychowanka – Fechner mawiał: nie umiałbym otworzyć żyły, nałożyć najzwyczajniejszego opatrunku, zrobić najprostszej operacji ginekologicznej i nie tylko widziałem, że nie mam sposobności wypełnienia tych braków, lecz czułem także, iż nie posiadam do tego krzty praktycznego talentu. Chociaż więc przewidywałem, jakie trudności musiałyby mię z tego powodu niechybnie spotkać, byłbym jednak zmuszony wziąć się na los szczęścia do praktyki, gdybym nie był wciągnął się powoli do pracy literackiej, która dawała mi środki utrzymania i zarazem popchnęła mię na inną drogę (tamże).

W roku 1823 uzyskuje tytuł doktora filozofii, a pół roku później habilituje się rozprawą Praemissae ad theoriam organismi generale. Jednak tym, co pociągało go najsilniej, było doświadczalne przyrodoznawstwo; zajęcie się nim dało całej pracy Fechnera podstawę empiryczną; jego spekulacyjny umysł przejął się do głębi nowoczesnymi metodami fizyki i ta kombinacja wydała nowe i oryginalne owoce (tamże). Osiągnięcia młodego naukowca na tym polu doceniono – w 1824 roku obejmuje katedrę fizyki lipskiego uniwersytetu. Zajmował się głównie takimi dziedzinami jak elektrotechnika i optyka. Przełożył z języka francuskiego liczne dzieła z tego zakresu, przeprowadził też szereg własnych badań. Odniósł wiele sukcesów: uzupełnił teorię elektrolizy Berzeliusa, udoskonalił elektroskop Bohneberga, dokonał uogólnienia prawa Ohma. Z tych osiągnięć nauka korzysta do dziś. Efektem jego pracy był przyznany w 1834 roku tytuł profesora, a dwa lata później – profesora zwyczajnego.

Jednak nie te odkrycia zapewniły Fechnerowi trwałe miejsce w historii nauki. Jego osobowość podróżnika-odkrywcy kazała mu bowiem pożeglować w kierunku zupełnie innych zagadnień.

„Psychofizyka” czyli psychologia eksperymentalna

W XIX wieku psychologia (czyli nauka o duszy) nie istniała jako odrębna nauka – traktowano ją jako dyscyplinę filozoficzną i stosowano w jej obrębie metodologię metafizyczną, spekulatywną. Gustav Theodor, rasowy eksperymentator, nie akceptował takiego stanowiska. Zachęcony wynikami badań, jakie prowadził nad wrażliwością dotykową jego kolega – profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku – Eduard Weber, Fechner doszedł do wniosku, że możliwe jest uczynienie z psychologii nauki w pełni empirycznej (J. Pieter, Historia psychologii, Warszawa 1972). Udoskonalił i rozszerzył wyniki badań Webera, a następnie przedstawił je w formie formuły matematycznej, która głosi, że doznanie jest proporcjonalne do logarytmu bodźca (G. S. Brett, Historia psychologii, Warszawa 1969). Formuła ta znana jest do dziś jako prawo Webera – Fechnera. Ponadto uważał, że zjawiska psychiczne biegną równolegle do fizycznych (koncepcja paralelizmu psychofizycznego), a więc zjawiska psychiczne, zasadniczo niewymierne i przez to niepoznawalne, można poznawać pośrednio, mierząc towarzyszące im zjawiska fizyczne. Uznał, że nie tylko zagadnienia wrażliwości zmysłów, ale i inne formy zewnętrznego manifestowania się życia psychicznego (jak np. uwaga, wyobrażenia i wyobraźnia, sny itp.) można zmierzyć i opisać liczbowo. Na potrzeby tych pomiarów stworzył Fechner trzy metody: metodę ledwo dostrzegalnych różnic (odkrywania najniższych progów wrażeń), metodę przypadków trafnych i mylnych oraz metodę średniego błędu. Położył w ten sposób podwaliny pod utworzenie nowej nauki.

Nazwał ją psychofizyką, zaś jej założenia sformułował w takich dziełach jak Elemente der Psychophisik (1860), In Sachen der Psychophisik (1877) oraz Über die psychischen Massprincipien und das Webersche Gesetz (1887).

Gustav Fechner był prekursorem i jego dzieło nosi typowe cechy dzieła prekursorskiego: w wielu szczegółach się mylił, część jego teorii późniejsi badacze zweryfikowali negatywnie, ale zasadniczy kierunek, który nadał dociekaniom psychologicznym, okazał się słuszny. Jednym z tych, którzy przyjęli założenia Fechnera, był Wilhelm Wundt – lekarz, fizjolog i filozof, od 1875 roku profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku. Opierając się na dokonaniach Fechnera rozwinął twórczo jego myśl. Pozwoliło mu to stworzyć w 1879 roku na lipskiej wszechnicy pierwszą w świecie pracownię psychologii doświadczalnej. Była to początkowo pracownia w ramach zakładu fizjologii, ale w r. 1897 – po całkowitym uniezależnieniu i rozbudowie – podniesiona do rangi instytutu psychologicznego, również pierwszego w historii naszej nauki (J. Pieter, Historia…) Niestety, Gustav Theodor Fechner nie dożył tego dnia wielkiego tryumfu swej myśli.

Człowiek renesansu

Niespokojny charakter i niespożyte siły kazały Fechnerowi zajmować się coraz to nowymi dziedzinami. Oprócz wspomnianych już medycyny, filozofii, chemii, fizyki i psychologii, parał się też sztukami plastycznymi, teorią estetyki, krytyką literacką, poezją i satyrą. W utworach satyrycznych, podpisywanych Dr. Mises, ośmieszał zwłaszcza współczesną medycynę. Sarkastycznie opisuje tajemniczość i sztuczną powagę lekarzy starej szkoły, którym nie wolno było czegoś nie wiedzieć. Nawet wtedy, kiedy przez pomyłkę odjęto pacjentowi zdrową nogę zamiast chorej, lekarz z łatwością dowiódł, że wyzdrowienie nie byłoby nastąpiło, gdyby nie amputowano zdrowej nogi. Wobec tego wartoby w ogóle zalecać usuwanie zdrowych członków w przypadkach zasłabnięcia (K. Lasswitz, Gustaw Teodor…). Poza intensywną pracą naukową i literacką wiele podróżował (Bawaria, Szwajcaria, Francja, Austria, Włochy) i uczestniczył w pracach licznych towarzystw oraz stowarzyszeń, nie tylko naukowych. W roku 1831, gdy przez Lipsk maszerowały kolumny uchodźców – uczestników Powstania Listopadowego – Fechner, jak zresztą większość środowiska intelektualistów saksońskich, wsparł czynnie działalność Verein zur Unterstützung Hielfsbedürftiger Polen (Związku dla Wsparcia Potrzebujących Pomocy Polaków).

Tak aktywny i wyczerpujący tryb życia nie mógł pozostać bez wpływu na zdrowie. W latach 1841-1844 przeszedł ciężką chorobę oczu, połączoną z niedyspozycją układu pokarmowego. Ten smutny stan miał być dopiero zapowiedzią o wiele cięższej choroby. Wszystkie usiłowania lekarzy wyleczenia choroby ocznej okazały się płonnemi. W końcu zastosowano kurację, której Fechner omal nie przypłacił życiem; medycyna pomściła się na satyryku (tamże). Tym razem wszystko ostatecznie skończyło się dobrze, naukowiec odzyskał wzrok i powrócił do pracy. Jednak w latach 1873-1876 trzykrotnie przeszedł operację oczu.

Czas płynął nieubłagalnie. Fechner stopniowo tracił siły, ale działalności naukowej nie zaprzestał, tym bardziej, że była ona powszechnie ceniona, a jego osobę otaczano uznaniem i szacunkiem. Wielką radość sprawił Fechnerowi powszechny i żywy udział w uczczeniu 80 –ej rocznicy jego urodzin w 1881, złotego wesela w 1883 i 50 letniego jubileuszu pracy profesorskiej 3 października 1884 r. Ucieszyło go szczególnie udzielenie mu honorowego obywatelstwa miasta Lipska i powinszowanie od parafji Groß-Särchen, w której się urodził, gdzie nie znający go osobiście pastor
kazał na cześć jego bić we dzwony
(tamże).

6 listopada 1887 roku, około godziny dziewiątej, Fechner doznał ataku apopleksji (udaru mózgu). Przytomność odzyskał, ale po dwóch tygodniach, 18 listopada 1887 roku, w godzinach popołudniowych zmarł.

Lipsk bardzo szybko uczcił pamięć profesora Gustava Theodora Fechnera. W pierwszą rocznicę śmierci jego popiersie znalazło się w galerii dwunastu zasłużonych uniwersytetu lipskiego (zniszczonej podczas nalotu dywanowego w 1943 roku). Natomiast z okazji dziesięciolecia śmierci w lipskim Rosenthalu umieszczono pomnik-popiersie naukowca, ufundowane przez jego ucznia doktora P. J. Möbiusa, a wykonane przez G. Kietza. W 1940 roku pomnik ten, z powodu braków surowcowych w przemyśle wojennym, zarekwirowało wojsko. Zrekonstruowana statua wróciła na dawne miejsce w 1983 roku. Od 1900 roku jedna z lipskich ulic nosi nazwę Fechnerstraße.

Również Żarki Wielkie nie zapomniały o synu pastora Fechnera. W 1929 roku odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci Gustava Theodora, umieszczoną na ścianie żarkowskiej plebanii – w miejscu jego urodzin. Po II Wojnie Światowej tablica ta zaginęła. W Żarkach Wielkich mieszkali wtedy już inni ludzie – przesiedleńcy z Kresów – którzy nic o Fechnerze nie wiedzieli. Zresztą nikt nie miał wtedy głowy do pielęgnowania jego spuścizny, ludzie żyli innymi problemami – kto mógł zagwarantować, że za kilka lat znów ktoś ich nie wygna z nowych siedzib?

Wiele lat musiało upłynąć, zanim przesiedleńcy ze Wschodu poczuli się w Żarkach naprawdę u siebie. W końcu jednak to nastąpiło. A w ślad za tym zrodziło się pragnienie poznania historii i dziedzictwa nowej Małej Ojczyzny. Ci, którzy tu mieszkają, pragną być dumni z tej spuścizny.

18 listopada 2002 roku odbyła się uroczystość, która wiele mówi o przemianach, jakie się dokonały w ostatnich latach. Oto bowiem spotkali się dawni i obecni mieszkańcy Żarek Wielkich oraz członkowie niemieckich organizacji: „Stowarzyszenia im. Fechnera” i „Stowarzyszenia Wierni Żarom”, jak też żarskiego oddziału PTTK, aby wspólnie uczcić pamięć wielkiego żarkowianina, twórcy psychologii eksperymentalnej, profesora uniwersytetu w Lipsku – Gustava Theodora Fechnera.

Historia zatoczyła koło. Na ścianie plebanii w Żarkach Wielkich, naprzeciw świątyni, w której pastor Fechner bez peruki Słowo Boże głosił, znów pojawiła się tablica ku czci jego syna, a na niej napis w trzech językach (polskim, niemieckim i dolnołużyckim): Tu urodził się i mieszkał Gustaw Teodor Fechner (19.04.1801 – 18.11.1887). Twórca psychologii doświadczalnej, filozof, literat.

Navigare est necesse

W roku 1806 Gustav Fechner opuścił Żarki Wielkie, by wypłynąć na szerokie wody. Kolumb udał się w podróż do Indji Wschodnich; tam nie dotarł, ale odkrył więcej niż szukał, mianowicie nową część świata; dopiero potomność oceniła należycie całą doniosłość jego czynu. Że Ameryka była po drodze, to nie zmniejsza jego zasługi, odkrył ją bowiem dzięki temu, że posiadał spryt, odwagę i energję. Podobny los spotkał Fechnera, który szukał miernika dla czuć. To, co znalazł, jest może czymś innym, niż mu się zdawało, jest może czymś więcej, odkrył bowiem nową naukę – psychologię doświadczalną.

Nieważne, skąd się wypływa. Ważne, jak mocno pragnie się dopłynąć. Ważne, na ile jest się świadomym, że necesse est navigare.

Lusatia alias Vita 13

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Z Bogatyni ruszamy śladem Gwiazdy Polarnej. Z dwóch przyczyn nasza droga biegnie szlakiem południków. Po pierwsze: tak jest najwygodniej, bo tak to urządziła przyroda. Tutaj wszystkie rzeki i potoki płyną bardzo konsekwentnie z południa (biorąc swój początek gdzieś w Górach Łużyckich albo Izerskich) na północ, mijając po drodze wielkie leśne kompleksy. Dostosowując się do owego układu, ludzie budowali swe drogi – te bite i te żelazne – też w tym samym kierunku. Po drugie zaś: musimy tak się poruszać, jeśli nie chcemy opuścić Łużyc. Tydzień temu, przekraczając definitywnie Nysę Łużycką (bo incydentalnie forsowaliśmy ją kilkukrotnie, w obu zresztą kierunkach, odwiedzając Zhorjelc), podróżujemy znów po polskiej części Łużyc. A ta część ma kształt wąskiego i długiego pasa, ograniczonego na zachodzie Nysą, zaś na wschodzie Kwisą. Kwisa od wieków bowiem uznawana była za wschodnią granicę Lusatii.

Jeden z grodów wzniesionych nad tą rzeką zwie się Lubań. Choć leży na obu jej brzegach, jest miastem zdecydowanie łużyckim: przez ponad czterysta pięćdziesiąt lat należał do górnołużyckiego Związku Sześciu Miast (Zwjazk šěsćiměstow), o którym opowiadał Viator podczas wizyty w Budziszynie i w Zgorzelcu. Docieramy oto w naszej podróży do Lubania. Pozostajemy na lewym, a więc bez wątpienia łużyckim, brzegu Kwisy. Czemu więc na stacji kolejowej wita nas napis Lubań Śl.? Jaki śląski, skoro łużycki? Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację dodajmy, że ten przydomek znajdziemy wyłącznie na tablicach dworcowych – gdzie indziej miasto jest po prostu Lubaniem.

To wszystko ślady burzliwych i pogmatwanych dziejów Łužicy. Wspominał już wielokrotnie Viator, iż nieszczęsna ta kraina, nigdy nie wybiwszy się na suwerenność, bez pardonu i całkiem arbitralnie była krojona kordonami granicznymi przez kolejnych zdobywców. W roku 1815 konkwistadorem były Prusy, którym Kongres Wiedeński przyznał dużą część Saksonii, ukaranej w ten sposób za sojusz z korsykańskim uzurpatorem. Część swej zdobyczy włączyli Prusacy do prowincji Brandenburgia (tak stało się choćby z Żarami, skąd wyruszyliśmy i dokąd zmierzamy), ale większość, wraz ze Zgorzelcem i Lubaniem, wcielono do Śląska. Stąd tablica Lubań Śl., stąd Schlesisches Museum (Muzeum Śląskie) w łużyckim Görlitz – wyraz nostalgii za utraconą krainą: wszak Görlitz to ostatni skrawek Śląska, który pozostał w granicach Niemiec (zanim wyśmiejemy ową tęsknotę, przypomnijmy sobie chociażby anachroniczny przecież twór, jakim była Archidiecezja Lubaczowska – jedyny skrawek Metropolii Lwowskiej, jaki pozostał przy Polsce; może wtedy nieco się wstrzymamy z szyderstwem?) Stąd twór o przedziwnej nazwie Niederschlesischer Oberlausitzkreis (Powiat Dolnośląsko-Górnołużycki), istniejący na lewym brzegu Nysy Łużyckiej do 2008 roku. No i stąd Bory Dolnośląskie, rozciągające się na obu brzegach Kwisy.

Bory Dolnośląskie… Kilometry, dziesiątki kilometrów lasu. I rozsiane dość rzadko osady i wioski, których powstanie zwykle związane było z jakimś aspektem leśnej gospodarki. Ot, choćby Jagodzin – piętnastowieczna osada pieców hutniczych i kuźni, opalanych drewnem, którego było w puszczy pod dostatkiem. Niewiele materialnych śladów kilkusetletniej historii możemy w wiosce zobaczyć. Jednak warto się tu, z pewnego względu, zatrzymać na chwilę.

1 JagodzinBudynek w Jagodzinie. Architektonicznie banalny. Ale… Tu kwaterował w kwietniu 1945 roku sztab II Armii Wojska Polskiego. Po tym budynku przetaczał się zamroczony alkoholem generał Walter, gdy jego żołnierze setkami i tysiącami ginęli pod Budziszynem oraz Dreznem (o czym TUTAJ Viator opowiadał).

W Jagodzinie opuszczamy szosę, którą się dotąd z południa na północ poruszaliśmy. Dalej będziemy podążać przez Bory Dolnośląskie wraz z nurtem Czernej Małej – faktycznie małej rzeczki, wciśniętej między Nysę Łużycką a Kwisę i, tak jak one, płynącej z południa ku północy.

Po kilkunastu zaledwie kilometrach tej wędrówki kolejna śródleśna osada. Ta jednak miała nieco więcej szczęścia niż maleńki Jagodzin i z biegiem lat stała się siedzibą rodów hrabiowskich, panujących nad okolicą. Było tych rodów kolejno kilka (nie ma potrzeby prezentować ich dokładnie). I każdy z nich stopniowo rozbudowywał pałac. Jesteśmy w Iłowej. Mógłby się Viator skupić na opisie tego pałacu, ale po co? Jest tu coś znacznie ciekawszego.

Czy zauważył Czytelnik, że podczas naszej podróży po Łużycach co jakiś czas natrafialiśmy na niezwykłe parki i ogrody? Zaiste, Łużyce to kraina ogrodami kwitnąca! Najważniejszym z nich jest oczywiście Park Mużakowski. Ale przecież odwiedziliśmy także Ostdeutschen Rosengarten i Branitzer Park, Rhododendronpark Kromlau oraz Lausitzer Findlingspark Nochten . Każdy z nich piękny i każdy jedyny w swoim rodzaju. Wypada przeto naszą wędrówkę zakończyć wizytą w jeszcze jednym unikalnym parku.

Tuż obok pałacu w Iłowej nurt Czernej Małej rozpada się na kilka mniejszych potoków. Wśród nich posadzono drzewa oraz liczne krzewy azalii.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARomantyczny most nad jedną z odnóg Czernej Małej w parku pałacowym.
Starodrzew i krzewy rododendronów – fakt, że słabo widoczne, bo jesienią Viator wykonał to zdjęcie.

Ale nie drzewa tworzą wyjątkowy charakter tego miejsca – w Mużakowie jest ich więcej, a przy tym znacznie ciekawszych. Nie jest to też zasługą rododendronów – park w Kromlau jest pod tym względem absolutnie bezkonkurencyjny.

Cóż więc znajdziemy niezwykłego w tutejszym Parku Dworskim? Pasję. I umiłowanie egzotycznego piękna. Hrabia Fryderyk Maksymilian von Hochberg, właściciel Iłowej, a przy tym ambasador Niemiec w Japonii, był znawcą i miłośnikiem dalekowschodniej sztuki ogrodowej. Na tyle żarliwym, że postanowił przenieść choćby cząstkę azjatyckiego piękna na Łużyce. I uczynił to skutecznie w dwóch pierwszych dekadach XX wieku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOgród Chiński w Iłowej. Po renowacji prezentuje się naprawdę imponująco.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy ta brama, zwana Bramą Księżyca, ma jakieś symboliczne znaczenie? Tego Viator nie wie. Ale gdy się przez nią przejdzie, można dotrzeć do widocznej w głębi…

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…chińskiej pagody. Nie powstała ona wyłącznie z fascynacji Dalekim Wschodem, ale także z przyczyny zgoła prozaicznej: konfliktu między hrabią a jego sąsiadami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASpór dotyczył prawa do korzystania z drogi. Łaski bez – robicie problemy, to ja zbuduję sobie wiadukt, w kształcie pagody. Powstał z kłótni. Ale jego dzisiejsza nazwa to Mostek Miłości. Ot, taki paradoks. Lusatia alias Vita

Pięknie tu. Ale czas ruszać dalej! Wciąż na północ. Tym razem drogą żelazną. To najstarsza na terenie współczesnej Polski linia kolejowa. Zbudowano ją w roku 1843, a połączyła (poprzez Gubin, Lubsko, Żary, Iłowę i Węgliniec) Berlin z Wrocławiem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALinia używana jest do dziś. A wiadukt na zdjęciu znajduje się już właściwie w granicach administracyjnych Żar.

Zaczęliśmy naszą łużycką podróż w Żarach, i tutaj ją skończymy. Viator zaprasza na rynek miejski. Można tu usiąść na ławeczce Georga Philippa Telemanna i posłuchać wspaniałej, barokowej muzyki. Telemann był naprawdę zdolnym kompozytorem. Tylko miał pecha: po nim nastał Bach. A kto mógłby się mierzyć z Bachem?

8 TelemannOn natchniony i młody był… bo liczył zaledwie 23 wiosny, gdy przybył do Żar, aby pełnić funkcję nadwornego kapelmistrza hrabiego von Promnitz. Pozostał tutaj cztery lata, z przerwami na wizyty w Pszczynie, drugiej z hrabiowskich siedzib. Tam zetknął się z polską muzyką. Efekt? Koncert polski G-dur. Czytelniku, zmień się na chwilę w Słuchacza.

Można tak słuchać całą noc, wraz z Kaczarką – Łużyczanką, która żegnała nas, gdy wyruszaliśmy w drogę. Ona tu ciągle stoi. Nigdzie się nie spieszy. Nie spieszmy się i my. Smakujmy Łużyce. Smakujmy Życie…

9 Kaczarka w nocy

Lusatia alias Vita 12

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Pobyt w Zhorjelcu po raz kolejny uzmysłowił nam banalną w sumie, choć dojmująco prawdziwą okoliczność, iż nasz świat i nasze życie to Wielka Pielgrzymka. Skóra świata wciąż się zmienia, podlega (by podsumować nasze stylistyczne wprawki) ciągłej transformacji. Wszystko płynie, jak Nysa Łużycka. Lusatia alias Vita…

Ale jeśli Czytelnik chciałby zakosztować odrobiny stałości, to nie ma sprawy! Trzeba w tym celu przemierzyć jakieś piętnaście kilometrów wzdłuż Nysy. W górę rzeki. Miasteczko Ostritz, czyli górnołużycki Wostrowc, a w nim piękny, barokowy klasztor cysterek, St. Marienthal. Nawiasem mówiąc, barok to chyba najbardziej przejmujący artystycznie wyraz ludzkiego lęku przed przemijaniem. O jaką więc stałość tu chodzi? Ano, St. Marienthal nie jest takim sobie zwykłym klasztorem.

1 KlasztorSt. Marienthal w szacie barokowej. To już kolejna forma, jaką przybierał klasztor przez lata. Style się zmieniały, lecz konwent trwa.XXX

Kolejne pokolenia cysterek mieszkają tutaj nieprzerwanie od 770 lat! Przetrwały rajdy husytów, niespokojne czasy Lutra, Wojnę Trzydziestoletnią, szał sekularyzacji Fryderyka Wilhelma III, przejście Armii Czerwonej, a nawet czasy NRD – i to w strefie przygranicznej! Drogie Siostry, chapeau bas!

Gdybyśmy dalej podążali wzdłuż nurtu Nysy, dotarlibyśmy do trójstyku granic. Ale cóż to za atrakcja? Czytelnicy z pewnością niejeden taki trójstyk już w życiu widzieli. Takoż Viator: wspiął się kiedyś na szczyt bieszczadzkiego Kremenarosa, a jadąc samochodem w okolicach Longwy pogubił się do tego stopnia, że w przeciągu zaledwie kwadransa chyba z siedem razy przekraczał granice, lądując co i raz w Luksemburgu, Francji lub Belgii. Tak że to doprawdy nic nadzwyczajnego. Lecz okolica jest bardzo ciekawa. A nazywają ją Krainą Domów Przysłupowych. I leży ona właśnie na Łużycach, podzielonych granicami między trzy państwa. Tak się bowiem potoczyły losy tego zakątka Lusatii.

Nie czuje się Viator na siłach, by odgrywać rolę specjalisty w dziedzinie architektury czy historii sztuki. On jest od podziwiania domów przysłupowych. Od przekazywania solidnej wiedzy na ten temat są inni. Można, a nawet należy, skorzystać z ich pracy, na przykład TUTAJ.

Tym, co dla domów przysłupowych najbardziej charakterystyczne, jest rzecz jasna pruski mur. Tak zwany pruski. Nam w Polsce rzeczywiście przywołuje on na myśl Niemcy, ale to konstrukcja znana w całej Europie i nigdzie się jej z pruskością jako żywo nie kojarzy.

3 Rouen

Ot, choćby Rouen, stolica Dolnej Normandii. To zdjęcie wykonał Viator wiele lat temu, nie cyfrowe ci ono, lecz analogowe, stąd i problem z jakością. Ale zawartość charakterystyczna: zaułek w roueńskiej Vieille Ville. Cała Starówka jest zabudowana takimi domami. A Prusy? Daleko stąd!

Ktoś rzuciłby: no to zamiast pruski mur powiedzmy mur szachulcowy. Ale i to nie byłoby do końca prawdziwe. W szachulcu przestrzeń między belkami wypełniana jest gliną, zaś w pruskim murze – cegłami. I w ogóle domy przysłupowe to raczej konstrukcje szachulcowe… Przecież się Viator zarzekał, że nie jest fachowcem!

Ale docenić piękno tych konstrukcji potrafi. Wśród wszystkich miejscowości położonych w Krainie Domów Przysłupowych największe wrażenie zrobiła na nim Bogatynia. A miał to szczęście, że odwiedził miasto pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Mógł obejrzeć największy w Polsce i jeden z największych w okolicy zespół domów przysłupowych.

dwie BogatynieZdjęcia mają wartość archiwalną. Nie tylko z tego powodu, że są analogowe. Także dlatego, że powstały przed wielką powodzią. Bogatynia wygląda teraz nieco inaczej. Stoi tu już mniej domów przysłupowych. Strata z tych, jak to mówią, niepowetowanych.

7 sierpnia 2010 roku, wzburzony po długotrwałych ulewach potok Miedzianka (zazwyczaj cichy i łagodny), zniszczył albo uszkodził poważnie kilkadziesiąt zabytkowych domów. Większość odbudowano, ale jednak nie wszystkie. Zmienia się skóra świata, nie wiadomo, jakie jeszcze kataklizmy przetoczą się przez Łużyce. Jedź, Czytelniku, zobaczyć domy przysłupowe, póki stoją.

Lecz właściwie… czemu stoją? I to w takiej liczbie! Znak dziejów tej krainy. Przez wiele lat było to prawdziwe zagłębie tkackie: rzemieślnik miał swój warsztat na parterze przysłupowej chałupy, a mieszkał na piętrze – wszystko tu było starannie zaplanowane.

Ale skóra świata się zmieniła. Teraz też jest tutaj zagłębie, ale już nie w przenośni. Przecież jesteśmy na Łużycach! Dziś nie tkactwo, ale Kopalnia Węgla Brunatnego Turów i Elektrownia Turów zapewniają byt mieszkańcom. I to byt całkiem dostatni. Mało kto z miejscowych żałuje chyba zniszczeń, jakich przemysł dokonał w przyrodzie.

6 OdkrywkaKopalnia Turów – wielka dziura w ziemi. Ale zarobki takie, że doprawdy pozazdrościć. Lusatia alias Vita…

Z mieszanymi (jak zwykle na Łużycach) uczuciami opuszczamy Bogatynię. Kierunek północ! Zbliżamy się do kresu naszej wielkiej łużyckiej peregrynacji.

Lusatia alias Vita 11

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Wprawek w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata ciąg dalszy, albowiem dalece nie wszystko co możebne, wycisnąć nam się udało z przedrostka trans-.

Zaczęliśmy w zeszły wtorek opowieść o zgorzeleckich poszukiwaczach transcendencji, dziś nadszedł czas, by ją zakończyć. Nie jest bowiem kompletna. To, że przed oblicze Absolutu przystępowali mieszkańcy Zhorjelca zarówno na sposób rzymski, jak i wittemberski, nie jest niczym nadzwyczajnym w tych stronach. Tak się działo na całych Łużycach, czego ślady już wiele razy na szlaku naszej wędrówki mieliśmy okazję podziwiać. A gorliwi byli ci mocarze ducha, można by rzec, na zabój! Do krwi ostatniej.

Pamięć zbiorowa poszczególnych regionów i małych ojczyzn naszego kraju przechowuje tradycje już to Powstania Styczniowego, już to Listopadowego czy Kościuszkowskiego. Łużyce, jak zresztą i inne krainy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, naznaczone są chyba najsilniej wspomnieniem Wojny Trzydziestoletniej, której efekty w pewnym sensie odczuwa się tutaj do dziś. Była to, mimo wyraźnej domieszki motywów politycznych czy gospodarczych, a więc silnie doczesnych, prawdziwa wojna duchowa. Gdy żołnierze Gustawa Adolfa szli do boju śpiewając psalmy, trawił ich płomień szczerej wiary i dawał im prawdziwą moc. A że potem co nieco złupili i poturbowali okolicznych włościan, o zabawie z ich żonami i córkami nie zapominając? Cóż, prawa wojny! Pewnie i Albrecht von Wallenstein, po każdej krwawej i okrutnej rozprawie z kacerzami, najszczerzej dziękował, klęcząc przed tabernakulum, za bożą pomoc i zwycięstwo. Aleć przecież i nasz Kmicic, Jędruś, już po swej duchowej przemianie, spokojnie odmawiał różaniec przy blasku płonących osad niemieckich, a gdy krzyki mordowanych zmyliły mu rachunek, tedy zaczynał od początku, aby duszy grzechem niedbalstwa w służbie bożej nie obciążyć. Tak było, tak jest i tak, niestety, będzie. Nic się nie zmieni, nie łudźcie się, dobrzy ludkowie. Lusatia alias Vita…

A tu jeszcze, poza prawowiernymi z dwóch obozów, podążali za transcendencją samotni harcownicy – jak choćby szewc Jakub – których obie strony, tak katolicy, jak i protestanci, jako heretyków piętnowali. Ale i to nie wszystko! Z domów i świątyń Zgorzelca płyną do Przedwiecznego modlitwy jeszcze na inny sposób i w innych językach składane, z innej wrażliwości zrodzone i inaczej próbujące dotknąć Transcendentnego.

Jeśli na Śląsku, Pomorzu, Mazurach czy na Ziemi Lubuskiej zobaczycie kopuły cerkwi, obojętnie – prawosławnej czy grekokatolickiej – możecie bez ryzyka błędu przyjąć, iż to efekt Akcji Wisła, a w świątyni modlą się Ukraińcy lub Łemkowie. (Oczywiście, Viator jest świadom faktu, że to rozróżnienie wzbudza kontrowersje. Wie, iż część Łemków uważa się za Ukraińców, inni za naród całkiem odrębny; nie chcąc wszakże urazić tych drugich, nazwy obu grup przywołuje.) Tak jest wszędzie na Ziemiach Odzyskanych. Ale nie w Zgorzelcu. Tutaj Ortodoksi ród swój zazwyczaj z Hellady wiodą.

SONY DSCCerkiew pod wezwaniem Świętych Równych Apostołom Konstantyna i Heleny. Ten prawosławno-barokowy sposób wyrażania się ma swój specyficzny urok, prawda?

Na zdjęciu widać wyraźnie, że świątynia i jej otoczenie są jakby z innej bajki. Bo też mamy do czynienia z prawdziwą transplantacją. Gdzie Łużyce, a gdzie Attyka! Gdzie Grek, a gdzie Polak czy Niemiec! O Hellenach, którzy w liczbie niemal 9 tysięcy nad Nysę przybyli, uciekając z ojczyzny po przegranej w 1949 roku wojnie domowej, słyszał chyba każdy. Większość już dawno wróciła do Grecji. Dzieci i wnuki tych, którzy zostali, modlą się w małej drewnianej cerkiewce. Tak przynajmniej myślał Viator, dopóki nie dane mu było kilka lat temu o sprawach tych porozmawiać z gospodarzem świątyni, proboszczem parafii prawosławnej w Zgorzelcu, księdzem Mikołajem Bonifatiukiem. To od niego usłyszał, że owszem, modlą się tu przede wszystkim potomkowie Greków, ale wielu z nich przybywa na nabożeństwa z niemieckiego brzegu Nysy. I w ogóle, że emigracja lat czterdziestych to drugi grecki przeszczep na Łużycach. O wcześniejszym, którego istnienia dotąd wcale nie był świadomy, usłyszał Viator pierwszy raz właśnie od ojca Mikołaja.

Trzy dekady przed grecką wojną domową w całej Europie toczyła się Wielka Wojna. Grecy, jak tylko umieli, starali się zachować równy dystans pomiędzy Ententą i Państwami Centralnymi. I w wyniku tego skomplikowanego kontredansu, w okolicznościach dość niezwykłych (o których w Wielkiej Sieci więcej przeczytać możecie), 6 tysięcy greckich żołnierzy, Korpus Delta, pozwoliło się wziąć do niewoli, a następnie jako goście rządu niemieckiego i samego Cesarza, przez kilka lat wygodnie oraz spokojnie w Görlitz sobie mieszkali. Zaś po wojnie nie wszyscy wrócili na Bałkany. Zostały greckie groby na görlitzkim cmentarzu. I zostali wnukowie oraz prawnukowi, którzy modlą się w cerkwi Konstantyna i Heleny. Kto spragniony więcej się na temat tej niezwykłej parafii dowiedzieć, niech co prędzej TUTAJ zagląda!

My zaś dalej w Tworzywie dłubiemy. Transakcja i transport. Bogactwo oraz pomyślność miast w całej Europie przez wiele wieków zależały od pracy i kunsztu rzemieślników, ale jeszcze bardziej od inicjatywy i przemyślności kupców. Tak to już jest, że zawsze najlepiej zarabia pośrednik. A jeśli przypomnimy raz jeszcze, że Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dbał o to, żeby transakcje zawierano uczciwie, a transport towarów przebiegał bezpiecznie, łatwo zrozumieć, dlaczego Zhorjelc, gród tranzytu i pielgrzymów, zręcznych rzemieślników i bywałych w świecie kupców, właściwie skazany był na ekonomiczny sukces. Przy zgorzeleckiej Starówce nawet budziszyńska, choć imponująca, jawi się jako uboższa i mniej zaradna siostra. Co prawda przez kilka powojennych dziesięcioleci haniebnie ją zaniedbano, ale w ostatnich latach przeszła prawdziwą transformację: pieczołowicie odnowiona znów rozkwitła. I gdy tak się po niej włóczy Viator, czuje, jakby w jakimś transie trwał permanentnym! Popatrz zresztą sam, Czytelniku.

SONY DSC4 -5 GoerlitzBogato żyło się w Zhorjelcu, bogato się w nim spoczywało, gdy dusza translokacji w inne światy już doświadczyła. Ale w mieście Wielkiej Pielgrzymki nie sposób zapomnieć o sławetnej zgorzeleckiej gorliwości duchowej i wrażliwości na transcendencję! Nigdy nie brakło tutaj takich, którzy mieszczanom, biednym i bogatym (bogatym może nawet bardziej, bo przecież łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne…), prawdy wiary gotowi byli stawiać przed oczy wciąż i wszędzie, także na ulicach.

6 Dom BiblijnyDom Biblijny na zgorzeleckiej Starówce. Cała fasada gęsto pokryta scenami ze Starego i Nowego Testamentu. Tu akurat Grzech Pierworodny.

Czy zauważyłeś Czytelniku, że podczas naszej wizyty w Zhorjelcu kilkakrotnie przekraczaliśmy granicę państwową? Raczej nie, bo tego faktycznie się tutaj od paru lat nie czuje. Miasto jest transgraniczne, ale stanowi całość. Inną niż kiedyś, ale przez to może nawet ciekawszą. Kto wie?

Oj, poraniła historia Zgorzelec i całe Łużyce. Ale teraz przyszedł czas na to, żeby rany się zabliźniły. Najlepiej już na zawsze. No bo ile razy można tak kroić, szarpać, drzeć i przeorywać? Potrzebny nam kolejny cmentarz, taki jak ten zgorzelecki? Prawie trzy i pół tysiąca chłopców, którzy polegli w bitwie, której wspomnienie Viator niedawno przywołał, spoczywa właśnie tutaj. I może już wystarczy tego dobrego.

7 OrzelZazwyczaj patos budzi w Viatorze rozbawienie. Ale orzeł ze zgorzeleckiego cmentarza wojennego jakoś w ogóle nie nastraja do śmiechu. Przeciwnie.

Dużo czasu i uwagi poświęciliśmy miastu nad Nysą. Tak trzeba było, bo Zhorjelc to Łużyce w pigułce. Żeby jeszcze kilka kropelek wycisnąć z Tworzywa, dodajmy: tutaj specyfika i charakter tej krainy objawia się najbardziej transparentnie.

Zresztą, powoli zbliżamy się do kresu naszej podróży. Dwa-trzy tygodnie i ponownie zawitamy do Żar.
Ale przed nami jeszcze niejedno do zobaczenia.
Nie będziesz się nudził, Czytelniku!

Lusatia alias Vita 10

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Góra po to górą jest, by górowała. Samotna góra, o której opowiadał Viator tydzień temu, wyrastająca pośrodku łużyckich równin, góruje nad miastem. A wyrasta góra pośrodku równin, bo to wulkan – najprawdziwszy, choć milczący już od przeszło 30 milionów lat. Zaś miasto rozłożyło się wygodnie na obu brzegach Nysy Łużyckiej. Dumna góra Sedło strzeże Zhorjelca. Lub, jeżeli tak wam pasuje, Landeskrone wznosi się nad Görlitz. Albo, jeśli taka wasza wola, Korona Ziemi dominuje w panoramie Zgorzelca. 420 metrów nad poziomem morskich fal.

1 Panorama ZgorzelcaZhorjelc z lotu ptaka – a więc zdjęcie, rzecz jasna, pożyczone (Viator dziękuje autorom blogu bielawa-dolna.flog.pl). Na horyzoncie Landeskrone. Po prawej katedra i most na Nysie. I tam się udamy.

2 Most StaromiejskiMost Staromiejski oraz Peterskirche, czyli fara. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę.

O czymże dumać na zhorjelckim Brücke? Zaprawdę, jest o czym! A miejsce do dumania wybrane wprost idealnie. Aż się prosi, by przekuć to wszystko w literaturę. Niestety, żeby przekuć, trzeba być literatem – kowalem Słowa. Viator z szacunkiem chyli głowę przed takimi mocarzami – on sam może w tym Słowie co najwyżej podłubać. Ale, jak się nie ma, co się lubi…
Cóż pozostaje? Ćwiczyć panowie, ćwiczyć!

Mesdames et Messieurs, oto wprawki w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata.

Część pierwsza: co się da wycisnąć z prefiksu trans-?

Tranzyt. Łużyce, choć leżą w środku Europy, zawsze były narażone na przeciągi i przemarsze. Takoż Zgorzelec: etapem podróży raczej bywał, niż jej celem. Nie tutaj się zdążało, tylko tędy. Na wiele sposobów. A most, na którym stoimy, to wręcz koncentrat tej przechodniości. Lub raczej – most, który wznosił się tutaj przez kilkaset lat, aż do chwili, gdy dzień przed kapitulacją III Rzeszy wysadzili go w powietrze niemieccy żołnierze. Od dziesięciu lat stoi znowu, choć w zmienionej formie. Już od czasów Średniowiecza każdy na dobrą sprawę pątnik, który ze Śląska, Małopolski czy Wielkopolski, a potem z całej Rzeczypospolitej, ruszał do Santiago de Compostela, przechodził przez ten most. Pielgrzym był pospolitym i codziennym elementem zgorzeleckiego pejzażu. Jednym mieszkańcom miasta dawał zarobek, innych niepokoił oraz inspirował. Sami chwytali za kostur i ruszali na pielgrzymi szlak. Ten do Santiago, ów do Rzymu, jeszcze inny do Jeruzalem. Na przykład Georg Emerich, syn kupca i burmistrza (w przyszłości sam zostanie burmistrzem), a przy tym bałamutnik, który za skandale wywołane nieobyczajnymi związkami z białogłowskim plemieniem został wysłany przez szanownego tatusia do Ziemi Świętej dla odpokutowania hańby. Tenże Georg ufundował po powrocie do Zgorzelca trzy budowle, symbolizujące jerozolimskie przybytki. Najsłynniejsza to kaplica z roku 1504, o której pozwolił sobie Viator tydzień temu napomknąć. Heiliges Grab – Kaplica Świętego Grobu. Kopia tego prawdziwego, w Jerozolimie: jest tu przedsionek, jest i komora grobowa.

Owoc pielgrzymki szybko sam stał się miejscem pielgrzymek. I obiektem zazdrości; nie minęło sto lat, gdy Jakub II, opat potężnego żagańskiego klasztoru augustianów, zapragnął mieć taki skarb u siebie.

3 Kaplica Zgorzelec-ZaganMożnaby posłużyć się sakramentalną formułą: znajdź 10 szczegółów… Cudownie po latach odnaleziona Bożenka twierdzi, że kaplice różnią się jedynie ogrodzeniem. I coś w tym jest, Bożenko!

Wszakże nie tylko pielgrzymi Zhorjelc i Most Staromiejski tranzytem przemierzali. Popatrzmy na prawy brzeg. Tuż obok mostu, w centrum rozległego placu, wznosi się obelisk, bogato po barokowemu zdobiony. Jest jak najbardziej tranzytowy.

5 Slup dystansowySłup dystansowy (z oznaczonymi odległościami do poszczególnych miejscowości etapowych) Poczty Polsko-Saskiej. August Mocny musiał zapewnić efektywną komunikację między dwiema swymi stolicami: Warszawą i Dreznem. A przez Zgorzelec wiodła najkrótsza droga. Po prawdzie ten słup to rekonstrukcja, właściwie replika, lecz udana.

Ale jeśli, mimo tak zacnych powiązań, słowo tranzyt brzmi w uszach Czytelnika zbyt technicznie, a za mało literacko, skorzystajmy ze starszej formy, też oznaczającej przejście. Tyle, że między światem a zaświatami. Oto co roku trzeciego października, w wigilię śmierci Ojca Założyciela, wszyscy franciszkanie sprawują w zaciemnionych kościołach, przy świecach jeno, nabożeństwo Transitus. Viator, jak bohater Pieśni Dziadkowej Boya, też mądra jest psiajucha, z niejednej flaszki pijał, dlatego, tak jak i Dziadek, niejedno słyszał i widział swego czasu w Krakowie, w kapoceńskim kościele. A że kapucyni to wierni synowie Franciszka, przeto widział tam i Transitus. Lecz dlaczego mu się on przypomniał tak nagle na Moście Staromiejskim? Ano, był kiedyś w Zgorzelcu klasztor franciszkanów. Nabożeństwo Przejścia święcono i tutaj. Przyszedł jednak czas, gdy się chrześcijanie i tutaj pokłócili o transsubstancjację (mądra jest psiajucha – przecież mówił, he he…) Franciszkanów już nie ma, fara też służy ewangelikom.

Tak, Reformacja zwycieżyła w Zgorzelcu. Ale to nie był koniec walk duchowych. Tutaj spór o istotę transcendencji trwał dłużej i był gorętszy. Także na prawym brzegu Nysy i też doskonale widoczny z Mostu Staromiejskiego, choć nieco dalej niż słup pocztowy, w szeregu innych kamienic przy Kruczym Zaułku, niemal nad samą rzeką, stoi niepozorny budynek. To właśnie tu tajemniczy szewc z poprzedniego odcinka naszej opowieści wadził się z Najwyższym. Ale nie musi już wędrowiec o Jakubie Böhme dodawać ni słowa więcej. Przyszła mu bowiem w sukurs odsiecz skuteczna z dalekiej Australii: zajrzyjcie do komentarza umieszczonego tydzień temu pod tekstem Viatora. Znajdziecie tam niemal wszystko to, co o Fanatycznym Szewcu wiedzieć warto. No, chyba, że zależy wam na translacji jego tekstów – wtedy odwiedźcie TO miejsce.

6 Dom JakubaDom Jakuba Böhme (ten czerwony).

Uwierz, drogi Czytelniku, próbował Viator zmieścić się ze swoimi literackimi wprawkami w jednym odcinku. Ale się nie udało! Dlatego jeszcze raz prosi Cię o cierpliwość, która (nie zapomnij o tym) uszlachetnia. Za tydzień dłubania w Słowie, odkrywania Zgorzelca i Twego uszlachetniania ciąg dalszy. Do usłyszenia!

Lusatia alias Vita 9

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Już sporo wody spłynęło nurtami Lubszy, Nysy i Szprewy, odkąd Viator (który wówczas jeszcze nawet nie nosił tego miana) skarżył się Czytelnikowi, iż trwać musi w niewygodnym szpagacie między nauką i sztuką (TU). W dniach teraźniejszych zwyciężyła nauka. I gdy Czytelnik we wtorkowy ranek lub przedpołudnie zasiada do lektury tego tekstu Viator, ukryty pod maską Prelegenta, produkuje się na pewnej konferencji. Wcześniej zaś musiał się do swego wystąpienia solidnie przygotować, co wymagało zaangażowania uwagi, ale przede wszystkim czasu. Miał więc trzy możliwe wyjścia z sytuacji, w jakiej się przez to znalazł: primo – w ogóle nie pisać odcinka opowieści o Łużycach (tego ani Czytelnikom, ani Ewie Marii uczynić nie chciał), secundo – poświęcić jakość tekstu, tertio – poświęcić jego objętość. Zdecydował się na rozwiązanie trzecie. Będzie krótko, ale zajmująco, miejmy nadzieję. Suspens i zagadka. Aby zaostrzyć apetyt przed kolejnym odcinkiem. Jako rekompensatę za tydzień obiecuje Viator wystawną ucztę, godną tego wzmożonego apetytu!

*************************

Opuszczamy rankiem mury Budyšina, kierując się na wschód, na spotkanie słońca. A że Łużyce to ziemia czarowników i mistyków, przeto wszystko zdarzyć się może takiego dnia. Ktoś wyszeptał zaklęcie. Jest początek siedemnastego wieku, któreś z jego pierwszych dwudziestu lat – nieistotne, które dokładnie. Viator, jak na ubogiego pątnika przystało, idzie pieszo (mógłby dodać, że boso i z kosturem w ręku, ale po co błaznować?) A Czytelnik nie odmówi mu przecież swej kompanii… Do pokonania mamy trzydzieści kilometrów, musielibyśmy się postarać, aby zdążyć do kolejnego miasta przed zapadnięciem zmroku. Ale po co pośpiech? Trakt jest bezpieczny, wszak Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dba o to, aby nie grasowali tu żadni zbóje. Wokół lasy, strumienie, pola malowane zbożem rozmaitem… Po co się spieszyć? Jedyne, co nam grozi, to nocka spędzona sub Iove frigido. Nie pierwsza i nie ostatnia na pielgrzymim szlaku.

Toteż i nie spieszy się Viator. Maszeruje powoli, co i raz spogląda w prawo, gdzie na horyzoncie rysuje się ciemne i majestatyczne pasmo górskie, a wędrowiec kocha góry. Im więcej drogi we wschodnim kierunku pokona, tym wyraźniej widzi, jak wprost przed nim, pośród rozległej równiny, wyrasta jeszcze jedna, samotna góra, ostrym szczytem kłująca niebo. Tą swoją samotnością, osobnością intryguje. Viator zapatrzył się na nią i… stało się. Zmrok zapadł. Wędrowiec nigdzie już dziś nie dojdzie. Siada więc i, jak na romantyka przystało, patrzy na gwiazdy i słucha ciszy.

1 LandeskroneTajemnicza, samotna góra… Za tydzień odkryje swój sekret.

 A kilka kilometrów stąd, w małej izdebce, za drewnianym stołem, zasiadł prosty, ubogi szewc. Po całym dniu ciężkiej pracy i starań o chleb powszedni zajmuje się tym, co naprawdę ważne. Może siedzi w ciemności, pogrążony w modlitwie, albo i w mistycznej wizji. A może w migotliwym blasku kaganka zapisuje to, co usłyszał od aniołów.

Prostaczek bez żadnych szkół ani nauk takie słowa w górze usłyszał: Jeśli jest tak, że tylko powierzchownie panujesz nad wszelkim stworzeniem, wówczas ze swoimi chęciami i panowaniem należysz do zwierzęcego rodzaju i znajdujesz się tylko w niedoskonałym, przemijającym panowaniu. W zwierzęcą istotę wprowadzasz także twoje pożądanie, zarażasz się nią i jesteś w niej uwięziony, otrzymując również charakter zwierzęcy. Lecz jeśli jest tak, że porzuciłeś ten niedoskonały charakter i panujesz nad wszystkimi stworzeniami w otchłani, z której są one stworzone, to nic nie może ci zaszkodzić na ziemi, bowiem jesteś podobny do wszystkich rzeczy i do niczego nie jesteś podobny.

Takie oto przesłanie musi ogłosić rodzajowi ludzkiemu: To jest tak, że miłość może w tobie zapalić ogień. Wtedy poczujesz, jak spala się twoja jaźń a zatem cieszy się wtedy wielce twoim ogniem, że raczej pozwoliłbyś się zabić niż znowu wstąpić w twoje coś. Także jej płomień jest tak ogromny, że nie odstąpiłaby od ciebie, acz dotyczy to twego doczesnego życia, tedy idzie z tobą w swych płomieniach do śmierci. I gdy udajesz się do piekieł, niszczy piekło ze względu na ciebie.

Co to za ziemia, która rodzi takich szewców? Cóż to za szewc, który z Panem gadał? Co go ku niebu pociągnęło: tajemnicza samotna góra, czy może pewna kaplica? I co to za kaplica, którą jeden z ziomków szewca wzniósł tutaj po wyprawie do Ziemi Świętej? o i jak to możliwe, że bogate miasto, wręcz personifikacja mieszczańskiej stabilizacji, naznaczone jest po wielokroć i na różne sposoby duchem pielgrzymstwa? Jakie to miasto? Czytelniku, czekaj cierpliwie, a stokrotnie nagrodzony zostaniesz! (A jak bardzo chcesz wiedzieć już i natychmiast, to zajrzyj do komentarzy – przyp. EMS)

2 KaplicaW niecierpliwym oczekiwaniu na Jeruzalem niebieskie wzniesiono tę kaplicę.

Lusatia alias Vita 8

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Z Kulowa droga na południe wiedzie wśród rozległych pół uprawnych. A na horyzoncie coraz wyraźniej rysują się dwa pasma górskie: Góry Łużyckie oraz Połabskie. Wymarzona sceneria dla stolicy Hornjeje Łužicy. Piękna kraina! Trzeba jednak pamiętać, że te urocze, sielskie krajobrazy, stały się ostatnim ziemskim widokiem, jaki oglądało kilkanaście tysięcy polskich żołnierzy.

Ale pierwszy był książę Bolesław który, jak wspominał Viator na początku naszej wędrówki, …autem Luzici, Zara et Selpuli denuo occupat. Kilka razy zresztą tracił i odzyskiwał, aby zdobyć ostatecznie w roku 1018, co jak niepyszny uznać musiał sam cesarz Henryk II, zawierając z Chrobrym właśnie tutaj sławetny Budyski měr, czyli Pokój w Budziszynie. A kilka dni później w warownym grodzie Chóśebuz, który na mocy traktatu także stał się jego własnością, Książę Polan pojął za małżonkę Odę, córkę margrabiego miśnieńskiego Ekkeharda I. Takie to w tamtych czasach bywały rękojmie dopełnienia podpisanych umów…

Można powiedzieć: pełen sukces! Co prawda Milsko i Łużyce tylko czternaście lat pozostawały pod polską zwierzchnością i po śmierci mieszkowego syna odpadły od naszego kraju, ale sam Bolesław, wraz ze swą armią, mógł się w sposób całkowicie uzasadniony uważać za tryumfatora. Zaiste, Chrobry był – na swój przydomek w pełni zasłużył.

Kiedy niemal tysiąc lat później polscy żołnierze po raz drugi pojawili się na Łużycach, nie mieli już tyle szczęścia. 2 Armia Wojska Polskiego, forsując 16 kwietnia 1945 roku Nysę, rozpoczęła swój udział w Operacji Łużyckiej. A dowodził nią generał Karol Świerczewski. Dowodził, według niezwykle trafnego i upowszechnionego określenia jednego ze swych podwładnych, w pijanym widzie. Bo też faktycznie nie trzeźwiał ani na chwilę. Przeto i manewry polskich oddziałów przypominały taniec pijaka. Viator swego czasu skutecznie wymigał się od odbycia zasadniczej służby wojskowej, dlatego nie będzie się wysilał na fachowy opis walk, bo nie posiada ku temu żadnych kwalifikacji, zresztą o informacje takie w Wielkiej Sieci łatwo. Aby jednak Czytelnik mógł sobie wyrobić opinię o tych wydarzeniach, poda wędrowiec krótki oraz plastyczny, jak mu się wydaje, opis.

Oto Armia, ponaglana rozkazami Waltera, parła na Drezno. Nie pomyślano o jakimkolwiek rozpoznaniu lub ubezpieczeniu skrzydeł, dlatego polskie oddziały rozciągnęły się w kolumnę, na kształt węża, o długości niemal osiemdziesięciu kilometrów. Właściwie nie był to wąż, tylko dżdżownica. Ślepa i bezbronna. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że na południe od tej kawalkady, złożonej w znacznym stopniu ze świeżo przeszkolonych i kiepsko wyposażonych rekrutów, dowodzonych przez nielubianych radzieckich oficerów, przyczaiły się zaprawione w wielu bojach, bitne i zdeterminowane dywizje pancerne Grupy Armii Mitte feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Ich determinacja była naprawdę wielka: oficjalnie szli na odsiecz Berlinowi, ale naprawdę zrobiliby wszystko, aby dotrzeć do oddziałów amerykańskich i przed nimi złożyć broń, unikając niewoli sowieckiej.

Nieszczęsną dżdżownicę, począwszy od 21 kwietnia, rozcinały na kawałki potężne uderzenia z flanki. A potem każdy z tych kawałków był metodycznie i bezlitośnie niszczony. Najbardziej krwawe okazały się walki na przedpolach Budyšina. W sławnej ponurą sławą Dolinie Śmierci opodal wioski Chrósćicy 26 Pułk Piechoty stracił 75% stanu osobowego! A w całej Bitwie pod Budziszynem 2 Armia utraciła kilkanaście (według niektórych źródeł nawet 25) tysięcy żołnierzy. Tylko w Kampanii Wrześniowej i w Powstaniu Warszawskim polskie straty były większe.

A wojna skończyła się kilka dni potem… Los jest okrutny, ale ludzie mu nie ustępują: jakby na ponure urągowisko degenerat Walter otrzymał awans na stopień generała broni, a bitwa przez wiele powojennych lat była przedstawiana jako Wielki Tryumf Polskiego Oręża.

1 Pomnik Dolina SmierciChrósćicy (Crostwitz). Pomnik polskich żołnierzy w Dolinie Śmierci.

Wielkie było tylko bohaterstwo prostych żołnierzy. I wielka była ich krzywda, przywołany już okrutny los nie oszczędził im niczego. Kilka kilometrów od Chrósćicy znajduje się maleńka osada o nazwie Hórki (czyli po niemiecku Horka, czasem mylona z inną miejscowością o tej nazwie, Horką pod Görlitz, znaną kolejową stacją przesiadkową), gdzie Niemcy wymordowali w całości polski szpital polowy – około 300 rannych oraz personel.

2 Pomnik z napisem luzyckim

XXX

W Chrósćicy znajdują się tablice poświęcone zarówno poległym w walce, jak i tym z Hórki i innym, bestialsko zamordowanym. Napisy na nich są polskie, niemieckie oraz serbołużyckie.

Lusatia alias Vita… Skoro wspomnieliśmy o Hórce, nie możemy pominąć milczeniem innej okolicznej wioski. Delnja Kina (Niederkaina), od kilkunastu lat dzielnica Budyšina. Podczas kwietniowych walk doszło tam do innej, nieco tajemniczej, zbrodni. Około 200 mężczyzn, kompania Volkssturmu, zostało zamkniętych w stodole i spalonych żywcem. Tablica pamiątkowa nie wskazuje wyraźnie sprawców tego wydarzenia, winę powszechnie przypisuje się funkcjonariuszom Smierszu (Smiert’ szpionam – sowieckie oddziały likwidacyjne w ramach kontrwywiadu wojskowego). Ale od czasu do czasu pojawiają się, jakby rzec, sugestie? domniemania? iż w morderstwie brali udział także polscy żołnierze. I wtedy na internetowych forach historycznych odżywają zażarte dyskusje, w których przytacza się liczne argumenty za i przeciw. Jednak żaden z nich jak dotąd nie rozstrzygnął sprawy ostatecznie. Także i Viator nie śmie rozstrzygać. Nie w tym rzecz. Chodzi o problem znacznie bardziej zasadniczy: popełniali Polacy zbrodnie wojenne czy nie popełniali? Są tacy patrioci, którzy samo stawianie tego pytania traktują jako zdradę, nie dopuszczają nawet cienia takich myśli do swych głów. Patriotyzm Viatora jest widocznie innego rodzaju. Uznanie istnienia zła i nazwanie go po imieniu jest chyba lepszym rodzajem miłości Ojczyzny? Bo pozwala coś zmienić, coś naprawić, za coś przeprosić… Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli! O ile to rzeczywiście prawda, a nie oszczerstwo wyssane z brudnego palucha, jak bajeczka o zamordowaniu przez zdobywców Monte Cassino rannych Niemców, którzy pozostali w ruinach klasztoru.

Bo są rzeczy, których się usprawiedliwić, mimo najszczerszych chęci, nie da. Gdybyż to jeszcze byli esesmani, których postawiono pod mur! Ale pospolite ruszenie? Emeryci, renciści i smarkacze? Spaleni żywcem? Ktokolwiek to uczynił, był zbrodniarzem. Po prostu.

Niemal wszyscy ukrywają gdzieś w głębi sumienia jakieś zdarzenie, które nigdy nie powinno było się wydarzyć. Ale się wydarzyło i każde jego wspomnienie wznieca falę piekącego wstydu. Błogosławieni, którym nie było dane tego doświadczyć! W każdym drzemie bestia. Wystarczą jedynie sprzyjające okoliczności, by się obudziła. Żadna religia, żadna narodowość, żadne ideały nie są w stanie skutecznie zaimpregnować przeciw złu… Lusatia alias Vita…

Warto o tym pamiętać. Warto od czasu do czasu wspomnieć chłopców, którzy polegli kilka dni przed końcem wojny. Oni nie weszli do Budyšina. My wchodzimy.

Budyšin – miasto siedemnastu wież. O tym Viator nie wiedział. Na szczęście jest Bożenka. Cudownie po latach odnaleziona Bożenka, która mu to uświadomiła. I wciąż życzliwie, choć wymagająco, recenzuje literackie usiłowania wędrowca. Bożenko, Viator serdecznie Ci dziękuje!

3 Panorama Budziszyna Budyšin na wysokim, skalistym brzegu Szprewy. Widok z mostu. Viator tam stał, ale gdzieżby ze swoim sprzętem fotograficznym mógł wykonać taką panoramę! Pożyczył ją u cioci Wikipedii.

Chóśebuz, jako ośrodek przemysłowy i węzeł kolejowy, został zniszczony przez alianckie bombowce. Budziszyńska Starówka, jak widać, ocalała.

Nie ma potrzeby, a po prawdzie i sensu, aby Viator szczegółowo opisywał liczne zabytki stolicy Górnych Łużyc. Inni już to zrobili, i to znacznie lepiej – poszukajcie w Wielkiej Sieci. Znajdziecie tam też informacje o instytucjach serbołużyckich. Serbski dom, będący siedzibą kilku wendyjskich organizacji i stowarzyszeń, Němsko-Serbske ludowe dziwadło – dwujęzyczny teatr, Serbski ludowy ansambl, czyli ichni zespół Mazowsze, Ludowe nakładnistwo Domowina, wydające liczne serbsko– i niemieckojęzyczne publikacje oraz Serbski muzej z bogatymi zbiorami. Lista wciąż niepełna. Budziszyn to autentyczne centrum kultury Serbów Łużyckich.

Viator może jedynie pokazać to, czego zwykle się w publikacjach turystycznych nie znajdzie. Szczegół. Detal. Który przepuścił dodatkowo przez pryzmat własnej wrażliwości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA                                                               Polski ślad: herb Rzeczypospolitej w korytarzu Bramy Macieja (Korwina, rzecz jasna), broniącej dostępu do zamku – Ortenburgu. Upamiętnia pobyt w mieście króla Zygmunta Starego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPo drodze na dziedziniec zamkowy nie przeoczcie tego widoku: dom sędziego.

W latach 1346 – 1815 Budyšin, wraz ze Zhorjelcem, Žitavą, Lubaniem, Kamjencem i Lubijem, tworzył Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast – taką jakby Hanzę w miniaturze. Przynależność do tej organizacji, chroniącej interesy kupców i rzemieślników, zapewniła mieszczaństwu budziszyńskiemu bezpieczeństwo oraz dostatek. Ślady dawnej świetności można napotkać niemal na każdym kroku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Nie tylko Związkowi Sześciu Miast zawdzięczał Budziszyn swój rozwój. Także rozsądek i umiejętność współpracy mieszkańców przyczyniły się do niego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACharakterystycznie załamana nawa Katedry św. Piotra. Świątynia nieprzerwanie od czasów Reformacji służy jednocześnie katolikom i protestantom, którzy się nią zgodnie podzielili. Można? Można! Ewenement na skalę całych Niemiec.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABarokowa płaskorzeźba wieńczy bramę wiodącą na dziedziniec pałacu biskupiego. Mieści się tam też ciekawe muzeum katedralne.

Żal opuszczać Budyšin. Ale Łużyce wciąż czekają! Za tydzień odwiedzimy jeszcze jedno spośród sześciu miast Zwjazka. Jednak wcześniej, bo już za trzy dni, Ewa Maria Slaska i Urszula Usakowska-Wolff, zapraszają na spotkanie z poezją łużycką, z którą obie  zetknęły się, między innymi, dzięki wizytom właśnie w Budyšinje. Widzieliśmy budowle z kamienia, poznajmy także te wzniesione z słów. Serbołużyckich słów.

11 Tablica dwojezyczna