Z życzeniami po raz drugi

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
przed kilkoma dniami usłyszałem dzwonek przy drzwiach do naszego mieszkania.
Poszedłem zobaczyć, kto zacz; na wycieraczce stał, nerwowo przebierając nogami, nieśmiały Дед Мороз.
Serce zabiło mi mocniej, wszak nie widzieliśmy się od 1918 roku, oczy zaszły mi mgłą i zaiskrzyły radością. Rzuciliśmy się sobie, my, bracia Słowianie, w ramiona.
Zaprosiłem дедкa do mieszkania i przystąpiliśmy do dzieła. Ponieważ jesteśmy już starsi i spirytus by nas zabił, wódka też już nie dla nas, raczyliśmy się przednimi winami włoskimi i francuskimi.

dabrowskixmas (1)
Дед Мороз spytał mnie, czy wiem co u niego? Ze wstydem wyznałem, że nie wiem. Na to on, że pozostał wierny swemu powołaniu, (mimo, iż po rewolucji w 1917 wyrzucono go z rodu Mikołajów), że nadal roznosił prezenty, białym i czerwonym, w święta katolickie, ortodoksyjne a także komunistom w Nowy Rok. Teraz, kiedy w Rosji zwyciężyła kontrrewolucja i ponownie przywrócony został kapitalizm, i to w tym XVIII wiecznym „manczesterskim” wydaniu, chciałby ponownie wrócić do Międzynarodowego Niezależnego Samorządnego Związku Świętych Mikołajów. Niestety faszyści na Ukrainie pokrzyżowali mu plany. Teraz wszyscy mają go za „putinowca” i odwracają głowy na jego widok. Roznoszenie prezentów przestało sprawiać mu przyjemność i postanowił przejść na emeryturę.
A już chciał się przeprosić z батюшкaми i nawrócić na łono cerkwi oraz zarzucić swój ateizm. Nawet po pijanemu stał się agnostykiem.
Niekiedy tylko, gdy w „ti-wi” oglądał reportaże z różnych uroczystości cerkiewnych, podczas których w jednym szeregu stali obok siebie Putin (dawny agent КГБ) oraz батюшки, którzy jeszcze nie tak dawno stali na liście płac ВЧК, НКВД oraz КГБ, (chociaż ci co współpracowali z tą pierwszą organizacją, już prawie wszyscy wymarli, tych drugich też coraz mniej, ale ci z listy płac tej trzeciej organizacji dalej są liczni i porobili kariery), dostawał odruchów wymiotnych.
Następnie dziadeczek spytał co u mnie, a ja – że u mnie powoli i też zostałem dziadkiem.
Na co Мороз, że śledził moje dzieje, jak pod koniec lat siedemdziesiątych podkładałem nogę pod rozpędzony parowóz historii dziejów, jak się szamotałem na emigracji, że czytał polskie, niemieckie i duńskie recenzje z moich wystaw i że wie, jak mnie ostatnio jedna стара блать okradła.
Ja na to, że to się zgadza, i że mnie za to nie przeprosiła, a później ponownie okradła.
Na to dziadeczek Мороз: no widzisz, pójdź za moim przykładem i tez idź na emeryturę. Następcę już masz, urodził się tobie wnuk i niech on się teraz martwi. U mienija na Syberii, nad jej świętym morzem Bajkłem, небольшaйa баня, przyjedziesz, mam шампанское и игристое i wkoło tam игривыйe девочки. Dawaj papier i coś do rysowania.
Dałem mu szary papier, piórko, pędzelek oraz tusz i Dziadeczek Mróz szybko wyczarował jedną z tych diewoczek. Na ten rysunek postawił butelkę i mówi: teraz ją wypijemy a ty się w tym czasie zastanów czy pójdziesz za moim przykładem.

dabrowskixmasNo i postanowiłem: koniec!, pierdolnę wszystko!!, niech się inni martwią!!!, i co mi tam tego!!!!
Od teraz: żadnych życzeń świątecznych ode mnie, żadnych prezentów od mnie, co najwyżej – życzenia noworoczne, które wam teraz z okazji 2015 roku już składam.

Następnie mówię do dziadka, ponieważ lubię czeską kulturę, czeskie piwo i literaturę, kocham Hrabala, czeski film, becherovkę (tu się roztkliwiłem) i pasjonuje mnie ichni surrealizm, uwielbiam Havla, (mam nawet na wydaniu jednego z jego dramatów autogram z narysowanym przez niego własnoręcznie, małym czerwonym serduszkiem – tu się wzruszyłem na wspomnienie tego naszego spotkania), może by tak spowodować aby do bani na Syberii przybył także Svatý Mikuláš, to wszakże też Słowianin. Zaprosić go, kurwa! Na co Мороз: „gute Idee!!!”

No i na tym stanęło.

Już nie Wasz Mikołaj – Ryszard – Richard – Riccardo.

P.S. Do powyższych antyżyczeń zainspirowało mnie:
– przypadkowe spotkanie w Szczecinie, w dniu 12.12.14, ze starym znajomym (E. K.), prawnikiem, który podczas festiwalu „S”, również spiskował i podstawiał nogę pod rozpędzony parowóz historii dziejów. Nie widzieliśmy się ponad trzydzieści lat i ze wzruszeniem padliśmy sobie w ramiona, my stare siwe dziadki, oraz wypiliśmy kilka kieliszków wina,
a także:
– antywstęp Jurka Jurczyka, do katalogu zbiorowej wystawy szczecińskich fotografów „old bojów”, we wrześniu tego roku, w której i ja miałem zaszczyt oraz przyjemność uczestniczyć.

Tu stwierdzam, że się starzeję i staję melancholijny; czy to wada, czy zaleta pozostawiam to Waszej ocenie.
Do tego pisma oraz zawartych w nim stwierdzeń przyłącza się i potwierdza je własnym imieniem:
Grażyna – Gracjana, w marcu 2015 roku minie 40 lat jak stoi u boku Mikołaja. Dla niej też już czas udać się na zasłużoną emeryturę.

Podwieczorek mistrzów

Ia-wroblewskiRyszard Dąbrowski

Szanowni Państwo,

w imieniu moich kolegów oraz własnym zapraszam na zbiorową wystawę fotograficzną pt: „Mistrzowie mistrza”.  W wystawie uczestniczą Zbigniew Wróblewski, Zdzisław Sienkowiec, Janusz „Sławek” Piszczatowski, Zdzisław Pacholski, Mariusz Hermanowicz oraz Ryszard Dąbrowski. Najstarszy z nas liczy 78 lat, najmłodszy 64.

To oni przed laty na zdjęciu Zbigniewa Wróblewskiego

 

Otwarcie wystawy będzie miało miejsce 5 września tego roku w szczecińskiej galerii fotograficznej FOTART, ul. Monte Cassino 5,  o godzinie 18.

Idea wystawy

Gdy człowiek osiąga pewien wiek, w którym powoli zaczynają umierać jego koledzy oraz przyjaciele, zaczyna z pewną nutką nostalgii patrzeć na swoje życie, swoją odległą przeszłość i bliską przyszłość.

Jak twierdzą socjolodzy, neurolodzy oraz psychoanalitycy, o tym kim i czym się jest, w 50 procentach decydują geny a w pozostałych kształtują nas szkoła, otoczenie, znajomi i przyjaciele.

VIb-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Oprócz fotografii, która jest naszą pasją, łączy nas także i to, iż kiedyś w „zamierzchłych” czasach, członkowie tej grupy, byli moimi pierwszymi „nauczycielami”. Wspierali mnie radami lub krytyką oraz byli mi pomocni w działaniach fotograficznych.

Nas pięciu żyjących oraz jeden „nieobecny”, ale usprawiedliwiony, postanowiło zrobić wystawę fotograficzną, na której przy pomocy zdjęć i słów chcemy samookreślić i współokreślić nas samych jako przyjaciół i fotografów.

Ta wystawa to sześć indywidualnych prezentacji, powiązanych ze sobą czasem i miejscem.

IIb-sienkowiec IIa-sienkowiecZdzisław Sienkowiec

Jest to także nasz przyczynek do oficjalnych obchodów 175-tej rocznicy wynalazku fotografii, świętowanych z okazji ogłoszenia szczegółów tej technologii w dniu 18 sierpnia 1839 roku w Paryżu.

Jednakże już wcześniej, bo w 1822 roku, Francuz Joseph Nicéphore Niépce wykonywał swoje pierwsze heliografie. Jego najstarsze zachowane „zdjęcie” powstało jesienią 1826 roku w efekcie ośmiogodzinnego naświetlania. Zrobione ono zostało z okna pracowni w Le Gras i przedstawia okoliczne dachy.

Pierwszego człowieka, a właściwie dwóch – czyściciela butów oraz jego klienta, w maju 1838 roku, sfotografował całkiem przypadkowo Louis Jacques Mandé Daguerre, poprzez naświetlanie przez 10 minut widoku z okna swojej pracowni w Paryżu. W prawie wszystkich opisach tego zdjęcia, wzmiankowany jest jedynie mężczyzna, któremu czyszczono buty, a czyścibut pomijany jest milczeniem. Jakże dobitnie ten powszechnie spotykany opis, wzmiankowanego tu dagerotypu, uwidacznia ówczesny, oraz z krótkimi przerwami trwający do dzisiaj, klasowy podział społeczny.

Później fotografia była już wszędzie, podczas wojen i rewolucji, wypadków i morderstw, urodzin i śmierci, pod wodą i w kosmosie, w brzuchu ciężarnej kobiety, w bijącym sercu, a nawet we wnętrzu organicznej komórki. Fotografia zrewolucjonizowała także malarstwo i rzeźbę oraz pchnęła je w kierunku abstrakcji i formalnych poszukiwań.

Obecnie aparat fotograficzny ma już każdy, niektórzy nawet kilka, a ci co ich nie posiadają robią zdjęcia komórką czy nawet zegarkiem albo okularami.

Ciekawe jak za następne 175 lat będzie się dokonywać rejestracji rzeczywistości otaczającej człowieka. Oczywiście przy założeniu, że ludzkość przeżyje kolejne dwa wieki…

Już po wybraniu zdjęć do naszej wystawy, skonstatowałem, iż w większości z nich przewija się motyw przemijania i śmierci.

Ib-wroblewskiZbigniew Wróblewski

I tak Zbyszek Wróblewski pokazuje grupowy portret kilkorga zmarłych kumpli oraz zdjęcia z rozruchów ulicznych w grudniu 1970 roku w Szczecinie, podczas których zginęło 16 osób.
Zdzisław Sienkowiec prezentuje zdjęcia Stoczni Szczecińskiej, która po ponad 160 latach istnienia bezpowrotnie zniknęła z mapy miasta.
Sławek Piszczatowski atakuje zdjęciami ciał nagich kobiet, poddawanych nieubłaganym prawom natury, które w niektórych kulturach są alegorią i apoteozą śmierci.
Zdzisław Pacholski dał zdjęcie Dorotki, wykonane na rok przed jej tragiczną śmiercią oraz filozoficzną multiplikację czaszek ludzkich.

IVa-pacholskiZdzisław Pacholski

Ja natomiast, Ryszard Dąbrowski, prezentuję ostatnie zdjęcie wykonane przez człowieka, krótko przed tym, zanim wymarło 90% populacji homo sapiens.

VIa-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Prace te uzmysławiają nam, iż gdzieś tam, za którymś rogiem, czyha na nas, zręcznie posługujący się mieczem Damoklesa oraz niekiedy także i kosą, mistrz nad mistrzami…

***

Znakomity wstęp, ale jako redaktorka zawahałam się z lekka nad końcową wypowiedzią Autora. Mistrz nad Mistrzami? Kto – śmierć? Po niemiecku, oczywiście, ale po polsku. To znany problem, bo co tłumacz miał zrobić z powieścią Brat snu Schneidera? Przecież ewidentnie powinna była się tu pojawić Siostra snu.

Jerzy Jurczyk tak skomentował to zdanie:

Emigracja wykorzenia! Jesteś, Ryszardzie, wymownym tego przykładem. Wprawdzie sercem pozostałeś po wschodniej stronie Odry, lecz językowo przeflancowałeś się już wyraźnie na pruskie podglebie Bramy Brandenburskiej, bowiem śmierć nazywasz mistrzem, a nie „mistrzynią”. To prawda, że po niemiecku „der Tod” jest rodzaju męskiego. Jednak w języku polskim – podobnie jak we włoskim – śmierć jest rodzaju żeńskiego. Świadczy to, że w zbiorowej podświadomości Słowian, jak też – hedonistycznie doceniających uroki życia doczesnego – mieszkańców krajów basenu Morza Śródziemnego, śmierć jako postać kobieca ma o wiele mniej złowieszczą konotację, niż np „Jeźdźcy Apokalipsy” Albrechta Dürera. Zauważmy, że w polskim teatrze ludowym śmierć jest nazywana bardzo poufale i niemal pieszczotliwie „śmiertką”, jakby można było się z nią zaprzyjaźnić i spokojnie gwarzyć o przemijaniu.

Od Lizbony do Lizbony

Uwaga! tekst dozwolony od lat 18!

UEHausRyszard Dąbrowski

Привет,
hallo,

w Berlinie znajduje się “ambasada” UE, w bardzo ekskluzywnym miejscu, naprzeciwko ambasady “ju-es-ej” oraz w kompleksie budynków ambasady francuskiej. Dzisiaj świętowano tam podpisanie umów asocjacyjnych między UE a Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Znajomy załatwił nam tam wstęp.
I co my tam “widzią”, wystawę “hujowych” (stara pisownia) malarzy-pacykarzy z tych państw.
I co my tam “słyszą”, oczywiście wszyscy trzej ambasadorowie na pierwszym miejscu cieszą się na, ich zdaniem, niedługo mające mieć miejsce zniesienie wiz (nasi młodzi bezrobotni gotowi są niewolniczo zapierdalać w krajach UE taniej niż Portugalczycy, Rumuni oraz przybysze z Polski i wtedy mamy ich z głowy), na drugim miejscu cieszą się na ewentualne stypendia dla studentów (prężnych i młodych niezadowolonych intelektualistów lepiej wypierdolić z kraju, niż mieliby siać niepokój) oraz w trzeciej kolejności na zacieśnianie współpracy gospodarczej (wasze firmy, za łapówki, będą mogły opanowywać nasze rynki zbytu – kto da więcej).
Później przedstawiciel niemieckiego rządu pierdolił długo i rozwlekle o tym, że Europa się powiększa i niezadługo własnymi “rencami” będą ją powiększać o Azerbejdżan, Armenię i Białoruś (niezależnie czy tego chcą, czy nie). Później, zapominając o tym, że podobną ideę miał najbardziej znany Austriak, zaczął bredzić o Europie od Lizbony do Władywostoku (bez jaj, takich użył sformułowań).
Tu się, kurwa, pytam, a dlaczego nie zrobić jej na okrągło, od Lizbony do Lizbony?

Później miała miejsce część kulinarna, jakieś udziwnione przystawki, które mnie jako wielbiciela schabowego i bigosu odrzucały już samym wyglądem. G. jako dama (skrzypaczka z powołania oraz intelektualistka i smakoszka z zamiłowania) delektowała się tym badziewiem.
Do popijania było wino gruzińskie (z instrukcją obsługi w trzech językach na nalepce, po angielsku, gruzińsku – ichnimi robaczkami – i po polsku!!!)
Ponadto była też wódka ukraińska (40%), ale już z instrukcją obsługi pisaną jedynie cyrylicą i tylko po ukraińsku.
R. czyli ja, wypił tylko trzy kieliszki tego czerwonego wina (chyba się starzeje – kiedyś byłoby ich nie trzy a trzydzieści).
G., z zawodu budowlaniec, wypiła trzy stakanki tej ukraińskiej wódki – mi ona nie smakowała, wypróbowałem więc tylko jeden mały stakanek.
I tak” intelektualnie” spędziliśmy przedwczorajszy wieczór.

P.S. A w Berlinie teraz duchota i ja sobie popijam kolejne piwo, i sobie siedzę i się biedzę.

Pozdrowienia dla was od nas.
Пока.

Ricccardo i Gracjana

 

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IX. Ostatnia z rodu

Ryszard Dąbrowski

Zakończenie

Dawniej ludzkość, a również pewna jej część i dzisiaj, wierzyła, i wierzy, w istnienie świata nadprzyrodzonego. Osoby mające łączność i stosunki ze światem nadprzyrodzonym, szamani, kapłani, faraoni i księża mają posiadać z tego powodu nadrzyrodzoną władzę. Traktowano ich z podziwem, przestrachem i szacunkiem. Wierzono i wierzy się, że przy pomocy istot z tego innego świata, duchów, demonów, aniołów, diabłów oraz bogów, szamani i kapłani potrafią zarówno leczyć ludzi jak i też im szkodzić, zsyłając na nich pecha, nieszczęścia i choroby.

Metody stosowane przez szamanów i znachorów, którzy sami silnie wierzą w ich skuteczność, mają dużą moc terapeutyczną w przypadku chorych podobnie mocno w nie wierzących. Praktyki te przez swoją sugestywność wzmacniają siłę odpornościową organizmu. Szczególną poprawę daje się zaobserwować w przypadku chorób o podłożu psychicznym oraz psychosomatycznym.

W Polsce wierzono, że moc taką posiadają czarnoksiężnicy, czarownicy, czarownice czyli guślice, znachorzy i znachorki. W takiej też kolejności miała być wiekość tej mocy, największa u czarnoksiężnika, najmniejsza u znachorki. Wierzono, że wszyscy oni potrafili czarować. Czary można było zadawać wzrokiem, zaklęciem, uczynkiem, dotknięciem, dmuchnięciem. Poprzez czary można było zesłać biedę i nieszczęście, doprowadzić do kłótni i bójki oraz zesłać choroby na ludzi i zwierzęta. Cechy czarnoksiężnika i czarownika dziedziczyło się po lini męskiej, czarownicą stawało się po matce i cechy te oraz odpowiednie umiejętności dalej przekazywało się córce. Znachorem i znachorką było się w Polsce „na krzyż”, t.j. odziedziczone po matce umiejętności, syn przekazywał swojej córce, która z kolei wtajemniczała swego syna.

Nasuwa się pytanie: kim była Antonina, czy była czarownicą po matce, czy znachorką po ojcu. A może po obojgu jednocześnie? Zastanawia fakt, że zarówno matka jak i babka Antoniny miały na imię Antonina. Czyżby z imieniem tym dziedziczona była nie tylko płeć, ale również „profesja” i powołanie bycia czarownicą. Można postawić tutaj pewną tezę, że jedno z pięciorga wcześnie zmarłych dzieci Antoniny, musiało otrzymać również imię Antonina. Z niezrozumiałych powodów imię to nie zostało nadane żadnemu nowonarodzonemu dziecku, co było kiedyś nagminnie stosowane. Może w przypadku córki przeznaczonej na czarownicę, śmierć jej traktowano jako wolę demonów i tabu użycia go jeszcze raz w tym pokoleniu?

Ciekawym jest, że pierwsza wnuczka Antoniny, córka Franciszka Dąbrowskiego, urodzona w 1918 r. otrzymała imię Antonina. Niestety jej babka nie miała na nią już żadnego wychowawczego wpływu. Rodzina Franciszka wyemigrowała w 1923 r. do Francji i tam pozostała. Franciszek zmarł w 1959 r., a Antonina w 1986 r. Od tamtego czasu nikt w licznej rodzinie Dąbrowskich nie nadał żadnej dziewczynce imienia Antonina. A szkoda.

Tutaj trzeba dodać, że wioska Borcuchy, w której urodziła sie Antonina i gdzie przez 40 lat mieszkała, oddalona jest w linii prostej tylko o 37 km od słynnej Łysej Góry, na której znajdywały się kiedyś stare słowiańskie świątynie. Góra ta była w wierzeniach ludowych głośnym w całej Polsce miejscem schadzek czarownic i złych duchów. Wierzono, że raz do roku czarownice, wysmarowane maścią wysmażoną ze zwłok nieochrzczonych dzieci, zlatywały się tam na miotłach na kongres.

Ciekawe czy i Antonina była kiedyś na Łysej Górze ?

Czy Antonina miała wśród swoich przodków szamanów tatarskich i czy była tego faktu świadoma? Może wśród jej przodków były kobiety pomawiane o to, że są czarownicami? Odpowiedź na te pytania można by się starać znaleźć w dokumentach kurii białoruskiej i kieleckiej, w aktach episkopatów Polski i Białorusi lub przepastnych archiwach Watykanu. Niestety „normalnym śmiertelnikom” akta te są niedostępne. Ciekawe, czy znalazłyby się tam relacje zaniepokojonych proboszczów albo akta procesów czarownic o nazwiskach Buszkiewicz, Wienieczon, Sałek lub Kaczmarczyk?
Nam pozostają domysły, przypuszczenia i spekulacje. Szkoda, że nikt nie zdobył zaufania Antoniny i nie przeprowadził z nią obszernych rozmów.

Interpretacja i analiza poszczególnych metod stosowanych przez Antoninę.

Jeżeli przyjrzymy się leczniczym i terapeutycznym metodom stosowanym przez Antoninę, to uderza ich duża różnorodność. Antonina stosowała też, świadomie lub nieświadomie, metody szamańskie. Może to być kolejnym dowodem na jej tatarskie pochodzenie. Spytana kiedyś, od kogo się tego wszystkiego nauczyła, odpowiedziała: „od moich przodków”. Czyli w edukacji Antoniny musiały uczestniczyć czynnie przynajmniej dwa pokolenia krewnych. Wiedza ta gromadzona była jednak przez co najmniej kilka lub kilkanaście pokoleń.
– Szamani przy pomocy interpretacji snów chorego kontrolowali i oceniali przebieg jego leczenia. Prawdopodobnie i Antonina w tym celu wykorzystywała swoje umiejętności w leczeniu chorych.
– Wierzono, że uroki są przyczyną wielu chorób. Choroby można było zadawać bezwiednie poprzez chwalenie kogoś lub czegoś, co trafiło w złą godzinę. Uroki i choroby zadawali i rzucali też źli ludzie. Znachorki a szczególnie czarownice powinny umieć zażegnywać, odczyniać i zdejmować te uroki oraz zamawiać choroby.
– Okadzanie dymem ziół, mające przepędzić złe duchy, było z dzisiejszego punktu widzenia niczym innym jak leczniczą inhalacją oraz „czyszczeniem aury”.
– W ziołolecznictwie stosowano kiedyś 180-200 różnych ziół i roślin, ciekawe byłoby dowiedzieć się, ile ziół stosowała Antonina.
– Jak wykazały badania składu biochemicznego mleka kobylego, jest ono zbliżone do mleka karmiącej kobiety, co ma być przyczyną jego leczniczego działania.
– Stawianie baniek jest swego rodzaju akupunkturą stosowaną w medycynie chińskiej. Przy bańkach technika ta oddziaływuje na pewną powietrznię, a nie punktowo jak w akupunkturze. Ma to zaktywizować receptory nerwowe chorego organizmu. Stosowano tzw. „bańki suche” i „bańki mokre” gdzie w miejscu ich przystawienia zadrapywano lub przecinano skórę. Nie udało mi się ustalić, czy Antonina stosowała obydwie techniki.
– W medycynie wschodniej, indyjskiej, chińskiej, mongolskiej i japońskiej, istnieje przekonanie o istnieniu w organizmie ludzkim siedmiu centrów nerwowych, tzw. „czakr”. Skupiają one w sobie nerwy sterujące poszczególnymi organami i mięśniami. W przypadku choroby należy zaktywizować poszczególne czakry odpowiedzialne za chore organy. Przykładanie ogrzanych kamieni do odpowiednich punktów ciała jest swoistym rodzajem aktywizacji czakr.
– Leczenie i nastawianie zwichnięć oraz złamań wymagało wrodzonych zdolności manualnych, dużej wiedzy, wielkiej sprawności i zręczności w palcach oraz wieloletniej wprawy. Należało być dużej klasy mistrzem, aby tego typu zranienia skutecznie leczyć bez aparatu rentgenowskiego.

Jak widać wiedza Antoniny była obszerna i oparta na doświadczeniach wielu generacji oraz na praktyce, której musiała mozolnie, latami nabywać. Antonina wiedzy swej nie przekazała w pełni żadnemu ze swych dzieci, choć jedna z jej córek, Maria, leczyła ludzi. Wiedza Marii była jednak powierzchowna, a metody lecznicze jednostronne. Czy dlatego, że w myśl tradycji wiedzę miał przejąć syn a nie córka? Tymczasem wszyscy synowie Antoniny rozjechali się po Europie. Józef, jedyny, który mieszkał nieopodal mojej babki, w 1939 r. poszedł na wojnę i dostał się do niewoli. Po ucieczce z pracy przymusowej w 1942 r. został schwytany i rostrzelany przez Niemców.

Na ostatnim zachowanym zdjęciu Antoniny, z 1951 r., patrzy ona z melancholią, mając zapewne świadomość, że koniec jej życia będzie końcem jej ogromnej teoretycznej i praktycznej gromadzonej latami wiedzy medycznej. Nie udało się jej znaleźć godnego następcy, a może znaleziony i wybrany następca czy następczyni nie chciały cierpliwie, z pokorą i mozołem uczyć się i praktykować.

W kwartalniku „Wisła”, tom IV, z 1890 r., na stronie 194 znajduje się charakterystyka znachorki Jadwigi Jaśkiewiczowej ze wsi Błeszna pow. Częstochowa.

Lekarka owa okazała się kobietą lat średnich, nader prostoduszną i charakteru dobrotliwego, a usposobienia łagodnego, połączonego z pewną dobroduszną rezolutnością. W obejściu, w mowie, w ubiorze niczem nie odróżniała się od zwykłych wieśniaczek, nie było w niej ani cienia udawania i obłudy, ani trochę nie przybierała pozorów ‘mądrej doktorki’. We wszystkiem przejawiały się współczucie dla chorego i szczera chęć przyniesienia ulgi w jego cierpieniu, a nadto najzupełniejsza wiara w skuteczność jej środka. Nie widać było w niej chciwości, za pomoc swą brała tylko dwa złote, ani mniej ani więcej, gdyż także od tej normy zapłaty skuteczność środka zależała.

Czy taka była też i Antonina? Antonina nie brała żadnych pieniędzy. Na pewno silnie wierzyła w skuteczność i niezawodność swoich praktyk. Świadczy o tym następujące zdarzenie. Po wizycie u znajomych „na plotkach”, właścicielka mieszkania znalazła po jej wyjściu w miejscu na którym Antonina siedziała, zwiniętą kulkę włosów. Nie wiedząc co to jest spaliła ją w piecu. Antonina długo szukała swej „kulki”, a osoba, która ją spaliła nie przyznała się do tego. Zmartwienie Antoniny po stracie tego „talizmanu” przybrało takie rozmiary, że się rozchorowała. Emocje psychiczne i autosugestia były u niej tak silne, że wywołały zaburzenia somatyczne i spowodowały chorobę.

Ta kulka włosów ma swój rodowód i związek z kołtunem, który wiekami uważany był za chorobę. W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Zwyczaje związane z kołtunem przetrwały jednak w tej kulce włosów. Była ona takim zastępczym mini kołtunem. Tak jak ścinanie prawdziwego kołtuna było wielkim misterium, którego dokonywali specjaliści w odpowiednim terminie przy pomocy specjalnych narzędzi i w mistycznej teatralnej oprawie, tak jak ten kołtun musiał być później w odpowiednim miejscu złożony, tak i ten mini kołtun noszony w lnianej szmatce na piersi musiał być po upływie należnego czasu odpowiednio zniszczony. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. To, że Antonina nie mogła swoich zwiniętych w kulkę włosów zniszczyć osobiście w stosowny dla niej sposób, spowodowało u niej zintensyfikowanie objawów choroby z której ten mini kołtun miał ją wyleczyć.

Jeszcze kilka ludowych ciekawostek etnograficznych z Polesia, skąd pochodzili przodkowie Antoniny oraz kieleckiego, gdzie się urodziła i przez 40 lat mieszkała.

Pojęcie grzechu było kiedyś inne niż dzisiaj. Na Polesiu grzechem było biec podczas burzy, bo zły duch mógł się skryć pod biegnącego. Nie wolno było nazywać ognia po imieniu. Grzechem było wylewanie na niego wody (dozwolone jedynie podczas pożaru), plucie weń, oddawanie moczu. Nie wolno było pluć do wody. Grzechem było bicie ziemi, zwłaszcza na wiosnę, kiedy była brzemienna oraz zabijanie pszczół i ptaków. W kieleckim nie popełniało się grzechu przywłaszczając sobie pokarm z pola, lasu, rzeki, ogrodu i domu z wyjątkiem jajek. (Ciekawe, dlaczego akurat jajek?)

Stosowane przez Antoninę metody nazywano kiedyś znachorstwem i traktowano jeżeli nie pobłażliwie to niekiedy i wrogo. Obecnie nazywa się je alternatywnymi metodami leczniczymi i modny staje się powrót do nich. Medycyna akademicka studiuje te metody i adaptuje je, przejmując niekiedy niektóre z nich do swych praktyk.

Bernard Mencel, który sam był pacjentem Antoniny a ponadto jako „pogotowie ratunkowe” woził ją furmanką do chorych powiedział: „Antonina pozostaje nadal żywą legendą naszych okolic”.

Aby przedłużyć pamięć po Antoninie Buszkiewicz (po mężu Dąbrowskiej) oraz żywotność jej legendy spisano tutaj to wszystko.

Wykłady profesora Dąbrowskiego.VIII. Antonina

a_d_bNo i doczekaliśmy się.

Ryszard Dąbrowski
o babci Antoninie

W księgach parafialnych Sienna (woj. kieleckie), do którego należało kilkanaście wiosek, w tym także Borcuchy, nazwisko Buszkiewicz pojawia się po raz pierwszy w 1836 roku, w latach 1810-1835 (do tych roczników miałem dostęp) nie występuje ono ani razu. Z tego wynikałoby, że Buszkiewicze musieli tam przywędrować. Tylko skąd?

X

X

Zdjęcie wykonane w 1951 roku (zapewne latem): Antonina Dąbrowska z domu Buszkiewicz córka Jakuba oraz Antoniny Kaczmarczyk, wnuczka Antoniny Sałek. Urodzona 09.10.1871, zmarla 04.11.1960.

Nazwisko Buszkiewicz, oraz inne jego pisemne formy, nie występują w żadnym herbarzu szlachty tatarskiej. Jeżeli przyjmiemy, że Antonina Buszkiewicz była pochodzenia tatarskiego, musiała należeć do niższej klasy tej społeczności.

Na początku XIX wieku, do wiosek na lewo od Wisły w stronę Ostrowca Świętokrzyskiego i Sienna, przesiedlano z terenów Litwy (obecnie tereny Llitwy, Białorusi i Ukrainy) rodziny tatarskie lub pochodzenia tatarskiego.
Po lekturze pracy Juliana Talko-Hryncewicza „Muślimowie czyli tak zwani tatarzy litewscy” (opublikowanej w „Materiałach antropologiczno-archeologicznych i etnograficznych” w 1907 r. w Krakowie), można postawić tezę, że przodkami Antoniny Buszkiewicz musieli być albo niewolnicy albo zbiegowie z hatanatu krymskiego. Osiedlani oni byli na Litwie podczas wojen Litwy z Krymem w XIV-XV w. (Litwa, nie to co dziś, była wtedy mocarstwem Europejskim i rozciągała sie od Bałtyku po Morze Czarne oraz od Brześcia poza Smoleńsk i Tawań.) Według Talko-Hryncewicza terenami osiedleń dla tych osób były wioski na południe od Mińska, na zachód od Baranowicz, okolice Nowogródka oraz tereny między Grodnem i Białymstokiem, czyli tak zwane Polesie należące obecnie do Białorusi. Tezę tą potwierdza fakt, iż Antonina mówiła z wyraźnym wschodnim (białoruskim?) akcentem. (Ci co ją znali twierdzą, że nie był to akcent ukraiński.) Później przodkowie jej mniej lub bardziej dobrowolnie przenieśli się w kieleckie. Może tam, albo już wcześniej przeszli na chrześcijaństwo. W parafii Sienno w 1836 r. urodził się ojciec Antoniny a później w 1871 r. ona sama.

Według Talko-Hryncewicza Tatarzy polscy nie byli jednolici pod względem antropologiczno-etnologi-cznym. Znaczenie słowa „Tatar” tłumaczy on jako synonim Turka. Słowo to pochodzi z dalekiego wschodu i było początkowo równoznacznym ze słowem „Mongoł” co oznaczało barbarzyńcę. Tak Chińczycy nazywali swych północnych sąsiadów bez rozróżniania narodowościowego. Przed ich nieustającymi napadami i grabieżami wznieśli w VI – III wieku p.n.e. stojący do dzisiaj słynny mur chiński. Po podbiciu przez Mongołów Syberii, Kaukazu i Krymu, Tatarami nazywano wszystkie wchłonięte przez nich ludy pochodzenia tureckiego.
Później Tatarami nazywano:
– społeczność zamieszkującą nad Jenisejem a wywodzącą sie Jenisejców, Samojedów i Fino-Ugrów
– społeczność przesiedlonych przez cara nad Irtysz kazańskich Tatarów przemieszanych z Nogajami, Kirgizami i Tadżykami
– Tatarów – górali na Kaukazie bez domieszki mongolskiej
– Tatarów Dagestańskich o typie mongolskim
– oraz Tatarów Azerbejdżańskich rasy irańskiej na terenach rosyjskiej Armenii
Jak widać był i jest to konglomerat oraz mozaika różnych narodów z domieszkami genów branek i niewolnic różnych nacji Azji i Europy. Z tych też powodów, Tatarzy litewscy, którzy napływali na Litwę na przestrzeni ponad czterech wieków z różnych regionów Azji i tu żenili się z Litwinkami, nie byli i nie są społecznością jednolitą antropologicznie.

Podjęte próby antropologicznej analizy czterech różnych zdjęć Antoniny (z 1911, 1919, 1930 i 1951 roku) zakończyły się niepowodzeniem. Na dwóch berlińskich uniwersytetach nikt z pracujących tam specjalistów nie był władnym wypowiedzieć się na ten temat. W dwóch polskich silnych ośrodkach antropologicznych; Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu i Uniwersytecie Poznańskim, nikt się już Tatarami nie zajmuje, a ostatni specjalista który mógłby rzeczowo te zdjęcia ocenić, profesor Tadeusz Dierżykray-Rogalski, zmarł przed trzema laty.

Antonina Buszkiewicz (Dąbrowska), jak twierdzą ci co ją znali, była bardzo dobrą znachorką. Dlatego też przyczynkim rzucającym światło na jej etniczne pochodzenie może być porównanie stosowanych przez nią metod leczniczych z metodami stosowanymi przez tatarskich znachorów.
Poniżej cytuję fragmenty książki Stanisława Kryczyńskiego „Tatarzy litewscy, próba monografii historyczno etnograficznej” (opublikowanej jako III tom „Rocznika Tatarskiego” w 1938 r. w Warszawie).

… Zachód średniowieczny i renesansowy z przekonaniem widział w Tatarach i Turkach największych czarowników. ‘Wiadomo, pisze Długosz, że Tatarzy od początku swego aż po dzisiejsze czasy w wojnach i wszelakich sprawach używali zawsze czarów, umieli wróżyć, uroki czynić i zaklinać’…
… Jest rzeczą charakterystyczną, że i lud białoruski uważa Tatarów za ludzi mających stałe stosunki z demonami. ‘U Tatarów – mówią w powiecie wołkowyskim – cały gospodarz czart: on im wszystko robi; jak Tatar gdzie pójdzie, to gęsi, to bydło pozagania i Tatarzy go zawsze widzą’. Utrzymują też Białorusini, że jak Tatarzy zmarłego chowają, to na mogiłki ich przylatuje ‘czart domowy tatarski’…
… Poczesne miejsce w folklorze Tatarów litewskich zajmuje magia, czyli system praktyk wróżbiarskich, czarodziejsko-leczniczych i ochronnych. Całość tych praktyk musi się rozpatrywać w ścisłym związku z wierzeniami i przesądami, których źródła biją w różnych nawarstwieniach kultury ogólnomuzułmańskiej, przyjętej przez ludy tureckie. W wierzeniach tych tkwią również pozostałości prastarego kultu szamańskiego oraz domieszki wierzeń otaczającego Tatarów litewskich ludu chrześcijańskiego.
Naczelnym aksjomatem wierzeń Tatarów litewskich jest istnienie świata duchów złych, fierejów i dobrych, dżyniejów, czyli dżynów (z arabskiego), z którymi za pomocą praktyk magicznych można utrzymywać kontakt. W wierzeniu tym Dżemil Aleksandrowicz dopatruje się śladów szamanizmu. Świat w wyobrażeniu Tatara litewskiego – pisze on – zaludniony jest masą duchów („fierejów”) przeważnie złych i starających się szkodzić człowiekowi, ale posłusznych ludziom dobrze znającym modlitwy (muzułmańskie) i posiadającym ‘szczere muzułmańskie serce’.
Duchy złe powoduja różne choroby, mogąc dostać się do ciała człowieka razem z wiatrem przy przeciągu. Można je wypędzać za pomocą środków magicznych. Podobnie, jak lud polski i ruski oraz narody wschodnie (np. Turcy osmańscy) wierzą również Tatarzy litewscy w uroki tj. w szkodliwą siłę złego spojrzenia. Uroki można rzucać zarówno na ludzi jak na zwierzęta, zwłaszcza na bydło. Bronią skuteczną i w tym wypadku są specjalne praktyki, zaklęcia i amulety…
… Tajemnice znachorstwa przekazywane są z ojca na syna, z matki na córkę. Leczeniem zajmują się przeważnie mężczyźni, kobiety wiele rzadziej. Tatarzy jednak uważają profesjonalizm w tej dziedzinie za rzecz zdrożną i grzeszną i utrzymują, że leczenie za pieniądze szkodzi samym znachorom, gdyż wypędzone z pacjentów choroby przechodzą jakoby na dzieci fałdżejów (znachorów). W rodzinie zawodowego znachora zawsze będą umysłowo chorzy i głuchoniemi. Przypisują też tym znachorom stosunki ze złymi duchami, fierejami. Natomiast dobrą i zacną rzeczą jest zdaniem tatarów bezplatne leczenie krewnych i znajomych…
… Specjalnie ważną rolę w praktykach fałdżejów odgrywa wróżbiarstwo czyli tzw. ‘odkrywanie (lub otwieranie) fału’. Od niego też otrzymali oni swoją nazwę (tureckie fałdży = wróżbiarz, z arabskiego fal = wróżba, przepowiednia, prognostyk, z turecką końcówką profesjonalną – dżi, – dży)…
… Przyczyny chorób przypisuje się wpływowi złych duchów a leczenie ich przez mułłów względnie popów polega na czytaniu utrafionych miejsc w Koranie lub Ewangelii, na chuchaniu i dmuchaniu na chorego, na dotykaniu i metodycznym uderzaniu chorej części ciała gołą lub sztucznie namagnetyzowaną, dłonią (z kciukiem wciśniętym między palce wskazujący i średni)…
… Leczenie polega na wygnaniu demona z duszy chorego…
… Leczenia za pomocą ziół nauczyli się znachorzy tatarscy od znachorów białoruskich; w tej dziedzinie nie posiadają nic oryginalnego….
… Aby nie miewać strasznych snów nie należy nigdy kłaść się w pościeli głową na zachód…

To ostatnie zdanie cytuję jako ciekawostkę i wskazówkę dla tych, którzy źle sypiają. Może pomoże.

Metody stosowane przez Antoninę Buszkiewicz (po mężu Dąbrowską)

Dzięki rozmowom telefonicznym z, wymienionymi poniżej w kolejności alfabetycznej, sąsiadami oraz pacjentami Antoniny, udało się w znacznym zakresie zebrać opisy stosowanych przez nią metod leczniczych. Za przychylność, cierpliwość i wyrozumiałość serdecznie dziękuję:
– Zofii Dymyterko
– Janinie Koniecznej
– Franciszkowi Lisieckiemu
– Stefanii Lisieckiej
– Stefanii Maciejak
– Bernardowi Mencel
– Marii Niedźwiedź (relacja przekazana przez S. Maciejak)
– Jadwidze Rejek
– Cecylii Tatarek

Antonina:
– potrafiła wróżyć patrząc jedynie na daną osobę oraz tłumaczyła i interpretowała znaczenie snów
– miała zdolności telepatyczne
– pomawiana była o to, że potrafiła rzucać (czynić) i zdejmować uroki
– do celów diagnostycznych używała wahadełka, którym była najczęściej obrączka lub pierścionek chorej osoby
– do tych samych celów używała różdżki z gałęzi brzozy lub wikliny
– w celach diagnostycznych badała zapach, zmętnienie oraz kolor moczu chorego obserwując płomień świecy poprzez mocz w szklanym naczyniu aby jak mówiła „policzyć świetliki”
– zaczynając leczyć chorego wymawiała formułkę: „Choroby, idźcie w pola, bory, lasy, tam gdzie ludzie nie chodzą”
– przy wykonywaniu czynności i zabiegów leczniczych spluwała na prawo i lewo aby odstraszyć złe duchy i wymawiała pewne formuły i zaklęcia, których treść niestety uległa zapomnieniu
– na początku okadzała chorego dymem z tlących się gałązek brzozy i dzikiej róży aby odpędzić złe duchy
– przy sporządzaniu mieszanek ziołowych oraz wykonywaniu czynności leczniczych modliła się aby zwiększyć i spotęgować moc leczniczą ziół oraz zabiegu

Mówi się, że Antonina potrafiła leczyć bóle głowy (terminem tym określano kiedyś też choroby nerwowe i psychiczne), bóle kręgosłupa, długo nie gojące się rany, a też nastawiała zwichnięcia i składała złamane kości, leczyła choroby kobiece (choroby macicy) oraz wzywana była do porodów jako akuszerka. Choroby skóry, zwyrodnienia, brodawki itp. zalecała przemywać codziennie własnym moczem, najlepiej rano. Aby kuracja była skuteczna, miała niekiedy trwać aż do jednego roku.
Przeziębionych owiązywała w mokre prześcieradła oraz stawiała bańki. W odpowiednich punktach ciała kładła polne kamienie wielkości pięści, nagrzewane do odpowiedniej temperatury w piecach do pieczenia chleba lub we wgłębieniach w piecach do trzymania w cieple gotowych obiadów. Stosowała różne techniki masażu, poklepywania i obstukiwania chorego. Po tych zabiegach strzepywała ręce, aby wydalić zabsorbowaną chorą i negatywną energię.
Podczas choroby zalecała dezynfekujące obmywanie ciała w wywarze z czarciego żebra (ostrożeń polny), rany okładała liśćmi kolmusu (nazwa regionalna – ponoć roślina ta już wyginęła, ale – przypis redaktorki – może jest to kalmus czyli tatarak czyli… tatarskie ziele). W celach terapeutycznych stosowała także mleko kobyle.

Wszyscy moi rozmówcy podkreślali, że Antonina nie pobierała żadnych opłat za swoje działania, leczyła za darmo. Tak jak honor nakazywał znachorom tatarskim. Niektórzy chorzy odwdzięczali jej się produktami rolnymi. Po śmierci męża w 1938 roku Antonina żyła, aż do śmierci w 1960 roku, bardzo skromnie a nawet jak niektórzy twierdzą, biednie.

Moi rozmówcy przekazali mi informację, że Antonina prowadziła w notesie statystykę zgłaszających się do niej pacjentów, robiąc kreski. Niestety nie udało się ustalić czy w statystyce tej rozróżniała poszczególne jednostki chorobowe.
Na dwa-trzy lata przed śmiercią zaprzestała leczenia ludzi. Czyżby wyczerpała się w niej potrzebna do tego energia? Może przygotowywała się do swojej śmierci? Jedynie w nagłych przypadkach, czysto manualnie, prostowała jeszcze zwichnięcia.

Ciąg dalszy nastąpi

PS od redaktorki: U nas w rodzinie uważa się, a potwierdził to też mój wykładowca antropologii (bo archeolog i tego się uczył), że potomkowie Tatarów czyli Mongołów (czyli Dżyngis Chana) mają plamę mongolską i jest to cecha, która utrzymuje się przez niezwykle długi czas. Mnie od Dżyngis Chana dzieli 7 stuleci, a też mam taką plamę na prawym biodrze. To najbardziej popularne miejsce, ale można ją też mieć na pupie lub brzuchu, rzadziej, a za to mniejszą i ciemniejszą, na szyi lub nodze. Tylko nie zaglądajcie proszę do Wikipedii ani w ogóle do internetu, żeby zobaczyć jak wygląda taka plama mongolska. Są tam odrażające zdjęcia skóry zmienionej chorobowo, tymczasem prawdziwa plama mongolska to nie choroba i nie znamię, tylko delikatne przebarwienie skóry, która pozostaje gładka i zdrowa.

Wykłady profesora Dąbrowskiego. VII. Medycyna ludowa 2

Ryszard Dąbrowski

Uwierzcie mi, to już naprawdę ostatni tekst Ryszarda wprowadzający nas w życie i czary babci autora – tatarskiej szamanki Antoniny

Istniały pewne rośliny, które zgodnie z panującymi wierzeniami, należało nosić przy sobie, aby chroniły przed zachorowaniem. Tego typu magiczne właściwości przypisywano między innymi: korzeniowi przestępu i dziurawca, oraz liściom i korzeniowi biedrzeńca. Przestęp hodowano w przydomowym ogródku aby chronił obejście przed czarownicami.

jaskryLekami pochodzenia zwierzęcego były: tłuszcze z borsuka, jeża i niedźwiedzia oraz psi i wieprzowy smalec (zewnętrznie do nacierania przy zapaleniu oskrzeli, wewnętrznie przy chorobach płucnych, szczególnie gruźlicy), smalec z gęsi, kury i królika (do nacierania przy bólach powstałych w wyniku zaziębień oraz od zawiania). Wszystkie te tłuszcze były także składnikami różnych maści.

Ponadto stosowano mleko kobyle, kozie i krowie (zewnętrznie do przemywań i kompresów przy przeziębieniach oraz stanach zapalnych płuc i oskrzeli, wewnętrznie na gorąco z miodem i masłem przy przeziębieniach i schorzeniach dróg oddechowych, zwłaszcza kaszlu), kożuchy z mleka (przeciwko wrzodom i jęczmieniu na oku), zsiadłe mleko (jako okłady na opuchnięcia), śmietanę i masło (jako składnik maści) oraz sery (zewnętrznie do okładów przy stanach zapalnych i gorączce, wewnętrznie w celu ułatwiania zrastania kości) i serwatki z mleka (zewnętrznie jako kompresy przy bólach reumatycznych, stłuczeniach, bólach głowy, wewnętrznie oczyszczająco przy przeziębieniach, chorobach wątroby i nadkwasocie).

Z organów zwierzęcych stosowano żółć wieprzową (jako nalewkę na spirytusie przeciwko dolegliwościom żołądkowym i zatruciom) oraz żołądek cielęcy (do okładów przy chorobych oczu).

Żółtkami jajek utartymi z cukrem i zalanymi gorącym mlekiem leczono przeziębienia i choroby krtani. Surowym białkiem okładano oparzenia i stłuczenia.

Miód był powszechnie stosowany w stanie czystym oraz łączony z wodą, mlekiem, masłem, wywarem z ziół i alkoholem w wielu schorzeniach a szczególnie dróg oddechowych i serca.

Znaczenie lecznicze posiadała także pajęczyna (sama w sobie lub ugnieciona z chlebem do leczenia ran) oraz mrówki (które po zalaniu spirytusem służyły do nacierania przy reumatyzmie a chore części ciała wkładano też do mrowiska w celu pokąsania).

Mocz ludzki i zwierzęcy używany był do okładów przy zwichnięciach i spuchnięciach oraz do dezynfekcji ran i skaleczeń. Terapeutyczne stosowanie środków pochodzenia zwierzęcego wymagało specyficznej wiedzy i dużego doświadczenia.

Leki pochodzenia mineralnego to: sól (zewnętrznie do kąpieli przy przeziębieniu i przeciwko bólom reumatycznym, wewnętrznie jako roztwór do płukania gardła przy stanach zapalnych), glina (do leczenia ran), nafta (zewnętrznie do nacierania przy odmrożeniach i bólach gardła, wewnętrznie po 3-4 krople dziennie przy chorobach nowotworowych), siarka (jako składnik maści do leczenia chorób skóry).

Duże znaczenie w lecznictwie ludowym miały także zabiegi hydroterapeutyczne przy pomocy wody i rosy (przy chorobach krążeniowych i reumatycznych) oraz inhalacje.

W wielu sposobach leczenia, takich jak stawianie baniek [suche – bez przecinania skóry oraz mokre – z nacinaniem lub zadrapywaniem skóry w miejscu postawienia bańki](stosowano w przypadku chorób dróg oddechowych i przeziębieniach połączonych z nieżytem, kłuciami i temperaturą), puszczanie krwi, przystawianie pijawek (w celu upuszczenia „zepsutej krwi” przy uporczywych bólach głowy i nadciśnieniu) dużą rolę odgrywała wiedza empiryczna.

Ortopedzi „naprawiający” wywichnięcia, zwichnięcia, złamania kości musieli posiadać wrodzoną zdolność manualną oraz dużą wiedzę praktyczną i doświadczenie umożliwjające im prawidłowe wykonywanie tych zabiegów. Stosowano również masaże palcami, dłońmi, pięściami i stopami, oraz okłady z żywicy, gorących kamieni, piasku, owsa lub ziemniaków (przeciwko kolce i bólom stawów) a także nacieranie terpentyną lub spirytusem.

Wielu tym metodom leczniczym towarzyszyło wykonywanie magicznych gestów oraz wypowiadanie odpowiednich tajemnych czarodziejskich formułek lub wykonywanie znaków krzyża i modlitwa. Miało to spotęgować skuteczność leku oraz zabiegów leczniczych. Niekiedy stosowane było jako jedyny środek np. w przypadku zażegnywania i odczynania (zamawiania) choroby. Aby formułki były skuteczniejsze należało je zwielokrotnić. Przy tej procedurze często używano liczb 3 i 7 podnoszonych do drugiej, trzeciej a nawet wyższych potęg. Wierzono, że w magicznych formułkach i modlitwie tkwi tajemna siła o potężnym działaniu, która zażegnuje złe duchy a dobre zjednuje. Najlepszą porą do zamawiania była północ, a w dalszej kolejności świt i zmierzch. Leczenie najlepiej było przeprowadzać podczas pełni i ubywającego księżyca. Nie powinno się zaczynać leczenia w poniedziałek i piątek. Leki najlepiej było przyjmować przed wschodem słońca lub po zachodzie, bo wtedy najsilniej działają czary mające wzmocnić ich skuteczność. Zioła należało zbierać o świcie.

rumianek

Kilka osobnych zdań należy poświęcić kołtunowi. Wiekami uważany on był za chorobę, a nie skutek nie przestrzegania higieny osobistej. Gdy kołtun „dojrzał”, należało go ściąć, czego dokonywali specjaliści tzw. gościarze przy pomocy specjalnych narzędzi z zachowaniem mistycznej, skomplikowanej teatralnej procedury. Później kołtun musiał być spalony, złożony przed kościołem lub niszczony na specjalne sposoby. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. Szczególnie czarownice mogłyby go użyć do praktyk powodujących choroby ludzi.

W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Rolę jego przejął „mini kołtun”, kulka własnych włosów noszona w lnianej szmatce w dołku piersiowym, która po upływie ściśle określonego czasu musiała być odpowiednio zniszczona. W załeżności od regionu należało ten mini kołtun zakopać pod pojedynczym drzewem koło kościoła, niekiedy wkładało sie do niego przedtem trzy grosze. W innych regionach wkładało się do mini kołtuna pieniądz i kładło na drodze. Ten, kto się po ten pieniądz schylił, „przejmował” na siebie chorobę właściciela włosów.

Ludność wiejska ze względu na ciężką pracę i niedożywienie, była słabo odporna i podatna na szereg chorób. Nieracjonalne odżywianie, szczególnie podczas nieurodzajów i powodzi oraz zbyt duże spożycie wieprzowiny wywoływało wrzody żołądka i dolegliwości wątroby. Wilgoć w domach i ciągła praca na dworze sprzyjały przeziębieniom i reumatyzmowi oraz gruźlicy. Wszystko to powodowało ciągły przypływ pacjentów różnego rodzaju uzdrowicielom.

W XX w., kiedy zaczęła dominować wiedza o powstawaniu chorób powodowanych bakteriami i mikrobami lub zakłóceniem biochemicznego funkcjonowania organizmu, w medycynie ludowej zaczęły zanikać magiczne elementy leczenia oraz przekonanie o wpływie zjawisk nadprzyrodzonych na choroby. Wymieranie starych terapeutów i zachorów, brak następców, postępy medycyny oraz przemiany społeczne, kulturowe i polityczne przyczyniły się do zaniku ludowych praktyk leczniczych. Proces ten pogłębił się od 1972 roku, kiedy to w Polsce objęto bezpłatną opieką medyczną rolników i ich rodziny.

Ze starych technik medycyny ludowej zachowało się do dziś wiele elementów i praktyk, także i tych magicznych, szczególnie w często stosowanym samolecznictwie. Niekiedy z wiarą i przekonaniem w ich skuteczność, ale jakże często w myśl zasady; nie zaszkodzi ale może pomoże.

Literatura:
– „Prace komisji etnograficznej Polskiej Akademji Umjejętności, Nr 12”
– Biegeleisen H. , „Lecznictwo ludu polskiego”, Kraków 1929
– Kolberg O. „Lud” Tom XXI, Cz. II, Kraków 1888
– Miesięcznik „Wisła”, Kraków, tom IV-1890, tom V-1891, tom X-1896
– Tylkowa D. „Medycyna ludowa w kulturze wsi Karpat polskich, tradycja i współczesność”, Wrocław 1989

Wykłady profesora Dąbrowskiego. VI. Medycyna ludowa 1

O medycynie alternatywnej pisała już u nas kiedyś Maria Korzeń Zielarka. Dziś (i za tydzień) na ten temat:

Ryszard Dąbrowski

To już dwie ostatnie prolegomeny do tekstu o babci szamance.

Lecznictwo ludowe w Polsce

Temat ten jest bardzo ciekawy i zróżnicowany, a dostępna literatura nie jest zbyt obszerna. Istniało wiele różnic regionalnych w medycynie ludowej na terenie Polski, ale również dużo podobieństw w stosowanych metodach terapeutycznych. Od początku XX wieku znachorstwo było w Polsce zwalczane, mniej lub bardziej intensywnie, metodami administracyjnymi. Medycyna akademicka traktowała znachorstwo jako zabobon ale też jako konkurenta. Tutaj trzeba jednak przyznać, że istniały całe chmary szarlatanów i oszustów, którzy usiłowali wzbogacić się na ludzkim nieszczęściu.

Obecnie, od dłuższego czasu, daje się zauważyć renesans „medycyny ludowej”. Nauka bada i analizuje praktyki znachorskie, nazywane obecnie alternatywnymi metodami leczniczymi. Medycyna akademicka studiuje metody znachorów, adaptując je i przejmując niektóre z nich do swych praktyk.

Farmacja bada skład chemiczny wielu roślin używanych przez zielarzy, i testuje skuteczność zawartych w nich substancji w leczeniu konkretnych schorzeń.

W medycynie ludowej w Polsce daje się zauważyć wpływy tysiącletnich tradycji oraz wiedzy zdobytej na obserwacji, doświadczeniu i praktyce. Lecznictwo to posiada dwa kierunki; magiczny, polegający na zamawianiu chorób zaklęciami oraz realny, opierający się na stosowaniu leków, głównie ziołowych.

ogorecznikKierunek magiczny wywodzi się z pozostałości magii słowiańskiej oraz średniowiecznej, reminiscencji z czasów rzymskich oraz napływowych np. tatarskich. Za przyczynę chorób uważano:

–          wpływ złych duchów, demonów, zmór, diabłów oraz zadanie przez czarowników i czarownice, (przy pomocy zaklęcia, spojrzenia, uczynkiem poprzez pokarm i napój oraz poprzez dotknięcie lub chuchnięcie), złe duchy mieszkające w drzewach i mszczące się za ich ścięcie
–          żywioły, (wiatr, burza, trąby powietrzne), „złe powietrze” z rozlewisk i bagien
–          zjawiska astronomiczne i ciała niebieskie (komety, „spadające gwiazdy” czyli meteoryty oraz zaćmienie słońca i księżyca)
–          karę bożą
–          czary, uroki i przekleństwa wrogich i nieprzychylnych osób oraz
–          zwierzęta takie jak np. nietoperze, żmije, żaby i robaki

Demona powodującego chorobę starano się wypędzić z chorego prośbą lub groźbą, do boga modlono się o zmiłowanie, a choroby rzucone przez urok starano się zdjąć poprzez odczynienie lub przeniesienie na inną osobę, zwierzę lub rzecz.

Czarownice potrafiły zadać chorobę lub ją uczynić, ale również ją zniszczyć lub odczynić.

Było wiele metod usunięcia lub przeniesienia choroby. Najbardziej znane i najczęściej stosowane to: zamówienie zaklęciem lub amuletem, zaklęcie, przygwożdżenie (gwóźdź, kołek albo klin, którym dotykało się chorego wbijano w pień drzewa lub w ziemię), związanie (wiązanie chorego, aby zmęczona tym choroba go opuściła), przeciąganie (chorego przeciągało się przez rozłupane drzewo), zawieszenie na drzewie (na drzewie zawieszało sie część ubrania chorego aż do rozpadu tkaniny), podłożenie pod kamień oraz zakopanie w ziemi lub mrowisku (najczęściej używano do tego obciętych włosów lub paznokci), odrzucenie precz (część ubrania rzucało się za siebie, kto je podniósł przejmował chorobę), zaszczepienie (przeniesienie choroby wenerycznej lub skórnej poprzez stosunek z młodą dziewczyną lub chłopcem), zdmuchnięcie, spluwanie na chorobę, zlizanie przez osobę lub psa, zwymiotowanie choroby, odpisanie (na chlebie lub na papierze wypisywano imię chorego lub specjane zaklęcia i dawano mu to do zjedzenia), odliczenie, sprzedanie, zlewanie, zmywanie (wodę po takim zabiegu wylewało się na rozstajne drogi, kto pierwszy przeszedł przez to miejsce przejmował na siebie chorobę), rzucenie na wodę (najlepiej koszuli chorego aby choroba z nią odpłynęła), okadzanie, spalenie (specjalnie sporządzonej symbolicznej lalki), przypieczenie (stosowano w stosunku do dzieci wkładając je do pieca do pieczenia chleba), przestraszenie choroby, zatańczenie (tańcem zamęczało się demona choroby i zmuszało do opuszczenia ciała), przeżegnanie znakiem krzyża, zamodlenie, odpokutowanie itp., itd. Podczas wykonywania wielu z tych czynności nie wolno było się za siebie oglądać.

Powyższe wyliczenie wskazuje jak bardzo zabobonni byli kiedyś ludzie, jak wierzyli w skuteczność tajemnych zaklęć, czarów i uroków. Wierzono w czary pożyteczne, przynoszące szkodę oraz czary miłosne. Nie prowokowano chorób i złego ducha poprzez nie wymienianie nazw ciężkich chorób lecz zastępowano je eufemizmami np. „złapał go (ją) przypadek”.

Realny kierunek medycyny ludowej polega na stosowaniu leków oraz zabiegów profilaktycznych, terapeutycznych i rekonwalescencyjnych. Stosowane leki da się podzielić na środki pochodzenia:

–          roślinnego
–          zwierzęcego
–          mineralnego

Ważnym elementem zaczęcia leczenia było postawienie odpowiedniej diagnozy. Robiono to poprzez ogólne oględziny chorego, jego języka i oczu oraz badanie temperatury ręką. Najtrudniejszą i wymagającą dużej wiedzy była diagnoza moczu poprzez badanie jego barwy, zmętnienia, osadu, przezroczystości, zapachu oraz smaku.

Przed laty przemysł farmaceutyczny nie był tak rozwinięty jak dziś, a i nie wszyscy mogli sobie pozwolić na odpłatne wizyty u lekarza i wykup lekarstw. Często stosowane było samolecznictwo. Praktycznie każdy, a szczególnie starsze kobiety, posiadały kiedyś sporą wiedzę dotyczącą właściwości leczniczych ziół, sposobu i czasu ich zbioru, form przechowywania i użycia. Dopiero wtedy gdy to nie pomagało, zwracano się do czarownic, owczarzy, znachorów i zielarzy. Ilość roślin stosowanych przez dobrego specjalistę przekraczała 100 i wynosiła niekiedy od 180 do 200 gatunków. Obecnie wiele z nich zniknęło bezpowrotnie z naszych pól i lasów.

porosie

Najczęściej stosowanymi ziołami były: babka (przy stanach zapalnych), biedrzeniec (przeciw zatruciom pokarmowym), bratki polne (przeciwko wypryskom na skórze), brzoza (przeciw astmie, reumatyzmowi i nowotworom), chaber (przy żółtaczce), czarny dzki bez (przy chorobach płuc), dziurawiec (dolegliwości przewodu pokarmowego, wątroby i dróg oddechowych), jałowiec (przy chorobach nerek i pęcherza), krwawnik (przy owrzodzeniach żołądka), macierzanka (stosowana zewnętrznie przy okładach i kąpielach przeciwko chorobom reumatycznym, skóry, narządów kobiecych i wzmacniająco dla niemowląt), mięta (przy przeziębieniach, przy dolegliwościach żołądkowych i zatruciach pokarmowych), podbiał (przy nieżytach dróg oddechowych i astmie), pokrzywa (przeciw kaszlowi), rumianek (używany zewnętrznie i wewnętrznie jako środek przeciwzapalny i uśmierzający), skrzyp polny (przy chorobach nerek i pęcherza), sosna (sok z młodych szyszek, przeciw kaszlowi), szałwia (do płukania przy stanach zapalnych i owrzodzeniu jamy ustnej oraz bólu zębów, wewnętrznie przy niedomaganiu płuc i nerek) i żywokost (zewnętrznie z tłuszczem jako maść przy złamaniach i zwichnięciach, wewnętrznie przy schorzeniach dróg oddechowych).

Często stosowano mieszanki z kilku lub kilkunastu ziół (najczęściej o nieparzystej liczbie) w myśl przekonania, że organizm sam zaczerpnie potrzebne mu składniki i substancje tam zawarte.

Ciąg dalszy nastąpi

Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IV. Szamanizm

Zbliżamy się już powoli do babki Autora, tatarskiej szamanki. Ale wciąż jeszcze nic o niej nie wiemy i dziś nadal się o niej niczego nie dowiemy.

Ja, jako redaktorka, dedykuję ten wpis Lili Karbowskiej

Uwaga tytuł dzisiejszego wykładu też wymyśliłam ja jako redaktorka, a zaczerpnęłam go z książki, której bez zachęty zapewne nigdy nie weźmiecie do ręki, a zatem zachęcam Was, żebyście wzięli: Gavin Extence, Wszechświat kontra Alex Woods (Wydawnictwo Literackie 2013)

Ryszard Dąbrowski

To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga

Opiszę tu problematykę szamanizmu, nie starając się wartościować, rewidować i analizować przedstawionych tu faktów.

U podstaw najwcześniejszych religii w dziejach ludzkości leżał animizm. Pierwszymi religiami były kult płodności, szamanizm i religia megalityczna.
Animizm (łac. anima – dusza) to wiara w świat bytów dysponujących potężnymi mocami. To wiara w dusze przypisywane nie tylko ludziom, ale i zwierzętom oraz martwym przedmiotom, a także zjawiskom oraz wiara w duchy zaludniające świat. U Słowian święte było drzewo, dąb – siedziba duchów. W Indiach – rzeka Ganges, u australijskich Aborygenów – wysoki na 330 metrów czerwony monolit Ayers Rock, a u Żydów – góra Synaj. Animizm cechowała także wiara w istnienie życia pozagrobowego.

Nieodłącznymi elementami tych pierwszych religii był:
– kult przodków; wiara w dobroczynny lub szkodliwy wpływ dusz zmarłych na losy potomnych,
– fetyszyzm; kult przedmiotów: kamieni, muszli, figurek i wisiorków, które poprzez obrzędowe zabiegi nabierają magicznej mocy przynoszącej pomyślność i ochronę przed złem noszącej je osobie,
– totemizm; wiara w mityczną więź grupy społecznej lub jednostki z określonym zwierzęciem. Zwierzę totemiczne uważane jest za opiekuna grupy i otoczone jest czcią i ochroną. Pozostałością po totemach są herby szlacheckie, herby miast i regionów oraz godła państw, w których często występują orły, lwy, słonie, syreny, gryfy oraz inne zwierzęta,
– kanibalizm; przekonanie o magicznym przechodzeniu cech zjadanego na zjadającego. Był to też akt zniewagi w stosunku do wrogów i jeńców a także element uczty sakralnej (eucharystia chrześcijańska, spożywanie ciała i krwi Jezusa, jest przeniesieniem tego aktu do religijnej sfery symbolicznej),
– szamanizm – najważniejszy element pierwotnych wierzeń religijnych.

Szamanizm to jedna z najstarszych praktyk religijnych w dziejach ludzkości. Archeolodzy dopatrują się śladów szamanizmu już u naszych praprzodków z okresu starszej epoki kamienia czyli paleolitu środkowego, przed 100 tysiącami laty. W paleolicie górnym, 40-11 tysięcy lat p.n.e., szamanizm rozpowszechnił się na całym ówczesnym świecie.

Jeśli ktoś chciałby zgłębić ten temat, to TU znajdzie szczegółowy wykres geograficzno-chronologiczny wszystkich religii na świecie.

Słowo szaman pochodzi z języka tungusko-mandżurskiego.

Szamanizm to zespół wierzeń i praktyk religijnych, u których podstaw leży wiara w duchy i demony oraz życie pozagrobowe. Kosmos dzieli się na trzy światy: górny – siedzibę bogów i duchów, średni – ziemię z ludźmi, przyrodą i duchami na niej mieszkającymi oraz podziemny – zaludniony przez dusze zmarłych i duchy podziemne. Szamanizm nie jest jednolitym systemem i występuje w wielu odmianach. Centralną rolę pełni w niej szaman, stąd też nazwa tej religii.
Szaman to kapłan, łącznik między ludźmi a duchami i bogami, do których udaje się w zaświaty. O jego sile i mocy decyduje ilość pomocnych mu duchów, których przychylność tam sobie zdobył. Przywoływał on duchy i bogów, aby sprzyjali zdrowiu ludzi i zwierząt, gwarantowali pomyślność w łowach i połowach oraz zsyłali dobrą pogodę. Szaman stawiał diagnozy chorobowe, leczył ludzi i zwierzęta, odnajdywał zaginione osoby i rzeczy, przepowiadał przyszłość, tłumaczył i interpretował sny. Przy pomocy interpretacji snów chorego szamani kontrolowali i oceniali przebieg leczenia. Szaman był sędzią i pośrednikiem w sporach, a co najważniejsze – stażnikiem zwyczajów i tradycji, przez co gwarantował spójne istnienie swojej społeczności. Szamanów należało szanować, nie wolno było ich obrażać oraz negować ich wyroczni i decyzji.

Bardzo rzadko szamanem stawała się osoba, która go nie miała wśród swoich przodków. Szamanem nie można było zostać z własnej chęci. Cechy predystynujące do bycia szamanem i znachorem rozpoznawane były już w dzieciństwie, niemniej stawało się nim z powołania. Powoływania tego dokonywali bogowie i duchy. Nie można było bezkarnie im odmówić i wyrzec się tego przeznaczenia. Powołanie ugruntowywane było przy pomocy stosownej nauki oraz pokonywania poszczególnych stopni wtajemniczenia w trakcie edukacji pod kierunkiem rodziców lub dziadków. Wtajemniczanie trwało od jednego roku do dziewięciu lat i było zdobywaniem poszczególnych stopni (od siedmiu do dwunastu). Od długości stażu i ilości stopni zależała „moc” szamana.

Nauka polegała, między innymi, na umartwianiu i wprowadzaniu się w ekstazę w celu nawiązania kontaktu własnej duszy z duchami i bogami z zaświatów. Bardzo ważnym było opanowanie techniki powrotu duszy do ciała, aby nie pozostała ona w zaświatach. Adept na szamana uczył się też przy pomocy telepatii odczytywać, czy jego nauczyciel coś przed nim schował, a jeżeli tak, to musiał się nauczyć odnajdywać te przedmioty zarówno dniem i nocą. Poza nauką leczenia musiał opanować tak zwaną „złą medycynę”, czyli rzucanie uroków oraz zabijania ludzi przy pomocy siły woli i myśli.

Etnolodzy i lekarze twierdzą, że wśród szamanów istniał duży odsetek osób chorych na epilepsję oraz zaburzenia schizofreniczne i psychopatyczne. Choroby te potrafili oni w konstruktywny sposób kontrolować i wykorzystywać w swoich halucynogennych i ekstatycznych podróżach w zaświaty oraz do objawień i widzeń. Szamani mieli często labilną neuro-wegetatywną osobowość, silnie rozwiniętą psychikę oraz wrażliwy system nerwowy. Dzięki treningowi byli zdolni do opanowania podświadomości i osiągania na zawołanie stanów dysocjacji mentalnej.

Szamani odpowiedzialni byli w swojej społeczności za trzy ceremonie w życiu człowieka – narodziny, ślub i pogrzeb.
Po urodzeniu się dziecka szaman wprowadzał je do wspólnoty, zapoznawał je z duchami chroniącymi rodzinę i duszami zmarłych. Szaman ustalał, który z przodków dziecka się w nim zreinkarnował i odrodził i nadawał mu jego imię. W tym celu wymagana była znajomość protoplastów nowonarodzonego aż do siedmiu pokoleń wstecz. (Ciekawym, że my w odróżnieniu od tych „prymitywnych ludów” znamy zazwyczaj dwa, najwyżej trzy nasze pokolenia wstecz.)
Szaman odpowiedzialny był za przeprowadzenie rytuału i ceremoni zaślubin.
Najważniejszym i najtrudniejszym zadaniem szamana było przeprowadzenie ceremonii pogrzebowych. Zmarłego należało przebrać w specjalne ubranie i odpowiednio pogrzebać. Najniebezpieczniejszym elementem ceremoni pogrzebowej było wskazanie drogi duszy zmarłego do świata zmarłych i towarzyszenie jej w tej drodze. Jako lekarze oddziaływali szamani na chorych poprzez hipnotyczne i psychoterapeutyczne rytuały, które wzmacniały siły odpornościowe organizmu. Szaman oczyszczał przy pomocy dymu i zaklęć opanowaną przez duchy duszę chorego a organizm wzmacniał ziołami. Leczenie cięższych schorzeń, spowodowanych opuszczeniem przez duszę ciała chorego, polegało na odnalezieniu jej, błąkającej się w zaświatach, i sprowadzeniu z powrotem.

Najważniejszymi świętami w szamanizmie były dwa dni w roku – zimowe i letnie zrównanie dnia z nocą. Uroczystości te według utartego i organizowanego przez szamana schematu trwały od trzech do dziewięciu dni. Szaman zwracał się do bogów i duchów o zdrowie i pomyślność dla jego grupy jako całości oraz dla każdego jej członka z osobna. Przypuszcza się, że liczne malowidła i płaskorzeźby ścienne w świętych i sakralnych grotach sporządzane były przez szamanów podczas religijnych ceremonii i rytuałów składania ofiar, a rysunki powstawały w stanie zmienionej świadomości pod wpływem transu lub narkotycznego i halucynogennego działania grzybów i roślin. Najbardziej znanym przykładem tych malowideł są sceny polowań w grocie Lascaux, powstałe przed ponad 17 tysiącami laty oraz grocie Montignac sprzed 31,5 tysiąca lat.

Religie pierwotne przeżywają obecnie swój renesans. Wiele osób rozczarowanych zistytucjonalizowanymi kościołami, szuka i wskrzesza pradawne wierzenia swych społeczności i narodów. Ma to miejsce szczególnie w Azji, obu Amerykach, ale także w Afryce i w Europie gdzie odtwarza się dawne wierzenia Słowian, Bałtów, Celtów i Germanów oraz ich tysiącletnie tradycje. Obecnie religie pierwotne wyznaje na świecie prawie 250 milionów ludzi, co stawia je na 7 miejscu pod względem liczebności. Być może jest to przejściowa moda, tak jak moda na religie wschodnie, która przetoczyła się falą przez świat w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono a część została przyswojona, przejęta czy zaadoptowana, szczególnie jeżeli towarzyszyła im modlitwa. Złe duchy i demony oraz dobre i pomocne duchy zostały zastąpione przez diabły i anioły. Osobiste amulety zamieniono na różańce, szkaplerze, medaliki. Funkcję amuletów plemiennych i totemów przejęły relikwie licznych świętych. Magiczne gesty przekształciły się w znak krzyża i przeżegnanie się, a modlitwa zastąpiła magiczne zaklęcia. Szamańskimi magicznymi przedmiotami takimi jak bębenek, wyroczne kości oraz laska szamańska stały się laska i pierścień biskupi, monstrancja, kadzidło, gromnica i woda święcona. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

We wszystkich kulturach przedchrześcijańskich świętymi dniami były przesilenie zimowe i letnie oraz początek wiosny. Kościół katolicki zawłaszczył i przemienił je na „Boże Narodzenie”, „Boże Ciało” oraz „Wielkanoc”. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dni się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem, urodzili się prawie wszyscy bogowie – twórcy religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się kiedy indziej. Miało to być też przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult boga Mitry był w Imperium Rzymskim traktowany przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych. Mithras czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.
Dzień przesilenia letniego w czerwcu, od którego zaczynają wydłużać się noce, zaczęto obchodzić jako „Boże Ciało” dopiero od XIII w. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (halucynacji?) belgijskich zakonnic Ewy i Julianny (1193 – 1258). Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

Elementy szamanizmu zachowały się długo także w zwyczajach Słowian. Były one jednak bezlitośnie zwalczane przez państwo i kościół. Przyjęcie chrześcijaństwa w 966 r. przez Mieszka I było doniosłym aktem politycznym państwa polskiego. Chodziło o zapewnienie chrystianizowanej Polsce statusu terytorium misyjnego podległego jurystrykcji rzymskiej a nie cesarza niemieckiego, która chciała przy okazji nawracania realizować program ekspansji wschodniej.
Mało mówi się i pisze jak wyglądała ta chrystianizacja. A wyglądała okrutnie. Niszczono i burzono słowiańskie świątynie stawiając na ich fundamentach kościoły katolickie. Za nieprzestrzeganie kościelnych nakazów i zakazów groziły drakońskie kary, np. złamanie postu karane było wybiciem zębów. Ludność nie potrafiła zrozumieć zakazu jedzenia mięsa oraz wstrzymywania się od pożycia seksualnego podczas licznych postów i odbierała to jako bezmyślny despotyzm. Zakaz palenia zwłok i nakaz ich zakopywania budziły strach przed odrodzeniem się zmarłego jako „żywego trupa” – upiora prześladującego żywych.
(…)

Oczywiście rodzą się pytania – skąd wzięły się religie, dlaczego człowiek wierzy w bogów i po co mu ta wiara?
Wydaje się, ża na te pytania, na które do tej pory starali się szukać odpowiedzi teolodzy, etnolodzy, filozofowie, socjologowie i psycholodzy, odpowie niedługo neurologia. W trakcie najnowszych badań tomograficznych elektrycznej aktywności mózgów ludzi chorych na lekkie stany epileptyczne, ludzi podczas medytowania czy głębokiej modlitwy, znaleziono w nim region odpowiedzialny za mistyczne przeżycia, który został nazwany „boskim modułem”. W regionie tym znajduje się mechanizm autocenzury, który filtruje masę docierających do mózgu sygnałów. Filtr działa w oparciu o zasadę, że to nie może być, ponieważ nie jest możliwym, aby się wydarzyło. U niektórych osób filtr ten nie działa lub działa słabiej. Efektem tego jest ich duża kreatywność, podatność na wizje i olśnienia. Własne fantazje odbierane są wtedy przez mózg jako rzeczywistość i tak rejestrowane przez świadomość i zapamiętywane. Mechanizm autocenzury daje się też wyłączyć przy pomocy narkotyków lub środków halucynogennych. Niekiedy w przypadku chorób mózgu, region ten zostaje trwale uszkodzony, tak, że osoby z tą wadą nawiedzane są nieustająco przez wizje religijne.

Dlaczego bogowie wszystkich religii posiadają moc nadprzyrodzoną, dlaczego wszystkie religie tłumaczą kosmos i istniejące życie przy pomocy podobnych mitów oraz dlaczego rdzeniem ich wszystkich jest wiara w życie pozagrobowe niezależnej od ziemskiego ciała „duszy”? Wszystkim religiom towarzyszą zdumiewająco podobne lub identyczne rytuały w których przy pomocy muzyki, medytacji lub modlitwy dąży się do osiągnięcia stanów ekstazy i podświadomości. Na ziemi nie istnieje jakakolwiek religia w której nie składałoby się bogu lub bóstwu ofiar i darów. We wszystich religiach wszystkich narodów, plemion i grup etnicznych istnieje rytuał inicjacji dzieci w świat dorosłych. Wszystkie religie mają w sobie jeden wspóly mianownik, przy pomocy religijnie motywowanych tabu trzymana jest w ryzach wspólność plemienna lub narodowa.

Skąd ta jednolitość ? Czyżbyśmy byli genetycznie zaprogramowani na wymyślenie sobie boga?

Gdzie narodził się pierwszy bóg? Czy u pawianów które z przestrachem obserwują zachodzące słońce? Czy i boga odziedziczyliśmy po małpach?
Już homo erectus przed 370.000 laty wzniósł dziewięciometrowy krąg ofiarny z umiejscowioną w środku specjalnie spreparowaną i noszącą ślady kanibalizmu czaszką. Neandertalczycy i homo sapiens chowali swoich zmarłych już przed 50 tysiącami lat. Kto chowa zmarłych, szczególnie składając im do grobu różne przedmioty, wierzy w życie pozagrobowe, gdzie mu one będą potrzebne. Naukowcy twierdzą, że motorem tego wszystkiego jest 1500 g szarej masy naszego mózgu. To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga.

Religia byłaby więc wyrazem biologicznego fenomenu? Ale po co?

Da się to wytłumaczyć teorią ewolucji i adaptacji oraz wynikającymi z tego korzyściami dla małpy i homo. Natura selekcjonowała na drodze ewolucji jednostki z „boskim modułem”, zwiększając ich szanse na przeżycie. Teoria egzystencjonalna twierdzi natomiast, że gdy homo erectus, neandertalczyk oraz homo sapiens uświadomili sobie swoje istnienie, przerażeni perspektywą nicości po śmierci, stworzyli religię, dającą im nadzieję na życie pozagrobowe.

Tu rodzi się fundamentalne filozoficzne pytanie – jak istota poddana nieubłagalnym prawom natury może stworzyć teorię religijną, będącą totalną negacją tych praw. Na to pytanie odpowiedzią jest właśnie ten odkryty areał mózgu. Dlaczego jednak natura na drodze ewolucji wytworzyła u nas ten moduł i nagrodziła jego posiadaczy szansą przeżycia we wrogim nam środowisku?
Zwierzęta kierują się instynktami. Człowiek na drodze ewolucji utracił zdolność instynktownego funkcjonowania lub zredukowana ona została u niego do stanów szczątkowych. Grupa całkowicie pozbawionych instyktu indywidualistów skazana byłaby na rychłą zagładę. Aby przeżyć musiała kierować się pewnymi normami i zasadami. Instynkt musiał być czymś zastąpiony i tutaj funkcje te przejęła religia. W tym celu matka natura na drodze ewolucji stworzyła areały mózgu zdolne do przeżywania olśnień i przeżyć religijnych. Osoby szczególnie nimi obdarzone tworzyły religie, które swoimi tabu wykształcały systemy norm spajające grupę. Obecnie religijnie motywowane tabu przejęły kodeksy oraz zbiory różnych przepisów.

Czy życzymy sobie totalnego zwycięstwa nauki nad religią? Czy religia stała się zbędna?  Ci, u których pewne regiony w mózgu działają bez „filtra”, niech dalej będą prorokami, kapłanami, wierzącymi lub bigotami, innym, tym z „filtrem”, pozwólmy pozostać sceptykami lub ateistami.

Niebezpieczeństwo zagrozi nam dopiero wtedy, gdy, w przyszłości, na ziemi, władzę dyktatorską obejmie jedna z tych dwu frakcji i na drodze genetycznych manipulacji będzie starała się ujednolicić nasze mózgi lub całkowicie nas ich pozbawić.

Sjamanen_shamanic_teachingsShamans from several cultures at Shamanic Teachings in the Netherlands. Shamans are (from left to right): Ayako Goh from Singapore, Haka-teacher Klaus Wintersteller, Maori matakite Wai Turoa Morgan, Jewish Orna Ralston, Aztec indian Nopaltzin, Siberian shaman Ahamkara, Afro-Cuban sangoma Elliott Rivera, North-American chief and medicinman Dancing Thunder
Wikipedia Commons

***
Literatura:
– Basilov W. N. „Sibirische Schamanen, Auserwählte der Geister”, Berlin 2004
– Hoppál M. „Das Buch der Schamanen, Europa und Asien”, Luzern, Schweiz, 2002
– Novik E. S. „Ritual und Folklore im sibirischen Schamanismus”, Hamburg 1989
– Wikipedia.pl, 2006
– Grolle J. „Hotline zum Himmel”, „Der Spiegel”21/2002, Hamburg

Wykłady profesora Dąbrowskiego III – Nazwisko

Myślałam, że już możemy przejść do Tatarów i Babci-Szamanki, ale okazuje się, że nie. Dziś tekst, który najlepiej udowadnia prawdziwość twierdzenia filozofii buddyzmu zen – nieważne gdzie zaczniesz swoją opowieść, w końcu obejmie ona po prostu cały świat.

Ryszard Dąbrowski

Etymologia i znaczenie nazwiska Dąbrowski

– nazwisko to występuje w polskich źródłach pisanych po raz pierwszy w 1386 roku, inne jego formy to: Dombrowski, Dabrowski, Dambrowski,
– nazwisko pochodzi od geograficznych nazw wiosek i miasteczek „Dąbrowa”, jest to najczęściej występująca w Polsce nazwa topograficzna,
-„dąbrowa” to przerzedzony las na użytek pasterski z pozostawionymi starymi dębami, które trudno wykarczować i najpożyteczniej było pozostawić je dla żołędzi służących na karmę dla bydła. Slowo „dąb” jest nazwą botaniczną drzewa. Reliktowo miało ono brzmieć „dąbrow”. Zanik starej formy objaśnia się semantycznym tabu związanym z kultem tego drzewa u Słowian. Samo słowo ma pochodzić ze staroindyjskiego i oznaczać dymno-szarą barwę drzewa dębowego. „Dąbrowa” to także ciemna niwa.
– w roku 1990 mieszkało w Polsce 92.945 osób o nazwisku Dąbrowski, 2.786 – Dombrowski, 131 – Dabrowski oraz 11 – Dambrowski.

U Słowian dąb a także wiąz, klon lub jesion, jako znaczniejsze drzewo, był nieodzowną częścią świętego gaju. Gaj był siedliskiem bogów i bóstw. Znajdował się w głębi lasów okalających wieś. Gdy zakładano nową osadę i wyłaniała się potrzeba obrania uroczyska na święty gaj, szaman dosiadał wtedy młodego pozbawionego uzdy konia i pozwalał się nieść w las nie kierując wierzchowcem. Tam gdzie się koń zatrzymał, powstawał święty gaj. Odbywały się tam modły oraz ceremonie religijne i ofiarne. Nie wolno było bez potrzeby wchodzić do świętego gaju, nie wolno było w nim zbędnie rozmawiać ani krzyczeć. Nie wolo było tam polować, zrywać liści, zbierać ziół i jagód oraz chrustu. Wykroczenie przeciwko tym tabu, miało ściągać zemstę bogów i powodować choroby, utratę wzroku a nawet śmierć.
Były gaje większe dla kilku wsi, mniejsze dla tylko jednej wsi, jednego rodu a nawet rodziny. Naczelnemu drzewu, a inaczej zamieszkującemu je bóstwu, przypisywano właściwości lecznicze. Zawieszano na nim podłużne szmatki, kawałki odzieży, zapaski, chustki oraz koszule. Zniszczenie zawieszonej części ubioru, w miarę upływu czasu, miało pociągnąć za sobą zniszczenie choroby. Powszechnie wierzono w apotropeiczną (ochronną) moc dębu.
Wiarę w mityczny związek dębu z gromowładnymi bóstwami daje się wytłumaczyć tym, że w dęby biją częściej pioruny niż w inne drzewa. Naukowcy twierdzą, że pioruny uderzają częściej w drzewa, które latem zawierają więcej skrobi (dąb, jawor, wiąz) niż np. lipa, która zawiera mniej skrobi a więcej tłuszczów.
Święte drzewo, które przeżyło swój wiek i padało na ziemię, musiało bezużytecznie rozsypać się w proch. Miejsce takie uważano także za święte i przypisywano mu własności lecznicze. Często wznoszono na nim później kościoły, cerkwie i klasztory. Ciekawym jest los świętych gajów po narzuceniu ludności chrześcijaństwa. Gaj pozostawał nadal miejscem zabronionym z obawy przed wystąpieniem nieszczęść. Hierarchia kościelna budowała często w jego obrębie kościół anektując jego świętość i nietykalność.
Interesującymi są inne wierzenia związane z drzewami na niektórych terenach Słowiańszczyzny. Wierzono, że tam gdzie zostanie pochowany człowiek wyrośnie wierzba, jawor lub jarzębina. Gdy zetnie się takie drzewo, wypłynie z niego krew i dobędzie się ludzki głos. Na środkowym Polesiu istniał całkowity zakaz rąbania jarzębiny umotywowany ich ludzkim pochodzeniem. Zrębując jakieś inne drzewo, należało złożyć ofiarę, aby uniknąć zemsty demona, który ewentualnie mógłby na nim lub w nim zamieszkiwać. Użycie lipy na opał było grzechem
W niektórych rejonach praktykowano metodę leczenia chorych, przeważnie dzieci, polegającą na przeciąganiu ich przez szczeliny umyślnie rozszczepione w żywym i zdrowym drzewie, najczęściej dębie. Rozszczepione drzewo było później związywane linami i w załeżności od stanu jego regeneracji wyrokowano o dalszym przebiegu rekonwalescencji chorego. Podczas tej ceremonii chory miał przejąć cechy zdrowego drzewa, jego krzepkość i odporność a drzewo miało „zdjąć” z niego chorobę.

Udało mi się znaleźć informacje dotyczące wierzeń związanych z dębem u Litwinów. Podobnie musiało to równierz wyglądać u Słowian zamieszkujących tereny obecnej Polski.

modelswiatakosmolitewskaModel świata w kosmologii plemion litewskich.

W centrum świata jest drzewo (dąb?) podtrzymujące niebo oraz sięgające korzeniami do świata podziemnego.
Ziemię i jej sklepienie oblewają wody praoceanu.

modelswiatakosmolitewska2Święty dąb i jego otoczenie oraz rysunek przekroju świętej strefy wokół dębu.

Strefa ta podzielona była na trzy pola symbolizujące trzy strefy kosmosu:

– świat podziemny, władany przez boga śmierci Patollusa*, oznaczony czaszkami bydlęcymi lub ludzkimi,
– świat ziemski, władany przez boga płodności i życia Potrimpusa*, symbolizowany przez węża oraz
– świat nadziemny, władany przez boga strzegącego kosmicznego ładu Perkunasa*, symbolizowany przez ogień.

Patollus – (Patals, Patulas), bóg śmierci i zniszczenia, hipostaza boga magii. Symbolem jego była czaszka ludzka lub bydłęca. Ukazywał się nocą w postaci starca z długimi siwymi włosami.

Potrimpus – (Patrimpus), bóg płodności i wody oraz mądrości i zwycięstwa, władca życia. Symbolem jego był zaskroniec. Ukazywał sie w postaci węża lub młodego mężczyzny z wiankiem na głowie.

Perkunas – (Perkons, Perkun, Perun, słowiański Piorun), bóg nieba i sprawiedliwości, władca pór roku oraz piorunów. Najważniejszy bóg plemion litewskich. Jego świętym drzewem gdzie zamieszkiwał oraz symbolem było drzewo dąb. Jego nazwa wzięła sie od pierwotnej litewskiej nazwy dębu: „perky” oraz „perkus”. Z czsem zanikła nazwa kultowa boga stając sie określeniem zjawiska przyrodniczego – piorunów a drzewo zaczęto określać innym słowem („ążuolas”).
Później wierzono, że w dębie zamieszkiwał bożek dębowiec, który władał piorunami i często godził nimi właśnie w dęby.

***

Opracowano na podstawie:
– Bańkowski A. „Etymologiczny słownik języka polskiego”, Warszawa, 2000,
– Brückner A. „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Warszawa, 1927,
– Moszyński K. „Kultura ludowa Słowian”,tom II – „Kultura duchowa”, Kraków, 1934,
– Rymut K. „Nazwiska Polaków”, Kraków, 1999,
– Tomczak L. „Słownik odapelatywnych nazwisk Polaków”, Wrocław, 2003,
– „Słownik nazw osobowych”, Tomy 1-6, Warszawa. 1965 – 1983,
– dane PESEL z końca 1990 roku.