Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 2

Roman Brodowski

Przeprowadzka na Kresy

Po kolacji jak zawsze mój wnuk oglądał program telewizyjny, córka krzątała się po kuchni, a ja po wieczornej toalecie, udałam się na zasłużony odpoczynek.

Światło wiszącej tuż nad głową lampki łagodnie oświetlało otwarte stronice książki, wydobywając z mroku tajemniczą ich zawartość. Syciłam się kolorowymi i czarno-białymi fotografiami pięknych pejzaży zarubieżnej dzisiaj krainy. Każdy z nich, szczegółowo opisany, przypominał mi czasy mojej młodości.

Coraz częściej zamykałam oczy, balansując na granicy „byłam i jestem”, coraz częściej zauważałam to, co wówczas nie miało dla mnie znaczenia, a co dzisiaj nabrało wręcz sakralnej mocy. Drobne epizody, pojedyncze myśli, twarze, przedmioty, słowa sprawiały, że powoli odnajdywałam się poza tą granicą, byłam bardziej tam i wczoraj, aniżeli tu i dzisiaj.

Nagle usłyszałam dobiegający z dala donośny głos taty.
– Wstawaj kwiatuszku – powiedział. – Wstawaj. Musimy się szykować. Niebawem przyjadą furmanki.
– Furmanki? Jakie furmanki? – pomyślałam – No tak przecież dzisiaj wyjeżdżamy do Zdołbunowa – przypomniałam sobie, powoli wydobywając się z sennej jeszcze rzeczywistości.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tato stał obok łóżka, wpatrzony w świat za oknem. Nie wiem dlaczego, ale spontanicznie wyskoczyłam z pościeli i rzuciłam się mu na szyję. – Nie bój się tatusiu – szeptałam mu do ucha. – Będzie dobrze, nie bój się, będzie dobrze.
Ojciec uwolnił się z mego uścisku, postawił mnie na podłogę i delikatnie poklepał po ramieniu.
– Musi być dobrze, Zosieńko. Dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Masz rację, będzie dobrze, córeczko – odrzekł z wyraźnie udawanym spokojem.

Tato był już od kilku miesięcy bez pracy i bez szans na jej zdobycie, postanowił więc poszukać jakiegoś stałego zajęcia z dala od Parzymiechów i z dala od leżącej niedaleko, borykającej się z wysokim bezrobociem, Częstochowy.

Po długich naradach z mamą i z jej aprobatą wyjechał w nieznane, w poszukiwaniu nowego miejsca do założenia przytulnego i dostatniego rodzinnego gniazda.

Wrócił do domu po kilku dniach.

Jakież, niczym nie tłumione emocje targały mamą, gdy usłyszała o tym, że mielibyśmy się przenieść z centralnej Polski na Wschód, tam, gdzie do dzisiaj  panuje, jak mówiła, duch rosyjskiego zaborcy. Nie wiem dlaczego, ale tych terenów mama bała się najbardziej.

Przez kolejne trzy dni w domu panowała atmosfera niezgody, kłótni i płaczu. Aż w końcu udało się ojcu przekonać mamę do wyjazdu. Zapewniał, że tam, na Wschodzie, żyją tacy sami Polacy jak my, przyjaźni, ciepli, posiadają taką samą, katolicką kulturę i podobne naszym, polskie tradycje.

Poza tym w Zdołbunowie obiecano mu interesującą pracę na kolei, dobre zarobki oraz to, co dla niego było najważniejsze, dach nad głową dla całej naszej rodziny. Dzisiaj nadszedł czas przesiedlenia w dalekie i obce dla nas miejsce. Zaczynało się nowe życie, na które patrzyliśmy pełni obaw.

Na podwórze zajechał pierwszy wóz zaprzężony w dwa konie. To kolega taty przyjechał nieco wcześniej, by pomóc przy wynoszeniu mebli.

Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Mama pakowała do drewnianych skrzyń ostatnie garnki, naczynia i drobny sprzęt kuchenny, ja – moje rzeczy osobiste, książki i zabawki. Najwięcej pracy miał tato, który wraz z naszymi najbliższymi sąsiadami, układał na furmankę szafy, stoły i spakowane już wcześniej skrzynie i walizki. Około południa nadjechał drugi wóz. Tym razem ciągnął go jeden koń, a drugi spokojnie przywiązany do woza, maszerował z tyłu. Woźnicą był wynajęty gospodarz z pobliskiej wsi, który za opłatą zgodził się zawieźć nas do celu.

Jak zawsze w takich sytuacjach wokół transportu pojawiła się spora gromadka gapiów. To sąsiedzi przybyli, by nas pożegnać. Niektórzy przynieśli nam drobne podarunki na drogę, jaja, kiełbasę, owoce. Inni, bardziej zżyci z naszą rodziną, rzeczy mające nam ich przypominać. Najbardziej wzruszył nas moment, kiedy to pan Franek, mieszkający w suterynie, zaczął zbierać od mieszkańców naszej ulicy, pieniądze, na nasz, jak to powiedział, dobry początek. Każdy starał się nam pomóc najlepiej, jak tylko potrafił. Pomiędzy dorosłymi stali też moi najbliżsi przyjaciele, Josik, Ania i Kaziu.

Josik czyli syn naszego żydowskiego karczmarza. Ma takie śmieszne, lokowate ogonki, opadające na wiecznie zatroskane policzki. Codziennie rano przybiega pod nasz dom w tej swojej czarnej sukmanie, przynosząc dla nas ciepłe, słodkie ciasteczka. Zawsze trzy, bo jest nas troje. Ania pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma czterech braci i dwie siostry, wśród nich najmłodszy jest Franek, ma czternaście lat, za dużo, by miał czas, by się z nią pobawić. Mama Ani ciężko pracuje w miejscowej pralni, starsze rodzeństwo także, więc Ania całymi dniami jest bez opieki. Gdyby nie to, że ma nas, a zwłaszcza Josika, którego bardzo lubi, byłoby bardzo samotna i pewnie smutna. Jednak najbardziej żal mi Kazia, będzie mi go brakowało. Mieszkamy obok siebie i często do późnego popołudnia bawimy się tylko we dwoje. Z tego powodu czasami inni nasi koledzy wyśmiewają się z nas, wołając, że Zosia i Kaziu to para zakochanych.   Ale ja sobie z tego nic nie robię, bo przecież to prawda, że Kaziu jest moim ulubionym towarzyszem zabaw i przyjacielem.

Wozy były już prawie załadowane. Miejsca do siedzenia na obu furmankach wymoszczone baranimi kożuchami, a na załadunek czekały tylko ostatnie trzy krzesła ustawione pośrodku opustoszałej izby, po której niespokojnym krokiem przechadzała się babcia.     Tylko ona, ta, która codziennie się mną opiekowała, moja kochana babcia, pozostanie w naszym starym, pamiętającym czasy zaborów, mieszkaniu.

Czas usiąść przed czekającą na nas drogą, powiedział nagle tato. Usiadł na jednym z krzeseł. Usiadły też mama i babcia, ja usiadłam na babcinych kolanach. Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, po czym babcia zaczęła głośno wymawiać słowa, które powtarzałam z nią codziennie przed snem – „Ojcze nasz”. Po zakończeniu modlitwy podeszła do nas, pobłogosławiła i ucałowała kilkakrotnie w czoło, najpierw tatę, potem mamę, a potem mnie. Tak wyprawieni na drogę, wyszliśmy na podwórko. Tato podziękował sąsiadom i przyjaciołom, towarzyszącym nam w naszym dotychczasowym, parzymiechowskim życiu.

Po kilku minutach, płaczu, uścisków, obietnic trwałych przyjaźni, pisania listów i składania sobie przysiąg pamięci, siedzieliśmy na wozach. Tylko Kaziu stał przez cały czas w milczeniu. Dopiero jak ruszaliśmy, podbiegł do mnie i podał mi zrobioną własnoręcznie szmaciankę. Płakał i trzymał mnie mocno za rękę.

Konie powoli ruszyły z miejsca. Nasz stary dom, stojąca na progu babcia i tłum przyjaciół zebrany na placu, wszystko się oddalało, stawało coraz mniejsze, aż w końcu zniknęło za zakrętem naszej drogi do „jutra”. I tylko te ostatnie słowa, mojego małego przyjaciela, ostatnie jego wołanie – „ja nie chcę, Zosiu, nie chcę” – wciąż jeszcze brzmiało mi w uszach.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Zmęczone konie wyprzęgnięto z wozów i zaprowadzono do biegnąca wzdłuż traktu rzeczki. My zaś rozłożyliśmy koc na miękkiej, soczystej trawie, żeby zjeść zasłużony i nieco spóźniony obiad. Popołudniowe słońce uśmiechało się do nas ciepłymi promieniami wczesnego lata, a w powietrzu unosił się śpiew krążących ponad polami, skowronków. Wydawało mi się, że jesteśmy na niedzielnej majówce.

Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Tato siedział w pierwszym wozie, obok woźnicy, a mama i ja w drugim. Pod wieczór dotarliśmy do małego zagajnika.

Wjechaliśmy na polanę osłoniętą od drogi wysokimi świerkami, z dala od innych domostw. Konie zatrzymały się pod wiekowym, rozłożystym dębem, a my zeskakując z wozów, zaczęliśmy rozciągać obolałe niewygodami podróży, kości.

– Szanowna rodzinko, i wy dostojni goście – zażartował tato. – Przybyliśmy do tego raju, by spędzić tu naszą romantyczną noc pod gwiazdami. To właśnie tutej rozpocznie się liczenia gwiazd… – Nie mędrkuj, tylko powiedz gdzie rozpalimy ognisko – przerwała mu mama – Muszę ugotować herbatę i upiec kartofle na kolację – dodała. Wybuchnęliśmy śmiechem. Po ustaleniu bezpiecznego miejsca dla rozpalenia ognia, zabraliśmy się za zbieranie chrustu.

Wieczór rzeczywiście był piękny. Ognisko strzelało milionami złotych iskier ku niebu, a języki ognia tańczyły niby tancerze po płonącym drewnie w rytm wiatru. I chociaż my, odziani w ciepłe wełniane swetry, zaczęliśmy odczuwać wieczorny chłód, to wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo, siedzieliśmy cierpliwie do późnych godzin nocnych. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Ciąg dalszy za miesiąc

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej

Roman Brodowski

Echo Wołynia

W tym roku maj był wyjątkowo ciepły i piękny. Po raz pierwszy od wielu lat natura obdarzyła nas tak wielkim bogactwem kwiecia, ptactwa i słońca jednocześnie. Za oknami kwitły kasztany, moje ulubione krzewy liliowego bzu,  a na trawniku obok domu kąpały się w słonecznych promieniach żonkile, stokrotki i spóźnione, ostatnie tulipany. Nawet ptaki, pogubiwszy się w tej pogodzie, wcześniej niż zwykle rozpoczęły godowe trele. Takie wiosny zdarzają się bardzo rzadko.

Osobiście pamiętam tylko jedną tak piękną i tak romantyczną jak ta. Było to w 1939 roku, a więc krótko przed rozpoczęciem wojny. Jednak, w tamtym jakże odległym już dzisiaj czasie, moje pojęcie piękna miało zupełnie inny wymiar. Byłam młodą, atrakcyjną dziewczyną, szukającą swojego miejca, swojego szczęścia na ziemi. Wypełniona marzeniami, zakochana w poezji, przytulałam każdy otrzymany od chłopca kwiatek do ust, a w każdym promyku słońca odnajdowałam nadzieję na spełnienie moich dziewczęcych pragnień. Wsłuchiwałam się w rodzącą się do życia przyrodę, w śpiew ptaków, w szumiący w gałęziach drzew wiatr i w szmer przepływającej leniwie przez Zdołbunowo rzeki. Wówczas jeszcze nie wiedziałam że moją biologczną wiosnę, tak szybko, bez okresu przejściowego, przerwie upalne lato kilkuletniej pożogi. Może właśnie dlatego tę wiosnę, ostatnią wiosnę wolności, a co za tym idzie ostatnią wiosnę mojego beztroskiego dzieciństwa, wspominam szczególnie.

Korzystając z tej wymarzonej na spacery pogody, postanowiłam wybrać się na długi rekonesans po moich spokojnych uliczkach wciąż jeszcze restaurowanych Zbrosławic.

Szczerze mówiąc od wielu dni obiecuję sobie wypad do jedynej na naszym osiedu, księgarni. Zbiża się czas zakupu kolejnej książki z serii „Historia polskiej literatury”. Tym razem powinno ukazać się wznowienie „Lalki”, a przyznam, że od wielu lat nie czytałam tej powieści. Nawiasem Prus jest jednym z moich ulubionych pisarzy.

Po przekroczeniu progu księgarni, ze smutkiem stwierdziłam (nie po raz pierwszy), że ta najwierniejsza przyjaciółka człowieka, książka, ta drukowana, od wieków towarzysząca nam skarbnica wiedzy, rozrywki i przygody, ta pachnąca celulozą i farbą drukarską mądrość, powoli odchodzi do lamusa. Wynalazek Gutenberga ustępuje, wypiera go, coraz szybciej, elektronika. Dobrze, że ten jeden z największych wynalazców naszej epoki nic nie wie o schyłku swojego dzieła, pomyślałam. Półki wypełnione po sufit tysiącami czekających na kupca woluminów, a sklep prawie pusty.

Rozejrzałam się dookoła. Po lewej stronie od drzwi stały dwa potężne regały z napisem „Literatura Polska”. To pewno tu, pomyślałam. Po kilkunastu minutach poszukiwań w końcu „Lalki”. Obok stał czterotomowy komplet książek w pięknej, przykuwającej wzrok, obwolucie. „Bolesław Prus – Dzieła wybrane”. Nie namyślając się długo, (zwłaszcza, że cena kompletu była adekwatna do moich finansowych możliwości), postanowiłam kupić wszystko za jednym razem.

Zapłaciłam i wychodziłam już, gdy wzrok mój przyciągnęły leżące na stole albumy. Na jednym z nich widniało słowo Wołyń. Ogarnął mnie dziwny niepokój. Z bijącym sercem zbliżyłam się do stołu i powoli, z niedowierzeniem zaczęłam czytać, „Wołyń naszych przodków. Śladami życia – Czas zagłady”. Zamarłam. W jednej chwili przed oczyma przemknęło całe moje dzieciństwo, moja młodość, moja radość i mój dramat.

– Czy mogę w czymś pani pomóc? – usłyszałam ledwo dochodzący do mojej świadomości głos. – Czy pani się źle czuje? – pytał ktoś z boku, potrząsając mną delikatnie. Ocknęłam się. Obok stała młoda dziewczyna – ta sama ekspedientka, która kilka minut wcześniej obsługiwała mnie przy kasie.

– Nic mi nie jest. Dziękuję drogie dziecko – odpowiedziałam – To tylko ten album. Tyle lat czekałam na tę chwilę, tyle lat modliłam się o to, by ktoś głośno zaczął mówić o wołyńskiej ziemi, by ktoś upomniał się o historyczną pamięć ofiar polskiego narodu. Pragnąłam, by ktoś wydobył spod ziemi na światło dzienne tę gorzką prawdę o zbrodni ludobójstwa dokonanej na bezbronnej ludności Wołynia, Polesia, Galicji.

– Pani stamtąd pochodzi? – zapytała sprzedawczyni. – Pani musi stamtąd pochodzić – powtórzyła, po czym nieco zmieszana odeszła, pozostawiając mnie sam na sam z czekającym otwarcia albumem. A ja…, położywszy na stół nabyte wcześniej książki, delikatnie uniosłam tę poświęconą mojej ziemi księgę.

I wtedy zauważyłam spadające na stronę tytułową, przezroczyste jak kryształ, kropelki. Tak, to były moje łzy. Dla mnie album ten był jak dzieło sztuki, prawdziwy obraz mojej utraconej, małej ojczyzny, moim sacrum.

Kremowobiała obwoluta, duży format, kredowy papier i masa zdjęć, zarówno z tamtego czasu jak i dzisiejszych, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Prawdziwym cudem tej książki były mapki wołyńskich powiatów, ukazujące w najdrobniejszych szczegółach wszystkie, nawet najmniejsze miejscowości, pojedyncze domy stojące pośród brzemiennych w porze żniw pól, przydrożne, od dawna nieistniejące już kapliczki i drogi prowadzące do zmurszałych już dziś domostw.

Tak- dla kogoś, komu słowo „Wołyń” brzmi jak modlitwa, album ten jest świętością, która pomaga w powrocie do przeszłości, do tamtych, jakże tragicznych dla naszego wołyńskiego narodu, czasów.

Co prawda nie urodziłam się na tej wyklętej i częściowo dzisiaj zapomnianej przez wielu rodaków ziemi i nie płynie w mojej krwi rodowe przywiązanie do niej, ale pomimo to jest moją wielką miłością, najpiękniejszą częścią mojego życia, jest moim dzieciństwem.

Kiedy obładowana wracałam do domu, słońce powoli skłaniało się ku zachodowi. Zapach przesyconego wiosennym wiatrem powietrza i stojące przy wybrukowanej drodze kasztany, obok których przechodziłam tysiące razy, dzisiaj wydawały mi się jakieś inne, dziwnie znajome treścią innej epoki. Nawet mijający mnie przechodnie, których znam, wydawałoby się, od zawsze, pozdrawiający mnie przyjaznym „dzień dobry”, nagle stali się nierozpoznawalni i obcy. Byli obok, a jednocześnie gdzieś bardzo daleko, w jakimś innym czasie. Niby tacy jak zawsze, mili, życzliwi, wtopieni w scenografię mojego życia, a jednak nieodkryci i tajemniczy.

Ja także, mimo osiemdziesięcioletniego doświadczenia, poczułam się o kilkadziesiąt lat młodsza, piękniejsza i jak wówczas, przed wojną,romantycznie naiwna. Czułam, że ten ciężar, który dźwigam w torbie, ten album sprawił, że, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przed oczyma mojej wyobraźni, ponownie ukazał się świat tamtej młodej dziewczyny, cudowny obraz przedwojennego Wołynia.

Zmęczona i nieco już głodna dotarłam do mieszkania. W progu, pomrukując, przywitał mnie, zniecierpliwiony moją długą nieobecnością, stary przyjaciel, kot.

Feliks mieszka z nami od dziesięciu już lat. Pamiętam dzień naszego pierwszego spotkania. Było to wczesną wiosną, bodajże na początku marca. Na dworzu było jeszcze chłodno, ale na gałązkach rosnącej nieopodal naszego domu wierzby pojawiły się srebrzyste bazie.

Jak zawsze rankiem udałam się do pobliskiej piekarni, po świeże pieczywo. Wracając z zakupami, ujrzałam leżącą pod drzwiami małą szaroczarną kuleczkę. To był on, skulony, trzęsący się z zimna mały kotek. Patrzył na mnie smutno. W jego zielonych oczach była samotność, było cierpienie i prośba, taka prawdziwa, szlachetna prośba o przytulenie. Wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć Podniosłam go z ziemi i włożywszy do wielkiej kieszeni palta zaniosłam do mieszkania.

Na początku myślałam o tym by go ogrzać, nakarmić i przetrzymać kilka dni, do momentu aż się na dworzu ociepli, ale już następnego dnia wiedziałam, a właściwie wiedzieliśmy wraz z wnukiem, że kot zostanie z nami.

Co prawda pomysł ten nie bardzo przypadł do gustu mojej córce, ale z czasem i ona przywykła. Teraz kot jest już stałym członkiem naszej rodziny.

Spojrzałam na wiszący w przedpokuju zegar. Dochodziła szesnasta. Kot kręcił mi się między nogami, a ja, zajęta przygotowywaniem obiadu dla córki i wnuka, wracających o siedemnastej z pracy, z niepokojem zerkałam w kierunku sypialni. Nie mogłam zapomnieć o leżącej na łóżku lekturze, o czekającej tam na mnie wieczornej przygodzie, o możliwości powrotu do wciąż żywej tęsknoty, jaką jest ziemia wołyńska, żyzne pola okaljące Równe i zielone przestrzenie mojego małego Zdołbunowa.

                                                               Ciąg dalszy nastąpi

 

Zaduszki Kresowe

Roman Brodowski

Zaduszki

Szarojesienny, wilgotny wiatr
Tańczący w alejkach cmentarnej,
Zamkniętej ludzką historią,
Unoszonej zapachem niebytu, ciszy

Krzyże wpatrzone w płonące znicze
Białe, żółte kwiecie chryzantem,
Świeżo zerwane gałązki świerku
I ledwo słyszalny głos przemijania.

Melancholia stojąca przy grobach
Zmarznięte dłonie splecione pokorą
I modlitwa za spokojny sen bliźnich
Wysłana nadzieją zmartwychwstania.

I Oni, – przywołani mrokiem pamięci,
Powracający jesienną mgłą tęsknoty,
By odejść z nastaniem chłodnej nocy
– Jak dobrze mieć wspomnienia –

Mateńko

Drzwi do raju jeszcze daleko.
Moje jestestwo nadal płynie,
A ja już czekam, Mateńko
Kiedy obudzisz się ze snu.

Pamiętasz?

Przytulony do twojej piersi
Do twojej matczynej miłości
Karmiłem się mlekiem prawdy
Płynącym z twojego wnętrza

A gdy wyrosły mi skrzydła
Wyfrunąłem w bezkres świata
W celu poznania sensu bytu,
Poznania drogi przeznaczenia

Pamiętasz?

Dałaś mi palto na pożegnanie
Uszyte siłą twojej wiary
Talizman na ciężkie chwile
By chronił moje zwątpienie.

Błądziłem po nieboskłonie
Szukając przystani na wieczność.
Pływałem po morzach bezsensu
Po dogmatycznych tajemnicach…

Pamiętasz?

Szukałem Boga pośród ludzi,
Szukałem w ludziach Jego światła,
A gdy nie znalazłem, odszedłem
Niespełniony jak syn marnotrawny…

Tyle już czasu minęło, Mateńko,
A ja nadal nie pojmuję nadziei,
Codziennie modlę się o wczoraj.
I szukam Ciebie… wśród zniczy.

Ojczyzno

Położyłem bukiet kwiatów,
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.

Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.

Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.

Tylko ziemia milczała,
Tuląc matczynym ramieniem
Śpiącą, przerwaną historię.
Milczące dziecię narodu.

Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

– Dobrze że jesteś – Ojczyzno!

Do Adama

„Ktokolwiek będziesz w Nowogròdzkiej ziemi…“
Pamiętasz? –  to twoje Wieszczu są słowa,
No więc jestem! – tu w twojej  przestrzeni
By poczuć smak epoki… by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości
Wolność żywym słowem bliźnim rozdawałeś
I uczyłeś naród nasz czystej miłości
Do ojczyzny, do Matki którą tak kochałeś.

Wznosiłeś modlitwy do pagórków leśnych.
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom jak majowe słońce.

Tak Mistrzu Adamie – mój Ty przyjacielu
To w twoich marzeniach Polska się rodziła
W „Stepach Akermańskich“, w „Panu Tadeuszu“ ,
W „Dziadach“ twych, w Sonetach, patriotyczna siła.

Więc pozwól, że dzisiaj będąc w Nowogròdku
Ja skromny poeta w wolnej już ojczyźnie,
Szczęśliwy, że mogę odwiedzić twe progi,
Hołd złożę za Ciebie twojej Grodzieńszczyźnie.

Bo choć ona daleko i granica dzieli
To zawsze ta sama, pachnąca Świtezią
I po wieczne czasy, dzięki twej poezji
Połączona myślami z prastarą macierzą.

Elegia

Kiedy odejdę, starym kalendarzom,
Zapiętym klamrą niespełnienia
Zamilkną usta spraw codziennych
Czekając swego przebudzenia.

W szufladzie usną żółte kartki.
Pokryte kurzem i tęsknotą,
Nie przeczytane jeszcze wiersze.
I to pytanie – komu, po co?

A na pianinie, od lat już niemym
Chopina zagra ktoś nokturny.
Lecz tej melodii nie usłyszą
Prochy mej szklisto czarnej urny.

I tylko pamięć gdzieś zapuka,
W sercu przypadkiem się obudzi
Chwilkę zabawi w swym niebycie.
Pośród bytowych jeszcze ludzi.

Tyle zostaje nas dla innych
Ile nas w myślach swoich noszą,
Jakaś elegia, krzyż lub kamień
I to pytanie – komu, po co?

Kiedy odejdę starym kalendarzom
Odziany w zgrzebny strój przeszłości
To pozostawię w pustym miejscu…,
Tak! te pytania dla potomności.

Sen o Wołyniu

Tylko jeden wtulony w mech krzyż
Na ziemi pszennokrwistej ofiary
Jedno powolne konanie człowieka
Pustka w przestrzeni nowego czasu

Tylko jeden krzyk zabrany w drogę,
W daleki świat innego jestestwa
Garstka zmurszałej wołyńskiej ziemi
Dotykana ciepłotą spragnionych ust

Tylko jeden dzień wołający z niebytu
Jeden tlący się w zbłąkanej duszy znicz
Cierpienie szukające odkupienia
W chłodnych kamieniach zapomnienia

Ziemio wołyńskiego przemijania
Dlaczego tulisz w swojej czeluści
Szlachetne ziarna polskiego ludu?
Ścięte przedwcześnie sierpem nienawiści

Dlaczego nie znaczysz swojej tajemnicy
Zagonami krzyży pośród śnieżnych brzóz
Ziemio wołyńskiej, staropolskiej pieśni…
Nie odchodź – jeszcze nie czas na sen

– P A M I Ę T A M –

Berlin 19.10.2015

2 listopada 2015
w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. Zbigniewa Herberta
w Gorzowie Wielkopolskim
odbędą się
„Zaduszki Kresowe”

W programie
Inscenizacja II i III części Dziadów Adama Mickiewicza
Recytacja wierszy Romana Zygmunta Brodowskiego
Program muzyczny przygotowany przez młodzież gorzowską
Marsz żałobny i dwie sonaty Fryderyka Chopina w wykonaniu Filipa-Amosa Brodowskiego, syna poety
Przekazanie gorzowskiej młodzieży symbolicznego ognia pamięci
Przesłania wygłoszone przez wicewojewodę lubuskiego, Jana Świrepo, radną sejmiku a zarazem organizatorkę spotkania, Grażynę Wojciechowską oraz kresowego poetę z Berlina, Romana Brodowskiego.

Imprezę zorganizowała Gorzowska Fundacja „Czysta Woda”, Biblioteka Wojewódzka oraz Towarzystwo Wilna i Okolic, a patronat objęła Wojewodzina Lubuska, Katarzyna Osos.

Wieczór Kresowy poświęcony jest pamięci tych, którzy odeszli, naszych bliskich, naszych przyjaciół, oraz tych, dla których Kresy stanowiły sens i misję życia. W spotkaniu wezmą udział przedstawiciele organizacji kresowych, działających na terenie Ziemi Lubuskiej i Pomorza Zachodniego, kombatanci, Sybiracy, młodzież szkół gorzowskich oraz przedstawiciele władz wojewódzkich i miejskich.

Zaduszki Kresowe rozpoczynają się o godzinie 17°°

Zapraszamy

Brückner raz jeszcze / Wieder Prof. Brückner

Ewa Maria Slaska & Roman Brodowski

Dzień zmarłych / Allerheiligen

Zaproszenie3-malePo polsku pisałam już TU o profesorze i jego grobie na Cmentarzu Parkowym Tempelhof, a TU i o grobie, i o naszej wspólnej wizycie tam przed rokiem.

ambasada4Über Professor Brückner und sein Grab

Zünden wir wieder die Grabkerzen.
Lassen wir unsere Erinnerungen frei.
Die Gestorbenen “leben” nur so lange, wie lange wir uns an sie erinnern.

Liebe Freunde,

heute ist der Tag der Allerheiligen, der Tag an dem die Katholiken ihren Gestorbenen gedenken.
Wie jedes Jahr werden wir heute die Gräber unserer Nächsten besuchen, uns an sie erinnern, an die Zeit denken, als sie noch unter uns weilten.
Wir sollen uns aber auch an die Menschen erinnern, die längst vergessen wurden.
Für uns, Polen in Berlin, ist Professor Aleksander Brückner solch ein Mensch. Der Linguist, Humanist, Historiker. Fast 60 Jahre lebte er in Berlin, 44 Jahre leitete er das Slawistik-Institut an der Humboldt-Universität, das er als junger Wissenschaftler gegründet hatte. Er hatte 600 Bücher auf Deutsch un Polnisch verfasst und unzählige Artikel, Kritiken, Besprechungen. Gestorben 1939, wurde er allmählich vergessen, bis wir, die Polen in Berlin, uns an ihn erinnerten und ihn in die kollektive deutsche und polnische Gedächtnis wieder rückten. Seit vielen Jahren besuchen wir sein Grab. Manchmal geht nur eine von uns hin, manchmal zwei, letztens sind wir aber immer mehr.

Auch dieses Jahr gehen wir wieder hin. Wir treffen uns am Sonntag, den 1. November um 11 Uhr unten in der U-Bahn-Station Ullsteinstrasse.

ambasada2 ambasadaUnd so war es. Kwiaty ufundowała Ambasada Polska w Berlinie.

brucknerFotos Ania /1. November 2015

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa… 4

Roman Brodowski był chory i przez ostatnie dwa miesiące nie mógł przysłać nam następnego odcinka dramatycznej opowieści o deportacji Polaków na Syberię. Przypomnę tu, że opowieść o Lidzi Brodowskiej ukazała się TU, TU i TU, a przedtem jeszcze bohaterka tej opowieści jako stara kobieta pojawiła się we wpisie Cioteczka Lidzia

Roman Brodowski

Podróż do piekła

… Nagle poczuła czyjś ciepły, delikatny dotyk na obolałych od chłodu, plecach. To mateńka objęła ją i przytuliła do piersi, do tykającego głośno, rytmicznie serca, tak jak ptak który chowa pod siebie swoje wystraszone, znajdujące się w niebezpieczeństwie, pisklę.
Czas płynął powoli, kolejne ofiary znikały za otwartymi wrotami wagonu, a Lidzia, tak jak wcześniej jej przyjaciółka, z coraz większym niepokojem liczyła po cichu, jego zawartość. – Już dwadzieścia sześć osób – szepnęła do siebie. – Boże! Ojcze kochany! – modliła się w myślach – proszę Cię. Nie zostawiaj mnie. Nie pozwól aby nas rozdzielono. Nie opuszczaj nas. Matka, widząc przerażoną twarz córki, przytuliwszy ją jeszcze bardziej do siebie, zaczęła całować jej kruczo ciemne włosy. – Nie bój się kochanie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić – uspokajała ją. Pan Bóg… – nie dokończyła, bo właśnie stało się to, co chciała powiedzieć – Pan Bóg ich nie zostawił, wysłuchał.

– Bradowskij – usłyszały przeszywający powietrze nieprzyjemny głos wywołującego. Podniosły bagaże, ich cały dobytek, i podtrzymując słaniającego się na nogach Antka, ruszyły przed siebie. – Brodowskij – usłyszały ponownie, wyraźnie zniecierpliwiony głos żołnierza. Ludzie rozsuwali się, pomagając im wydostać się z tłumu. Powoli, przybliżali się do stołu, przy którym siedział „bóg tego systemu”, sprawdzający dokumenty oficer NKWD. Spojrzał na nie, potem do leżących przed nim akt, po czym nie spuszczając z nich wzroku zapytał o nazwisko. – Brodowscy – powiedziała matka – Helena, Lidia i Antoni Brodowscy – dodała, podając dokumenty tożsamości.
– Brodowski – mamrotał pod nosem enkawudzista, porównując treść dokumentów z tym co było zapisane w aktach. – Da, Bradowskij – powtórzył, kierując wzrok na wystraszone kobiety. – A tu stoi napisane – pokazał na akta – że daużno byt czetery czeławieka. – Jak to cztery – zdziwiła się matka. – Da, czetery. Mieczyslaw, Jelena, Lidia i An…toni. – wymienił, po imionach. – Mieczyslawa nieto – kontynuował – Gdzie wasz muż, Jeleno – zapytał zdenerwowany. – Mój mąż pracuje na kolei. Od wczoraj jest w pracy. Proszę sprawdzić – odpowiedziała matka. – To pomyłka, panie oficerze, to musi być pomyłka. Sam pan widzi, że męża nie ma – starała się wyjaśnić. – Małczać – wrzasnął oficer, po czym kiwnął palcem na siedzącego obok niego cywila. Ten przysunąwszy się do niego, otworzył leżący przed nim notatnik, następnie czytając po rosyjku zawartą w nim treść, tłumaczył coś niezrozumiale. Oficer kiwał głową, spoglądając to na cywila, to na matkę, to w akta. Zapanowała cisza, po której enkawudzista jak w letargu zaczął „rzucać gromy” w kierunku czekających na wyrok kobiet. – Wasz muż – zaczął – to bandyta. On pamagal partyzanom. On ubieżal. Kakda soldaty pajechali wczera wieczieram na jewo rabotu, okazałoś, czto jewo tam usze niet. No my najdziom nie tolko waszewo muza, tolko wsjech banditow. Tak czto wy nie piereżywajtie. My ransze ili pozrze jewo wam dostawim. Paka zanimajtie miesta w pierwom klasie etowo priekrasnowo pojezda – wskazał wagon, wrzucając do stojącej obok stołu skrzynki ich dokumenty tożsamości.

Odebrały „prowiant” i wsiadły do wagonu, które przez wiele dni miał być dla nich namiastką domu, więzienia i… kostnicy. Dopiero po przekroczeniu tej granicy, która oddzielała świat zewnętrzny, od zamkniętej przestrzeni wagonu, Lidzia uświadomiła sobie dramat swojego położenia. W końcu mogła zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć wnętrze tej „Jonaszowej Ryby”, odkryć tajemnice, jakie w sobie zawierała. To co zobaczyła, nie napawało optymizmem. Na bocznych ścianach wisiały pozbijane z desek, wiszące na łańcuchach, wzmocnione od podłogi aż po sufit, prycze. Na każdej z nich znajdowały się po trzy lub cztery miejsca do spania, i siedzenia zarazem. Prycze te usytuowane były na trzech wysokościach. Na górne poziomy można było wejść po zbitych z desek, prowizorycznych drabinach. Najniższy poziom znajdował się około sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu centymetrów nad podłogą, a przestrzeń ta spełniała rolę przechowalni bagażu. Na pryczach leżały cienkie materace ze słomy pokrytej materiałem jak na worki.

W lewym rogu, w podłodze, zamontowano coś w rodzaju grubej rury, wychodzącej bezpośrednio na zewnątrz i zakończonej szeroką deską z wyciętym otworem. Rura ta służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Otwór zakrywał dekiel, przypominający pokrywkę do kotła. Były dwie takie rury. Oddzielały je grube, brunatne kotary. Miejsce to, było zarówno ubikacją jak i łazienką. Po przeciwnej stronie wagonu stał pojemnik na wodę – wielka, wydłużona beczka, z wbudowanym w dolnej części kurkiem. Ale wodę można było też czerpać bezpośrednio z pojemnika, korzystając z kilku aluminiowych kubków, przytwierdzonych na długich łańcuszkach.

Pośrodku wagonu, ustawiono na metalowej płycie piec, zwany potocznie „kozą” – gruba, żeliwna rura na nogach, w której paliło się węglem lub drewnem. W dolnej części znajdował się pojemnik na popiół, powyżej palenisko, a na wierzchu płyta, którą odsuwało się, aby uzupełnić opał. Długa rura odprowadzała spaliny na zewnątrz. Tu można było przygotowywać ciepłe posiłki.

Jedynymi oknami na świat były cztery niewielkie otwory wycięte w górnej części bocznych ścian, zabezpieczone kratami z drutu kolczastego. Pomimo tak przerażającego widoku, Lidzię ogarnęła wielka radość. Cała jej rodzina, jako jedna z ostatnich dostała się do tego wagonu, w którym czekały na nich miejsca zarezerwowane przez rodzinę Bigockich. Wiedziała, że już nie jest sama, że mimo nieszczęścia jakiego w tym momencie doświadczają ich rodziny, wspólnie dadzą sobie radę.

Drogi czytelniku witryny ewamaria2013,
kolejny rozdział, dotyczący dramatycznych losów Lidzi oraz jej najbliższych, w ich pierwszej fazie wygnania – czyli podróż do syberyjskich łagrów, ukaże się latem przyszłego roku w książce pod tym samym tytułem, pod jakim ukazywały się tu fragmenty I rozdziału. O terminie promocji poinformuję.
Autor

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Podróż do piekła. Na placu przed dworcem

Nagle, niespodziewanie od strony torów kolejowych dobiegł do nich dziwny hałas, przypominający nieco dźwięk turlających się po bruku drewnianych beczek. To żołnierze rozsuwali na oścież drzwi czekających tam wagonów. Do każdego z nich przystawiono zbite z desek podesty w kształcie równi pochyłej, po których najpierw pojedynczo wchodzili wojskowi, by sprawdzić ich ponure wnętrza. Lidzia, tak jak i inni, mimowolnie odwróciła głowę w tamtym kierunku. Widok otwartego wagonu, po którego ciemnobrązowych ścianach tańczyły snopy światła zapalonych latarek, oraz przesuwające się po ich wnętrzu cienie ludzkich sylwetek, nie wiadomo czemu, ale przypominiał jej niedawno omawianą na lekcjii religii, biblijną przypowieść o Jonaszu, którego połknął wielki wieloryb. Wówczas nie całkiem rozumiała jej znaczenie. Nie mogła pojąć, dlaczego Bóg posłał swojego sługę do Niniwy, miasta, w którym oprócz pogan nie było nikogo. Nie rozumiała też postawy samego proroka, człowieka zananego z bezgranicznie silnej wielkiej wiary, który nie wykonał polecenia i zamiast do wskazanego przez swojego Pana, miejsca, skierował swoje kroki do Tarszyszu. – Teraz już wie, na czym polegał błąd pobożnego sługi: pozwolił by strach, przed obcym, wrogim dla Izraelitów narodem, owładnął nim na tyle, że zatracił bezgraniczną dotychczas ufność w moc swojego niebiańskiego ojca.

– Za chwilę i my znajdziemy się we wnętrzu naszej wielkiej „Ryby” – pomyślała. – Boże, dodaj mi sił, spraw, by moja wiara w Ciebie pozwoliła mi i moim najbliższym przetrwać to, co nas czeka. Pomóż bym nigdy nie zwątpiła w Twoją miłość. Pokieruj tak, bym tam, dokąd mnie wysyłasz, wypełniała tylko Twoją wolę – modliła się swoim dziewczęcym bogactwen myśli.

Zakończyła konwersację z Najwyższym, wypowiadając sakramentalne Amen, i spojrzała na Anię. – Ciekawa jestem – zapytała ją – czy w pierwszej klasie tego pociągu, będą łóżka do spania, prysznic i świeża, pachnąca kołderka? Chociaż, szczerze mówiąc, chce mi się tak bardzo spać, że nawet bez wygód, na zwykej drewnianej ławce mogła bym zasnąć, byleby tylko się do kogoś przytulić. – I ja marzę, o tym samym. moja droga przyjaciółko. Zamknąć oczy i śnić o wiosennych, ukwieconych łąkach – odpowiedziała Ania, wysilając się na odrobinę szczerego uśmiechu.

Kiedy ostatni żołnierz zakończył kontrolę i opuścił wagon, nastąpiło coś czego nikt się nie spodziewał. Pod budynek dworca podjechały trzy wielkie,wojskowe samochody, z których wyskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych w karabiny odzianych po cywilnemu, mężczyzn. Okrążyli plac i stojących na nim ludzi. Czekali na czyjeś rozkazy.

W pierwszej chwili w sercach wysiedleńców pojawiła się nadzieja. Byli przekonani, że to partyzanci z pobliskich lasów rozpoczęli akcję, w celu ich uwolnienia. Zdezorientowani, rzucali się sobie w ramiona, dziękowali za ocalenie, płakali. Niestety radość ich była przedwczesna, a nadzieje bardzo szybko okazały się płonne. To nie byli partyzanci, a ochotniczy odział lokalnych komunistów, współpracujących z okupantem, złożony z Ukraińców mieszkających na terenie powiatu włodzimierskiego. Do nich miała należeć ochrona terenu przed ewentualnymi próbami ucieczek wśród przeznaczonych do transportu Polaków.

– Ja ich znam – krzyknął ktoś z tłumu, wskazując palcem na stojących z wycelowaną w nich bronią, cywili. – Jeden z nich, ten wysoki brunet oparty o drzewo, w pilotce na głowie, to szczególny oprawca. Mieszka z rodziną niedaleko mojej wsi – kontynuował – Powiadają, że jesienią wydał Sowietom swojego sąsiada, który powrócił po wrześniowej demobilizacji do domu. Ponoć sam uczestniczył w wymordowaniu całej jego rodziny. Okazało się, że i inni rozpoznawali wśród stojących osoby, które lepiej lub gorzej znali. Im więcej słychać było opowieści, tym większy był strach przekształcający się w panikę. Matki zaczęły osłaniać dzieci przed ewentualną strzelaniną, przytulając je mocno do siebie. Ludzie krzyczęli, przeklinając swój los, chwytali się za ręce, w geście pożegnania. Niektórzy próbowali głośno błagać o litość.

Rosjanie widząc, co się dzieje, nie mogąc okiełzać narastającej fali niepokoju, wystrzelili kilka serii ostrzegawczych z karabinów maszynowych. Kiedy ucichły, wszyscy usłyszeli prawie-że krzyczącego do nich tłumacza. Zapewniał, że nikomu, nic się nie stanie, a ci którzy ich okrążyli, nie przyjechali po to, by dokonać egzekucji, tylko po to, by godnie pożegnać odjeżdżających na „polarną wycieczkę” przyjaciół. W jego głosie było tyle cynizmu i pogardy, że być może w innej sytuacji niejeden słuchający najchętniej by go za te słowa zabił. Ale nie teraz. W chwili, gdy wielu skazańców przekonanych było o tym, że za chwilę dokona się koniec ich żywota, słowa te były błogosławieństwem, uciszeniem i balsamem. Na wielu zmęczonych, zmarzniętych policzkach, ledwie trzymających się na nogach kobiet, mężczyzn i dzieci pojawiły się łzy. Jak na ironię, tym razem nie były to łzy bólu, a łzy ulgi. Bo jak inaczej nazwać łzy, które pojawiają się w momencie, gdy dowiadujesz się, że twój czas nie nadszedł, że masz jeszcze przed sobą tak zwaną przyszłość.

Słońce niemrawo przebijało się przez poranny horyzont. Wrony, niby teatralna publiczność, rozsiadły się na drzewach rosnących wokół dworcowego placu. Kracząc przeraźliwie, oberwały, co się dzieje.

Rozpoczął się końcowy akt preludium do dzieła, jakim jest jednoaktowy dramat pod tytułem „Zsyłka na Sybir”. Wywoływani w alfabetycznej kolejności skazańcy podchodzili do stołu „komandira” i po oddaniu dokumentów tożsamości podpisywali listę, po czym w asyście żołnierzy udawali się po przydział żywnościowy na dwa dni: 900 gramów razowca oraz coś podobnego do margaryny, co jednak śmierdziało naftą. Woda do picia znajdowała się w beczkach stojących w wagonach. Potem ci sami żołnierze odprowadzali deportowanych do wagonów.

Lidzia kurczowo trzymała Antka za rękę i oparta o matkę czekała na ich kolej. – Bigocki! czetery czeławieka! Wychadit! – usłyszała donośny głos wywołującego. Ania, jakby szukając pomocy, spojrzała na Lidzię. Uśmiechnęła się przez łzy. – Będę na Ciebie czekała. Policzyłam Lideczko. Jesteśmy dopiero drugą rodziną w tym wagonie, do którego nas prowadzą. Będę czekała. Będziemy razem, nie bój się – powiedziała, dodając sobie otuchy, po czym rodzina Ani ruszyła w kierunku przeznaczenia. Lidzia długo nie mogła wydobyć z siebie słowa, w końcu krzyknęła do znikającej za plecami Ani. – Nie boję się siostrzyczko, nie boję się, czekaj!

Ciąg dalszy za miesiąc

 

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa (2)

Roman Brodowski

Rozdział I. Droga do piekła.

Na placu

Po długim i wyczerpującym marszu dotarli do dworca kolejowego położonego na obrzeżach miasta, w odległości około dwóch i pół kilometra od ich domu. Przy betonowej rampie stały gotowe do drogi niewielkie wagony, podobne do tych w jakich przewożono zazwyczaj zwierzęta lub towary. W każdym z nich znajdowały się otwarte do połowy, rozsuwane drzwi, do których dostępu pilnowali uzbrojeni w karabiny wartownicy. W górnej części wagonów, po obu stronach drzwi wycięte były nieduże otwory okienne, osłonięte kratami z drutu kolczastego.

Przy budynku dworca czekało już kilkadziesiąt osób, które dowiezione zostały wojskowymi samochodami z okolicznych miejscowości. Ludzie stali ustawieni w kilku równych rzędach. Widok matek z przytulonymi do nich, szukającymi odrobiny ciepła dziećmi, osób w podeszłym wieku, przytrzymujących siebie nawzajem , czy też mężczyzn, często pokrwawionych, okaleczonych i zrezygnowanych, potęgował w Lidzi strach i niepewność. Jedni modlili się na głos, inni śpiewali patriotyczne pieśni, a jeszcze inni rozpaczliwie wołali o pomstę do nieba.

Do nowo przybyłej grupy podszedł rosyjski oficer w asyście kilku żołnierzy i, wymachując rękoma, zaczął wydawać rozkazy.
– Ci, tak jak tamci – wskazał żołnierzom palcem na kolumnę – mają ustawić się rodzinami w kolejnych rzędach i czekać spokojnie na dalsze polecenia. Żołnierze posuwając się powoli, jeden obok drugiego, zaczęli zdezorientowanym i wylęknionym ludziom „ pomagać ” kolbami, pięściami i nogami ustawić się zgodnie z rozkazem.
Mama i Lidzia chwyciły Antka mocno za ręce w obawie przed ciosami żołnierzy i szybko wtopiły się w tłum. Kiedy po niedługim czasie nowo uformowane szyki dołączyły do pozostałych, z budynku wyszedł kolejny oficer i podszedłwszy do swojego kolegi, długo z nim o czymś rozmawiał, po czym po polsku zakumunikował zebranym, że za godzinę wszyscy wyczytani z listy zajmować będą miejsca w przygotowanych dla nich wagonach. Na zadane przez kogoś z tłumu pytanie – dokąd zostaną wywiezieni? – oficer odpowiedział, że tego nie wie, ale że każda rodzina otrzyma na miejscu docelowym zakwaterowanie, pracę oraz pomoc na rozpoczęcie nowego życia w nowej ojczyźnie, jaką od teraz jest dla nich ZSSR. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Każdy, kto słyszał o losach Polaków zesłanych wcześniej na Syberię, zdawał sobie sprawę z tego, jakiej rzeczywistości może się spodziewać. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nie jedzie po to, żeby rozpoczynać nowe życie, ale po to by rozpoczynać powolne, katorżnicze umieranie, po to, by pracować tam jak niewolnik, w nieludzkich warunkach, bez prawa do godności, pracować na rzecz wrogiego Polakom państwa, jakim był Związek Radziecki.

Lidzia na przemian z matką brały chłopca na ręce, by jak najbardziej odizolować go od chłodnej ziemi. Na szczęście stały w środkowym rzędzie, więc ciepło otaczających ich ludzi, oraz naturalna osłona przed dokuczliwym wiatrem pomagały im przetrwać to mroźne czekanie. Minuty upływały nieubłagalnie wolno, chłód coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki, a na niebie pojawiały się pierwsze znaki zimowego poranka. Księżycową ciemność zaczęła wypierać bladosłoneczna jasność, a majaczące do tej pory na horyzoncie ciemne plamy, zaczęły przybierać kształt drzew bukowego lasu otaczającego dworzec.

Niektórzy w tłumie zaczęli rozpoznawać znajome twarze. W powietrzu słychać było nawoływania i, im jaśniej, tym więcej imion, nazwisk, nazw ulic, czy też miejscowości, przepływało przez uszy stojącej dziewczyny. Co jakiś czas ktoś odnajdował kogoś w tej masie człowieczego nieszczęścia. Rodzina, krewny, bliski, czy też dalszy znajomy, to było bez znaczenia, kto dla kogo i kim był wcześniej. Ważne, że w tej tragicznej sytuacji, znalazł się ktoś, kogo się znało, ktoś kogo połączyła ta sama droga, droga wspólnego losu.
– Jak to dobrze – pomyślała Lidzia – kiedy jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, ktoś komu można zaufać. Cieszyła się, a zarazem zazdrościła, bo przecież obok niej nie ma nie tylko nikogo znajomego, ale i tej najważniejszej dla niej osoby – ojca. Na myśl o ukochanym ojcu po jej dziewczęcej buzi spłynęły niby małe, wilgotne brylanciki, piekące do bólu łzy.

Nagle do jej uszu dotarł znajomy głos. Ktoś za plecami wołał ją po imieniu. Tak, słyszała to wyraźnie, ktoś ją wołał. Odwróciła się. Zaledwie kilka kroków od niej, nieco z boku, stała Ania Bigocka, jej rówieśniczka. Machała do niej ręką! Ania pochodziła z zacnej rodziny lekarskiej. Ojciec jej, zany i szanowany chirurg, zginął jeszcze na początku wojny, gdzieś pod Lublinem, a mama, pani Bigocka, prowadziła punkt apteczny obok lecznicy. Wszystkie razem, same kobiety, mama, Ania, jej starsza siostra i babcia, mieszkały niedaleko gimnazjum, do którego obie chodziły. Co prawda nie do tej samej klasy, bo Lidzia do I A, a Ania do I B, ale na co dzień, także poza szkołą, przyjaźniły się ze sobą. Obok Ani stały wszystkie kobiety z jej rodziny. Nikogo nie brakowało, mama, babcia, siostra.
– Chociaż u niej są wszyscy – powiedziała szeptem. – Boże, dlaczego jesteś taki niesprawiedliwy? dlaczego inni są razem, a nas rozdzieliłeś? Dlaczego nie ma przy nas tatusia? – w myślach pytała Boga, choć przecież i u Ani nie było Taty. Pomimo żalu poczuła dziwne uspokojenie. Zrozumiała, że i ona nie jest w tych ciężkich dla niej chwilach sama , że oprócz mateńki i Antka jest jeszcze ktoś, kto tak jak ona cierpi, kto tak jak ona, właśnie teraz potrzebuje wsparcia, bratniej duszy, przytulenia. Zrozumiała że tą osobą jest stojąca w zasięgu wzroku Ania.

Spojrzała na matkę, a ta jakby wyczuwając jej niemą prośbę, pokiwała na znak zgody głową. – Idź córeczko – powiedziała – tylko wróć, proszę, zanim zaczną czytać listę – dodała, całując ją tak jak zawsze na pożegnanie, gdy wychodziła do szkoły. Lidzia, powoli, krok po kroku przesuwała się w kierunku Ani, która czyniła tak samo. Nie minęła nawet minuta, gdy obie znalazły się obok siebie. Rzuciwszy się jedna drugiej w ramiona, całowały, po zroszonych łzami policzkach, po włosach, po dłoniach…, jak dwie najdroższe sobie osoby, jak dwie kochające siostry.
– Lidziu , co z nami będzie? – zaszlochała Ania, w objęciach koleżanki. – dlaczego nas to spotyka? dlaczego właśnie nas? – pytała.
– Cicho Aniu, cicho kochana. Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze. Niedługo wojna się skończy i wrócimy do domu – uspokajała ją Lidzia. – Przecież wiesz, że nikt nas nie zostawi. Francuzi i Anglicy niebawem przyjdą nam z pomocą i nawet nie zdążymy się dobrze obejrzeć, jak wyrzucą Niemców i Ruskich z naszego kraju… Będzie dobrze, kochana. Nie trzeba płakać, nie trzeba… Mówiła tak, chociaż wiedziała, że słowa te są tylko jej pobożnym życzeniem. Wiedziała, tatuś jej to powiedział, że jesienią, we wrześniu, zarówno jedni jak i drudzy dali Polsce poznać, że nie mają ochoty ginąć za nią, że nie mają zamiaru wywiązać się ze zobowiązań podpisanych wiosną poprzedniego roku. Ale wiedziała też, że musi koleżance coś powiedzieć, musi ją pocieszyć, dodać otuchy, natchnąć chociażby płonną nadzieją na lepszą i szczęśliwszą przyszłość. I właśnie dlatego tak mówiła.

Minęła godzina, a ludzie nadal cierpliwie stali, wyczekując spóźniającego się ich dalszego losu. W końcu z dworcowej poczekalni wyszło kilka osób. Byli wśród nich i wojskowi, i cywile. Żołnierze przynieśli stół i trzy krzesła, na których usiedli. Ubrany w gruby kożuch cywil, jakiś wyższy rangą wojskowy i widziany już wcześniej oficer, w roli tłumacza. Obok nich stało kilku żołnierzy i drugi cywil z grubym plikiem akt w dłoniach. Po krótkiej chwili wojskowy wstał z krzesła i wrzasnął na cały głos – Da zdrastwoj Polaki. Zapanowała cisza. – Ja komandir – kontynuował, wskazując na siebie palcem – Soklasno nakazu tawariszcza Stalina… – bełkotał coś niezrozumiale, po czym, wyprostowany prawie że na baczność, przeczytał jakieś rozporządzenie dotyczące przesiedlenia obywateli państw zajętych przez Sowietów, podpisane przez samego ich naczelnego wodza. Mówił też o jakichś grupach bandytów i organizacjach przestępczych, działających przeciwko Armii ZSRR, stacjonującej na terenie naszego kraju, o niebezpieczeństwie, jakie ze strony polskiej partyzantki grozi Białorusinom i Ukraińcom, i o wielu innych zagrożeniach. Niestety tego, co mówił, nikt nikt nie był w stanie zrozumieć. Wydawało się, że był pijany. Dopiero wówczas, gdy tłumacz z grubsza przełożył z rosyjskiego na polski, o co w tym całym wystąpieniu chodziło, ukazał się wszystkim prawdziwy obraz dramatu, jakiego stali się uczestnikami. Jako obywatele polscy zostali wyrzuceni z domów, zostaną deportowani w głąb Rosji i nie przysługuje im prawo odwołania, a ich majątki podlegają konfiskacji na rzecz narodu rosyjskiego. Wyjątek stanowić mają ci, którzy nie znaleźli się na listach przygotowanych przez pracowników NKWD. A powodem decyzji o akcji deportacyjnej był odwet za nasilający się zbrojny opór Polaków wobec władz okupacyjnych, rosyjskiej milicji pilnującej porządku, za sabotowanie przepisów obowiązujących na okupowanych terenach oraz wrogą propagandę wobec ideologii bolszewickiego proletariatu, jaką wyznawały kręgi polskiej inteligencji i kleru. Lista „przewinień” dokonanych przez Naród Polski, a przedstawiona słuchającym była tak absurdalna i długa, że nikt z słuchaczy nie miał wątpliwości co do prawdziwych intencji Rosjan. Po przetłumaczeniu słów komendanta tłumacz poinformował, że za chwilę rozpocznie się czytanie nazwisk i że wyczytani z dokumentami tożsamości mają się zgłosić, w celu sprawdzenia dokumentów.

Do stołu podszedł ów trzymający akta cywil i położył je przed oficerem. Zapadła cisza. Oficer, wpatrzony w otrzymany dokument, raz po raz kiwał głową, jakby nie dowierzał temu co jest w nim napisane.Ludzie wyczeńczeni kilkugodzinnym czekaniem chwytali się za ręce. Między nimi, na wydeptanym śniegu, leżały pierwsze ofiary, ci, dla których ten „spektakl” już się zakończył. Między nimi, wpatrzona w matkę trzymającą za rękę Antka, stała i Lidzia. Obok niej Ania i jej najbliżsi. Cierpliwie czekali na ogłoszenie pierwszego w ich życiu wyroku… wyroku za życie.

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Droga do piekła (rozdział I)

– Śpij spokojnie córeczko – powiedziała mama zmęczonym głosem, gasząc jedyną palącą się w mieszkaniu żarówkę.
– Dobranoc mamusiu – odpowiedziała Lidzia, rozsuwając w ciemnościach, po omacku wiszącą nad oknem ciężką brunatnozieloną kotarę, oddzielającą zimowy świat ulicy, od przytulnego, ciepłego pokoju.
Zgodnie z rozporządzeniem władz okupacyjnych, po zmroku wszystkie okna w mieszkaniach zasłonięte musiały być tak, by żadne promienie światła nie wychodziły poza nie i nie przekraczały granicy panującej na zewnątrz ciemności. Innymi słowy wszystkie okna powinny być zaciemnione, a z tętniących życiem mieszkań, nie powinny wydobywać się najmniejsze oznaki bytowania. Za nie przestrzeganie tych zarządzeń groziły dotkliwe, a czasem bolesne kary.
Stojąc w bezpiecznej odległości od tej częściowo oblodzonej strefy światłomroku, dziewczyna długo podziwiała unoszone przez wiatr tumany srebrzącego się przy blasku księżyca, śniegu. Wodziła wzrokiem za spadającymi delikatnym puchem, płatkami, które niby biała kołderka pokrywały futrynę szczelnie zamkniętej przestrzeni prywatności . Początek lutego w tym nowym, 1940 roku był wyjątkowo zimny.
Na firnamencie ciemnobłękitnego nieba, jak kiście winogron migotały tysiące gwiazd. Lidzia często szukała pośród nich tej jedynej, tej o której się mówi , że każdy ją ma., i jak zawsze, tak i tego wieczoru odnalazła ją. Świeciła jaśniej niż inne, uśmiechając się z wysokości do swojej piętnastoletniej imienniczki. Zza szyb wieczorny świat wyglądał zupełnie inaczej niż ten pozbawony tajemnic, dzienny widok okaleczonej i opuszczonej rzeczywistości. Ulice o zmroku zazwyczaj były puste i tylko od czasu do czasu zobaczyć można było przechadzających się sowieckich żołnierzy patrolujących teren, kontrolujących każdego napotkanego przechodnia, albo strzelających z nudów, w ramach zabawy, do bezdomnych psów szukających ciepłego schronienia. Strzelali do nich tak długo, dopóki nie trafili, a gdy zwierzęta nie dawały znaku życia, wyrażali radość, dzikimi, pełnymi nienawiści do Polaków, okrzykami.
Nawet bezpańskie koty, których z każdym dniem ubywało, instynktownie kryły się w zakamarkach domów, opuszczonych piwnicach lub ruinach, pozostałych po wrześniowych walkach.
– Jak dobrze, że mamy jeszcze węgiel – pomyślała, spoglądając na stojący w rogu pokoju, ciepły kaflowy piec. – Jak dobrze że tatuś pracuje na kolei, że mamy deputat. Gdyby nie to, węgla z pewnością nie wystarczyłoby nawet do końca grudnia. – wyszeptała niby modlitwę do Boga. – Dzięki Ci za to Ojcze Niebiański.
Aby przetrwać ten ciężki zimowy czas, ludzie z miasteczka radzili sobie, jak tylko mogli. W dzień wychodzili z domów w poszukiwaniu wszystkiego, co nadawało się na opał, by wieczorem usiąść przy rozgrzanym piecu, ciesząc się , że chociaż przez chwilę mogą ogrzać swoje mieszkania, że mogą zapomnieć o marznących, czasem odmrożonych kończynach. Niektórzy palili stare meble, inni książki, szmaty, znaleziony w pobliskim parku chrust czy końskie odchody leżące niekiedy na ulicy.
– Jak dobrze mieć węgiel – powtórzyła , zasłoniwszy niby kurtyną po zakończeniu spektaklu ponownie okno. Zmorzona długim dniem, położyła się do nagrzanego łóżka obok śpiącego od dawna braciszka

– Atkrywaj, Atkrywaj! – usłyszała przez sen przeraźliwy krzyk.
– Nie, to niemożliwe, to nie do nas – powiedziała na wpół przebudzona, do śpiącego Antka, i przykrywszy jego nagie plecy pierzyną, zamkęła oczy, próbując ponownie zasnąć.
– Atkrywaj, swołocz! – usłyszała ponownie, ten sam głos – tym razem jednak przy akompaniamencie karabinowej kolby uderzającej w twarde, dębowe drzwi. Nagle w drzwiach zajęczał klucz przesuwający zardzewiały rygiel.
To matka obudzona nagłym hałasem otwierała powoli wrota do dotychczas bezpiecznego dla nich azylu. Do środka weszło dwóch ubranych w zgniłozielone mundury rosyjskich żołnierzy oraz opatulony w kożuch cywil. Po chwili dołączył do nich, jeszcze jeden. Widać, że dowódca, bo żołnierze stanęli przed nim na baczność, cywil zaś składał mu coś w rodzaju meldunku. Po wysłuchaniu oficer podszedł do kobiety i, zdjąwszy z głowy czapkę z niebieską otoczką i gwiazdą, podrapał się i poklepawszy wystarszoną do granic wytrzymałości po plecach, szepnął do ucha.
– Odziewajsja, krasawica. – Następnie odwracając się w kierunku cywila, wrzasnął z całych sił szyderczo – Tolko bystra…, krasawica!
– Niech pani się ubierze – powtórzył cywil nieco łagodniejszym głosem, czysto po polsku. Był to przedwojenny policjant pracujący jako tłumacz dla NKWD. Człowiek ten przed okupacją opiekował się tym rewirem i, jak przystało na dzielnicowego, znał wszystkich jego mieszkańców.
A i oni znali go bardzo dobrze. W gruncie rzeczy, nie był złym człowiekiem, dzieci z okolicy bardzo go lubiły. Zawsze kiedy tylko miał okazję, częstował je cukierkami, ciastkami lub czekoladą. Starał się pomagać, doradzać, a one ufały mu bezgranicznie. Również dorośli darzyli go szacunkiem za profecjonalizm, uczciwość i gotowość niesienia pomocy. Niestety, wojna i sytuacja w jakiej się znalazł, zmusiły go do kolaboracji. Gdyby nie to że pochodził z Ukrainy i posiadał liczną rodzinę, być może nigdy nie zgodziłby się na współpracę z nimi. Tak, strach o najbliższych w tym nieludzkim, wojennym okresie, mógł każdego, nawet wydawałoby się najtwardszego, najbardziej dobrodusznego i sprawiedliwego, złamać, zamienić w bestię, zmusić do czynów niegodnych.
Nagle zza zamkniętych drzwi dziecięcego pokoju dał się słyszeć cichy płacz. To Antek, obudzony odgłosami dochodzącymi z korytarza zaczął szlochać.
– A tam kto takoj jest? – próbował zapytać bez tłumacza enkawudzista. –
– Tam nikogo nie ma, tylko moje dzieci, panie – odpowiedziała matka, zasłaniając sobą wejście – Proszę tam nie wchodzić, tam są tylko moje małe dzieci – powtórzyła błagalnym głosem. Żołnierz odepchnąwszy ją, kopnął drzwi i wszedł do pokoju. W rogu, pomiędzy piecem a szafą, stała ubrana w szlafrok Lidzia, a obok niej wtulony, jak bezbronne pisklę w matkę, braciszek.
– Tak znaczyt wy wsje adiewajtjes. Pajedziecie na dlinnoju, oczeń dlinnoju ekskursju. No, kak eto po waszemu zwuczyt? Po mojemu wytjetska? Sowiet zwrócił się do mamy z pogardliwym uśmiechem.
– Charascho. Na podgotowlienie – kontynuował – daju wam trydcat minut. Trydcat, nie bolsze – powtórzył i nie zwracając na nikogo uwagi wyszedł pospiesznie na podwórze, pozostawiając resztę żołnierzy w środku.
– Niech pani założy na siebie i dzieci jak najwięcej ciepłych ubrań i weźmie koce do otulenia się podczas podróży. W wagonach będzie bardzo zimno – poradził zatroskany tłumacz współczującym głosem.

Mama podeszła do szafy i drżącymi rękoma, bez zastanowienia wyrzucała z niej wszystko, co mogło nadawać się do drogi. Zaczęła nakładać na Antka podkoszulki, majtki, kalesonki. Potem skarpetki, trzy pary grubych spodni i dwa, może trzy wełniane swetry. Tak opatulonyAntek wyglądał jak mała, ledwo ruszająca się kuleczka.
Następnie Lidzia i mama zdjęły z szafy wielki skórzany kufer i wypełniły go po brzegi najbardziej przydatnymi rzeczami, były tam naczynia, garnki, żywność. Do wielkiego, ojcowskiego plecaka zmieściły się dwa wełniane koce, trochę lekarstw i mały jasiek pod głowę, dla Antka.
Teraz obie ubrały się – włożyły po kilka kompletów ciepłej odzieży. Wiedziały, co oznacza „wycieczka” przygotowana przez sowieckich okupantów. Nie po raz pierwszy Sowieci przeprowadzali w mieście takie akcje. Obie zdawały sobie sobie sprawę z tego, jaki los ich czeka.
W milczeniu, gotowi do drogi, przytulając się do siebie usiedli całą trójką na łóżku.
– Niech pani nie zapomni i o tym. Z pewnością przyda się to wam w drodze – przerwał panującą w pomieszczeniu ciszę, wciąż stojący na progu mężczyzna, wkazując palcem na wiszący obok połączonego grubym łańcuszkiem krzyża, portret ślubny.
Matka pospiesznie, bez słowa podbiegła do ściany, i zdjąwszy obie rzeczy przytuliła je do siebie. Ucałowała wyjętą z ramy fotografię i ukryła na dnie i tak już pełnego kufra.
– Zdjęcie, tak, zdjęcie – szeptała – Jak mogłam o nim zapomnieć – wyrzucała sobie – jak mogłam o nim zapomnieć. Przyłożyła krucyfiks do ust i prosiła Boga o wybaczenie za niepamięć oraz o opiekę dla nich, dla męża, dla bliskich. Powiesiła krzyż na piersi, usiadła na krześle obok dzieci,tak jakby czyniła to po raz ostatni, tak jak to się zazwyczaj robi przed podróżą. Odwróciła się, by nikt nie widział łez, milczała, czekając na ostatni akt dramatu, rozgrywający się w jej ukochanym mieszkaniu. To tutaj spędziała najpiękniejsze chwile swojego życia. Tutaj urodziły się jej dzieci. Tutaj czuła się najszczęśliwszą żoną i matką na świecie, w tym założonym przed kilkunastu laty z ukochanym mężem, rodzinnym ciepłym gnieździe.
– Mamo, a co z tatą? Jak on nas znajdzie. Przecież on nic o nas nie wie – wyrwała ją zadumy Lidzia. – Kto mu powie, gdzie ma nas znaleźć – zapytała. – Powiedz, dlaczego go przy nas…? – Nie zdążyła dokończyć , bo do mieszkania znowu wszedł oficer. Tym razem jednak w towarzystwie drugiego funkcjonariusza.
– No kak, gotowe? Tak pajdziomtje – wskazał ręką w kierunku drzwi. – Tridcat minut praszło, madam!

Wyszli na zewnątrz. Mama uklękła na progu, pociągnęła za sobą dzieci. Po czym wspólnie, głośno, w nadziei, że może Bóg ich jeszcze usłyszy, że dokona się jakiś cud, rozpoczęli modlitwę.
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imie twoje… – po czym na rozkaz Sowieta ruszyli przed siebie. Matka z ciężką walizką w dłoni, drugą ręką trzymając malutką rączkę Antka, a za nią Lidzia, przygarbiona pod ciężarem tatusiowego plecaka. Po kilkudziesięciu metrach dołączyli do zmierzającej w kierunku dworca kolejowego kolumny, złożonej z bliższych i dalszych sąsiadów idących pod strażą sołdatów kierujących w ich stronę gotowe do strzału karabiny.
Do stojącego przy rampie pociągu było niecałe dwa kilometry. Ostatnie kilometry ojczyźnianej ziemi, a potem?… Potem już tylko droga, droga do piekła.

Poeta rozmyśla o polityce

Nie zgadzam się z Romanem, w każdym razie nie do końca się zgadzam, i wiemy wszyscy – to strasznie trudna i smutna rzecz – ta smutna polskość i jej smutna historia i musimy pamiętać, ale, wierna uczennica Jerzego Giedroycia, zawsze i bez przerwy powtarzam, skoro byliśmy w stanie pogodzić się z Niemcami, to musimy dokonać kolejnego wysiłku i pogodzić się z Ukraińcami.

Roman Brodowski

Smutny wiersz o polskości

Wymyśliłem smutny wiersz o Wołyniu
Położyłem między krzyże pachnące piwonie.
Wyglądały jak białe gołębie czekające lotu…,
Jak dwie w modlitewnik ułożone dłonie.

Odtajniłem żniwo ludzkiej nienawiści
W krwistobarwnej wołyńskiej przeszłości.
Ukazałem dusze czekające czasu objawienia
Czasu prawdy, pamięci, godności.

Dziś ta prawda nikomu nie służy.
Kat Wołynian jest dzisiaj świętością.
A parlament nasz dumny – bo Polski
Dzisiaj darzy go swą przychylnością

Warto jednak pamiętać o faktach,
Które krzyczą z przydrożnych kamieni
O tych, których za polskość, za mowę,
Sąsiad ukraiński, mordując – krył w ziemi.

Tak, – od wieków Polska z krajem ukraińskim
Połączona była skrzepłej krwi świadectwem,
Od czasu gdy setnik, pan Bohdan Chmielnicki
Rozpoczął powstanie – oburzony śledztwem

Po przegranej rozprawie o kobietę, o włości,
Przy pomocy Tatarów i kozackich współbraci
Ruszył zbrojnie na zachód, przeciw polskiej ludności,
By ją z zemsty zabijać, grabić, palić i…zeszmacić.

A gdy Tatar odmówił współpracy przy rzezi
Kiedy zmusił w Zborowie do pokoju kozaków
Znalazł Hetman Chmielnicki inny sposób na zbrodnię..,
Oddał w lenno Caratu, Ukrainę rodaków.

I tak, razem z moskalem, małoruski władyga
Głodny krwi, władzy i wszelkiego bogactwa
Poszedł zbrojnie na króla i na polską koronę.
Niosąc śmierć pośród Słowian, wśród bractwa.

Po Chmielnickim, Mazepa – króla Jana lokajczyk,
Postać znana w historii jako panów trzech sługa
Który umarł w Benderach – nazwa dziwnie mi znana
Umaczany w krwi polskiej…, lecz historia to długa.

Potem jeszcze po drodze, dwa światowe dramaty
I znów „przyjaźń słowiańska” z Ukrainą zakwitła
Na Wołyniu, Polesiu – tam gdzie Polski był Orzeł
Krew i … – właśnie – nikt dziś o to nie pyta.

* * *

Napisałem wiersz o polskiej przeszłości
O tych naszych ojczyźnianych dramatach
O wojenkach, powstaniach…, o sporach
I o śmierci – w ruskich kazamatach.

I o naszych magnatach, którym polski naród
Na piastowskiej ziemi żyjący od wieków,
Był brackim narodem podczas zawieruchy,
A podczas pokoju, częścią pańskich ścieków.

I o Księżnej Zofii z Anhaltów pisałem.
Urodzonej w pruskiej, książcej rodzinie.
O tej, która z wrogości do naszej ojczyzny
Jako Wielka Caryca – Katarzyna, słynie.

Napisałem również o naszej ojczyźnie
Zniewolonej poprzez niezgodę w narodzie,
Przypomniałem tamtej Targowicy chwile,
Bo niezgoda taka, dzisiaj znów jest w modzie,

I znów, tak jak dawniej, jak przed rozbiorami
Naród jest skłócony, w parlamencie wojna
W polityce wciąż jedno – „ trzeba się szykować
Zagrożenie na wschodzie – interwencja zbrojna.

Dzisiaj nikt nie woła, by o pokój walczyć
Retoryka jest inna – „Szykuj się do wojny”,
Rząd kupuje rakiety, czołgi, samoloty.
By Polak – choć głodny – o los był spokojny

Nawet z diabłem cyrogryf podpisać jest gotów
Nawet diabłu przysięgę złożyć może wiernie
Byle tylko moskala wytępić, osłabić
Byle tylko nie stać tak jak inni, biernie.

Cóż, moskale od zawsze byli nam wrogami
Tak głosi najnowsza historia – dzisiejsza.
Więc priorytet walki, zemsty, nienawiści
To dla nas, Polaków, rzecz jest najważniejsza.

My z Bożą pomocą, z bratnią Europą
I siłami NATO…, w tej naszej niedoli,
Musimy pokazać słowiańskie pazury
Musimy rozdrapać ranę, która boli.

Tylko jaką cenę przyjdzie nam zapłacić
Za kolejne, naiwne pomysły „ patriotów ”
Za woj-propagandę, nierealne plany,
Za tych ślepowiernych i… kilku idiotów?

Nikt nie dał nam prawa bawić się historią,
Zwłaszcza tą faktyczną, tą czasem bolesną,
Aby zaspokoić potrzeby „ przyjaciół ”…,
Bo to nas naraża na pogardę, śmieszność.

* * *

To prawda, że wiele krwi i łez spłynęło
Wiele krzywd ojczyzna doznała od wschodu.
Tego nikt wymazać z pamięci nie może.
To zawsze zostanie na kartach narodu.

Katorżnicza praca, i śmierć w kazamatach
Czasy rozbiorowe i czasy komuny
Zsyłki na Syberię, Ałtaj czy Kazachstan
Wszędzie polskie ciała, czasem – polskie trumny.

Na rosyjskiej ziemi leżą pod brzozami
Zabici podstępnie w wojennej przestrzeni
Ci dla których Polska była matką, domem.
Otuleni w całun z nieojczystej ziemi.

Lecz także i w Polsce mogił mamy wiele
Z czasu drugiej wojny, z epoki Hitlera.
W nich ci co przybyli z sztandarem wolności
Zza tamtej granicy – byśmy byli teraz.

Tak, trzeba pamiętać o grobach, o prawdzie,
Szukając pierwiastków drogi pojednania
By nigdy już więcej nie czuć krwi i zgliszczy
By na naszej ziemi nie zabrakło trwania.

Słowiańskie narody i słowiańskie dusze
Dlaczego tak ciężko żyć nam, jak w rodzinie ?
Byliśmy karmieni pramatczynym mlekiem,
A dziś kainowa krew w żyłach nam płynie.

* * *
Napisałem wiersz o przyjaźni do ludzi
O cichych marzeniach noworomantyka
Lecz nikt go słucha, nikt go nie rozumie

A zegar pokoju coraz szybciej tyka.

Berlin, sierpień 2014 – kwiecień 2015

Napisałam Romanowi, że oczywiście opublikuję jego wiersz, ale uważam, że powinniśmy dążyć do pojednania i naszym obowiązkiem jest pomoc Ukrainie. Oto jego odpowiedź:

Do Ewy Marii Slaskiej

Masz rację. Ukrainie powinniśmy pomagać, bo mimo naszej historycznie wspólnie smutnej rzeczywistości, dzisiaj mamy moralny ku temu obowiązek.

Jednakże pewne niewyjaśnione kwestie (jak m.in. Wołyń) powinny być rozliczone. Gdyby Stalin został w Rosjii ogólnonarodowym bohaterem, do którego należałoby się (prawnie – czyli pod presją kary) odnosić z pietyzmem, a co ma miejsce na Ukrainie w stosunku do St. Bandery, walczyłbym także o sprawiedliwość i ocenę faktów. Tak jak powiedział w przeddzień wojny M.S.Z Polski, pan Beck będąc w Berlinie, „nic za wszelką cenę”, powtarzam więc, że nie za cenę pamięci o ofiarach.

Jak już zauważyłaś w utworze umieściłem wiele faktów historycznych, dotyczących naszych stosunków zarówno z Ukrainą jak i Rosją. Celowo pokazałem (jednostronie) to, za co zarówno jednych jak i drugich winimy, to, o co mamy do nich wielki żal, by (co jest puentą całego poematu) zmusić czytającego do reflekcji, do zadumania się nad tym, dlaczego nie potrafimy żyć w zgodzie, dlaczego nie potrafimy wybaczać, szukać tego co łączy, a nie dzieli.

To prawda, że putinowska, bardzo agresywna polityka w stosunku do państw satelitarnych, jest nie do zaakceptowania.

Niestety realia dzisiejszej rzeczywistości, warunki militarne oraz nowe technologie prowadzenia wojen, opracowane przez zarówno USA jak Rosję, nie dają złudzeń co do wyniku ewentualnego konfliktu. Byłyby tylko ofiary, miliony ofiar.

Wiemy, że Rosjanie przyciśnięci do muru są nieobliczalni, tak jak niedźwiedź, który atakuje, będąc osaczony. Gdyby zależało im na Ukrainie, to w przeciągu 48 godzin byliby w Kijowie i…, wierz mi, oddźwięk opinii świata nie byłby inny aniżeli jest.

Boję się, bardzo się boję tego, że karty jakimi grają światowi przywódcy, są dawno rozdane i my – Polacy, (być może, przetargowa blotka w tej grze) będziemy na pozycji, jak zawsze, przegranej.

Tak, jestem przeciwko agresji Rosji na Ukrainę, ale jestem też za pokojowym i dyplomatycznym rozwiązaniem problemu.

Jestem realistą i nikt mnie nie przekona o wielkich przyjaźniach, gwarantujących nam w Polsce spokojny, suwerenny i niczym niezagrożony ojczyźniany byt.

Takie przyjaźnie mieliśmy w przeszłości…, i co? Świat się zmienia, lecz ludzie… No właśnie – biznes to biznes. Zbyt wiele o tym wszystkim wiem. Może za wiele?

Przepraszam – ale pragnę kolejnych lat pokoju

Serdecznie Cię pozdrawiam , ciesząc się jednocześnie, że mamy inne zdania. Inaczej byłoby nudno, żylibyśmy w zabójczej monotonii.

Roman

 

Zimy naszego dzieciństwa (3)

Roman Brodowski

Niewidzialna ręka

Wiosna zbliża się szybkimi krokami. Topniejący śnieg odsłania zimowe tajemnice budzącej się do życia przyrody. Przebiśniegi pochylają białe dzwoneczki ku ziemi, a trawa podnosi się coraz śmielej i wyżej, w kierunku tajemniczego ciepła, jaskrawo świecącego ponad głowami, słońca. Nareszcie koniec lekcji. Od jutra rozpoczynają się długo oczekiwane ferie. Tydzień wolności i przerwy od szkolnych obowiązków, zakończony wielkanocnymi świętami. Szkoda tylko, że w tym roku mamy je tak wcześnie. O tej porze noce zazwyczaj są jeszcze bardzo chłodne, a i dni bywają podobne nocom. To oczywiście może uniemożliwić nam dobrą zabawę w lany poniedziałek. Śmigus – dyngus jest przecież najważniejszą częścią obchodów świąt, jest tradycją, która od wieków bawi mieszkańców miast i, takich jak nasza, wsi.

Siedzieliśmy bezczynnie na rozgrzanych przedwiosennym słońcem ruinach ewangielickiego kościoła, spoglądając na otaczające go niby ocean zielone tereny podmokłych łąk.
– Tak, zimy już na pewno nie będzie – powiedział Mirek, wskazując palcem na pasące się w oddali krowy.
– Ano nie będzie – przytaknął Zbyszek, celując kamieniem z procy do stojącej obok pojemnika na śmieci puszki po jakiejś konserwie.
Zawsze, kiedy nie mieliśmy pomysłu na spędzenie wolnego, po zajęciach szkolnych, czasu, przychodziliśmy tutaj, by penetrować częściowo zasypane piwnice w poszukiwaniu (jak głosiła miejscowa legenda) ukrytych przez niemieckich faszystów, zdobyczy wojennych. Wstęp na teren rumowiska był surowo wzbroniony, a stojące wokół tablice informowały o tym, że pod zwałami mogą znajdować się niewypały grożące wybuchem, ale kto by się tym przejmował. Do środka wchodził każdy, kto miał ochotę. Może właśnie dlatego że był zakaz, nieposkromniona ciekawość wymuszała w nas nieposłuszeństwo. To prawda, że czasami udało nam się wykopać kilka łuskek, aluminiowe menażki czy też inne elementy  wyposażenia żołnierzy niemieckich, ale granatów, ostrej amunicji czy też min – nie, na coś takiego, (jak do tej pory), na szczęście nikt z nas się nie natknął.
Kiedyś chłopcy z ulicy Kościelnej wykopali kilka posrebrzanych monet z okresu wojen napoleońskich, kielich mszalny oraz dwie szable z tej samej epoki. Znaleziska te oddali do szkoły jako eksponaty do powstającej właśnie izby pamięci historycznej . Oczywiście fakt ten ugruntował w nas przekonanie, że wnętrza tej niegdysiejszej świątyni kryją w sobie wiele nieodkrytych tajemnic, i pomimo tego że kościół ten wybudowano w latach dwudziestych naszego wieku, byliśmy pewni, że ukryto w nim jakieś skarby.
– Chyba nie będziemu tutaj cały dzień, bezczynnie siedzieć – powiedziałem niby w przestrzeń – musimy coś wymyśleć, bo inaczej umrzemy z nudów. Chłopcy spojrzeli na mnie, potem na siebie, po czym zeskakując z murku, zaczęli jak zwykle kierować kroki do otworu, umożliwiającego wejście do piwnic.
Nagle usłyszeliśmy dobiegający zza naszych pleców groźnie brzmiący głos.
– A wy dokąd? – padło pytanie. – Odwróciliśmy się. Za nami, w odległości kilkunastu metrów stał niemłody już żołnierz z pepeszą przewieszoną przez ramię, a obok niego nowy komendant, naszej, niedawno co powstałej, pszczółkowskiej milicji. – Nie umiecie czytać? – zapytał komendant, wskazując palcem wkopany w ziemię znak ostrzegawczy.
– My – zaczął tłumaczyć przestraszony widokiem mundurów Mirek – chcieliśmy zobaczyć, co jest tam, za tą dziurą, ale nie chcieliśmy… – nie dokończył, bo myśl jego przerwał żołnierz. – Nie chcieliśmy, nie chcieliśmy – powtarzał – a potem, kiedy wydarzy się tragedia, to winny jest każdy tylko nie ci, którzy nie stosują się do poleceń. – Staliśmy jak wryci, nie wiedząc, co z nami będzie. Wojskowy widząc strach w naszych oczach, mówił dalej. – Skoro nie potrafią czytać, i nie ma z nich pożytku, a tylko kłopoty, to powinniśmy ich umieścić w poprawczaku – zwrócił się do milicjanta tak głośno, żeby każdy z nas mógł go usłyszeć.
– No dobrze, już, dobrze – powiedział pojednawczo komendant, ratując nas z opresji. –To dobre chłopaki. Ja im się nawet im nie dziwię, że głupie myśli przychodzą im głowy. Nudzą się i tyle. Gdyby powstał tutaj jakiś klub dla młodzieży, jakieś kółko zainteresowań, boisko sportowe z prawdziwego zdarzenia, to może byłoby inaczej, a tak…? Szukają dziury w całym.
Żołnierz, widząc nas , prawie że dygoczących ze strachu, i słysząc słowa milicjanta, uśmiechnął się lekko, a następnie opowiedział o tragicznym w skutkach wypadku, jaki wydarzył się na tym terenie dzisiejszego poranka.
Okazało się bowiem, że kilku chłopców z „Getta” (tak nazywaliśmy osiedle drewnianych domków, stojących za torami kolejowymi, na obrzeżu naszej wsi) , zamiast do szkoły jak zwykle, udało się do ruin. Podczas przekopywania gruzu znaleźli drewnianą skrzynkę, w której znajdowała się amunicja do karabinu maszynowego. Jeden z nich próbował scyzorykiem wyłuskać proch, który nie wiadomo z jakiej porzyczyny eksplodował. Chłopiec przeżył, ale stracił trzy palce. Właśnie dlatego dzisiaj ma tu przyjechać oddział saperów.
– Widzicie chłopcy – objął jednego z nas – ja też mam dzieci. Młodszy z nich jest w waszym wieku, ma zaledwie jedenaście lat. Co by było, gdyby jemu się coś stało, gdyby nie daj Bóg, to on natrafił na pozostałą w ziemi niespodziankę z ostatniej wojny. Co prawda z każdym rokiem jest ich coraz mniej, ale to dopiero dwadzieścia kilka lat po jej zakończeniu.
Spojrzałem na niego, a potem pomyślałem o moich rodzicach. Co oni muszą codziennie przeżywać, gdy mnie nie ma w domu, gdy wracam wieczorem, gdy wychodzę, nie mówiąc im, dokąd.
– Na szczęście – opowiadał wojskowy – moje dzieci są posłuszne, a zresztą mieszkamy na terenie wolnym od tego paskudztwa. Mają też wiele fajnych zainteresowań. Antek, ten młodszy, należy do klubu „Niewidzialnej Ręki”. Myślę, że słyszeliście o tej telerankowej organizacji.
– Oczywście, że tak – odpowiedzieliśmy prawie że równocześnie.
– Niewidzialna ręka to ci, którzy… – nie dokończyłem, bo w tym momencie nadjechał wojskowy samochód, z którego wyskoczyło kilku młodych saperów.
– Tym razem wam daruję. Uciekajcie do domów i zajmijcie się dobrymi sprawami – zwócił się do nas komendant, kierując się w stronę samochodu.
– Pamiętajcie chłopcy, najważniejsze dbać o zdrowie i rozsądnie wykorzystywać wolny czas – powiedział na odchodne żołnierz, podając nam rękę.
Wracając powoli opustoszałą ulicą do domu, dyskutowaliśmy o tym co usłyszeliśmy i o tym, jak mamy postępować w przyszłości. Zgodnie podjęliśmy decyzję, że w naszej miejscowości…, no właśnie.

Nadszedł poranek wielkopostnego piątku. Na dworze padał deszcz ze śniegiem i zgodnie z naszymi obawami było bardzo chłodno.
Za to na progach prawie wszystkich domów w naszej miejscowości leżały po trzy gałązki bazi związanych czerwoną wstążką oraz laurki ze świątecznymi życzeniami, na których widniał znak „ Niewidzialnej Ręki”.
Poza tym, u niektórych, (starszych schorowanych) mieszkańców stała przed drzwiami, przyniesiona ze studni w wiadrach woda, lub leżało drewno na opał.
Wracaliśmy zmęczeni i przemarznięci na rodzinne pielesze.
– To co? szczęśliwych świąt – powiedział Marek – … i smacznego wielkanocnego jajka – dodał Zbyszek .
– Wszystkiego najlepszego, przyjaciele – odpowiedziałem.
Marek, Zbyszek, Jarek i Ewa oddalali się coraz bardziej, a ja zamykając za sobą furtkę, poczułem satysfakcję, takie dziwne, radosne ciepełko.

Na podstawie opowiadania pod tym samym tytułem z 1986 roku