Szopa w salonie 3

Ähnlicher Text vom Łukasz Szopa auf Deutsch HIER

Łukasz Szopa

Alergia nie tylko na piasek

Jest coraz gorzej. Z mężczyznami. Ściślej mówiąc – z ojcami. Ale o tym zaraz, może od początku.

Kilka lat temu rozpisywałem się po niemiecku nad pewnym fenomenem. Chodziło o place zabaw, tu niedaleko, na granicy Kreuzbergu i Alt-Treptow. Jest tu taki fajny plac zabaw, nad kanałem, na wyspie „Lohmühleninsel“ – mojej drugiej naj-ulubionej wyspie Berlina. I chodziło, oczywiście, o mnie. O mnie, siedzącego sobie na placu zabaw, i obserwującego, a i próbującego czytać gazetę. W ostatnim czasie gazet czytam mniej, tym bardziej niemieckich, przerzuciłem się znów bardziej na książki. Ale gdzie ten mój wątek… Aha! No więc lubię, a i wtedy lubiłem, czytać na placu zabaw. Duże, szerokie ławki, słoneczko, kanał, a wrzask dzieciarni czy wyścigi bobby-car to pestka. Przyzwyczaiłem się od niezliczonych wizyt z moimi dziećmi (daaaawno temu…, jakieś cztery czy pięć lat już będzie…), udowadniając – nieskromnie zauważę – że nie tylko kobiety zdolne są do multitaskingu. Że również ja jako facet potrafiłem czytać gazetę, popijać latte machiato, zerkać na jedno-dwoje z własnych dzieci, plus rocznego szkraba, który kluczył między moimi butami, sprawdzając, co zawierają fugi między płytami chodnika. Wreszcie, nie dosyć tego, potrafiłem w tej równoległości obserwować, powiem nawet szczerze – podglądać (!) – kobiety.

No właśnie, dlaczego kobiety? Bo lubię. Ale też iż… niemal nikogo innego nie było.

Obecnie robię podobnie, choć dzieci na plac zabaw już zaciągnąć się nie da. Chodzę z lekturą, z kawką, to czytam, to zerkam na jedną to drugą panią, zmieniam układ „noga na nogę“ (przy tym nadal sprawdzając, czy jakieś baby nie pałęta mi się pod nogami). I tak mam szczęście, że nikt nie zaczął podejrzewać mnie o pedofilstwo: facet + bez dziecka + gazeta + zerka zza gazety. Ale ja naprawdę tylko na piękne kobiety jako przeplataniec do intelektualistycznej lektury – których piękno właśnie na placach zabaw ma swój szczególny charakter. Dużo bardziej pociągający niż ruch kobiecego ciała na dyskotece, na plaży, czy w galerii handlowej. Te kucania po przewrócony rowerek, to schylanie się po łopatkę, ten bieg za brzdącem, który próbuje forsować płotek nad kanałem… Czysta erotyka, te wypięte pośladki, falujące nieregularnie biusty, włosy na wietrze, dłonie formujące wieże w piachu…

Ale dosyć już o pięknie i wdziękach. Ile można. Przerzućmy się na… statystykę (choć zostaniemy przy kobietach). Znów, jak lata temu, postanowiłem sprawdzić – ile mamy tu na placu kobiet, a ilu – mężczyzn. Pora była dobra: bo południe, czyli praktycznie brak mylących statystykę grup z przedszkoli (są na obiedzie). I jak wyszło? Osiem do dwóch. Wliczając mnie – ale ja się nie liczę, czyli osiem do jednego. Hmmm, proporcje dla panów zainteresowanych paniami lepsze niż dla cywila w jakimś kraju w stanie wojny czy w tureckim żeńskim hamamie na Kottbusser Tor (ale to inna historia – jak się tam dostałem…)!

Co gorsza – jest gorzej. Gorzej niż lata temu, gdy procentowo ilość męskiego rodzica, opiekującego się przed południem własnym dzieckiem, była nawet wyższa. I mówimy to w sumie o placu zabaw i dzielnicy, gdzie równouprawnienie powinno niemalże szaleć: tradycja lewicowo-alternatywna, mieszkańcy (nie licząc Turków, choć też tylko ich części) głównie zatrudnieni w freelancerskich branżach turystyczno-restauracyjnej czy medialno-informatyczno-hipsterskiej (o ile nie studenci) – więc idelne warunki do w miarę równego podziału nie tylko dziennego czasu na macierzyński i tacierzyński, ale i – co się z tym łączy – równouprawianego podziału ról, zadań a i kierunku i nasilenia „kariery“ – czy po prostu balansu między życiem rodzinnym, prywatnym (to nie zawsze to samo! he he…), a zawodowym.

Czy jest sens rozpisywać się nad tym, że faceci nie gorzej niż kobiety potrafią grzebać w piasku? Gonić za rowerkami? Zmieniać pieluchy i karmić (butelką! co do piersi to, przyznam, słabo mi to szło). Okej, okej, co do samej ciąży, a i porodu to nadal kobiety mają pewien niemalże monopol, i nie będę nikomu doradzał, kiedy należy odłączyć dzidziusia od piersi (albo i smoczka) – to za niebezpieczne ideologicznie tematy!… Ale plac zabaw? W dodatku w czasach, gdy trudno znaleźć szorstką powierzchnię czy ostry kant (nie to co nasze, metalowe podblokowe „place“ w Polsce swego czasu!), a łykany piasek pewnie zdrowszy od niejednego kleiku? Gdzie ci panowie? Gdzie ci ojcowie? Za słaby zasięg WiFi? A może brak im tupetu i ambicji, by powiedzieć:

– Ja też!

Albo:

– Ja też mogę z dzieckiem na plac zabaw!

Albo:

– Ja idę z dzieckiem na plac zabaw, potrafię nie gorzej od ciebie (a latte machiato wypij sama)!

Albo:

– Wolę na plac zabaw, świeże powietrze i piękne widoki!…

A może to… matki i kobiety im nie pozwalają? Uważając, że to jednak ich monopol i specjalizacja? Czyżby może to ich zazdrosny strach przed „pięknymi widokami“?…

Nie wiem.

Ale jest gorzej. Kobiety przejmują już nawet męskie domeny!!!

Widzę to nieopodal, zerkając popołudniami na murawę boiska tureckiego klubu piłkarskiego Anadolu Umutspor Kreuzberg (gdzie nota bene przez rok mój syn też kopał w piłę, jako lewy obrońca). Tam też niejedna „Mamma“ i „amme“ dopinguje swoje potomstwo (nie tylko męskie) niemniej ostro i entuzjastycznie niż ojcowie, dodając co chwila fachowe komentarze, jak się ustawić i komu podawać. Z tym że ojców też już mniejszość… Co tu dużo mówić – Untergang des Morgenlandes!…

Albo też, jeśli już potrzeba racjonalnego wytłumaczenia: Dowód, że odzieciałych mężczyzn nęka już nie tylko alergia na piasek, ale i na trawę.

Szopa w salonie (Reblog & more)

Łukasz Szopa

Ja – gentryfikator

Dokładnie 10 lat temu przeprowadziłem się. Nie do Berlina (to było kilka lat wcześniej), lecz do berlińskiej dzielnicy Alt-Treptow. Z berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Powód był dość banalny: powiększyła się rodzina, potrzeba było „ciut więcej” miejsca, lecz dotychczasowa dzielnica nie oferowała mieszkań odpowiadających nam pod względem kosztów i metrów kwadratowych. Trzeba więc było poszukać „ciut dalej“ – nota bene w dzielnicy, której wcześniej nie znałem nawet z przejazdów metrem czy kolejką miejską. Z drugiej strony – było to tylko na przeciwległym brzegu kanału, więc jakby blisko.

Z biegiem – całkiem niewielu – lat okazało się, że nie tylko ja się tu przeprowadzam: większość sąsiadów okazała się być emigrantami z Kreuzbergu, Friedrichshainu, Mitte czy innych dzielnic, na które nie było ich stać – albo z powodu dzieci i metrażu, albo z powodu kosztów czynszu, albo obu bolączek. Gdyż, z ręką na sercu, nikt z nas nie przybył do Alt-Treptow z miłości (do dzielnicy i nie tylko).

A że dzielnica całkiem spokojna, do tego o rzut kostką brukową od knajpowych i kulturalnie ciekawszych części Kreuzbergu jak Schlesi i Görli, podobnie nieopodal hipsterskiego Kreuzkölln – efektem był nie tylko napływ nowych wewnątrzberlińskich uchodźców, ale i wzmożona aktywność budowlana.

I tak do dziś.

Jednak wtedy zainspirowało mnie grafiti na jednym z murów wznoszącej się nowobudowy: „Wir sind die Bionade-Bourgeoisie“. Oczywiście, nie był to manifest, lecz ironiczna uwaga pod adresem inwestorów, czyli dwunastu rodzin, które postanowiły jako „Hausprojekt“ wspólnie postawić sobie kamienicę. Gdy minął u mnie już uśmieszek i ciepło ironii, jak i podziw dla umiejętności poprawnego napisania drugiego słowa na „B“, ogarnęła mnie refleksja.

Że to do mnie. Że to o mnie.

Co prawda, do tej dwunastki inwestorów nie należałem (bo brakowało mi już wtedy trochę drobnych, by wydać ponad 2000 Euro na metr kwadratowy), ale w sumie – była to racja.

I ja jestem gentryfikatorem, stwierdziłem. Cóż z tego, że ze mnie żaden hedgefond czy rekin nieruchomościowy, a nawet nie średnio zamożny spadkobogacz z południowego zachodu Republiki Federalnej. I nie pomoże tu nic zwalanie winy na kapitalizm, państwo, miasto, brak inwestycji w budownictwo (socjalne i nie).

Faktem jest, że coraz nas w Berlinie więcej. W dodatku, wzrost populacji rośnie od dwudziestu pięciu lat nadproporcjonalnie do wzrostu wolnych mieszkań – nawet pomijając ich ceny. Czyli normalne jest w systemie podaży i popytu, choć może smutne i niemiłe, że ceny rosną, wypychając co biedniejszych tubylców na coraz to bardziej peryferyjne obszary miasta albo i dalej, o ile nie na cmentarze (a i te na peryferiach, bo centrum pełne).

No i właśnie wtedy jasne stało się dla mnie (i nadal jest), że i ja dokładam się i dołożyłem do tego procesu gentryfikacji. Ja, i w sumie 99% procent moich berlińskich znajomych i przyjaciół.

Kto nie wierzy, proponuję udział w krótkim ale szczerym quizie:
– Czy urodziliśmy się w Berlinie? Czy też jesteśmy migrantami – obojętnie skąd i z jakich powodów?
– A jeśli Berlin to jednak nie miejsce urodzenia – to czy przyjeżdżając tutaj i biorąc pierwsze mieszkanie, zapłaciliśmy za nie więcej czy mniej niż poprzedni lokatorzy?
– I czy zmieniając mieszkania, jak i mnie się zdarzało, bez względu na powody (dojazd do pracy, partner/partnerka, koszta czynszu, dzieci, estetyka dzielnicy) – ten proces wydawania więcej na mieszkanie (licząc na metr kwadratowy, i odliczając inflację!) – postępował dalej, czy jednak nagle zaczęliśmy wydawać na mieszkanie mniej?
– Wreszcie pytanie podstawowe: Czy musieliśmy przeprowadzić się do Berlina, czy też była to decyzja dobrowolna?
– W końcu: czy nadal jesteśmy zmuszeni tu być, mieszkać, i samym zajmowaniem przestrzeni mieszkalnej zawężać podaż metraży mieszkalnych – czy też moglibyśmy się gdzieś wyprowadzić, obojętnie czy do mamy, do dzieci, czy do tańszego lokum – obojętnie czy w Radomiu czy w Magdeburgu?

W moim przypadku sprawa jest jasna: nie urodziłem się w Berlinie, przyjechałem tu nieprzymuszenie, za każdym razem płaciłem wyższy czynsz, i nadal tu jestem. Dobrowolnie. Należę więc i ja do gentryfikatystów, czego wyrazem jest zrobiony przed laty t-shirt z napisem „Bionade-Bourgeoisie“, w którym szczególnie latem lubię spacerować po dzielnicy klucząc między kolejnymi nowymi budowami i hipsterskimi knajpami.

Link do artykułu z 22.08.2012 w „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ich-2013-gentrifizierer

Szopa w salonie

Łukasz Szopa

Wstęp do występów retro

Początki zawsze są trudne. Podobnie jak teraz, czułem się wstepując na blogową „scenę“ niemieckiego tygodnika „der Freitag“. Pismo to, którym od lat kieruje Jakob Augstein, jest wyraźnie lewicowe, dla jednych „liberalno-lewicowe“, dla innych „lewackie“. Czyli – pomyślałem na początku roku 2009, gdy zaczynałem z blogowaniem na portalu ich internetowego wydania – idealne dla mnie!

Tym bardziej, że poruszony niedawnym kryzysem finansowym, po latach znów zainteresowałem się, i to od podstaw, teoriami ekonomii i to nie tylko neoklasycznej, czy dla innych – neoliberalnej. Należałem w pewnym sensie do osób, która właśnie w dogmatyzmie, a tym bardziej braku krytyki i refleksji tej „ideologii“, widzieli powody kryzysu.

Jednak, wbrew temu, co mogłoby się czytelnikowi wydawać po powyższych zdaniach – nie byłem nigdy (i nadal nie jestem) ani lewakiem, ani komunistą, ani lewicowcem, ani nawet socjaldemokratą. Wydaje mi się, że nawet brak mi jakiejś typowej „socjalnej empatii“. Gdybym miał wybierać, zawsze wybiorę jednak „wolność“ nad „sprawiedliwość“, a co dopiero – „równość“.

Jestem i byłem liberałem – i dlatego właśnie tak wstrząsnął mną i kryzys finansowy, i to, co zacząłem odkrywać, studiując zarówno dawne podręczniki ekonomii ze studiów, jak i aktualne w 2008 i 2009 wydarzenia, decyzje, opinie. Doszedłem do wniosku, że właśnie obecna struktura ekonomiczna, nie tylko finansowa, jest w wielu punktach i założeniach właśnie – głęboko antyliberalna. Że zagraża wolności, mimo że maszeruje pod jej sztandarem.

Po wielu lekturach więc – starszych i nowszych – postanowiłem własne przemyślenia przelewać na papier. Czy też na ekran – czyli w formie bloga, gdzie mógłbym się tym nie tylko dzielić, ale i nawiązać komunikację, a jeśli by się udało – dyskusję z czytelnikami.

Dlaczego więc lewicowy „Freitag“, a nie forum internetowe FDP czy choćby Piratów (wtedy jeszcze istnieli) czy Zielonych?

A z tego powodu, że występy na takiej scenie uważałem za… nudne i mało ambitne.

Cóż to za sztuka pisać do przekonanych, i kąpać się w letniej zupie potakiwaczy, afirmatorek i przyklaskiwizmu?

Dlatego postanowiłem wejść ze swoimi przemyśleniami, pomysłami, pytaniami na internetową arenę aktywnych – acz nie partyjnych czy dogmatycznych – lewicowców. Trochę wkładając rękę w gniazdo os, licząc jednak nie tylko na odebranie tego jako prowokacji, ale również w nadziei na kulturalną debatę, intelektualny i twórczy dla obu stron dyskurs.

Zacząłem głównie od tematów ekonomicznych, jak sens lub bezsens wzrostu gospodarczego, czy też sens „mierzenia“ poziomu ubóstwa. Nieraz próbując to ironią, to rzeczowością, to radykalizmem „połaskotać“ i „podrażnić“ typowo lewicowe stanowiska – równocześnie oczekując i zrozumienia.

Jednak – za każdym razem podważając pozycje dogmatyczne. Tym bardziej, że już od dawna dziwił i śmieszył mnie fakt, nierzadki wśród „zaangażowanych lewicowców“ (czyli głównie sytych intelektualistów z nastawieniem „czarnego bloku“ – jednak siedzących przed komputerem na kanapie), iż bez-myślnie wrzucają do jednego własnego „ideologicznego“ wora szwarc, mydło i powidło. Aktywiści walczący z energią atomową są „automatycznie“ również feministami, krytykami banków, i zwolennikami Wolnej Palestyny. (Ja w sumie też jestem i pierwszym, drugim, trzecim i czwartym – ale nie w formie abonamentu „cztery w jednym“).

Mimo to, nie chodziło tylko o krytykę dogmatów i dyskurs dla dyskursu (choć i to bywało ciekawą nauką – zarówno pokory i autokrytyki, gdy „atakowano“ mnie rzeczowo, jak i trenowania grubej skóry, gdy ataki miały formę osobistą i emocjonalną). Chodziło o wypracowywanie pomysłów i rozwiązań, czyli przejście ponad tylko krytyką stanu obecnego: ja od strony liberalnej, czytelnicy od lewicowej. I kilka razy nawet się udało.

Po tematach ekonomicznych, i nieregularnych interludiach z polityki niemieckiej, zainteresowałem się bardziej kwestiami społecznymi (o ile nie socjologicznymi), by wreszcie wylądować w ostatniej fazie nie tyle w filozofii i etyce, co wręcz metafizyce.

Teraz, po niemal dwu latach od napisania ostatniego wpisu na bloga „Das Geschenk der Verlangsamung“, postanowiłem odgrzać stare tematy. Nie tylko, bo modne są obecnie wszelkie możliwe „retroizmy“ (od mebli i mody po muzykę i nacjonalizm), ale jako weryfikację moich ówczesnych opinii i propozycji. Co dwa tygodnie będę więc tu wskrzeszał – niekoniecznie chronologicznie – wybrany temat z 139 napisanych tekstów, próbując opisać go autokrytycznie lub i nie – o obecnej perspektywy – podając i link do niemieckojęzycznego oryginału.

Dziś kończę linkiem do całości tych „wpisów zebranych“ – w nadziei, że jednak nikt tego przez wieczór nie zdoła przeczytać!

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa

 

Reblog: Polen ist nicht verloren!

Polenwircover

Uwaga Czytelnicy polskojęzyczni – poskrolujcie na dół, dla  was też coś jest!

Łukasz Szopa

Hätte mir jemand vor einem halben Jahr prophezeit, dass ich jede zwei-drei Wochen auf Berliner Straßen die polnische Hymne singen würde, hätte ich mir auf die Stirn getippt und die Idee ausgelacht. Erst recht, dass ich die berühmten wie mehrdeutigen Zeilen „Jeszcze Polska nie zginęła / kiedy my żyjemy!l“ („Noch ist Polen nicht verloren / solange wir leben!“) ins Mikrophon oder Megaphon anstimmen würde! Noch im Oktober führte ich mit meiner deutschen Freundin einen Disput über den Sinn und (aus meiner Sicht) Unsinn von Demonstrationen. lch – auf einer Demonstration?? Mit polnischen Fahnen, mit selbst gebastelten Transparenten? Unmöglich, höchstens eine Erinnerung an „die guten alten Zeiten“, als man/frau als junger Mensch sich zu einer politischen Demo hinreißen ließ. Das letzte Mal demonstrieren war ich vielleicht 1991, als ich noch in Wien lebte, gegen den Golfkrieg, und tags darauf gegen die lntervention sowjetischer Panzer vor dem litauischen Parlament. Dann vielleicht mal vor der chinesischen Botschaft wegen verfolgter Uiguren oder Tibeter. Und die erwähnte Hymne sang ich zuletzt – da ich kein Besucher von Sportveranstaltungen bin – wohl mitten in den 80er Jahren auf einer offiziellen Schulveranstaltung im kommunistischen Polen. Und nun das.

So wie mir geht es den meisten Polen hier in Berlin, aber auch in Polen selbst, die auf einmal ihre gemütlichen Sofas verlassen, um im kalten, windigen Winter für ihr Land zu demonstrieren. Wir hätten uns alle nicht gedacht, dass es mal so kommt, dass wir dem Aufruf des KOD (Komitet Obrony Demokracji – Komitee zur Verteidigung der Demokratie) folgen würden, oder gar Aktivisten werden. Dass wir über 26 Jahre nach 1989 wieder oder zum ersten Mal für Freiheit, für Demokratie, für eine offene Bürgergesellschaft demonstrieren würden. Oder gar für die Verfassung – die, zugegebener maßen, zuvor kaum jemand von uns richtig kannte.

Der Anlass der ersten Proteste, hier in Berlin vor der polnischen Botschaft am 19.12.2015, war sogar noch abstrakter: Wir demonstrierten gegen die von der neuen Regierung geplanten (und inzwischen leider erfolgten) Gesetzesänderungen zur faktischen Ausschaltung des Verfassungsgerichts (Trybunał Konstytucyjny). Hier in Berlin waren wir vielleicht 200, in ganz Polen, in mehreren Großstädten – zig Tausende.

Warum eigentlich? Was trieb uns auf die Straßen? Der Haß auf die PiS-Partei, die nun nach dem Präsidenten-Amt nun auch beide Kammern des Parlaments (Sejm und Senat) übernahm, um mit absoluter Mehrheit zu regieren? Nein, wir akzeptieren das gewählte Parlament und die eingesetzte Regierung, wir verlangen auch nicht (noch nicht…) nach Neuwahlen. Was uns aber nicht nur Sorgen bereitet, sondern erzürnt, war und ist die Art und Weise, wie diese Regierung nur wenige Wochen nach der Machtübernahme vorgeht. Die PiS-Regierung unter Beata Szydlo legt im Eil-Tempo neue Gesetzesvorlagen vor, die ihre Macht festigen, aber auch langfristig das demokratische System untergraben.

Das Verfassungsgericht wird praktisch außer Gefecht gesetzt – indem einerseits der Präsident Andrzej Duda die Vereidigung neuer Richter ablehnt, vor allem aber, indem das Verfassungsgericht ab sofort gezwungen ist, mit größerem Quorum zu entscheiden und die Fälle nicht nach deren Priorität, sondern in deren chronologischer Reihenfolge zu behandeln. In der Praxis bedeutet es, dass das Gericht erst mal über zwei Jahre braucht, um die bisher unbehandelten Fälle abzuarbeiten. Ziel war es, das Verfassungsgericht als „störenden Faktor“ unschädlich zu machen.


Łuksz Szopa (kniend) mit den Vertretern von KOD_Polen in Berlin

Ähnlich schnell und undemokratisch ging die Regierung mit den öffentIich-rechtlichen Medien um – dem polnischen Fernsehsender TVP, dem Polskie Radio und dessen regionalen Ablegern, Ab sofort entscheidet nicht der staatliche Fernsehrat, sondern alleine der Minister für Staatseigentum über die Neubesetzung der Direktor- und Chefredakteurposten und somit über das Programm selbst. Es dauerte wenige Tage, bis dann fast alle diese Posten neu besetzt wurden – linientreu, zum Teil mit „Vertrauten“ aus PiS-freundlichen oder „Radio Maryja“-freundlichen Medien wie „TV Trwam“ oder „TV Republika“. Einige eifrige PiS-Parlamentarier wie Katarzyna Pawłowicz bestritten gar nicht, dass es ihr Ziel sei, die bis dato öffentlich-rechtlichen Medien zum Sprachrohr der Regierung zu machen – so sieht für sie „Demokratie“ aus. Es war somit nur logisch, dass die Anstalten durch dieses „kleine“ MedienGesetz (ich will mir nicht vorstellen, was ein „großes“ Mediengesetz bringen wird…) in „nationale Medien“ umbenannt wurden. Es gibt somit in Polen keine „öffentlichrechtlichen“ Medienanstalten mehr.

Weitere Gesetzesänderungen wurden ebenso schnell durchs Parlament gepeitscht und durch den braven, schnellen, ohne nachzudenken oder nachzufragen unterschreibenden Präsidenten Duda zur Realität: das neue Abhörgesetz sowie die Zusammenlegung der Funktion des Generalstaatsanwalts mit dem Justizminister. Hinter all diesen Vorhaben steht der „einfache Abgeordnete“ Jaroslaw Kaczynski, Vorsitzender der PiS-Partei, der seine Puppen Szydło und Duda tanzen lässt. Aber gerade sein Eifer, seine Hast, hat uns Bürger geweckt und aktiviert.

Ja, er hat uns geweckt- denn wir haben gedöst, wenn nicht geschlafen. Seit 1989 erlebten wir unzählige Regierungswechsel, von der ersten Regierung unter Tadeusz Mazowiecki, über liberale, nationalkatholische, konservative, sozialdemokratische, christ-soziale, konservativ-liberale Regierungen. Auch die PiS war für zwei Jahre, 2005-2007 dabei. Aber jedes Mal dachten wir, die Demokratie ist – einmal erkämpft und etabliert – ein festes System, in dem die Präsidenten, Abgeordneten und Regierungen fröhlich Wechseln, manchmal auch die Politik – doch deren Grundsätze, in unserer Verfassung verankert, fast wie physikalische Gesetze ewig und unveränderlich bleiben. Vielleicht haben wir uns daher nicht zu sehr um diese Demokratie gekümmert?

Jedenfalls ist es diesmal anders. Manche von uns meinen gar süffisant, wir werden Kaczynski und seiner Truppe noch… dankbar sein. Dass sie uns durch ihr undemokratisches Handeln nicht nur geweckt und zum Handeln motiviert hätten, sondern auch dazu, sich tiefer gehend und langfristiger mit dem Sinn und den Werten von Demokratie, Freiheit, Solidarität und Bürgergesellschaft zu befassen.

Und nun stehen wir regelmäßig da – mit unseren Transparenten, mit unserer Hymne – da, auf den polnischen und europäischen Straßen. Bürgerprotest auf den Straßen.

KOD ist zwar zum Teil dank Internet und Facebook entstanden, doch die wahre Stärke des Bürgerprotestes zeigt sich auf den Plätzen und Straßen, wo wir uns treffen. ln der Realität, in der wir – Polen und Bürger – uns ein bisschen auch die Augen reiben. Nicht nur, weil wir uns wundern, dass wir wieder auf der Straße sind und so viele – seit 1980 gab es in Polen keine vergleichbaren Kundgebungen. Nicht nur, weil wir entgegen der Propaganda der PiS und der Nationalisten, keine „reiche Elite“ sind – unter uns sind Schreiner, Lehrer, Musiker, Künstler, Arbeitslose, Putzfrauen, lnformatiker, Rentner, Studenten. Vor allem reiben wir uns die Augen, und fragen – froh, hier zu sein – Wo waren wir alle bisher? Warum sind wir nicht früher auf die Strassen gegangen?

diskuszopaUnter dem Titel „lst Polen noch zu retten?“ luden die Deutsch-Polnische Gesellschaft der Bundesrepublik Deutschland e. V und die Vereinigung der Verfolgten des Naziregimes – Bund der Antifaschistinnen und Antifaschisten ins Haus der Demokratie und Menschenrechte in Berlin. Diskutiert wurde über die aktuelle Entwicklung in Polen, die Frage ob Polen sich ähnlich wie Ungarn entwickelt, und wie in Polen damit umgegangen wird. Auf dem Podium (von links) Prof. Dr. Christoph Koch (DeutschPolnischen Gesellschaft der BRD), Łukasz Szopa (Komitet Obrony Demokracji KOD), Dr Przemysław Witkowski (Krytyka Polityczna Wrocław) und Moderator Thomas Willms (WN-BdA). Foto K. Forster

Warum kommen wir erst jetzt dazu, uns untereinander über unsere Gesellschaft, unser Land, über Demokratie und Gerechtigkeit und Freiheit zu unterhalten? Aber wir tun es, vielleicht etwas spät, genießen es, und sind sogar etwas stolz – aufeinander. Zumal wir bei jedem Treffen, bei jeder Demo in unseren Gesichtern nicht nur Sorge, sondern vor allem Wärme und Freundlichkeit sehen.

Das war es vielleicht, was Kaczynski & Co. unterschätzt haben. Den Stolz und den Idealismus seiner Landleute. Dass wir nicht wegen einer Steuererhöhung oder einer Reiseverordnung auf die Straße gehen, sondern wegen Bürgerrechten und Demokratie.

Das mag der Grund sein, dass PiS auf das positive Gesicht des KOD und seiner Anhänger mit Wut und Beleidigungen reagiert. Wir werden als „Polen schlechtester Sorte“, „Verräter“, „Gestapo“, „Judasse“, oder gar als „Schickeria in Pelzmänteln“ beschimpft. Es fehlt nicht mehr viel, und man wird uns nach der Krümmung unserer Nasen beurteilen.

Argumente sind es keine, somit kein Grund, die Proteste auszusetzen. Wir wiederholen es immer wieder: wir fordern keine Neuwahlen, wir sind selbst keine politische Partei, sondern eine Bürgerbewegung – die die Einhaltung der Verfassung fordert, nichts mehr und nichts weniger. Gewaltenteilung, Freiheit der Medien, kein Überwachungsstaat, weltanschauliche und konfessionelle Neutralität.

Es wird ein langer Weg sein, die Demokratie in Polen zu verteidigen, zu stärken, womöglich zu erhalten, länger als diese Legislaturperiode. Denn es ist im Grunde kein Kampf gegen die PiS oder Kaczynski – es ist ein Kampf für die Achtung und Einhaltung der Verfassung, für das Verstehen und das Leben der Demokratie, und für eine bewusste, offene, aktive Bürgergesellschaft, Polen ist nicht verloren, so lange wir diese Ziele haben und nicht aus den Augen verlieren.

Dodatek od Redakcji czyli pod-tekst poetycki:

Łuksz Szopa, (ur. w 1973 r. w Tychach) – poeta, prozaik, tłumacz, założyciel ukazującego się w Sarajewie pisma literackiego Album oraz ukazującego się w Mostarze pisma literackiego Kolaps. Jest redaktorem działu literatury chorwackiej w piśmie Pobocza. W latach 1997-1999 przebywał w Bośni-Hercegownie. Mieszka w Berlinie i Włosieniu. Wydał tomy wierszy: Roadmovie (2000), Film (2001, wspólnie z Mehmedem Begiciem) oraz zbiór opowiadań Kawa w samo poludnie. Opowiadania bośniackie (FORMA 2009).

 Kawa w samo południe to zbiór dziesięciu opowiadań, w których Łukasz Szopa opisuje życie w Bośni-Hercegowinie bezpośrednio po zakończeniu bratobójczej wojny, w latach 1992-1995. Autor, który był naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, nie koncentruje się jednak na faktach, czy refleksjach polityczno-historycznych; w formie przypominającej zapisy z dziennika, przedstawia raczej atmosferę panującą w tamtym czasie, w którym mimo pokoju, nadal występowało realne zagrożenie rozpalenia tlących się nacjonalizmów. Okres ten Łukasz Szopa ukazuje jako czas zaskakującej swobody i luzu – czas, w którym odbywa się szalony taniec pod mieczem Damoklesa. Jego uczestnikami są bośniaccy i zagraniczni poeci, artyści, aktywiści pokojowi, pracownicy misji humanitarnych, globtroterzy oraz zwyczajni obywatele pokiereszowanego kraju. To właśnie ich doświadczenia i towarzyszące im emocje, są osnową poszczególnych opowiadań. Wskutek zastosowanej przez autora chronologii i ponownego przywoływania pewnych postaci oraz wątków, opowiadania te układają się w spójną opowieść o tworzeniu nowego życia, obserwowanego przez “snajperów”, ukrytych w ruinach odbudowywanej rzeczywistości.
X
KAWA
X
Kubek
trzy łyżki kawy Jacobs
dwie śmietanki Completa
dwie i pół cukru
zalać gorącą wodą
pomieszać
kawa mój
narkotyk
rkotyk
kotyk
tyk
tyk
tyk
nar
tyk
tyk
narkotyk
tyk.