Zapamiętane

Krystyna Koziewicz

Z cyklu: Pamiętam ten dzień

Milicjant czyli opowieść (prawie) wigilijna

Pamięć ma zagadkowe sita, nie wszystko rejestruje, co by się chciało, a jeśli już, to chyba to, co trzeba i warto! Czasem dziwimy się, że wiele obrazów z przeszłości umyka nam z głowy bezpowrotnie, niektóre zaś pozostają na zawsze, jak na twardym dysku. Od czego to zależy, nie wiem? Opiszę tu jedno z tych zdarzeń, które wciąż wspominam, mimo iż minęło prawie czterdzieści lat.

Opole_RondoOtóż, w latach 70 brakowało w Polsce mieszkań dla młodych małżeństw. Jeśli miało się szczęście, to mieszkało się kątem u rodziny albo wynajmowało  kwaterę – tak się kiedyś mówiło.

W tym czasie byłam wysoko brzemienna, bez własnego lokum. Starałam się poprzez urząd miejski o mieszkanie komunalne, ba nawet byłam osobiście z wizytą u prezydenta. Od wodza miasta usłyszałam wiele gorzkich słów pod moim adresem, który kierując wzrok na mój brzuch, zrobił mi wykład o planowaniu sobie życia. Otrzymałam „genialną” radę,  by najpierw starać się o mieszkanie i od tego są spółdzielnie mieszkaniowe , a dopiero potem planować dzieci”. Muszę przyznać, że urzędujący prezydent szybko mnie oświecił. „W takim razie, idąc tokiem takiego myślenia – dedukowałam  głośno – miasto za kilkanaście lat będzie wyludnione, bo na mieszkanie czeka się 20 – 25 lat, a w wieku 40-45 lat dzieci się nie rodzą”. (Przynajmniej wtedy się nie rodziły). Prezydent już nie chciał słuchać dalszych wywodów, pokazał mi drzwi, na co zareagowałam, tak jak chciał, ale nim wyszłam na korytarz, na odchodne powiedziałam,” że w takim razie miastu nie będą potrzebne przedszkola, szkoły, nauczyciele, wychowawcy i wiele innych rzeczy…”.

Traf chciał, że znalazł się człowiek, niestety nadużywający alkoholu, który zaproponował, że nam odsprzeda swoje mieszkanie. Pieniądze pożyczyła rodzina, zamieszkałam zatem z mężem w lokalu, który, jak się później okazało, należał do milicji. „Właściciel” służbówki otrzymał od nas bardzo wysokie odstępne (właściwie był to wykup), skrywając przed nami fakt, że administratorem mieszkania była komenda wojewódzka. Informacja o nielegalnych lokatorach szybko rozeszła się wśród „życzliwych” sąsiadów, którzy poczuwali się do obowiązku zawiadomienia przełożonych o dokonanym przez nas przestępstwie. Na reakcje władz nie trzeba było długo czekać, otrzymaliśmy wezwanie do natychmiastowego opuszczenia lokalu.

Łatwo jednak nie chciałam się poddać, w końcu byliśmy tam zameldowani, mieszkaliśmy więc dalej, ale w ciągłym stresie przed ewentualną eksmisją. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczniejsza, kiedy otrzymałam wezwanie do natychmiastowego osobistego wstawienia się w wydziale administracyjnym milicji. Tym razem nie mogłam zignorować wezwania i z brzuszkiem tuż… tuż… przed rozwiązaniem doczołgałam się pod właściwy adres. Pan urzędnik – milicjant wyższego stopnia nie chciał ode mnie żadnych wyjaśnień, natychmiast nakazał podwładnemu pisać na maszynie tzw. moje zobowiazanie o dobrowolnym opuszczeniu lokalu. No i pisał chłopina jota w jotę to, co szef dyktował: „niniejszym obecna tu KS urodzona… roku… w… nr  dowodu osobistego… wyraża zgodę na opuszczenie nielegalnie zajętego mieszkania w ciągu 2 tygodni, w przeciwnym razie zostanie przymusowo eksmitowana do poprzedniego miejsca zamieszkania pod adresem…
– Gdzie Pani ostatnio była zameldowana? – pyta urzędnik.
– W dowodzie osobistym jest napisane, Dom Dziecka w S… – odpowiadam.
– W Domu Dziecka? –  facet z wytrzeszczonymi oczyma zajrzał do dowodu, po czym zamilkł. Zapanowała cisza, która być może trwała z pięć minut, dla mnie… wieczność. Nagle patrzę, a urzędnik wyrywa kartkę z maszyny, drze na kawałki, wrzuca do kosza i wychodzi z pokoju. Po jakimś czasie wraca z powrotem, podchodzi do mnie, odprowadza do drzwi mówiąc łamiącym nieco głosem:
– A teraz proszę iść do pokoju nr… i tam otrzyma pani przydział na to mieszkanie i proszę  w sobie mieszkać tak długo, jak długo będę chciała.
Hmm… nie pamiętam, jaka była moja pierwsza reakcja, pewnie z wrażenia nawet nie podziękowałam.
Nie dowierzałam własnym oczom, że w ciągu kilku minut trzymałam w ręku przydział na mieszkanie, z którego miałam być eksmitowana na bruk. Ten dzień i ta dramatyczna chwila często powraca we wspomnieniach, ilekroć odwiedzam dzieci mieszkające w „moim” mieszkaniu. Bo kto by się spodziewał w tych czasach, że milicjant w komunistycznym kraju okazał się być człowiekiem? Podobnych ludzi na pewno można w życiu spotkać tylko… trzeba jednak mieć odrobinę szczęścia.  Miałam wielkie „szczęście w nieszczęściu” i właśnie temu urzędnikowi z Opola z Komendy Wojewódzkiej z lat 70 poświęcam ten artykuł.

Bigos i ciemne okulary

Krystyna Koziewicz

O stereotypach polskich i niemieckich

Każde społeczeństwo ma wspólny kod kulturowy. Zarówno Polaków jak i Niemców łączy język, tradycja, historia i zwykła ludzka mentalność.

W zasadzie można powiedzieć, że o Niemcach wiemy bardzo wiele, choć moim zdaniem wciąż za mało ich znamy. Podobnie jest z nami. Zresztą oni patrzą na nas, na nasz kraj innymi oczyma.

Od 22 lat mieszkam w Berlinie, aktywnie działam w środowisku polonijnym, uczestniczę w spotkaniach kulturalnych, politycznych, biznesowych, turystycznych. Ale mieszkam też wśród Niemców, zaprzyjaźniona jestem z Niemcem, pracowałam w niemieckiej firmie.

Początki życia w obcym mi otoczeniu nie spowodowały zmian w moim zachowaniu. Byłam sobą, zachowywałam się normalnie, bez cienia kompleksu: mówiłam po polsku, nosiłam dżinsowe ciuchy – szczyt elegancji na owe czasy. Dziwiła mnie tylko reakcja Niemców na polską mowę, w ich oczach widziałam naboje gotowe do strzelania. Któregoś razu usłyszałam w metrze od „gotującego się ze złości” starszego pana, że „hier spricht man Deutsch”. Podobna sytuacja spotkała mnie, kiedy z wnuczkami w autobusie gawędziliśmy po polsku, co doprowadziło starsze małżeństwo do furii. Obserwując ich złość mieliśmy świetny ubaw. Jeśli kiedykolwiek spotkałam się z demonstracją wrogości wobec Polaków, to przeważnie byli to ludzie starszej generacji. W pracy senackiej, gdzie miałam do czynienia z politykami i urzędnikami państwowymi, nikt nigdy nie dał mi odczuć, że jestem kimś gorszym,  nawet w sytuacji, kiedy kaleczyłam niemiecki.  Tylko jeden Niemiec nabijał się ze mnie, szydził i głośno ironizował, ale udawało mu się do momentu, kiedy oznajmiłam wszem i wobec, iż od następnego dnia musi sobie przynosić kanapki i kawę w termosie, bo ja go już więcej nie będę obsługiwać. „Mądralińskiego” czekała z mojej strony jeszcze jedna niespodzianka, a mianowicie wobec jego kolegów – poinformowałam ich bowiem, że złożę na policji skargę na mobbing i wrogość do obcokrajowców. Ów urzędnik był do tego stopnia zaskoczony, że nagle stracił głos, a oczy zaszły mu chyba bielmem. Widać było najwyraźniej, że strzał był celny! Zresztą to w moim stylu, nie wybucham od razu, lecz czekam na właściwy moment. Także w tym przypadku nie było inaczej, on – Niemiec szydził, a ja – Polka czułam się z tym fatalnie. Co się później okazało, nie byłam w ogóle świadoma, że moja groźba mogła zakończyć jego karierę jako urzędnika państwowego. Facet oprzytomniał, na drugi dzień przyszedł z przeprosinami i od tej pory mnie ostentacyjnie faworyzował, aż mnie to wkurzało. Zresztą, nigdy tego typa nie polubiłam. To jedyna sytuacja, kiedy doznałam od Niemca przykrości. Więcej nie było!

Natomiast faktem jest, że miło się słucha o zaletach Polaków. Ja osobiście uważam, że mamy więcej zalet od wad, ale Niemcy widzą nas inaczej i kiedy słyszę o pijakach, brudasach, cwaniakach, złodziejach, nie ukrywam, że mina mi dziwnie rzednie. Ja wiem, że na pewno zasługujemy na lepszą ocenę, a według Niemców zalet mamy tyle co palców u rąk, a może jeszcze mniej. Za to lista wad ciągnie się w nieskończoność. Przejdźmy najpierw do pozytywnego wizerunku Polaka. Polki wg Niemców uznawane za najpiękniejsze kobiety świata, które imponują elegancją, pracowitością i gospodarnością. W czasach kryzysu Niemcy z podziwem patrzyli, jak radzimy sobie z życiem w obliczu pustych półek. I w tym miejscu zrodziła się w głowie myśl-dygresja, że naprawdę należy się nam pomnik Matki Polki Peerelowskiej, a nie tylko ten z dowcipu o kobiecie ze sznurkiem w ręku, która zastanawia się jak związać koniec z końcem. Pomnik, a jakże. Jesteśmy bowiem mistrzyniami świata w pokonywaniu trudności zaopatrzeniowych. Niemcy wysoko cenią inną naszą cechę – dbałość o gniazdko rodzinne, choć mniej mają wyrozumiałości dla Polek, które traktują mężów jak dzieci: podają jedzonko, dolewają zupkę, zaopatrują  w kanapeczki. Niemiec sam sobie parzy kawę, jada śniadanie w kantynie, a na obiad żona czy partnerka serwuje mu zupę z puszki. W przeszłości zdarzyło mi się w pracy w niemieckiej firmie głośno pomyśleć, „co mam ugotować na obiad?” Reakcja była dość typowa; „Chcesz powiedzieć, że codziennie gotujesz obiady? Zwariowałaś, przecież pracujesz, od czego są bary i inne kioski z fast-foodem?” Niemcom nie trzeba więc codziennie gotować czy pucować mieszkania. Znajomy Niemiec ożeniony z Polką obsypuje żonę co jakiś czas kosztownymi prezentami, wychwalając pod niebiosa prowadzenie domu i chyląc czoła nad jej ciężką pracą. Zainteresowana, jaki to zawód wykonuje owa idealna żona, usłyszałam, że prowadzi dom, gotuje, prasuje, robi zakupy, myje okna, sprząta, pieli ogródek. Faktycznie, u mnie na klatce schodowej, a może i w całym sześciopiętrowym domu zapachy z kuchni dochodzą tylko od zamieszkałych tu Polek, reszta jada z puszki lub chłodziarki, a w weekendy chodzi się całymi rodzinami do restauracji.

Najwyżej ceniona jest nasza polska gościnność. Nie dziwota. Pamiętam historię o tym, kiedy Niemka wspólnie z mężem pojechała do Polski na złote gody teściów. Po powrocie ciekawość kolegów z pracy paliła, padały pytania, jak było? To, co opowiedziała, przyprawiło słuchaczy o zawrót głowy: „osiem godzin siedzieliśmy przy stole i bez przerwy podawano jedzenie”. Nie dowierzano, a kiedy dodała, że ludzie cały czas jedli, to już było trudne do wyobrażenia. Na niemieckim przyjęciu poczęstunek wygląda ubogo: na stole paluszki, chipsy, orzeszki, tylko napojów do wyboru do koloru. Przyjęcie zaczyna się od tortu i kawy, a gdzieś tam po pięciu godzinach serwuje się zupę gulaszową, albo chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym.

Z niezrozumieniem, ale i podziwem patrzą Niemcy na naszą fantazję lub brak wyobraźni. Często opowiadam znajomemu Niemcowi o pomysłach, które zamierzamy realizować np. w branży wydawniczej czy kulturalnej. Kiedy oznajmiłam, że otwieramy Dom Polski czy organizujemy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy bez jednego centa, ów pukał się w głowę. Gdy potem widział efekty, prawdziwe „cuda wianki”, to za Chiny nie był w stanie pojąć, jak my to robimy?

Stereotypy o Polakach krążące w społeczeństwie niemieckim, jakby się kto pytał, egzystują po dziś dzień, jednakże zauważa się powolny zwrot w pozytywnym kierunku. Wejście Polski do Unii stanowiło dla nas, Polaków nominację do lepszego kręgu, choć daleko nam do elity. Owszem, Niemcy z niepokojem obserwowali wybory w Polsce, bojąc się zwycięstwa Kaczyńskiego. Tusk ma (a może raczej miał) wysokie notowania, Wałęsa jest i pozostanie legendą, której oddaje się najwyższe honory. Tak samo jest z Mazowieckim czy Bartoszewskim. Prasa coraz częściej donosi o sukcesach polskiej gospodarki, na Targach ITB czy podczas Zielonego Tygodnia koniecznie trzeba zaliczyć polskie hale, bo tam można kosztować i smakować do woli, i jeszcze wyjść z pełną torbą gadżetów. Na imprezach polsko-niemieckich królują pierogi, bigos niestety traktowany jest znacznie gorzej ze względu na zapach, który irytuje wrażliwe niemieckie nosy.

Jako że zaprzyjaźniona jestem od kilkunastu lat z Niemcem, mam rzadką możliwość spojrzeć nieco głębiej w niemiecką duszę i mentalność, i zastanowić się nad różnicami, jakie dzielą oba społeczeństwa, tak w sferze kulturowej, jak i politycznej. Mój znajomy bardzo kibicuje Polsce po tym gdy, jak sam powiada, poznał mnie i moje środowisko. Wniosek nasuwa się jeden, nasze codzienne zachowanie, postawa, aktywność, udział w wydarzeniach kulturalnych powoduje, że Niemcy nareszcie przestają opowiadać żarciki o Polaku-pijaku, brudasie, nierobie, złodzieju i kobietach lekkich obyczajów. Jeszcze przed 20 laty przyjaźń z Polką, czy małżeństwo w niektórych kręgach na pewno nie przynosiło chwały. Dzisiaj nie wytyka się już Niemcowi, że ożenił się z Polką. Dawno, bodaj 13 lat temu zdarzyło mi się zaprosić znajomego Niemca, a właściwie sam się wprosił do mojego domu. Przyniósł ze sobą koszyk z kawą, słodyczami, owocami oraz plastikowe talerzyki, widelce, serwetki, płyn do naczyń. Przeżyłam szok, bo nie zrozumiałam intencji, a on na to: „no wiesz, byłem w Instytucie Polskim na chłopskim przyjęciu i tam jedliśmy palcami, nie było serwetek”…to mi wystarczyło, by poczuć zażenowanie. I pomyśleć – jedna impreza nawiązująca do zmierzchłych czasów może zrodzić mit, że nie umiemy używać widelców i serwetek. Albo ich nie mamy. Niemcy wyjątkowo zdolnie potrafią przejaskrawić rzeczywistość. Taka na przykład wypowiedź (poprzedniego) Ambasadora RP w prasie niemieckiej, że w Niemczech zbyt łatwo można kraść samochody, a Niemcy nie radzą sobie ze złodziejami. Reakcja mediów była natychmiastowa, na wszystkich portalach i w gazetach ataki i bezpardonowa krytyka Ambasadora, bo jak można wytykać Niemcom wady, skoro ich system świetnie funkcjonuje.

O Niemcach mówi się, że są zimni i gburowaci. Nie okazują uczuć. W tym stwierdzeniu jest wiele racji, ale za to, jeśli chodzi o kobiety, Niemcy są też mało wymagający. Na tle emancypowanej feministki niemieckiej wszystko, co w zakresie organizacji domu zaoferuje Polka, będzie graniczyło z cudem i doczeka się pochwały. Choć nie przyjdzie ona szybko, bo Niemcy raczej niechętnie chwalą. A jak już, to bardziej… siebie.

No cóż, niektóre stereotypy faktycznie wynikają ze specyfiki danego narodu, z tradycji. Skądś się wzięły i są powody, że trwają. Jednak zazwyczaj są to cechy przejaskrawione, a szczególny akcent kładzie się na wady. Stereotypy biorą się zazwyczaj z braku wiedzy lub zazdrości. Przekazywane bezmyślnie, często krzywdzą. Nie można włożyć wszystkich do jednej szufladki. Coraz więcej podróżujemy po świecie, dzięki temu mamy okazję przekonać, ile prawdy jest w stereotypach. Nasz polski wizerunek w Niemczech będzie ulegał dalszym zmianom. Na korzyść, oczywiście! Nie mamy zatem powodów, by ich przekonywać, że nie mają racji. Muszą tylko zdjąć ciemne okulary, które, jak mi się czasem wydaje, noszą chyba na stałe, nocą i w tunelu. I wtedy wszystko jest jasne!

Turysta polski

Krystyna Koziewicz

Od kiedy dla Polaków świat się otworzył, wyjeżdżamy za granicę nie tylko w poszukiwaniu pracy czy osiedlenia się, lecz – coraz częściej – w celach turystycznych  i to jest fajne, bo przez to nasz wizerunek się zmienia, ku zaskoczeniu np. hotelarzy. Rezerwujemy noclegi, wykupujemy Visit Cards, jadamy w restauracjach i mało kto, jak to bywało w przeszłości, chodzi z kanapkami w torbie czy nocuje u znajomych. Właściwie, to długo zastanawiałam się, czy opisać przypadek wizyty dwóch Rodaków w stolicy europejskiej.  Niby to żadna rewelacja, ale jednak, podpatrując rzeczywistość, nie sposób przemilczeć… ale o tym za chwilę. W każdym razie Rodacy z wizytą w Berlinie… Otóż, znajomi migranci z Polski od 30 lat zamieszkali w pewnej metropolii europejskiej, biznesmeni, jak powiadają: własna działalność gospodarcza, wysokie dochody,  podróże po świecie, super auta. Przyjechali na cztery dni do Berlina z planem zwiedzania muzeów na Museum Insel, Nikolai Viertel, Reichstagu, Checkpoint Charlie, Muzeum Stasi, Muru, Holokaustu, Jüdisches Museum, Topografia Terroru i…i…i…

Spotkaliśmy sie w hotelu pięciogwiazdkowym. Miałam im dostarczyć informacji, jakiej potrzebowali. Pokój dwuosobowy, eleganckie umeblowanie, w hotelu wszelkie wygody, sauna, jaccuzi, siłownia etc. Rozglądam się po pokoju i ze zdziwieniem odnotowuję leżące na stole góry jedzenia – kanapki, owoce, jogurty, ciasteczka. Początkowo myślałam, że przywieźli ze sobą, ale nie, panowie z radosną miną opowiadają, jak pakowali te pyszności w jadalni hotelowej, jak personel ciągle musiał uzupełniać znikające pieczywo, wędliny, owoce. Z zadowoleniem chwalą się, ile  wynieśli i że wystarczy im tego na cały dzień. Nawet chcieli częstować. Ach, pomyślałam, czepiasz się, Krysiu, to na pewno jednorazowy precedens, tylko dzisiaj, bo dzień się zapowiada intensywny. Ale… następnego dnia znowu zobaczyłam pełną reklamówkę jedzenia i usłyszałam rewelacje, jak obserwowały ich kelnerki, zachęcające do najedzenia się do syta, proponujące kiełbaski, jajecznicę… Zapewne miała to być sugestia, żeby najeść się do syta na miejscu, a nie wynosić. Teraz już mi mina zrzedła na dobre. A panowie z oferty kelnerki nie dość, że skorzystali, to i tak „udało” się pozabierać kilka jaj, jogurtów i kanapek na przysłowiowe zaś. Jednym słowem przez trzy dni nasi turyści brali na wynos, ile się dało i co się dało.

sniadaniehoteloweNo cóż, my Polacy mieszkający w Niemczech, dbamy o pozytywny wizerunek, zależy nam, by mówiono o nas dobrze. Staramy się dostosować do norm prawnych, obyczajów, zasad ogólnie przyjętych. Panowie odjechali do swoich domów pozostawiając, mniemam, w tym hotelu nieciekawe wspomnienie. Nie zdziwmy się zatem, kiedy w jednym z berlińskich hoteli nad polskim gościem będzie czuwała kelnerka patrząc mu na ręce. Nie dziwmy się….

Narodowe Święto Niepodległości

Krystyna Koziewicz

Dzień 11 listopada został ustanowiony świętem państwowym w 1937 roku. W latach 1939-44 podczas okupacji hitlerowskiej oraz w okresie od 1945 do 1989 roku, w czasie rządów komunistycznych, obchody święta były zakazane. Dopiero w roku 1989, ustawą Sejmu, przywrócono to święto i od tego roku Święto Niepodległości jest najważniejszym świętem państwowym.

Jak co roku świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości także wśród Polaków za granicą. Dla wielu to być może to dzień mądrej refleksji nad patriotyzmem, narodem, państwowością, może to być dzień radości z bycia Polakiem. W Polsce obchody Niepodległości jeszcze nie doczekały się charakteru wesołego świętowania, jak to bywa w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.  Choć…. już zaczyna się coś zmieniać. Gdy Bronisław Komorowski został prezydentem, zapoczątkował akcję z biało czerwonymi kotylionami, które w tym dniu nosi coraz więcej ludzi. Idea zdaje się być trafiona w dziesiątkę. Z kolei w tym roku z inicjatywy kustosza Muzeum Józefa Piłsudskiego z Sulejówka zainicjowano akcję wysyłania kartek „Mamy Niepodległą”. Dobrze się stało, że to sympatyczny gest ma sprawić, że udzie zapamiętają nazwisko wielkiego wodza w walce o Niepodległość Polski.

pilsudski1Tu uwaga na marginesie – muzeum w Sulejówku znajduje się w stanie wymagającym natychmiastowego remontu. Doprawdy wierzyć się nie chce, że do tej pory nie znalazła się żadna opcja polityczna, która by godnie uhonorowała miejsce pamięci bohatera Polski Niepodległej. A tylu przecież mamy polityków, którzy deklarują się jako patrioci i następcy wielkiego wodza.

pilsudskiWróćmy jednak do sprawy obchodów, bo jakoś mnie żywo ten problem obchodzi. Na Zachodzie z okazji świąt państwowych przedstawiciele rządu i parlamentu rytualnie składają wieńce pod pomnikami, oddając hołd bohaterom oraz poległym w wojnie żołnierzom i cywilom. Odbywają się uroczyste msze, koncerty muzyki klasycznej narodowych kompozytorów, ale po tej części oficjalnej organizuje się dla społeczeństwa – na koszt państwa! – festyny uliczne z muzyką i to wysokiej klasy. W tym roku w Berlinie pod Bramą Brandenburską odbywał się wielki festyn z okazji Pojednania Niemiec. Jego częścią był koncert dla miliona berlińczyków. Na scenie występował znany austriacki wokalista Udo Jürgens. W przerwach pomiędzy piosenkami opowiadał publiczności rewelacje o pani kanclerz Niemiec. I co się okazało? Pani kanclerz osobiście zadzwoniła do artysty z prośbą o udział w koncercie. Artysta myślał, że ktoś sobie żartuje, a telefon okazał się prawdziwy. Podana informacja wzbudziła wielkie zaskoczenie i radość, że na najwyższych szczeblach władzy myśli się o zwykłym człowieku.

My również mamy powody do radości, bo oto nasz obecny ambasador Jerzy Margański, a wcześniej jego poprzednicy także kroczą drogą pani Merkel i z okazji świąt narodowych organizują dla Polaków zamieszkałych za granicą koncerty, gdzie można posłuchać polskich kompozytorów w wykonaniu najlepszych muzyków. W tym roku, 15 listopada z okazji Święta Niepodległości w godzinach wieczornych Ambasada RP w Berlinie zaprasza Polonię na koncert muzyki klasycznej w wykonaniu Fair Play Quartet, który wykona utwory Bacha, Mozarta, Rachmaninowa, Bacewicz, Chopina, Lutosławskiego i Panufnika. Koncert odbędzie się historycznej auli radia RBB.

Natomiast w przeddzień święta Niepodległości w Deutsche Oper Berlin Ambasada Polska w Berlinie oraz Fundacja Fryderyka Chopina organizują uroczysty koncert chopinowski w wykonaniu pianistki Agnieszki Przemyk-Bryła i wiolonczelisty Tomasza Strahla.

Po koncercie, tradycyjnie odbędą się rauty, na których na pewno nie zabraknie zapalczywych dyskusji Polsce, Polakach, Polonii, Niemczech, rodzinie i wydarzeniach z ostatniego okresu. Ot, zwykłe Polaków rozmowy.

A tymczasem, a tymczasem w Polsce…

10 listopada w Warszawie PiS połączy comiesięczny marsz pamięci ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej z uczczeniem 95 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. W Krakowie z kolei po mszy odbędzie się przemarsz z Wawelu przed Krzyż Katyński. Gorzów: godz.12.20 – 13.00 formowanie kolumny i przemarsz uczestników Mszy z Katedry pod pomnik Józefa Piłsudskiego. W Bochni o godz. 15.30 nastąpi przemarsz pod Pomnik “Poległym za wolność 1914-1920″, gdzie zostanie odśpiewany hymn państwowy, zostaną wygłoszone okolicznościowe przemówienia, zostaną złożone kwiaty oraz odbędzie się Apel Poległych. Na koniec ok godz. 17.00 w paradnym przemarszu uczestnicy obchodów przejdą do Państwowej Szkoły Muzycznej w Bochni na Wspólne Bochnian Śpiewanie “Na patriotyczną nutę”. Co w Piszu nie ma co opowiadać, bo wystarczy zdjęcie…

img-1467-192780Oczywiście nie wszędzie w Polsce tak jest. W Poznaniu głównym tematem obchodów będzie święty Marcin i słynne marcińskie rogale. W Warszawie zostanie między innymi zorganizowana rockowa jazda harleyów, a w Gdańsku parada przebierańców. To prawda, jest coraz lepiej, bo różnorodnie, ale mimo to wciąż jeszcze królują w Polsce marsze, przemarsze, parady (te na poważnie) i defilady (również na poważnie). Tak jakby czas się zatrzymał, jakbyśmy nie weszli w wiek XXI, albo jakbyśmy przenieśli się na Wschód, bo to tam spotkać jeszcze można pochody i przemarsze. W Chinach, w Rosji, w Korei.

No i w Polsce.

13.10.2013 / 13:13

Zacznę obowiązkowo czyli od zaproszenia na wernisaż w dniu 13.10.2013 o godzinie 13:13 / Morgen findet eine Ausstellungseröffnung statt und zwar um diese magische Zeit: 13.10.2013 um 13:13 Uhr.

plakatela Ela/ Elżbieta Woźniewska

fionaIch kenne sie / Znam ją.
Ich bewundere ihre Kunst. / Cenię i podziwiam jej malarstwo.
Jak kiedyś będę miała dość pieniędzy, na pewno kupię sobie jej obraz. / Wenn ich mal genug Geld haben werde, werde ich mir ihr Bild kaufen.
Na przykład ten. / Zum Beispiel dieses.
Fiona
Oder ich lasse mir von Ela mein Portait malen. / Albo zamówię u Eli mój portret.
Na przykład jak jeden z tych. / Zum Beispiel wie ein von diesen.

portretyelaSie macht auch andere Sachen, sie nennt sie Ikonen und Kryptograme. Die mag ich nicht besonders, aber sie sind farbenfroh, lustig und finden viele Bewunderer. Sie haben eine wunderbare, rauhe Oberfläche, wie eine Katzenzunge./ Maluje też inne rzeczy. Nazywa je Symbole i Kryptogramy. Nie przepadam za nimi, ale przyznaję, są barwne, wesołe i znajdują wielu nabywców. Mają wspaniałą strukturę, są szorstkie jak język kota.

buzki Robi też przedziwne, piękne, wyszukane książki artystyczne. / Sie macht auch aussergewöhnliche, exquisite Kunstbücher.

bookselaSie ist eine tief glaubende Christin. / I jest głęboko wierzącą chrześcijanką.
Daher die Ausstellung in der Kirche? / Dlatego wystawa w kościele polskim w Berlinie?

tryptykrzymski-aniol-tekstKrystyna Koziewicz tak napisała o wystawie:

W 35 rocznicę wyboru papieża Polaka na Stolicę Piotrową. 13.10.13 w Galerii pod Bazyliką w Berlinie Ela Woźniewska zadedykowała wystawę ”Próg nadziei”  Błogosławionemu Janowi Pawłowi II.

Ksiądz proboszcz Marek Kędzierski jest kustoszem tej galerii, w której realizuje słowa Jana Pawła II, że należy ewangelizować kulturę. „Przestrzeń sakralna ma nas wzmacniać w wierze”.

Ela Woźniewska ukończyła malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, grafikę w ASP w Katowicach, studiowała w Berlinie w Akademie der Künste.

ela-wystawa2Dzieła przedstawione na wystawie „Próg nadziei” powstawały przez ostatnich 15 lat i są odzwierciedleniem życiowej refleksji Eli na temat aktualnych wydarzeń i postaw ludzkich. Na suficie galerii artystka umieściła kryptogramy – barwną płaszczyznę symboli, pokazujących dążenie do doskonałości i perfekcji człowieka wolnego od cierpienia i pogardy.  Ale to niełatwe. Nie było łatwe w socjalizmie, ale nie było też łatwe na Zachodzie, i nie jest łatwe teraz, po roku 2001, po wojnach w Afganistanie, Iraku, Syrii, Pakistanie. Ela w swojej twórczości nawiązuje do ogromu zniszczeń człowieczeństwa w serii obrazów, przypominających zgliszcza WTC.

Artystka przekazuje swoje przemyślenie, zmuszając nas do refleksji, opamiętania, bo Opatrzność każdy czyn oceni – przestrzega. Na obrazach pokazuje też piękno, które pochodzi z pokory. Każdy musi sam zajrzeć w głąb swojego ego, by zrozumieć samego siebie, odnaleźć sens życia. Ona to zrobiła. Jak sama twierdzi, późno znalazła drogę do Boga, ale bez Boga nie może planować ani tworzyć.

Wystawa w polskim kościele poświęcona jest Błogosławionemu Janowi Pawłowi II.  Dobrymi czynami przekraczajmy próg nadziei.  Zachęcam do obejrzenia i refleksji!

Pomagam

Czy będzie pociechą dla Autorki, że ja też miałam takie doświadczenia, a zapewne wszyscy je mieliśmy…?

Krystyna Koziewicz, Z obserwatorium zwykłej baby

Intruz w moim łóżku

Gotowość niesienia pomocy ludziom w potrzebie to dla większości z nas odruch bezwarunkowy. Pomagać trzeba, nie zważając niekiedy na niezręczną sytuację, niewygodę czy koszty, nie oczekując w zamian wdzięczności, rewanżu. Często wystarczy zwyczajne słowo „dziękuję” i już się człowiek czuje usatysfakcjonowany. Kiedy w trudnej sytuacji życiowej udaje się faktycznie komuś pomóc, zawsze myślę sobie, że Opatrzność rejestruje dobre uczynki i zapewne odda z nawiązką w innej formie. Na przykład zdrowie! Moim jedynym życzeniem i marzeniem jest żyć w zdrowiu, z resztą problemów potrafię sobie sama poradzić.

Zadzwoniła do mnie znajoma z alarmującą prośbą, by serdecznemu koledze wynająć pilnie pokój na tydzień, odpłatnie oczywiście, ponieważ oddał mieszkanie, a nowe nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Z naszej rozmowy wynikało, że wielokrotne próby znalezienia noclegu zakończyły się fiaskiem. Facet jest bez dachu nad głową, a na hotel go nie stać. „Może chcesz zarobić parę groszy,  zawsze to coś, przyda ci się, jesteś rencistką, okazja do podreperowania budżetu” – przekonywała. Rozumiejąc dramaturgię sytuacji po namyśle zaproponowałam pokój do dyspozycji z używalnością kuchni i łazienki. Jak trzeba to trzeba, znajomym się nie odmawia!

W niecałą godzinę pojawia się delikwent z walizami. Czuję się nieco  zaskoczona, bo nie miałam nawet czasu, by psychicznie przygotować się na lokatora. Szybko uporałam się z problemem, przygotowałam sypialnię, opróżniłam część szafy, zmieniłam pościel, przygotowałam szafki na kosmetyki  itp., itd., itp., itd… Jak w piosence. Udostępniłam moje łoże, bo innego rozwiązania nie było. Dla siebie postarałam się o łóżko polowe od sąsiadki. Nie byłam zachwycona nową sytuacją, ale skoro obiecałam, to na tydzień trzeba było zrezygnować z własnych wygód. W końcu tydzień wyrzeczeń to nie wieczność, no i nie za darmo, parę euro wpadnie to zaszaleć można w TK Maxx.

Lokator okazał się sympatyczny, dbający o higienę, codzienna kąpiel, gotowanie, telefonowanie, korzystanie z Internetu i godzinne przesiadywanie. W kuchni pojawiły się garnki, kubki, szkliwo, czajnik, patelnia oraz żywność – cała lodówka. Niewygodę i skrępowanie czułam od pierwszego momentu, ale co tam, trzeba było zmienić rytm życia i zacisnąć paszczę. Wszak na krótko, dam radę przecież! Mija tydzień, a tu ani widu ani słychu o wyprowadzce. Jeszcze jeden tydzień… usłyszałam  od lokatora prośbę. No cóż, trzeba być wyrozumiałym, remont się przedłuża, a właściwie się wcale nie zaczął, bo brak prądu, wody i czort wie co. No, ale i tym razem da się wytrzymać! Naturalnie było mi źle żyć pod jednym dachem z obcym mężczyzną. Owszem, znałam go z widzenia. Chłopisko na dwa metry, rzekomo „figura”? Znał Marka – powiadał. Jakiego Marka? – zapytałam. No wiesz, ambasadora… Hm, to ty takich masz kolegów i nie pomogli? – pomyślałam. Z zawodu radca, w Polsce był ponoć prokuratorem, prawo powinien mieć w paluszku. Taki to musi być porządny, najwyższa instancja moralności: nie oszuka, nie wykorzysta, nie kłamie. Wiarygodniś! Okazało się, że pobyt przedłużył się o jeszcze jeden tydzień, w międzyczasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, trzeba było brać antybiotyki i leżeć w łóżku. W moim łóżku leżał wygodnie kto inny, a ja na kozetce w ciągu dnia, nocą na skrzeczącym łóżku polowym. Po trzech tygodniach, kiedy musiałam wziąć druga serię antybiotyków, powiedziałam, że musi sobie poszukać innego lokum. Byłam nadal chora, potrzebowałam własnego łóżka i spokoju. Nie spodobała mu się moja decyzja, ale wtedy byłam już znużoną tą sytuacją i było mi wszystko jedno, co ten człowiek sobie o mnie pomyśli. Miałam głęboko gdzieś, zwłaszcza że intruz czuł się zbyt pewnie i za swobodnie. Odchodząc zabrał tylko część maneli, pojawiał się od czasu do czasu pod pretekstem, bo nadal nie miał gdzie mieszkać, ale byłam już nieubłagalna. Nie i nie! Miał być na tydzień, skończyło się na trzech i w dodatku bez żadnej rekompensaty poniesionych kosztów, bo już zorientowałam się, że za często użala się na brak pieniędzy. Kiedy wspomniałam o pieniądzach, usłyszałam, że jest zaskoczony. ”A to coś nowego” – powiedział zdziwionym głosem.

Jak to coś nowego, a jak myślałeś, że mam ponosić koszty użytkowania prądu, telefonu, wody?

No cóż, nie wiedziałam, że prawnikowi takie sprawy trzeba wyjaśniać, chłop najwyraźniej nie kapował, o co mi chodzi? Cwaniaczek myślał, że pomagam bezinteresownie. No szkoda, że jeszcze nie karmiłam, no i  kieszonkowe mogłam przecież dawać. Do tej pory się nie rozliczył, a minęły już dwa lata, pewnie się więc i nie rozliczy. Przełknęłam tę gorzką lekcję, ale nic bardziej mnie nie złości, niż myśl, że zgodziłam się na to, by w moim łóżku spał intruz. Cwany intruz.

Na Dzień Matki

laurkaW Niemczech obchodzi się dzień matki w drugą niedzielę maja i uważa się go za jedno ze świąt wprowadzonych przez Hitlera. Nie jest to prawdą, bo Międzynarodowy Dzień Matki od drugiej połowy XIX wieku usiłowały wprowadzić w życie Amerykanki, co im się w końcu udało zalegalizować w roku 1914. W Niemczech jest to oficjalne święto od roku 1923, a jego inicjatorem był Niemiecki Związek Kwiaciarzy a nie Hitler. Miało to zresztą miejsce na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Ale w Niemczech istnieje wyraźna tendencja, by negować każde święto pod jakimkolwiek pozorem – co najwyraźniej daje się odczuć przed Halloweenem i dniem świętego Walentego, ale i Boże Narodzenie nie jest wolne od antyświątecznych reakcji. W Polsce święto to obchodzi się od roku 1914 i w tym dniu dzieci rysują laurki dla mam. Na świecie są zresztą różne daty obchodzenia tego święta – Polska jest jedynym krajem, w którym przypada ono na 26 maja.

Berlińska dziennikarka z Opola, Krystyna Koziewicz inicjuje z okazji Dnia (polskiej) Matki stałą rubrykę: Z obserwatorium zwyczajnej baby….

O matce i dorosłych dzieciach
“Miłość matczyna się nie starzeje” (niemieckie)

Jednym z najpiękniejszych dni w roku jest 26 maja  – DZIEŃ MATKI.
MATKA, Mama, Mamuśka, Mamcia, Matula, Mateńka… Wszystkie te słowa, którymi ją nazywamy, zawierają w sobie potężny ładunek uczuć i emocji. Kojarzą się z domem rodzinnym, którego była OPOKĄ. I choć zmieniają się ludzkie dzieje – ONA zawsze ta sama: DOBROĆ i PRZEBACZENIE, WIELKODUSZNOŚĆ i – jak mówi o ksiądz Twardowski w jednym ze swoich wierszy – “bardzo ludzka MIŁOŚĆ”…
Jej ofiarność i dobroć serca na zawsze pozostaje w pamięci tych, którzy ją mieli…
Ale oczywiście nie każdy ją miał. Bywa, że jej brakuje, a przyczyny tego są przeróżne. Jednym LOS przedwcześnie ją zabiera, innym daje, ale ona sama nie potrafi udźwignąć ciężaru odpowiedzialności, jaki spoczywa na jej barkach, zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wychowywać dziecko czy dzieci samotnie. A wtedy, no cóż… Jedne Matki podejmują ten trud, inne, niczym kukułki, “podrzucają pisklę” do obcego gniazda, a jeszcze inne całkowicie się go wyrzekają, albo – co chyba najgorsze – zabijają…To skrajne przypadki, ale się zdarzają. I każdy z nich ma swoją przyczynę, dlatego tak trudno jest osądzać matkę, która nie umiała być matką…

Jakkolwiek jednak by nie było, każde dziecko, i to z pełnej rodziny i to z niepełnej, powinno darzyć matkę szacunkiem, choćby z racji tej, że dała mu życie… Powinno otoczyć ją opieką i miłością, bo może tego najbardziej brakowało jej w życiu?! Powinno… Dla wielu matek pobożne życzenie. Z odwzajemnieniem miłości bywa różnie, niejednokrotnie zastanawiamy się, skąd u dorosłych dzieci taki brak uczuć, zrozumienia dla sytuacji matki i problemów związanych ze starzeniem się, często samotnością.

Istnieje wiele sposobów, by odpędzić myśli o dzieciach, dla których jesteśmy ciężarem. Szukamy dla siebie aktywności, ale i ona nie zawsze cieszy dorosłe dzieci. Niekiedy nawet drażni. Jak więc? Czy mamy się tłumaczyć, że po prostu odrabiamy zaległości z okresu, kiedy świat był mniej kolorowy? Życie w socjalizmie nie przypominało raju, choć nasza młodość niosła prawdziwą radość i emocje, nie mieliśmy życia wirtualnego.  Dzisiaj młodzi patrzą na nas, jak na ludzi z epoki dinozaurów, a może jednak ze skrywaną  zazdrością, ale, o dziwo, wcale nie radością, że życie matki ma sens.

Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć matki, które się żalą, że są psychicznie gnębione przez własne dzieci. Tak, tak – żadna ściema. Zdarza się, ale najbardziej szokuje, że psychiczny terror pojawia się ze strony dobrze wykształconych córek, synów. Rozumiem – dzieci nie chcą naszych rad, złoszczą się, kiedy rzekomo  ingerujemy w ich życie, co tak naprawdę oznacza po prostu, że wypowiadamy nasze zdanie czy poglądy. Nie chcą i nie lubią rozmawiać o problemach, potrafią pouczyć matkę, że najlepiej by było, jakby się wcale nie odzywała? I co wtedy, gdy to usłyszymy? Zamilczeć i puścić koło uszu? Trudno, ale może i dałoby się zrobić, ale najczęściej to oni sami zaczynają dyskusję trudne tematy. To straszne, że nie można przekazać naszych doświadczeń, bo one są ważne.  Dlatego dajemy dzieciom wolną rękę, niech sami uczą się na własnych błędach, po co mamy z matczynej miłości i ostrzegać? Nie wrogości, jak to często  bywamy odbierane. Z miłości i życzliwości!

Nie ulega wątpliwości, że nasze dzieci nas kochają, ale to głęboko, pod spodem. A na powierzchni… Owszem, czasem zadzwonią, zapytają, co słychać. Być może w pewnym sensie uspokajają własne sumienie, albo tylko tyle serca mogą okazać. Dwa słowa: „wszystko w porządku?” lub – jeszcze gorzej – „co u ciebie, wszystko dobrze?” i koniec rozmowy. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć, że nie, nie wszystko jest dobrze i że powodem tego są oni sami?

Teoretycznie więc dzieci nas kochają, ale teoretyczna wiedza nie wystarczy! Chciałoby się to poczuć. To posłuchajcie, kochane dzieci. Nadchodzi lato, czas pikników, na pewno nie raz i nie dwa w gronie rówieśników wybierzecie się nad jezioro, do Tiergarten czy Parku Tempelhof, a tam zobaczycie piknikujące tureckie rodziny. I zobaczycie, jaki jest stosunek dzieci do rodziców. Szacunek przez duże S. Nie ukrywam, że z zazdrością przyglądam się matkom, wokół których „świat się kręci”. Nie będę w tym miejscu szczegółowo opisywać i moralizować, bo nie o to chodzi. Choć właściwie, nieprawda, bo to właśnie o to chodzi. O miłość dziecka do rodziców, taką nie przesadną,  nie jakoś specjalnie wylewną, ale jednak choć trochę odczuwalną…

Przykładów lepszego lub gorszego traktowanych rodziców można by mnożyć, nie chcę pokazywać skrajności, spiszę tu tylko te typowe.

Znajomy na prośbę syna przez pół dnia pomagał w przygotowaniu ogrodowego party dla kolegów. Po wielogodzinnym wysiłku na końcu usłyszał: „Dziękuję, teraz możesz już sobie iść”. Nie załapał się nawet na jedną kiełbaskę z grilla.
Syn, zapytany delikatnie przez matkę, czy mogłaby zabrać się razem, samochodem na wycieczkę do Zakopanego (było wolne miejsce w aucie), usłyszała: „Chyba sobie żartujesz, chcesz by koledzy mnie wyśmiali?”
Córka znajomej ciągle instruuje matkę, jak ma się ubrać i zachować, gdy przyjdą koleżanki, żeby tylko jej wstydu nie narobiła. Najlepiej, gdyby wyszła z domu.
Jeśli matka mieszka daleko od dzieci, słyszy zapytanie, kiedy przyjedzie, a pytający nie zwracają uwagi na wiek, zdrowie czy koszty. Wygodniej zaprosić mamę, by się samemu nie wysilać.

Ale mimo to mamy pomagać. A jakże. Kochane dzieci potrzebują nas, matek, gdy są w potrzebie. Czasem pilnej, czasem wcale nie pilnej, ale ułatwiającej życie. A my jak te głupie owce, mimo że potrafimy doskonale rozpoznać prawdziwe i wynikające z wygodnictwa potrzeby naszych dzieci, i tak zawsze chętnie pędzimy „ku pomocy”.
Pędzimy, pomagamy, często dopłacamy, a potem, na pożegnanie i tak usłyszymy, że ułożyłyśmy życie bez sensu, że dzieci były chowane przez babcie, że tata odszedł, że nie zrobiły majątku, że nie jesteśmy obywatelami świata… tylko Polska, Polonia, Polska, Polonia!
Znam sporo osób pozytywnych przypadków, pięknych postaw, kiedy dzieci regularnie odwiedzają Matkę, zapraszają, fundują, obdarzają… Ale i tak do końca nie wiem, czy i tam, w tych pokazowych rodzinach, pod spodem nie czają się te same zdania – jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…

Przyjrzyjcie się tym zdaniom: jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…  Rozpoznajecie siebie w tym lustrze? Słyszycie, jak to mówicie? Słyszycie to wieczne poczucie, że macie rację, gdy nam to mówicie?

A przecież to my, dzielne, zaangażowane, inteligentne kobiety. Nie jesteśmy kołtunami i babsztylami z Ciemnogrodu. Jesteśmy nowoczesne, samodzielne i zaradne. Nie żądamy i nie wymagamy. DAJEMY. Zrobiłyśmy w życiu sporo, nadal sporo robimy, a mimo to mamy czas dla Was i dla Waszych dzieci.

Kochane dzieci, nam nie potrzeba wiele, by się wspólnie cieszyć, ważne by choć przez chwilę pobyć razem i NIE słyszeć wiecznych uwag!
Nawet jeśli nie zawsze spełniamy Wasze oczekiwania, to może uznacie, że jednak nic złego się Wam nie przytrafiło, a zatem jakoś nam się udało Was ochronić.
Naprawdę próbowałyśmy dać Wam MIŁOŚĆ i POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA.
Na MIŁOŚĆ nigdy nie jest za późno, a MAMĘ ma się tylko jedną, więc parafrazując słowa księdza Twardowskiego powiem:
spieszmy się cieszyć
że mamy matkę,
zanim odejdzie…

W prezencie dla Mam. Dzisiejsza pełnia Księżyca – 25 maja 2013 roku – była podobno najpiękniejsza od wielu lat. Tak złapał ją obiektywem Piotr Pawłowski:
mondmaj2013Duży format zdjęcia TU