Pani Irenka reloaded 3

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków.  Dwa tygodnie temu był odcinek pierwszy, w zeszłym tygodniu – drugi, dziś – trzeci.

Karolina Kuszyk

No i potem, z tydzień minął, z Netta wracam, patrzę, a na Małopolskiej pod dziesiątką ci sami dwaj w garniturach z klatki wychodzą. I jakoś tak mnie, proszę pani, coś podkusiło z tej ciekawości, że od razu te moje siatki z rąk wypuszczam, wszystko na ziemię leci, a ja na nogach się słaniam, że niby zasłabłam. Nawet nic się nie potłukło, bo tylko ziemniaczki niosłam i ser biały, bo taki dobry twardy w Netcie teraz mają, jak raz do pierogów, a Dawidek to tak za pierogami, że coś okropnego. A oni jak zaraz do mnie przyskakują, jak te moje ziemniaczki zbierają, czy pani się źle czuje, a gdzie pani mieszka, odprowadzimy, pomożemy. No to ja takim słabym głosem, że tu, panowie, zaraz niedaleko. I ten jeden do samochodu wrócił, a drugi mnie pod samą klatkę odprowadził i zaraz opowiada, że oni są z tej świętej radiotelewizji, co to teraz wszędzie nadaje, nawet w Ameryce, że datki zbierają i że ja też na pewno wierząca osoba jestem, i że tu jest wizytówka, Szczęść Boże, miłego dnia, może do pani też kiedyś zajrzymy. A ja, patrz pani, myślałam, że oni z jakiej mafii czy coś. Ech, Irena, mówię sobie, stara jesteś, a w śledztwa, dochodzenia jakieś bawić się chcesz.

I zaraz jakoś potem, chyba nawet na następny dzień, tego młodego ochroniarza od Nowakowej spotkałam. I mówię, dzień dobry panu, moje kondolencje, ale straszna ciekawość mnie wzięła i tak mi się jakoś samo wyrwało: A testament tam jakiś był? A on, że tak, był testament, i tak jakoś w bok patrzy. I nic więcej nie mówi. To sobie myślę, oj, czegoś ty, kochany, mnie chyba powiedzieć nie chcesz. Ale nic nie gadam. A on zaraz na zegarek patrzy i mówi, że mu się spieszy, bo zaraz jego zmiana zaczyna się. I mówię do Dawidka, jak następnym razem z łiskasami zaszedł, że ten ochroniarz od Nowakowej to mi się jednak nie bardzo podoba. I wtedy żeśmy z wnuczkiem to śledztwo zaczęli, co teraz w gazetach o nim piszą, w tym ich internecie i w ogóle wszędzie. Patrz pani, tu mam kupkę całą tych gazet naskładaną. „Nieustraszona emerytka z Sopotu” albo to: „Sopot: babcia z wnuczkiem de… demaskują mordercę”. No, ładnie nawet popisali, chociaż tam  trochę poprzekręcane, raz mam siedemdziesiąt lat, a raz siedemdziesiąt pięć, i trochę jakby nie o nas, tylko o obcych ludziach pisało. Ale wszystkiego i tak nie puścili, bo syn zakazał. Mamusiu, powiedział, swoich kontaktów musiałem użyć na tych dziennikarzy, nie musi zaraz świat cały wiedzieć, że mój syn hakerstwem się zajmuje! Jakim tam hakerstwem, pani. Dawidek po prostu głowę do tych komputerów, internetów ma, i tyle.

Bo wtedy zaraz Dawidek do mnie powiedział: Babciu, może ja bym się jemu przyjrzał. Jak to „przyjrzał”, pytam się. A on, że jak ktoś podejrzany, to najlepiej do jego komputera zajrzeć, bo tam wskazówki w tych listach, mejlach znaczy, różne mogą być. Że w Ameryce tak podobnież robią. Ja to się na tym nie znam, proszę pani, ale kiwam głową i mówię, dobrze Dawidek, to ty się temu od Nowakowej weź przyjrzyj. Ale zaraz na drugi dzień przychodzi i mówi: E, babciu, nic tam takiego nie ma. Nic a nic. Chociaż to wcale podejrzenia nie zdejmuje i niech lepiej babcia jego dalej na oku ma. A wie babcia, kogo na ulicy dzisiaj spotkałem? Marzenkę. Cała zapłakana, mówi, że testament tatuś zmienił. Bo jak po pogrzebie testament otworzyli, to okazało się, że Kwiatkowski przed śmiercią całe swoje oszczędności na świętą radiotelewizję przepisał. Nawet u notariusza byli, żeby może unieważnił, ale notariusz tylko ręce rozłożył i powiedział, że pomóc im nie może, taka wola zmarłego była i już. Żeby tak staremu człowiekowi w głowie namącić, że to, co uskładane dla dzieci miał, tak nagle, szast prast, komu innemu oddał? To już tej świętej radiotelewizji nie wystarczy, ile jej tam co który z tej renciny, emerytury odda, że teraz za testamenty bierze się!? Do czego to podobne, pani?

To ubrałam się tak trochę lepiej i do kościoła idę, do kancelarii. Poprosić chciałam, żeby cofnęli ten testament czy co, no bo jakżeż to tak, żeby teraz córce nic po ojcu nie przypadło się? W kancelarii akurat ten młody wikary był. On taki pracowity bardzo księżyk, bo to i schola, i młodzież ta oazowa, a jak obraz święty Matki Boskiej wędrował, to też on przede wszystkim chodził, bo proboszcz nasz już mocno choruje. Wchodzę, drzwi otwarte, a on tak bokiem siedzi, w komputer patrzy. Ja, pani, wczorajsza nie jestem, i od razu widzę, że to ten ich fej-zbuk. To szczerze tak pani powiem, że zdziwiłam się, bo sam przecież nawoływał w kościele, że młodzi na tych fej-zbukach siedzą, internetach, pornografiach i że to cywilizacja śmierci. Zaraz mi potem w domu Dawidek tego fej-zbuka pokazał, i mówi: babciu, to nic takiego nie jest, zdjęcia takie różne sobie wysyłamy z kolegami. Ale mu powiedziałam: Dawidek, ty z tym fej-zbukiem lepiej uważaj i tak nie siedź wiecznie, bo w kościele mówili, że to cywilizacja śmierci i w ogóle nie dla porządnych ludzi. No ale dlaczego ten wikary teraz sam siedzi i zdjęcia jakieś przegląda? Czy to księdzu przystoi? Ale on mnie zaraz pyta, w jakiej parafianka sprawie, no to ja, że względem świętej pamięci Kwiatkowskiego, bo do czego to podobne, że on na świętą radiotelewizję oszczędności całe zapisał i córka z zięciem z niczym zostali. I mówię, żeby pismo jakieś z parafii wykierowali i testament unieważnili, bo na pewno nieboszczyk w pomieszaniu jakimś przepisał. A on, że to sprawa między Kwiatkowskim a Panem Bogiem. Tak jakby Kwiatkowski samemu Panu Bogu, za przeproszeniem, te pieniądze zapisał. I mówię, że mnie to nie podoba się, i jako parafianka żądam, tak właśnie, żądam, żeby to księża wyjaśnili, bo sama wiem, że chodzą tacy z tej świętej radiotelewizji po osiedlu jak te Jehowe i starych ludzi namawiają, żeby na nich zapisywali. A on tak powoli zaczyna mówić, jakby z wariatką gadał, że to, że tamto, że wola zmarłego, a cel zbożny przecież. Zbożny! Akurat!, pomyślałam sobie. Ciekawe, z czego te garnitury se pokupowali, a ten ich samochód to się aż świeci, taki nowy! No, ale tyle wszystkiego tej rozmowy było, nie więcej, bo on zaraz mówi, parafianko kochana, nie pomogę pani, woli zmarłego zmieniać nie wolno, a my tu zaraz próbę scholi mamy, muszę kościół iść otworzyć, do widzenia, z Panem Bogiem. Do proboszcza jeszcze chciałam iść, żeby wstawił się w tej mojej sprawie, ale proboszcz akurat w szpitalu był, a potem znowu mnie biodro zaatakowało i położyć się musiałam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Pani Irenka reloaded 2

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków. W zeszłym tygodniu był odcinek pierwszy, dziś – drugi.

Karolina Kuszyk

Najpierw to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecież zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, nie? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski, proszę pani, w wojsku całe życie był, to rentę ładną miał, ale za to pan Stanisław w kopalni pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli, czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa?

Zaraz na drugi dzień po tej stypie u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na fizyterapię mnie zapisał, gimnastykę taką specjalną. Dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to nawet trochę przechodzi. No i wracam ja od tego lekarza i jak raz spotykam znajomą taką, ona tam trochę dalej na Cieszyńskiego mieszka. Widzę, że oczy czerwone ma, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? – Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i Kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecież ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jaki jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to u nas było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. W Tesco pracuje. Młody, przystojny. I to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa wypić zawsze lubiła, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. Lekarz powiedział, że zawał, ale i tak podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. A tego ochroniarza to ja nawet znam, bo syn mu przecież pracę załatwiał, jeszcze ze szkoły znają się. Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, gdzie tam, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili, nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że ten drugi też przychodzi, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Cieszyńskiego opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop? Ale prawda też taka, że krzywdy nigdy nikomu nie zrobiła i zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Potem trochę jeszcze do niej przychodził. I co niedziela w kościele na sumie ją widziałam. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może te jej grzechy to już nie takie wielkie jak kiedyś? Przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo, że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Jakby tak te trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.

No, ale zaraz żeśmy pożegnały się, a ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. I oboje podobnież na serce. Ale nie chorujące, zdrowe? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię, że teraz jeszcze Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli, poza tym ona podobnież zawał miała. I mówię, że mnie to zupełnie spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała brać. Syn się zaraz zdenerwował i mówi: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże, jak mamusia będzie wsadzała nos w nieswoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia?

I sobie, i synowi wtedy przyrzekłam, że przestanę wsadzać nos w nieswoje sprawy, i Pana Boga za grzech ciekawości przeprosiłam. Lato takie ładne przyszło, to i tak prawie codziennie na działce byłam za tymi moimi roślinkami i nawet więcej o tych naszych nieboszczykach nie myślałam. Umarli, bo umarli, widać taka wola Boska i tyle. Ale potem, jakoś tak pod koniec czerwca, wnuczek ze świadectwem przychodzi, zadowolony taki, stopnie pokazuje. Zdać zdał, pani. Dawidek to niezbyt taki jest do uczenia. Ciasto z kruszonką upiekłam, to zaraz ukroiłam, usiedliśmy sobie w stołowym, i tak spoglądam na to jego świadectwo i pytam się, Dawidek, a piątki są z góry do dołu? W żartach tak. A on niby obrażony, że babciu, babcia to by zaraz chciała same piątki, albo lepiej szóstki, całkiem jak tata, tata to też się od razu spytał, a czemu z angielskiego tylko trója, bo angielski to teraz podstawa i że na cholerę on tyle za te korepetycje płaci, a matura już za rok, i żebym się wziął i w ogóle. A na szóstkę z informatyki to nie spojrzał nawet. Oj, już dobrze, Dawidek, dobrze, przecież babcia tak tylko żartuje sobie, nie denerwuj się, mówię, najważniejsze, że żeś zdał i że teraz wakacje masz, nie? A tak w tajemnicy ci powiem, że tata twój też żaden prymus nie był. A teraz, proszę – kandyduje. No, ale ty prosto ze szkoły, to może ciasta ci jeszcze ukroić? I herbatki sobie posłódź. I tak żeśmy sobie posiedzieli, zaraz mój film był, to i popatrzyliśmy razem. No i mi Dawidek zaraz tego samego dnia tych łiskasów przyniósł. Znaczy takie same jak te co reklamują, tylko tańsze. Sama tych puszek przecież ze sklepu nie zatacham, to Dawidek ma przykazane, żeby mi zawsze przyniósł, pieniążków mu daję, to jeszcze mu tam ździebko zostanie, na kino czy na co. I te kotki tutaj, proszę pani, dokarmiam. Takie, co tu chodzą, osiedlowe. Tośmy potem z Dawidkiem jeszcze na dół zeszli z tymi łiskasami, kotkiśmy nakarmili i tak przyglądamy się, jak jedzą, bo to, proszę pani, aż przyjemność popatrzeć. Wzięłabym nawet jakiego, ale tak strasznie kicham po ty sierści! Lekarz mówi, że to podobnież ta, alergia. Alergia, pani. Kiedyś tego nie było. Nowe choroby jakieś teraz wymyślają. Ale powiem pani, że miałam ja z sąsiadami za te kotki. Że niby na klatce sikają, że parszywe, że to, że tamto. Sikają, akurat. Wnuczek przecież wyłapywał i do tej, stylizacji woził, za moje pieniądze, pani, z emerytury, nikt z sąsiadów nie dołożył, a chodziłam pytałam. A jak kocur raz wystylizowany, to już nie zasikuje. A te w kółko Macieju, że sikają i że brudne. Ta Danka najgorsza. W końcu jej powiedziałam, mówię, pani to brudniejsza od tego kota, bo on to się codziennie porządnie umyje, i to nie raz, a pani to tylko szminką buzię pomaza, perfumką pokropi i myśli, że umyta. Myć się trzeba, pani, mydłem! To aż purpurowa się zrobiła. No, ale w końcu ktoś jej powiedział, bo czas był najwyższy. Czasem w windzie, proszę pani, to koło niej po prostu wytrzymać nie można. Fuknęła tylko, i zaraz zabrała się i poszła. I skończyło się. Kot jej brudny. No i tak patrzymy sobie z wnuczkiem na te kotki, aż nagle wnuczek odzywa się: Babciu, a wyjaśniło się z tym, co go u was w piwnicy zabili? Dawidek, mówię, i aż podskoczyłam, gdzie tam zabili, przecież on na serce! A Dawidek tylko głową kręci i tak do mnie: E babciu, babcia to każdą ściemę łyknie. Że co ty mówisz? Ale zrozumiałam, że mu chodziło, że z tym sercem to i może nieprawda. Ale nic nie mówię. A Dawidek dalej: Nie pamięta babcia, jacy tu do niego przyjeżdżali? No, jakiś miesiąc temu będzie? I jak powiedziałem, patrz babciu, jaka fura zajechała. Beemką podjechali, obydwaj w gajerach, a babcia jeszcze wtedy do mnie: Patrz, Dawidek, jacy ładni panowie, a jak ładnie ubrani. Żebyś ty zawsze miał tak spodnie na kant uprasowane, jak będziesz duży. I jak babci powiedziałem, że teraz taki kant na spodniach to obciach. I że to jakieś buraki są. No co, pamięta babcia czy nie? I jak potem z tej fury wysiedli i od razu do Kwiatkowskiego. Wiem, bo zeszłem wtedy na dół. I jak to Dawidek tak opowiada, to mi, pani, jak raz wszystko staje przed oczami. Bo byli tu tacy, ze dwa razy. Niby wiedziałam, ale tak jakoś nie skojarzyłam. Człowiek stary już, do niczego. Jak czasem tabletki gdzie położę, proszę pani, to się naszukam, naszukam, nawzdycham, nadenerwuję. Pięć razy mieszkanie wte i wewte przejdę, a one sobie spokojnie w kuchni na stole leżą. No, ale jak tacy byli, z teczkami, to znaczy, że jest ta, poszlaka. Na filmach zawsze tacy eleganccy to najbardziej podejrzani i w tych teczkach te dolary czy inne czeki mają pochowane. A kto to, pani, może wiedzieć, czy na starość Kwiatkowski za jakie nielegalne interesy nie wziął się.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Pani Irenka reloaded 1

Pani Irenka już u nas była, ale dawno, a poza tym teraz się pozmieniała, uaktualniła, rozrosła do czterech odcinków czyli zaczynamy od nowa.

Karolina Kuszyk

U nas na Brodwinie

Niniejsze opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób, miejsc i zdarzeń są przypadkowe.

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas na parafii już od dawna nie działo się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani. Jak te bloki pobudowali i te Brodwino nastało, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, i taki jeden młody mówił, że niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakby coś innego. Ja tam nie wiem, czego teraz tych dzieciaków uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani kłamie, to ja się pytam, to co było za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć. Teraz to patrzę już tylko na mój film i na papieża, ale to już wszystko nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Ten najnowszy to w ogóle całkiem do niczego. Już ten poprzedni ładniejszy był. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! To zdjęcie, co na telewizorze stoi, to na pamiątkę syn zrobił, jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym nasz papież u nas odprawiał. Na tym stadionie takim wielkim. Mało co widać, bo żeśmy daleko stali, ale pamiątka zawsze jest. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli, proszę pani. Ludzie Boga zapomnieli. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Tyle wszystkiego! I niespokojni tacy, jakby bali się, że komuna wróci i im pozabiera. Pani, ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak u nas w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali takim autem, Sopot Te Fau było napisane, i rozpytywać zaczęli. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w telewizji zaraz opisali. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W kapciach byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Kujawa, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. Ale jak raz syn z synową i wnuczkiem do klatki weszli. Syn zaraz odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to, to dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go znalazł w tej piwnicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot, mówię. O mało co zawału nie dostał. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie był. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakieś takie nie bardzo były.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, tą, co kiedyś u nas mieszkała pod piątką, a potem przeprowadziła się do córki na Kolberga. Ona do mnie, jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: Ale co to, pani, się stało? Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież młody mężczyzna był, jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo, co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze to my się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny się zrobił, odkąd mu żona umarła,  ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze do Biedronki muszę…  i tak żeśmy sobie ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a jakby na serce umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, przecież lekarz go zaraz przepatrzył, zawał stwierdził i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień prawie minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, pani, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta jego córka płakała, pani, jak płakała, aż się serce kroiło… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, a co one będą tam same przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa byłam, tak szczerze pani powiem. Dużo nas nawet sąsiadów przyszło, to żeśmy posiedzieli, pojedli, pół litra otworzyli, jak to przy stypie. Ja do ubikacji poszłam i ździebko się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, córka tam mieszkała jak mała była, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. W tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ta ich Marzenka, jak już taka większa panna była, to ciągle gitara i gitara. Teraz to chyba może jaką nową ma albo jej całkiem przeszło, nie wiem, przecież już z siedem lat będzie, co się do tych Niemiec przeprowadziła. Za opiekunkę pracuje do takich starych, co to już koło siebie nic zrobić nie mogą, a mąż jej po budowach robi. I patrzę, że biurko po Marzence widać w użyciu, bo rachunki na nim świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i taki syrop na kaszel, co sama go też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z papierami różnymi w środku powtykanymi – a to z banku listy, a to z ubezpieczalni, i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi dwudziestego maja, to pierwszy piątek był, pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz Marzenka wchodzi i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to pierwsza komunia, mówi, a to na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. I już wiedziałam, że Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat od samego początku nie bardzo wierzyłam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Pani Irenka

Karolina Kuszyk

Więcej grzechów nie pamiętam

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas w bloku od dawna nie dzieje się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani, i różnie bywało, nie mogę powiedzieć, że zawsze wszystko cudnie pięknie. Jak ten blok pobudowali, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna, proszę pani, ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, taki jeden młody mówił, że to niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakieś coś innego jakby, ale teraz już nie pamiętam co. Ja tam nie wiem, czego ich teraz w tej szkole uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani, kłamie, i to w żywe oczy, że w Polsce niby nie komuna panowała, to ja się pytam, to co było, proszę pani, za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć, jak już takie bzdury w nim wygadują. Ja proszę pani to się tak zaraz denerwuję, że kropelki na uspokojenie duszkiem po prostu bym mogła pić. Teraz ostatnio to patrzę już tylko na dziennik i na papieża, ale to już nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Nie powiem, ten nowy też ładny. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! A ten nowy widać, że gdzie nie pojedzie, zawsze z kartki czyta. A jak po polsku śmiesznie mówi… No nie to samo. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli? Same stare tylko, o, jak ja. I po mojemu to wszystko złe, te nieszczęścia na osiedlu, i że u nas na klatce to już prawie nikt z nikim dobrze nie żyje, to przez to, że nie modlą się ludzie. Boga zapomnieli. Krzyże w domach ze ścian pozdejmowali i obrazów jakichś, plakatów ponawieszali. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Satelity znaczy. Tyle wszystkiego! Konta otwierają, lokaty. I w tym wszystkim niespokojni tacy, jakby bali się, że zaraz komuna wróci i im pozabiera. To się przedtem wolą nachapać, najeść. Na zapas. Ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale, proszę pani, ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak wczoraj w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali, film kręcić zaczęli, mieszkańców wypytywać. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w gazecie, telewizji chcieli opisać. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka jakaś młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W pantoflach domowych byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Swat, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. No jak miałam nie znać, przecie to sąsiad mój był!!! wrzasłam, bo co się tak głupio pyta. Ale zaraz syn z synową do klatki weszli i syn zaraz mikrofon ręką przykrył, odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się głośno spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to: To dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go właściwie znalazł w tej piwinicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot. O mało co zawału nie dostał, mówię. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami na serce przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie jest. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakoś takie nie bardzo były. I tak przełknąć nic nie mogłam. Oni zjedli, syn jeszcze dokładki wołał. Młodzi są, to i apetyt mają.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, proszę pani, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, ona do mnie jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie, dziekuję. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: – Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? – Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: – Podobnież pan Stanisław w piwnicy go znalazł. – Ano znalazł. – A co się stało? – Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież to młody mężczyzna był! Jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze tośmy się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny, ale porządny człowiek był. Dziwny się zrobił, odkąd mu żona umarła, ile to, 5 lat temu już będzie… milczek taki. Ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze muszę w Biedronce zakupy zrobić, a o dwunastej za gaz przychodzą… i tak żeśmy se ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a na serce niby umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Łomem jakim czy coś. Przecież wiem, telewizję oglądam, a czasem do biblioteki na osiedlu pójdę i kryminał sobie pożyczę. Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, już tam policja swoje metody ma, lekarz też go przepatrzył, mówi, nic nie stwierdził, musi zawał był i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Krewnych to on tam żadnych na miejscu nie miał, tyle, co córka z mężem ze Stanów na pogrzeb przyjechali i zaraz za dwa dni wracać musieli. Bo w tej Ameryce nawet na pogrzeb ojca urlopu ci nie dadzą. Samolotem przylecieli i zaraz na drugi dzień odlecieli. Córka widać, że w szoku, ojciec zdrowy przecie człowiek był, ale i obdukcji żadnej robić nie kazała, bo gdzie to, i kosztuje, i czekać by trza było kilka dni, a ojcu przecie życia nie wróci, nie? Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, kochana, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta córka płakała, mówię pani, jak płakała, aż się serce kroiło… Tak mi jej szkoda było, że Jezus… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, dobry sąsiad był, a co one będą tam same tak przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa bylam, tak szczerze pani powiem. I mówię pani, dużo nas przyszło. Danka, ta, co taka zawsze umalowana chodzi, nawet do kościoła, pana Stanisława żona, Kujawa z trzeciego, Kotkowscy, no, całe mieszkanie pełne. Tośmy posiedzieli, kobiety pochlipały, jak to przy stypie. Wszyscyśmy w stołowym byli, jedzenia tyle ta córka naszykowała, to trochę i pojedli, i pół litra otworzyli. Ja do ubikacji poszłam i przy okazji się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Do kuchni zajrzałam, do sypialki. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, dzieci tam mieszkały jak małe były, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. Wejdę, myślę sobie, bo już mi się i trochę przy tym stole przykrzyło, tylkośmy jedli, pili i nieboszczyka wspominali. A w tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ich najstarszy, Mariuszek, jak taki odrostek był, to ciągle gitara i gitara. Świętej pamięci Kwiatkowska to się czasem i skarżyła, raz ją spotykam na klatce, a ona do mnie: pani, toż to wytrzymać nie można, uszy puchną. Chora już wtedy była i na skwerek wychodziła, bo Mariuszek ciągle tylko grał a grał. Teraz to chyba gitarę nową ma albo mu całkiem przeszło, nie wiem, przecie już z siedem lat będzie, co się do Warszawy przeprowadził. Na urzędnika się wykierował, od Europy. A takie ziółko był! I tak oglądam te zdjęcia, zabawki, ale patrzę, że biurko po Mariuszku widać w użyciu jest, bo rachunki na nim całkiem świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i takie lekarstwa na przeziębienie, co sama je też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. I tych recept to może wszystko z pięć za ostatnie trzy lata. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z jakimiś papierami w środku powtykanymi – a to z banku listy jakieś, a to z ubezpieczalni, obrazek święty, takie o. I też kartki papieru tam były pozapisywane, notatki jakieś, musi sam Kwiatkowski pisał. Bo i kto. To sobie myślę, poczytam. Tak mnie korciło że korciło, a poza tym przecie to teraz to Kwiatkowskiemu już i tak żadna krzywda. Nic tam ciekawego nie było. Ot takie tam zapiski, co załatwić, co kupić i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi piątego kwietnia, to pierwszy piątek był, na trzecią pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był, chłopina. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. A może on zabił się? Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz córka nieboszczyka weszła i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to Mariuszek, mówi, a to ja, na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat nie bardzo wierzę.
Z początku to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecie zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, tak? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego ukatrupić? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski rentę to może ładną i miał, ale pan Stanisław w kopalni całe życie pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. Mówię pani, dzieci wykierowali i dalej sobie dobrze żyją. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa? Wzięłam kartkę, napisałam „Podejrzany” i „pan Stanisław”, i zaraz pana Stanisława przekreśliłam. Przez całą noc oka nie zmrużyłam, ale wymyślić nic więcej nie wymyśliłam.
Dwa tygodnie minęły, u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na gimnastykę mnie taką specjalną zapisał, teraz dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to i nawet trochę przechodzi. Ale, ale… wracam ja kiedyś z tej fizyterapii, z tej gimnastyki znaczy, i jak raz spotykam znajomą taką, z Kwiatowej. Widzę, że oczy czerwone ma, musi płakała, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno ubrana. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, ja tam złego słowa na nią nie powiem, dobra sąsiadka była, a że mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? Ona na to – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecie ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jakiś jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to tu było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. Młody, przystojny. Podobnież to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa czasami lubiła sobie popić, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. I teraz podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. I wiadomo już, że to ten ochroniarz ją zabił? – Pani, w tym właśnie sęk, nic nie wiadomo, krwi żadnej nigdzie nie było, broni też nie, śladów żadnych na skórze nie miała, no nic, nic. I tabletek też chyba żadnych nie wzięła, żeby zabić się, bo gdzie jej tam było do samobójstwa. Życie kobita lubiła jak rzadko. – A z tym ochroniarzem to co? – Do aresztu go wzięli na razie na obserwację. – Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, nic a nic, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili – nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że inni też przychodzą, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Kwiatowej opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop, czy ja wiem? Ale prawda też taka, że krzywdy to nigdy nikomu nie zrobiła i sama zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Już ona go tam po swojemu ugościła. Tak mówili. Potem ten szklarz trochę jeszcze do niej przychodził. I w kościele na sumie ją widziałam, co niedziela. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może to już nie taki grzech jak to kiedyś było, przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Waży mniej jak kiedyś? Jakby jeszcze trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały, że im chłopów bałamuci. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.
A potem to już ona do domu poszła, bo mówi, pani, tak mnie głowa od tego pogrzebu rozbolała, że się położyć muszę. A ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. Co to się wyrabia? Nie chorujące, zdrowe. Do kościoła chodzące. W Boga wierzące. Dlaczego tych tam terrorystów z brodami, co domy, samoloty w powietrze wysadzają, dlaczego tych terrorystów pan Bóg nie pokara, tylko w normalnych ludzi mierzy, z normalnymi grzechami? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię co i jak, że Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli. I mówię, że mnie to jakoś spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała wziąć. Syn tylko westchnął i powiedział: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże jak mamusia będzie wsadzała nos w nie swoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia? No to ja mówię tak synku, dobrze synku, więcej nie będę, a na obiad w niedzielę przyjdziecie?