Powrót Don Kichota

Ewa Maria Slaska

Kiedy wydaje się, że wszystkie Don Kichoty z całego świata zagościły już na tym blogu, przeglądam stary notatnik adresowy mojej Mamy i trafiam na taką oto wizytówkę:

Nie wiem, co robiła lata temu asesora linguistica del Ministerio de Educación Espanol w liceum w Warszawie, ale XXXIV liceum imienia Miguela Cervantesa sporo obiecuje. Istnieje od roku 1945, ale najpierw nosiło imię generała Świerczewskiego “Waltera”, a dopiero od 30 lat ma imię Cervantesa i jest szkołą dwujęzyczną, którą łączą różne związki z Hiszpanią. W kronice szkoły odnotowano, że raz uczniowie spotkali się z królową Zofia, a raz oboje królestwo odwiedzili szkołę,

Na dziedzińcu przed liceum  został 24 kwietnia 2004 roku odsłonięty pomnik hiszpańskiego autora. Logotypem szkoły jest postać Don Kichota.

Zadowolona z odnalezionych informacji, osiadam na laurach i chcę się oddać letniemu nicnierobieniu na balkonie. Sięgam po pierwszą z brzegu książkę. Są to rozmowy Didiera Eribona (mojego ulubionego filozofa francuskiego) z Lévim-Straussem z 1988 roku. Lévi-Strauss, jeden z największych umysłów XX wieku, ma 8o lat i spogląda na całe swoje pracowite życie. Stworzył strukturalizm, ważny kierunek naukowy, skutecznie konkurujący po wojnie z Sartrem i egzystencjalizmem. Otwieram zatem książkę i co ja widzę? Pierwsza część tych rozmów nosi tytuł “Gdy powraca Don Kichot”.


Powraca jednak dopiero pod sam koniec pierwszej części rozmów, tych o życiu, następne będą o nauce i społeczeństwie. Aczkolwiek i w tych rozmowach o życiu starszy pan rzadko naprawdę mówi o życiu. Urodził się w roku 1908. Na początku rozmów z Eribonem są rodzice i dziadkowie, w tym dziadek rabin, potem czasem pojawi się jakaś żona (było ich kilka), raz – syn, ale tak naprawdę jest to rozmowa o tym, jak przebiegała kariera naukowa Lévi-Straussa. Fragment na stronie 114 znacząco odbiega od reszty i rzeczywiście dotyczy życia. Panowie rozmawiają o książce La Potiére jalouse / Zazdrosna garncarka z 1985 roku. To w momencie ich rozmowy ostatnia książka starego etnologa. Książka jest, jak to zawsze u Lévi-Straussa, analizą struktur mitów, a zazdrość garncarki jest metaforą złożoności i wzajemnych przeciwieństw stosunków międzyludzkich, tak tych osobistych, jak społecznych.

Didier Eribon: Znajduje się w tej książce zabawne dygresje, małe fantazyjki… Myślę o fragmencie, w którym porównuje Pan Labiche’a i Sofoklesa. (Eugène Marin Labiche  1815-1888 był francuskim autorem komediowym – przyp. adminki).

Claude Lévi-Strauss: Pomysł ten miałem od dawna. Być może w nim właśnie tkwi odległe źródło książki. Zresztą w Labiche’u (którego tak źle się obecnie gra) znajdowałem wielką przyjemność. Kiedy byłem dzieckiem, był on moim schronieniem w czasie cotygodniowych kolacji u mojej babki ze strony ojca. Zaszywałem się w kącie salonu z którymś tomem dzieł zebranych i zaśmiewałem się.
W miarę jak przychodzi starość, wychodzą na powierzchnię strzępy z przeszłości lub, by rzec inaczej, pętle się zawężają. Mythologiques doprowadziły mnie na powrót do Wagnera, w którego kulcie zostałem wychowany i od którego, jako młodzieniec, sądziłem, że się oderwałem. La Potiére jalouse odsyła do moich dziecięcych lektur. Jeśli dany mi będzie czas, bez wątpienia odnajdę Don Kichota. który był moją pasją, gdy miałem dziesięć lat (aby zabawić gości, proponowano jednemu z nich otwarcie książki na chybił trafił i przeczytanie jakiegoś zdania; bez wahania dopowiadałem ciąg dalszy, gdyż na pamięć znałem moje skrócone wydanie – widzę jeszcze lekko błyszczącą okładkę z różowego papieru). Czyż bowiem, powiedzą niektórzy, poprzez całe moje dzieło nie przestawała mnie ożywiać jakaś maniera donkichotyzmu?

D.E.: Co pan przez to rozumie?

C.L-S.: Nie definicję słownikową: manię naprawiania krzywd, robienia z siebie przywódcy uciśnionych itp. Donkichotyzm, jak mi się zdaje, to w istocie uporczywe pragnienie odnalezienia przeszłości za teraźnieszością. Gdyby przypadkiem jakiś oryginał starał się pewnego dnia zrozumieć, jaka była moja osobowość, ofiarowuję mu ten klucz.


Zazdrosna garncarka po francusku, wydaje mi się, że po polsku jej nie ma; stare skrócone wydanie Don Kichota po francusku, być może właśnie to w wersji dla dzieci, czy to tę książkę czytał mały Claud? (opis w sieci głosi: LIVRE ANCIEN CERVANTES DON QUICHOTTE ABREGE BELLE EDITION ILLUSTRE PARIS 1887). W każdym razie jest lekko różowe. I rzeczywiście: Belle edition.

Warszawa Cioci Janki 3

List Janiny Kowalskiej (Cioci) do Katarzyny Krenz
zachowana pisownia oryginału

Warszawa dn. 2.VII.97

Kasinku Kochana
(…)

Ad 8 Mój Ojciec Wiktor pracował w firmie która instalowała i sprzedawała radia i urządzenia nagłaśniające. Nazywała się „AMPLION” (po wojnie pojechaliśmy na Jasną Górę i na murach stały głośniki z napisem Amplion). W tej firmie również sprzedawano sprzęt filmowy, ale raczej profesjonalny. Po wojnie był kolejno kierownikiem kina Atlantic i Polonii w W-wie. Zawsze robił zdjęcia i tak jakoś po wojnie zetknął się z filmem amatorskim. Pracując jako kierownik kin widział słabe przygotowanie do pracy ludzi obsługujących projektory filmowe, sam się na tym dość dobrze znał i w ten sposób po trudach przekonywania różnych bonzów – założył i został redaktorem naczelnym miesięcznika „Kinotechnik” dla tych ludzi kina. Później był tam kącik dla amatorów filmowców. Praca z filmowcami amatorami była całkiem darmowa, była pracą społeczną. Później okazało się, że istnieje międzynarodowa organizacja amatorów-filmowców, że urządza konkursy filmów amatorskich w różnych zagranicznych miejscowościach. W Polsce powstawały kluby amatorów filmowców w dzielnicach miast, przy uczelniach i t.d. Te kluby (n.p. przy Uniwersytecie Warszawskim) był to AKF Warszawa, gdzie pod Ojca kierunkiem pierwszy raz kamerę w ręku miał Krzysztof Zanussi!


Te kluby zrzeszyły się z jednostką obejmującą całą Polskę czy w Federację i jej przewodniczącym został Ojciec. Wyjeżdżał z różnymi amatorami na konkursy. Był tam konieczny nie tylko jako przewodniczący ale jako człowiek znający 4 języki. Zasiadał również w jury takich konkursów. Raz byłam razem z Ojcem w Danii – zobaczyłam to z bliska. Ojca tam uwielbiano, ściskano i radzono się w wielu rzeczach. Byłam dumna patrząc na jego triumfy. Został później honorowym członkiem tego Międzynarodowego Stowarzyszenia (UNICA) i dostał złotą odznakę.

Zebranie zarządu Unica, Union Internationale du Cinéma; Wiktor Ostrowski z nieodłączną fajką

Kasiu! Jeżeli będziesz chciała następne wiadomości to przyjedź z magnetofonem nagraj mnie, bo ani się obejrzałam jak minęły 4 godziny mojego pisania i nie wiem dlaczego boli mnie prawa ręka. Chętnie udzielę dalszych informacji ale ustnie.

Napisałaś, że poczułaś smak tamtych czasów – ja też poczułam smak i zapach i niestety wyskakują mi z pamięci różne oboczne detale, które też warto spisać.

Jak napiszesz to opowiadanie to w maszynopisie jeszcze marzę o jego przeczytaniu i Maria też.

Mam nadzieję, że się zameldujesz po powrocie do domu.

Ściskam i całusy

Janka

PS I
Skorzystałaś z tego, że była awaria wody w całym domu i zawalił mi się plan robót, znalazłam więc te kilka godzin czasu. Wodę właśnie zreperowano i puszczono do rur! Adio! idę do roboty!

Buzi J.

PS II
Bardzo ładna ta Twoja notatka z 85 r.
Rozumiem że to mój Ojciec został zapamiętany najlepiej. Rodzice Ireny już nie żyli, Dziadek Bogucki był raczej postacią mityczną, a Babcia Mita umarła zanim skończyłaś rok. Karusia była naukowcem i nieprzytomniakiem i nie miała najlepszego kontaktu z dziećmi. Koniec więcej nie dopisuję.

Carlo Levi – Die doppelte Nacht. Eine Deutschlandreise im Jahr 1958

Monika Wrzosek-Müller

La doppia notte dei tigli

Welch eine Koinzidenz; gerade sprach ich darüber, dass in Italien auf dem Lande die „Madonna della segiolla“ von Raffael überall über den Betten hing und in Polen die „Matka Boska Częstochowska“ diese Aufgabe erfüllte. Da sah ich im Blog einen Eintrag: Matka Boska Częstochowska. Auf die Madonna kam ich wiederum über den Schriftsteller, Maler, Arzt und Politiker Carlo Levi (1902-1975), in Turin in einer wohlhabenden jüdischen Familie geboren, und über sein Buch „Die doppelte Nacht“; als Levi das schrieb, war er schon weltbekannt. Er wurde von den Faschisten schon 1935 nach Kalabrien in das Dorf Aliano verbannt. Seine Erlebnisse dort hat er in einem berühmten Roman „Christus kam nur bis Eboli“, [Cristo si e fermato a Eboli] verarbeitet. Darin beschreibt er das schwere Leben der Bauern auf den steinigen Feldern und erwähnt eben auch die obligatorische, berühmte „Madonna della seggiola“ über den Ehebetten, die er aber dann im Original im Palazzo Pitti gesehen haben muss, denn er bewohnte eine Wohnung in Florenz, während des Krieges, direkt an der Piazza dei Pitti.

Continue reading “Carlo Levi – Die doppelte Nacht. Eine Deutschlandreise im Jahr 1958”

Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny”

Kilka dni temu już pojawił się temat obcinania włosów. Dotyczył tylko kobiet. Dziś dotyczy też zwierząt.

***

Pod moją opieką znajdowały się cztery prosięta, browarniane prosięta, karmione młotem i ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po nać buraczaną, nać tę siekałam, polewałam zaczynem i starym piwem i prosięta spały dwadzieścia godzin na dobę i codziennie przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosiątka słyszały mnie, jak idę doić kozy, i już kwiczały z radości, bo nie wiedziały, że jedną parę sprzedam na szynki, a druga para pójdzie pod nóż podczas domowego świniobicia. Kiedy szłam doić kozy, to prosięta kwiczały z zachwytu, bo wiedziały, że wszystko mleko, jakie nadoję, wleję im natychmiast do koryta. Pan Cicwarek tylko popatrzył na prosięta i od razu mówił, ile te prosięta ważą, i zawsze się zgadzało, potem tę parę prosiąt brał na ręce i wrzucał do takiego półkoszka, rzeźnickiej bryczki, zaciągał nad nimi siatkę i powiadał:

Continue reading “Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny””

Nekrospekcja berlińska, bądź garść myśli po wizycie nad Szprewą

Och, biedny tatku. Wybacz, że się z ciebie natrząsałam.
Dzisiaj ja też zapisuję nazwisko Nietszche z błędem.

„Asortyment strapień” Lydii Davis w tłum. M. Tabaczyńskiego

Matylda Wikland

… głównie na zasadzie kontrastu wywiedzionych

i. Do Berlina docieram w autobusie, choć zapłaciłam za bilet na pociąg. Dzięki wspaniałomyślności rządu federalnego Niemiec ostatnich koło trzydziestu lat, który linii kolejowych po „dedeerach” nie raczył serwisować, aż stały się niebezpieczeństwem uzasadniającym zamknięcie torów {1}. Więc wygonili nas z sponsorowanych przez Unię nowoczesnych wagonów, na moje pytanie o szczegóły dalszej podróży odpowiadając, „przechodzicie państwo pod nadzór niemieckiej ekipy konduktorskiej”. Więc przebiegam dosłownie z torbami przez dworcowe korytarze, w pośpiechu, gdyż nie wiem, za ile ta komunikacja zastępcza ma odjechać, gdyż nie wiem, gdzie ona stoi przed tym dworcem, gdyż nie wiem, ile jeszcze przed mną tego dworca, gdyż niespełna godzinę wcześniej sobie spokojnie śniłam moje koszmary o zawaleniu sesji z przekonaniem, że mam jeszcze parę godzin nieprzerwanej podróży, gdyż nie wiem, czy gdyby Sokrates żył współcześnie, to jego dewizą nie byłoby przypadkiem, „wiem, że nic nie wiem, a koleje państwowe wiedzą jeszcze mniej.”

Continue reading “Nekrospekcja berlińska, bądź garść myśli po wizycie nad Szprewą”

Las zamiast pomnika

Ewa Maria Slaska

Ile razy gdzieś zaczyna się dyskusja o tym, czy postawić pomnik, gdzie go postawić i ile potrzeba będzie pieniędzy, a ile ton stali, betonu i kamienia, tyle razy myślę – posadźcie las.

Ponieważ teraz znowu dyskutujemy o pomniku polskich ofiar wojny w Berlinie, mój wymyślony las wraca. Wraca ze smutkiem. Bo polski las w Berlinie już jest. I nikt nic o nim nie wie, nawet ja, zwolenniczka lasu, wiedziałam tylko, że przy pomniku Tor 17 (Gleis 17) jest kilka brzóz, a zapomniałam i moja siostra musiała mi to przypomnieć, że to część wielkiego, wspaniałego projektu, zrealizowanego przez polskiego artystę Łukasza Surowca:

Berlin-Birkenau Instagram
Post udostępniony przez Codziennk Artystyczny by ToTuart (@totuart)

Tak, piękny projekt, pamięć, która rośnie brzozami, bo Birkenau to przecież Brzezinka. Ale czy jest tak, jak twierdzi artysta, że pamięć się rozsiewa, czyli trzeba by uwierzyć, że jest i będzie jej coraz więcej? Bo jednak cały czas myślę, myślimy, że jest jej coraz mniej. Może jest coraz więcej pomników, miejsc pamięci, coraz więcej stali i betonu, coraz więcej instytucji i coraz więcej pensji dla urzędników, którzy w tych instytucjach pracują. Ale czy jest więcej pamięci?

A może jednak trzeba posadzić las, aby przypomnieć rozsiane po Berlinie brzozy? Na przykład zasadzić drzewa na całym lotnisku Tempelhof. 350 hektarów. Kasztany, orzechowce, graby, buki. Polski las.

***

O lasach i drzewach już tu wielokrotnie pisałam. O pomnikach też. I o pamięci. Mam z tym wszystkim problemy zgoła schizofreniczne, bo przecież tak bardzo chcę, żebyśmy nie zapominali i zarazem tak bardzo nie chcę pompy i nadęcia, które niemal nieodłącznie towarzyszą oficjalnej pamięci.

Myślę o kościelnym obozie pracy w Berlinie. Był to niemal pierwszy wpis na tym blogu, 13 lat temu. Od tego czasu wiele się wydarzyło, między innymi zbudowano ogromne miejsce pamięci. Ale czy to zmieniło cokolwiek berlińską, niemiecką pamięć o stu robotnikach przymusowych z Rosji, których berlińskie kościoły zatrudniały przy kopaniu grobów dla ofiar wojny i którzy mieszkali w obozie ukrytym na cmentarzu, z dala od zgiełku.

Miejsce pamięci jest pompatyczne. Nie rozumiem po co? Zwłaszcza, że też nikt tu nie napisał, jak było naprawdę, że to berlińskie kościoły postanowiły założyć obóz pracy, wystąpiły o zezwolenie, otrzymały zgodę i na malutkim odległym skrawku cmentarza założyły obóz.

O pamięci. Wymierają świadkowie czasu wojny. W Niemczech powstał więc projekt nazywany Zweitzeugen, co jest grą słów nie dającą się przetłumaczyć na polski. Zeitzeugen to świadkowie czasu, Zweitzeugen, to ci, którzy są drudzy w kolejce, by pamiętać czas. Tych, którzy go przeżyli już nie ma, ale zanim odeszli, następcy przejęli ich pamięć. Cóż prawdopodobnie tłumaczymy to na polski nader prozaicznie: Drudzy świadkowie czasu. Lub trochę bardziej poetycko: Następcy pamięci.

Miejsc pamięci jest w Berlinie dużo, ale właściwie się nie liczą. Liczą się tak naprawdę tylko trzy – te wokół Reichstagu:

  • Pomnik Holokaustu jest licznie odwiedzany, często przez tych, którzy sobie tu robią zdjęcie na Tindera , zob. TU, w tekście sprzed 8 lat
  • Pomnik pomordowanych Roma i Sinti, czyli – tak jak się przedtem mówiło, jak pisali poeci, pisarze, tłumacze, Jerzy Ficowski, Piotr Wojciechowski, Papusza i Federico Garcia Lorka – Pomnik Cyganów; o tym pomniku nikt z nas nigdy nie napisał nic na tym blogu, sięgam więc do sieci, a tam i tak nic po polsku. Wybieram Wikipedię. TU
  • I od niedawna polski kamień tymczasowy, o którym TU pisała Ela Kargol, a o pomniku już wiele lat temu pisałam TU

Na terenie Berlina Wschodniego było dużo pomników, które czciły zwycięstwo Sowietów nad niemieckim nazizmem. Największy w Treptower Park, najsłynniejszy na ulicy 17 czerwca tuż koło Bramy Brandenburskiej i najważniejszy dla Polaków, bo im poświęcony – Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w parku ludowym Friedrichshain. Bardzo męski pomnik, ale aktywistka Anna Krenz przemianowała go kiedyś na Pomnik Walczących, bez płci, wieku i narodowości. Również bez określania, jaka to była walka. Ten pomnik jest o tyle ważny, że jest przy nim ogromny napis po polsku: Za naszą i waszą wolność. Takiego wielkiego napisu po polsku nigdzie w Berlinie nie ma.

A więc właściwie mamy już w Berlinie wielką górę betonu ku czci Polaków i można ją było zdesowietyzować, odczarować i wykorzystać. Ale odór Berlina Wschodniego najwyraźniej odstręczył decydentów. A symetryści wszelkiej maści potrzebowali pomnika koło Reichstagu i żaden inny nie zdołał ich zadowolić. Stąd ten głaz, wielki a na dodatek tymczasowy. I o 80 lat spóźniony. Tamten we Friedrichshainie przynajmniej zbudowano we właściwym czasie.


Głaz odsłonięto latem 2025 roku. Jest naprzeciwko Reichstagu, czyli tam, gdzie musimy my Polacy mieć swoje miejsce, skoro Żydzi i Cyganie już tam swoje mają, obok Reichstagu. Pomnik jest tymczasowy, bo w stosunku do żydowskiego lasu betonowych słupów i cygańskiej tafli wody jest za mały.

Tak jest więc aktualna zasada dobrej pamięci – musi być duża i koło Reichstagu.

Betonowy napis na Friedrichshainie to za mało. Głaz koło Reichstagu to za mało. Więcej, więcej.

A mnie się marzy las, ten zapoczątkowany projektem Łukasza Surowca, tylko żeby go było więcej i więcej.

O lesie w mieście pisała też kiedyś Olimpia Klara Schneider: Mikrolas

Zarys historii Ukrainy w pigułce Broma (49). Teheran, Jałta i powstanie.

Roman Brodowski (Brom)

Wielcy” zadecydowali bez nas

Druga wojna światowa, tocząca się w obrębie państw wschodnich, zwłaszcza tych które bezpośrednio graniczyły ze Związkiem Radzieckim, czyli w Polsce, Ukrainie, Białorusi oraz państwach bałtyckich, miała różny przebieg, zgodny z interesami tych narodów.

Dla Polaków, osamotnionych i otoczonych zewsząd wrogami, które w przeszłości wchodziły w skład Rzeczypospolitej Obojga Narodów, wojna od początku okupacji niemieckiej oznaczała jedno, walkę o przetrwanie i wyzwolenie Ojczyzny spod faszystowskiego jarzma.

Continue reading “Zarys historii Ukrainy w pigułce Broma (49). Teheran, Jałta i powstanie.”

Talerz i kubek

Ewa Maria Slaska

Richmond, 15 lipca 2025 roku

W Polsce zwolennicy rekonstrukcji historycznych odtwarzają właśnie bitwę pod Grunwaldem. Marcin też tam jest. Wyjechał już tydzień temu. Nic się nie dało z tym zrobić. On musiał się zastosować do daty, którą historia wybrała 500 lat temu. Ja do terminu ustalonego przez Radę Wydziału przed dwoma tygodniami. Awansujemy. On do roli księcia. Ja doktory. Jeszcze nie ministry ani profesory. Jeszcze nie króla. Najważniejsze momenty w naszym życiu zawodowym. W naszych dwóch odrębnych życiach. Będziemy się bronić. Przed Krzyżakami i Radą Wydziału. Ja po angielsku, on mieczem.

Continue reading “Talerz i kubek”

Warszawa Cioci Janki 2

List Janiny Kowalskiej (Cioci) do Katarzyny Krenz
zachowana pisownia oryginału

Warszawa dn. 2.VII.97

Kasinku Kochana
(…)

ad 3 Świder płynął przez Śródborów.
ad 4 W domu w Śródborowie nie było ani fortepianu ani pianina bo wszyscy byli bez słuchu (w Babcię) a jedyny z absolutnym słuchem czyli Dziadek grał na flecie (oczywiście Babcia i Dziadek dla naszego pokolenia. Niemniej w wielu domach były takie instrumenty i nawet bezsłuchowcy byli męczeni lekcjami muzyki (vide Mietek i Teresa)

Dopisek na marginesie: Mietek ma słuch, ale Teresa nie.

Continue reading “Warszawa Cioci Janki 2”

Ścinanie włosów

Moja siostra Kasia Krenz podarowała mi ostatnio niezwykłą książkę.


W roku 2021 książka dostała nagrodę jako najlepsza książka arabska.  

Na początku lat dziewięćdziesiątych autorka, literaturoznawczyni, znalazła na straganie bukinisty opublikowaną ponad ćwierć wieku wcześniej powieść zatytułowaną Miłość i milczenie Inajat az-Zajjat. Nigdy nie widziała tej powieści, nigdy nic nie słyszała o jej autorce. Zdziwiła się, bo myślała, że z racji zawodu zna całą egipską literaturę współczesną, a już na pewno kobiecą. Zaczęła ją tropić. Dowiedziała się więc, że Inajat az-Zajjat popełniła samobójstwo kilka lat przed opublikowaniem tej debiutanckiej książki. Ale autorka nie próbuje stworzyć biografii całkowicie zapomnianej pisarki, zamiast tego próbuje odtworzyć świat, w którym jej starsza o pokolenie koleżanka żyła, pisała, kochała i umarła. Jest to bardzo mi bliska technika literacka. Czasem myślę, że w ogóle nie umiem inaczej pisać, tylko tak, zlepiając pewną wspólną myślą nieważne drobiazgi, szczegóły innych historii, fragmenty i ułomki, aż się ich zbiorą dwa kosze, a to już wystarczy na książkę.

Wydawnictwo: Biblioteka polsko-arabska, seria wydawnicza “Egipt mówi o sobie” , Kair – Łódź 2023 (oryginał wydany w Kairze w roku 2019)

Wstęp do wydania polskiego : Jasir Abd al-Latif

Z języka arabskiego przełożyła: Agnieszka Piotrowska

Z tej niezwykłej mieszanki spraw ważnych, takich jak światowa polityka, i całkiem nieważnych, jak lokalizacja sklepu mleczarskiego Astra, wybieram jeden fragment. Fragment o ścinaniu włosów. W dniu samobójstwa, 3 stycznia 1963 roku Inajat odwiedzi sąsiadkę. Wygląda inaczej niż zwykle i sąsiadka myśli, że Inajat była u fryzjera.

Dla wyjaśnienia. Tego dnia Inajat otrzymała z wydawnictwa odmowę wydania jej debiutanckiej książki, Milczenie i miłość. Książka ukaże się dopiero cztery lata po jej samobójczej śmierci.

***

Strona 221 i następne:

Możecie zastanawiać się, dlaczego dwudziestosześcioletnia kobieta – mająca syna, bez którego nie wyobrażała sobie życia, troskliwego i światłego ojca, jakim był Abbas az-Zajjat, pracę w Niemieckim Instytucie Archeologicznym, którą lubiła, oraz pisząca drugą powieść o uczonym o nazwisku Keimer – miałaby iść do fryzjera, a potem popełnić samobójstwo. Ja także długo nad tym myślałam. Pytałam jej siostrę i przyjaciółki, ale nie potrafiły mi odpowiedzieć.

Moim zdaniem w układance brakuje jednego elementu – Inajat wcale nie poszła do fryzjera. Zostawiwszy syna z matką, wróciła do swojego mieszkania i stanęła przed lustrem. Zrozumiecie ten moment lepiej niż ktokolwiek inny – moment, w którym kobieta nie wie, co ze sobą zrobić. Nie ma ochoty wyjść, mówić, pisać, krzyczeć ani stłuc lustra potwierdzającego jej istnienie.

W jednej chwili Inajat postanawia zmienić swój wygląd, swój gniew, wewnętrzną ranę i przerażenie, które ją opanowało, przenieść na to, co widziała przed sobą: na swoją twarz w lustrze. Chwyciła za nożyczki i ścięła włosy. Bądź co bądź były to jej włosy, część jej tożsamości.

Wizyta Inajat z obciętymi włosami u drzwi sąsiadki była jak walka o ostatni oddech. Przypominała kogoś, kto biegnie co sił po podpaleniu swego ciała albo zmarłą uśmiechającą się lub oddającą mocz na skutek rozluźnienia mięśni twarzy czy pęcherza. Poszła tam jak zahipnotyzowana, gotowa prosić o pomoc, być może przerażona własnym odbiciem w lustrze. Ale pod drzwiami sąsiadki zdecydowała, że nie chce pomocy i powiedziała, że idzie, bo jest umówiona.

Domyślam się, że część z was przynajmniej raz ścięła włosy. Spróbujmy sobie wyobrazić (te wszystkie pisarki): nasza babka Aisza At-Tamurijja, która do końca życia chodziła w hidżabie, z pewnością zrobiła to po śmierci córki.

Warda al-Jazidżi uczyniła to, gdy usłyszała plotkę, że autorami jej wierszy są jej ojciec i dwaj bracia.

Malik Hihni Nasir robiła to za każdym razem, gdy zdeptywano jej honor. Na przykład wtedy, gdy kbiety naśmiewały się z jej bezpłodności i gdy jej mąż sprowadził sobie za jej plecami nową żonę. A nawet wtedy, gdy już po tym wszystkim, dowiedziała się, że to on a nie ona, nie może mieć dzieci.

Majj Zijada robiła to niezliczoną ilość razy. Kiedy zmarła jej matka, gdy leczono ją w szpitalu psychiatrycznym z powodu jej szaleństwa. I po powrocie, gdy nikt jej już nie odwiedzał. Czyn ten najbardziej gorzki smak miał wtedy, gdy uzmysłowiła sobie, że marnuje życie na salonach literackich z mężczyznami, którzy nazywali ją “piękną”, zamiast zamknąć im drzwi przed nosem i pisać.

Galila Roda chwyciła za nożyczki, kiedy lekarz powiedział jej, że jej syn Galal nie skończy trzech lat z powodu atrofii mózgu i kiedy została skompromitowana przez sudańskiego poetę panarabskiego, ponieważ odmówiła poślubienia go.

Durrijja Szafik własnoręcznie obcięła sobie włosy w dniu, w którym nasz wspaniały Taha Husajn znieważył ją za przewodzenie strajkowi kobiet na rzecz uwzględnienia ich praw w konstytucji z 1956 roku. Pisarz nazwał ją i jej koleżanki “niepoważnymi i szukającymi sławy”.

Alifa Rifat w dniu, gdy usłyszała pogłoski, że promuje “lesbijstwo”.

Latifa az-Zajjat również ścięła włosy, rozdarta między podwójnym niepowodzeniem: w pracy na rzecz wspólnoty i w życiu z mężczyzną, który rozbudził w niej kobiecość.

Dziwi mnie, że żadna z was nie napisała w tym momencie. Gdyby tak się stało, miałybyśmy wspaniałą antologię, zatytułowaną Ścinanie włosów, stanowiącą zapis chwil rozpaczy: byłaby umieszczana w bibliotekach. (…) Nadto nasza antologia nie ograniczałaby się do jednego gatunku literackiego. Byłaby to raczej forma zbiorowa, obejmująca wszystkie gatunki i kategorie literackie. (…)

Wszystkie te piękne kobiety, które ścięły włosy przed lustrem (…) znają ten moment, nawet jeśli same o nim nie mówią. Moment konfrontacji z lustrem i wcielenie się w pustkę pragnienia zmiany siebie poprzez ukaranie swojego ja, zniekształcenie i zredukowanie jednej z własnych cech. Moment przemija, kobieta odczuwa daremność swego czynu, jej złość narasta, uspokaja się i wchodzi w fazę głębokiej rozpaczy – potrzebną do odrośnięcia włosów.

W przypadku Inajat tak się nie stało.

***

Me too