Wielka Sobota. Opowieść o szczęśliwej kurze.

Teresa Rudolf

Ach te kury

Podczas czytania wpisu Ewy, wzbogaconego zdjęciami Pani Kasi i “portretem kury”, przypomniałam sobie nagle historyjkę z dzieciństwa. 

Do osiemnastego roku życia mieszkałam w Krakowie, przy ulicy Chopina, na czwartym piętrze bardzo starej kamienicy (wysokie piętra). 

Któregoś dnia (mogłam mieć wtedy około 10 lat) przyszła moja Mama z miasta, z plecionym koszem, przykrytym szalikiem i powiedziała:
– Dziś pani X wmusiła mi kurę jako podziękowanie…(nie wiem już dziś, za co), nie chciała słyszeć, że dziękuję, nie chcę jej  i od razu uciekła, pozostawiając mi kurę, razem z tym koszem. No i teraz trzeba będzie coś z nią zrobić.

Po czym na balkonie, od strony ulicy Chopina, prawie całkiem naprzeciw Konsulatu Radzieckiego, został postawiony kosz z kurą, na ciepłym, niemałym dywaniku, otrzymała ona też talerzyk z ziarnami i miseczkę z wodą.

Zdanie “coś trzeba z nią zrobić” zawisnęło nad nami, dziećmi, dwaj bracia i ja tzw. “sandwicz-dziecko”, czyli w środku. 

Nie było żadnej informacji co dalej, po prostu na balkonie zamieszkała kura, stając się absolutnym tabu. 

Nawet nasz pies Tupta zachowywał się tak, jakby ta kura dla niego zupełnie nie istniała. Podchodził parę razy do kosza, a potem pomachiwał leniwie ogonem do wolno tuptającej po balkonie kury, jakby podkreślając, że ona jest, ale jakoby jej wcale nie było. My, dzieci, nazwaliśmy ją Zośką, uznając za zwierzę domowe, z którym podobno “coś trzeba będzie zrobić”.
Ale co? Nie śmieliśmy nikogo z rodziców zapytać, a w każdym z nas drzemał potworny lęk przed rosołem z naszej Zośki, z jej udkami i skrzydełkami.

Tak było około dwóch tygodni, a Zośka już prawie “jadła nam z ręki”, patrzyła z zaciekawieniem głęboko w oczy, gdakała głośno, jakby donosząc, o czym mówi się  naprzeciw, w Konsulacie Radzieckim.

Ani Mama, ani Tata nie mówili nic, jakby żyła tu już przez całe wieki, sprzątali balkon, który stał się jej posesją z ogródkiem i trzeba było prawie ją pytać, czy wolno nam tam przebywać. 

Niestety sielanka się skończyła, kiedy to moi dwaj bracia (wtedy jeszcze alfa-samce) rzucili się sobie o coś “do gardła”, robiąc straszny hałas na balkonie, na co w reakcji Zośka uniosła  się jak orzeł do lotu, rozpostarła skrzydła i przefrunęła przez balustradę.

Zahipnotyzowani tym widokiem patrzyliśmy najpierw z ogromnym podziwem, ale za chwilę już z jeszcze większym  przerażeniem, kiedy to Zośka przestała być orłem, a stała się kamieniem, który z coraz większą szybkością leciał w dół na swoje zatracenie.

I nagle zobaczyliśmy, jak wylądowała na cudownie zachwaszczonym trawniku  przed naszą kamienicą.

Odpowiedzialność za niego miał nasz dozorca, który w wyniku swego powszechnie znanego lenistwa, stał się najbardziej “ekologicznym” zarządcą trawnika na naszej ulicy…

Lecącą kurę Zofię oglądało również, najpierw z podziwem, a później z przerażeniem, mnóstwo przechodniów, a z okien i balkonów sporo mieszkańców.

Kiedy znaleźliśmy się przy trawniku, nie było Zośki nigdzie widać, ale później udało się ją jakoś wygrzebać z  bardzo wysokiej trawy.  Rozpoznała nas i okrutnie przerażona wyszła ze swego schowka, kompletnie cała i zdrowa. 

Dozorca, samotny pan, stojąc razem z nami, zafascynowany całym zjawiskiem, rozwiązał nasz problem rodzinny “trzeba będzie coś z nią zrobić”, mówiąc: 
– Genialne zwierzę, absolutnie nie może dalej mieszkać na tym czwartym piętrze, bo następnym razem takiego znakomitego lotu już nie przeżyje. Zabieram ją do siebie i będzie sobie latać jak normalna kura po ogródku, tam z tyłu kamienicy.

No i tak się też stało, nasza Zofia wydreptała sobie u pana dozorcy jeszcze chyba ze cztery szczęśliwe lata, zanim przeniosła się za tęczowy most.

A my, dzieci, po tym wypadku odetchnęliśmy z ulgą, że nie będziemy musieli oglądać rosołu ze skrzydełkami i udkami naszej Zosi, a po jej śmierci płakaliśmy jak przysłowiowe bobry

I PS o bobrach

KI twierdzi, że powiedzenie o bobrach ponoć pochodzi stąd: Legenda o „stroju bobrowym” (castoreum): Dawniej wierzono, że bobry, osaczone przez myśliwych, odgryzają sobie jądra (zawierające cenną substancję – strój bobrowy) i „płaczą” z bólu lub rozpaczy, rzucając je pod nogi oprawcy, by ten zaprzestał pościgu. Choć nauka tego nie potwierdza, legenda silnie zakorzeniła się w kulturze.
Obserwacje natury: Podczas polowań lub w sytuacjach zagrożenia, oczy bobra mogą zachodzić wilgocią. Wydzielina z kanalików łzowych, chroniąca oczy zwierzęcia, mogła być interpretowana przez ludzi jako rzęsiste łzy.

Leave a comment