Przepływy niepokoju,

Matylda Wikland

bądź poszatkowane: wadliwe serce, wadliwe końce i der Katzenaugennebel.

Gdyby na przykład powszechnie wierzono, że Ren w jakimś celu zaczął płynąć od ujścia do źródeł, to już sama ta wiara byłaby jakimś faktem, mimo że jej treść, rozumiana fizycznie, musiałaby uchodzić za stwierdzenie skrajnie niewiarygodne.

C. G. Jung (tłum. R. Reszke)

1.

Dziewczyny z mojego roku zaczęły dostawać wezwania do Komisji Wojskowej. Na uczelnianych korytarzach rozmawiamy o tym, ile miesięcy przed komisją można załatwić poświadczenie o poważnej jakiejś wadzie zdrowia, aby nie dostać po głowie za uchylanie się od patriotycznego obowiązku kiśnięcia w podziemiach budynku rekrutacji w oczekiwaniu na przejście przez tę jedną scenę otwierającą co drugi tzw. film wojenny. A było pójść na polonistykę czy coś takiego, żartuje jedna z nas (no tak, a nam się zachciało kierunku ważnego strategicznie…). Weź nawet nie mów, mózgi by nam zwiędły jak nic, odpowiada inna. Ja, owego czasu pielęgnująca w sobie myśl o studiach teologicznych, pozostaję cicho. Siedzimy w budynku uczelni wciśniętym między kościół i hospicjum, i dyskutujemy o zasadach mobilizacji wojskowej.

W tym samym mniej więcej czasie w supermarkecie napotykam gazety z złowrogimi tytułami o KOŃCU liberalnego ŚWIATA i tym, czy POWINNIŚMY nie PANIKOWAĆ. Jeżeli dotarło to nawet do szmatławców sklepowych, to faktycznie koniec. Taka metryka wielkopomności chwili, czy piszą o tym w tych ostatnich bastionach wielkiego formatu, pogrobowcach tego wymierającego gatunku kiosków osiedlowych (RIP kioski Ruchu, 1918-2024, na zawsze w naszych sercach i anegdotach). Ile to już końców świata zostało na ich pogniecionych okładkach ogłoszonych. Choć może raczej, końców ilu to już światów?

Tego prawdziwego Końca z wielkiej litery nie będzie w tym sensie, że nie zostanie nigdy ogłoszony. Istnienie ogłaszającego neguje samym sobą prawdziwość Końca. Prawdziwego Końca nie ogłoszą. Poznamy go po tym, że położy kres wszystkim innym naszym końcom, w których żyjemy. Nie będzie już siwych staruszków przewiązujących pomidory. Innego końca świata nie będzie, innego końca świata nie będzie, bo nie będzie już świata.

Rozgryźcie taki orzech, kochani koledzy ontolodzy.

2.

(Poniższy fragment powstawał w trakcie trwania opisywanej weń sytuacji. Poza drobnymi poprawkami stylistycznymi zostawiałam go jako odbicie ówczesnego stanu).

Wykminiłam, w którym gabinecie mam wizytę, skacząc po piętrach placówki medycznej, wykluczając kolejne gabinety kardiologiczne na podstawie tabliczek z godzinami przyjmowania. W głowie miałam wszystko ładnie obliczone, cymes, regulaminowe piętnaście minut wizyty, pięć minut biegu na przystanek, tramwaj dwadzieścia osiem wg rozkładu będzie jechał, pięć na przebiegnięcie do budynku uczelnianego, i szlus, zdążę na egzamin.

Klin w moim pięknym planie pojawił się, gdy za pięć pojawiłam się przed gabinetem, zapytałam siedzących na którą mają godzinę, myśląc, że są wcześniej, jak i zresztą ja byłam, tylko czas zmarnowałam na bieganie po piętrach. Ach, wizytę mam na 40 minut temu, odpowiada mi mężczyzna w wieku mojego ojca. Czuję się wciśnięta w metaforyczny fotel, grany przez skrzeczące plastikowe krzesełeczko. Pierwszym, co niefortunnie przychodzi mi do głowy, jest Bruno Ganz w roli Hitlera, wrzeszczący w bunkrze, gdy dowiaduje się, że kontratak Steinera się nie odbył i Berlin jest stracony. My name is Ozymandias, planner of planners, myślę, zdruzgotana odwijając szalik, look upon my works, ye mighty, and despair.

Można by to przekuć w jakaś analizę, jakaś krytykę systemu. Idę inną ścieżką. To, co mi się ukazało, jest to, że upadek systemu jest patchworkiem ludzi doświadczających nieprzyjemności. To co mi się ukazało, jest to, że przez systemowe problemy, apatię neo-nomenklatury i inne takie ważkie rzeczy, spóźnię się poważnie na egzamin.

Wytoczyć sprawę w Trybunale Europejskim przeciwko państwu polskiemu o skracanie moich telomerów. Postawić na ławie oskarżonych za zwiększenie średniego stężenia kortyzolu we krwi swoich obywateli. Zbrodnie przeciwko dobrostanowi ludności. Trybunał do spraw zbrodni przeciwko szczęściu ludzkości.

Pół godziny po moim terminie, jak siedziałam przed gabinetem, tak siedzę. Przede mną dwie osoby, jedna w gabinecie. Wkracza we mnie chęć zaduszenia na śmierć konceptu empatii. Bo to zapewne jest winowajca, empatia opętała lekarza i jest dokładny, dociekliwy, ignorując fakt że jesteśmy tu na enefzecie, więc won z tym, prędkość, prędkość, prędkość. Jeżeli przyłożyć by Imperatyw Moralny Kanta w tej sytuacji, to moralne byłoby obsługiwanie pacjentów, nie ich empatyczne leczenie. Nie oszukując się, taka jest szlachetna misja enefzetu.

Wiem, że stres zaczyna mnie zżerać od środka, gdy w toku myślowym łapię się na przeklinaniu o Kancie. Chwilę potem bezmyślnie zaczynam nucić O mój rozmarynie i wiem już, że jeżeli nawet zdążę na ten egzamin, to napiszę na nim takie banialuki, jakich jeszcze nie widziano w murach szanownej uczelni.

Proszę przyjść wtedy, kiedy będziesz mogła, czytam w odpowiedzi na mojego ciut psychotycznego maila do doktora od egzaminu. A jak mam przyjść wtedy, kiedy nie mogę, myślę zgryźliwie mimo wdzięczności rozpuszczającej się w mojej duszy niczym miód w herbacie. To wszystko i tak jego wina, mieliśmy zdawać tydzień wcześniej, lecz Dr przełożył ze względu na pokaźne opady śniegu. Było nie dawać pieniędzy na Greenpeace.

Dobijam do godzinnego opóźnienia wraz z dwójką starszych panów sterując widocznie zagubioną i nie domagającą panią do rejestracji. Na grupie roku ktoś pyta o numer sali, minuta do rozpoczęcia, i obracam w ustach gorzką ironię na myśl, że ona będzie na czas i glanc, a ja, która szperałam w systemie rezerwacji sal, aby znaleźć to przed informacją od prowadzącego, pewnie w ogóle nie zdążę. Żałuję, że wyjęłam tę Biblię od Baptystów z torb i zostawiła w domuy. Bym sobie pokartkowała Apokalipsę.

Moja mała zastępcza apokalipsa rozgrywa się tak: lekarz specjalista stwierdza, że pijąc codziennie tyle kawy, zmajstrowałam sobie lekką arytmię. Wychodzę przed przychodnię i smutno wylewam kawę z termosu do kosza na śmieci pełnego papierosów. Nomine patri et spiritus sancti (nie pamiętam, jak jest syn). Dobiegam tramwaju. Śnieg błyszczący pokrywa rondo Ofiar Katynia radosną szatą. Przystanek. Czerwone światło. Tabliczka, że to tutaj robili mydło z ludzi. Wchodzę do budynku. Sala. Teraz to już za późno, jestem zajęty, mówi zaskoczony moją obecnością doktor, rozkładając ręce nad ocenianymi pracami, które już skończono pisać. Mamroczę coś, mentalnie nazywając okres poprzednich kilkunastu minut moją własną phony war, moim Sitzkriegiem. Wycofuję się na korytarz, gdzie dopiero teraz rejestruję stojących w grupkach studentów. Nikt nie zwraca na mnie uwagi i ta część mnie, która żartobliwie twierdziła, że nie czuje się prawdziwa, na kilka sekund dostaje połysku wiary. Nie miałabym nic przeciwko, właściwie, gdyby reszta studentów kompletnie ze mną nie interaktowała, nie postrzegała. Samotność to nie wolność sensu stricto, ale lepiej mi się tak oddycha. Gdy myślę, że jestem duchem, jestem we śnie. Terapeutka mówi mi, że powinna zaprzestać, że to maladaptacyjne. Ale ona też jest częścią snu, bo inaczej nie umiem do niej chodzić, więc co tam ta mara senna wie. Siadam na parapecie, ignorując krzesełka tuż obok, których na chwilę obecną mam serdecznie dosyć. Opieram się o okno, i próbuję wgryźć w to, co czuję. Jak dojść do emocji po sygnałach z ciała, jak to mnie stara się uczyć terapeutka, gdy jedynym sygnałem jest poczucie pustki, wolnej przestrzeni, jakby klatka piersiowa była firmamentem obszernej świątyni pozbawionej wierzących.

Szlus. Oczekiwanie. Konfrontacja. Na moje poharatane szczęście, to jest wykładowca z którym od początku złapałam jakąś dziwaczną sztamę, więc pokazuje mu zdjęcia z echo serca z datą (o usprawiedliwienie lekarskie sensu stricto nie prosiłam, bojąc się, że ta operacja zajmie kolejny kwadrans tej lekarce o duszy Kafkowskiego biurokraty), i idziemy do budynku obok, gdzie w jego gabinecie on zasiada przy laptopie, ja przy stoliczku w rogu. Najwyższe piętro, nie miałam wcześniej przyczyny, by się tu zapuszczać. Przystaję w pół kroku, wychwycona z marszu przez mało wyraźne zdjęcie na popękanej ścianie. Ocalała z pożogi biblioteka zakładów teoretycznych… Nauka über alles? Wydaje mi się, że mienie tzw. poniemieckie, z którym obchodzono się najczulej, znajdowało się właśnie w pozostałościach uniwersyteckich murów.

Machnęłam ten test w dwadzieścia minut, co statystycznie daje około pół minuty na pytanie. Trzy błędy, choć spodziewałam się z dziesięciu, minimum. Szlus. Rozmawiamy chwilę. Dobra rozmowa, adekwatna klamra gehenny przedmiotu. Wychodzę i na oblodzonym chodniku z rozpędu robię piruet, ledwie broniąc się przed wykaraskaniem na pozostałości bałwana, co miał puszkę po energetyku za nos.

3.

W ,,Bazie ludzi umarłych”, tzw. produkcyjniaku z 195ósmego, adaptowano nowelkę pierwotnie wydawaną jako odcinkowiec pt. “Głupcy wierzą w poranek”. Nie jest to film w żadnym aspekcie szczególny; obejrzałam go z kaprysu pewnego wieczoru, gdy musiałam zrobić sobie przerwę od robienia notatek do sesji (nigdy nie nauczyłam się poprawnie trzymać długopisu i po jakimś czasie zawsze przecieram sobie z dwa palce do krwi). Zresztą, sam mnie nie ujął zbytnio niczym, jak swym pierwotnym tytułem, którego nowszej iteracji literat odmówił adaptacji swojego dziełka; poszło o dźwięk silników, o ciężarówki marnotrawne. W powieści nie przyjeżdżają, nie przychodzą z ocaleniem; w filmie tak. Czy każda nadzieja zawiera w sobie ziarno jakiejś czy innejś propagandy? Czystość nadziei chyba nie jest osiągalnym tworem. Nadzieja niepokalana, lecz nadzieja zawsze z czymś, kimś musi się wiązać.

Paul Klee stwierdził kiedyś, że in fact, everything is easy to bear if one doesn’t have to account to others, one squarés accounts with oneself and that’s the end of it. Odnosząc się do siebie w takowy sposób, pewnie traci się trochę możliwość nadziei sensu stricto, lecz myślę tutaj o pewnej reinterpretacji nadziei. Inaczej: czytam ostatnio “Czasy secondhand” Aleksiejewicz, i jak w większości tekstów, gdzie głos oddaje się tym mitycznym ‘zwykłym Rosjanom’, mam problem z asymilacją pewnej bierności wobec, nawet nie władzy, nawet nie cierpienia, ale własnej bierności właśnie. Tego, co aż dziwnie nazywać konformizmem, konformizm wymaga jednak jakiegoś skierowania woli, a tam z co drugiej strony bije pewna od-wola, pewne od-wolenie. Co mam na myśli, to że może to głupcy wierzą w poranek, ale już raczej to nie głupcami są ci, którzy zerkają na zegarki.

Bądź może, jak to określił pewien użytkownik portalu miejskiego, w dniu, w którym nagłe opady śniegu i deszczu spowodowały rekordową ilość wykolejeń, wywrotek autobusów i im podobnych, kierowcy więcej odśnieżają (sic) niż pług. –Tyle, co rozjedziemy to nasze

4.

Nie jestem kłębkiem nerwów, moje nerwy wyżymam i rozwieszam na podwórku, aby wyschły na słońcu intelektu. D., moja terapeutka, nie lubi tej metafory. D. ogólnie nie lubi moich metafor; D. traktuje moje metafory jak meteory, uderzające w równiny, na których ona stara się uprawiać kwiaty. Jeszcze nie zrozumiała, że na tym moim gruncie nie da się uprawiać kwiatów. To zielsko, co zawsze wybija spomiędzy płyt na parkingach, to już prędzej. Nie solą tej ziemi, a jej dziurą w całym. Mgławicą planetarną, taką na modłę NGC 6543, odkrytej właśnie piętnastego lutego 240 lat temu. Mgławica ta nazywana jest Kociego Oka, jest tą tytularną der Katzenaugennebel.

Kilka dni temu w trakcie naszego spotkania prószył śnieg. Choć raz nie miałam problemu z decyzją, gdzie zawiesić wzrok, który naturalnie opadł na okiennice. M. narzekała ostatnio, że w białe noce zasnąć nie może. A ja jakoś nigdy nie śpię tak dobrze, jak pod tym ciepłym, białym niebem zimowej nocy.

Cóż za czort w tym siedzi, w myślach przykładam orzech w ciężką paszczę dziadka do orzechów.

To chyba sprawa realności. Bezkreśnie czarne niebo nie wydaje się mieć wagi, materii. Takie białawe, mleczne w pewnym sensie, wydaje się opadać powoli na świat, ciężki koc z prószącego śniegu. Domyka. Nie ma już bezkresnej dziury, przez którą mogłoby uciec… no właśnie, co?

Przykład: w weekend walentynkowy zapisuję się na wolontariat w dzielnicy portowej, wiecznie zasnutej dymem i szadzią. Nie widać jednak bieli na białym, czarnego na czarnym, szadzi i dymu na szarym, zimowym niebie. Patrzę na to wspomnienie i przypomina mi się… przypomina mi się to, co widziałam kilka chwil później, gdy szare niebo schowało się pod równie szarym, acz betonowym, sufitem. Mianowicie.

Człowiek uchwycony w tych ostatnich minutach, zanim rozgryzione zostanie okablowanie ukradzionego miejscówce ekspresu, w tych gęstych porannych minutach wolontariatu, uchwycony w tym niczym w bursztynie. Zresztą, w czym innym. W marmurze nie uchwyca się rzeczy tak trywialnych, tak mało uniwersalnych. Może jak już to w oleju, nie, w graficie. Graficie węgla, graficie ołówka za dosłowne, nie przysłowiowe, grosze.

Akurat na tym evencie do identyfikacji dali nam chusty kolorowe. Chłopak obok tłumaczy drugiemu, co to były kolonie pracownicze, po tym jak wyskoczył z „chusta jak za peerelu!”. A ja tutaj siedzę i czytam wspomnienia starego bolszewika. Czytam o idei, a obok relacjonują wspomnienie ojca, jak to za dzieciaka stał na tury w kolejce po kawę, gdy gruchał cynk, że rzucili.

Niektórzy przewiązują sobie na głowie, po wiejskiemu bądź jak przepaski, inni wkładają za pasek, czy zawiązują jak normalną chustkę, jest też kilka ewidentnie harcerskich węzłów. Przyłączam się do nich, zawiązując jak pamiętam z filmów dokumentalnych o pionierach radzieckich, bo chustę mam w kolorze białym i nie mogę powstrzymać się przed realizacją pewnej dziejowej ironii.

5.

Głupcy wierzą w poranek. Sztuką jest go dożyć.

W pewnym sensie od dawna mam zadrę z hasłem, że słońce zawsze znów wzejdzie, gdyż sensu stricto słońce nigdy nie zachodzi, czy też wschodzi (to jest, wykonuje ruch jako ciało niebieskie). To my jesteśmy w ruchu, a na ziemi pantha rei. Niebiosa są idée fixe, to one są, my jedynie bywamy. Nie wiem, czy wyrażam się jasno. Ale znowuż właśnie, jasno, przejrzyście, jak niebo w letni dzień, przywoływane we wspomnieniach dziecięcych lat. Ideał jest, musi być, jakiś raj musi być… Kto to powiedział, że najstraszniejszy jest człowiek nie posiadający wizji utopii?

Cała moja edukacja historyczna to właściwie było kultywowanie w nas, polakach małych, alergii na ludzi bez ideałów, bez wartości. Są to człeki dziwne, anomalie, wybijające z krajobrazu niczym jedne o ostrych krawędziach w świecie okręgów i elips. W sensie, uczą nas, że nawet wrogowie, tacy biblijni wręcz, odwieczni, którzy nie będą pluć nam w twarz, o nie tak z nami pogrywać, nawet oni wierzą w jakąś ideę, wierzą i to szczerze. Oczywiście, są to idee Złe i Podłe, i do tego przeciwne Naszym (Dobrym), lecz wciąż Oni w nie wierzą, są w tym sensie prawdziwymi idealistami. Jak i My.

Świat z (polskich, choć pewnie i innych) podręczników historii to świat sklejony z różnej maści fanatyków.

Niestety fanatycy się już wyczerpują, przynajmniej tacy, jakch jakiś wielce szanowny rząd by sobie życzył, musimy więc wysłać pocztą polską, tym późnym imperium osmańskim, tym cesarstwem austriacko-węgierskim, wezwania wynikające z Ustawy o Obronie Ojczyzny. Osobiście nie martwiłabym się tym zbytnio, jak powiedziałam dziewczynom z roku, gdy stałyśmy tak na nienagrzanym korytarzu, pewnie szybciej sięgną ichni po atomówkę, niż nasi po przymusowy pobór.

Duchy z ich własnej młodości, i takie tam.

Na szkoleniu z pierwszej pomocy usłyszałam kiedyś, żeby broń b-że przy krwawiącym nosie nie odchylać głowy do tyłu — człowiek własnej krwi nie strawi. Nie strawi, nie ścierpi, własnej krwi człowiek po prostu nie przełknie, dosłownie, ale jakże i metaforycznie. To jest ta święta granica, ten kres zdolności trawiennych jednostki, gdy krew pochodzi od niej samej. Ostateczna granica najczęściej ułożona jest z własnego ciała, wyciągniętego na sztorc, wyciągniętego z domu, z rutyny. Ciało człowieka, te kwasy żrące w nim, te kwasy żołądkowe, ten spleen cały jego, on naprawdę dużo umie strawić. Własnej krwi, nie.

Leave a comment