Sylwetki Solidarności. Milczanowski.

Ryszard Dąbrowski

Ryszard Dąbrowski o Andrzeju Milczanowskim

Z Andrzejem Milczanowskim poznaliśmy się pod koniec 1977 lub na początku 1978 roku. Dokładna data zatarła się nam obu w pamięci. Zapoznał nas ze sobą Michał Paziewski. Byłem wówczas konstruktorem w Stoczni Szczecińskiej, gdzie pracowałem od 1974 roku. Michał zaprosił mnie na jedno ze spotkań u Andrzeja w których później w miarę regularnie uczestniczyłem. Było nas jedenastu: Artur Frey, Michał Paziewski, Michał Plater-Zyberk, dr Jerzy Słonecki, ks. Waldemar Szczurowski, Jan Tarnowski, dr Mieczysław Ustasiak, Ewaryst Waligórski, Jerzy Zimowski, Andrzej oraz moja osoba, a chyba od 1980 roku dołączył także Ryszard Ukielski. Na spotkaniach tych zapalczywie dyskutowaliśmy na tematy polityczne i historyczne, wymienialiśmy się i pożyczaliśmy sobie prasę i książki tzw. „drugiego obiegu”. Wówczas po raz pierwszy miałem w rękach Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Po powstaniu „Solidarności” te grupowe spotkania, z powodu braku czasu u ich uczestników, umarły śmiercią naturalną.

Po roku stanu wojennego, pozbawiony środków do życia (posiadałem zakaz pracy jako inżynier, a później także jako ślusarz) wyemigrowałem z Polski.

Poprzez to, iż mieszkałem za granicą, posiadałem dobre relacje ze wszystkimi, z nikim nie poróżniła mnie polityka i nie byłem uwikłany w środowiskowe spory. Po latach wpadłem na pomysł, abyśmy się znów wszyscy razem spotkali w tym samym gronie. I wtedy zaczęły się zastrzeżenia: że jeden jest taki, a drugi owaki, tamten głosował na Palikota, ten to, a tamten tamto. W końcu do spotkania nie doszło. Dziś już połowy z nas nie ma.

Andrzej był ode mnie 11 lat starszy. Wychowywał się bez ojca, podobnie jak i ja. Był oczywiście bardziej oczytany, dysponował wyższą intelektualną dojrzałością – różnica wieku robiła swoje. Mówiono o nim, że wcześniej był prokuratorem, co tworzyło wokół jego osoby aurę respektu oraz rezerwy.

Historia jego ojca, przedwojennego prokuratora, zamordowanego przez NKWD, kształtowała jego podświadomość oraz światopogląd. W jakiś sposób nas to łączyło. Kiedy pytano mnie, dlaczego jestem antykomunistą, odpowiadałem, że to rodzinne. Gdy nagabywano o szczegóły, opowiadałem historię, która miała miejsce w Irkucku na Syberii. Kiedy Warszawa była częścią carskiej Rosji, Maria Olszewska, siostra mojej prababci, prowadziła tam od 1906 roku sklep monopolowy (!). Później pomagała jej w tym Stefania Lewandowska, siostra mojego dziadka. W 1917 roku, w mającej wtedy 18 lat pannie, zakochał się miejscowy politruk. Gdy przyszedł do niej z oświadczynami, a ona je odrzuciła, „kawaler” wyjął pistolet i stwierdziwszy „jak nie to nie” i ją zastrzelił.

A tak naprawdę mój „antykomunizm” wynikał z chęci czytania osobiście wybranych książek, oglądania dowolnych filmów oraz swobodnego artykułowania myśli i poglądów w mowie i piśmie, czy też przy pomocy własnych fotografii. Ponieważ mi tego zabraniano lub reglamentowano, szukałem osób które podobnie myślały oraz czynnie się temu przeciwstawiały.

Andrzej był w swoich działaniach altruistą i napędzało go to samo, co mnie; chęć podkładania nogi pod koła rozpędzonego parowozu dziejów oraz sypania piasku w tryby maszyny naszego realnego systemu.

Gdy nastała „Solidarność”, Andrzej traktował mnie jako osobę, na której testował swój język, elokwencję i retorykę. Przychodziłem do niego do domu, stawiał na stole pół litra, które degustowaliśmy, i on monologował. Od czasu do czasu nieśmiało mu przerywałem lub coś wtrącałem w kontrze, co go irytowało. Miałem jednak wrażenie, iż dzięki temu zyskiwał inną perspektywę.

Owszem, był trochę zapatrzony w siebie, co było widać przy robieniu mu zdjęć. Podnosił wtedy brodę i patrzał w sufit. To była jego ulubiona poza, ja czekałem aż wróci do swojej naturalnej pozycji i opuści głowę. Na pewno usiłował grać różne role, ale kiedy się go dobrze znało, brało się na to poprawkę lub ignorowało.

Podczas jednej z takich dyskusji, we wrześniu 1981 roku wykonałem mu dwa portrety. Na poły zainscenizowane, sfotografowałem go jako nałogowego palacza podczas zapalania papierosa przy swoim roboczym stole. W jednej wersji we flanelowej koszuli i w drugiej „dystyngowanie” w garniturze. Mimo, iż są to zdjęcia pozowane, bije z nich wielki autentyzm. Andrzej był wtedy sobą, a nie jakimś Nietzschem, który podnosi brodę do góry i mówi, że do kobiety trzeba podchodzić tylko z batem, co mu się kilkakrotnie po niemiecku i po polsku zdarzało wypowiadać. Tak nawiasem, była to ogromna wada Andrzeja, patrzał na kobiety z góry. Podczas wizyty u nas w domu w 1980 roku zupełnie zignorował moją żonę Grażynę. Później po latach zmieniło się jego do niej nastawienie i traktował ją z wyszukaną galanterią.

W 1982 roku w celu moralnego podtrzymywania na duchu odbywających więzienne wyroki działaczy „Solidarności” zainicjowano akcję pisania do nich listów. Ja korespondowałem z Andrzejem, który na moje listy odpowiadał pocztówkami, co zapewne ułatwiało pracę cenzorom. Zważywszy na zaprzeszłą fascynację Andrzeja filozofiami oraz religiami Indii, wysłałem mu podobiznę hinduskiej bogini szczęścia Lakszmi, aby i z nim się tym podzieliła. Obrazek formatu A4, dotarł do niego z bardzo dużym opóźnieniem i był niemal całkowicie wyblakły. Zapewne „służby” na przeróżne sposoby, w tym i chemicznie, sprawdzały, czy nie ma tam ukrytych wiadomości, np. planów więzienia z możliwościami podkopów lub rysunków jak z mydła skonstruować karabin maszynowy czy też pistolet.

W stanie wojennym wykonałem kilkanaście projektów plakatów komentujących naszą codzienność. Miały one format A4 i drukował je Piotr Jarocki w nakładzie od 800 do 2 000 egzemplarzy. Koszty druku pokrywał, zawiadujący kasą szczecińskiej podziemnej „Solidarności”, Jurek Słonecki. Na jednym z nich figuruje zgrafizowana twarz Andrzeja i napis: Czy pamiętasz Andrzeja Milczanowskiego, czy pamiętasz o internowanych i aresztowanych? Wiem, iż jeden z tych plakatów przemycony mu został do więzienia.


W 1982 roku, wydawałem „Niezależny Samorządny Informator”, biuletyn prasowy z regionalnymi informacjami dla szczecińskiej oraz warszawskiej prasy podziemnej. W numerze 15 z listopada 1982 roku, zamieściłem dwa załączniki autorstwa Andrzeja: “List więzionych w sprawie statutu więźnia politycznego do Min. Sprawiedliwości prof. Sylwestra Zawadzkiego”, datowany marzec-kwiecień 1982, oraz “List więzionych w Potulicach do Komisji Praw Człowieka ONZ w Genewie”, datowany październik 1982.

Gdy Andrzej wyszedł z więzienia, wysyłałem mu miniaturowe wydania paryskiej „Kultury”, berlińskiego „Poglądu” i londyńskiego „Pulsu”. Na dworcu głównym Berlina Zachodniego mieściła się ekspozytura poczty enerdowskiej, z której można było wysyłać paczki do wschodniej Europy. Usługi te były bardzo tanie, gdyż władzom NRD potrzebne były dewizy. Wysyłałem stamtąd często paczki na adres mojej matki w Szczecinie. Kupowałem proszek do prania w dużych pudełkach i otwierając je od dołu preparowałem wbudowywując przedział, w którym umieszczałem te czasopisma. I tak w jednej połowie był proszek, a w drugiej te miniatury. Misternie to zaklejałem i szeleszczący w pudełku proszek nie wzbudzał podejrzeń. Matka moja, jak prawdziwa konspiratorka, po otrzymaniu przesyłki szła zawsze w nocy do Milczanowskich i zanosiła im tajną zawartość. Mieszkała na ulicy Poniatowskiego i miała do nich bardzo blisko.

Kiedy upadł komunizm, mogłem już przyjeżdżać do Polski. Zimą 1992 roku, podczas jednej z wizyt w sprawach rodzinnych w Szczecinie, udałem się na odbywające się tego dnia otwarcie jakiejś wystawy plastycznej na Zamku. Spotkałem tam Andrzeja, który był wtedy ministrem. Nosiłem wówczas czapkę budionówkę z czerwoną gwiazdą, którą kupiłem sobie w Berlinie od Turków, sprzedających tego typu asortyment pod pozostałościami muru. Andrzej, gdy mnie zobaczył zdziwiony zapytał: „Rysiek, co ty tu robisz?”, na co ja odparłem: „Andrzej, źle się dzieje w państwie duńskim, przyjechałem zakładać Armię Budionnego i walczyć przeciwko kontrrewolucji. Czy chcesz być u mnie za Trockiego?” Ten mój surrealistyczny humor trochę go zirytował.

Andrzej był skromny, nie afiszował się ze swoją władzą, nie latał helikopterem czy samolotem, a kiedy przyjeżdżał do Szczecina, nie czekała na niego limuzyna, jak na innego „wielkiego szczecińskiego polityka”, który nie miał oporów, aby korzystać z przywilejów władzy. Andrzej poruszał się w Szczecinie tramwajami i to bez obstawy. Ludzie patrzyli z niedowierzaniem, kiedyś nawet ktoś do niego podszedł i spytał, czy to rzeczywiście on. Nie mieściło im się w głowie, iż minister spraw wewnętrznych może się tak zachowywać. Kiedyś czekał na przystanku tramwajowym i zatrzymała się przed nim ciężarówka, z której wychylił się dawny znajomy robotnik z czasów „Solidarności” i zawołał: „Andrzej, chodź, podwiozę cię!” Zapytałem go, czy nie spotykał się z jakimiś objawami agresji lub wrogości. Opowiedział mi, że tylko raz: na jednej ze stacji kolejowych, gdzie spożywał w tamtejszym barze posiłek, podszedł do niego mężczyzna i rzucił w jego kierunku kilka gróźb. „Włożyłem wtedy ostentacyjnie rękę do kieszeni i facet się ulotnił”.

Jego postawę ilustruje także sytuacja, o której opowiedział mi podczas jednego ze spotkań u niego w domu, w pokoju na piętrze. Było to nietypowe, gdyż rzadko „puszczał farbę” w sprawach dotyczących pracy w ministerstwie. W czasie, gdy trwała weryfikacja esbeków, przyszedł do niego osobnik, który położył na biurku nieznane mu zdjęcia ojca. Zapytałem, czy zweryfikował go pozytywnie, na co Andrzej odpowiedział, że nie. „A co ze zdjęciami?”, zapytałem. „Zabrał”.

Był niezłomny. Parł do przodu niezależnie na konsekwencje. Ale gdy przestał być ministrem i przeszedł na emeryturę, stał się bardziej tolerancyjny i przystępny.

Dwa razy w życiu Andrzej poczynił mi zarzuty. Za pierwszym razem chodziło o pamiątkowe fotografie. Egzystuje mnóstwo historycznych zdjęć ze zbiorowych spotkań w mieszkaniach u Michnika czy Kuronia oraz głodówek w warszawskich kościołach. Kiedyś Andrzej spytał z pretensją, „Czemu ty nie robiłeś nam żadnych zdjęć, gdy się u mnie spotykaliśmy?”, w odpowiedzi zaoponowałem „Czy zaprosiłbyś mnie ponownie, gdybym ja wystąpił z taką inicjatywą?” On zamilkł.

Drugim razem zapytał mnie, dlaczego Mirosław Kwiatkowski, a nie on, stał się prawnym sygnatariuszem porozumień szczecińskich w sierpniu 1980 roku?

To już dłuższa historia: w 1977 roku miałem wystawę na targowisku Turzyn. Był to rodzaj happeningu, na który posiadałem pisemnie wszystkie wymagane zezwolenia. Niektórym sprzedawcom wystawa się nie spodobała i ktoś zadzwonił na milicję z informacją, iż odbywa się „antykomunistyczne działanie”. Przyjechała „suka”, funkcjonariusze MO zerwali wszystkie zdjęcia, zapakowali mnie do radiowozu i zawieźli na Małopolską. Ponieważ posiadałem wszystkie „pieczątki”, musieli mnie zwolnić. Zawzięli się jednak i za pomocą swojego kapusia sprowokowali proces. Naiwny poszedłem do Romana Łyczywka, myśląc, że tego szczecińskiego adwokata zainteresuje tak nietypowa sprawa. Zbył mnie, wiedział, że nic na mnie nie zarobi, gdyż byłem tylko biednym inżynierem ze stoczni. Jego sekretarką była wtedy Monika Kwiatkowska, żona Mirosława Kwiatkowskiego, posiadającego wówczas zakaz pracy jako adwokat, gdyż wkładał palce tam, gdzie nie powinien. Gdy wychodziłem od Łyczywka, podeszła wręczyła mi karteczkę, mówiąc po cichu, abym zadzwonił pod podany numer telefonu, a jej mąż mi pomoże. W ten sposób poznałem Mirka, który pisał mi pisma procesowe oraz instruował jak mam się zachowywać. Proces w dwóch instancjach wygraliśmy.

Podczas sierpnia 1980 roku wybrany zostałem do trójki strajkowej działu konstrukcyjnego Stoczni Szczecińskiej. Do moich zadań należało przynoszenie z terenu stoczni do naszych budynków znajdujących poza jej terenem, ulotek oraz egzemplarzy „Jedności”. Pod bramą stoczni, wśród licznego tłumu, wsłuchującego się w transmitowane na zewnątrz nieustające obrady komitetu strajkowego, stał Mirosław Kwiatkowski. Zaczepił mnie i spytał, czy nie zorganizowałbym mu spotkania z Marianem Jurczykiem oraz komitetem strajkowym, gdyż jego zdaniem, strajkujący wykazują się dużym dyletanctwem prawnym i chętnie im by kilka spraw wyjaśnił oraz podpowiedział. Zwróciłem się do Heńka Fisza, kolegi z biura, który od 1956 roku uczestniczył we wszystkich stoczniowych „burzach”, i przedstawiłem mu sprawę. Dzięki swej bojowej przeszłości, miał on posłuch u stoczniowców oraz znał Stanisława Wądołowskiego i załatwił, iż Kwiatkowskiego wpuszczono na teren stoczni, gdzie doszło do spotkania z Jurczykiem. Tak to Kwiatkowski stał się doradcą prawnym komitetu strajkowego i jego podpis widnieje pod porozumieniem szczecińskim. Andrzej miał do mnie pretensje i pytał, dlaczego nie przyszedłem do niego? Wyjaśniłem, że ja do nikogo nie chodziłem, że to był przypadek, że sam Kwiatkowski mnie zaczepił. Andrzej przyjął to tłumaczenie i więcej już do tego tematu nie wracał.

Nie był skąpy i miał gest, ale nie był pozbawiony miłości własnej. Kiedyś, gdy u niego popijaliśmy na piętrze, pokazał mi wszystkie swoje odznaczenia, również te amerykańskie. Spora część jego zbioru jazzowych płyt CD pochodziła ode mnie. Kiedy przyjeżdżałem do Szczecina zawsze przywoziłem mu kilka lub kilkanaście płyt. Dopiero na rok czy dwa lata przed śmiercią powiedział mi, abym ich mu już więcej nie dostarczał.

W 2011 roku wykonałem wystawę Złota rybka i rower. Było to po wypadku na rowerze, po którym zostałem sparaliżowany. Gdy wydobrzałem, powodowany obawami, iż moim znajomym, przyjaciołom oraz krewnym, może się coś podobnego przytrafić, postanowiłem ich wszystkich sfotografować. Mieli oni za zadanie zainscenizować sytuację w jakiej chcieliby być sfotografowani i odpowiedzieć na pytanie: „Podczas nalewania do czajnika wody na herbatę wpada ci z kranu złota rybka. Za wypuszczenie jej do rzeki obiecuje spełnić twoje jedno życzenie: »Czego sobie życzysz?«.

W wystawie uczestniczyło 140 osób, w tym także Andrzej Milczanowski, który na pytanie rybki odpowiedział: „Chciałbym być 43 lata młodszy i posiadać dzisiejszy rozum”. W późniejszej rozmowie uściślił, iż wybrałby inną drogę prawniczą, tzn. prawo cywilne, a nie karne. Miałby w ten sposób większy wachlarz możliwości.

Andrzej traktował mnie z sympatią. Na podarowanym mi w czerwcu 1981 roku egzemplarzu Maksym i rozważań moralnych La Rochefoucaulda jako dedykację wpisał mi cytat z Wiedzy radosnej Nietzschego: „I rdzy trzeba: być ostrzem niedość! A powody? Bo ciągle mówić będą o tobie: »za młody«!”

Mówił o mnie: „Oryginał i dziwak, jak każdy artysta, ale bardzo inteligentny człowiek”. Byłem chyba jedynym z fotografów, na którego szczecińskich wernisażach, zarówno tych indywidualnych, jak i zbiorowych wystaw, bywał. W księdze gości wystawy Złota rybka i rower wpisał: „Ryśkowi, Przyjacielowi, Porządnemu człowiekowi, trochę Wariatowi (jak każdy prawdziwy artysta), wreszcie antykomuniście, i wszystko co tam… z życzeniami (niech to krew zaleje, że jesteśmy starzy)”.

W jednym ze swoich tekstów, w 2020 roku, napisał o mnie: „Bywa uparty, często na przekór obiegowym opiniom i rzekomym prawdom, co czyni go tym bardziej interesującym i sympatycznym. Jest świetnym kompanem i wielka szkoda, że nie mieszka w Szczecinie.”

Kiedy się odwiedzaliśmy, czy to w Szczecinie, czy Berlinie, gdzie Andrzej był trzy razy, oddawaliśmy się degustacji przednich win, których on był znawcą, zawzięcie dyskutowaliśmy na przeróżne tematy oraz wspominaliśmy naszą barwną przeszłość.

W przerwach miedzy spotkaniami telefonowaliśmy do siebie. Był to nasz rytuał, on popijał swoją whisky, a ja wino lub piwo i filozofowaliśmy o życiu i śmierci, o naturze ludzkiej, o tym, kim jest człowiek. Kiedyś Andrzej spytał mnie, co się z nami dzieje po śmierci. Odpowiedziałem mu, iż zapewne przeniesiemy się w to samo miejsce, w którym byliśmy przed narodzinami. Interesowało go moje spojrzenie „obcokrajowca” na wiele wydarzeń w Polsce, Niemczech i na świecie, pytał o niemieckie przepisy oraz regulacje prawne, np. zasady powoływania sędziów sądu konstytucyjnego, a ostatnio o ograniczenia w celu zwalczania epidemii korony i dyskryminowaniu sceptyków, powątpiewających w skuteczność i celowość tych działań.

Ostatni raz rozmawialiśmy telefonicznie chyba na dwa tygodnie przed jego śmiercią. Andrzej powiedział do mnie: „Ale dziś to napiję się z tobą już tylko wody sodowej”.

Traktowałem go zawsze jako starszego kolegę oraz kogoś w rodzaju Ersatzvater – zastępczego ojca. Nigdy mu tego nie powiedziałem, czego teraz bardzo żałuję.

Cześć jego pamięci…

Lipiec 2025

Poniżej linki:

do wydawnictwa Kadruk

do Ksiaznicy Pomorskiej: https://www.ksiaznica.szczecin.pl/wydarzenia/single/id/2766
oraz do audycji radiowej; proszę kliknąć na strzałeczkę przy “0.00”:
https://radioszczecin.pl/index.php?idp=172&idx=10117&go=morelist&sp=2

Leave a comment