Ewa Maria Slaska
Napadało śniegu i o dziwo, jak nie w mieście, długo nie topniał. Przez wiele dni było biało, jasno, czysto, ślisko i wszędzie pełno bałwanów. Nie tropiłam wszystkich, bo się nie dało, pozbierałam tylko “nasze bałwany”, moje, rodziny i przyjaciół. Najpierw chwila wspomnień.
Byłam kiedyś w Warszawie i odwiedziłam kuzynkę, która była i chyba znowu jest wicedyrektorką wielkiej i ważnej biblioteki. Weszłam do jej gabinetu i powiedziałam, że przed biblioteką stoi bałwan. “Bibliotekarz”, odpowiedziała pani dyrektor bez namysłu.
To nasze najdawniejsze zanotowane artystycznie zdjęcie bałwana. Na zdjęciu obrazek namalowany przez wnuka, wówczas pewnie trzyletniego, nie wiem dokładnie, ale w Berlinie śnieżne zimy są co dziesięć, piętnaście lat, więc tak przypuszczam, że to np. zima 2013 roku.

Zdjęcie wymaga kilku wyjaśnień. Po pierwsze bałwan, miał na imię Paproch, został wykonany tak, żeby go można było ze sobą nosić. Chodziliśmy po wielkim parku i ustawialiśmy go to tu to tam, a to na zjeżdżalni, a to pod pomnikiem Starego Fryca, a to przy stawie, gdzie w rozpuszczonej przybrzeżnej wodzie taplały się społem małe i duże ptaki wodne, łabędzie, perkozy, kurki, kaczki. Nie mówcie nikomu, ale karmiliśmy je ciasteczkami adwentowymi, które były posypane jadalnym złotkiem. Trochę tego złotka przeszło potem na dzieło namalowane przez wnuka po spacerze. Po lewej ja, po prawej Antoś, między nami Paproch, a pod spodem, ślady Yetiego. To był czas, że Yeti nas bardzo zajmował. Antoś gotował mu zupy, a gdy na tzw. lotniczym placu zabaw wsiadaliśmy do helikoptera i lecieliśmy w Himalaje, zabieraliśmy ze sobą tort urodzinowy dla Yetiego. Przez jakiś czas byłam babcią Yetiego.
Być może tej samej zimy powstały dwa bałwany na balkonie. Antoś i ja, ja to ta większa. Stoimy bardzo ryzykownie i kiedyś w końcu jako bałwany (jak te bałwany) spadliśmy na dół. Dwa następne bałwany powstały na balkonie kilka dni temu. Tym razem ja to ta mniejsza, większy to Konrad. Niektórzy twierdzą, że to naprawdę my, “jak żywi”.



W tamtych zamierzchłych czasach powstał też bardzo wypracowany bałwan Sponge Bob zbudowany w Poznaniu przez Tomka, męża Eli i ich małego wówczas wnuka, tak małego, że bałwan był raczej dziełem Dziadka niż wnuka. W tym roku Dziadek chory, a wnuk już nie robi bałwanów. Ale robił i to jakie – ta gromada malutkich bałwanów to jego dzieło z 2017 roku. Okularnika z papierosem stworzyła Ela – stanął kiedyś na Kasprowym Wierchu, a ten ostatni gromny bałwan, to, każdy widzi, Zając Wielkanocny z czasów, gdy rodzina Eli jeździła na święta do Lachowic, wioski, w moim pojęciu, na Podhalu. Ale co ja tam wiem. Wikipedia podaje, że to powiat suski, województwo małopolskie. Słowo Podhale nie pada.




To wszystko stare czasy, ale inspiracja przygotowaniami do tego wpisu obrodziła nową parką, dwa małe bałwanki, niedzielne dzieło Eli i jej wnuczki:


W naszej rodzinie Antoś i Tata co roku robią bałwany, znacznie większe i bardziej interesujące niż Paproch.
W roku 2025 był Jabba z Gwiezdnych Wojen i jego mały kumpel, a w tym roku jakiś bożek inkaski, a może aztecki.




A tu jeszcze jedno zdjęcie od Eli; tym razem Tomek ułożył (kiedyś) piramidę z kamieni, a śnieg samoistnie zrobił bałwana.

***
Natomiast Krysia, zamiast lepić bałwany poszła “na lody”. Kanał Landwehry na Kreuzbergu. Policja twierdzi jednak, że lód jest za cienki (na zdjęciu widać, że miejscami go nie ma) i przez całą niedzielę spędzała “ślizgaczy” z lodu.


Co mi natychmiast przypomniało wierszyk ze Wspomnień niebieskiego mundurka Gomulickiego:
Na próżno jędza
W postaci księdza
Z lodu nas spędza
W pierwszej B klasie
W zimowym czasie
Nikt mu nie da się.
No ale niewykluczone, że idzie pdwilż i piękna biała berlińska zima właśnie się kończy, a to znaczy, że bałwany odjeżdżają ciężarówkami na Antarktydę.
