Od Adminki: Wiersz przysłała mi Dorota Biłous z Wrocławia, opatrując go takim komentarzem: Wiersz Feliksa Netza, który opowiada o moim tacie. Dzidek to tata, a ten niespotykanie stary człowiek to mój pradziadek. Takie historie.
Feliks Netz urodził się 26 grudnia 1939 w Kretkach Dużych koło Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie), zmarł 12 kwietnia 2015 w Katowicach, poeta, prozaik, dramaturg radiowy, tłumacz, krytyk literacki i filmowy, publicysta.
Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Feliks_Netz
Niewłączone do Księgi Psalmów
Nad rzekami Babilońskimi, tameśmy siadali
i płakali, wspominając na Syjon.
Psalm 137
Siedzieliśmy nad wodami Kwisy, było upalne
lato, piąte po wojnie, kościotrupy kamienic
spalonych do ostatniej cegły, myszkowaliśmy
po piwnicach – МИН НЕТ! Nie wywietrzał odór
spalonych ciał – dotknąłem kamienia tuż przy
betonowym dnie piwnicy, „ciekawe – powiedział Dzidek,
jak długo kamień przechowuje
pamięć ognia”;
w jego jak i moim poniemieckim domu zobaczyłem
niespotykanie starego człowieka w palcie (było lato!)
i czapce naciśniętej na uszy, spisującego nie
mający końca korowód nazwisk. Dzidek: „spisuje
wszystkich mieszkańców Kołomyi, jakich zapamiętał
a znał ich tysiące, budował mosty i wiadukty
w powiecie, a nawet dalej, zapisał już całą walizkę
papieru prośbowego”;
siedzieliśmy nad wodami Kwisy, mocząc nogi
o zdeptanych stopach, mytych byle jak wieczorem
pod nieuważnym wzrokiem matki, zrogowaciałe,
popękane pięty, skóra jak zelówka, nie miękła, gdy
nasze jedenastoletnie ciała pluskały się w statecznym
nurcie Kwisy, leżeliśmy na wznak, lekko poruszając
dłońmi, niby płetwami, z ciężkim słońcem na wargach,
z marzeniem w zmrużonych oczach, by prąd poniósł nas
do morza, tego lub tamtego, jakie to były morza, żywe
czy martwe, nie ja, lecz pamięć
nie pamięta;
siedzieliśmy, Dzidek (zmarł tej wiosny zastanawiam się
jak długo prochy przechowują pamięć ognia) i ja
spośród całych rodzin z i spod Kołomyi, Tarnopola
Drohobycza, a nawet z Bukowiny, kobiety w majtkach
i biustonoszach, dzieci na golasa, mężczyźni w spodniach
i gimnastycznych podkoszulkach, ponad głowami hasały
motyle, czasem zabuczał na najższej strunie trzmiel
opity bimbrem spływającym z szyjek niezatkanych
butelek, mężczyźni grali w karty milcząc, zrzucali je z furią
jak broń długą i krótką, kiedy wychodzili z lasów,
czasami któryś się nagle zapatrzył gdzieś, w jakiś punkt,
w jakąś dal, z kartą w ręce, która, jakby ją nagle odcięto,
przemierzała rozległe przestrzenie od morza do morza,
ale jakie to były morza, żywe czy martwe, nie ważne,
bo już nikt nie myślał o ucieczce, ni morzem,
ni lądem;
nie harfy wieszaliśmy na wierzbach, ale mokre gatki,
i halki, czasem któraś przeprała jedwabne pończochy,
poruszały się w nieruchomym powietrzu z cichym
szelestem, budząc w nas już nie dzieciach, po prostu
chłopakach słodki dreszcz;
nie śpiewaliśmy, bo jakże mieliśmy śpiewać, skoro –
słowa są Dzidka, nasze pieśni zostały tam, nad
Czeremoszem, na polach kukurydzy, w łanach jęczmienia,
w oślepiającej bieli ziemniaków wyrwanych z nacią,
z ziemi czarnej i tłustej, w srebrnych kłosach pszenicy
w zapatrzonych prosto w słońce słonecznikach
w studniach, w które wykrzykiwaliśmy nasze
imiona, aby dotarły do podziemnych miast
w wysokich trawach, w których zaplątywały się
nasze psy, jakże mieliśmy śpiewać, skoro każdy
chciał, aby jego serce, owinięte w liść łopianu
pochowano tam, gdzie, a było to pewniejsze niż śmierć
nigdy więcej jego stopa nie postanie, nie pozwolą
na to duchy żołnierzy radzieckich, które wychodziły
z grobów na szczycie Kamiennej Góry na nocny patrol
czasem ktoś zderzył się z duchem, bywało, że chciał
go wyminąć, próbował z lewa z prawa, w końcu
usłyszał jakby dochodzące z głębokiej studni:
spoj s nami – tiomnaja nocz’ tolko puli swistajut
w dali, tolko puli swistajut…
Jakoż mamy śpiewać mówili ludzie siedzący nad
wodami Kwisy, my, wygnańcy w ziemi cudzoziemców,
niech przyschnie język mój do podniebienia mego,
mówi we śnie stary człowiek w grubym palcie,
w czapce (lato!) naciśniętej na uszy, ba, myśli
strapiony, jak ma przyschnąć,
skoro mi go wyrwano.
