Zbigniew Milewicz
Od strony ulicy, na parterze, mieści się pod tamtym adresem elegancka kawiarnia, już od wielu lat. Najpierw nazywała się Chopin, a teraz Paterman, od nazwiska właściciela, chorzowianina z dziada pradziada, który stworzył całą sieć tych lokali. Nazwisko ma niemieckie, ale polską duszę, co lubi podkreślać w różnych wywiadach. Kiedy przyjeżdżam do Chorzowa, zwykle zachodzę tam na kawę i sobie wspominam, jak mi się żyło piętro wyżej na przełomie lat 50 i 60.


Wolka, sfotografowana latem 2006 r., kiedy jeszcze tętniła życiem. Źródło: Wikipedia
Te dwa zasłonięte okna ponad kawiarnią należały kiedyś do naszego mieszkania. Źródło: https://www.tripadvisor.de/Restaurant_Review-g274759-d8009876-Reviews-Cafe_Paterman-Chorzow_Silesia_Province_Southern_Poland.html
Byłem akurat w okresie dojrzewania, już nie dziecko, jeszcze nie mężczyzna, ale hormony już we mnie buzowały. Przechodziłem typowe dla tego wieku męki pożądania na punkcie płci przeciwnej; ten ląd był przeze mnie jeszcze nie odkryty, a wyobraźnia szalała i zaspokajałem ją podobnie, jak moi nastoletni rówieśnicy, żeby sobie ulżyć i nie zwariować. Dzisiaj, w mediach społecznościowych, młodzież pisze o masturbacji bez obciachów, są odnośne selfiki, dawniej za grzechy nieczystości wielu spowiedników groziło piekłem i młody człowiek stał między młotem i kowadłem.
Zanim straciłem cnotę, upłynęło jeszcze kilka lat, a przecież gdybym tylko nie był wobec dziewczyn tak cholernie nieśmiały, nie musiałbym tak długo czekać. Inga Pohl mieszkała w oficynie naszego domu, na najwyższym piętrze, jej ojciec pracował w hucie Kościuszko, mama pomagała nam czasem w gruntownym sprzątaniu mieszkania, zakupach, praniu. Rodzina była sympatyczna, a Inga sam miód – nieduża, trochę pulchna, ale proporcjonalnie zbudowana brunetka o uwodzicielskim uśmiechu i kocich ruchach. Była o parę lat starsza ode mnie i oczywiście wiedziała, że mi się podoba; próbowała mnie ośmielić na różne sposoby, raz – pamiętam – głęboko wyciętym dekoltem sweterka, kiedy indziej kuszącym makijażem, zapachem perfum, zmysłowym ruchem bioder… Zdarzały się chwile, że znajdowaliśmy się sam na sam w jej, albo moim mieszkaniu… I nie umiałem takich dogodnych sytuacji wykorzystać, coś mnie blokowało. Któregoś dnia nieoczekiwanie dowiedziałem się, że Inga wychodzi za mąż za faceta, który nazywa się Kiełbasa. Powiedziała mi o tym sama, jakoś tak lekko, więc pomyślałem, że żartuje. Stwierdziła, że kiełbasa jest w Polsce towarem reglamentowanym, więc musi skorzystać z okazji. Byłem na ich ślubie i skromnym weselu, urządzonym w niedużym mieszkaniu rodziny Pohlów. Pamiętam wcześniejszy, tradycyjny polterabend, jak z ich poddasza z wielkim hukiem lecą na bruk podwórka porcelanowe talerze, na szczęście dla nowożeńców. I jeszcze jedno utkwiło mi w pamięci, słowa Ingi, które usłyszałem, kiedy zaprosiłem ją do weselnego walca: to mogłeś być ty, ale nie chciałeś.
Aby ukryć zmieszanie, odparłem rezolutnie, że najpierw liceum muszę skończyć, że jestem za młody do żeniaczki. Byłem wtedy chyba w klasie przedmaturalnej, już trochę mniej nieśmiały wobec spódniczek. Po weselu urwał nam się kontakt, ponieważ nowożeńcy zamieszkali w innej części Chorzowa; od mojej mamy dowiedziałem się, że załatwiła Indze pracę w branży mięsnej, na czym jej bardzo zależało. Ponownie spotkaliśmy się dopiero po około trzydziestu latach, ale o tym nie teraz.
Wrócę tylko jeszcze na chwilę do wątku tej mojej nieśmiałości. Otóż ojczym Stefan, z wykształcenia inżynier lądowy, który nigdy nie wtrącał się słowem do mojego wychowania, za to chętnie służył zarówno dobrym, jak i niedobrym przykładem oraz pomagał mi przy odrabianiu trudnych zadań z matmy i technicznego rysunku, często z rozbawieniem recytował w domu Frania. To był wierszyk z jego ulubionych Słówek T. Boya-Żeleńskiego, który brzmiał tak:
Franio był to chłopiec mały,
Ale był bardzo nieśmiały.
Lubił widzieć u siostrzyczki,
Kiedy zdejmuje spódniczki.
Zaraz robił się niebieski
I w oczach miał rzewne łezki.
Aż mówiła dobra niania:
«Żeby szlag nie trafił Frania».
Albo się w kąpieli śmiała:
«Tobie by się żona zdała».
A on patrzył przestraszony,
Bo nie był uświadomiony.
Naradził się Tato z Mamą
I Babunia tyż to samo,
Że to już ostatnia pora
Zawieźć Frania do doktora.
Doktór zaraz wziął trzy ruble
I kazał go moczyć w kuble.
Powiedział, że to dziedziczne
Cierpienie psycho-fizyczne.
I że mu to przejdzie z wiekiem,
Jak będzie dużym człowiekiem.
Złe sobie daje świadectwo,
Pewnie nieprzypadkowo tak często słyszałem akurat ten wierszyk, bo wreszcie przestałem obcałowywać po kryjomu nasz pierwszy, domowy telewizor, w którym występowała jedna urodziwa prezenterka i przepoczwarzyłem się. Z chłopięcia nieśmiałego w pewnego siebie lowelasa, któremu żadna dziewczyna nie jest w stanie się oprzeć, w czym oczywiście mocno aktorzyłem. Moim wzorem był Stefan, którego raz podziwiałem, innym razem nienawidziłem, z czego zdałem sobie sprawę dopiero po latach, jako dorosły. Wtedy naśladowałem go bezwiednie; dojrzewający chłopcy muszą skądś brać budulec na swoją późniejszą strukturę osobowości. Mama później często do tego wątku wracała, mówiła, że mieliśmy podobne ruchy, zachowania, gesty.
Kiedyś ojczym przyniósł do domu ilustrowane Bajki dla dorosłych Aleksandra Fredry, a raczej ich czarno-białą fotokopię któregoś tam z rzędu tłoczenia, więc się za bardzo nie zgorszyłem, choć niektóre frazy i obrazki zrobiły na mnie wrażenie. Innym razem jakieś długopisy przyniósł, z namalowanymi panienkami. Jak się taki długopis brało do ręki, to się zaczynały rozbierać do naga i tak się uczyłem dorosłego życia. Mama, jak to kobieta, uświadamiała mnie inaczej, w sposób bardziej subtelny. Lubiła posługiwać się symbolami i tak przypadkowy seks, z byle kim, byle gdzie i bez miłości porównywała chętnie do jedzenia na brudnym talerzu. Była zwolenniczką estetyki w każdej dziedzinie życia i to starała mi się w dobrej wierze wpoić, a ja, ponieważ jej ufałem – przyjąć za życiowy wzorzec.
Siedzę w Patermanie, jak jest ciepło to ogródku, a zimą wewnątrz, obserwuję uliczny ruch i po raz kolejny dochodzę do wniosku, że to już nie ta sama Wolka. Zrobiła się jakaś martwa. Większość obiektów handlowo-usługowych zamknięta, przeciętni ludzie mają pusto w portfelach, bo pozamykali im zakłady pracy i żyją z socjalnych zasiłków, albo na kredyt, ale tak dzieje się nie tylko w Chorzowie. Za moich czasów na tym głównym, chorzowskim deptaku widziało się prawdziwe rewie mody, kto kupił sobie jakiś nowy ciuch, albo dostał go w paczce z RFN, szedł się w nim tam pokazać. Po głównej ulicy miasta przemieszczały się pochody 1-majowe, paradne orkiestry górnicze, z okazji Barbórki ( niestety także kondukty pogrzebowe, kiedy w którejś z miejscowych kopalń dochodziło do wybuchu metanu, albo tąpnięcia ). Wolka była głównym miejscem, gdzie chodziło się na podryw, czyli jak to padajom na Sląsku, na chyt. Tam była strefa płatnej miłości, tyle, że nieoficjalnie, bo formalnie prostytucja w PRL-u nie istniała. Kto miał więcej pieniędzy, ten mógł zostać nawet klientem słynnej pięćsetki, która swój pseudonim zawdzięczała pobieranej stawce. Słynęła z wielkiej urody tudzież wyzywających ubiorów i makijaży, choć, jak twierdziły zazdrosne o nią chorzowianki, za bardzo nie grzeszyła inteligencją.
Słowem działo się tam, a działo. Kto miał szczęście przy Wolce mieszkać i z okien widział ulicę, ten mógł się czuć jak w żywym teatrze. Scenografia co prawda cały czas była ta sama, ale ciągle przybywali nowi aktorzy, zmieniały się wątki, teksty i rekwizyty. Na parapetach okiennych rozkładało się dla wygody koce, albo poduszki, a ponieważ prawie wszyscy dorośli palili wtedy papierosy, to ci kulturalniejsi mieli przy sobie także popielniczki. Czasem widz stawał się aktorem, n.p. jak sobie coś wypił, ale zwłaszcza w letnie, niedzielne popołudnia wszystkie okna na Wolce były obsadzone i słychać było komentarze, w stylu:
– Ty lebrze, łostow jom w spokoju
– W tym szakecie wyglondosz jak kanarek
– Fajniście odpierdolono dziołszka
Żal mi tamtego świata, który już przeminął, a co do odpierdalania, to w gwarze śląskiej znaczy, że ktoś ładnie wygląda.
Do zobaczenia za tydzień.

Cześć Zbychoo,, jak zwykle leciutkim pióreczkiem, poruszyłeš niełatwe doświadczenia młodziutkiego Zbigniewa.Nie wiem, jak jesteś dziš ustosunkowany do spożywania mięsa, ale powiem, że uciekł Ci niesłychanie smakowity kąsek w postaci Ingi, która swym najpierw niewątpliwym urokiem panieńskim, a później małżeńskim nazwiskiem, plus wykonywanym zawodem (na tym etapie Twych wspomnień), napewno pobudza wszystkie zmysły zarówno niektórych jaroszy, jak i niejedne osoby “wszystkożerne”, rodzaju męskiego.
Ale po przeczytaniu zacytowanego przez Ciebie wierszyka o psie Kruczku (wpis z maja 2020), stwierdzam, że ” tam gdzie baba nie może, tam wyślij…psa”. Pozdrawiam…
Droga Tereso, ten smakowity kąsek wcale mi jeszcze nie uciekł. Dzięki genowi nieśpieszności, oddziedziczonemu po wileńskich przodkach po mieczu, jak dorwę kiedyś Ingę w zaświatach, to zarówno niebo, jak i piekło się zatrzęsą i to nie ze śmiechu. Pozdrawiam nieustannie, Z.