Wolka osiemnaście

Zbigniew Milewicz

Do dziś śni mi się tamten adres. Teresa Rudolf w swojej psychoterapeutycznej mądrości może powiedziałaby: to dlatego, że nie przerobiłeś tematu do końca i się odłożył w twojej podświadomości… Dlatego spróbuję tam wrócić, póki jeszcze pamiętam to i owo, może podświadomość mi odpuści i doczekam się kolorowych snów z nowohuckim, albo mazowieckim tłem, bo tam też mieszkałem. Boże, gdzie ja nie mieszkałem…

W Warszawie nie miałem stałego adresu, choć często o tym marzyłem, ani nad morzem, albo w górach, dlatego, jak mi się śnią te miejsca, to tylko surrealistycznie, latam nad nimi, nurkuję, śpiewam im swoją zachwyty, ale na chorzowskiej Wolce to zawsze konkretnie jestem. Na dobre i na złe. Mam tam swoje piętnaście, albo trochę więcej lat, swoje marzenia, żeby zostać marynarzem i zwiedzić piękny świat, wziąć w objęcia Ingę i przynajmniej ją pocałować, albo wystąpić na scenie i zaśpiewać tak, żeby oklaskom publiczności nie było końca. Albo chociażby przespać spokojnie noc, żeby ojczym Stefan po pijanemu się nie awanturował. To był wspaniały człowiek, kiedy był trzeżwy, bodajże w miarę. Inteligentny, oczytany, dowcipny, recytował z pamięci swojego Boya, Marianowicza, Gałczyńskiego, Jurandota… Dziś myślę sobie, że kiedy go brało na poezję, to może już był znowu lekko zaszczepiony, bo ja dziś reaguję na alkohol podobnie, choć  nie mam jego genów. Mniejsza o to; w każdym razie zdarzało mu się nie pić dzień, tydzień, miesiąc, albo i dłużej, a przynajmniej przysięgał na wszystko, że tak jest, aż wreszcie powiadał mojej mamie: Nineńko idę do kiosku po zapałki, bo się skończyły, albo:  zobaczę, co grają w Polonii i znikał. Polonia, to było kino naprzeciw naszego domu, w którym grano znakomite produkcje filmografii  zachodniej lat 60., choć oczywiście film  radziecki stał w czołówce.

Zawsze wcześniej lub później do nas wracał, finansowo spłukany, w wymiętej odzieży, pokorny i opuchnięty. Nie wiem, jak jego zwierzchnicy w Mostostalu, gdzie pracował, tolerowali jego bumelki, ale był zdolnym inżynierem, więc zapewne przymykali oko. Poza tym, kto wtedy budował Polskę Ludową na trzeźwo? Moja mama szczerze kochała ojczyma i przyjmowała jego powroty z pijackich wypraw na początku ulegle, później zaczęła sypać mu antabus do ulubionej grochówki i patrzyła, jak się wije, skręca i wymiotuje do zlewu. I mówiła mu wtedy, że to ma przez wódkę. Jeździła za nim do Nowej Huty i pod Piotrków Trybunalski, gdzie delegowała go firma, a ja jeździłem z nią. Chorzów,  Wolności 18, to był jednak stały adres i tam zawsze wracaliśmy. Mieliśmy do dyspozycji tylko jeden pokój, całkiem spory, ale tylko jeden, więc ojczym Stefan, ponieważ był inżynierem, poprzegradzał go jakimiś utwardzonymi płytami tak, że zrobił z niego salon, kuchnię i przedpokój, z regularnymi wejściami, w których moja mama zawiesiła kotary z firanek, więc była to imitacja mieszkania, trochę teatralna, ale świetna. Mama z ojczymem spali w salonie na tapczanie, ja na amerykance naprzeciw, na rozkładanym, jednoosobowym fotelu. Jak się obydwoje kłócili, to później, kiedy zostawałem sam w mieszkaniu, boksowałem pięściami swój fotel, wyobrażając sobie, że dostaje się Stefanowi. Mówił, że zasmakował w gorzale w czasie Powstania Warszawskiego. Wedle jego relacji był wtedy zbyt młody, żeby walczyć z Niemcami i dowódca oddziału zlecił mu produkcję bimbru, którym przed akcją raczyli się dla kurażu powstańcy. Żeby udowodnić starszym kolegom, że się do tej roli nadaje, musiał wypić jednym haustem  blaszany garnuszek bimbru, a później pocałować denko i gwizdnąć. Czy była to prawda, tego nie wiem. W czasie studiów w Krakowie wpadła mi do ręki pewna publikacja z listą osób, poszukiwanych przez władze hitlerowskie za udział w Powstaniu Warszawskim i przestępstwa popełnione przeciw III Rzeszy, za które groziła kara śmierci. Znalazłem wtedy na niej m.in. dane mojego ojczyma i myślę sobie,  że za samą produkcję bimbru Stefan Szczepkowski na nią nie trafił. W czasach komuny w Polsce za zbrojny udział w Powstaniu Warszawskim ludzie również ponosili poważne konsekwencje, ze śmiercią włącznie, więc może bezpieczniej ojczymowi było snuć opowieści  o tamtym bimbrze.

Rodzice mojej mamy nie lubili Stefana, więc na Wolności nigdy nie gościli. Po pierwsze, podobnie jak mama, był rozwiedziony, a to wówczas w kościele katolickim ważyło więcej niż dzisiaj.  Po drugie, pochodził z Sosnowca. Po trzecie lubił sobie za bardzo wypić. Z tej racji, że czasem chodziłem dla Stefana do sklepu po jego ulubione piwo, marki Pokrzep się , mój dziadek Erwin nazywał go złośliwie pokrzepką. Wśród kolegów od kielicha miał pseudonim opuchlik, bo jak mocno popijał, to zaczynał puchnąć na całym ciele, o czym już wspominałem. Kiedy udawało mu się na dłużej odstawiać alkohol, wsiadał na swoją ulubioną emzetkę , szykowny, wschodnioniemiecki motocykl i jeździł nim gdzie bądź. Na szczęście na bańce nigdy tego nie robił. Woził mnie albo mamę na tylnym siodełku, a raz nawet babcię  Jadzię udało mu się namówić na przejażdżkę, bo zdarzało jej się zakopywać wojenny topór, tyle że rzadko. Legenda rodzinna mówi, że zawiózł ją na wycieczkę do Morskiego Oka. Kiedy warunki na szosie i górskie wertepy nakazywały mu zmniejszać prędkość, robił to, co babci się nie podobało i kazała mu jechać szybciej. Oczywiście jej nie słuchał i po powrocie do Chorzowa pani Paluchowa znowu miała kwaśną minę.

Największą niedogodnością mieszkania przy Wolności 18, była ciasnota. Lekcje odrabiałem przy okrągłym stole, w centralnej części pokoju, przy którym jedliśmy od święta; na codzień wystarczała nam kuchenka. Wieczorem zamieniała się ona w łazienkę, za przyczyną balii, gdzie mama wlewała gorącą wodę, zagrzaną na maszynce elektrycznej; pieca kuchennego nie było. Nie pamiętam, jak było z ogrzewaniem, czy mieliśmy centralne, albo piec kaflowy na węgiel? Mniej więcej raz w tygodniu, zwykle w sobotę, chodziliśmy z mamą porządnie wykąpać się do dziadków, na Wesołą, a Stefan do swoich rodziców, którzy mieszkali nieopodal, przy ul. Szczęśliwej. Na Wolce mieszkaliśmy na I piętrze; ubikacja  znajdowała się  pół piętra niżej i korzystaliśmy z niej wspólnie z sąsiadami.

To mieszkanie miało jednak także wiele plusów. Przede wszystkim wszędzie było blisko – do Słowaka, czyli mojego liceum, do kościoła Jadwiżki , kin PoloniiPanoramy i Colloseum, wszystkie mieściły się na Wolce. Czwarte, Pionier, sąsiadowało z Deltą, w pobliżu ratusza – modną chorzowską kawiarnią, do której z naszego mieszkania mieliśmy może dwie minuty. Użyłem z rozmysłem liczby mnogiej, ponieważ  niepełnoletniego obowiązywał zakaz wstępu do kawiarni, chyba że towarzyszyli mu dorośli opiekunowie. Do dobrego zwyczaju należało zaś, że po niedzielnej sumie w parafialnym kościele pw. Św. Jadwigi, ten kto finansowo mógł sobie na to pozwolić,  szedł do kawiarni; do MagnoliiNaszej albo właśnie Delty. W mieście było więcej takich lokali, ale te należały do najelegantszych, choć wtedy rzadko odwiedzało się je całymi rodzinami. Ktoś musiał zostać w domu, aby uwarzyć niedzielny obiad. Mama robiła go już rano, więc szła ze Stefanem, ze znajomymi i ze mną najchętniej do Naszej, dużej kawiarni przy rynku, gdzie grała świetna, damska kapela. Pisałem już  o tym tutaj, w cyklu W górę rzeki, więc tylko podzielę się żalem, że tak sympatycznych lokali już niestety nie ma.

Mieszkaliśmy przy głównym, chorzowskim deptaku, wobec czego często gościliśmy różnych krewnych, albo znajomych mamy i Stefana. Wpadali zwyczajnie pogadać, zagrać w remika… Mama pracowała w katowickiej dyrekcji MHM, przedsiębiorstwa handlującego mięsem i jego prztworami, towarem deficytowym w PRL, więc przychodzili także w interesach. Nie pamiętam, żeby wtedy na stole pojawiał się alkohol; jakieś wypieki mamy – owszem, do tego kawa, czy herbata, ale trunki były tylko od święta. Na urodziny, Boże Narodzenie, Wielkanoc. Na urodziny dorosłych oczywiście, ale nie zapomnę mojej szesnastki. Lutek Czarnecki z Wieśkiem Polczykiem, najlepsi koledzy, których zaprosiłem do siebie na tę uroczystość, postanowili dać mi dorosły prezent, a mianowicie dwie butelki wina. Dostałem je po kryjomu dzień wcześniej, schowałem w miejscu, gdzie mama z ojczymem rzadko zaglądali i wydawało mi się, że jestem przebieglejszy od Azji Tuhajbejowicza. Mama przygotowała dla nas coś dobrego do jedzenia, do picia dostaliśmy lemoniadę i poszła ze Stefanem do kina, żeby solenizant i jego goście poświętowali sobie “bez krępacji” w swoim gronie. Poczekałem, aż drzwi zamkną się za nimi, otwarłem swoją skrytkę, ustawiłem butelki na stole i korkociągiem, który Lutek miał przy sobie otwarłem pierwszy prezent. Drugim zajął się Wiesiek, bo mnie szło to trochę niezdarnie i akurat wtedy drzwi wejściowe znowu się otworzyły.
–  Zapomniałam biletów – usłyszałem głos mamy.
W pierwszym momencie uwierzyłem, ale kiedy spojrzałem na jej twarz, kiedy z dobrotliwą ironią powiedziała, co o nas myśli, zrozumiałem, że wszystko wcześniej przewidziała. Do dziś nie zapomnę  bulgotu tego wina, wylewanego przez mamę do zlewu, tej swojej bezsilności, że choć patykiem pisane, to się tak marnuje i mojego wstydu oczywiście, że zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Stefana przy tym nie było.
–  Macie jeszcze coś?
Pokręciliśmy przecząco głowami i wtedy rzeczywiście poszła do kina.

cdn

2 thoughts on “Wolka osiemnaście

  1. Cześć Zbychoo,
    osobiście mam nadzieję, że będziesz zajmował się swoją podświadomością w kilku, do kilkunastu odcinków, bo się Twoje teksty wyśmienicie czyta.
    Pozdrawiam…😅

  2. Co za dużo to nie zdrowo miła Tereso, ale bardzo dziękuję i pozdrawiam serdecznie 🙂

Leave a comment