Sofia – Serdica / София – Сердика

Lidia Głuchowska

Do Sofii przylecieliśmy z Berlina nad ranem w niedzielę. Różnica czasu wynosi godzinę, czyli gdy u nas jest 8.00, to tam już 9.00. Ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że niemal wszystkie sklepy są otwarte.
Wieczorem okazało się nadto, że ilość tych czynnych całodobowo jest znacznie większa niż w Berlinie czy w Warszawie. Niektóre oddalone są od siebie o zaledwie kilka metrów.


Z lotniska po około 30 minutach dojechaliśmy do stacji Serdika, gdzie w jednym z licznych tu ogromnych przejść podziemnych od razu zaskoczyły nas ślady wykopalisk i antyczne artefakty, w tym ogromne wazy i nagrobki ustawione tam zupełnie bez zabezpieczenia.


Okazuje się, że pierwotnie znajdowała się tu tracka osada o tej właśnie nazwie, wywiedzionej od plemienia Serdów, w 29 roku n.e. podbita przez Rzymian. Zbudowali oni przebiegającą przez miasto drogę Via Militaris, wiodącą z Konstantynopola do Belgradu. Około 500 r. p.n.e. osiedliło się tu plemię Odryzów, które mieło własnego króla. W IV w. p.n.e. miasto przejściowo znajdowało się pod władaniem Filipa Macedońskiego i jego syna Aleksandra Wielkiego. Historia miasta jest bardzo złożona. W połowie V w. n.e. zostało zniszczone przez Hunów, a potem, do 809 r., kiedy to opanował je bułgarski chan Krum, było częścią Cesarstwa Bizantyńskiego. Do 1879 roku Słowianie zwali to miasto Sredec (środek), a następnie zmieniono jego nazwę na współczesną (która we wzmiankach pojawia się jednak już w XIV wieku), kiedy to miasto stało się stolicą Bułgarii. Nastąpiło to po trwającym od 1382 roku panowaniu tureckim, które pozostawiło po sobie liczne ślady w architekturze miasta.


Z okien naszego centralnie położonego hotelu Riła (Рила, nazwanego tak od najwyższego pasma górskiego Bałkanów słynącego z wielkiego klasztoru/monastyru) rozpościerał się widok na wielką górę przynależącą do masywu Witoszy, u której stóp, w kotlinie, leży Sofia. Ze względu na zachmurzenie nie mogliśmy jej jednak podziwiać codziennie. Miasto poznaliśmy w różnych odsłonach, gdyż w nocy po naszym przybyciu spadł śnieg. Tutejsze służby porządkowe nawet w centrum potrzebowały półtora dnia, by nad nim zapanować, więc na wszechobecnych tu śliskich brukach nietrudno było o wypadek.

Właściwie czasu na zwiedzanie nie było, gdyż przyjechaliśmy tu, by wypełnić konkretną misję – zamontować i otworzyć wystawę, o której pisaliśmy w minionym tygodniu

Hommage á Bunt

Załączone zdjęcia to po prostu rejestrowane w pośpiechu, w większości kilkukilometrowym odcinku w drodze ze stacji Serdika do imponującego gmachu Uniwersytetu Sofijskiego. Zarówno on, jak i wiele eleganckich willi, które mijaliśmy po drodze, emanuje austriacką aurą ze schyłku XIX wieku. Gdy podzieliłam się tym spostrzeżeniem z pracowniczką Alma Mater Gallery, w której eksponowana była nasza wystawa, powiedziała mi, iż wynika to z faktu, że sprowadzono tu wówczas wielu wiedeńskich architektów. W centrum jest wiele pięknych parków i skwerów ze starymi drzewami o powyginanych konarach. I co zadziwiające nawet przed naszym hotelem przycupnęło małe targowisko. Miasto przyjazne jest spacerowiczom. Ławek jest w nim znacznie znacznie więcej niż w Polsce czy w Niemczech. Przychylniej traktuje się także palaczy. W wielu miejscach publicznych, a także na balkonach w hotelu, zaaranżowane są dla nich przytulne kąciki. W niektórych restauracjach są nawet sale dla palących.


Trzy razy poszliśmy wspólnie na obiado-kolację. Staraliśmy się wybierać tradycyjne lokale, jednakże nigdzie nie udało się nam natrafić na słynne gjuwecze – rodzaj gulaszu pieczonego w tradycyjnie dekorowanych ceramicznych czarkach z przykrywkami. Jedliśmy za to znakomite i ogromne szaszłyki z wielu gatunków mięsa oraz ziemniaki z serem owczym, kozim i krowim, a także warzywa podawane wprost z grillowej patelni.

Ceny w Sofii są około 20 procent niższe niż w Polsce, jednak np. kawa w opakowaniach próżniowych w supermarkecie kosztuje dwukrotnie więcej. Tramwaje są szersze niż u nas – z trzema ciągami krzeseł. W centrum jest także wiele bardzo szerokich ulic i głębokich przejść podziemnych, jak choćby w pobliżu monumentalnego gmachu bułgarskiego parlamentu.


Ostatniego dnia miałam chwilę, by usiąść na balkonie, jedynego dnia, gdy wyszło trochę słońca i gdy wreszcie zobaczyłam na horyzoncie górę. Patrząc na tramwaj zakręcający na schyłku skweru, na który patrzyłam już od przyjazdu, pomyślałam, że Sofia to dla mnie miasto bez kątów prostych. Prawie wszędzie nawet czworoboczne z pozoru place zamykają łuki. Sofia to też miasto kopuł i tych z rozlicznych cerkwi, i tych wieńczących meczety. Poprzednim razem, gdy tu byłam, nie wydawało mi się urzekające. Teraz sądzę, że warto zobaczyć je w pełnej krasie wiosną lub jesienią, równie warto jak nadmorski Nessebyr na skale koło Słonecznego Brzegu, który dotąd uważałam za najpiękniejsze miasto w Bułgarii.

A i jeszcze coś…, Sofia to miasto, w którym młodzi ludzie spontanicznie tańczą wieczorem na ulicach, co widać na filmie…

WhatsApp Video 2025-02-25 at 14.07.38 (1)

Leave a comment