Silva rerum all’italiana… od sempiterny strony (5)

Viator

Słodkie brzemię asocjacji

Większość ludzi doświadcza tego, iż z upływem lat i gromadzeniem się bagażu doświadczeń, coraz więcej rzeczy, miejsc i spraw kojarzy im się z czymś innym, znanym skądinąd. Viator sformułował na własny użytek teorię, że starość zaczyna się w momencie, gdy ilość tych powiązań przekracza masę krytyczną, a wszystko rodzi jakieś skojarzenie, niejednokrotnie zmultiplikowane: zapychają się kanały mentalne i trudno postąpić naprzód.

Przygotowując swą wielką włoską wyprawę Viator długo ślęczał nad mapą, by wyznaczyć miejsca godne wizyty. To był koszmar! Nazwa prawie każdej miejscowości – nie ważne: dużej czy małej – z czymś się kojarzyła, coś przywoływała. Jak nie wydarzenie historyczne, to wątek kulturowy. Jak nie cenne obiekty architektury, to cuda przyrody. Jak nie wybitną postać, to jakąś książkę, piosenkę lub film. Noż kurde, wszędzie coś! Jak wybrać?

Skoro już przyszło pokonać trasę z Genui do Pizy, akurat ta wizyta była oczywista. Za tym skojarzeniem zdecydowanie należało podążyć. Jedyna droga na skalisty półwysep wrzynający się w Morze Liguryjskie prowadzi przez miasto, które – oczywiście – też się silnie kojarzy. Ale o nim więcej, gdy będziemy wracać. Jedyna droga na skalisty półwysep, wąska oraz kręta, jest zapchana samochodami i skuterami: nic dziwnego, gdyż pogoda dopisuje wyśmienicie. Drogę na skalisty półwysep w pewnym momencie barykaduje patrol policyjny, który nikogo nie przepuszcza dalej, bo ponoć wszystkie miejsca parkingowe zajęcie. Ale jakoś się udało przejechać, a nawet znaleźć parking, choć – w rzeczy samej – było to bardzo trudne. Było trudne, ale było warto!

Stojąc na środku Piazza Martiri dell’Olivetta, Viator chłonie piękno w stężeniu zaiste ciężkim do wchłonięcia: kompozycja turkusowego morza, błękitnego nieba, łódek kołyszących się na falach, skał z zamkami i kościołami na szczytach, gąszczu cyprysów, oliwek i parasolowatych pinii, a wszystko to przetykane kamieniczkami nie tylko gustownymi w swej architekturze, ale i pomalowanymi w urocze pastelowe, malinowe, błękitne i słoneczne kolory.

Viator chłonie piękno Portofino, odtwarzając sobie przy tym sławny utwór – to on, rzecz jasna, przywołał tak silne skojarzenia – w wykonaniu Dalidy.

Dlaczego nie wersję Sławy Przybylskiej? Albo Magdy Umer? Gorsze? A gdzie tam! Obie piękne. Każda inna, ale obie cudowne. A jeszcze w kolejce czekają Anna German, Katarzyna Groniec, Andrea Bocelli czy Fred Buscaglione (on właściwie był pierwszy!) i wielu innych. Jednak interpretacja Iolandy Cristiny Gigliotti przypada Wędrowcowi do gustu najbardziej. Zwłaszcza tutaj – tym bardziej, że jest włoskojęzyczna. Te rymy! Portofino – mattino – destino – camminoLove in Portofino… Można słuchać bez przerwy. Chłonąć bez końca.


Niestety, nie można. Czas ruszać dalej. Choć ciężko: siły asocjacji trzymają w miejscu równie mocno, jak piękno półwyspu. Droga powrotna wiedzie, jako się rzekło, przez to samo miasto. Właściwie zbliżone w klimacie do Portofino: podobne skały nadbrzeżne, łódki, morze, niebo, zieleń śródziemnomorska. Tylko charakter znacznie mniej kameralny, bo jest dużo większe. Zamiast kamieniczek pensjonaty i hotele. W jednym z nich sto dwa lata temu powiał pierwszy chłodny wiaterek historii, który 17 września 1939 roku ostatecznie skuł mrozem i lodem ojczyznę Viatora. Powiał chłodem wiaterek, choć był kwiecień, a w Rapallo to już pełnia wiosny.

Opowiadając o swych perypetiach nad jeziorem Como Pielgrzym wspomniał, że nie udała mu się wycieczka do szwajcarskiego Locarno. Bo pierwotny plan był właśnie taki, by odwiedzić oba te miasta, złowrogo skojarzone się z dziejami Polski, a przy tym ściśle związane ze sobą: Locarno i Rapallo. Udało się tylko z Rapallo, gdzie Viator rozważa złe, stare czasy, zamiast po prostu kontemplować czyste piękno. A miasto takie wymuskane, takie cacane…

Leave a comment