Viator
Kamyk jest stworzeniem doskonałym…
Marmur karraryjski… Związek frazeologiczny brzmiący Viatorowi w uszach od jakichś czterech dekad. Słowa, które dźwięczą potężnie, jak… Nie! Nie jak spiż, tylko właśnie jak marmur. Słowa dostojne, uroczyste. A swój patos zawdzięczają nie wyłącznie skojarzeniu z największymi dziełami Pisano, Michała Anioła czy Berniniego, ale też nagromadzeniu głoski „r”, onomatopei, która dobitnie odzwierciedla ową twardość i potęgę wapiennej skały.
Na horyzoncie pojawiają się, następnie zbliżają i potężnieją Alpy Apuańskie, które, jak wiadomo, nie są Alpami, tylko Apeninami. A im bliżej do pasma gór, im wyraźniej na ich zboczach widać rumowiska białych skał, przypominające pokrywę śnieżną, tym bardziej w sercu Viatora rosną emocje. Jak przebiegnie konfrontacja marzeń z rzeczywistością?
Odwiedziwszy sporą liczbę polskich kamieniołomów, Viator zakładał, że i te karraryjskie będą zlokalizowane raczej w głąb, niż wzwyż. Tymczasem tutaj złoża marmuru pysznią na dużych wysokościach (nie na najwyższych szczytach, ale jednak bardzo wysoko), co jeszcze dodaje im, by tak rzec, wzniosłości.


Marmur karraryjski… Szlachetny minerał, predestynowany do tego, by wykuwać z niego jeno rzeźby o posągowej piękności? Jak się okazuje, niekoniecznie. Miejscowi kamieniarze ryją w nim różnej wielkości i jakości galanterię drugiego, by tak to ująć, sortu. Nie obrażajmy tych wyrobów, zrównując je z gipsowymi ogrodowymi krasnalami, ale do Piety też im jednak daleko.



W sklepach i sklepikach u podnóża kamieniołomu można nabyć drobnicę marmurową we wszelkich formach i kolorach. A właśnie: kolory! Pielgrzym wyobrażał sobie, że marmur karraryjski musi być śnieżnobiały. Tak nie jest: zdarzają się też skały żyłkowane, szaro-popielate, nawet zupełnie ciemne. I w takiej palecie odcieni można nabyć w owych sklepach różne drobiazgi: figurki, naczynia, wisiorki.

Są też wyroby wykonane z marmuru naturalnego koloru, lecz sztucznie barwione. Ale jak wykonane! I jak barwione! No bo po prostu nie wypada, by marnotrawić marmur karraryjski. Może to być błahostka, lecz nie może być byle jaka!

Jeżeli ten kosz marmurowych owoców nie przekonuje Czytelnika o kunszcie miejscowych plastyków, proszę, zgadnijcie, która brzoskwinia jest prawdziwa. Liczni już sobie na tej kamiennej zagadce połamali zęby.

Miasto Carrara prezentuje się przeciętnie: ani ładne, ani brzydkie. Ma wszakże swą specyfikę: liczne elementy zabudowy, takie jak portale bramne, balustrady, gazony czy nawet fragmenty płyt chodnikowych są tutaj marmurowe.

Ale akurat krzewy zdobiące patio kawiarni na carraryjskim rynku, gdzie Viator wraz z Małżonką przysiadł, by pokrzepić się południowotyrolskim piwem Forst, były zasadzone w brzydkich, brązowych, plastikowych donicach. I oto rowerzysta, który trawersując uprzednio rynek nabrał sporej prędkości, przejeżdżając mimo kawiarni, jak to mówią „nie wyrobił” i wjechał wprost w jedną z donic. Oczywiście rozwalił ją na kilka części. Oczywiście dał pokaz włoskiego temperamentu, głośno i gwałtownie wyrażając swoje zdanie na temat tego, że ktoś śmiał na jego drodze celowo i złośliwie ustawić taką przeszkodę (Viator co prawda nie zna miejscowego języka, ale ten akurat przekaz był klarowny, tym bardziej, że towarzyszyła mu sugestywna gestykulacja). I oczywiście uciekł, zanim właściciel kawiarni wybiegł na zewnątrz. La dolce vita.
Wzniosłość i patos odnalazł Viator kilka dni później. We florenckiej Galleria dell‘Accademia. I bynajmniej nie chodzi o posąg Dawida, za którym od tygodnia podążamy, choć i on jest wykonany ze szlachetnej skały w Alpach Apuańskich dobytej. Idąc korytarzem, prowadzącym ku Dawidowi, Viator, jak wielu przed nim i wielu po nim, z zachwytem mijał półsurowe a półwykończone bloki marmuru z Carrary, w których Michał Anioł rozpoczął rzeźbienie postaci, jakie miały zdobić grobowiec głoszący chwałę papieża Juliusza II. Jak wiadomo dzieło to, z różnych względów, nie zostało nigdy w pełni ukończone. A tytani i niewolnicy wyglądają, jakby próbowali wyrwać się z kamiennego bloku, dopełnić aktu stworzenia. Potężni, majestatyczni… Jak karraryjski marmur. W którym są zaklęci.




Città al tramonto
Wyśniona od dziesiątek lat. Antyczna, etruska Siena. Rozsiadła się dostojnie na wzgórzach, ale to akurat nic nadzwyczajnego: większość najpiękniejszych toskańskich miast i miasteczek jest gniazdami uwitymi na wyniosłościach terenu.
Taką ją sobie Viator wymarzył: potężną, a jednocześnie kameralną, przesiąkniętą tysiącami lat dziejów, całą w ochrach, czerwieniach i oranżach, uwieńczoną strzelistą Torre del Mangia. Taką ją sobie wymarzył, przeczytawszy (nie przeczytawszy: pochłonąwszy!) ongiś Barbarzyńcę w ogrodzie i obejrzawszy setki fotografii. A ona taka właśnie przyjęła Viatora, dopuszczając do większej nawet konfidencji: Torre del Mangia, widziana z perspektywy dziedzińca Palazzo Pubblico, naprawdę zaskakuje.

Ten dziedziniec ratuszowo-pałacowy jest zresztą wart wizyty sam dla siebie. Wilczyca kapitolińska w Sienie zamiast Rzymu? A czemuż by nie? Etruska rzeźba w etruskim mieście jest wszak jak najbardziej na swoim miejscu!


Czytelnicy niewątpliwie zauważyli, że opowieść o Carrarze zatytułował Wędrowiec cytatem z Herberta. Nieprzypadkowo, rzecz jasna. Poeta jest tutaj bardzo ważny. To przecież Herbert sugestywnie opisał Sienę na kartach swego Barbarzyńcy. Niewątpliwie zapamiętał miasto do końca życia. A miasto pamięta o nim. Na dziedzińcu Palazzo Pubblico natrafił Viator na taki oto poster:

Największym zaskoczeniem dla Viatora była jednakże Piazza del Campo, przy której wznosi się Pałac z Wieżą. Wędrowiec widział ją, jako się rzekło, na setkach fotografii. Znał jej rozległość, muszlowaty kształt i kolor bruku. Ale zdjęcia nie oddawały precyzyjnie jednego szczegółu: nachylenia. Piazza del Campo ze wszystkich stron dość stromo opada w dół, zbiegając się koncentrycznie, jak wielka niecka, w okolicach pałacu. Fotografie z trudnością przedstawiają tę pochyłość; zdjęcia, które wykonał Viator, nie są pod tym względem dużo lepsze.

Ponadto wrażenie równej nawierzchni potęgowały fotorelacje ze słynnych konnych wyścigów Il Palio. Wygląda to tak, jakby rumaki galopowały po płaszczyźnie, ale okazało się dalece nieścisłe.
Viator przybył do Sieny w porze dojrzałego popołudnia. Spędził w niej moment, gdy słońce kryło się za horyzontem i miasto stopniowo pogrążało się w mroku, a pozostał do późnych godzin nocnych. Najważniejszy okazał się zachód słońca. Od niego pochodzi tytuł tej opowiastki. I jeśli Wędrowiec nazwał dla samego siebie Sienę miastem zachodzącego słońca, to nie dlatego, aby miała cokolwiek wspólnego z nieświętej, haniebnej pamięci tradycją Sunset Towns rodem z Dixielandu. O cóż więc chodzi?
W momencie, gdy słońce kończyło swój bieg po nieboskłonie, a jego wieczorne promienie pieścić zaczęły gmachy i bruki wykonane z piaskowca, trawertynu, cegły oraz terakoty, nastąpił cud. Viator jest do bólu racjonalny i niepodatny na tanie wzruszenia, ale to był cud. Ochry, czerwienie i oranże w promieniach zachodzącego słońca ożyły. Zamigotały. Zapłonęły. I tego widoku Pielgrzym nigdy nie zapomni.


A gdy już mroki spowiły Sienę, na scenę wkroczyły cienie potężnej, często ponurej, historii. Aż ciary latały po plecach „wte i wewte”.


Te doznania są niewątpliwie subiektywne i niewykluczone, iż mogą być bałamutne. Viator nie doświadczył wszak Sieny o poranku. Może poranek jest jeszcze wspanialszy?
