Jacek Dehnel (reblog z FB z wczoraj, czyli 26 sierpnia)
Izraelscy żołnierze rwący i podpalający egzemplarze Koranu, a potem wysadzający meczet, nie są niczym szczególnym – oglądałem już palących książki księży i talibów, są zdjęcia z palenia książek na Bebelplatzu. To ta sama mieszanina rozbawienia, ekscytacji – ze świadomego przekroczenia reguł – i sumiennej pracy, bo książek wcale tak łatwo nie da się zniszczyć, to wymaga wysiłku, metodycznego niszczenia. Chciałoby się, że wszyscy ci ludzie mieli twarze barbarzyńców, ale to nieprawda: barbarzyńcy nie umieją czytać i niszczą przedmiot, którego zastosowania nie rozumieją. To natomiast są ludzie z obrębu cywilizacji, którzy, przeciwnie, niszczą książki właśnie dlatego, że rozumieją ich zastosowanie.
Jest ciekawym paradoksem, że wyznawcy – o czym mówią z dumą – trzech wielkich „Religii Księgi”, mają szczególne zamiłowanie do palenia ksiąg. Oczywiście, za tym idzie jeszcze gorsze – jak napisał proroczo w 1821 roku Heinrich Heine, którego książki ponad wiek później płonęły na Bebelplatzu, „Tam, gdzie palą książki, będą niebawem palić i ludzi”. W Palestynie i Izraelu trudno mówić o proroctwie, obie strony paliły ludzi już wcześniej. Acz nie sposób zauważyć, że planowa destrukcja meczetów i bibliotek przez siły Izraela, państwa, które histerycznie reaguje na wszelkie porównania do nazizmu, nieodmiennie przypomina planową destrukcję synagog i palenie książek: zarówno zwojów Tory, jak i bibliotek synagogalnych i żydowskich zbiorów prywatnych.
Wcześniejsze wielkie prześladowania Żydów również zaczynały się od palenia, najchętniej Talmudu. Talmud palono w Paryżu w XIII w. (znajdowało się tam ok. 12 tys. egzemplarzy!), w XVI wieku w miastach niemieckich, ale i w renesansowej Wenecji, takie dekrety wydało kilku papieży, a w XVIII wieku – biskupi Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ale też różne stronnictwa żydowskie paliły sobie nawzajem święte księgi: przeciwnicy Majmonidesa jego zwolennikom, sabatejczycy antysabatejczykom, wrogowie haskali stronnikom haskali (np. przekłady Tory na niemiecki czy jidysz), i tak dalej.
W maju pojawiło się inne zdjęcie – pokazujące izraelskiego żołnierza na tle płonącego regału z książkami; początkowo twierdzono, że to biblioteka Uniwersytetu Al Aqsa, potem – że Islamskiego Uniwersytetu w Gazie (faktycznie, wnętrza pasowały do drugiej instytucji, ale być może miały wspólną bibliotekę centralną). To zresztą teraz już bez znaczenia, bo oba te uniwersytety zostały zrównane z ziemią, jeden w styczniu 2024, drugi w październiku 2023. Podobnie jak kilkaset meczetów i niezliczona liczba książek i księgozbiorów.
Mam oczywiście swoje zdanie na temat „świętych ksiąg”, zarówno Koranu, jak i Biblii, i jest to zdanie pod wieloma względami niezbyt entuzjastyczne (doceniam historyczne i literackie znaczenie, co nie przeszkadza mi potępiać sporych części ich zawartości, a także samej koncepcji „świętej księgi”). Ale moje zdanie o paleniu książek i palących książki jest niepomiernie gorsze.
To nie są – powtórzę – barbarzyńcy. Ani ci z Bebelplatzu, ani ci spod Wielkiej Synagogi w Warszawie, ani ci z uniwersyteckiej biblioteki w Gazie. To ktoś znacznie gorszy, niż barbarzyńcy.


