Ewa Maria Slaska
Od przyszłego tygodnia w środy publikować tu będę w odcinkach długi esej historyczno-osobisty Romana Brodowskiego o Ukrainie. Esej powstał po wykładzie, jaki 17 maja 2024 roku na Uniwersytecie Trzech Pokoleń w Berlinie wygłosił Prof. Andrij Portnow z Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Tytuł wykładu brzmiał: “Polska i Ukraina: wspólna historia, asymetryczna pamięć”. Nasz autor nie zgadzał się z wykładowcą i zamierzał z nim podyskutować – w końcu jest człowiekiem, który od lat angażuje się w sprawy Kresów Wschodnich – niestety organizatorzy nie dopuścili go do głosu. Nie było mnie przy tym, nie wiem więc, jak to wyglądało, ale na pewno uważam, że w społeczeństwie demokratycznym każdy ma prawo głosu, bo tak właśnie powinna funkcjonować demokracja. Również nasi przeciwnicy, a co dopiero ci, którzy się z nami po prostu nie zgadzają.
Nasz autor po zgłoszeniu chęci wypowiedzi otrzymał poradę, że jeżeli nie zgadza się z tekstem profesora Portnowa, to niech napisze swój.
Tak też zrobił, a ja, nie czytając (bo go jeszcze nie było), obiecałam, że go opublikuję. I tak też będzie. Zaczynamy w środę w przyszłym tygodniu. A na razie trochę opowiem Czytelni/cz/kom o tym, kim jest Roman Brodowski oraz zacytuję pewien ciekawy tekst o Sowietach i Ukrainie; tekst powstał po angielsku, przeczytałam go po niemiecku, a dla was Kochan/e/i/ przetłumaczyłam go na polski.
***
Roman Brodowski
Urodził się w roku 1959 w Pszczółkach koło Gdańska. Ukończył technikum górnicze w Bytomiu, pracował jako mechanik i technik maszyn górniczych w Bytomiu i w Żorach. Podczas stanu wojennego pisał tak zwane “ścianowce”, czyli utwory o charakterze patriotycznym, które rozwieszał na murach kopalni. Od roku 1983 studiował religioznawstwo Uniwersytecie w Katowicach. W roku 1986 opuścił Polskę z przyczyn politycznych. Zamieszkał w Berlinie (wówczas Zachodnim), tu do dziś pracuje zawodowo i tworzy. Bierze czynny udział w życiu Polonii, głównie tej berlińskiej, ale nie tylko. Współpracuje z berlińskim miesięcznikiem polonijnym Kontakty oraz bawarskim Po prostu, z polskojęzyczną rozgłośnią radiową w Grodnie oraz z tym blogiem. Twierdzi, że jest “pszczółkowianinem, korzeniami sięgającym Kresów, ale przede wszystkim stara się być Polakiem kultywującym na obczyźnie nasze wspólne, polskie tradycje”.
Związany emocjonalnie z Kresami (zwłaszcza Grodzieńszczyzną), co roku odwiedza Grodno, Lidę oraz inne miasta naszych byłych kresów leżące na Białorusi, by tam na wieczorach poezji prezentować swoją twórczość. Zainicjował i prowadzi coroczne Międzynarodowe Wigilijne Spotkania Literackie w Grodnie. Jest Honorowym Członkiem oddziału grodzieńskiego Związku Literatów Białoruskich.
Od kilku lat jest pełnomocnikiem na Niemcy Stowarzyszenia Pomocy Rubież. Organizuje na terenie Berlina i w Polsce akcje pomocy dla Białorusi. Pisze poezję filozoficzną, sakralną, socjalno-polityczną, patriotyczną, w tym liczne bardzo popularne w Polsce ballady polityczne. Pisze opowiadania, eseje, impresje osobiste, ale też bajki i przypowiastki dla dzieci – wierszem i prozą.
Wydał
Apokryfy Broma
Poetycki Coctail
Sacrum – Profanum i… Kresy
Czytelnicy bloga znajdą tu ponad 80 jego wpisów o bardzo różnorodnej tematyce. Mnie osobiście bardzo wzrusza opowieść o podróży wozami konnymi z Polski na Wołyń pod koniec lat 30: TU pierwsza, a TU druga.
***
Nancy Mitford
Urodziła się w roku 1904 w arystokratycznej rodzinie angielskiej, miała kilka sióstr, które grupowo stały się wręcz legendarne jako “siostry Mitford”. Była pisarką, pisała powieści, silnie naznaczone pierwiastkiem autobiograficznym, ale jednocześnie krytyczno-sarkastyczne, osadzone w środowisku arystokratycznym. Poniższy tekst zaczerpnęłam z jej wydanej po niemiecku maleńkiej książeczki, zatytułowanej Böse Gedanken einer Englischen Lady (Złośliwe myśli pewnej angielskiej arystokratki), wydanej w roku 1996 przez wydawnictwo Rowohlt. Są to cztery eseje; ten który mnie zainspirował do poniższego tłumaczenia, to Dziennik wizyty w Rosji w roku 1954. Autorka pojechała do Rosji Sowieckiej w czasie, gdy praktycznie rzecz biorąc cudzoziemcy nie mieli prawa przyjazdu do tego kraju. Jednak Stalin umarł był już w marcu ubiegłego roku i, o dziwo, Mitford uzyskała zgodę na złożenie wizyty ambasadorowi Zjednoczonego Królestwa i jego małżonce, którzy byli jej bliskimi przyjaciółmi. W maju i czerwcu 1954 Mitford przebywała przez kilka tygodni w Moskwie i Leningradzie.
Sobota, 30 maja (jest to pierwszy dzień pobytu autorki w ZSRR)
Z reguły defilady Armii Czerwonej odbywają się dwa razy do roku, 1 maja i 7 listopada, w rocznicę Rewolucji Październikowej. Jednak akurat w tym roku odbyła się dodatkowa defilada dla uczczenia obchodów trzechsetnej rocznicy połączenia z Ukrainą. Tylko nieliczni cudzoziemcy i jeszcze mniej Rosjan miało kiedykolwiek w życiu okazję obejrzenia takiej parady, dlatego byłam nadzwyczajnie wręcz zadowolona, że spotkał mnie taki przywilej.
Obudziłam się w jaskrawych promieniach słońca i przy wtórze pieśni. Wyjrzałam przez okno. Po drugiej stronie rzeki widać było niezapomnianą bryłę Kremla. Nie wiedziałam, że jest on aż taki piękny; jak baśniowa ilustracja Dulaca, która stała się rzeczywistością. Budynki ambasady (angielskiej) przypominają Travellers Club w Paryżu; zostały wzniesione w roku 1893, tak jak tamten – dla pewnej kokoty. Wspaniały widok z okien wynagradza paskudną architekturę. Ulice są pełne robotników, którzy śpiewają i tańczą przy dźwiękach muzyki akordeonów; wszyscy niosą gałęzie lub drzewka, pokryte kwiatami – niektóre są prawdziwe, niektóre sztuczne. Radosna procesja przeciągała pod moimi oknami przez co najmniej godzinę, kiedy to ubrałam się i zjadłam śniadanie.
Wyjechaliśmy z ambasady wielkim starym rolls-roysem o godzinie w pół do dziesiątej. Nasz wehikuł wyglądał nieco dziwacznie, był jednak nader wygodny. Na Placu Czerwonym wzniesiono niewielką trybunę dla członków korpusu dyplomatycznego i paru rosyjskich oficjeli. Chef de protocol, niejaki pan Żukow, stał obok nas, towarzyszył mu śliczny chłopiec, bardo blady i bardzo delikatny. Chłopiec miał na sobie mundurek marynarski i wyglądał dokładnie tak jak ostatni carewicz.
W pewnym momencie na Mauzoleum Lenina pojawili się Malenkow & Co. W szarych wygniecionych garniturach przypominali komiwojażerów. Widowisko się rozpoczęło. Ogromne orkiestry wojskowe, a pomiędzy nimi rakiety zamiast bębnów, niekończące się szeregi maszerujących oddziałów, ponad nimi przeloty migów pomiędzy dwoma wieżami kościelnymi i – jak jakaś kukiełka – sztywno wyprostowany w samochodzie Bułganin, który po kolei wizytował regimenty, wszędzie witany ra-ra-ra – wszystko co najmniej tak pasjonujące jak atak powietrzny, zainscenizowany dla kilku dyplomatów, kilku komiwojażerów w szarych garniturach i dla mnie. Innych widzów nie dopuszczono. W oknach stosjącego w pobliżu ogromnego domu towarowego GUM żywej duszy. Po mniej więcej godzinie skończyła się parada wojskowa i nadciągnęli robotnicy ze swoimi kwitnącymi gałęziami. Było ich wiele setek a może tysięcy – cały plac wyglądał jak ruchomy ogród – było to piękne i zarazem dziwaczne widowisko, zorganizowane właściwie tylko dla mnie i Malenkowa. Trzeba władcom Rosji zaliczyć na plus, że nie ośmieszają się, jak to robili Hitler czy Mussolini. Nie wzniesiono im żadej Piazza Venecia, żadnej Norymbergi. Wystarcza im świadomość własnej potęgi; żyją w ukryciu, w ciszy i atmosferze całkowitej tajemnicy. Nikt nie wie, gdzie śpią. Nikt nie może pokazać domu i powiedzieć, tu mieszka Malenkow. Nie wiadomo nawet, czy jest żonaty*. Ważne osobistości z Kremla przybywają na defiladę w wielkich czarnych pojazdach z zasłoniętymi oknami, ich przyjazd zapowiadają syreny, reszta ruchu ulicznego została zatrzymana. Pojazdy defilują i znikają. Może w jednym z nich siedzi Malenkow, a może Malenkowa, jeśli w ogóle istnieje, albo jej uduszony kochanek, albo jej mops, którego się właśnie wywozi na spacer. Nikt się nigdy nie dowie. Gdy członek biura politycznego leci samolotem, zamyka się lotnisko na 24 godziny. Gdy umarł Stalin, w pośpiechu sprowadzono do stolicy setki policjantów z całej Rosji i całymi dniami usuwano ludzi z ulic. Miał cichy pogrzeb, a w kondukcie szło tylko kilku dyplomatów.
Po paradzie zjedliśmy obiad w ambasadzie amerykańskiej…
___
* Kilka miesięcy później dowiedziałam się, że jest żonaty z bardzo sympatyczną elektryczką
A tu jeszcze przypis tłumaczki do przypisu Nancy Mitford: zgodnie z informacją Mirosława Bańki w Słowniku Języka Polskiego online słowo “elektryczka” jako żeńska forma zawodu elektryka jest nieakceptowalne. Nie wiem, co z tym zrobić, więc zostawiam, jak odruchowo napisałam. Nie wiem, czy w roku 2024 jakiś feminatyw może być jeszcze nieakceptowalny – https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zenskie-nazwy-zawodow;9580.html
Za tydzień tekst Romana Brodowskiego.

One thought on “Ukraina. Wprowadzenie.”