Czas ogórków małosolnych i węzy pszczelej

Ela Kargol


Czas ogórków małosolnych zaczyna się w Biedronce już na początku maja.
Na półkach obok humusu i guacamoli pojawiają się małe plastikowe wiaderka z małosolną ogórkową zawartością. Każde wiaderko jest na swój sposób nieszczelne i podczas transportu zaznacza wszędzie swoją obecność.
Pochłaniam te biedronkowe małosolniaki aż do sierpnia. W międzyczasie sama coś ukiszę, ale życie małosolnych jest ulotne, trwa za krótko, potem są tylko kiszone i to one zostają mi w kamiennym garnku z koprem, czosnkiem, chrzanem i wspomnieniem po małosolnych, z propozycją na zupę ogórkową.

Zaopatrzona w małosolne wyruszam na tylnym siedzeniu toyoty do krainy jeży i rukonków, pszczół i komarów, starych domów i jeszcze starszych dębów, nieistniejących już pałaców i dworów, rodów szlacheckich i tych bez przedrostka von, do krainy której już nie ma na mapie, ale ciągle gdzieś tam jeszcze jest, we wspomnieniach i wyobraźni, w pamięci drugich, trzecich pokoleń, w pamięci internetu i ludzi z tych stron, przybyłych po roku 1945 i tych, którzy po 1945 stąd wyjechali.

Czas wymazuje historię, przeinacza jej prawdziwe dzieje, po latach nagle sobie o tej historii przypomni, chce coś nadrobić i opowiedzieć potomnym, ale jak było naprawdę, tego nikt już nie wie. Bo czas lubi konfabulować i podczas jego upływu dzieją się różne rzeczy.

Żar z nieba się leje, ale Żary już za nami, wjeżdzamy do wioski, do raju nad Szyszyną, do Biedrzychowic Dolnych, gdzie tylko drugi człon nazwy nawiązuje do Dolnych Łużyc.

Historia wioski jest dość szczegółowo opisana i nie będę jej tu przepisywać.

Czy założył ją Biedrzych czy Frydrych? Friedersdorf, kiedyś Vredrichstorff, z łużycka Bjedrychojce lub Bjedrichojce, wieś sięgająca korzeniami średniowiecza, położona wśród lasów i pól, wąwozów nad rzeką Szyszyną, wzdłuż której prowadzi ścieżka przyrodniczo-leśna do miejsc oddalonych w czasie o setki lat i tych z nowszą historią. Są resztki starego młynu i średniowiecznego grodziska, jest polana, na której zatrzymał się cygański tabor, z którym w latach 50. ubiegłego wieku wędrowała Papusza, są stare dęby, młodsze sosny i jeszcze młodsze brzozy.

Oj, jak pięknie szumi nam las –
to on mi śpiewa piosenki.
Oj, jak pięknie odpływają rzeki,
to one mi serce cieszą.

Jak pięknie wpatrzeć się w toń rzeki
i powiedzieć jej wszystko.
Bo nikt mnie nie zrozumie,
tylko lasy i wody.

To, co tu opowiadam,
wszystko, wszystko już dawno minęło
i wszystko, wszystko ze sobą wzięło –
i moje lata młode.

PIEŚŃ CYGAŃSKA
Z PAPUSZY GŁOWY UŁOŻONA

(gili romani Papuszakre szerestyr utchody) 1950/1951


We wsi są dwa kościoły. Ten stary (Staroluterański) jest wiekiem młodszy od nowego, zamknięty na trzy spusty, zbudowany w drugiej połowie XIX wieku dla luteran, powiedzmy, tych bardziej pobożnych, niekoniecznie zgadzających się z nauczaniem ewangelickiego kościoła reformowanego. Drugi kościół, teraz już pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego, jest najstarszym kościołem w okolicy, zbudowany z kamienia polnego prawdopodobnie w XIII wieku , kiedy to w tej części Łużyc panował Henryk Brodaty (1165-1238). Podczas drugiej wojny światowej został mocno zniszczony, w latach 1975-78 odbudowany z zachowaniem romańskich fragmentów. Służy mieszkańcom wioski do dzisiaj, po mszy też zamykany na trzy spusty.

Strzeżonego pan Bóg strzeże.


Nawet na teren dawnego przykościelnego cmentarza nie udało mi się wejść. Było już po mszy, proboszcz odjechał do Bieniowa, zamknął kościół i bramę z dzwonnicą, przez którą można wejść na teren świątyni. Grobów dawnych mieszkańców już nie ma. Jest jeden symboliczny Zum Gedenken an die Bewohner Friedersdorfs, die bis 1945 hier gelebt haben (Ku pamięci byłym mieszkańcom Biedrzychowic, żyjącym tu do 1945 roku).

Zachował się też budynek mauzoleum, w którym pochowani zostali ostatni właściciele dworu, prawdopodobnie była to rodzina von Rössler. Zastanawia mnie historia rodu von Gablenz. Ród Gablenzów panował począwszy od XIV / XV wieku przez ponad 200 lat we Friedersdorfie. Płaskorzeźba Hansa von Gablenza zachowana jest po dzień dzisiejszy w kruchcie kościoła. Kilkanaście lat temu poznałam w Berlinie już nieżyjącą panią von Gablenz, córkę opozycjonisty w okresie III Rzeszy, związanego z Kręgiem Krzyżowej, po wojnie profesora Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Nie wiem, ale prawdopodobnie się dowiem, czy przodkowie tej rodziny pochodzili z Dolnych Łużyc, z Friedersdorfu.

Dawnego dworu już nie ma, do dziś stoją budynki gospodarcze, ale nie potrafię (jeszcze) wskazać, które to są. Przy kościele jest pomnik poświęcony żołnierzom poległym podczas I wojny światowej. Są też inne miejsca pamięci poświęcone ludziom i wieczności, pamięci dalszej i bliższej.

Rajem nad Szyszyną nazwałam to miejsce, do którego przywiózł mnie nomen omen Adam.

Adama kuszą pszczoły, a on z kolei kusi mnie węzą pszczelą i zaklętym w niej miodzie. Ewy nie ma. Nie ma też rajskiej jabłoni, ani węża. Podobno w zmianę biblijnej opowieści ingerowały nornice, które upatrzyły sobie korzenie każdej nowo posadzonej jabłonki. Zamiast jabłek będą śliwki, albo od razu nalewka. Zamiast Ewy jest Gosia, wyjęta z żebra Adama. Krząta się w tym raju, jak może, jak jakaś pszczółka z pasieki Adama. Pyszności wyczarowywuje. Oj dostałoby mi się za to “wyczarowuje” , więc poprawiam, pracuje jak pszczoła. Kroi, sieka, gotuje smaży, doprawia, serwuje. A ogórkową podaje z różą.
No po prostu raj.


I do tego poniemiecki, a więc taki, który bardzo działa na moją wyobraźnię i zainteresowania.

Ogórki małosolne przekładam do miski. Kuszą smakiem nie tylko mnie.

Zastanawiam się, czy smak małosolnych mógł być sto lat temu podobny do dzisiejszego, czy woda po ogórkach była tak samo słona, czy chyczka i jaśmin pachniały tak intensywnie jak herbaciane róże u płota, a lasy były pełne grzybów i jagód. Podobno zbierane jagody trafiały pociągiem jeszcze tego samego dnia do Berlina.


Czy pięciopłatkowa róża Lutra kwitła też sto albo i więcej lat temu? Myślę, że tak, skoro w okresie reformacji Łużyce Dolne jako jedyny kraj we włościach habsburskich przeszedł całkowicie (oprócz klasztoru Neuzelle) na luteranizm (zob. wpis w Wikipedii). Z przedwojennych szkolnych kronik dowiaduję się o zbieraniu ziół. Kocanka i dziurawiec rosną w Biedrzychowicach nieustannie. Wprawdzie nie lubię smaku zrobionych z nich herbat, ale lubię ciągłość historii, w tym przypadku ziołowej.


Byłam tu już 15 lat temu i żałuję, za mało pytałam, za mało się rozglądałam. Z domu, na którym jeszcze dało się wtedy odczytać Klempnerei, zostały tylko fundamenty. Inne z kolei odnowiono, służą następnym pokoleniom. Kolejne warstwy farby przykryły starszą historię, wyznaczyły nową. Ale są jeszcze miejsca, gdzie nie zamalowano przeszłości.


Domy pamiętają historię mieszkańców. Trudno z murami się porozumieć, ale mnie się udaje. Wojtek, chłopak już z Biedrzychowic, opowiada o wyrytym na belce na strychu w jego domu napisie Friedersforf 1909, o znalezionych lata temu skrzyniach z porcelaną. Nie ma już poniemieckiego cmentarza, nie ma dworu, wiele domów zamienilo się w ruinę, a inne zmieniły właścicieli. Dom Adama i bardzo podobne zostały zbudowane pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. Wyszły jakby spod ręki tego samego architekta, jak nie architekta, to majstra budowlanego.

Friedersforf, Biedrzychowice Dolne.
Czas się nie zatrzymał, nie stanął w miejscu, czasami tylko na chwilę zapomniał, że musi się spieszyć.

Pachnie chyczką, jaśminem i prowincją, tak jak przed stu laty.

2 thoughts on “Czas ogórków małosolnych i węzy pszczelej

Leave a comment